BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
counter
Blog > Komentarze do wpisu
Najgłębsze witalności

Zaskoczenia, zjawy i upiory...

Pamiętam, jak to opowiadał Miron Białoszewski o natknięciu się na siebie, siebie odbitego w jakiejś szybie - nagle, po trudnych do uchwycenia przemianach, człowiek odkrywa, że jakiś dziadowski się robi, stary po prostu... To ja? Naprawdę?... Kilka dni temu coś podobnego mi się przytrafiło. Poszedłem na zakupy - bo kto rano wstaje, ten zapierdziela po bułki, i takie... Trochę przepity byłem i niedospany, z kilkudniowym zarostem, nieodwołalnie już siwym z rozpaczy, okapturzony - nagle to wszystko zobaczyłem w oszklonych drzwiach piekarni - i pierwsza myśl była taka: Rety, to jakiś zmaltretowany polarnik u kresu swej nierozsądnej włóczęgi... I jeszcze te oczy, takie cholernie matczyne... Oto mam upiora, oto dowód na życie pozagrobowe. To my nim jesteśmy! (I my mamy trafiać z założenia do nieba - bo rodzice po to robią dzieci - tak przynajmniej tłumaczą - żeby owym dzieciom było lepiej w życiu - lepiej niż tatusiowi i mamusi - niebo jednak uporczywie daleko i daleko)... Ta koszmarna kobieta o to zadbała, choć pewnie nie przypuszczała, że jej dalszy ciąg będzie sobie takim zmaltretowanym, acz całkiem luzackim jednak pedałem... Tę luzackość udało się zachować, więc już coś... Ja już siłą rzeczy o życie pozagrobowe nie dbam - życie w pewnych odgałęzieniach potrafi przystopować, co aż nawet jest budujące... Zresztą - wystarczy się rozejrzeć po osiedlu - życie ludzkie w ogóle postanowiło nieco przystopować, nawet to ponuro zorientowane - dzieci jak na lekarstwo i ktoś z wózkiem wygląda raczej jak jakieś staroświeckie, niehigieniczne dziwadło (niehigieniczne, no bo przecież brak higieny jest podstawowym warunkiem rozprzestrzeniania się życia)... Dostojny spokój - inne cele na horyzontach wielkomiejskich, moc przyjemnostek, miłosna higiena... (O ile w ogóle dzieci biorą się z miłosnych obłapek, a nie z jakiejś płciowej orki mrocznej, z jego introwertycznego zasapania na martwej fali jej obrzydzenia - ja w każdym razie z tych ostatnich ćwiczeń się wywodzę - z prawdziwej uczuciowej flauty, jedynie co najwyżej z porywistych swędzeń i tęsknoty do zabawki człekokształtnej).

Jak zły sen - choć to jawa... Ja, w ciele utworzonym według określonego kodu, sprzedanego przez taką, nie inną parkę. W pewnych drobiazgach, liniach oni są, i pozostaną jeszcze jakiś czas, nawet po odejściu... Ale matka to już przesadziła z tym włażeniem mi w oczy... Złośliwie postanowiła mnie straszyć...

To widziadło dzienne... Jedno z dziennych widziadeł... Chociaż - co tu odróżniać - dzień, noc, sen, jawa - tu i tu jest podobnie... Zwidzenia czy odwiedziny - wszystko z głowowego bagienka... W snach bardziej jesteśmy odwiedzani, na jawie bardziej zaskakiwani - zmarli odkrywani w naszych rysach, albo postaci z mitologicznych igraszek w niecodziennych miejscach... Jakaś boskość w ludzkim ciele - nie - takie rzeczy byłoby trudno przyjąć, choćby miało się do czynienia z najdobrotliwszą i najszlachetniejszą postacią - ach, precz! - co innego zastanawiająco ukształtowany sęk albo maźga na szybie - byle były to twory podobne do znanych, kiczowatych obrazków, do których nic żywego nie byłoby w stanie się upodobnić bez posądzenia o oszustwo... Zjawy nie muszą być jednak tylko takie boskie - mogą być całkiem ziemskie, najzupełniej śmiertelne osoby przedstawiać... Ktoś osobiście nigdy nie poznany choćby z powodów czasowych, może przyjść, w postaci znanej z obrazka... Nie ma wtedy wątpliwości. To był on. Duch jakby...

Można uznać, że to nasze własne twory. Albo, przy jakiejś zabobonności, uważać zarozumiale, że jakieś słynne wielkości plączą się koło nas, akurat nami pośmiertnie zaabsorbowani... Chyba że się ducha wywołuje - ale też skąd pewność, że się jest tym jedynym, i jeszcze godnym zaszczycenia...

Artyście wypada być zabobonnym. I to chyba nie tylko w teatrze, jak uważał Ingmar Bergman. W sztuce jest tyle różnych niewytłumaczalności, wiele jej się przypisuje mocy, otacza wierzeniami. Artysta trochę jest jak kapłan - kręci się w sferze dotkniętej przesądem i zawsze ma do sprzedania taką czy inną baję, z której pożytek niewielki (jeśli się pominie względy natury towarzyskiej), tak jak niewielki jest pożytek z choćby i największej skrzyni wypełnionej duchowym wsparciem, bo gdy ją się otwiera, zawsze jest pusta... W nadmiarze irracjonalności wypada wszak znajdywać miejsce dla innych światów. Nie dziwi mnie więc, że na Ingmara Bergmana gniewał się a to Hjalmar Bergman, a to August Strindberg... Ze Strindbergiem szczególnie były przeprawy, co w swoich wspomnieniach wielki szwedzki reżyser wyszczególnił: Miał robić "Taniec śmierci" - zgarnęła go policja; miał robić "Grę snów" w Monachium - zwariował Adwokat; pracował nad "Panną Julią" - Julia dostała bzika; przy innej "Grze snów" scenograf popadł w depresję, córka Indry zaszła w ciążę, zaś sam reżyser zapadł na jakąś trudną do wyleczenia infekcję... Nie mógł zrozumieć, czemu jego ukochany Strindberg stał się taki dokuczliwy... Wreszcie się spotkali. Strindberg zadzwonił i umówił się z Bergmanem na Karlavägen. Coś tam sobie wtedy wyjaśnili... Ogust - pamiętał, by tak się do dramaturga zwracać - był ponoć życzliwy, nawet momentami serdeczny... Nie wszystko mu się nie podobało, ale trzeba było się liczyć z okresami niełaski...

Tam przyszedł artysta do artysty. Gigant do giganta... No ale że do mnie nocą zakrada się artysta, taki wielki? Sam artystą nie jestem, bo to przecież żaden czas na takie rzeczy, a poza tym zawsze lubię przytulać się w kącie jakiejś mniejszości... I nagle Tomasz Mann, z czasu swych starczych eksplozji talentu, z czasu fizycznych słabości i duchowych mocy, prowadzący mnie - a do licha - pośród egipskich kolumnad palm, w kalifornijskim słońcu... Gawędziliśmy - ale o czym? O czym jeszcze, do cholery, oprócz tego, co mi pozostało w pamięci?... - Ale ty to masz sny - stwierdził Franek. - Chyba wariuję - przypuściłem ja, rozbudzony. - Odwiedza mnie Tomasz Mann, zabiera do Kalifornii i coś mówi o łagodnych dobrodziejstwach rzewienia... To przecież na obstrukcję... - Pewnieś o nim myślał?... A jak kupa?

Nie, właśnie nie myślałem, a w każdym razie nie intensywnie... No i żeby jeszcze takie rzeczy - jakieś zdrowotne paskudztwa... O zdrowotnych sprawach kiedyś pisał, w tekście Jak powstał "Doktor Faustus". Zerknąłem tam ostatnio, po latach, powodowany tym snem... Nawet mnie to rozbawiło, trochę nerwowo... Otwarłem akurat na pooperacyjnych przygodach autora. Mann w czasie Faustusa przeszedł poważną operację. Po niej, gdy jeszcze był mocno oszołomiony po narkozie, zaczął mówić do swojej żony po angielsku - o dziwo - skarżąc się: "It was much worse than I thought. I suffered too much!" I potem pisał: "Dziś jeszcze zastanawiam się nad sensem tego nonsensu. O czym ja mówiłem? Nic przecież z tego wszystkiego nie czułem. Czyż istnieją jakieś takie głębie witalności, w których, przy całkowitym wyłączeniu systemu nerwowego, jednak się cierpi? Czy w najgłębszej podświadomości ból nie daje się odłączyć od cierpienia? Mogłoby to więc dotyczyć nawet "martwego" organizmu, o którym nikt nie wie, jak dalece jest martwy przed ostatecznym rozkładem; i - choćby tylko w sensie nieufnego pytania - mogłoby stanowić argument przeciwko paleniu zwłok. It may hurt - wyrażając to po angielsku."

Trochę mnie to nieufne pytanie rozbawiło, teraz, przy marcu i nadchodzącej rocznicy... Razem z ciotką, która tak szalenie bała się nieboszczyków, a którym w końcu i sama się stała i leży teraz na cmentarzu, mając już jasność co do pewnych spraw zza granicy tego świata, zza granicy, a jednak jak najbardziej cielesnych, kompletowaliśmy strój do trumny dla mojej mamy. Ciotka chciała mamę jak najbardziej poubierać, żeby jej nie było zimno... Rety!! Niby racjonalna kobieta, naukowiec, a tu takie jakieś przeczucia o witalnych głębiach... Nawiasem mówiąc nie chciała też, by mamie mojej było za gorąco. Planowałem bowiem początkowo, by jej zwłoki spopielić, ale wprawiłem tym siostrę mamy w takie przerażenie, że odstąpiłem od tego zamiaru, bo nie lubię sprawiać ludziom cierpienia... Piekłoszczyk więc nie poszedł w płomienie, a ciocia była mi wdzięczna... Hm - ustępuję jednak w obliczu niedorzeczności i absurdalnych wyobrażeń, zakorzenionych w najdalszych głębiach wierzeń...

To są jednak straszliwości... Nic różnego od życia nie można sobie wyobrazić... Wszystko w naszych myślach jest życiem... A życie to udręka. Tylko.

sobota, 11 marca 2017, kiljan.halldorsson

Polecane wpisy

  • Stjernene synger en selsom sang

    Złoty pierścionek, w który miał wpatrywać się mały Zenon... - Złoty. Jesteś bogata... Jak ja będę bogaty, będę miał całe łóżko ze złota... Będzie się błyszczeć

  • Sabała

    Dalej, jak najdalej... I jeszcze jak najwyżej, w miarę możliwości... Wysokości, i czas, co już przeminął. "Muszę Ci się przyznać, czytelniku - pisał Tytus Chału

  • Flaszko!

    Droga, cudna... Tak za bardzo pisać się nie chce. Blog przygasa... Bo albo nie mam czasu, to znów nie chcę mieć czasu. I chęci dodatkowo... No, ale niech jeszcz