BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 23 kwietnia 2017
Halldór frá Laxnesi

 "Og hver veit nema að Halldór frá Laxnesi eigi eftir að verða óskabarn íslensku þjóðarinnar".

                                                                                                    Arngrímur Jónsson  

 Wiosna, wiosna. Niekoniecznie dobrze widoczna i odczuwana. Bo jeszcze ziąb, bo jeszcze tu i ówdzie śnieg... Ale wiosna być musi, bo tak to już postanowione... (Chociaż ja w tym roku chłodno jestem usposobiony, więc mógłbym tak z zimą przez cały rok - nie przeszkadza mi wiatr ani nie przeszkadzają mi niskie temperatury...)

 Z wiosną przychodzi jakieś takie wyfiokowanie, perfumy, śpiewy radosne ptasząt... Pełna gotowość na przyjęcie lata, po którego pobycie człowiek tez chętnie oddycha z ulgą, gdy może jesiennie odpocząć... A potem znów tęsknoty, odnowienia, odrodzenia...

Bardzo kochał wiosnę Laxness. Ten czas odnowy, wzrastania, radości, nadziei... Sam z wiosną przyszedł - dziś 115 rocznica jego urodzin... Przyszedł na świat w Reykjaviku, przy Laugavegur. A wychowywał się na niedalekiej od stolicy farmie Laxnes, od której wziął potem swoje nazwisko... Halldór frá Laxnesi - potem Halldór Laxness...

Ukochane dziecię narodu, ulubieniec? No tak... "Óskabarn þjóðarinnar". Jak Jón Sigurðsson - niepodległościowy działacz z dziewiętnastego wieku - ojciec islandzkiej wolności. Laxness też stał się taką narodową perełką, która to na dobre wyprowadziła literaturę islandzką z prowincjonalnych opłotków. Laxness - całkowicie lokalny, a jednocześnie światowy. Przedziwnie zmienny, z książki na książkę inny. Poważny i prześmiewczy. Pokazujący, co to patriotyzm wolny od głupich zadęć i ksenofobii... Między innymi... Choć wzbudzał czasem sprzeciwy i gorące dyskusje poprzez swoje polityczne, a także i wyznaniowe wybory (biegł od protestantyzmu przez katolicyzm po marksizm), jako noblista stał się prawdziwą dumą narodu zamieszkującego tę daleką atlantycką wyspę, Islandię...

Islandia - groza i śmiech. Zadziwiająca wytrwałość. Zapoczątkowana przez odważnych, ryzykanckich Wikingów. Północnoatlantycki eksperyment trwa. Raz z górki, raz pod górkę... Od jakiegoś czasu z Laxnessem w tle, co o huśtawkach ludzkiego życia zapisał całe tomy...

Tam - nie ma rady - natura jest blisko człowieka... Bardzo kontrastowa... Zimą wszyscy bali się w chacie - jak pisał Halldór Laxness w "Niezależnych" - "Noce dłużyły się okropnie, dnie do nocy były podobne. Człowiek żyje nadzieją wiosny, a jednocześnie nie wierzy w nią, póki wiosna nie nadejdzie. Jeden kwiatek, jeden krzyk siewki - i nagle spełnia się wszystko, na co czekałeś, do czego dążyć będziesz zawsze, do śmierci." Znów zazielenią się moczary, znów pojawią się ptaki na mokradłach, by w nich niestrudzenie brodzić (ach, ta islandzka ptaszarnia, co przybywa znad oceanicznych otchłani - cud istny!)... Może i miłość zakwitnie znów...

Matka Ziemia okręca się w swym dziwnym śnie, ku światłu, by znów się działy cuda, przypływały nowe siły... O życiu bujnym sen. W dalekich niby to niegościnnościach... Im bardziej niegościnne skrawki ziemi, tym bardziej to życie wydaje się fantastyczne - silne, uparte, radosne... Wystarczy mała sieweczka, a serce mocniej zaczyna bić...

Tak urodzinowo dziś. Laxnessowo... Tak sobie pozwoliłem porymować nieudolnie, wiosennie, w budzących się, mimo chłodu, zieleniach...

 

Halldór Laxness

"Wiosenne zwrotki"

Cóż za jasność dziś wielka,

kwiatu szczęście, rosy porannej kropelka.

O, zieleni kraino!

Ogrodzie życia, zielonego wzrastania,

daj mi moc ku dobroci, siłę dla kochania.

 

Jakże wiele w sercach radości,

na gąbce mokradeł moc skrzydlatych gości.

O, żywych stworzeń kraino!

Zwierzyniec, dom i najmniejszej ptaszyny,

ląd brata mego, cudny sen matczyny.

                                        przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Zakopanoptikon

Jedyny normalny i przyzwoity poniedziałek w roku... Niby normalności powinno być więcej, ale jednak tryumfuje zawsze nienormalność i potworność z nieprzyzwoitością... Bardzo to przyzwoity i normalny poniedziałek - człowiek wstaje rano i nie widzi na drodze korka, nie słyszy hałasu, nie widzi tych wszystkich zmotoryzowanych orłów tuż przed smutną metamorfozą - bo przecież większość z nich, gdy już dojedzie do roboty, przepoczwarzy się w drobiące kuropatwy (jakie szczęście, że ich dzieci tego nie widzą - inaczej trudniej byłoby spuścić im przykładne, wychowawcze manto.)

Za nami tydzień pełen wielkich dni. Wielkie piątki, czwartki... A ułożyło się tak, by całą rzecz zacząć Wielką Wampiriadą, w odróżnieniu od comiesięcznej, małej wampiriady, choć równie gorącej w swych bluźnierczych zapałach... Osobliwość, którą można by było jakoś jeszcze wzbogacić, uczynić jeśli nie dniem wolnym od pracy, to przynajmniej dniem stosownego państwowego poczęstunku - dla każdego talerz krwawej polewki z kluseczkami, względnie łycha kaszany na gorąco, z chlebkiem, dołączonym do igrzysk, do występów nekrocelebrytów. Co było czczone? Co to było? Dzień wariata, święto zinstytucjonalizowanego kretynizmu, święto hieny, dzień krzykliwy łgarstwa i durnoty z bluźnierczym pochodem? Obłęd jakiś... Dziwacznie jest, doprawdy... Ale dość o tym. Trudno się nawet z tego śmieć. Bo mamy do czynienia dziś w życiu publicznym ze zjawiskami, których już nie można skarykaturować, przerysować. Niektórzy silą się wprawdzie na satyry, nawet bardzo profesjonalne, ale jakoś tak wychodzą im z tego po prostu produkcje dokumentalne.

Przypomniałem sobie jednak o innej satyrze, stworzonej w okolicznościach, które jeszcze można było przerysować, satyrze, która mogła spocząć na drugiej szali wagi tworząc pogodną równowagę... Na myśl mi przyszła jeszcze w tym wiosennym porywie krokusowym (o, wiosna, wiosna - a tu raptem znów jakiś śnieżne dekoracje, posypki), kiedy to na szlak turystyczny pognały całe hordy ludzi... Tatrzańskie przeludnienie. To wcale nie takie nowe zjawisko, które przyjemnie obśmiał w swej książce "Zakopanoptikon" Andrzej Strug... U Struga pada deszcz, pada deszcz, do szaleństwa - w gruncie rzeczy jego ulubiona pogoda - tak w każdym razie wspominali go znajomi - "Kochał niepogodę, legendarny deszcz zakopiański, mgły i burze, lubił włóczyć się po dolinach, zazierać na szczyty, spocząć przy potoku, rozpalić watrę, łazikować tygodniami, byle patrzeć i patrzeć na ukochane góry." Ludzie z "Zakopanoptikonu" też chcieli patrzeć na góry, być w górach, tylko nie w tym uporczywym deszczu, który doprowadzał do szaleństwa... I wreszcie przyszedł ten jeden, jedyny dzień pogody, gdy całe towarzystwo turystyczne gruchnęło w góry. Także pan Lubystko, który strasznie chciał posiąść panią Ledę, czego ta mu wzbraniała przez długi czas, bo chciała do tego właśnie pogody, krajobrazu, piękna. A gdy przyszło piękno, pogoda - masz ci los - pan Lubystko pękał z pożądania i chciał do swych celów lubieżnych użyć pierwszego lepszego skrawka łona natury, pani jednak okazała się wybredna - tu nie, tam nie, a tu jeszcze wkoło coraz więcej ludzi - już się wydaje, że masz dobrą kryjówkę, a tu raptem widzisz czyjąś ciekawską głowę, albo góral w całkiem czarnych białych spodniach coś by z tobą pohandlował... Czarna rozpacz - a tu spokoju przecież trzeba, i czasu, by panią porozpinać, poodwiązywać, pouwalniać z tych wszystkich gaci - wszak to przecież jeszcze piękna epoka, kiedy to dobieranie się do pani musiało przypominać przekopywanie się przez jakiś straszliwy barłóg... Wszędzie przeszkody - turyści, górale, wreszcie student Kretyn, co rozpaczliwie zbłądził, który ostatecznie odnalazł się, ledwie dwa kroki od szosy, w postaci pozieleniałej od wilgoci zjawy.

Tłok w górach. I tłok w Zakopanem. W powieści Zakopane to jakaś potężna metropolia, tłumna, rozpolitykowana, o bogatym artystycznym życiu. Natłok... Szczególne to miejsce, szczególne to góry - napchane legendą, widziadłami, idealizującymi tęsknotami za odnową narodu. W młodopolskich czasach zrobiła się z tego zakątka oaza wolności, swobody - bez politycznych zawiłości pewnie to miejsce nigdy by się nie dorobiło legendy, ale że nas pożarli, tośmy sobie musieli tworzyć oazy, z tym wszystkim, co dla nas charakterystyczne... Wszystko jest w "Zakopanoptikonie": kłótnia, bijatyka, sejmikowanie bezustanne, wściekłe podziały, Żarliwcy i Gorliwcy, miernoty i zera moralne gotowe z klechami porządzić sobie, nawet jaja z pogrzebu...

Andrzej Strug - poważny pisarz i wielki autorytet okazał się też znakomitym satyrykiem, do czego specjalnej wagi nie przywiązywał - nie starał się o książkową publikację swej zakopiańskiej satyry i długo ten przezabawny tekst pozostawał pamiątką zawartą w czasopiśmie. Dzieło ważne - przeciwwaga dla "Nietoty" Micińskiego (powieściowego Woziwody). O ile "Nietota" to szczyt Młodej Polski Tatrzańskiej (szczyt też mający w sobie satyrę, tyle że ciężkiego, poważnego gatunku), o tyle wesoła powieść Struga jest zamknięciem tejże. Tamta rzeczywistość domagała się już tylko burleskowego ujęcia. Pyk - i nie ma balonika...

Czy wolno Polakowi się dziś śmiać? - Takim pytaniem zaczyna swą komedię Strug... Zawsze przecież, jak to u nas, jakieś ciężkie czasy, albo nasycone powagą... Śmiech jednak jest potrzebny. Czasem ratuje. Choć niekiedy bywa wyrazem bezradności...

Strug zadziałał jak filmowiec (z filmem zresztą później, już w wolnej Polsce, współpracował) - umiejętnie reżyserując ruchem postaci, tworzy przed oczami dzisiejszego czytelnika starą, przepełnioną gagami amerykańską farsę. Jest doprawdy jak w starym kinie. Fantastyczne sceny zbiorowe, walki, tragikomiczne wypadki, masy rozbujane w nieustannym sporze, uzbrojone w rzeczy najdziwaczniejsze... Wszędzie partie, partyjki, stronnictwa, sprzeczne interesy. Jedni chcą Tatr pierwotnych, inni kolei zębnicowej na Świnicę (był rzeczywiście taki osobliwy projekt), jedna pani pensjonatowa lepsza od drugiej, itd, itd... A dookoła deszcz, gnój, błota lawina pełna prehistorycznych pamiątek, zrozpaczeni letnicy, oczywiście knajpa u Płonki (powieściowego Pchełki), taternicy przez pogodę uwięzieni w mieście, zmagający się na wszelkie sposoby z kościelną wieżą (jedynie Gdysz, czyli Mariusz Zaruski, nic sobie z pogody nie robił i szedł po swoje taternickie zdobycze gdzie trzeba), kłamliwi dziennikarze i cały zestaw osobliwości artystycznych i myślicielskich... I dalej deszcz, tworzący aurę tak przygnębiającą, że aż ludzie powoli zaczęli przemieniać się w... kaczki...

Tak... Przedłużająca się zła atmosfera może dusić, zobojętniać, zmieniać ludzi w kaczki, zmieniać świat w kaczy zakątek... Dopóki nie znajdzie się jakiś budziciel - budzicielka...

Pyszna zabawa - przeuroczo obśmiana Młoda Polska... I ta dusza polska, wtedy zniewolona, ale taka jak zawsze... Zapieniona, cwaniacka, uparta; moja prawda, mojsza prawda... I straszno i śmieszno...

Zakopanoptikon. Tytuł znakomity. Zakopane, panoptikum, fotoplastikon... Szalone obrazki.

Zakopane było malutkie, choć było treściwą pigułką... Dziś już nie musimy się zbierać w pigułkowych rozmiarach, by sobie urządzać wolność... Urządzamy się na całkiem sporym obszarze. I coraz większe mam wrażenie, że urządzamy się w swej wolności na cacy... Taki Polopanoptikon - gdy się przyjrzeć... Co dać na drugą szalę?

^^^

Andrzej Strug

"Zakopanoptikon, czyli kronika 49 dni deszczowych w Zakopanem"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989.

11:47, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017
O gwarze w krokusowym czasie

I już krokusy. I ludzi tłum. I wiosna... Choć ja się trochę jeszcze za zimą uganiałem...

Zebrało mi się na podróże. Trochę za morze. I trochę za miedzę. Daleko i blisko, w nagłej tęsknocie do udawanej bezdomności. Tu jakiś kąt, tam pokój hotelowy. Czasem chciałbym się nie zatrzymywać. Ale wracam, by się zatrzymywać, naturalnie, ja - typ obowiązkowy, i jeszcze synek troskliwy na dodatek, za nagrodę w postaci garści obelg i parsknięć... Bogowie - jak kiedyś złapię oddech, to będzie trochę późno. Już jest późno... Bym się chętnie na dobre odtargał od życia i frunął przezeń jak papierowy samolocik... Z lekkim tylko opadaniem, gdzie ładnie. No cóż, dobre jednak i opadanie z myślą o powrocie do zabagnionej codzienności z tyłu głowy...

Zatem krokusy. Te góralskie tulipanki, szafranki... Coś by trzeba było przy tej okazji po góralsku. Właśnie minęła 120 rocznica urodzin Gazdy z Kościeliska... Stanisław Nędza - Kubiniec (1897 - 1976). Sabałowy potomek, redaktor i pisarz podhalański, płodny, wybitny i zasłużony dla kultury swego regionu. Sam nie uważał się za pisarza ludowego, pisał literackim językiem, gwarę wprowadzając do twórczości dla celów artystycznej stylizacji. I tak szedł do świata, z Sabałą, Janosikami, z wierszem, prozą, z gwarą... O swej gwarze pięknie napisał:

Stanisław Nędza - Kubiniec

"Do mojej gwary"

Drzewiej... nie wiém kiedy (nie dziéń to juz ani dwa,

cas siąpawicom roków przeseł i nigda sie nie wróci...)

Dawno!

Kie jesce turniom sępie głowy rzeźbiła siwo mgła,

a Bóg łyskawicami jak smyckiem ciągnął po nik

albo hromami plucił,

kie skrzydła orłom rosły i chuć ku słonku ik brała,

a wiater holny ostrzył im pierś do lotu,

kie piérso lić dolinom śmierzciom grała,

 

urodziłaś się ty!...

Tu!...

Moja...

Miéła...

Mowo ojców i braci, i moja

                                       Gwaro podholańsko!

 

I takoś:

ostro - jak stol zbójnickiego noza,

piékno - jak zorza w świtów błysku,

cudno - jako ozwito w turniak róza,

słodko - jak dziéwce przy watrzysku.

 

Hej, moja

miéła

zalubiłek sie w tobie na śmierzć.

 

Wysłaś ku mnie z siklawic tęce,

z słonecnej mgiełki i leluje kwiatu...

Przyniós mi cie sum wiatru i sum orlik skrzydeł,

i śpiew dziéwek z polany...

Wzionek cie na ręce

i idem z tobom pokozać cie światu.

                                                     (1937)

***

Mimo wszystko - miłej wiosny, miłych Tatr, miłych krokusów i wszystkich innych wiosennych kwiatów, miłego słońca, miłej poezji...

 

15:15, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 marca 2017
Þoka

Þoka. Tak sobie pozwoliłem zatytułować notkę po islandzku. Bo lubię to słowo. Na równi z norweską "tåke". Na określenie mgły. Całkiem jak Per Olof Sundman, który pisząc o Północy dalekiej wolał używać "tåke", pomijając wszystkie szwedzkie słowa na określenie mgły jako mało poważne i zbyt miękkie... No bo dis, dimma czy nawet töcken jakieś takie są niewystarczające. "Tåke" brzmi i wygląda odpowiednio... Zgadzam się z moim ukochanym Sundmanem w zupełności... I dodaję jeszcze ową "þoka" - za twardość i dodatkową elegancję...

Lubię mgłę, bo można pobawić się w niej w niewidzialność. Bo jest myląca. Bo też jest i jakimś takim głębokim niezdecydowaniem. Blisko - daleko? Świat wielki czy mały? Jasno? Niby tak - nawet bardzo jasno, za dnia, a mimo to prawie nic nie widać. Mokro - ale to przecież nie deszcz...

Mgła dobrze obrazuje tę sferę uczuć, w której jeszcze nic się nie wyklarowało. Czy się śmiać, czy płakać? Jak się tu i teraz do życia ustosunkować... Bywa, że się nie wie... Ambiwalencja...

Narzekamy często na mgłę niewyrozumiale. Widzimy w niej przeszkodę... Bo trudno jechać, bo trudno lecieć... A tu przecież można zniknąć... Kiedyś mi jedna koleżanka powiedziała: - Ty się kiedyś rozpłyniesz we mgle, i nigdy nie wrócisz... O! Żeby tak się mogło stać!! Ja lubię mgły z ich niewyraźnościami. Obiecującymi.

Mgły, niejasności, wahania... Jeśli my tacy boscy, to może i na Stwórcę wypada spojrzeć przez pryzmat tych niezdecydowań atmosferycznych? Co sobie pomyśleć? Co ucieleśnić ma Tamten?

Tamten, podobnie jak my - śmieje się, rozpogadza, to znów płacze i się chmurzy... Co go smuci, co go bawi?... No, można się zastanowić, czy jego poczucie humoru zbieżne jest z naszym, zastanowić nad tym, co się jemu podoba, a co  nam, i czy On taki znów dobry i miły... 

Mgła. Þoka... Veistu ei, maður, að hún er efasemdir skaparans?... Nie wiesz, człowieku, że to stwórcy wątpliwości? Pyta poeta, albo może lepiej wierszopis... (Zawsze bardziej wzrusza mnie wierszopisarstwo, jednak... Takie to już me sympatie!)

Wierszopis. Niestrudzony, płodny szalenie samouk. Stephan G. Stephansson (1853 - 1927). Właściwie Stefán Guðmundur Guðmundsson, znad Skagafjörður, który, jako dwudziestolatek, przez biedę razem z rodzicami wyemigrował do Kanady. Traper się z niego zrobił, i pionier, co się trzy razy osiedlał w kanadyjskich dziewiczościach. Robotny chłop, i robotny pisarz, poeta i epistolograf, co się stał wielkim Kanadyjczykiem i Islandczykiem (cóż to była za ceremonia wielka, kiedy poeta przyjechał w 1917 roku w odwiedziny do swej rodzinnej Islandii, witany jak poetycki bóg...) Wielkości już przebrzmiały, lecz ci, co chcą, pamiętają... Pamiętają w Markerville w kanadyjskiej Albercie, gdzie pisarz osiadł ostatecznie i gdzie zmarł, pamiętają też i nad Skagafjörður, i w ogóle w całej Islandii, i jeszcze tu i ówdzie...

"Andvökur" - tak się nazywa jeden ze zbiorów jego twórczości, co można przetłumaczyć jako "Bezsenne noce". Stephansson bowiem w literaturze robił nocami, po dziennej robocie na roli. Gość cierpiał na bezsenność. Tworzył więc, czytał, uczył się języków, często aż po świt. Niesamowicie to wszystko celebrował. Na literaturę i języki przeznaczył w swym domu specjalny pokój. Miał więc taką swoją świątynię poetycką ten pracowity antykapitalista, antyklerykał, liberał i pacyfista...

"Íslenska þokan"... Spodobało mi się. Z Nim, Tym tam, diabli wiedzą, gdzie, podobnie jak z nami. Czasem wszystko się podoba, czasem nie, a czasem doprawdy trudno powiedzieć i pozostaje tylko mglista bezradność... A co cieszy, a co smuci?... A co wypada?... Czy szczęście znaczy zawsze dobro? Czy Jego szczęście naszym jest? A nasze Jego? Czy moje szczęście rani innych... Można pytać, pytać...

Wierszopis niestrudzony. I mój niezdarny przekład...

Stephan G. Stephansson

"Islandzka mgła"

Od zgniłych, niemiłych wyzywasz

tę mgłę naszą ojczystą.

Czemuż to, człeku, myślą tak łatwo pomijasz

tę stwórcy niepewność oczywistą?

Tak jak ty, czasem trudne ma on zadanie,

by swej pogodzie właściwe dać nazwanie.

Jak widać, ciągle waha się jeszcze:

czas na promienne słońce czy na rzęsiste deszcze.

                                             przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

sobota, 11 marca 2017
Najgłębsze witalności

Zaskoczenia, zjawy i upiory...

Pamiętam, jak to opowiadał Miron Białoszewski o natknięciu się na siebie, siebie odbitego w jakiejś szybie - nagle, po trudnych do uchwycenia przemianach, człowiek odkrywa, że jakiś dziadowski się robi, stary po prostu... To ja? Naprawdę?... Kilka dni temu coś podobnego mi się przytrafiło. Poszedłem na zakupy - bo kto rano wstaje, ten zapierdziela po bułki, i takie... Trochę przepity byłem i niedospany, z kilkudniowym zarostem, nieodwołalnie już siwym z rozpaczy, okapturzony - nagle to wszystko zobaczyłem w oszklonych drzwiach piekarni - i pierwsza myśl była taka: Rety, to jakiś zmaltretowany polarnik u kresu swej nierozsądnej włóczęgi... I jeszcze te oczy, takie cholernie matczyne... Oto mam upiora, oto dowód na życie pozagrobowe. To my nim jesteśmy! (I my mamy trafiać z założenia do nieba - bo rodzice po to robią dzieci - tak przynajmniej tłumaczą - żeby owym dzieciom było lepiej w życiu - lepiej niż tatusiowi i mamusi - niebo jednak uporczywie daleko i daleko)... Ta koszmarna kobieta o to zadbała, choć pewnie nie przypuszczała, że jej dalszy ciąg będzie sobie takim zmaltretowanym, acz całkiem luzackim jednak pedałem... Tę luzackość udało się zachować, więc już coś... Ja już siłą rzeczy o życie pozagrobowe nie dbam - życie w pewnych odgałęzieniach potrafi przystopować, co aż nawet jest budujące... Zresztą - wystarczy się rozejrzeć po osiedlu - życie ludzkie w ogóle postanowiło nieco przystopować, nawet to ponuro zorientowane - dzieci jak na lekarstwo i ktoś z wózkiem wygląda raczej jak jakieś staroświeckie, niehigieniczne dziwadło (niehigieniczne, no bo przecież brak higieny jest podstawowym warunkiem rozprzestrzeniania się życia)... Dostojny spokój - inne cele na horyzontach wielkomiejskich, moc przyjemnostek, miłosna higiena... (O ile w ogóle dzieci biorą się z miłosnych obłapek, a nie z jakiejś płciowej orki mrocznej, z jego introwertycznego zasapania na martwej fali jej obrzydzenia - ja w każdym razie z tych ostatnich ćwiczeń się wywodzę - z prawdziwej uczuciowej flauty, jedynie co najwyżej z porywistych swędzeń i tęsknoty do zabawki człekokształtnej).

Jak zły sen - choć to jawa... Ja, w ciele utworzonym według określonego kodu, sprzedanego przez taką, nie inną parkę. W pewnych drobiazgach, liniach oni są, i pozostaną jeszcze jakiś czas, nawet po odejściu... Ale matka to już przesadziła z tym włażeniem mi w oczy... Złośliwie postanowiła mnie straszyć...

To widziadło dzienne... Jedno z dziennych widziadeł... Chociaż - co tu odróżniać - dzień, noc, sen, jawa - tu i tu jest podobnie... Zwidzenia czy odwiedziny - wszystko z głowowego bagienka... W snach bardziej jesteśmy odwiedzani, na jawie bardziej zaskakiwani - zmarli odkrywani w naszych rysach, albo postaci z mitologicznych igraszek w niecodziennych miejscach... Jakaś boskość w ludzkim ciele - nie - takie rzeczy byłoby trudno przyjąć, choćby miało się do czynienia z najdobrotliwszą i najszlachetniejszą postacią - ach, precz! - co innego zastanawiająco ukształtowany sęk albo maźga na szybie - byle były to twory podobne do znanych, kiczowatych obrazków, do których nic żywego nie byłoby w stanie się upodobnić bez posądzenia o oszustwo... Zjawy nie muszą być jednak tylko takie boskie - mogą być całkiem ziemskie, najzupełniej śmiertelne osoby przedstawiać... Ktoś osobiście nigdy nie poznany choćby z powodów czasowych, może przyjść, w postaci znanej z obrazka... Nie ma wtedy wątpliwości. To był on. Duch jakby...

Można uznać, że to nasze własne twory. Albo, przy jakiejś zabobonności, uważać zarozumiale, że jakieś słynne wielkości plączą się koło nas, akurat nami pośmiertnie zaabsorbowani... Chyba że się ducha wywołuje - ale też skąd pewność, że się jest tym jedynym, i jeszcze godnym zaszczycenia...

Artyście wypada być zabobonnym. I to chyba nie tylko w teatrze, jak uważał Ingmar Bergman. W sztuce jest tyle różnych niewytłumaczalności, wiele jej się przypisuje mocy, otacza wierzeniami. Artysta trochę jest jak kapłan - kręci się w sferze dotkniętej przesądem i zawsze ma do sprzedania taką czy inną baję, z której pożytek niewielki (jeśli się pominie względy natury towarzyskiej), tak jak niewielki jest pożytek z choćby i największej skrzyni wypełnionej duchowym wsparciem, bo gdy ją się otwiera, zawsze jest pusta... W nadmiarze irracjonalności wypada wszak znajdywać miejsce dla innych światów. Nie dziwi mnie więc, że na Ingmara Bergmana gniewał się a to Hjalmar Bergman, a to August Strindberg... Ze Strindbergiem szczególnie były przeprawy, co w swoich wspomnieniach wielki szwedzki reżyser wyszczególnił: Miał robić "Taniec śmierci" - zgarnęła go policja; miał robić "Grę snów" w Monachium - zwariował Adwokat; pracował nad "Panną Julią" - Julia dostała bzika; przy innej "Grze snów" scenograf popadł w depresję, córka Indry zaszła w ciążę, zaś sam reżyser zapadł na jakąś trudną do wyleczenia infekcję... Nie mógł zrozumieć, czemu jego ukochany Strindberg stał się taki dokuczliwy... Wreszcie się spotkali. Strindberg zadzwonił i umówił się z Bergmanem na Karlavägen. Coś tam sobie wtedy wyjaśnili... Ogust - pamiętał, by tak się do dramaturga zwracać - był ponoć życzliwy, nawet momentami serdeczny... Nie wszystko mu się nie podobało, ale trzeba było się liczyć z okresami niełaski...

Tam przyszedł artysta do artysty. Gigant do giganta... No ale że do mnie nocą zakrada się artysta, taki wielki? Sam artystą nie jestem, bo to przecież żaden czas na takie rzeczy, a poza tym zawsze lubię przytulać się w kącie jakiejś mniejszości... I nagle Tomasz Mann, z czasu swych starczych eksplozji talentu, z czasu fizycznych słabości i duchowych mocy, prowadzący mnie - a do licha - pośród egipskich kolumnad palm, w kalifornijskim słońcu... Gawędziliśmy - ale o czym? O czym jeszcze, do cholery, oprócz tego, co mi pozostało w pamięci?... - Ale ty to masz sny - stwierdził Franek. - Chyba wariuję - przypuściłem ja, rozbudzony. - Odwiedza mnie Tomasz Mann, zabiera do Kalifornii i coś mówi o łagodnych dobrodziejstwach rzewienia... To przecież na obstrukcję... - Pewnieś o nim myślał?... A jak kupa?

Nie, właśnie nie myślałem, a w każdym razie nie intensywnie... No i żeby jeszcze takie rzeczy - jakieś zdrowotne paskudztwa... O zdrowotnych sprawach kiedyś pisał, w tekście Jak powstał "Doktor Faustus". Zerknąłem tam ostatnio, po latach, powodowany tym snem... Nawet mnie to rozbawiło, trochę nerwowo... Otwarłem akurat na pooperacyjnych przygodach autora. Mann w czasie Faustusa przeszedł poważną operację. Po niej, gdy jeszcze był mocno oszołomiony po narkozie, zaczął mówić do swojej żony po angielsku - o dziwo - skarżąc się: "It was much worse than I thought. I suffered too much!" I potem pisał: "Dziś jeszcze zastanawiam się nad sensem tego nonsensu. O czym ja mówiłem? Nic przecież z tego wszystkiego nie czułem. Czyż istnieją jakieś takie głębie witalności, w których, przy całkowitym wyłączeniu systemu nerwowego, jednak się cierpi? Czy w najgłębszej podświadomości ból nie daje się odłączyć od cierpienia? Mogłoby to więc dotyczyć nawet "martwego" organizmu, o którym nikt nie wie, jak dalece jest martwy przed ostatecznym rozkładem; i - choćby tylko w sensie nieufnego pytania - mogłoby stanowić argument przeciwko paleniu zwłok. It may hurt - wyrażając to po angielsku."

Trochę mnie to nieufne pytanie rozbawiło, teraz, przy marcu i nadchodzącej rocznicy... Razem z ciotką, która tak szalenie bała się nieboszczyków, a którym w końcu i sama się stała i leży teraz na cmentarzu, mając już jasność co do pewnych spraw zza granicy tego świata, zza granicy, a jednak jak najbardziej cielesnych, kompletowaliśmy strój do trumny dla mojej mamy. Ciotka chciała mamę jak najbardziej poubierać, żeby jej nie było zimno... Rety!! Niby racjonalna kobieta, naukowiec, a tu takie jakieś przeczucia o witalnych głębiach... Nawiasem mówiąc nie chciała też, by mamie mojej było za gorąco. Planowałem bowiem początkowo, by jej zwłoki spopielić, ale wprawiłem tym siostrę mamy w takie przerażenie, że odstąpiłem od tego zamiaru, bo nie lubię sprawiać ludziom cierpienia... Piekłoszczyk więc nie poszedł w płomienie, a ciocia była mi wdzięczna... Hm - ustępuję jednak w obliczu niedorzeczności i absurdalnych wyobrażeń, zakorzenionych w najdalszych głębiach wierzeń...

To są jednak straszliwości... Nic różnego od życia nie można sobie wyobrazić... Wszystko w naszych myślach jest życiem... A życie to udręka. Tylko.

14:51, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 marca 2017
Cicha przyjaciółka

 Marzec już... Czas leci, męczy, trudzi, i nawet nie ma kiedy poblogować... :-) Ostatnio najczęściej bywam poirytowany, a nawet wściekły. Ot tak - bo natłok obowiązków, bo ciągle jakieś pieprzone drobiazgi, które uprzykrzają życie - o rety - to się coś urwie, to chałupę zaleje, to się ludzie nie sprawdzają - bo coś obiecują, a potem zawodzą... I dnia przybywa, choć - do licha - nie ma jak noc, litościwie ciemna, i spokojna...

Sny są takie jednak miłe. No, wprawdzie bywają koszmary, lecz mam wrażenie, że jawa ma w ofercie o wiele większy zestaw tychże. I większą przyjemność mam, gdy spływa mrok wieczorny... Zresztą - wieczory i noce to nie tylko sen - wszak przecież wyrko to i miłosne przytulanki, szeptanki, fontanny szampańskie naszych własnych soków... Życie staje się znośne... No a sen? Sen... Słodki sen. Dobrze, dobrze rozumiem Tomasza Manna, co wszystkie swe łóżka życia miał w serdecznej pamięci... O, sam Tomasz Mann mi się niedawno przyśnił. Bardzo byłem zdziwiony, oszołomiony po przebudzeniu. Magia snu. Zmarli, co przychodzą nad ranem, nawet ci, których za życia nie dane było człowiekowi spotkać. Na boga, to naprawdę była Kalifornia, i to był on... Ale to temat może na inną notkę...

A dziś... Poetycko może, norwesko... O przyjaźni z nocą... O jej - jak ja lubię wierszydełka, literackie marnostki, literackie wcześniactwo... Gabriel Scott (1874 - 1958)... Scott to tak na cześć Waltera Scotta - bo jeszcze do tego dochodził pominięty artystycznie banalny Jensen. Gabriel, urodzony w Szkocji syn pastora. Związany z norweskim południem, początkowo z Høvåg, gdzie tato jego pełnił duszpasterską posługę, a potem z wyspą Tromøya, tą samą, na której trochę później dorastał Knausgård, ta literacka osobliwość, co potrafi być zajmująca nawet opowiadając o chodzeniu do kibla... Gabriel Scott - wiara, skromność i cierpliwość w zmaganiu się z przeciwnościami losu. No i przyroda. W takich hasłach można ująć twórczość tego mechanika - bo nim był pisarz z zawodu wyuczonego... Mechanik uparł się, by być pisarzem. I nim został, mając nawet znaczne osiągnięcia jako m. in. twórca literatury dla dzieci ("Trip, trapp, træsko"). A zaczął od poezji i opowiadanek, bez jakichś wielkich artystycznych wartości. Grzebiąc niedawno w arendalskich archiwach natknąłem się na dziewiętnastowieczne początki Scotta... O, jak to same rzeczy umieją do człowieka dotrzeć... Ja też tak lubię noc... To taka codzienna przecież odmiana, mniej się od dnia nudzi, tyle w niej odświeżenia... Droga nocy, cicha przyjaciółko... :) Uspokajające ciemności, przymilne kołdry i poduchy.:)

Gabriel Scott

"Do mej cichej przyjaciółki"

Kocham cię, nocy, gdy na świat rzucasz

swój welon gęsty i ciemny.

Kocham cię, nocy, gdy po dnia trudach

spokój mi zsyłasz senny.

Kocham cię, nocy, gdy mi pić dajesz

ze swej czary zapomnienia...

Cicha przyjaciółko moja,

jakże się czas przy tobie odmienia.

                            przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

11:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lutego 2017
Brott och brott

Życie, życie... Nawet jak lata upłyną, człowiek nie bardzo umie się do tego ustosunkować... Jakaś osobliwa kupa gluta, wydzielina, łonowa wypluwka, dygocząca, skazana naturalnie na wyschnięcie, zwykle pod zwyczajowym krzyżykiem... Po co? Na co?... Co to jest? Poczucia w galaretowatości, pasmo dyskomfortów... Szukanie pozytywnych braków, braku niewygód... Trudna sztuka... Ale co, gdyby nastąpił tryumf absolutny pozytywnych braków?... Nie, to już nieżycie, coś całkiem odwrotnego a niewyobrażalnego... Denis Diderot... Jak to prawił Kubuś Fatalista o ludziach... "Od rana do wieczora wyklinają to życie, a nie mogą się zdobyć, aby je porzucić! Czyżby to znaczyło, iż, razem wziąwszy, życie nie jest takie złe, lub może obawiają się trafić na coś gorszego?"

Liczą na coś lepszego, lecz nic nie wiedzą! Sen? Być może. Hamletowskie roztrząsania. Sen może lepszy? Czasem dni są jak zły sen, aż człowiek myśli - byle tylko dotrwać do nocy, gdzie już kolega śmierci włada... Noce bywają tak uspokajająco beztreściwe... Sen - głęboki i pusty... Oby tak było!

Nadzieje... Cmentarne spokoje. Zalesione znakami naszej tragicznej sytuacji, bezwyjściowej... Nad mieszkaniem nieboszczyka krzyż, na powietrzu. Pod nim już nic się nie rusza i nie skarży...

"O crux! Ave spes unica!" Na alei cyprysowej cmentarza Montparnasse w Paryżu. Spacerujący tam Strindberg odczytywał napisy nagrobne i zaplanował sobie, że sam coś takiego będzie miał na swojej mogile, co też się i stało. Wzniesiono mu ponury krzyż smołowany z takim napisem właśnie... Bądź pozdrowiony krzyżu, nasza jedyna nadziejo... Odczytuję to najdosłowniej - może gdy ta symboliczna ohyda znajdzie się wbita w ziemię dwa metry nad nami, przyjdzie spokój? Może...

Poinfernalny Strindberg wpada w wir problematyki winy i kary... Sięga w niedaleką przeszłość i barwi papier mściwymi literami... Można przy tej okazji wywołać znów ducha, który w tym roku będzie mógł się cieszyć rocznicową krągłością... W czerwcu miną 150 urodziny Dagny Juel, o której Strindberg nie wyrażał się najprzychylniej... (zachlana zdzira, gad, padlina)... Coś musiało być na rzeczy, coś porwało go w tej kobiecie, ba - porwała go jak trąba powietrzna, o której wspomina pisząc w sztuce "Brott och brott" na temat Henrietty... Przypasował mu temat - mógł jednocześnie zastanowić się nad zawiłościami pełnego zbrodni życia, a także załatwić swoją osobistą sprawę z Dagny...

Dagny nie zajmuje wiele miejsca w twórczości Augusta Strindberga - jej postać bardziej obecna jest w rozplotkowanych listach, w których odczytać można, jak to pisarz, jakoś tam urażony, planuje akcję, by oddać Dagny pod nadzór policyjny jako ulicznicę... Pisał do Bengta Lidforssa: "Podłóż pod to ścierwo torpedę, by wyleciała w powietrze. Gdyby mnie to interesowało, pozwoliłbym policji potraktować ją jak prostytutkę któregoś ciemnego wieczora, kiedy się puszcza. To stara dobra zemsta." Naturalnie nic takiego się nie stało, ale Strindberg postanowił nieco dokuczyć pisząc swoją "komedię" w aktach czterech o zbrodniach i zbrodniach... Nieszczęście wisi tam w powietrzu od samego początku, od sceny cmentarnej, od pozdrowień dla krzyża i samobójczej zapowiedzi Jeanne... W "Zbrodniach i zbrodniach" odnaleźć można kółeczko berlińskie: Maurycy - Przybyszewski, Henrietta - Dagny Juel, Adolf - Munch, Jeanne - coś jakby "bandycka kochanka" Marta... Jest trochę inaczej niż w było w rzeczywistości, ale ta rzecz o budowaniu szczęścia na ruinach cudzego życia, na cudzym nieszczęściu, a nawet śmierci, za całkiem przejrzystym woalem ukazuje, co trzeba... Przybyszewski - pisarz Maurycy, żyjący w nieformalnym związku z Jeanne, daje się porwać rzeźbiarce Henrietcie (Dagny), która porzuca dla niego Adolfa, co to chciał za wszelką cenę chronić Henriettę... I zaczynają się kłopoty. Maurycy odnosi sukces, jest więc świetnym lepem. Szczęście to jednak - powiada Strindberg - ziarno, z którego wyrasta nieszczęście. Cieniem staje się śmierć Marion - córeczki Maurycego z nieformalnego związku, śmierć tej, o której gruchająca do siebie parka upojona sukcesem mówi jak o przeszkodzie... Maurycy staje się podejrzanym i ląduje nawet w więzieniu, zaś Henriettę Agent traktuje jak dziwkę, chce ją zarejestrować i sprawować nad nią nadzór... Henrietta z dobrego domu - paryską kurwą.

W Henrietcie rozpoznano Dagny, a właściwie wyobrażenia Strindberga na jej temat. Ale też i trochę prawdy. Bo Dagny, podobnie jak Henrietta, wyrwała się w świat z dobrego domu, by zakosztować życia, by użyć życia, intensywnie... I wpadła w rzeczywistość takich, nie innych przypadków... Musiała też ta "berlińska Aspazja" zmierzyć się z cieniem śmierci, jaki zawisł nad jej związkiem z Przybyszewskim (samobójstwo Marty Foerder - przykra sprawa, z powodu której mąż Dagny trafił do aresztu, podobnie jak Maurycy ze sztuki z powodu śmierci małej Marion)...

Strindberg wykorzystał te przygody berlińskie, by opowiedzieć, jakimi to zbrodniarzami bywamy... Nie musimy nawet kłuć, strzelać, bić - a możemy czuć się jak przestępcy. Popełniamy zbrodnie, o których nie mówi żaden karny kodeks, ale stajemy przed najokrutniejszym trybunałem - własnym sumieniem... W końcu zbiera się sąd, i skazuje...

W prawdziwej Dagny zalągł się lęk. Opowiada nam o tym. Nie o wydarzeniach, ale o odczuciach, odczuciach kobiety, jakie zawładnęły jej sercem po śmierci rywalki ("Når solen går ned")

Cenę za skorzystanie z uroków życia zapłaciła wysoką... Trzy okresy w życiu kobiety. Obraz Muncha z 1894 roku. Ta na środku to ona, to jej rysy - goła, szczęśliwa, odprężona zabawnisia... Jakby wróżba, bo dalej jest ponuro... Dalej, w życiu, były mordercza słabość mężczyzny, Kraków nieszczęsny, ręka Wyspiańskiego, który już w niej sportretował w przepiękny sposób troskę, zmęczenie i złe przeczucia...

Strach, przerażenie... To dość typowe dla Dagny, dla jej twórczości... Czasem człowiek lubi się poekscytować niepewnością przyszłości - patrzy w nią jak w horror na ekranie, nie bardzo wierząc w napotkane wizje... Jest gorąco i dreszczowo, ale jeszcze człowieka nie zatyka, jeszcze działa w jakiejś swobodzie i nadziei... Złe bóle, czarne sieci, w których grzęzną sny...

Sztorm w mój dom uderza

wyrywa z trzaskiem drzwi

i widzę - w progu stoi lęk -

szary, bezlitosny, zły...

Stoję bezbronna, gdzie mój miecz -

odrąbać straszną głowę precz!

Mściwy księżyc skrada się pod dom,

nocą uchyla drzwi

i cichcem wchodzi doń:

w mroku widzę wyciągniętą dłoń

długą, martwą - o, nie!

Nie uścisnę jej!

Gdy słońce na niebiosach krzyczy

w dzień i rzuca złocisty grosz

w mój dom,

otwierają się szeroko drzwi

i paszcza potwora patrzy na mnie w nich!

Tak to się lęk trzepotał w duszy Dagny. W uwodzicielce, w kusicielce, której przypadek zesłał mężczyzn, co o jej losie zdecydowali... Czego uniknęła? Jakie jeszcze mroki życie miało w zanadrzu?...

Złe słowa, myśli lekkie, nasze zbrodnie niekoniecznie karalne, przypadki, spełnione złe życzenia, sny...

*

Przypadek to rzadko coś innego niż samo życie... Ładne zdania o przypadkach wpadły mi kiedyś w oko:

"Przypadki istnieją po to, by mamić ludzi lub sprawiać im radość. Są niczym deszcz, który pada zarówno na niesprawiedliwych, jak i prawych. Mogą służyć dobru, mogą i złu. To one kształtują tak zwane ludzkie losy, w większym lub mniejszym stopniu. Kiełkują z niczego; niespodziewane, dziwne i niewyjaśnione."

                                                             Arnaldur Indriðason, "Hipotermia"

11:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 lutego 2017
Gísli Halldórsson

Skończyłby dziś 90 lat... Skończyłby, ale niestety aż tak długo nie dane mu było pożyć... Gísli Halldórsson, aktor i teatralny reżyser, którego zawsze tak miło wspominam. Jedna z najważniejszych twarzy islandzkiego kina lat dziewięćdziesiątych, tych lat, kiedy jeszcze kochałem kino i gdy jeszcze tyle było we mnie złudzeń i ekscytacji tym całym życiem...

Gísli zaczął karierę w początkach lat pięćdziesiątych - uczył się aktorskiego fachu pod okiem Lárusa Pálssona (1914 - 1968), znaczącej postaci w Leikfélag Reykjavíkur, której plany kariery aktorskiej w Kopenhadze pokrzyżowała wojna. (Lárus znalazł się w 1940 roku w przeszło dwustuosobowej grupie Islandczyków uwięzionych przez wojnę w kontynentalnej Europie, których w niezwykłych okolicznościach ewakuowano na stateczku "Esja" z fińskiego jeszcze wtedy Petsamo - niesamowita musiała być to przygoda - ucieczka na daleką północ, potem rejs wśród żywiołów - przez morze jesienne i wojnę;  ponoć na pokładzie ciasnym atmosfera była bardzo artystyczna...) Lárus dopłynął szczęśliwie do Reykjaviku, a po jakimś czasie zajął się dzisiejszym jubilatem...

Czasem na rozgłos czeka się długo. Gísli przez całe lata związany z teatralnymi deskami Reykjaviku, w świat kina wszedł dopiero w latach osiemdziesiątych, bo i wtedy tamtejsze kino zaczęło właściwie swój poważny żywot, szybko wspinając się na artystyczne wyżyny. Przełomem był rok 1991 i nominowany do Oscara obraz Friðrika Þóra Friðrikssona "Börn náttúrunnar" (Dzieci natury) i rola starego Þorgeira. Uroczy to był film, o którym tu kiedyś wspominałem (Ars moriendi)... Film o starości, o niezależności do końca, o powrocie do młodości, do tej pierwszej miłości, co okazała się być też i tą ostatnią, po grobową deskę... I tak po sześćdziesiątce Gíslego zauważył świat...

Jak myślę o tamtych latach i o tamtym kinie, to Gísli jest pierwszy... Zagrał jeszcze w kilku filmach, u Friðrika ("Djöflaeyjan" według przezabawnej prozy Einara Kárasona o tym, jak to do Islandii przybyła Ameryka; "Á köldum klaka" - o podróży "do miejsc, których nie ma na mapie"), a także u innych twórców (m. in.: "Sigla himinfley" - jak lubię, gdy śpiewa "Ég veit þú kemur í kvöld til mín"...) Ostatni raz pojawił się na ekranie w roku swej śmierci (1998), w obrazie "Dansinn" (reż. Aúgúst Guðmundsson) będącym ekranizacją opowiadania świetnego pisarza farerskiego Williama Heinesena...

Jedna z twarzy moich drogich lat dziewięćdziesiątych... Ludzka, prawdziwa, taka trochę farmerska i rybacka... Ze znikającego w coraz szybszym tempie świata... Było coś ujmującego i jednocześnie tajemniczego w tej postaci. Szczególnie w oczach, w których kryła się mądrość i znajomość wielu tajemniczych spraw, w jakie obfituje przecież kraina duchów i elfów...

Na ozdobę dzisiejszego wpisu będzie trochę muzyki ze słynnego obrazu "Dzieci natury"... Hilmar Örn Hilmarsson. "Suðurgata"... Taka ulica w Reykjaviku. Klimatyczna bardzo w swym odcinku przycmentarnym - droga między życiem a śmiercią - z jednej strony miasteczko umarłych, z drugiej miasteczko żywych: domeczki nad malowniczym stawem, z kościelną wieżą w tle...

Drogi Gísli - pamiętam...

11:24, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Karzeł

W czasach karłów coś o karle. O karle spod skandynawskiego pióra i...

Pär Lagerkvist wybrał scenerię w renesansowej Italii. Doskonałe miejsce i doskonały czas - piekielna pigułka, co pokazuje, w jakiej zadziwiającej symbiozie żyło sobie zło i piękno. Italskie dzieje tamtych czasów to przecież historia podstępów i gwałtów, skrytobójczych postępków i pojednawczej obłudy - to czas nieustannej wojny wszystkich ze wszystkimi, z jakże bujną, kwitnącą kulturą w tle.

Zatem karzełek italski, taki inny trochę, specjalny, nie żaden piskliwy żartowniś, żadna zabawka, tylko ponura samotnicza kreatura z poddasza, zło i nienawiść stłoczone w niewielkich rozmiarach, ale o ogromnych wpływach... Karzeł mieszka na dworze książęcym, gdzie roi się od ludzi. Głównie to postaci godne pogardy albo zgoła nienawiści i poczucia wstrętu... Karzeł jest sam - życie raczej go brzydzi - nie potrzebuje kobiet, nie musi się mnożyć, bo zwykli ludzie sami sobie dają radę w dostarczaniu światu karłów, wyręczają go - o swój ród może być spokojny... Tylko książę - nie do końca zrozumiały - zaciekawia. A miłość? - Kiedyś lubieżna księżna go o nią zapytała... - Pokochałbym tylko mężczyznę! - Mężczyznę? Kogo? Może Boccarossę? - Karzeł się aż zaczerwienił. Jego zła maleńkość właśnie wojowniczą męską potęgę miała na myśli, dla której liczyły się jedynie dochodowe uległości względem najdzikszych zachcianek wojowniczych tyranów.

Świat to bajoro, choć wykwitają zeń bajeczne kwiaty filozoficznych i artystycznych dążeń. Człowiek chce sięgać gwiazd, odkrywać tajemnice, zgłębiać zagadkowość człowieka - mistrz Bernardo jako żywo przypomina Leonarda... Musi minąć jednak trochę czasu, zanim wcześniej upokorzony artystycznymi upodobaniami uczonego gościa karzeł nabierze dlań szacunku i podziwu - stanie się to wtedy, gdy odkryje, jak myśliciel oddaje się projektowaniu najwymyślniejszych wojennych machin.

Ludzie głównie się bawią... Tylko ponury karzeł się nie bawi. On jest, jak przyczajona gdzieś burzowa chmura. Zabawa, zabawa - bezmyślne zajmowanie się - niczym. Dziwny sposób obcowania z rzeczami i sprawami "na niby". Nie bierze się ich takimi, jakimi są, poważnie, tylko "udaje się". Astrologowie igrają z gwiazdami, książę igra ze swymi budowlami, kościołami, scenami ukrzyżowania i dzwonnicami, Angelika bawi się lalkami - wszyscy bawią się, wszyscy udają. Tylko ja gardzę udawaniem - powiada o sobie karzeł. - Tylko ja jestem.

Karzeł jest, jest w świecie niedorzecznym. Tyle bzdurnych powikłań w ludzkich głowach. A wszystko przecież takie proste. Tak prosto złe. "Jakżeż wyglądałoby życie, gdyby nie było niedorzeczne. Niedorzeczność jest wszak samym fundamentem, na którym ono spoczywa. Na jakiejż innej podstawie można by je było zbudować, trwałej podstawie, która nigdy by się nie ugięła. Wielka idea może być podkopana inną wielką ideą, a potem nią rozsadzona, obalona. Ale niedorzeczność jest niedosięgalna, niezniszczalna, niezachwiana. To prawdziwy fundament i dlatego też ją wybrano za podstawę. Że też trzeba się tyle namedytować, żeby to zrozumieć. Ja to wiem sam z siebie. To mój żywioł - wiedzieć...

Co za radość, gdy przychodzi wojna... Małe zło jest w swym piekielnym niebie. Skacze w radosnej wściekłości, choć nie we wszystkim może uczestniczyć, bo brak mu przecież sprawności i wielkości... Może się jednak rzucić na jakąś bezbronność. Ale może też być użyteczny w grach podstępnych... Pokój, który nadszedł, był tylko obłudnym pojednaniem. W ruch poszła trucizna, którą i swoje sprawy załatwiał, z księżną i jej kochankiem...

Złe maleństwo puściło w ruch lawinę zła, w czym dopomogły mu okoliczności - kryzys, zaraza... Zło i nieszczęście w pełnej krasie, choć niezmiernie obrzydliwe - bo przecież życie jest obrzydliwe.

Ludzie mówią, że cierpienie to kara boża za wielkie ludzkie grzechy. Powiadają, że trzeba się ugiąć... I ja jestem skłonny uważać to za karę. Ale nie wiem, czy to ich Bóg tak ludzi chłoszcze. Równie dobrze może to być jakaś inna, bardziej ponura siła...

"Siedzę czasem na górze, w moim karlim okienku, i patrzę na miasto."

Ach - księżna, pośród ogólnej katastrofy, po śmierci kochanka, wpada w wyuzdaną religijność, w eksces rodem z chlewa... Obłąkanie wreszcie daje wyraz głęboki a zagadkowy, uduchowiony, dla artystycznego świątka, obrazka świętego. Obita, skatowana przez karła, stanie się czczoną świętą... Ponura to siła, co pcha naprzód dochodowy religijny interes...

"Kiedy ludzie wierzący mają wybierać między tym, co nie jest prawdą, a tym, co jest prawdą, wybierają zawsze to, co nie jest prawdą. Kłamstwo jest o wiele bardziej nastrojowe i osobliwsze niż prawda i dlatego je wolą."

Ot - zbawca, siła napędowa twórczego szaleństwa. Sam jeden, sobie wystarczający, czysta nienawiść, zły pokurcz, który żyje wyłącznie swym karlim życiem... Czasem pan wtrąca go do lochu, ale tylko po to, by znów go uwolnić...

"Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich duszy. Ogarnia ich strach, bo nie wiedzą, że mają w sobie inną istotę."

Karzeł wie, że suweren i tak odepnie mu z rąk kajdany... Jest spokojny i cierpliwy. Bo czas płynąć musi, a z jego nurtem zdążać musi nienawiść, co tworzy historię państw, społeczeństw...

***

Czasem mam wrażenie, że widuję takiego karła... Paskudne odbicie naszych wnętrz... Oto - do cholery - my... Suweren zszedł do lochu i zdjął kłódki? Ten, co wszystko wie, śmieje się zgniło małpią twarzą... Nędzny i zły - a jak zły, to świetnie wie, o co biega... Zatem czas karła? Będzie się coraz bardziej srożył, jeśli zanadto uwierzymy w los... Tam więcej losu, gdzie mało rozumu i aktywności. Skoro tło italskie się zjawiło, niech będzie i Machiavelli, co mówił, iż potęga losu ujawnia się tam, gdzie nie ma zorganizowanej siły oporu; tam kieruje on swe ataki, gdzie wie, że dla powstrzymania go nie zbudowano grobel ani tam. Szansę mają silni i zdecydowani - losowi ulegają bezwolnie słabi. Dotyczy to zarówno jednostek, ale też i całych grup ludzkich i państw. Pomyślny rozwój jest dla tych, co aktywnie troszczą się o swój byt i o swoją przyszłość... Trzeba więc pomyśleć, czy warto wypuszczać z podziemi i strychów naszą własną małpiarnię... Lekkomyślnie, krótkowzrocznie... Los to ponura siła...

***

Pär Lagerkvist

"Karzeł"

Itaka, Poznań 1993

14:19, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2017
Ze złego

Się wlecze - styczeń... Choć są sprawy, co pędzą, na łeb, na szyję, donikąd...

Czasem zniechęcenie bywa zabawne. Zdarzają się dni, kiedy nie chce mi się nic... Kiedy od rana niepokoje. Bo na przykład pies na mnie nie ujada. Bo jak wstaję, to zwykle ujada. Bo jak się nie drze, to znaczy, że mu coś dolega... Zasrana starość, co to nie radość... Lubię, żeby wszystko było w porządku... Coraz mniej bawią mnie zmiany, bo to i przecież w pewnym momencie wszystko musi się już zaczynać zmieniać na gorsze...

- Jezu, niech się ten dzień już skończy - jęknąłem raz siedząc na wyrku, w porannym rozczochraniu, całkiem jeszcze bieliźniany...

- Przecież ledwo zaczęło świtać, zlituj się, Miśku! - To rozradowany Franek w łóżkowych bebechach. - Ubaw od świtu. Aż zwariować można...

- Kto z Misiem wojuje, od Misia wariuje.

Zmiany, zmiany. Zawsze jakieś. A tu jeszcze na dodatek "dobra zmiana", co prze do przodu z posępną gwałtownością, i nawet z dyplomatyczną odwagą, nawiązując śmiałe relacje z nieistniejącymi krajami, sama na krawędzi rzeczywistości, cała w pojęciowych odwrotnościach - niby gada po naszemu, a zrozumieć jej nie sposób. W biegu donikąd, w nicość, ze wzdęciem godnościowym słabeusza, który absolutnie robi wszystko, by stać się w swej grotesce tworkiem niepotrzebnym... Aż nas w końcu pożre jakaś żaba zielona, i ani nie beknie, a choćby i jej się odbiło, nikt się tym nie przejmie.

Nie, oczywiście nic takiego nie musi nastąpić... Może to tylko taki poślizg? W każdym razie teraz trwają ochocze demolki, plucia i defekacje na ładnych do niedawna posadzkach. I co? Zatkało kakało? Radocha pyszna, jaką można mieć tylko w poczuciu bezkarności... Gówniarze, wszędzie... Gówinarze zmianowi, gówniarze w opozycji... Pisakownica - wiadereczka, łopateczki... Tylko - o rety! - kto to zrobił, kto to zrobił?? - kto Jarkowi dał sztychówę, co za grabarz jeden?? ---- Sztychówka - dobra rzecz - wbija się w grunt jak w masło, można dłubać pułapki albo i ciąć po łbach... Niebezpieczna rzecz w gówniarskiej piaskownicy, w rękach pulchnych purchaweczki, mamusisynusia na wieki wieków, co złego od dobrego nie odróżnia... Aaaaa! Jedno wielkie a, prefiksowe... Aaaaa - amoralność, anormalność, arozumność...

No tak - ale przecież złe zawsze górą... Tak patrzeć trzeba - to mniej kłopotliwe. Po co głowę łamać nad czymś, co nie takie znowu warte tych całych troskliwych pochyłów... Człowiek pochylony zawsze się bardziej wystawia na niebezpieczeństwo - jest bowiem w co kopać, z chichotem...

Dobre to taki negatywek, co się snuje, bruździ, psuje, przeszkadza... Człowiek, któremu dobre uczynki się zdarzają, to wie. Sumienie nawet może pogryźć, kara za takie wyskoki dobroci jest nieuchronna...

Złe to grunt. Cuchnący, wyziewny, ale i żyzny, skłonny dawać pożywkę i dobremu, i pięknemu... Jak to mówi Leverkühn do Serenusa: Świat materialny, ta wroga tobie niesamowitość struktury świata, jest niewątpliwie warunkiem moralności, która bez niego nie miałaby żadnego gruntu, i może właśnie dobro należy nazwać kwiatem zła - une fleur du mal...

Obrzydliwa materia często też, jeśli już się zdobyła na świadomość, kombinuje, jak by się tu zlać we wszystko napotkane, jak pierwsza lepsza woda jakaś...

Prawda, do której ciągle zbliża się wódz malutki z drabinki plastikowej... Oj, tam, na końcu - kto wie - może po prostu seria bolesnych zastrzyków... Więc jakiś lek! A dla nas, po drodze, może jakaś nauczka. Może jeszcze będzie dobrze i przepięknie. Człowiek by tak chciał...

Póki co... Co? Grubiańskie wypieranie się prawdy, pogarda dla rozumu, kuchenne mity, mylenie degeneracji z czasem minionym... Trucizny, rozanielone chamstwo, energia wywoływana zdziczałymi fantazjami, nieprzydatność parlamentarnej dyskusji... Bajki, obłędne fikcje, czcze wymysły, które mogą nie mieć absolutnie nic wspólnego z prawdą, rozsądkiem czy nauką, stają się twórczą siłą warunkującą życie i historię i tym samym okazują się dynamiczną rzeczywistością...

Prawda ma kłopoty, gdy napotyka przemoc. Niestety...

Powyższe wyrazy to naturalnie Mann z "Doktora Faustusa"... Wielkość i piękno, które w gruncie rzeczy jest wykwitem zła, co wykiełkowało z ziarna, które na swój właściwy czas czekało wytrwale... Ponieważ Tomasz Mann chciał być zawsze jak Goethe, musiał więc i napisać swojego Fausta. Już w epoce Buddenbrooków coś na ten temat szkicował, ale musiało się wiele wydarzyć, wiele zła, by ten kulturalny kwiat mógł zaistnieć... Czekało ziarenko na katastrofy małe, intymne, na drobne łotrostwa oraz na wielkie łotrostwo i wielką katastrofę z tego wielkiego łotrostwa wyrosłą... Małe zła, wielkie zła - problematyczna niemieckość z jej furiami, zwykłe ludzkie nieszczęścia, obłędy i własne, samotne cierpienie, cierpienie niedopieszczonego homoseksualisty, w półcieniu... Piekielny zestaw, w sam raz dobry na paliwo do pięknego, piekielnego dzieła...

Zło daje dziwne owoce - smaczne i niepokojące, w którym jest przecież opis, fascynujący opis tego, co w nas ciągle siedzi - opis potwora. Opis życia... Piękna historia, wspaniały bieg - niestety po okręgu...

Zło fascynuje... To wielka pozytywna siła. Pokazywał to świetnie też Lagerkvist dając do zrozumienia, że i najświętsze świętości i najurokliwsze kulty cudodajne mają cuchnące podłoże - takie jak gnój księżnej z "Karła", sponiewieranej na przegniłej słomie swego posłania, wyuzdanej także w swej pokutniczej religijności...

 Zło też ma siłę leczniczą - jak powiada Lagerkvist w "Kacie" - To wprost okropne, jak ludzie są chciwi wszystkiego, co ma z tym związek. Gdy nocą wracam do domu koło wzgórza z szubienicą, panuje tam taki zgiełk i tajemna krzątanina, aż serce zamiera człowiekowi w piersi ze strachu. To stamtąd, co każdy wie, aptekarze, zaklinacze i inni bezbożni czarownicy dostają swój towar, za który biedacy i uciśnieni muszą płacić drogimi pieniędzmi i ciężkim potem. Mówią, że leżą tam trupy odarte aż do nagich kości, tak że wcale nie poznać, iż kiedyś za życia to byli ludzie. Cóż, sam wiem tak dobrze jak i wy, że to ma siłę i nie można się bez tego obejść, gdy przyjdzie wielka bieda, sam to zresztą wypróbowałem na sobie i na mojej babie, ale mimo to mówię: tfu! Tfu, wstyd! Nie tylko wieprze i ptaki niebieskie żywią się padliną, my też to czynimy!

Jakże obfite w rozmaite dobrodziejstwa jest nasze życie, ile wynalazków, co swe źródło mają w wojowniczych straceństwach, ile też ciągle nadziei, że poprzez wściekłość, bijatykę, upokorzenia, religijny eksces można dotrzeć choćby do rajskiego przedsionka...

Ciągle jakiś taniec wokół wisielczego pagórka. Zło musi się dziać, żeby było dobrze...

Trochę to smutne... Choć tyle, że nie mam dzieci. Zawsze to mniej wstydu...

Co to my sobie szykujemy? Co to za samotniczy fuzel się robi, i to w samej strefie zgniotu?... Ciekawe - co dobrego po tym tańcu upiorów będzie? Jestem zaciekawiony, choć i zaniepokojony, bo byłoby przecież bezpieczniej, gdyby heca działa się w jakimś San Escobar... - Co tam oni sobie robią? - takie pytanie byłoby lepsze od tego, które ciągle sobie zadaję, tu, tu: - Co my sobie tu robimy?? Czemu tak, i teraz?? Słabeuszki lekkomyślne, wkrótce może w ogóle niepotrzebne?

14:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97