Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Bogumiła Jęcek. Rozdziały

kiljan.halldorsson

Otulony górską zimą, bajeczną; otoczony poezją, zatopiony w sobie, dzięki tej poezji... Przygnębiony dziś ciągle tym, co się wydarzyło ostatnio... No, ale przecież trzeba jakoś dalej iść...

Żebym tylko umiał zebrać myśli, z zakwasami w mięśniach i po tęgim, gorącym rosole...

Poetko!

Bardzo się czuję zaszczycony tym drugim podarunkiem, i tym, że mam już Pani dwa tomiki z Jej autografem i serdecznym słowem!

Pamiętam, gdy do moich rąk, kilka lat temu, trafił Pani debiutancki tomik pt.: "Czarne koronki"! Byłem ogromnie zaciekawiony, przez tego naszego ulubionego norweskiego malarza... Gdy otwierałem książkę, wykonałem ruch celowy - spis treści, bo się chciałem dowiedzieć, czy jest tam coś o moim ukochanym obrazie Edvarda Muncha "Noc w St. Cloud"... Z Pani słowami poczułem się jak u siebie... Opisała pani moje myśli... Pisząc o tamtej nocy wymalowanej, i o wszystkich innych malarskich, emocjoanalnych przedstawieniach Muncha; podarowała mi Pani szczególną przygodę czytelniczą...

Ciagle i ciągle wracam do tamtych wierszy... I tak samo chyba będę wracał do wierszy z Pani drugiego tomiku...

Nie napiszę jakiejś suchej recenzji... Bo cóż tak na sucho napisać... Żem blisko dziś świata Witkacego, to jego definicję podam, poezji, że nie jest ona wyrażaniem myśli w rymach, tylko tworzeniem syntezy obrazów, dźwięków i znaczeń słów w pewnej formie... Ja bym do tego dodał - jest to mistrzowska opisowość, która tworzy kłębek, z którego myśl można wysnuć... Wspomnienia, wspólnota doświadczeń, ujęte to wszystko w dobre brzmienie...

Lubię czytać wiersze na głos... Wtedy czuć ich temperaturę...I tu temperatura jest wysoka!... Nie tak wiele słów... Uważnie dobranych słów! I w tym całe życie!

Przy drugim tomiku zdałem się na przypadek. No, może nie tak całkiem... Bo najpierw strona tytułowa... Tak trzeba, bo w końcu gdy sama autorka śle w podarunku... Z serdecznego zaprosznia skorzystałem i poszedłem w świat wierszy... Zdając się już na przypadek, bo treść miała być diametralnie inna od tej z pierwszego tomiku... Pierwsze napotkałem "Poletko", jakże treściwe, prawdziwe:

Syn kosi trawę, a mąż układa pocięte

i porąbane drewno pod okapem wiaty.

Ja wyrywam chwasty na małej skarpie.

Wydaje się nam, że jesteśmy razem.

Po lekturze innych wierszy, pomyślałem sobie, że to niezły wstęp... Mamy poczucie bycia razem. Życie to poczucia. Wiele nam się wydaje, choć każde życie, nawet tych najbliższych, ma swoje tajemnice, głębie, do których nie dotrzemy... Ale i tak w tym razem jest dość, by kochać, pielęgnować, by być czułym... Ci, co są obok, tu i teraz, ale i ci, co odeszli, wspomnienie o nich, wiedza o ich przeżyciach, co jest cegiełką tej całej wielkiej historii...Ja, oni, tamci, i ja sprzed lat, który, która też już przecież nie istnieję... Sam - bo każdy jakoś to swoje życie sam przejść musi, zmierzyć się znim, wreszcie spotkać śmierć - w cztery oczy... Ale i razem, bo jednak człowiek nigdy nie jest sam... Bo jest jednak obok innych, i składa się z innych...

Teraz i wczoraj. Drobiazgi, chwile. Dzisiejsze, przeszłe... Jest jak w życiu. Choć dziś  może nie jest tak strasznie... Sa rzeczy niepojęte - obóz, zagłada tuż obok, niezgoda, przewlekłe partyzantki, wreszcie jakieś kompromisy, co zawsze będą uwierały, po kres... Mniejsze zło, gdy już dobra nie widać...

Indywidualne dramaty... Coraz bardziej przebrzmiałe, bo przecież czas leci, choć warte pamiętania, bo to przecież nauka, płynąca z lat, gdy zatryumfowała pogarda...

Tak mi pani przypomniała, jak w dawnych czasach słuchałem dziadka opowiadającego o obozowych niesamowitościach... To wraca, tak jak w Pani tomiku - jest dziś, i nagle w to wszystko wkarada się wspomnienie o czymś niewyobrażalnym... Pamiętam szczególnie pewne lato - lipiec, zmierzch, otwarte okna na ogród - rodzinne kółko, przy lampie naftowej, by specjalnie nie zakłócać mroku... Dziadek wspominał rzeczy, które mnie, szczeniaka wtedy, skłaniały do zadawania absurdalnych pytań: Czy wtedy też trawa była zielona? A niebo niebieskie? A jak zachodziło słońce... Tak samo było... Ku mojemu zdziwieniu, ale też i przerażeniu... Był taki spokój, tylko ćmy, błyszczące oczy, pies całkiem odprężony, śpiący koło naszych nóg... Spokojne teraz, ówczesne teraz, z mej szczeniackiej epoki, pełne jednak napięcia, bo pośród wspomnieniowych niesamowitości czekaliśmy na sowę, która każdego zmierzchu przylatywała, by posiedzieć trochę na takiej pochyłej tyczce, po której piął się dorodny jasiek... Zjawiała się jak duch, niewielka, czarna sylwetka w późnowieczornej zorzy...

Ptaki. Patrzenie na ptaki... Ogromnie to lubię. Bez jakiegoś ornitologicznego zapału goniącego za rzadkościami - moje ptaki to (pomijając islandzkie ptasie szaleństwo): gawrony, wróble (ku mojemu przerażeniu coraz rzadsze w moim Krakowie - a przecież kiedyś uszy puchły od ich kłótni i awanturniczych zalotów oraz miłosnych przechwałek), gołębie, sroki, coraz bardziej miejskie sroki... Ogromnie polubiłem wiersz pt.: "Relacja" To przecież samo życie. Tak dokładnie opowiedziane! W tym krótkim opisie! Pewien lęk przed dorosłością. Trochę uzasadniony. Ta wrona, co odgania, to pewnie tato; ta, co przemyca smakołyki, to z pewnością mama, która marzy przecież, by jej pisklątko zawsze było małe i nigdy nie odleciało... Bo gdy się tak przyjrzeć dorosłej sroce w zielonościach tui... Dzieje się zło, z naszego punktu widzenia zło, którego jednak nie sposób uniknąć, nie sposób mu zapobiec, musi się dziać... Ale niech już tak będzie, w tym pięknym świecie, jednak...

Przytaczam znów słowa poetki, z nadzieją, że mi wolno: "Relacja":

Przy śmietniku rodzina wron. Młode uczą się

zdobywać pożywienie, skrzeczą i chodzą za dorosłymi,

próbują wymusić dokarmianie. Jedno z rodziców odgania,

drugie wkłada do dziobów ptasie smakołyki.

*

Widzę z okna, jak sroka dostaje się do gniazda

ptaków w czterometrowej tui. Z dziobem

w miękkich gałęziach macha skrzydłami i najwyraźniej

znajduje pożywienie; trwa to ponad chwilę.

----

Tu i teraz, wczoraj, miejsca, kiedyś straszne, stające się później placem zabaw dla dzieciaków, dla nowego życia, które jeszcze nie rozumie... Czasem to zabawy w strzelaninę i śmierć - w  końcu dziecięce zabawy to naśladowanie dorosłych...

Na tym świecie wszystko jest na chwilę: my, nasze wielkie sprawy i małe sprawki... "W odcinku". Jakie to też urocze... I też ile moich własnych wspomnień z tego wyrasta... Stara kuźnia... Mój pradziadek był kowalem (po latach, gdy obejrzałem zdjęcia z jego podobizną, odkryłem, że ten miłośnik życia i kobiet był szalenie podobny do Knuta Hamsuna!) - ważna figura w jednej z podkrakowskich wsi... Za moich czasów już była ta kuźnia uśpiona. Obok tej kuźni, w jednej z rodzinnych kolebek, wśród malw, w niebiskim domku mieszkały dwie siostry mojego dziadka, które z czasem przemieniły się w maleńkie staruszki, jak z bajki, w bajkowych wnętrzach chaty ze świętymi obrazami i rozkochanym w swoim miejscu, wdzięcznie rozgałęzionym, rozłożystym, kwitnącym na różowo oleandrem... Obie żyły sto lat i zawsze były razem... W ich domu wisiał kiedyś szafkowy zegar. Dziś tyka w moim domu, zadbany, naoliwiony, kapryśny, rozkosznie niedokładny, w zależności od aury albo wyrywający się do porzodu, albo nie nadążający za elektroniczną dokładnością... W swoim rytmie, w swych nastrojach... (Tak jak i ja, w sumie, ja, z tą moją dziadkową łyżką wojenną, wojskową, od której dawno temu urwał się widelec - resztki jakiegoś żołnierskiego niezbędnika - kiedyś nabierające jakieś wodzianki na brukwi, dziś wędrujące do mego dzioba napełnione treściwymi, pokojowymi zupami ...) Mierzył czas już tylu ludziom...

Kuźnia z wiersza została rozebrana. Wszystko gdzieś przeszło:

Siedzimy pod wiatą, na stole dwie filiżanki

i termos z kawą. Przed nami,

na wykarczowanej kiedyś ziemi, las.

Także i moje tu i teraz. Kłopotliwy (kłopotliwy, bo dziś dacyzją władz na terenie parku krajobrazowego), odziedziczony kawałek ziemi, gdzie kiedyś przylatywała sowa.Ten kawałek sąsiadował kiedyś z polem, którym zajmowała się miejscowa baba - istota z rodzaju straszydeł, przed którymi uciekają dzieci. Niestrudzona, sękata baba rwała tam chwasty, ciupała... Różne tam rośliny usiłowała uprawiać... Były buraki, był i mak nawet... To było czterdzieści lat temu... Czas porwał sękatą babę w zaświaty, czas posiał tam las... Pobliski starodrzew wypuścił trójkątną - bo taki kształt ma sąsiadujące z moją ziemią poletko - odnogę - rozsiał się brzozami, jaworami, klonami... Nikt by dziś nie uwierzył, że na miejscu tej dorodnej leśnej gęstwiny kiedyś siała baba mak...! Żyję już tak długo, by widzieć tak niesamowite zmiany... Kiedyś to było nie do uwierzenia - czas się wlókł, wszyscy żyli i wydawali się nieśmiertelni... Dostrzec, jak rośnie las?... Dziś prawie nikt nie żyje, ale jest las...

Natura, która daje stanowczy sygnał. Natura, która jednak, choć zwykle zwycięska, nie ma z nami łatwego życia, o czym i poetka wspomina: "Notatka":

Brzozowy lesek poprzeplatany sosnami,

sam się posiał na polu za domem. Równo jak od linijki.

Przecina go sieć wysokiego napięcia. Kiedy drzewa

podrosły, trzeba było kilka ściąć, w tym sosnę,

żeby uniknąć zakłóceń w dostawach.

My, i przodkowie w nas, my i nasza przeszłość, przeżyta; i przyroda... My, dziś pod niebem tak dziwnie, tak regularnie pokreślonym śladami po samolotach... W drodze dokąd? W tym wszystkim jest to pytanie, można się go tam doszukać... 

Niepowtarzalności, w detalach, ale przecież ile podobieństw. Nie tylko tu, w tej naszej doświadczonej Środkowej Europie, ale w ogóle...

Chciałbym tu jeszcze gadać i gadać, i przytaczać słowa, właściwie wszystkie, ale przecież popełniłbym wtedy przestępstwo!

Można powiedzieć, uchodząc w jakąś zwięzłość, skrótowość, że Bogumiły Jęcek "Rozdziały" to opis życia: umiejętny, uważny, pełen uczucia, dobrego uczucia... Obcowanie ze sztuką to przyjemność. I ja mam ogromną przyjemność w obcowaniu z tym tomikiem, choć w tej przyjemności są i łzy... Ale to tak jak w życiu - i radość, i płacz, i zachwyt, i tęsknoty... I jakaś ostateczna zgoda na to wszystko, co się dzieje, z jakąś wiarą w zakamarkach duszy, że wszystko ma jakiś sens...

O, bogowie drodzy, gadałbym i gadał...

Tak, mijamy, po nas bawią się dzieci, w końcu rośnie las... A my, póki jesteśmy, starajmy się chodzić na palcach... Pokochałem Panią absolutnie za to chodzenie jak najciszej, prawie na palcach, obok wygrzewających się w słońcu jaszczurek...

Starajmy się nie przeszkadzać... Uczmy się nie wadzić, nie zagarniać nazbyt wiele, szanować... Przy tej okazji Goethe mi przychodzi na myśl, ten miłośnik życia, wydobyty z pamięci człowieka kształconego:) Goethe:

Wiem, nic tu do mnie nie należy.

Nic oprócz myśli, co z więcierzy

Ducha swobodnie się wyzwala.

Nic, oprócz chwili, z której błogi

Los pośród ziemskiej mojej drogi

Szczodrze korzystać mi pozwala.

Dziękuję Pani, Pani Bogumiło! Za piękno, za naukę, za przypomnienia!... Za drobiazgi, które znaczą tak wiele, choćby za tego piątaka z rybakiem... Jeszcze pamiętam te monety w obiegu... Pierwsza, druga klasa - taki drobny codzienny rytuał - ja szedłem do szkoły, tato do pracy - dawał mi piątaka na ciastko, czasem był to rybak... W moich czasach był już dość wyjątkowy, więc trochę żal się było z nim rozstawać... Ale do dziś posiadam jedną taką monetę, na pamiątkę:)

Nie tak dawno temu usłyszałem od kogoś, że traci czas ten, kto nie czyta poezji. Czytajcie więc poezje. Także i poezje Bogumiły Jęcek!

Urocza artystyczna Łódź!... Poetycka i graficzna... Okładkę zdobi grafika Roberta Ruszczyka. Po więcej warto zajrzeć dalej: malekolory.blogspot.com

No i po poezję sięgnąć trzeba, wspaniałą, by nie marnować czasu. Poczytajcie:

Bogumiła Jęcek

"Rozdziały"

Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2018

 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • bona.5

    Przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem, prawie jak poezję, dziękuję :)
    B.J.

  • kiljan.halldorsson

    I ja bardzo dziękuję...
    "...prawie jak poezję" - to miłe... Nigdy nie zdobyłem się na odwagę bycia poetą... :)

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci