Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

U zmarłych

kiljan.halldorsson

Grzegorz to ponoć. Orkan. Przedsmak zimy, dynamiczne a przewietrzające, orzeźwiające pozdrowienie z Arktyki... Jest wszystko: mrok śnieżnej zadymki, deszcz, olśniewające słońce i doskonale przewietrzone błękity. Doskonała pogoda na spacer, a nawet na przejażdżkę...

Akurat nie ma nic do roboty. Czas wolny. Małe wagary, czy coś, co przypomina wagary, bo przecież teraz nie mam przed czym uciekać... Jest uspokojenie i wolny czas, podczas którego chciałem trochę pobyć sam, z pustymi rękami... Wsiadłem rankiem w autobusy, tramwaje... Jechałem czasem - wszystko w zależności od kierunku - w tłumie spieszącym do pracy albo w pustkach zajętych punktowo przez nikomu niepotrzebnych, bądź też takich fantazyjnych ponuro gości jak ja, wagarowiczów... Dokąd spieszyłem? Na północ, zachód, wschód, południe, a także do centrum. Miasta. Postanawiając w dość szczególny sposób uczcić nieodległe już święto zmarłych...

W każdym zakątku, w każdej stronie mijałem miejsca, adresy puste już dla mnie, pod które nie ma sensu już się udawać... Tyle domów, miejsc, w których już nie ma krewnych i przyjaciół... Jest tego zaskakująco dużo. A to ledwie tylko jedno miasto...

Wagary z duchami. W miłym wspomnieniu tych właściwych wagarów, sprzed lat... To było ważne kiedyś odkrycie, że można darować sobie obowiązki... Czasem wagarowałem sam - wówczas jeździłem na przedmieścia, na długie dotleniające spacery lub podróżowałem po mieście. Gdy miałem towarzystwo, wtedy zwykle odwiedzałem galerie sztuki i muzea albo chodziłem na poranki do kina - słowem - odchamiałem się... Z czasem były też kawusie i alkohol... Rozkoszne posiady knajpiane, cyganeryjne, w papierosowych chmurach, w te wszystkie zapracowane i ponure poniedziałki, wtorki, w te przedpołudnia przepuszczane przez palce w odurzającym aromacie dobrej kawy, nad pieczołowicie podgrzewanym, pokrzepiającym swą mocą kieliszkiem bursztynowego koniaku... Tak, tak, moje szczeniactwo lubiło moczyć usta w koniaku... Ale, właśnie - w tamtych wagarowych czasach jeszcze nie było duchów - byłem dzieckiem, bo jeszcze wtedy wszyscy żyli... Dzisiejsze wagary upłynęły już w pełnej dorosłości, bo prawie wszyscy już nie żyją... Postanowiłem samotnie odwiedzić w mieście wszystkich tych, których nieobecność odczuwam... Czasem się uśmiechałem, czasem musiałem łapać głębokie oddechy, żeby za bardzo się nie rozmazywać... Tu mieszkała ciotka, tam moja mama, tam ten znajomy, tam tamten, a tam życzliwa mama A., której też już nie ma... Już bezlik zmarłych... Codziennie mija się takie miejsca, ale nigdy naraz, więc człowiek specjalnie nie odkrywa tej narastającej pustki...

Nie wiem czy dobrze pamiętam twarze. Ale myślę, że świetnie odtwarzam miejsca, wnętrza domów, mieszkań... Ta najukochańsza przestrzeń należała do dziadków, rodziców mojej mamy - jej obraz przechowuję w pamięci z najwyższym pietyzmem... Tam jakby miałem przerwy w odbywaniu kary, bo też i swoje życie tak traktowałem - jak karę... Tak, ta szczególna zażyłość między dziadkami a wnuczętami... Niebagatelną rolę mają tu te czasowe odległości, ten skok ponad pokolenie, do świadków rzeczywistości całkiem obcych, odległych jeszcze od świtania naszego własnego życia, a nawet naszych rodziców...

Bardzo kochałem moich dziadków. Mam po nich pamiątki, całkiem nawet sprawne - po dziadku tyka starannie zaopiekowany zegar (ach, cudowny zegarmistrz, który mi tego wahadłowca pieczołowicie konserwował, też już nie żyje - umarł kilka miesięcy temu... zgroza!!!!! - Bogowie, jak ten człowiek kochał te zadziwiające mechanizmy - ostatnim razem, kiedy u niego byłem, kazał mi się wsłuchiwać w wyjątkowo zniewalające bicie pewnej zegarmistrzowskiej cudowności... - Niech pan posłucha! - Puścił w ruch ogołocony mechanizm - mały młoteczek uderzył w niepozorny kawałek metalu, każąc mu śpiewać niespotykanej piękności melancholijny poemat o przemijaniu... Istne czary, baśń na poddaszu zamienionym na warsztat pełen chorych, domagających się leczenia mechanicznych serc... ), mam książki, starodawne radio, biurko, maszynę do pisania (która na nowo ożyła, bo bardzo zainteresowała się nią kicia, co u nas zamieszkała - wtyka łapki między klawisze, a gdy uda jej się poruszyć jakąś czcionkę, zagląda z góry w jej tajemniczą otchłań, jakby chciała zgłębić zasady tego kunsztownie wykonanego, przedwojennego jeszcze mechanizmu...) ... Kochani dziadkowie, za którymi tęsknię... Czy jednak chciałbym ich spotkać teraz? Czy chciałbym spotkać któregokolwiek z gospodarzy obcych już dziś miejsc? Problematyczna to sprawa. Czasem żartuję, że gdyby nagle w drzwiach pojawiła się moja mama, zadzwoniłbym na policję...

Przywoływanie zmarłych... Ciekawie kiedyś napisał o tym Tomasz Mann w "Czarodziejskiej górze". Sprawy najbardziej zagadkowe, czyli seans spirytystyczny w wygodnym sanatorium śmierci - wywoływanie upiornej istoty, w klimacie będącym połączeniem porodówki z burdelem (no - dla ścisłości - rzecz nie taka znów nadzwyczajna, bo w życiu przykładnie heteroseksualnym, usposobionym prokreacyjnie, przecież te zjawiska nie są sobie obce, tyle że ze sobą sąsiadują taktownie, jakby w chęci uniknięcia skandalu, choć życie tak czy owak jest zdarzeniem nad wraz skandalicznym... Ach, cóż za rozkosznie kamuflująca moc następstwa... Najpierw burdel, potem zaś dopiero doniosłość izby położniczej i uroczyste świętowanie nad chrzcielnicą)... Jak to pisał Tomasz Mann: "W ciągu ostatnich dni ten i ów zastanawiał się, kogo pragnąłby wywołać, ale powrót umarłych, a raczej to, czy powrót ten jest pożądany, jest sprawą złożoną i drażliwą. W gruncie rzeczy i szczerze mówiąc, pragnienie ich powrotu jest złudą, jest omyłką; jest, patrząc na to trzeźwo, równie niemożliwe, jak sam powrót, a wyszłoby to na jaw, gdyby natura chciała to niepodobieństwo powrotu choć na jeden raz odwołać; to zaś, co nazywamy żałobą, jest może nie tyle bólem z powodu niemożliwości zmartwychwstania zmarłych, ile z powodu niemożności pragnienia ich powrotu".

No?... Chciałbym? Nawet tego najukochańszego? Mówię tak, myślę nie. Jednak... To wszystko jest oddaleniem... Śmierć jest tylko jednym ze sposobów oddalenia... Przy oddaleniu nie ma wspólnych spraw. Zmarli wywołani byliby tym samym, co dawni znajomi, przemienieni przez czas w obcych... Po jakimś czasie nie ma o czym mówić... Oddalenie to obcość, zdecydowanie...

W sercu tylko żal, żal za zmarłymi, za minionymi czasami, za sobą samym sprzed czasu jakiegoś...

A w domu... Grzeją już kaloryfery. Gra muzyka. Ciepły piec, ciepły kąt... I kot. Cholera - zamieszkał z nami kot. Kicia. Kryśka. Która polubiła maszynę do pisania!

Życie idzie swoim torem... A wokół duchy... Wybaczcie, duchy, ale w tym roku w rumowisko kamieniarskiego bezguścia się nie udam... Nie chce mi się już chodzić na cmentarze... Ja naprawdę dobrze pamiętam... Niech to dla was będzie światłem. Póki jestem...

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • koffiejames

    Eh a ja chodzę co roku - już teraz tyle mi się trupów narobiło że na dwa dni to rozkładam, ale dla odmiany z poczucia tej pustki chyba, od ładnych kilku lat robimy sobie dziady i hallowenową kolację z rodziną z wyboru, oglądfamy horrory i chodzimy zapalić na najstarszy miejski cmentarz lampki na grobach założycieli miasta lub jakichś ważnych postaci - z cytrynówką i odrobiną zadumy - triumf życia oraz jakiś rodzaj pamięci zbiorowej...

    Gratulacje Kota! To zwierzęta święte :)

  • renata-ta

    Zasłuchałam się ...

  • sad.a.5

    Dziękuję za ten tekst, skłania do przemyśleń... Do mnie powracają w snach, snujemy niedokończone rozmowy, spacerujemy razem, albo siedzimy przy stole...

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci