BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Wpis
Dla odprężenia część ósma, na którą, oczywiście, nie mam pomysłu...
Timo zrezygnował z ciężkich rozkoszy i założył buty na śmierdzące stopy.
Ruszyli. Powoli. Starszy pan o lasce. I jego dużo młodszy gość - bez laski. Timo pomyślał, że starszemu panu wcale ten kunsztowny kijaszek nie jest potrzeby, chyba że dla dostojnej ozdoby. Za to dla niego samego byłby w sam raz. Tak, czuł się w pełni dojrzały do podpórki. A także do drgawek, zgarbienia i westchnień typu: "tak - tak" i "mój Boże". Nic się takiego jednak nie działo - ciężary ciągle nie potrafiły jeszcze wywoływać w nim żadnych trzęsień i zgięć. Mimo wszelkich zaniedbań trwał w uporczywej sprawności. Zawsze jednak mógłby nieco poudawać, dla wprawy, dla zobaczenia, jak to jest... "Taki na przykład balkonik przesuwany po posadzce z nieznośnym hałasem! Jaka cudowna wymówka! Od wszystkiego!"
- Piękny dom - zauważył Timo. - I bardzo nie w tutejszym stylu.
- Tak, nosi w sobie zupełnie innego ducha. I może przez to jest taki uwodzicielski. Potrafi kraść dusze i ciała. Wyrywa z czasu. Tyle że w bardziej kameralnych okolicznościach, co może się wydać dość przerażające. Jeśli pan rozumie...
- Powiedzmy, że rozumiem.
- Kłopotliwa bestia - dodał Paul machając laską w stronę domu.
- Dowiedziałem się, że jest pan pisarzem. To chyba dobre miejsce do takiej pracy.
- Tak pan myśli? Kiedy tutaj zamieszkałem, moje stosunki z literaturą stały się napięte. Przestałem myśleć, stać więc mnie tylko na pamiętniki. A to obszerny domek emerytowanego myśliwego...
- Dlaczego myśliwego?
- Niech pan uważa na tych kamieniach - powiedział ostrzegawczo Paul, kiedy dotarli do wybrukowanej ścieżki. - Kiedyś istniały plany, by wokół domu powstał park z kamiennymi alejkami pośród zaplanowanej botanicznej surowizny - rodzaj spacerniaka dla artysty. Ale artysta uciekł, a mnie się nie chciało żadnych zaplanowanych przestrzeni wokół domu. Tak więc ta ścieżka nie narodziła się w pełni, jest poroniona, a natura rozluźnia ten przemyślany układ, zabawia się z nim niszczycielsko, jak ze wszystkim, co staje się bezużyteczne i porzucone.
- A pan nie jest artystą?
- Cóż to za pomysł! - obruszył się Paul.
- A co z tym myśliwym?
- Według kalsyfikacji Schopenhauera pisarze dzielą się na trzy grupy, a mianowicie na takich, co nie myślą; na takich, co myślą, gdy piszą oraz na takich, co myślą zanim coś napiszą. Tych ostatnich jest oczywiście najmniej.
- Rozumiem więc, że pan zalicza się do grupy pierwszej.
- Od pewnego czasu tak. Ale wywodzę się z drugiej. Byłem liczącym na szczęście myśliwym. Jak widać, opłacało się. Jednak było to szalenie ryzykowne. W końcu musiałem uciec. Ludzie mają nieposkromioną skłonność do mięsa. Do żywego mięsa. A gdy mięso jest jeszcze twórcze, tym bardziej chcą z nim obcować, jakby spodziewali się jakichś nadzwyczajnych przeżyć. Wystarczy choćby do nich przemówić, a oni zaraz chcą biec z łapami, by dotykać. No i ze ślepiami, by się gapić. I z nosami, by niuchać. I w ogóle ze swoim własnym przebrzydłym mięsem, gotowi tę i ową część nawet udostępnić. Właśnie z tego powodu. No i chcą, by ich bawić. Obrzydliwa namiętność...
- Może, mając już coś przetłumaczonego na czysto, chcieliby jednak przyjrzeć się hieroglifowi? Tak chyba było w "Fizjonomice" tego całego znawcy pisarzy?
- Widzę, że pan jest zorientowany.
- Trochę. Powiedzmy, że trochę. To i owo mogę sobie przypomnieć.
- Pan stawia na samowystarczalność?
- Jest dostatecznie miło i chyba nie ma powodu, by wracać do tej kłopotliwej scenki.
- No cóż, wpadłem w centrum pańskiej intymności. Ale pan chyba nie jest pisarzem - zaśmiał się Paul.
- Nie, jestem tylko hieroglifem, któremu nie przyszło do głowy, by siebie samego barwnie tłumaczyć.
- W świetle tego, co zobaczyłem, byłoby bardzo niestosowne, gdyby mówił pan jakieś mądre rzeczy.
- Chce mi pan w ten sposób powiedzieć, że jestem piękny?
- Pan tego nie wie?
- Lepiej być zagadką?
- Zawsze. W zależności od tego, co się robi - widoczną lub niewidoczną. Dla uniknęcia rozmaitych nieprzyjemności. Z troską o siebie i nieznajomych.
- Dość trudne do zrealizowania.
- Nie da się ukryć. Ale zawsze można pozwolić sobie na pewne oddalenie. I oto dotarliśmy do krawędzi - ogłosił zmieniając temat Paul w chwili, gdy obaj dotarli do urwiska. - Trochę oszałamiające, prawda?
- Owszem.
- Dobrze, że choć tak nisko jest ta woda. Nie lubię wody, chociaż nad nią zamieszkałem.
- Dosłownie nad.
- Nigdy nie nauczyłem się pływać.
- To tak jak ja.
- Doprawdy? Interesujące.
- Tak pan sądzi?
- A teraz przejdzmy do rzeczy - powiedział Paul tonem, który nieco przestraszył Tima - aż zadrżał oblewając się potem. - Inger doszła do przekonania, że jest pan synem Tima.
Timowi aż się w głowie zakręciło i omal nie upadł. Jeszcze jedna fala gorącego potu oblała jego ciało.
- Czy on tutaj jest? - zapytał drżącym głosem. - Mój ojciec tu jest? - powtórzył już wyraźniej i głośniej.
- W tym cały kłopot. A więc pański ojciec to Timo...
- Syn Eskila i wiedźmy znad Tyin - wyrecytował Timo, jakby był przepytywany przez jakiegoś urzędnika.
- Boże drogi.
- Coś się stało?
- Gdyby pan, gdybyś... Gdybyś był trochę wcześniej... Timo gdzieś przepadł. Na tym cholernym fiordzie.
- Jak to? Tu? Przepadł?
Timo osunął się na ziemię. Miał wrażenie, jakby jakiś zimny huragan przeciągnął przez jego wnętrze, czyniąc w głowie prawdziwe spustoszenie. Wszystkiego mógł się spodziewać, ale nie tego, że ten przeklęty starzec tak nagle, po beztroskiej pogawędce, zastrzeli go taką wiadomością.
CDN