BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 28 września 2016
Rano

 Rano. Rano, rano, słonecznie... Słońce się dzielnie przedziera przez mgły.

 Bywa, że myśl rano jaśniejsza, i wiersz może się stworzyć, w całości lub częściowo, raźniej się na linijkach balansuje... Lekkość i radość... Świat błazeński jest, ale i piękny... Blaski i zapachy, i twórcze radości pewnie też, u poety... Zapewne miło być poetą. To pewnie znaczy żyć w jakiejś czarodziejskiej równowadze... Zwykle ludzie są niepoetyczni albo nadmiernie poetyczni, co ich naturalnie dyskwalifikuje...

 Trochę dziś tęsknię za morzem... Zdrowieję  i tęsknię... I życzę wszystkim przyjemnych przebudzeń...

Linda Vilhjálmsdóttir

morgunljóð

ég er úr

ljósi og lofti

 

yfir mér

svífandi sjófugl

 

undir mér

lína úr ljóði

 

hafið

er skínandi bjart

***

wiersz poranny

stworzona

ze światła i z powietrza

 

nade mną

szybujący ptak

 

pode mną

linijka z wiersza

 

ocean

lśniący tak jasno

                      przeł. Kiljan Halldórsson

sobota, 24 września 2016
David Bowie i inni seniorzy

 Czas płynie, czas zabiera... Niekiedy zawsze przedwcześnie...

 Ponury rok 2016 idzie w jesień - trochę jeszcze, i styczeń stuknie za styczniem... Rok, w którym zmarł mój ulubiony Artysta... Estrada i Artysta to wbrew pozorom rzadkie połączenie. W przypadku Davida i tej całej estrady zdarzyło się  nie lada dzieło sztuki. Od początku aż do końca - jak cholera do samego końca, co mnie nieustannie wprawia w podziw... Potęga. W drobnym człowieku przecież...

 Koffie u siebie przywołał trochę coverów... Ja też pójdę w Davida, ale trochę inaczej... Kilka starszych osób popatrzyło i podzieliło się refleksjami. Zaciekawił mnie, też już starszaka, ten materiał. I wzruszył... O jejku...:

 

10:29, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 września 2016
Sto lat słońca

Tak, to jutro dokładnie minie sto lat słońca w uniwersyteckiej auli w Oslo. Sto lat od ostatecznego tryumfu sztuki Edvarda Muncha, którego wcześniej Norwegia niezbyt skłonna była rozpieszczać... Obok słońca znalazły się i inne malarskie monumenty - "Alma mater" - alegoryczna postać kobiety z dziećmi oraz "Historia" - starzec, który opowiada chłopcu pradawne sagi...

O ozdobę sali awantura była wściekła. I wieloletnia. Różne stronnictwa się formowały, pismaki zdzierały sobie pióra... A szczególnie Aftenposten, którego właściciel wcześniej ozdobił aulę złotościami i które całym sercem nie znosiło Muncha... Dziś Munch to tryumfator, a Aftenposten bije się w piersi, bo popełniło w przeszłości wielki błąd... Jeśli za życia Muncha w tej gazecie ukazywał się jakiś przychylny malarzowi tekst, to śmiano się, że to taki wypadek przy pracy... (O, co za parszywa ironia losu - dopiero za nazistowskich czasów pismo oddało największemu norweskiemu artyście honory, gdy ten już umarł... Przedziwny to był moment - pogrzeb artysty stał się wielką narodową manifestacją, z największymi wieńcami od... Quislinga i Terbovena. Dziki chichot!).

Munch nie miał łatwego życia. Jego sztuka była wyśmiewana, budziła odrazę... Munch był jednak odporny - ten tytan pracy pewien był swego i wreszcie zwyciężył. A zdobienie uniwersytetu, ogranie w tym względzie konkurencji, to zwycięstwo niejako przypieczętowało. Zaświeciło to szalone słońce. Słońce, które malarz widział w najmroczniejszych chwilach przed Bożym Narodzeniem, słońce z południowej Norwegii, między skałami w Kragerø... Potężne siły, wydobywające się z mroków, na przekór im - światło i wiedza, mądrość  i ciepło...

Dumna dziś Norwegia z Muncha. Podarowała światu kogoś o formacie Leonarda... A tyle było kiedyś plucia, drwiny, śmiechu, takiego - jak powiedzielibyśmy dziś - "hejtu"... To nie są nowe rzeczy - tylko innymi trochę źródłami sączyły się niegdyś te jady... (Kiedyś się sączyły, dzisiaj mogą to być lawiny, wodospady, siklawy nienawiści - taka cena postępu).

No tak - dziś o "aftenopostenowskich" i innych nienawistnikach nikt nie pamięta. Nie da się natomiast nie pamiętać o Munchu, który się po tej auli uniwersyteckiej zaczął na powrót zaprzyjaźniać z Oslo (wtedy z Kristianią)... Nie da się pominąć jego wkładu w rozwój sztuki, albo nawet w coś więcej... No, bo się zrobiło zamieszanie, niemal likwidatorskie... Munch pchnął emocje w świat zewnętrzny. Wszystko o nich opowiada. Każdą rzecz obdarował nowym życiem, powiązał ją z własnym, wewnętrznym, skomplikowanym światem... I tak poszły wyobraźnie w tym kierunku, że dziś sztuką może być wszystko... Trudno się dziś w tym połapać. Dziś może przyjść rano do galerii sprzątaczka i zgarnąć do kubła syf, niszcząc bezwiednie wartościowe dzieła... Łatwo ludzi wywieść teraz w pole, zrobić ich na szaro... Zrobił się kłopot podyktowany przez nie tak jeszcze odległe czasy, kiedy to sztuka przestała zajmować się tak bardzo zwykłym odtwarzaniem... Nagle ludzki duch wniknął w drzewa, skały, w wodę, w światło. Przeniknął każde zjawisko...

Nie można się oderwać od tych dziwnych świateł, tych przerażeń, melancholii... Aż się wierzyć nie chce, że północne światło było i przed Munchem - ja mam zawsze wrażenie, że to, co widać teraz to on właśnie wymyślił, stworzył... Że kiedyś było inaczej.

Może to już były te ostanie szczeble przewidziane dla sztuki? Po której już tylko zabawa - bo skoro już wszystko było? Dziś tyle lepianek i malowanek, że aż nic nie widać, tyle dźwięków, że nic nie słychać, tyle miga zadrukowanych stron, że człowiek chwyta tylko numery tychże i białe marginesy... Często, by coś zobaczyć, sięgam wstecz... W dzisiejszościach też naturalnie da się coś wyłapać, ale to tak wszystko niknie, jest błyskotką bez wielkich szans na legendę... Ot - migotliwa płynie rzeka... I o sztukę nie toczy się nazbyt szalonych bitew...

Sto lat słońca... Słońca wschodzącego nad uczonymi głowami...

Oby słońce zawsze wschodziło. Choć dobrze, by nie zaślepiało za bardzo... W bardziej stonowanych momentach swej obecności, budzić może uczucia, o których warto pamiętać... Półmroki, niejasności, tajemnicze znaki na wodzie, probówki światła - te Munchowe charakterystyczności...

Czas wieczorów nadchodzi, coraz dłuższych. Więc na wieczory piosenka wieczorna... Z obrazkiem, na którym słońce maluje taką Munchową probówkę... Piosenka jest z Islandii... Bardzo lubię Ellen, więc ją tu, ku ozdobie, z wieczorną słonecznością z przyjemnością umieszczam... Jak ktoś tu sobie zajrzy wieczorem, to może mu będzie miło i przyjemnie z tą przygrywką?? :)...

 

14:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 września 2016
Kto ty jesteś?

 To dziś może znowu wierszowo.. Swego czasu tekst ten ładnie zaśpiewała Anna Szałapak, ten Biały Anioł piosenki, jak mówiła o niej Agnieszka Osiecka... A wiersz od Czesława Miłosza jest... Kto ty jesteś, człowieku?

 Czesław Miłosz

 "Do polityka"

Kto ty jesteś, człowieku

Zbrodniarz, czy bohater?

Ty, którego do czynu

Wychowała noc

Oto starca i dziecka

W ręku dzierżysz los

I twarz twoja zakryta

Jak Golem nad światem

Kto ty jesteś, człowieku?

 

Czy obrócisz w popioły

Miasto czy ojczyznę?

Stój! Zadrżyj w sercu swoim

Nie umywaj rąk

Nie oddawaj wyroku

Niespełnionym dziejom

Twoja jest waga

I twój jest miecz

 

Ty ponad ludzką troską

Gniewem i nadzieją

Ocalasz albo gubisz

Pospolitą rzecz

Ciemność nadchodzi...

 

Gwarne miasta i pola

Kopalnie, okręty

Na twojej dłoni ludzkiej

Jakże ludzkiej

Patrz: linia twego życia

Tędy będzie szła

 

Trzykroć błogosławiony

Po trzykroć przeklęty

Władco dobra lub zła

Władco dobra, albo władco zła

Kto ty jesteś, człowieku?

15:32, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 14 września 2016
Oddać klucze

 Dziewczyny płacz, bo skończyło się już lato... No, prawie się skończyło... Choć podobno nadal ma być ciepło, miło i przyjemnie. Przynajmniej w atmosferze niezależnej od polityki...

 Uff - wpadam w jakieś osłabienia... U - może już się kończę? I zejdę, zanim dostanę po ryju... Chociaż ja już jestem pedałem, co już swoje w ryj oberwał, więc wolałbym bez powtórek...

 Chce mi się, coraz bardziej mi się chce iść na bok, na emigrację wewnętrzną, i martwi mnie, że ciągle nie mogę osiągnąć stanu, w którym nie mam nic do zrobienia... Chciałbym  w tej chwili odjechać nad ocean, by nad nim jedynie parzyć kawę...

 Kto wie - może to w końcu zrobię - ale jak już wszyscy będą martwi... Teraz tylko prawie wszyscy są martwi, a to jednak robi różnicę...

 Biedna Polska się stacza, jak pijaczka, zeszmacona... Zamglonym okiem patrzy przed siebie, ale czy w przyszłość, trudno orzec... Taka jest niewyraźna... Czeka ją kac - gigant... Są niestety tacy, co uważają, że kaca zapić trzeba klinem, a to już mnie przeraża... Żebyśmy się tylko po tej ochoczej demoralizacji nie wpędzili w błędne kółeczko!

 Tak, może rzeczywiście ocean jest jakimś rozwiązaniem? Może to tu w ogóle nie jest potrzebne? Co komu po tej nadwiślańskości, skoro sama Nadwiślańskość (PT - bo czemu nie) wypięła dupę?

 Grzechy! Mówią - zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem... Najcięższą cenę płacimy dziś za to zaniedbanie... Większość? Ona milczy, ona ma aż pełną dupę, bo tyle tam ma napakowane... Straciliśmy szacunek dla wszystkiego...

 Rzeczywistość wygląda tak, jakby człowiek poszedł na jakąś pijacką melinę i tam zostawił klucze od swojego domu z dokładnymi namiarami do tegoż.

 Chamstwo, kłamstwa, wampiriady... Grobogrzebstwo... Zaczyna się... Fantazja rodem z filmu czwartej kategorii będzie znów szukać w cmentarnych wykopkach śladów zamachu. Tym, co zwariowali, zalecam lekarza, tym, co nie zwariowali - współczuję...

 Dno rowu tuż - tuż, rozpór już bezwstydnie rozwalony, nogawa beztrosko zaszczana... Już raczej menela chce się omijać z daleka... A menel przecież przyjacielski - inni nie chcieliby z nim wypić? I ruszyć na wroga? Po głębszym? Przecież my wiemy, jak zwyciężać! Jeden spożywczociężarny odczytał nawet to zapewnienie z kartki, na europejskim forum...

 Ho - przecież my nie ustajemy - u nas ciągle dostawy poległych... A tu nas pouczać chcą, o praworządnościach ględzić nam do ucha... Co, co...

 Pewnie moje spojrzenie dziwne jakieś, bo o żadnym niszczeniu myśleć nigdy nie chciałem. Choć miałem uwag wiele, to jednak dotyczyły one spraw dość odległych, bo ja od państwa niczego nigdy nie oczekiwałem - nigdy nie brałem żadnych zasiłków, zapomóg, nie chciałem, żeby ktokolwiek coś mi dawał - dla świętego spokoju z niczego nie chciałem korzystać. Właściwie będąc tu, tylko dopłacam, bez szemrania, bo w końcu mi starcza... I ciągle mogę za to dostać po ryju... Dziś nawet z przyzwoleniem ministerialnym... Jak to ta demoralizacja ładnie postępować chce - od skretyniałych krawaciarzy, po pałkarskie niziny, podwładności... Ciekawie się zapowiada.

 Głupota, chamstwo, brutalność, bezprawie - jakże się pośród obojętności i zaniedbania dobrze rozwijają - jak ogarniająca wszystko pleśń.

 Może to wszystko niepotrzebne... (?) Zaradniejsi uciekną, a reszta - zbrojna w kije i siekiery przykładnie się tu zarąbie. A co się nie zarąbie, zje jakiś dzikus ze wschodniej strony - przerobi na kiełbasę, zeżre, zapije wódą, beknie, pierdnie, i po krzyku...

 Może uda się w porę wrócić po te klucze? Może to tylko takie roztargnienie było, jakaś taka niezrozumiała nieuwaga, po której przyjdzie opamiętanie... Bo lud smoleński się nie opamięta, o czym warto pamiętać...

14:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 września 2016
Steinn Steinarr. W człowieczym śnie

 "Lawina rusza. Porywa z sobą. Unosi brudy, o których wiemy, że powinniśmy się ich pozbyć, ale równocześnie odsłania to, czego się zapieramy, a co powinno w nas budzić palący wstyd, mianowicie fakt, że człowiek wie, co w rzeczywistości w nim tkwiło".

                                                                                    Tarjei Vesaas

Ciało, duch - moce wielkie, a jednak słabości... Bywa tak, w konfrontacji z siłami, co gdzieś tam w naszych gąszczach wewnętrznych, serdecznych się tworzą... Bywają sny piękne, ale też są i silniejsze - złe, zbrodnicze, nienawistne... Krwiożercze ambicje... Piękny człowiek, a czasem w żałosnym poddaństwie... "Kimen" - to osobliwe, Vesaasowe ziarenko w nas. Gdyby nas kto pytał - to wiemy, że to zło, a mimo wszystko tacyśmy ulegli... Sny bywają straszne, i czasem się spełniają... Dotyczy to pojedynczych ludzi... Ale też i całych zbiorowości, które - choć chcą być święte i przyzwoite - pielęgnują bezmyślnie potwora. A potwór - jak to potwór - lubi pożerać.

Wielkie marzenia, ambicje tak chwalone... Steinn lubił powątpiewać w rozmaite wartości... Mogłoby być tak pięknie, lecz w tym i owym żyją mocarne sny... A jednak - nich się dzieje, niech się spełniają... Niech potęgi dalekie nasłuchują modlitw... Tak - jak to mawiał Oscar Wilde - więcej łez leje się z powodu modlitw wysłuchanych niż niewysłuchanych... Sny chcą się spełniać, łzy chcą się lać... Biedni my w tych chceniach gwałtownych, co napierają na tamy... A kosmos cały beznamiętny, chłodny...

Sobie ległem wczoraj wieczorem na godzinkę z poezją - ja - nie - poeta... Nie lubiąc rymów, w rymy poszedłem, no bo i w oryginale one... Zderymować, by na powrót zrymować, w mowie dalekiej, i w sylabiczności... Poszedłem w dwunastki... W pewne nagięcia naturalnie, ale w ten sam sens... Nieudolnie, lecz cóż poradzić...

Sny - czy jest jakaś rada??

 

Steinn Steinarr

"W człowieczym śnie"

Upadek człowieka w jego śnie się kryje.

Poprzez gąszcz wędrujesz, oszukańcze cienie,

poprzez mrok, co dzięki sercu twemu żyje -

a wokół rzeczywistości chłodne tchnienie.

 

Sen twój się rozrasta tęskniąc do wolności,

nowe życie idzie, stare drży w swej nędzy.

Rośnie między tobą a resztą ludzkości.

Nikt dziś jeszcze nie wie, co tkwi w tym pomiędzy.

 

Przeciw ciała mocom i duchowym siłom,

mimo zdania twego, doświadczeń, wierzenia,

w ciemnej ciszy, drogą tajemną, zawiłą

idzie, rośnie kosztem twego umniejszenia.

 

Raptem widzisz, jak spadasz głęboko w swój sen,

w niewoli, której tak łatwo się poddałeś.

I tak oto w ramionach swych zamyka cię ten,

w którym twój kres, którym w końcu sam się stałeś.

 

                                   przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

 "Í draumi sérhvers manns" z tomu "Ferð án fyrirheits" (1942)

czwartek, 01 września 2016
Po dziwkach i wąparsjach

I tak to się wkrótce z jesienią zaczniemy witać... Lato to jakoś tak leci, że aż człowiek w tych wrześniejących spokojach ma poczucie, że coś przeoczył... Już lato przysiada na chwilę przed podróżą... Taki stary, dobry wschodni zwyczaj - przed wyjazdem trzeba jeszcze trochę posiedzieć, zadumać się trochę... Oj tak, oj tak... Jednak już czas... Takie cisze, spokojności dziś w pogodzie, że aż się wierzyć człowiekowi nie chce, że przed nami mrozy, zadymki... No, ale jeszcze światło, jeszcze pajączki i muszki tańczące w niskim słońcu... Jakże zawsze mi się w tej przedjesiennej, nieco oszukańczej porze, przypomina Witkacy... Ten od "Pożegnania jesieni", co się u progu jesieni z życiem pożegnał, czując straszliwość, czując nadchodzącego chama, którego wcześniej tak dobrze przewidział...

 Wtedy, w 39, kończył się świat... Znikali ludzie, zapadali się w wieczność, urywani z życia, jakże często przedwcześnie... Dopiero po czasie niektórzy się przekonywali, jak bardzo przypadkowo i w najzwyklejszych okolicznościach ludzie znikali z oczu, by już tylko należeć do przeszłości... Ten zniknął za zakrętem, tamten wsiadł do autobusu, w pociąg - i tyle... Potwór poszarpał świat na kawałki, po którym nie wszystko zdołało się pozbierać... Gdy wojna, to to rwanie się życia wyraźniejsze... A po niej cisza dotkliwsza, straszniejsza...

 W ostatnim tomie listów Witkacego do żony, list ostatni, z progu chaosu, z cieniem życia sprzed...: Zakopane, 25 sierpnia 1939. "N.N. Od jutra chcę zacząć wyjeżdżać, ale podobno b. pełne pociągi. Może zatrzymam się parę dni. Pisz dalej do odwołania. Telefon Żancia 2-79-17 p. poł. Dziś do niego list wysyłam. Idę z Vardonem do Rafała. Zosię Weronika zraniła ciężko umyślnie na ten cel kupioną ciupagą - ot co. Eto pa naszemu. CB. B. Twój St". Pociąg pojechał, a zatrzymanie  - całkowite, samobójcze - w niecały miesiąc potem... Zaś świat się rozdudnił i pozostawił nadmiar grobów... Ich dość pokój dostarcza, ale widać to mało - ziemia od czasu do czasu młodej krwi pragnie, wręcz dziecięcej, bo przecież wojna to dziecięca niemal rzecz...

 Groby, pomniki i nagrobne płyty... nadbohaterskie podesty dla spragnionych wampirycznego tańca bydlaków i chamów, nibyzuchów podniecających się cudzą krwią... Bal hołoty, bez szacunku...

 Osobliwe, że ten cham wraca... Jest jakiś dziwny, zabawkowy... Sam lumpiarski, brata się z lumpem, organizując infantylną rewolucyjkę katobolszewicką... Dziwnie wypielęgnowana hybryda wyrosła... Albo nawet nie wypielęgnowana, bo ona po prostu urosła w spokoju, jaki daje obojętność... Bo to nie tak, że nagle społeczeństwo zwariowało w całości - nie, po prostu w większości położyło na wszystkim lagę... Obojętność daje przestrzeń upiorom. Może to potrzebna lekcja?

 Bolący bebech wywołuje straszydła - a niech się wszystko skopie i wypieprzy... Nienawiść, nienawiść... Uzasadnień bezlik... I trumny cudowne... Po jakże pobudzającej dostawie - jakże nieszczęście lubi jeszcze większe nieszczęście, cudze, z którym tak sobie dobrze radzi... A, pożywna zupa krzywd ludzkich, nieudacznictw, pominięć, boleści, głodów - ależ na tym można interes ukręcić... Na cmentarzu pichcony interes - ale dajmy pokój smakom, estetykom... To dobry gnój na wzrost... Gnój myśli, że kwiatem się stanie - nic, gnoju, podobnego... Zostaniesz tylko wyssany...

 Trochę się lękam ssania... Kiedy się za kieszeń złapać?? Potwora wypadałoby pogonić już dzisiaj...  Lecz obawiam się, że zdusi się go dopiero wtedy, gdy skończą się pieniądze... I mała pociecha w tym, że zagryzie potwora wariactwo, które sam uruchomił, kwacząc bezmyślnie...

 Taaa - te bidy, te bidy... Ty, Scurvy... Skoro już Witkacy. Niech jeszcze "Szewcy"... Tragedyjki mózgowe... Napasione zdolniachy, na kremach, wąparsjach... A tu obok bebech rżnie! Sajetan Scurvy'ego na ziemię sprowadza:

"Tragedia zaczyna się tam, gdzie boli we wątpiach. Te myśli nie dochodzą ci, prokuratorze, do nerwu błędnego - to tylko kora mózgowa cierpi bezboleśnie, wspaniale, ścierwa jej mać. To je dla nas, z naszego punktu widzenia, czysta zabawa, ino te twoje tragedie - to rozkosz: położyć się wieczorem po dziwkach i wąparsjach w łóżeczku, poczytać se, pomyśleć o takich bzdurach i zasnąć, ciesząc się, że jest się takim interesującym panem dla jakiejś lafiryndy zafądzianej. O, gdybym ja się mógł taką tragedią zabawić! Boże - cóż to byłoby za nieludzkie szczęście! Co za szczęście - o, żeby mi te flaki choć na chwilę przestały boleć za siebie i za ludzkość całą - o, hej!"

 Żeby to się świat mógł odmienić! Niepozorności mogą być mylące... Ale tu? Oczywiście, że będzie gówno... W tej maleńkości na schodkach plastikowych jest wielkość - jednak, jednak  - tylko że to akurat - co za pech - wielkość destrukcyjna... I żadnych widoków na choćby plasterek wąparsji... Nawet najdoskonalsze tango natrumienne nie pomoże, nawoziku mały, pobożny w nowej religii... Kiedyś moja ciotka opowiadała mi, jak to do spożywczaka, w którym przed laty pracowała, włamał się nocą jakiś nienawistnik. Niczego nie ukradł nawet - postawił natomiast na papranie, bowiem zmieszał na biurku kierowniczki bezlik galaretek, budyniów i innych proszków jadalnych, i na tę kupę ordynarnie nasrał...

 No, wszystko będzie - tyle że się porzygamy... I dopiero będzie gniew.

 Cholera - dla ludzi chyba nie ma ratunku... Może gdyby jakieś lekcje, wychowanie... No, ale... Takie poważne wyciąganie ręki - jakie to męczące... Lepiej namieszać, podpalić, nasrać na koniec - a potem... A przecież po wesołym maluchu ze schodków plastikowych może być choćby potop... On już ma porobione. I chuj z nami. Idiotami.

 No, można se jeszcze liznąć... Na paluszek nabrać. Póki co, jeszcze w galaretce nie ma gówna...

 Dobra... Idę dziabnąć jaką wąparsję... Trudno, co zrobić??

11:12, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 sierpnia 2016
Mikstura

 O, to takie czasochłonne. To przyrządzanie. Minuty, minuty... Minuty cenne sierpnia... Prawie cały miesiąc przechorowałem. Aż nawet nie chce mi się gadać, że teraz jest dobrze, żeby się coś nie popieprzyło... Od razu mam w pamięci Tomasza Manna, który razu pewnego wychwalał w liście swojego wspaniałego psa... Posłał list z zachwytami, pies zaś zaraz dostał śmiertelnej nosówki... Porobione... Pisanie i mówienie to groźne rzeczy...

 Jak ja się martwię, gdy mnie lekarze uświadamiają, że mam w sobie jakieś narządy. Dobrze - mogę jeszcze przystać na jądra ukryte w woreczku fikuśnym, bo trudno je pominąć, a poza tym - co tu kryć - zawsze mnie radowało, gdy ktoś się nimi bawił, ale - to muszę zaznaczyć z całą stanowczością - jestem absolutnie ponad całą resztę... Jakieś tam mózgi, krtanie, żołądki, wątroby - zestaw mało rozrywkowy, niezbyt godny pamiętania... Lubię swój organizm z zewnątrz - ciągle jeszcze... I niektórzy nawet uważają, żem taki jeszcze młody... Pewnego chłodnego poranka jakaś pani mnie zaczepiła - panu to tak nie zimno w krótkim rękawku... - No gdzie? - Ach, tak, młodość, młodość... No tak - jakoś przy swojej chudzielcowatości wcale nie marznę... I się cieszę... A zlekceważone trochę złe samopoczucie w końcu się oddaliło. Nie żebym był jakiś niedbały - ale starałem się, żeby wszystko było jak zawsze... Głupie ciało... A weźże się, ty syfie! I się wzięło.

Ajajajaj - tak się budzę porankami niemal jak ten kasztelan Ogieński i nie od razu mogę przyjść do siebie z sennego osłupienia i zrozumieć, skąd się tu wziąłem i co robię tu, w tym gnojowisku... Ale zaraz - aaaa, wisz pan, to, zdaje się, na tę erotykę ja tutaj przede wszystkim... Kiedyś mówiłem, że ja tu na papierosa i kawę, ale już dwa lata, jakem wziął rozwód z paleniem (a w sumie to ono ów rozwód ze mną wzięło) - zostaje zatem kawa... No i te obłapki... Kawa, kawusia, wybornie! Na NP - że się posłużę Witkacowymi znaczkami... Na NP, ale i - jednak, jednak - coś za coś - na dobrym Π. Mówią, że lepiej pić niż palić... W końcu lepiej znieść jakoś tę lumpiarską rzeczywistość na cyku... 

No, ale tak - obłapka... Ja się łapię na tym, że z czasem to mnie to coraz raźniej obraca... Mam w tym jakiś pośpiech, gorączkowość nawet... Staram się nasycać przyrodą i erotyką... Ino tą taką, wisz pan, taką, co to lekkomyślnie Scurvy pominął! OOO! - Ja się chyba wprost na śmierć zapożądam czy co? Żale za przecenionymi wdziękami, w tych wrednych reglamentacjach? Przeklęte babsko z tej księżnej - a życie było takie cudowne, nim ją Scurvy poznał! "Trzeba było usłuchać rad tych przeklętych homoseksualistycznych snobokretynów i wyzwolić się od kobiecości..." Taaak... Że snobokretyni? Jakaś cena musi być naturalnie - ale ileż wyrafinowanych prostot za to, bez niepotrzebnych gadań... --- Jak już robię kogla - mogla z literaturą... Można się przestraszyć... Ja bym w każdym razie spieprzał, gdzie ten cały pieprz... Gdybym usłyszał taką "Szewcową" kwestię Księżnej..."Załatwiłam sprawuneczki. Wszystkie intymne rzeczułki mam tu w woreczku, ze szminką i innymi rupiećkami. Taka jestem kobieca, że aż wstyd, aż śmierdzi po prostu z lekka czymś takim, wicie, bardzo nieprzyzwoitym a powabnym. A - nie ma nic ochydniejszego, przez ch, jak kobieta, jak mówił słusznie pewien kompozytor, i w tej ochydzie najbardziej milutkiego."

Milutkie. Złośliwostki... No nic, no nic... To tak, by zapełnić... Nie o to, nie o to... Albo o to - mała ciekawość zapędziła mnie w rankingi... Zobaczyłem się na miejscu 666... Spadło w te poziomy - więc klepisko, żeby może drgnęło...

Dookoła - by już tak poważniej - klimaty trochę smutnawe... Hołdy okołopowstańcze - rzuciły mi się w oczy dymy rac i bandyckie twarzyczki... Zdaje się, że kiedyś walczono właśnie przeciw takim twarzyczkom... Coś się we łbach popierdzieliło... Spodobało mi się wczoraj porównanie, którego użył Petru, przy okazji omawiania skandalicznych zdarzeń na wiadomym pogrzebie - że jest jakiś gad jurajski, którego obecna władza beztrosko hoduje i dokarmia. Ten gad się kiedyś może wyrwać spod kontroli. Martwi mnie to.

Są zbrodnie i zbrodnie. O jednych mówią kodeksy, przepisy, inne nie podlegają karom, ale i tak spędzają sen z powiek tym, co nie mają czystego sumienia... Dzisiaj głupia naiwność dała niemal wszystko w ręce zrujnowanego człowieka, którego sumienie gryzie do szaleństwa... W swoim pojęciu być może czuje się jak mimowolny - ale jednak - bratobójca, który myśli sobie magicznie, że może oszczerstwa, a także samowolki budowlane, nowoświątki takie, coś zmienią, zetrą złe sny... Pisał kiedyś August Strindberg: "Istnieją zbrodnie, których nie obejmują kodeksy, i one są najgorsze, gdyż musimy je karać sami, a żaden sędzia nie jest tak surowy jak my sami." Marne mitotwórstwo... Prezesik stara się mimo wszystko tego sędziego uciszyć, ale to się nie uda - on się zamęczy tym... I szkoda... Bo szkoda nas... A on - biedak - wszystko dzieje się dlatego, że ma on oszalałych wyznawców, lecz ani jednego przyjaciela... To biedactwo małe prezesowate uparło się, by być politykiem, więc wkręca w swe nieszczęście całe życie swojego kraju... Robi się z tego obłędny fajerwerk... Wszystko dziś takie jakieś na jebał pies, kropidło, plus pięćset, dezelota i pół litra mózgotrzepa na łeb. Święto cynika, łgarza, nieuka i harcownika cmentarnego...

Towarzysz satyryk się cieszy... Mówi mi, żem gnida, wesz... Stępiły się zmysły... Ta, są ludzie, którzy tak tylko za partyjną aprobatą mogą działać... No, no, wicie, rozumicie, ta śmiejcie się, to zdrowo, tylko byle nie za bardzo z sekretarza, bo sekretarz sam wie, jak z niego żartować... Ale zmysły się stępiły, i nie czuje towarzysz satyryk, że robi przysiady będąc po szyję w szambie... Dramat, gdy estradowiec nie wie, kiedy z estrady zejść... Dobre czasy już były... O, a w nich nawet satyrykowi teksty sam Urban pisał... No, ale to gdzie indziej lekcje Urbana odrobione! Tego takiego ze schyłku epoki minionej... Trza się tylko bolszewikowi dobrze ożenić, z odpowiednią kiecką - tamta epoka nie była taka zła, przecież... Trzeba tylko jakoś zręcznie się pozastanawiać przy wymyślaniu historii, żeby to tak zgrabnie było, jakoś w miarę logicznie...

Mhm, błeee, yyyyy, hmhmh, błe, yyyyyy - wymądrza się elektorat.

Na drewnianych maczugach Polska Walcząca... No, i takie szybowce mamy ładne... Przedwczoraj widziałem dwa. Ale nic z nich nie spadło... Lecz innym razem... Spadnie coś, i koniec z tym pedalstwem... A ja tak ładnie zdrowieję po sierpniowych niedomaganiach...

11:27, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Kości i siewki

 I w tych czołganiach życiowych sierpień. Podjesienny już, wkrótce z delikatnie melancholijną pełnią... Czas płynie, i tak płynąc w końcu ogryzie nas do kości... Płynie czas - aż po tę ostateczną nagość, mało powabną, choć dla niektórych stanowiącą pewną pokusę... Gołe kosteczki naszych drogich zmarłych, cenne bywają, sentymentalnie i politycznie cenne - wszystko jakby wyrastające z lichej, niemal zanikającej wiary w ducha, gdy się pomyśli o tych wszystkich harcach wokół kościanych golizn... Ta - bo jak już duch nawet jest, to jakoś tak zawsze, w przekonaniach żywych jeszcze lichotek, przy kościotrupie... Tam mój duch, gdzie kości moje, zdają się jęczeć upiory w tej lub owej wyobraźni... A mądry Schopenhauer nauczał, że dbałość o szczątki ma tyle samo sensu co troska o ekskrementy... No bo resztki nasze nieapetyczne, nawozowej natury... I większość z nas niczym innym nie jest. Historia ze zjadaczem chleba obchodzi się brutalnie - skazuje na zapomnienie, choć na kamieniach krzyczą napisy - tu leży taki misio, tam inny... A se leż - kogo to obchodzi!... Ale ten "nawóz" też ma swoją rolę... Za chwilę o tym...

 Plask, plask - klawiatura, jej dźwięk, pisarska muzyka... Jeszcze trochę słyszę... Czas mnie z pewnych rzeczy odziera... Prawie straciłem słuch w lewym uchu... Muszę się bacznie, baczniej niż kiedykolwiek, światu przysłuchiwać... Ale - ostatecznie kości. Głuche... Mam już mały wstęp do grobowych cichości...

 Kości, kości... Zabawna historyjka, którą przytacza w "Niewiedzy" Milan Kundera (jaka miła wspólnota myśli o powrotach i tęsknotach [!])... Podobna trochę do hecy z Witkacym. Miał być Witkacy, a przywieziono, jak się okazało, kości jakiejś kobieciny... Pompa, dygnitarze, pogrzebowe zadumy - ale materia się coś opierała, bo z nagłośnienia pogrzebowego raptem gruchnęła muzyka dyskotekowa, przywracająca wiarę w ducha, bardziej niż słowa zacnego księdza profesora - ot, duszy witkacowskiej jajcarskość... Aaaa! Durnie!!

 Kundera napisał o islandzkiej przygodzie kościanej... Równie śmieszna rzecz... Wielcy poeci romantyczni małych narodów... Lönnrot w Finlandii, Wergeland w Norwegii, Mickiewicz w Polsce... A w Islandii Jonas Hallgrimsson... Wolnościowiec. No - właściwie to poza Islandią, bo sporo czasu poeta spędził w Danii, w Kopenhadze, spod której wpływów starał się swój nędzny kraj wyzwolić... "Wszyscy wielcy poeci romantyczni - pisze Kundera - poza tym, że byli wielkimi patriotami, ostro pili. Pewnego dnia Hallgrimsson, pijany w sztok, spadł ze schodów, złamał sobie nogę; wdała się gangrena, umarł i został pochowany na cmentarzu w Kopenhadze. Było to w roku 1845. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat później, w 1944, proklamowano Republikę Islandzką. Od tej chwili wypadki przyspieszyły bieg. W roku 1946 dusza poety nawiedziła we śnie bogatego islandzkiego przemysłowca i powierzyła mu swe troski: Od stu lat mój szkielet spoczywa za granicą, we wrogim kraju. Czy nie przyszła chwila, by powrócił do wolnej Itaki?" Przemysłowiec, poruszony i schlebiony taką wizytą, po kości wyruszył... Można iść po kości do rzeźnika - on - jak się okazało, na cmentarz poszedł, by kości podnieść z ziemi... rzeźnika... Wrogiego duńskiego rzeźnika... Szaleńczy bieg wypadków, którego nikt nie potrafił powstrzymać! Patriotyczne westchnienie zmieniło się w jęk zawodu, bo w dole roiło się od kości, a jak odróżnić te drogie, od tych niekoniecznie drogich i umiłowanych (na jawie jakoś duch się nie kwapił do odwiedzin, a wypadałoby może doradzić coś zagubionym żywym, chyba że sam Jonas już się pogubił)... Poetę pochowali jak dziada, w bezimiennej mogile. A sto lat potem zniecierpliwili się duńscy urzędnicy - chce pan jakieś kości, czy nie?... Zawracanie głowy... Tak więc byle rzeźnik powędrował na Islandię, tę Islandię, która pewnie wywoływała w nim lęk i obrzydzenie... Przemysłowiec kościotrupa chciał zawieźć do pięknej doliny, w której poeta się urodził, ale władze ponurą zdobycz przejęły dla siebie, bo w "niewymownie pięknym krajobrazie Thingvellir (świętym miejscu, w którym tysiąc lat temu pierwszy islandzki parlament zbierał się pod gołym niebem) ministrowie nowej republiki stworzyli cmentarz dla wielkich ludzi ojczyzny..." Porwali poetę i pochowali w tym panteonie, w którym znajdował się wówczas tylko jeden grób innego wielkiego - a jakże - poety, Einara Benediktssona.

 Poetyckie to kości, a może nie?... Lepiej może nie gadać. Jednak w roku 1948 niedyskretny Halldór Laxness wyjawił ponuro - groteskową tajemnicę. "Co robić? Milczeć. Szkielet Hallgrimssona spoczywa więc nadal w kraju wroga, dwa tysiące kilometrów od swej Itaki, podczas gdy ciało duńskiego rzeźnika, który choć nie był poetą, był patriotą także, znajduje się na wygnaniu na lodowatej wyspie"...

 "Prawda, choć utrzymywana w sekrecie, spowodowała, że nie pochowano już nikogo więcej na pięknym cmentarzu w Thingvellir, który skrywa tylko dwie trumny i ze wszystkich panteonów świata, tych groteskowych muzeów pychy, jest jedynym, który może nas wzruszać".

 Emocje wiele mogą decydować... I ludzie nawet z przesadą dbają o resztki, choć przecież i bez nich nieobecność może być jak najbardziej żywa... Maluczcy z ich kwaterkami, z pomnikami zapomnienia... A ponad nimi gwiazdy, prawdziwe nieśmiertelności... Cóż tam kości poety, gdy jest poezja, gdy słowa ciągle mogą brzmieć... Czasem ktoś odkryje melodię, więc jest i śpiewka, dla nowych i nowych gardeł... Maluczkość to wszystko niesie. Jest jak taki pas transmisyjny... W poezjach i prozach zawsze jest coś, w czym są ci przeszli - bezimienni dziś, a też i coś, co pozwala mówić zmarłym o tym, co tu i teraz... Ciągle ta sama przyroda, te same ptaki odlatują i wracają... Lata, lata... Co tam kości brzydkie, milczące... Ważne, że duchowi pozwalamy latać, razem z siewkami... Jeden z uroczych symboli Islandii - sieweczki złote, z pisklątkami wśród jagodowych krzaczków, niestrudzone, ofiarne i prześliczne... Cała przyjemność i radość lata, co już tak przez wieki ma i swój wyraz w poezji, co możemy powtarzać, podawać dalej, dalej, żeby się cieszyć i cieszyć... I tak ktoś dodał melodię, puścił samograja, zaśpiewał... Siewki i ludzie się uwijają... Nie mija piękno, zawsze gdzieś wrażliwa dusza... Jónas Hallgrímsson może zapodział gdzieś swoje kości, ale nie swojego ducha, bo ten się posplatał z upartym życiem, co się śmierci nie daje... Jeszcze lato. Niech będą siewki... I Jonasa Hallgrimssona "Heiðlóarkvæði"...

sobota, 30 lipca 2016
Beatlesi z Oslo

I jeszcze może syn młynarza, ze swą poezją i miłością...

Raz, dwa ,trzy - żeby jakoś złapać rozpęd w tym straszliwym słowowstręcie, który mnie tak jakoś boleśnie ogarnął... Ale przy tej chwili wolnego, z brzęczącymi kosiarkami w tle... Bzzz... Ja mam tu o Beatlesach?

Ci z Oslo, z księgi Christensena, to nie grajki - to raczej marzyciele, w życiu, które niesie tyle rozmaitych rozczarowań, i wyzwań, i radości, i cierpień...

Pachną jabłka. W Oslo. I jest jeszcze mnóstwo innych zapachów, leśnych, cielesnych, letnich, jesiennych... Jest młodość. Głupawy a szalony czas, kiedy tyle jednak spraw się decyduje... Są szarości z odpałami, żeby było ciekawiej... O jeden stopień wcześniej... na którym stali ci, co się rozkochiwali w Beatlesach... (Chociaż ja też pamiętam, w licealnych latach, chwilę Beatlemanii - nagła ochota na słuchanie ramot, pod koniec lat osiemdziesiątych, krótkotrwała - dla mnie nie było to zbyt ciekawe - raczej było to wszystko muzyczną wodzianką - ale wszystkie tytuły wymienione przez Christensena coś mi mówią, więc przygrywkę miałem prosto ze swego niewspomaganego mózgu [uu - wielkie słowo, doprawdy!!]...

Oslo kochane - dla mnie tym bardziej, bo za nic nie kojarzące się z życiowymi zabrudzeniami - dla mnie tylko przygoda, nieróbstwo, natura i sztuka... Chociaż i cienie cierpienia, zawleczonego, przywleczonego... Oslo - jak mała planeta, na której jednak wszystko - różnorodne - kraje i kontynenty--- to już naturalnie późniejsze lata, osiemdziesiąte, z tamtejszej muzyki, z deLillos - coś na pogodny spacer pijacki, poranny :))... Miasto to miasto - musi mieć swe kontrasty - nad Oslofjordem niby w bliskości - ale co tam geograficzne miary... Jakże daleki jest kraj jubilerskiego połysku Bygdøy od roztrzęsionych pociągami nor ze Schweigaards gate, dwa kroki za przyzwoitą przeciętnością w charakterze litościwej zasłonki... Druga połowa lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych w klasycznej już powieści Larsa Saabye Christensena. Zmieniał się świat, zmieniała muzyka. Życie gdzieś tam się paliło - Wietnam, Czechosłowacja. Wrzało też i na małej planetce - rozpolitykowanie, komunizmy kusicielskie, rozróby, policyjne łapanki, a jeszcze zwykłe chuligaństwo i homofobiczne nożownictwo... (Biedny Jørgen z poderżniętymi klejnotami)... Uroki mieszają się z brutalnością - śliczność chłopięcej przyjaźni - przyroda, łapanie ryb, sport... Potem imprezy, używki, stąpania nad przepaścią, seks... (Wzruszający Ola - ładnie ozdabiający powieściowe życie swoją jąkaniną - jąkał się, aż wreszcie sobie zaciupciał i przestał się jąkać - jąkanie jednak wróciło, gdy dociupciał się potomka i musiał się ożenić w dalekim Trondheim...) Smaki przyjaźni, towarzystwa, ale i też samotności... Siłą rzeczy człowiek wraca do własnej młodości - do dawnych przyjaźni, obiecanych nierozłączności, no i też do tej drogi, co się jednak rozwidlić musiała... Wszystko inaczej - choć świat pachnie podobnie, jest równie piękny, i stare przeboje brzmią tak samo, utrwalone na płytach... Świat nieodmiennie wrze, ale człowiek mały się starzeje i tyle w nim bolesnej ciszy...

Moje drogie Oslo mogłoby człeka skłonić i do krzyku... Coś ono w sobie ma... Pisałem kiedyś, że się tam można posmucić... Munchowe to przecież klimaty, Munchowy to przecież fiord, Munchowe tam zaklęte strachy i rozpacze... Kimowi zebrało się na krzyk... Był jeszcze dostatecznie młody, by zwariować, albo by choć znaleźć się na skraju wariactwa...

Ja już chyba jestem za stary na wariactwo. Nie wiem czy się z tego cieszyć... I na słowa wielkie małą mam ochotę... Jestem na tyle stary, by już cieszyć się pięknem, i tylko nim, bez przesadnych żarów... Czy "Beatlesi" wpędzają mnie w jakiś tęsknoty? Chyba już nie... Młodości łatwiej tęsknić, bo mało jeszcze ma w swej przeszłości. Ledwie się co skończy, a już jakieś tęskne dreszcze... Ale potem. Tyle tego wszystkiego... Jeśli już, to tylko jakieś sprawy bez imienia... No i może wieczność... Albo to właśnie jest to bezimienne - to znaczy właśnie imienne... By już po prostu był koniec!?

Te oslowiańskie wspominki... We własne wspominki mnie wpędzają... W nieodległy czas, w magii tego miejsca... Ledwie garść lat wstecz - odbudowywałem się po katastrofie - byłem tam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, z tabliczką czekolady. Po latach po raz pierwszy poczułem lekkość...Jak tu nie tęsknić za wiecznością, za niezmiennością lekkich stanów?... No tak - jeśli zatęskniłem do siebie z przeszłości, to do tego faceta pałaszującego czekoladę, na wreszcie osiągniętym luzie... Jak pamiętam, naturalnie dławiła mnie przeszłość, ówczesne tęsknoty i żale... Ale - jak, cholera, mało jest lekkich chwil! Jak mało... Chyba właśnie tam, wtedy, w tym konkretnym życiowym momencie, najintensywniej rozpływałem się w urokach życia, ze łzami w oczach, z zaciśniętym gardłem... No tak - ale co tam tęsknota - dla takich czekoladowych uniesień znów musiałbym przeżywać katastrofy, a ja na nową katastrofę sił już nie mam. Kolejna mnie już zabije, tego jestem pewien... Więc już lepiej niewzruszoność w pięknie - no, może z małym dreszczem, z łezką, bo przecież są we mnie jeszcze pozostałości beksy...

Miłości... Brzmi u Larsa delikatnie hamsunowskie echo... To takie miłe... "Wiktoria". Dwoje ludzi, co się szukają, co się rozmijają, dręczą, choć są dla siebie wszystkim... Błądzenia, tęsknoty, lęki, w nierównym świecie, pośród kaprysów losu...

Miłość. Hamsun powiada: "Może zrujnować swego wybrańca, może go potem podnieść i ponownie naznaczyć; może dzisiaj kochać mnie, jutro ciebie, a jego następnej nocy, taka jest niestała. Ale może też trwać, niezłomna niczym pieczęć, i płonąć nieugaszona do chwili śmierci, bo taka jest wieczna. Jaka jest więc miłość?"... Ukryte ścieżki, nieba gwiaździste, ogrody bezwstydne...

Christensen. Beatlesi. Oslo. I pościgi miłosne - Kopenhaga, Paryż, Islandia... Słodycz i gorycz. Piękno, śmiech, smutek, przemijanie... Zapach jabłek, słońce nad Kolsås, tłuste włosy i dziury w skarpetkach... Życie, oczekiwania, śmierć...

Miłości -- Kim, Cecilie, Johannes, Victoria... Bohaterowie norweskich opowieści...

---

Lars Saabye Christensen

"Beatlesi"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

***

Knut Hamsun

"Victoria"

Świat Literacki, Izabelin 2000.

14:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94