BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
counter
Blog > Komentarze do wpisu
Zakopanoptikon

Jedyny normalny i przyzwoity poniedziałek w roku... Niby normalności powinno być więcej, ale jednak tryumfuje zawsze nienormalność i potworność z nieprzyzwoitością... Bardzo to przyzwoity i normalny poniedziałek - człowiek wstaje rano i nie widzi na drodze korka, nie słyszy hałasu, nie widzi tych wszystkich zmotoryzowanych orłów tuż przed smutną metamorfozą - bo przecież większość z nich, gdy już dojedzie do roboty, przepoczwarzy się w drobiące kuropatwy (jakie szczęście, że ich dzieci tego nie widzą - inaczej trudniej byłoby spuścić im przykładne, wychowawcze manto.)

Za nami tydzień pełen wielkich dni. Wielkie piątki, czwartki... A ułożyło się tak, by całą rzecz zacząć Wielką Wampiriadą, w odróżnieniu od comiesięcznej, małej wampiriady, choć równie gorącej w swych bluźnierczych zapałach... Osobliwość, którą można by było jakoś jeszcze wzbogacić, uczynić jeśli nie dniem wolnym od pracy, to przynajmniej dniem stosownego państwowego poczęstunku - dla każdego talerz krwawej polewki z kluseczkami, względnie łycha kaszany na gorąco, z chlebkiem, dołączonym do igrzysk, do występów nekrocelebrytów. Co było czczone? Co to było? Dzień wariata, święto zinstytucjonalizowanego kretynizmu, święto hieny, dzień krzykliwy łgarstwa i durnoty z bluźnierczym pochodem? Obłęd jakiś... Dziwacznie jest, doprawdy... Ale dość o tym. Trudno się nawet z tego śmieć. Bo mamy do czynienia dziś w życiu publicznym ze zjawiskami, których już nie można skarykaturować, przerysować. Niektórzy silą się wprawdzie na satyry, nawet bardzo profesjonalne, ale jakoś tak wychodzą im z tego po prostu produkcje dokumentalne.

Przypomniałem sobie jednak o innej satyrze, stworzonej w okolicznościach, które jeszcze można było przerysować, satyrze, która mogła spocząć na drugiej szali wagi tworząc pogodną równowagę... Na myśl mi przyszła jeszcze w tym wiosennym porywie krokusowym (o, wiosna, wiosna - a tu raptem znów jakiś śnieżne dekoracje, posypki), kiedy to na szlak turystyczny pognały całe hordy ludzi... Tatrzańskie przeludnienie. To wcale nie takie nowe zjawisko, które przyjemnie obśmiał w swej książce "Zakopanoptikon" Andrzej Strug... U Struga pada deszcz, pada deszcz, do szaleństwa - w gruncie rzeczy jego ulubiona pogoda - tak w każdym razie wspominali go znajomi - "Kochał niepogodę, legendarny deszcz zakopiański, mgły i burze, lubił włóczyć się po dolinach, zazierać na szczyty, spocząć przy potoku, rozpalić watrę, łazikować tygodniami, byle patrzeć i patrzeć na ukochane góry." Ludzie z "Zakopanoptikonu" też chcieli patrzeć na góry, być w górach, tylko nie w tym uporczywym deszczu, który doprowadzał do szaleństwa... I wreszcie przyszedł ten jeden, jedyny dzień pogody, gdy całe towarzystwo turystyczne gruchnęło w góry. Także pan Lubystko, który strasznie chciał posiąść panią Ledę, czego ta mu wzbraniała przez długi czas, bo chciała do tego właśnie pogody, krajobrazu, piękna. A gdy przyszło piękno, pogoda - masz ci los - pan Lubystko pękał z pożądania i chciał do swych celów lubieżnych użyć pierwszego lepszego skrawka łona natury, pani jednak okazała się wybredna - tu nie, tam nie, a tu jeszcze wkoło coraz więcej ludzi - już się wydaje, że masz dobrą kryjówkę, a tu raptem widzisz czyjąś ciekawską głowę, albo góral w całkiem czarnych białych spodniach coś by z tobą pohandlował... Czarna rozpacz - a tu spokoju przecież trzeba, i czasu, by panią porozpinać, poodwiązywać, pouwalniać z tych wszystkich gaci - wszak to przecież jeszcze piękna epoka, kiedy to dobieranie się do pani musiało przypominać przekopywanie się przez jakiś straszliwy barłóg... Wszędzie przeszkody - turyści, górale, wreszcie student Kretyn, co rozpaczliwie zbłądził, który ostatecznie odnalazł się, ledwie dwa kroki od szosy, w postaci pozieleniałej od wilgoci zjawy.

Tłok w górach. I tłok w Zakopanem. W powieści Zakopane to jakaś potężna metropolia, tłumna, rozpolitykowana, o bogatym artystycznym życiu. Natłok... Szczególne to miejsce, szczególne to góry - napchane legendą, widziadłami, idealizującymi tęsknotami za odnową narodu. W młodopolskich czasach zrobiła się z tego zakątka oaza wolności, swobody - bez politycznych zawiłości pewnie to miejsce nigdy by się nie dorobiło legendy, ale że nas pożarli, tośmy sobie musieli tworzyć oazy, z tym wszystkim, co dla nas charakterystyczne... Wszystko jest w "Zakopanoptikonie": kłótnia, bijatyka, sejmikowanie bezustanne, wściekłe podziały, Żarliwcy i Gorliwcy, miernoty i zera moralne gotowe z klechami porządzić sobie, nawet jaja z pogrzebu...

Andrzej Strug - poważny pisarz i wielki autorytet okazał się też znakomitym satyrykiem, do czego specjalnej wagi nie przywiązywał - nie starał się o książkową publikację swej zakopiańskiej satyry i długo ten przezabawny tekst pozostawał pamiątką zawartą w czasopiśmie. Dzieło ważne - przeciwwaga dla "Nietoty" Micińskiego (powieściowego Woziwody). O ile "Nietota" to szczyt Młodej Polski Tatrzańskiej (szczyt też mający w sobie satyrę, tyle że ciężkiego, poważnego gatunku), o tyle wesoła powieść Struga jest zamknięciem tejże. Tamta rzeczywistość domagała się już tylko burleskowego ujęcia. Pyk - i nie ma balonika...

Czy wolno Polakowi się dziś śmiać? - Takim pytaniem zaczyna swą komedię Strug... Zawsze przecież, jak to u nas, jakieś ciężkie czasy, albo nasycone powagą... Śmiech jednak jest potrzebny. Czasem ratuje. Choć niekiedy bywa wyrazem bezradności...

Strug zadziałał jak filmowiec (z filmem zresztą później, już w wolnej Polsce, współpracował) - umiejętnie reżyserując ruchem postaci, tworzy przed oczami dzisiejszego czytelnika starą, przepełnioną gagami amerykańską farsę. Jest doprawdy jak w starym kinie. Fantastyczne sceny zbiorowe, walki, tragikomiczne wypadki, masy rozbujane w nieustannym sporze, uzbrojone w rzeczy najdziwaczniejsze... Wszędzie partie, partyjki, stronnictwa, sprzeczne interesy. Jedni chcą Tatr pierwotnych, inni kolei zębnicowej na Świnicę (był rzeczywiście taki osobliwy projekt), jedna pani pensjonatowa lepsza od drugiej, itd, itd... A dookoła deszcz, gnój, błota lawina pełna prehistorycznych pamiątek, zrozpaczeni letnicy, oczywiście knajpa u Płonki (powieściowego Pchełki), taternicy przez pogodę uwięzieni w mieście, zmagający się na wszelkie sposoby z kościelną wieżą (jedynie Gdysz, czyli Mariusz Zaruski, nic sobie z pogody nie robił i szedł po swoje taternickie zdobycze gdzie trzeba), kłamliwi dziennikarze i cały zestaw osobliwości artystycznych i myślicielskich... I dalej deszcz, tworzący aurę tak przygnębiającą, że aż ludzie powoli zaczęli przemieniać się w... kaczki...

Tak... Przedłużająca się zła atmosfera może dusić, zobojętniać, zmieniać ludzi w kaczki, zmieniać świat w kaczy zakątek... Dopóki nie znajdzie się jakiś budziciel - budzicielka...

Pyszna zabawa - przeuroczo obśmiana Młoda Polska... I ta dusza polska, wtedy zniewolona, ale taka jak zawsze... Zapieniona, cwaniacka, uparta; moja prawda, mojsza prawda... I straszno i śmieszno...

Zakopanoptikon. Tytuł znakomity. Zakopane, panoptikum, fotoplastikon... Szalone obrazki.

Zakopane było malutkie, choć było treściwą pigułką... Dziś już nie musimy się zbierać w pigułkowych rozmiarach, by sobie urządzać wolność... Urządzamy się na całkiem sporym obszarze. I coraz większe mam wrażenie, że urządzamy się w swej wolności na cacy... Taki Polopanoptikon - gdy się przyjrzeć... Co dać na drugą szalę?

^^^

Andrzej Strug

"Zakopanoptikon, czyli kronika 49 dni deszczowych w Zakopanem"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017, kiljan.halldorsson

Polecane wpisy

  • Þoka

    Þoka. Tak sobie pozwoliłem zatytułować notkę po islandzku. Bo lubię to słowo. Na równi z norweską "tåke". Na określenie mgły. Całkiem jak Per Olof Sun

  • Najgłębsze witalności

    Zaskoczenia, zjawy i upiory... Pamiętam, jak to opowiadał Miron Białoszewski o natknięciu się na siebie, siebie odbitego w jakiejś szybie - nagle, po trudnych d

  • Cicha przyjaciółka

     Marzec już... Czas leci, męczy, trudzi, i nawet nie ma kiedy poblogować... :-) Ostatnio najczęściej bywam poirytowany, a nawet wściekły. Ot tak - bo natło