BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Wpis
Dzień dobry. Jak każdy inny. No i że w ogóle dzień dobry. Dla wszystkich, co tu się z jakichś niezrozumiałych powodów zaplączą (Mając wzgląd na to, iż może się ktoś zaplątać tu także wieczorem, powiem - bo co mi szkodzi - dobry wieczór...)
Ponuro dziś i wilgotno. I nawet trochę zmarzłem od tej chłodnej wilgotności. Bo od świtu mnie dziś nosiło po mieście, aż wreszcie szczęśliwie przyniosło mnie do domu, gdzie zaparzyłem sobie kawę i z łapczywością, aż do zamulenia, posiliłem się całą paczką śmietankowych wafelków... Ale spoko, nie ma obawy, nie rzygnę, bo słodkości jednak przyswajam z dużą radością i raczej bez problemów, nawet w ogromnych ilościach...Dwa, trzy łyki smolistej kawowej goryczy i w czarodziejski sposób z wolna się odmulam.
Pojeździłem dzisiaj trochę tramwajami, którymi zresztą, jako ich miłośnik (to jedna z moich nie odkrytych tu jeszcze twarzy), bardzo lubię podróżować, bez poczucia upokorzenia - bardziej z poczuciem komfortu i wyższości wobec usamochodowionych orłów i jastrzębi płci obojga tkwiących w korkach... Ja se jadę, a tamci stoją i się denerwują... No, czasem tylko może trafić człowiek na towarzystwo niekoniecznie chciane... Jadę sobie dziś pośród porannego przymglenia... i nagle jasność ujrzałem, jasność gejowego uśmiechu... Przygoda się do mnie uśmiechnęła, towarzysko - erotyczna... Ot - dawno niewidziany koleś. Myślałem, że się tylko do uśmiechów ograniczy, ale gdzie tam - ruszył dupsko i się do mnie dosiadł. Bogowie!! Jakże mi zaczął brzęczeć do ucha i chuchać we mnie tiktakową jakąś miętą. Streścił mi, nieproszony, kawał swego życiorysu i obdarował plotami, a ja siedziałem i uszy mi wręcz puchły... Najwyraźniej facecisko się musiało wygadać. Zawsze był to zresztą człowieczek gadatliwy, namolny, przylepny, bez skrępowania lezący o ten jeden krok za daleko, skracający dystans... Ot - przycierny taki gość - tu cię dotknie, tam cię muśnie, pozbiera ci nitki z ubrania, klepnie po przyjacielsku, uczynnie jedzącego cię komara zabije... Byłem bliski omdlenia, kiedy wreszcie wysiadł na swoim przystanku... Istny tajfun. Męczący, ale przynajmniej ładny, dobrze utrzymany.
A potem zajrzałem do sklepiku. Moja ulubiona, okrąglutka sprzedawczyni jak zawsze mnie pochwaliła - Pan to tak zawsze wszystko pamięta! Mój stary to do sklepu musi iść z kartką, nawet jak go proszę tylko o jakieś trzy rzeczy. Bez kartki nie spamięta... Pana żona to ma dobrze... No i cóż na to powiedzieć... Nie ma tak lekko, żony... Może pani poczułaby lekkie rozczarowanie, gdybym jej powiedział, że smakołykami podzielę się jednak z mężem... Ech, powiem coś może ryzykownego, ale mam podejrzenie, że na tym świecie tylko mężczyźni mają talent do szczęścia... I jeszcze więcej - za taki grzeszek, jakiemu się oddaję, czeka mnie niebo. Bo grzeszę z miłością i oddaniem oraz przyjacielskim raczej spojrzeniem na pokręcony świat... Tacy różni Terlikowscy bardzo się rozczarują, kiedy rozejrzą się po piekle, które czeka na nich z utęskieniem - co do tego nie mam żadnej wątpliwości, bo nie znajdą tam nikogo z tych, których doń za życia posyłali.
No i co jeszcze. Zagrały chłopaki na stadionie - plecionce. I bardzo ładnie. Nawet obejrzałem mecz, niezbyt emocjonujący, ale chyba dający jakieś nadzieje, jeśli idzie o naszą reprezentację. Nie było aż tak tragicznie. No i, biorąc pod uwagę miejsce, całkiem było zjawiskowo... Bawią mnie trochę te gadania okołostadionowe, te wszystkie malkontenctwa, te miny kwaśne. Mnie specjalnie rzecz nie podnieca, ale pewnie lepiej, że jest sobie ta kolosalność - niech ze ta!! Nie było go - źle. Jest - źle... Nie dogodzisz... Słyszałem nawet zgryźliwą opinię, że to takie bobo falliczne, jakiś straszny symbol męskiej władzy, do którego jeszczę będziemy dopłacać. O rety - pomyślałem. To dopiero! Ale zaraz powiedziałem sobie - no i fajnie. I skoro dopłacam do bezrobotnych, mogę dopłacić jeszcze i do stadionu. Bo skoro takie to falliczne. Całkiem mi odpowiadają napuszone falliczności, o ile nie mają nic wspólnego z mordowaniem. Paniom licznym też się podobają... (Zresztą, tak nawiasem mówiąc, któż, jak nie kobiecisko, pełne prawdziwie kwoczych zapałów, najlepiej strzeże fallicznego porządku...) Chociaż mało tam dostrzegłem fallusowatości. Patrząc na obiekt z lotu ptaka, gdy tak się pyszni w swym uroczystym oświetleniu, przypomina raczej jaśniejącą na zielono pociurynę... A więc fallus zrobił sobie czcigodną, obudowaną dziurę, przy rozkroku dwóch nadwiślańskich mostów...
W środku ładnie, całkiem stadionowo. Na zewnątrz szkaradnie - wikliniarsko... Nie wiem czy to prawda, ale słyszałem, że myśl architekta, narodowo usposobiona, pobiegła taką drogą: Polska - Chopin - wierzby - wiklina - wyrób wikliniarski. Coś jakby koszyczek na chlebuś, na święconkę... Ciągle w kręgu tradycyjnych uciążliwości wzniosłych... Franio powiedział, że jemu to nawet przypomina kościelną tackę, do jakiej zbiera się pieniążki dla Bozi... Przy takim obiekcie całkiem jesteśmy jak w domu. Tyle uroczystych skojarzeń... A w nich jeszcze może być i pieprzyk jaki, bo przecież nie tylko będą tam biegać piłkarze, ale też i jakiś wyjec może tam wystąpić... Otoczona flagowym ubarwieniem Madonna, całkiem nieczęstochowska...
I jeszcze... Blog, blog - żeby mu jakiegoś życia dodać, trzeba coś zaplanować... Czasem tu obchodzę różne rocznice krągłe... W tym roku minie, dokładnie w maju, 100 lat od śmierci Augusta Strindberga, więc będzie się ten samczyk z lwią grzywą, ten wielki Szwed z małym przyrodzeniem, tu pojawiał. Mam nadzieję, że okaże się to interesujące...
Zawsze jest tu interesujaco,
pozdrawiam:)
O Matko ile tu dziś/wczoraj optymizmów i zachwytów - nad słodkościami, nad stadionami, nad poruszaniem się komunikacją tramwajową, nad sklepikarkami które zachwycają się zachwycającym się, a nawet nad męczącym acz ładnym gejęciem... Nadchodzi wiosna pewny to omen :)
@Koffie - Ładnemu gejęciu wszystko wybaczam, nawet to że jest nudny i męczący.:)) A przejażdżka tramwajem zawsze poprawia mi humor. O każdej porze roku... Ale tak, wiosna, wiosna. W tym roku cieszy mnie, bo całkiem sobie odpuściłem zimę, prawie jej nie zauważając (mam nadzieję, że zima mi to wybaczy). Postanowiłem więc dostrzec wiosnę, która już rozochoconym wróblem ćwierka. A także wznosi się w moich doniczkach świeżymi pędami ozdobnych szparagów - to nieomylny znak... Ach - i znów falliczność, bo te pędy... Ich wygląd budzi jednoznaczne skojarzenia. Wiosna, wiosna...:))) Ach, to TY! :)))
O, a trzy lata temu F. z początkiem wiosny musiał sobie swoje autko odśnieżać... Blog to dobra rzecz, można się dowiedzieć, jaka kiedyś, dawono temu, była pogoda. Przy tamtej marcowej notce zostawiłem piosenkę. Można się w nastrój wprowadzić.:))
kiljanhalldorsson.blox.pl/2009/03/Lars-Lillo-i-wiosna.html