Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Wpis

sobota, 25 lutego 2012

Uprzejmość XI

 No to może blog... Cóż za przyzwyczajenie! Trzeba to jakoś zatłamsić. I jakoś zniechęcić czytelników. A zatem dalsza część dławibloga...

 - Jezu! - zawołał Timo zrywając się z łóżka, które, gdy tylko spróbował się na nim położyć, zdawało się pod nim zapadać w jakąś czeluść; było zupełnie tak jakby podłoga przemieniła się w pochylnię. - Co się ze mną dzieje?!

 Spróbował na powrót usiąść, z najwyższą ostrożnością. - A więc podłoga i łóżko dają przyzwolenie tylko na to, na siedzenie. W porządku.

 Timo sięgnął po inny zeszyt. I znów usiadł. Jednak tym razem pewniej. - Dasz się mej dupie pokołysać? - spytał, po czym spróbował pobujać się trochę na sprężynach. Łóżko w odpowiedzi jęknęło donośnie, nie brzmiało to jednak jak protest - tak przynajmniej uznał Timo, biorąc pod uwagę to, że w pomieszczeniu nie doszło do żadnych osobliwych a oszałamiających odchyleń.

 Wiatr wdmuchnął przez okno przyjemną, leśną woń. Timo zamknął na chwilę oczy. Jeszcze raz pomyślał o przestraszonych kinem ludziach. A potem ujrzał oczami wyobraźni młodą jeszcze babkę, która zjawiła się w małym gospodarstwie dziadka w towarzystwie ogromnego czarnego barana... By dramat pisał się i pisał, do mężczyzn muszą przychodzić kobiety... Licho wie, gdzie ona tam jeszcze zachodziła. Dziadek mawiał w chwilach złości, że to kurewskie poletko wielu siewców obrabiało... Czy było to tylko ordynarne pomówienie? Czy może...

 Timo przerwał rozmyślania o dalszych przodkach i zajrzał do nowego zeszytu. Jego zawartość była jeszcze bardziej zdumiewająca od poprzedniego, bowiem zapisano go przy użyciu tylko jednego słowa: "tunglið". Widać też było, jak bardzo autor tego jednosłownego księżycowego poematu się starał w swej pracy, bo doniosłość natchnienia zawarł w przeróżnych charakterach pisma i w przeróżnych rozmiarach liter. - O, i jest nawet śliczny gotyk! Na całą stronę! - zawołał Timo, po czym zaraz odchrząknął z zakłopotaniem, gdyż nigdy nie lubił być zaskakiwany zbyt głośnym mówieniem do siebie.

 W zeszycie było jeszcze coś, a mianowicie dwa listy i pocztówka. Timo, gnany ciekawością, wyjął najpierw papier z koperty ozdobionej italską marką. To pisał Paul. Do ojca:

Timo - przeczytał nagłówek z lekkim dreszczem, tak jakby czuł, iż to on sam był adresatem tego listu.

A więc Triest! Wreszcie! Piszę te wykrzykniki z ulgą, bo, jak się domyślasz, to już ostatni przystanek na mej włoskiej trasie. Jestem piekielnie skonany i znudzony. Nigdy, doprawdy nigdy nie miałem sympatii dla Południa. A w upałach, jakie tu zastałem, w moim sercu na zawsze chyba zagości uczucie zbliżone do nienawiści... To zupełnie beznadziejne.

 Zostałem nagrodzony, oklaskany i obfotografowany w towarzystwie jakichś szczebiotliwych studentek. Nigdy więcej nie dam się namówić na podobne wycieczki. To nieznośne, gdy usiłują robić ze mnie osobę publiczną. Doprawdy, myśl, że za kilka dni będę już siedział w samolocie, ogromnie mnie raduje.

 Trudno tu zebrać myśli. Ale staram się coś robić, żeby jakoś prztrwać ten dzień. Tak więc, drogi Timo, patrzę. Na Adriatyk. A godzinę temu dałem się oślepić na chwilę w letnich jasnościach Miramare. Poznałem tu też uroczego chłopca, który po krótkiej zapoznawczej rozmowie całego mnie oklepał z radosnym okrzykiem: Roald Amundsen, Roald Amundsen! Mam nadzieję, że dziś wieczorem ograniczy on swoją krzykliwą rozmowność...

 Myślałem ostatnio o Tobie i o Auguście (to zupełnie niesłychane, żeby w naszych czasach ktoś nosił takie imię - gdzież tu dziś przestrzeń dla jakichś Augustów, na Boga!!) Wiesz, że nie podoba mi się ten człowiek, i trochę mnie drażni to, że bawi on pod moim dachem, kiedy ja topię się w tutejszej spiekocie. I w ogóle wszystko, co związane jest z Tobą mnie martwi. To że Cię tak bardzo kocham i że w związku z tym na wszystko przymykam oczy.

 Wieczorem szykuje się wieloosobowe spożywanie posiłku. Zapewne będzie fantazyjnie, jak to zwykle bywa na pograniczach... W dzisiejszych czasach ludzie szlenie zajmują się jedzeniem. Z wyobraźnią... Tak, tak to jest. Trzeba jakoś ubarwić nieuleczalną powierzchowność. Nie sądzisz, że nic tak nie sprzyja ubarwianiu i fantazji jak przesyt? Dotyczy to zarówno kuchni jak i miłości.

 Tęsknię już bardzo za moim nieszczęsnym domem. Brakuje mi twej hałaśliwej bezsenności. I naszej milczącej góry, pod którą dzieją się te nasze nieokreślone porozumienia. Chcę być już jak najdalej od tutejszego światła i tych wszystkich męczących zabytków... Nic mnie one nie obchodzą. Zawsze byłem taki niewzruszony w obliczu starożytnostek... Pamietasz tego zielonookiego ślicznotka? W jakiż dziwny zachwyt wprawił go kościółek w Stiklestad. To niesamowite - to przecież dwunasty wiek!... No tak, ale to tylko po dziełach rąk ludzkich widać starość, bo zmieniają się możliwości, architektoniczne upodobania... Ileż można znaleźć takich kamieni, z jakich wzniesiono tamten kościółek! Ale w naturalnych okolicznościach wszystko jest zawsze takie młode, świeże. W ogóle nie zwaracamy uwagi na fakt, że świat, po którym chodzimy, to już sędziwy staruszek - wszystko przez tę jego niebywałą zdolność do zachowywania młodzieńczego oblicza... Ile lat może mieć nasza góra?

 A tak przy okazji tego zielonookiego... Kiedyś, nad Leksdalsvatnet, pomyślałem, że mógłbym go zabić. To był jedyny człowiek, o którym pomyślałem w ten sposób. Całe piękno jego oczu kryło się chyba w niesłychanym lęku, jaki się w nich malował. Bóg ponoć doszedł do przekonania, że jest dobry i wszystko, co stworzył, też w takim razie jest dobre. Chyba zmieniłby zdanie, gdyby mógł popatrzeć w oczy tego ślicznotka... Chciałem litościwie przerwać ten lęk.

 Zabrakło podpisu i zwyczajowych formułek, tedy był to chyba fragment listu. Dalsza część musiała zaginąć. Timo sięgnął po drugą kopertę, ostemplowaną w Reykjaviku:

 Drogi Timo!

 Jakoś mi się nie zbiera na rozrachunki, mimo że się tak w duchu odgrażałem. Obiecywałem sobie, że już się z domu nie ruszę, ale postanowiłem być trochę niekonsekwentny, by się ostatecznie przekonać, że było to całkiem po nic. Aż dziw bierze, że z największym entuzjazmem odniesiono się tutaj do mojej ostatniej w życiu i najgorszej książki. W pejzażu jednak odkryli swój kraj, tak więc się ucieszyli... Wyzwolenie przez cudzą śmierć. Szukanie więzienia. W ostateczności. Wyraziłem ubolewanie, że na ich terenie pozwoliłem sobie na zabicie młodej dziewczyny przy użyciu łopaty. Przyjęli to z uśmiechem. W końcu nam wolno mordować wszędzie, całkiem bezkarnie... Tak czy owak to dobre miejsce na śmierć, taką czy inną... Zostałem zmuszony do taplania się w ponoć leczniczym błocie. Wiesz, coraz niechętniej odnoszę się do swojego ciała. Starzeję się nieodwołalnie. I zastanawiam się, jak to się dzieje, że z Tobą czas nie wyczynia żadnych figli... To Ty masz umrzeć pierwszy. Ale czy to się da załatwić? Staję się coraz słabszy...

 Reykjavik. Może wypada powiedzieć Norðfjörðem... Bo ja wiem... Dość zabawkowo wyglądają wikingowie na cokołach... A więc wśród falistych blach żołnierzyk cynowy. I kot senny, poranny... Czy to wypada posądzać koty o jakąś religijność? Ja bym nie ryzykował takiej okropności. Stare małżeństwo taszczy swój równie stary bagaż, idąc w górę starej uliczki... A młodość ma depresję i patrzy sobie w paluszki u nóg... Jest jeszcze rano, bardzo wcześnie rano. Mam dwa kroki do żywiołu, królestwa łupacza... Ktoś duży szedł kiedyś i nad zatoką Faxa rozsypał pudełka czekoladek. Ale jakoś mniej się chce zaglądać do pudełek. Coraz więcej ludzi szuka izolacji... Tak, to chyba jedyna rada, jeśli nie chce się spotykać ciągle swych kochanków... Małe szanse na przelotność, bo coż to za przelotność w miejscach, gdzie tak ograniczone są możliwości zniknięcia... I co jeszcze... Baldur Óskarsson idzie wytrwale ku śmierci. W metaforach, kolorach, pejzażach... Stary, przyjazny brodaty poeta atomowy... Rysuje sobie słowami... Poezja to bardzo męcząca rzecz. Tu się lubują w męczących rzeczach... Najpierw chowa się słońce, potem schowa się księżyc. Wszystko, co wstaje, musi zajść... Widocznie wszędzie muszą być malownicze ruiny zamków albo i nawet całych miast - jeśli ludzie ich nie zostawią, natura wykonuje za nich robotę, by sobie można było myśleć, że na końcu to zawsze tylko jakieś takie szczerby na tle dziwnego, milczącego nieba odpowiadające resztkom naszym pod równie dziwną, milczącą ziemią... Jadę w mroczne miasta... Może ujrzę, jak dziura udająca księżyc gaśnie wraz ze słońcem.

                                                                                    Twój Paul

 I jeszcze pocztówka z ponurą fotografią przedstawiającą coś jakby ruiny. Na odwrocie informacja - Dimmuborgir.

 Stałem w błyszczących brzózkach. Widzisz więc - ziemia przywdziała szatkę staruszki. A przecież Islandia jest taka młoda... Jakaś kobieta powiedziała mi, że mogę tu spotkać trolla. Nie uwierzyłem jej i pewnie dlatego niczego podobnego nie zobaczyłem. Ale gdybyś Ty tutaj był... Żałuję, że nie dałeś się namówić... Nawet nie umiem powiedzieć, jak zawsze bardzo cierpiałem z Twojego powodu... Teraz sobie pomyślałem, że będę patrzył na palce Twoich stóp. Masz ładne stopy. To mi powinno osłodzić, uprzyjemnić moją melancholię.

                                                                                       Paul

- A więc miałeś ładne stopy, tato - powiedział Timo. - Uprzyjemniające melancholię.

 Przetarł oczy, w których poczuł piasek. Chętnie ległby na kraciastym posłaniu ojca, bał się jednak czającej się w rogu pokoju przepaści...

- Chyba tam nie usnąłeś? - Słysząc głos Paula pospiesznie schował listy i zeszyt pod koc. - Zejdź na dół na kawę! Inger przywiozła nam też ciasto!

- Dziękuję, już schodzę!

CDN

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
kiljan.halldorsson
Czas publikacji:
sobota, 25 lutego 2012 16:35

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

counter