BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Blog > Komentarze do wpisu
Czasy szepczącej rynny

Śnieg, śnieg... Wreszcie. Jeszcze z wiatrem. Jednym ryjek się śmieje do słońca, innych zaś radość ogarnia, gdy wieje wiatr i rzuca im w twarz płaty mokrego śniegu. Ja zaliczam się do tych drugich. Nie lubię upalnych bezruchów czy mglistych pogodowych zgnilizn, uwielbiam natomiast wiatr i opady, chłody, gołoledzie, rozbijdupy... No i dni ostro przycięte. Długie wieczory, w sam raz na herbaty z malinowym sokiem, lekturę i mruczącego kota. Oczywiście w którymś momencie wszystko stanie się uciążliwe, ale początki zawsze są miłe. Zawsze to jakaś odmiana...

Ze śniegiem przylatują stare piosenki, naturalnie. I przypomnienia. Listopad do tego najbardziej się nadaje... Mój pokoik, wynajmowany kiedyś w Reykjaviku, w starej, brzydkiej, klockowatej willi - dziupla w suterenie, ale z osobnym, niekrępującym wejściem, tuż za kubłami na śmieci... Widok z okna - szary mur. Wszystko prawie za darmochę, więc nie było co wybrzydzać. Zresztą szpetota zawsze mnie jakoś szczególnie pociągała. Byłem sobie młodym gołodupcem usiłującym zapchać czymś swoją głowę, bez jakichś skonkretyzowanych planów. Byłem ktosiem na pasku swych miłości: do pewnych ludzi, krajobrazów, duchów... Szary widok za oknem urozmaicał mi często uroczy kolega, Kristján, który postanowił zrobić wszystko, bym się na islandzkim wygwizdowie czuł dobrze. Dość oryginalny olbrzym, prawie dwumetrowy, w okularach, wtedy jeszcze z korygującymi uzębienie blachami w ustach, poruszający się cudownie zdezelowanym i zabałaganionym pojazdem o jakimś takim różowawym kolorze, z pewnym wdziękiem nie panujący za bardzo nad swoim ciałem, który - co za szczęście - nie namawiał mnie do grania w piłkę i który nie za bardzo lubił chodzić na basen, za co też byłem mu wdzięczny! Lubił natomiast oglądać filmy i snuć się po górach, w czym chętnie mu towarzyszyłem, chociaż trudno było za nim nadążyć. Zawsze wiedział, jak się który ptak nazywa. Poznawał je po głosie. Wszystko o nich wiedział... I musiałem z nim grać w szachy. Za pierwszym razem trochę się zmartwiłem, bo pomyślałem sobie, że zaraz się przekona, iż jestem kompletnym debilem, bo gdzie mi tam do takich gier; no ale znałem zasady, więc przystąpiłem do zmagań, najczęściej ulegając sprawniejszemu przeciwnikowi. Bo ja jestem jednak dość bezmyślny... A jeszcze gorzej jest z kartami, tam, gdzie trzeba liczyć... Trochę się tego wstydzę, bo mam jakiś defekt, który sprawia, że nie potrafię w pamięci zabawiać się arytmetyką. Może sobie każdy wyobrazić, co przeżywałem kiedyś pod tablicą na lekcjach matematyki, kiedy mózg mi się co chwilę zawieszał przy próbie pokonania najprostszych działań na liczbach. Do dziś, jeśli by mnie ktoś zaskoczył pytaniem np: 5+2, od razu by zobaczył, że do akcji pakuje mi się dyskretnie pomocna dłoń - liczenie na palcach - pięć, i raz, dwa - dwa uderzenia w udo - kciuk i palec wskazujący - sześć, siedem... Wszystko dla pewności, odruchowo... Dzisiaj to się chyba nazywa dyskalkulią, ale za moich czasów nie było jeszcze mody na rozmaite dysfunkcje, więc jak mnie raz matematyczka przyłapała, jak jakieś tam dziesiątki sumowałem na paluchach, to oczywiście wywołała polewkę na całą klasę... Tak że bez kalkulatora nie ogarniam tematu. Ale generalnie w kasie wszystko mi się zgadza, więc nie ma tragedii...

Kasa - wtedy każdy miedziak się liczył. Co mnie jednak specjalnie nie martwiło. (Miałem w sobie dużo lekkomyślności, która mi podpowiadała, że przecież życie jakoś się mną chyba zajmie, co właściwie tak trochę trwa do dziś.) Biureczko, półeczka, tapczanik. Właściwie pewna wnętrzarska bezstylowość pozostała mi do dziś, choć rupieci wokół trochę narosło, ale w zasadzie nie dbam za bardzo o przedmioty, niczego specjalnie nie dekoruję, nie powiesiłem sobie żadnych gołych panów w sypialni... Tak, bezstylowość bardziej mi pasuje, bo gdy widzę niektórych kolegów, bardzo stylowych, to się przekonuję, że posiadanie stylu to robota na cały etat... Najwięcej dekoracyjności wtargnęło pod mój dach w postaci babcinej porcelany, którą radośnie odziedziczyłem. Stosy makabrycznej chińszczyzny - gryzmoły, smoki, kwiatki - na talerzach, miseczkach, łyżkach, czajniczkach, filiżankach, kubkach... Można się przestraszyć... Brr - nie lubię w ogóle całej tej dalekowschodniej estetyki - dla mnie jest zbyt dzecinkowata, a za dziecinkowatościa zawsze wyczuwam potwora, świat, który w swej groteskowości z niebywałą lekkością potrafi wyzerować człowieka, świat, od którego wolę trzymać się z daleka... Smoki więc śpią w szafkach. Wolę zastawę bez zdobień.

W tych dawnościach prostoty było jeszcze więcej. W domowym zaciszu szarość, starodawna literatura, często deszcz, a gdzieś obok śpiewająca, szepcząca, mrucząca rynna. Nigdy później takiej nie spotkałem. Ależ mi grało. Miałem wręcz wrażenie, że mam dostęp do jakiegoś równoległego świata. Zdawało mi się, że słyszę jakieś rozmowy, echa jakiegoś balu - jakby jakaś muzyka, szczęk sztućców, talerzy... Może to były te elfy? Uchylały drzwi, by mi się przyjrzeć, a przy okazji trochę akustycznych zjawisk z ich świata docierało  do mych uszu... Ale nie widziałem ich. Jeśli ktoś się pojawiał w oknie, to zwykle Kristján, który zamiast pukać do drzwi, pukał mi w okno, żeby mnie gdzieś porwać, o czymś mi opowiedzieć...

Potem się nasze drogi rozeszły. Ja pojechałem do Norwegii, jego kariera naukowa wywiała do Kopenhagi, w której mieszka do dziś...

Tak sobie myślę o tamtych odległych czasach, o tamtej Islandii, która wtedy jeszcze była gdzieś na granicy tej swojej utraconej już dziś naiwności, niewinności... Tak mi się wydaje... No, ale tak czy owak, gdzieś tam zawsze jest krainą duchów i bajek bez puenty... Trochę czasu z tymi duchami spędziłem. I z deszczem, i ze śniegiem, i z wiatrem... Jak się poznaliśmy, to K. kupił mi na dzień dobry Prince Polo, pumeks w czekoladzie, jak to pisał Laxness. Chrupaliśmy i gapiliśmy się na ocean... Znajomi mówili, żeśmy się dobrali, bo obaj mieliśmy włosy, których nie można było uczesać... Wiatr się starał, ale też mu nie wychodziło!

Rzadko się teraz widujemy. I najczęściej poza Reykjavikiem... Ten mój Reykjavik już trochę opustoszał. Drugie moje miasto z adresami, pod którymi nie ma już czego szukać, bo albo się ludzie rozjechali, albo po prostu poumierali... Niektórych ludzi mi bardzo brakuje... Często zaprzyjaźniałem się z osobami dużo od siebie starszymi, no więc teraz mam, cmentarzyk w pamięci, coraz więcej duchów... Niektórych nie ma już od dawna, jak mojej drogiej przyjaciółki, Niemki znad Bałtyku zresztą, którą los porwał na wyspę, którą pokochała do szaleństwa i wiedziała o niej wszystko... Właściwie nie ma miasteczka, które by mi nie przypominało Muthe, jak nazywali ją znajomi, bośmy przejechali razem cały kraj przecież...

Ze wszech miar osobliwe miejsce... Jedyne znane mi miejsce, w którym można z kucharką przegadać całą noc o literaturze... Przydarzyło mi się to kiedyś, jasną letnią nocą w Reykjahlíð... Czysta magia - kobieta pełna poezji i jeszcze na dodatek karmiąca ludzi. Dobre żarcie, to dopiero zmysłowa przygoda przecież... Trzeba szczególnie kochać ludzi, żeby ich karmić, pieszcząc przy okazji ich zmysły...

No i przy tym naszym nieśmiałym jeszcze śniegu, co mi jakieś przypomnienia znowu wysnuł z głowy, o tej rynnie, o mojej ukochanej szarej ścianie, coś z tamtych lat dalekich... Śnieg, równie bogaty w odmiany jak islandzkie duchy... 

Stary dobry Gildran. Przy ich muzyce fajnie się jeździ po wyspie. Lubię to! "Snjór". Numer bodaj z 1988 roku. Tutaj chłopaki już dojrzalsze są, po dwóch dekadach, dojrzalsze, ale ciągle w dobrej formie!

środa, 21 listopada 2018, kiljan.halldorsson

Polecane wpisy

counter