Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Jedzenie świata, ócz dwa błękity i sens życia na drodze

kiljan.halldorsson

Trochę tak poszło w głowę, i to w środku dnia... Na góralską nutę, w chwili swobodnej. Wypieściłem się z kolegą wódecznością, wspominając dawne czasy... Coraz bardziej łyse łby, psy dawno padłe, rżnięcie w siatkę, w nogę, dawne, dawne czasy...  Aż mi się po wszystkim fajnie  szło... Jakiś się luz w ścięgnach pojawił... Bo ostatnio to tak trochę było za mało sportu, potem trochę za dużo, w efekcie czego ledwo się dziś ruszam... Ale wczoraj se szedłem... Ech, ty, Tetmajerze - wprawdzie nie szedłem w las, ale gdybym miał piórko, to by mi się migotało... I choć nie w las szedłem, jeno ku kwaterze swojej, gdzie na mnie karkóweczka dobra czekała, dudniła pode mną ziemia, bo energiczny ze mnie chłop. Jezdnię przeszedłem, całkiem na drugą stronę, nie wiedząc jeszcze, jak bohaterskiego w gruncie rzeczy wyczynu dokonałem, stanowiąc jednocześnie zagrożenie dla porządku w tętniącym życiem mieście, w samej stolicy zimowej Polski... Nagle ktoś mi zajeżdża drogę, pchając się na podjazd do jednego z mijanych domów. - Przepraszam pana. - Bardzo proszę! - odparłem, sądząc, że to jacyś turyści chcący zapytać o drogę. Gdy jednak podszedłem bliżej, zorientowałem się, że to po prostu nieoznakowany radiowóz, w którym siedziała całkiem oznakowana, umundurowana parka... Jezuniu - jak zerknąłem w to okienko - za kierownicą siedział tak cudny chłopiec, że aż mi się płakać zachciało... Bogowie, mnie piękno zawsze tak strasznie wzrusza... Ależ mnie chłopak obdarował spojrzeniem. Co za oczy! Jakie błękity! Jak dwie niezapominajki! - Poproszę pana o jakiś dokument - powiedzał śliczny policjant.  - O rety, ależ się we mnie wwiercał ślepkami! Nie mogłem niestety spełnić życzenia policjanta: - Bardzo mi przykro, drogi panie, ale zwykle nie noszę przy sobie dokumentów... - Jeszcze bardziej mnie prześwidrował swoimi niezapominajkami. - Może mi pan podać swój pesel? - Pesel!? Młody człowieku, ja nie pamiętam numeru swojej komórki, a co dopiero ten pesel! Kilka pierwszych cyfr - owszem - bo to data urodzenia, ale reszta zawsze była mi najzupełniej obojętna... Ale mam pewną propozycję! Niech pan posłucha - to taki delikatny kurs savoir - vivre'u - gdy ktoś chce koniecznie, bym mu się przedstawił, zwykle pyta mnie o imię, czasem też i o nazwisko. Proponuję pójść tą drogą, deklarując jednocześnie, że podołam wyzwaniu... - Ależ surowośc wystąpiła na jego służbową twarz, co mnie jednak niespecjalnie zaniepokoiło, choć zaiskrzyła we mnie myśl, że być może jestem podobny do jakiegoś poszukiwanego bandziora, co sprawi, że mój dzień stanie cię całkiem inny od poprzednich. - Wpakowałem paluch w ten jego cieplutki radiowóz, wskazując na gadżecik w jego rękach: - Śmiało... - No i znalzał mnie stróż porządku... - Proste? - Podyktował lali moje dane... Ach, wszystko tam miał, łącznie z moimi fotografiami - To ja, zawołałem, widząc na ekraniku jego zabawki swoje podobizny, aż dwie!... (Momentalnie przypomniała mi się scena z filmu "C. K. Dezerterzy" - To jest kura, panie generale!) Ha, wszystko miał, czyli nic - o, nędzo porządnego obywatela: nikt mnie w tym komputerku nie ścigał, nikt mnie nie szukał, dla Interpolu okazałem się zupełnie nieinteresujący... Aż parsknąłem śmiechem... - Coś pana bawi, panie Michale? - pojechał mi z imienia, bo elektronika wszystko mu potwierdziła. - Szczególnie ten Interpol... - Proszę pana... - Ja wiem, to są poważne rzeczy, przepraszam... Tylko niech mi pan powie, co się stało? - Przechodził pan w niedozwolonym miejscu przez jezdnię... - Ooo, a, to o to chodzi... Ma pan rację, to się stało... - I zaczął się wykład... Przybrałem poważną minę, dokładnie taką, z jaką zwykle opowiadam dowcipy... Okazało się, że stanowię zagrożenie... Rzucałem się pod samochód, dokładnie pod nieoznakowany radiowóz, który był tak daleko ode mnie, że musiałbym sie wykazać nie lada inicjatywą, by wpaść pod jego koła... Ale jednak się rzucałem, czemu nie zaprzeczałem, pomnąc, że nie warto walić kijem w klatkę z pawianami, bo to rodzić może zgiełk i głupkowate oskarżenia... O, tak, wszystko prawda - Pierwsza zasada - nie spieramy się z policjantem, gdy sprawa jest oczywista... - Naturalnie nie brakło typowych pytań: - Gdzie to się pan tak spieszy, panie Michale? - Pan Michał jest już dorosłym mężczyzną, w związku z czym ani nikt go już nie czołga, ani nikt go nie popędza. Pan Michał się nie spieszy, choć porusza się energicznie. Bo pan Michał wszystko robi szybko... - I tu się zrodziła pewna smutna refleksja:  Bo rzeczywiście, pan Michał wszystko robi szybko, jakby chciał  mieć już wszystko za sobą... - I mógłby pan mieć... - Dobry chłopak, pomyślałem sobie... - A dlaczego przeszedłem w tym miejscu? - Drugie pytanie, na które już nie bardzo umiałem odpowiedzieć. Dlaczego przeszedłem - bo w pewnym momencie naszła mnie chęć, by znaleźć się po drugiej stronie - to tłumaczy, dlaczego przeszedłem przez jezdnię. A czemu kawałek za przejściem dla pieszych? Tego się nie da wyjaśnić. Bo to jest zdarzenie z rodzaju tych, od jakich roi się w naszej codzienności. Nasze życie składa się w dużej mierze z drobnych i całkowicie niewyjaśnionych zdarzeń, przez co i całe nasze życie jest zjawiskiem trudnym do wyjaśnienia... Dlaczego, dlaczego... - Policjant miał coraz szersze oczy. Zaczął mnie na nowo pouczać, a ja towarzyszyłem mu zawołaniami typu: tak jest, ma się rozumieć, ma pan absolutną rację, bezapelacyjnie, bezwzględnie, całkiem słusznie... - I teraz wlepi mi pan mandat. - Powinienem... To jest 500 złotych. - Dużo - zauważyłem. - Za pięć stów można już planować jakiś fajny, wesoły momencik, ale proszę bardzo, bez krępacji... - Byłem bezczelny i przypuszczałem, że rąbnie mnie na wymienioną kwotę, ale tego nie zrobił... Jakoś się rozpromienił. I jedynie, naturalnie z całą powagą swojej władzy, oznajmił mi: - Panie Michale, na ten raz tylko pana pouczę... I zaczął nawijać jak dzieciakowi.... - Tak jest, tak jest. I bardzo panu dziękuję, i przepraszam, i wstydzę się bardzo za swój czyn, i poprawę obiecuję... - Pouczył mnie funkcjonariusz. Lepszy ode mnie, bo bardziej wytrzymywał ciśnienie. Może to przez lalę, kórą miał w radiowozie; on dyktował, ona pisała... Był władczy i łaskawy, ale ja się szczęśliwie nie dałem skusić, bo co chwilę - szczerze mówiąc -  miałem ochotę ślicznotkowi powiedzieć, żeby mi jednak wypisał ten cholerny mandat i się łaskawie odwalił... A on mnie pouczył, pełen dydaktycznej pasji...

Tak, ale coś z tego wynioisłem... Ta bezsensowność i niewytłumaczalność życia... Czemu tak, a nie inaczej... I cholera, czemu w ogóle... Niedocieczone sprawy, ale gdy się zerknie do Białoszewskiego, jest jakaś w tym odnotowana pociecha...

Jedzenie świata... No nie, nie, nie idzie o żadne kulinaria, choć naturalnie to dziś temat lajfstajlowo atrakcyjny (Wyglądasz, bywasz, jesz, wszyskimi zębami - jakby szczyt możliwości, lecz nie taki całkiem dostepny, mimo całej banalności zjawiska)... No, zmysłowość, wśród ludzi, których już tylko to może poruszyć: papu, obłapka, połączenia smaków - bajeczne spostrzeżenia, jakieś takie nawet poczucie bycia artystą... Tak, tak, pasjonujące rzeczy, zaskakujące wędrówki myślowe przy tych okazjach... No bo sobie wyobraźmy: Młody mężczyzna, uporczywie heteroseksualny, który, w trakcie egzotycznych peregrynacji, nagle decyduje się na fantastyczny czyn, w obecności swoich koleżanek na dodatek - bierze oto w pałeczki (bo rzecz się dzieje w Azji) kawałek prącia potwora morskiego w sosie słodko - kwaśnym, zdobywa się na odwagę, on, mężczyzna ze wschodnioeuropejskiego zaścianka, gdzie prawdziwi mężczyźni nigdy prącia w usta nie biorą, nawet skrupulatnie poćwiartowanego i poddanego obróbce termicznej... A on, w multikulturowej brawurze, decyduje się na ten szalony krok... Ma to już w ustach, koleżanki już są rozgrzane, pełne wiary w egzotyczne przesądy, a u niego staje się coś na kształt cudu, bo oto otwierają sie wrota jego wspomnień... Już to ma na zębach trzonowych, czuje ten lekki opór... Nie, nie, to nawet nie idzie o ten jego sekrecik, tę erotyczną przygodę z kolegą w klasie maturalnej - nic z tych rzeczy, myśl szybuje jeszcze dalej, o tak - równiny, równiny, toż to przecież centralna Polska, dom świętej pamięci babuni, i jedzone tam kiedyś gęsie pipki! O! Ile to się trzeba czasem najeździć, by sobie o babuni przypomnieć!... Wszędzie prawie tak samo... Naturalnie tego rodzaju odkrycia to przywilej sytej garstki... Wspaniała większość ludzkości za luksus poczytuje sobie posiadanie ledwie blachy nad paleniskiem, na której można uprażyć jakiś niechlujny placek, bez rozróżnienia, na ile w swych właściwościach jest gejowski, na ile nie, wokół której krzątają się kobiety, które z dzbanami na głowie muszą zaiwaniać po wodę przez pół dnia... A gdy się ta część ludzkości wybiera w podróż zagraniczną, to najczęściej na pontonie... Taki to świat! Który jednak dość podobnie smakuje, wszędzie...

Białoszewski... Dobrobyt, że zapomina się o wszystkim z godziny na godzinę... To Gustaw Holoubek o strarości, jak w tym filmiku w poprzedniej notce... Nie sposób dopatrzeć się sensu w życiu... Ale starość jakby znieczula... Dobrobyt zapominania... Po co, na co, co, i jak? ... Pal licho, pozostaje humor, przynajmniej taką nadzieję daje Białoszewski w jednym z  późnych tekstów:

"Lu. do mnie:

- już wiem, co w człowieku najdłużej żyje

- no co? - pytam

- poczucie dowcipu, poszła kuzynka na Anny złożyć życzenia ciotce, tamta przez rok straciła resztkę pamięci, nie poznaje nikogo, wita rodzinę jak państwo, nic z niej nie zostało, tyle że siedzi, ta jej pokazuje, ile ma na sobie swetrów, kamizelek, w cebulkę, bo zimno, tamta uśmiecha się ze zrozumeniem, "to już nie potrzeba szafy" - mówi".

Taki to kawałek pocieszający, z jedzenia świata...Słowa, słówka... małe codzienne epifanie, Chamowo, Egipt, Kicia Kocia... Z 14 tomu, niepublikowane rozproszenia... Włażę w te słowa... Góry, słowa, śnieg, policja niebieskooka... Polska... Poezja i Polska, ta Polska, co mnie tak martwi od kilku już lat...

Z poetyckich wycieczek, Białoszewski, jak wróżba jakaś:

Zima wasza.

Wiosna nasza.

Lato wspólne.

Na jesień się rozpierdólnę.

Podpisała

Polska cała

Miron Białoszewski, Świat można jeść w każdym miejscu, PIW, Warszawa 2017

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • ernest_pinch

    Wygrałeś, zresztą nie dziwię się, bo sytuacja została rozegrana perfekcyjnie :-)
    5 lat temu nadziałem się na radar(mea culpa) równe 98 km przed Rzeszowem. Brodacz w mundurze po drugiej stronie ulicy wypisywał mandat, gdy pomyślałem, pójdę i może coś utarguję... Typ spojrzał i rzekł, że przecież miałem czekać w samochodzie... I po chwili podsunął mi tzw. świeczkę do zdmuchnięcia... O, gdybym coś wcześniej popróbował, pewnie do dziś siedziałbym w kazamatach. Ale, że nic nie wykazało, doprowadziłem do 1:1.. ;-) Korciło mnie jeszcze powiedzieć w starym stylu: słuchajcie, ogólcie się... Ale przy takim typie strach, bo szybko diagnozując jego nastawienie, doszedłem do wniosku, że byłaby to okazja do "ten obywatel zadrwił z powagi munduru!" ;-) Kosztowało mnie to 300, ale wynik uznałem za remisowy :-)

  • sad.a.5

    Kiljanie, ale narozrabiałeś :)))
    Odwdzięczę się wesołym wspomnieniem. Mój były mąż, Holender, został zatrzymany w Polsce przez patrol milicji ( w 1988 roku chyba jeszcze nie było policji) gdy jechaliśmy na plażę w Jastrzębiu i na widok milicjanta jednym tchem wypowiedział wszystko, co umiał po polsku: "Masz piękne oczy kochanie, kiepsko mówię po polsku i nic nie rozumiem". Siedziałam obok niego w samochodzie i na wszelki wypadek nie odzywałam się. Dalszy ciąg rozmowy odbył się w radiowozie, więc nie wiem, jaki był. Mandat zapłacił.

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci