|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Odwiedzam
Strony
Strony - Islandia
|
piątek, 20 listopada 2009
Księżyc nad Kościeliskiem
Się nie wybieram na razie. Do Kościeliska. Ale chętnie bym się wybrał. Bo już się stęskniłem, mimo że byłem tam w czasie ostatniego weekendu. Tak myślałem o jakimś wpisie, ale się już nie wyrobię. Postanowiłem więc znów przywołać muzyczkę. Tym razem sięgnąłem po taką perełkę ze skarbnicy piosenki polskiej. Ci, co mają na swym koncie jakiś sensowny wiek, pewnie pamiętają dobrze... Łucja Prus i Wojciech Młynarski. "Księżyc nad Kościeliskiem". Muzyka - Włodzimierz Nahorny... Jak słyszę ten utwór, to mi się zawsze trochę zadumane pysio uśmiecha. Bo mam pewne wspomnienie z nim związane - wspomnienie wielosmakowe: trochę słodkie, trochę gorzkie... No - i co tam... Jedźcie do Kościeliska. I posłuchajcie:
wprostproporcjonalny
czwartek, 19 listopada 2009
Można się uśmiechnąć
A nawet trzeba. Tak zupełnie bez powodu. Patrzę na kalendarz. Nie chce być inaczej. Nadal jest listopad. W zasadzie normalna rzecz. Tak się od dość dawna dzieje, że po październiku przychodzi ten właśnie miesiąc. Mniej normalne jest natomiast to, że jakiś miesiąc przysiada na człowieku czapą i dusi jak złośliwa zmora. Wierzyć mi się dziś nie chce, że mogą istnieć ludzie mówiący w tej chwili: jak ten czas leci; już 19 listopada... Z tatą się wczoraj widziałem. Bo wypada do taty zajrzeć. Tak się uparłem. I szczęśliwie się złożyło, bo ojczulek był z lekka naprany, co czyniło go kontaktowym i pozytywnie usposobionym. Potruliśmy chwilę. Trochę się nawet pożaliłem. A prostlinijny tato udzielił mi rady: - A weź ich pierdol! Ja się ostatnio dowiaduję, że jestem dość śmiały. Śmiały jestem, bo się ośmielam. Od jakiegoś czasu pewna zupełnie naturalna rzecz kłuje po oczkach. Są jakieś burczenia, ponieważ ośmielam się dysponować czymś, co od lat jest moją prywatną własnością. Tym czymś jest kawałek ziemi, jaki kiedyś tam przekazał mi mój dziadek. Żebym miał i żebym sobie w przyszłości zrobił z tym, co zechcę. (Ależ on był jednak przwidujący - gdyby to trafiło w łapki mojej śp. mamy, nie pozostałby po tym nawet ślad! A tak przynajmniej mam jakąś skromną rekompensatę za poniesione straty moralne.) No i robię, staram się rzecz zagospodarować, odgrzebać z zaniedbania i mieć z tego jakąś korzyść, co jest czymś najnaturalniejszym w świecie. No i co - święta ziemia została sprofanowana! Aż żal patrzeć! Wszystko przepada! Inwazja pedałów! A Bóg widzi i nie grzmi! Miałem czelność wynająć kiedyś ekipę, by usunąć najświętsze zarośla. Miałem czelność oddzielić swoją część od nienaruszalnej całości ubzduranej w chorej głowie. Zmawiam się potajemnie z jakimiś ludźmi! Biada, biada - wszystko w pedalskich rękach! I co będzie dalej??? Podejrzewam, że byłoby najlepiej, gdybym wszystko podarował na kolanach rodzinie i grzecznie się odmeldował. Najlepiej w niebyt. Niczego nie umiem uszanować! :))) Do takich absurdów dochodzi. Taki się klimat wytworzył... Nic, tylko się uśmiać! *** A potem już były same przyjemnostki codziennego życia. Wróciłem od taty, by zaraz znów wyjść. Franek mnie na małe piwko wyciągnął. I było bardzo miło. Ucięliśmy sobie ze znajomkami arcyciekawą pogawędkę o intelektualnym utracjuszostwie. A potem nastał czas nocnej ciszy, podczas której zawsze staram się być czarujący.:)) I tak mijają dni. Tylko ten pieprzony listopad ciągle nie mija. Bardzo zagadkowa sprawa! Bardzo!
środa, 18 listopada 2009
Co człowiek ma w głowie, gdy myje okna
Na przykład myśl, żeby przez jedno z nich wyskoczyć. Zrobiłem sobie dziś taki luźniejszy dzień, żeby się trochę wyżyć w pracach domowych. Ponieważ ociepliło się, postanowiłem przetrzeć nieco okna, wyprać firanki... I tak mi zeszło do jedenastej. A teraz sobie troszkę dłubię, zainstalowałem nowy program antywirusowy i postanowiłem coś wklepać na blogu. Wylazłem na sypialniany parapet i spojrzałem w dół. "Ale bym napierdolił - pomyślałem - gdybym teraz skoczył". Jednak nie skoczyłem, bo wysokość, na jakiej ulokowane jest moje okno, należy do mało zachęcających. Są rozmaite wysokości, ale można je z grubsza podzielić na dwie grupy: pierwsza to ta, kiedy lecąc z niej najpierw robi się: Aaaaaaa!, a potem: DUP!! Natomiast druga gdy najpierw robi się DUP!!, a dopiero później: Aaaaa! Moja wysokość zalicza się do tej drugiej, bardziej kłopotliwej kategorii. :)) Nieee, nie jest tak znowu samobójczo. Jednak jest mi smutno. Ale mniej niż wczoraj, zdecydowanie. Już zaznaczyłem, że Misiowi się zebrało trochę różnych problemów. Za część sam jestem odpowiedzialny, do nikogo więc nie mam pretensji. Trzeba po prostu jakoś wszystko ponaprawiać, ponieść konsekwencje. Cóż - czasem się zdarzają człowiekowi różne wpadki, potknięcia i nie ma co biadolić nad rozlanym mlekiem, tylko brać się za sprzątanie. Są jednak i inne rzeczy, które mnie nieco wkurzają... Świat jest jednak dostatecznie mały, by się dowiedzieć, jak pewne osobniki z zapałem wielkim usiłują mnie ciągle umazać gównem... Głównie robią to niedobitki pozostałe z krewnych mojej matki. A szczególnie jej siostra, która od momentu śmierci mamy przechodzi jakąś potworną metamorfozę. Kiedyś bardzo się lubiliśmy, a w tej chwili, jak się zdążyłem zorientować, mam w niej, z zupełnie niezrozumiałych powodów, najzapieklejszego wroga. Kolportuje ten potwór jakieś zupełnie niestworzone rzeczy na mój temat i obrzuca mnie błotem.. Już głupio i dziwnie się zrobiło, kiedy jakiś czas po pogrzebie zaczęła załadowywać mi po brzegi skrzynkę mailową fotografiami swej zmarłej siostry... To było coś upiornego! I uznałem, że ta baba gotowa jest wpaść w obłęd... Stałem się jakimś złowrogim uosobieniem zła, co jednak przyjmuję na siebie jak kacze pióro wodę. Myślę o tych wszystkich niestworzonych rzeczach zazwyczaj wtedy, gdy spuszczam wodę w klozecie, bo to w końcu najlepsze miejsce na pozbycie się nieznośnego kału. Nie ma już najmniejszych szans, by moje relacje z rodziną kiedykolwiek się ociepliły. Odciąłem się siekierą od tego kręgu zła. Definitywnie. W maju jeszcze poniosłem ostatnie koszty związane z przynależnością do tej hołoty. I to już wszystko. Powiedziałem: Precz z moich oczu! Mam wrażenie, że życie nie może się obyć bez zła, po prostu nie może, zsyła więc istoty, które wystarczy, że istnieją i są w taki czy inny sposób inne, by podsycać nienawiść, zazdrość, wściekłość... Boję się tylko, że w którymś momencie zrobię się zarozumiały i zacznę głosić, że jeśli nastąpi koniec świata, będzie to wyłącznie moja zasługa i jeśli ktokolwiek postanowi poddawać to w wątpliwość, spotka się ze mną na sali sądowej!!! :)) No i jest jeszcze jedna smutna i groteskowa zarazem rzecz: nie moi wierzyciele mają wielką ochotę stać się moimi... W życiu nie byłem nikomu nic dłużny. Jak ognia unikałem zawsze jakichkolwiek finansowych zawikłań, a tu nagle od dłuższego czasu ktoś ciągle próbuje obmacywać mi kieszenie. Gówno i błoto usiłuje przykleić się do mojego przytulnego gniazdka. Nie ma jednak tego złego. Już ja się umiem pocieszyć... Mam szczęśliwie dość dużo zajęć. W tym jedno całkiem przyjemne, boleśnie jednak odkładane na bok od dłuższego czasu... Teraz jednak wyszukuję dogodne momenty, by dokładać po parę zdań do czegoś, co chciałbym w przyszłości przeczytać i co może też kiedyś przeczytają inni, jeśli ktoś zechce podjąć stosowne ryzyko... Rozkoszuję się swoją staroświeckością i malowniczą, uprzejmą banalnością... I zaskakuje mnie moja wielka życzliwość dla życia... Chlip, chlip - biedny Miś... Pomyśleć, że chodzą po świecie ludzie, którzy zieją z mojego powodu nienawiścią... Niech się nią udławią!! Jest jeszcze jedna, największa pociecha - mój chłopiec. Daję słowo, nie po raz pierwszy - bez niego, jeśli nie strzeliłbym sobie w łeb, siedziałbym dziś w jakimś surowym pomieszczeniu, gdzie albo ssałbym palec (kto wie czy nawet nie od nogi), albo walił konia wpatrując się bezrozuminie w sobie tylko wiadomy punkt na gołej ścianie, a na jedzenie, podawane być może przez rurkę, mówiłbym ptiaptia... :))
poniedziałek, 16 listopada 2009
Listopad jak był, tak jest
Nie chce być inaczej! Pod wieloma względami paskudny to miesiąc. Obfitujący w niespodzianki! Otwarłem dziś skrzynkę na listy i bardzo ciekawą korespondencję w niej odkryłem. Znów mi przed oczami stanęła mama - mama w wydaniu zwykłego oszusta, kłamcy, krętacza... Szlag mnie trafi! Chyba się jeszcze długo nie uwolnię od tej zmory. Sam diabeł ją na świat kiedyś przysłał! (Jestem przekonany, że mój dziadek a jej ojciec udusiłby ją gołymi rękami, gdyby zawczasu wiedział, co to za ziółko!) No, ale grunt, że się udał weekend w górach! Wreszcie z dala od problemów, choć na chwilę... Połaziliśmy solidnie! Szczególnie w uroczą sobotę. I zrobiliśmy sobie taką małą uroczystość lekko zakrapianą... Ach, zostałbym w górach chętnie na dłużej, by patrzeć, jak zima odwiedza jesień szykując się na przejęcie sterów. Patrzeć, łazić bez celu, dumać powolnie... Wszystko się zmienia, a góry trwają sobie niewzruszone. Nieodmiennie piękne i groźne. Raz w słonecznym blasku, raz w tajemniczej okrywie mgieł. Żal było odjeżdżać od przyrody. Od cichych zakątków... (Ech, ta niewzruszona przyroda! Wiedzie swoje życie, otwiera ślepe oczy kwiatów to znów strząsa kolorowe liście, sypie śniegiem, mrozi, roztapia - wieczne umieranie i odradzanie się, bez skarg, bez większych zawodzeń... Tylko w nas coś jęczy, tylko w nas tkwi najdzikszy strach...) A teraz znów się muszę denerwować! Chociaż Franek mówi, żebym dał na luz. Mnie jednak wkurzają wszelkie przejawy nękania mojej osoby. Mam dość kłopotów! Wrrr! Szczęśliwie mam jednak coś i na osłodę! WIELKIE DZIĘKI, MARZENKO!!! Wszystko brzmi pysznie, tak więc trzeba będzie zebrać się na odwagę i zaeksperymentować! :)) *** Coś może muzycznego jeszcze dorzucę. Tak żeby było przyjemniej. Niech znowu będzie coś islandzkiego. Piosenka z takiej trochę głupawej, ale z pewnością przyjemnej dla wszystkich miłośników islandzkiej stolicy komedyjki Óskara Jónassona Sódóma Reykjavík znanej także pod angielskim tytułem Remote Control. Björk & KK Band, Ó borg, mín borg. (Miasto, moje miasto): OfficialBjorkFanSite
czwartek, 12 listopada 2009
Że też dzieci muszą rosnąć
Mam prawdziwie wolny listopad! Tak wolny, że aż budzi się we mnie obawa, iż się ten pieprzony miesiąc nigdy nie skończy. Oszaleć można! A do tego jeszcze ta beznadziejna pogoda. Co tu dużo gadać - Misio ma trochę kłopotów, jest poirytowany i nic w ostatnich dniach nie pije. Kurde - do czego to dochodzi. Człowiek się martwi, że w pewnym wieku czas przyspiesza, a tu raptem wpada w taki zakamarek, gdzie się wydaje, że wszystko stoi w miejscu! Mam za to w tej ogólnej niepogodzie nową przyjemność - odkrywam mianowicie sen. Zawsze lubiłem czuwać lub wpadać w odrętwienia, ale zawsze z otwartymi oczami, jakbym się chciał wszystkim do granic nasycić, jakbym nie chciał za nic w świecie tracić czasu na głupią bezprzytomność trywialnego snu pod kołderką. A tu nagle zachciało mi się spać! Uwielbiam te momenty, gdy się słodko zapadam w senne otchłanie. Lubię ten stan pomiędzy i mógłbym go w nieskończoność wydłużać. A potem, po dobrym śnie, poleżeć sobie jeszcze w ciepełku, pognić rozkosznie. Franek jednak wie, co robi. On się musi wyspać. Nawet jak zarwie kawałek nocy nad robotą, później musi sobie to odespać. Zdarza mu się też, jeśli czas na to pozwala, ucinać sobie drzemkę poobiednią... Śpioszek to jest prawdziwy! I ja też się postanowiłem w śpioszka zamienić, choć nie w takim rozmiarze jak bym chciał, bo jednak obowiązki bezwzględnie domagają się mojej aktywności. Śpi mi się teraz dobrze. Nawet mi wędrujące kończyny ukochanego nie przeszkadzają. Śpię jak zwierzę. Nie pamiętam żadnych sennych marzeń i - co najważniejsze - nie nawiedzają mnie już żadne zjawy. Upiory zrezygnowały, bo nie zdołały mnie przestraszyć, a jedynie wzbudziły lekkie i nieco roztargnione zainteresowanie; cóż więc im po takim osobniku, co nie zamierza być ich ofiarą?? W nocy śpię dobrze, a za dnia się wściekam, robię różne grymasy wyrażające zwykłą niechęć... Moja mina jest nieprzychylna. I warczę jak pies. I w takim stanie czekam na grudzień, który powinien być przyjemniejszy. Cholera, jeszcze w dodatku w okolicy ciągle trwają jakieś budowalne prace, których odgłosy bardzo przeszkadzają. LUDZIE!!!!! PRZESTAŃCIE WY, DO K... NĘDZY, PRACOWAĆ!!! NIE MACIE NIC INNEGO DO ROBOTY???!!! :)) W szarościach ołowianych pochmurnego listopada myślę jednak i o przyjemnostkach. Postanowiłem wyczarować swojemu partnerowi lśniący drobiazg. (Ech, co to tam za czary w naszych czasach: idziesz, wybrzydzasz, płacisz, bierzesz, dziękujesz, do usług, polecamy się na przyszłość). Bo tak wypada. Najwyższy już czas. A wczoraj poświętowaliśmy błotniście. Jednak nie było przesadnego spania. Obudził się dawny Misio - wyskoczył z kundlami, zaparzył kawę i... trzask w rozkoszny, zaspany tyłek! Pobudka! Jemy i zbieramy się. - Co? Gdzie? W taką pogodę? - Trzeba się było jednak poruszać, pooddychać jakimś sensowniejszym powietrzem. Tak więc wywlokłem ociągającego się Franka za misto. Lał deszcz, mgły się kłębiły, połykając łapczywie trzy czwarte świata, a myśmy się plątali bez celu... A potem obiad i lekkie przepuszczanie powolnego czasu przez palce... I jeszcze późne popołudnie, które upłynęło mi na wizycie u koleżnaki... Wreszcie zobaczyłem jej dzidziusia!!!... Na szczęście nikt mi go nie wtykał. Patrzyłem tylko z daleka na nowego przybysza... Na mój gust malutkie dzieci są za delikatne. A poza tym często coś z nich wylatuje. Raz mnie takie stworzenie obrzygało! Słowo daję - ledwo mnie wtedy odratowano! Momentalnie osunąłem się na ziemię i straciłem oddech! Koleżanka cieszy się niesamowicie. Po wielu kłopotach udało jej się zostać szczęśliwą mamą. Bardzo to wszystko urocze. Tylko - rety - cała ta przyszłość, ocean odpowiedzialności. Jakże trzeba uważać przy takim rozwijającym się człowieczku, żeby go za bardzo nie uszkodzić. Po raz kolejny się zastanowiłem czy umiałbym być rodzicem i myślę sobie, że jednak wszyscy ci, których bym mógł wstrzelić swoją armatką w krok jakiejś damy, mają wielkie szczęście, że się jednak nie urodzili, tylko polecieli prosto w okno Pana B - że się tak wyrażę oględnie nie roztrząsając szczegółowo tematu: w co Misio ma zwyczaj strzelać rozrzutnie i wesoło... :)) Szczęście mają, bo nie wiem czy przypadkiem nie zorganizowałbym takiemu bądź innemu przybyszowi życia będącego odwrotnością tego, czego sam doświadczyłem. Byłbym chyba jakimś matkopodobnym ojcem przepełnionym lękliwą nadopiekuńczością. Pod moim okiem zrobiłby się może jakiś wymoczek strachliwy, ktoś nie przystosowany do życia. Bałbym się może wypuścić go w gnój świata, pragnąłbym, żeby czas się zatrzymał, by trwała przez wieki dziecięca radość i nieszkodliwa jeszcze, zabawna raczej, powaga... (I jak tu, cholera, wytłumaczyć na przykład dziecku: dlaczego pan zajebał króliczka i różne inne tego typu życiowe smaczki, jak w delikatny sposób dać do zrozumienia małemu człowiekowi, że życie to oszustwo paskudne... Czy byłbym dumnym kogucikiem pokazującym świat, zupełnie jakby był moim własnym wspaniałym dziełem, czy raczej paliłbym się ze wstydu??) Hm, mnie dzieci lubią, co mnie zaskakuje. Może podoba im się to, że traktuję je całkiem serio, że nie infantylizuję mowy... Swoją drogą - jaki to wielki komfort, kiedy człowiek nie musi się dziecku z niczego tłumaczyć... :)) U Virginii Woolf, która w pewien sposób jest mi bardzo bliska, znalazłem taki fragment, jakże odpowiadający moim własnym odczuciom. Doprawdy, obawy pani Ramsay oddają dokładnie to, co sam myślę... Pani Ramsay dotykając wargami włosów chłopca myślała, "że już nigdy nie będzie taki szczęśliwy jak teraz." "Dlaczego dzieci tak szybko rosną? Dlaczego muszą chodzić do szkoły?" Jej mąż złościł się, gdy słyszał takie uwagi, ale ona dobrze wiedziała, że jej dzieci nigdy nie będą tak szczęśliwe, jak teraz... Dziecięcy świat, w którym drobiazgi są wydarzeniem wielkiej wagi, świat pełen zaciekawienia, biegania z tupotem... Dzieci wiły w swych łóżeczkach gniazda, niby ptaki wśród wiśni i malin, i ciągle opowiadały sobie historyjki o różnych głupstwach - o tym, co słyszały i co znalazły w ogrodzie. Każde z nich posiadało swoje małe skarby. I co po tym wszystkim? Życie: miłość, ambicja, cierpienie w samotności wśród okropnych zaułków życia. A tych zaułków nigdzie nie brakowało. Nawet na malowniczej szkockiej wyspie Skye. Nawet tam znalazła się jakaś kobieta umierająca na raka. I nawet umiała powiedzieć dzieciom takiej kobiety: "Przetrzymacie to"... "Jesteśmy w ręku Pana" - myślała wiedząc jednak, że to irytujący fałsz wciskający się w prawdę. Jak tu nie drżeć o własne dzieci, gdy wie się, że świat nie ma sensu, że nie panuje na nim ład ani sprawiedliwość, lecz cierpienie, śmierć i ubóstwo. Jakżeby jakakolwiek boska istota mogła stworzyć taki świat? "Nie ma zdrady zbyt podłej, by świat nie potrafił jej popełnić, szczęście zaś jest nietrwałe..." A mąż ją ganił, bo choć miał ponure usposobienie i skłonnośc do rozpaczy, był szczęśliwszy i więcej na ogół żywił nadziei... Nie wiem - chyba tęskniłbym, mając małego brzdąca, do tego, by czas stał w miejscu, by nic się nie zmieniało... No tak, ale to tylko takie niezbyt wesołe wyobrażenia, co by było, gdyby... Nawet gdy w dzieciństwie było więcej smutku niż radości, człowiekowi udaje się jakoś tam złapać szczęście za skrawek jego szaty... No cóż - życie pędzi zgodnie ze swoim prawem. Przyroda nie lubi się zastanawiać. Ma zestaw swoich pożądań, i tyle... Szkoda tylko, że dzieci wszystko pamiętają. Że ze swoją pamięcią nie rozstają się nigdy... Nigdy nie zapomnę swojego rodzinnego domu, do którego zawsze szedłem jak potępiona dusza zmierzająca prosto do piekła. Zimnego piekła... Jedno z takich wspomnień... Podstawówka była blisko domu. Gdy z niej wychodziłem, od razu widziałem okna naszego przygaszonego domowego ogniska (Chryste - ani przez sekundę swojego życia nie widziałem pomiędzy moimi rodzicami nawet cienia czułości - nic, zero!!). Lekcje zazwyczaj kończyły się pod wieczór. Jesienią i zimą było już ciemno. Kiedy widziałem palące się światło w moim pokoju, wiedziałem już, że trwa w nim właśnie wściekła rewizja i że zostanę zmieszany z błotem i pobity. Zawsze się to sprawdzało. Moje prawa były skrajnie ograniczone, moją szczeniacką prywatność musiałem bardzo szczelnie otaczać zasiekami. Starałem się być niczym kamienna postać bez życia, byle tylko unikać drwin, upokorzeń... Wszystko co moje było śmieszne, a każda nawet drobna przewina mogła być ukarana w iście średniowieczny sposób... I nigdy się, cholera, nie skarżyłem. Milczałem jak grób i nie obnosiłem się z siniakami. Jakoś umiałem znajdować pociechę... Myślę, że moje dziecko nie musiałoby szukać jej samodzielnie, ale bałbym się, że mógłbym przesadzić w drugą stronę... Że poddałbym się nadmiernie uczuciom pani Ramsay... Przesada zawsze kaleczy... Dobrze jest, gdy dzieci rodzą się ludziom, których za bardzo nie poprzetrącano... Myślę, że ten nowy mały ma w tej całej śmiertelnej sytuacji szczęście... Urodził się fajnym, kochającym się ludziom. Oby zawsze się kochali. Bo dom bez miłości jest katastrofą. Zawsze to lepiej przeżyć życie nie tak pomimo dotkliwego dziecięcego nieszczęścia...
poniedziałek, 09 listopada 2009
David Bowie i Berlin
Nie ma co - jest do czego wracać. Rok 1989, co obfitował w zdarzenia. Raptownie oblicze świata zaczęło się zmieniać. To był moment wielkiego entuzjazmu, radości, strzelających szampanów, nadziei. Runęła kolejna kostka domina - ta najstraszniejsza, będąca najbardziej ponurym symbolem podziału - mur w Berlinie. Patrzyliśmy na to z lekkim niedowierzaniem. To co wydawało się niemożliwe, po prostu działo się na naszych oczach. Berlińczycy w euforii, w spienionych musujących winach, dziabiący w betonową ścianę czym popadnie. Minęło 20 lat. Euforyczne okrzyki dawno ucichły. Wielu przeżyło rozczarowanie. Bo przecież podział nadal istnieje, bo w zjednoczonym kraju nie udało się jeszcze zasypać całkiem przepaści, jaka istniała pomiędzy Wschodem i Zachodem. Ponoć trzeba jeszcze 50 lat by zniwelować wszystkie różnice... Ale tamtem moment był czymś niezwykle pięknym. Z prawdziwym dreszczem emocji w swoich gówniarskich czasach ja i moi przyjaciele chwytaliśmy te obrazy wielkiej historii. Żal nam tylko było, że nie byliśmy trochę starsi, bo nie mieliśmy okazji, by się wcześniej w coś zaangażować. Pozostało nam więc tylko gadanie w tym czasie naszego dojrzewania. Ach, ile było dyskusji, ile muzyki przepłynęło przez głośniki rozmaitych "gruźlików", kasprzaków i jak gardełka rozgrzewały te nasze pierwsze wódeczki... :) A ja jeszcze wypalałem swoje pierwsze wagony papierosów... Tamten mur dobrze pamiętam, bo pierwszy mój kontakt z Zachodem to był właśnie Berlin Zachodni. Odwiedziłem to dziwaczne miejsce kilka lat przed upadkiem tej wstrząsającej budowli wznoszonej od epoki Chruszczowa. Wtedy jeszcze wydawało się, że tak już zostanie na zawsze, a w każdym razie na bardzo długo - nikt nie przypuszczał, że to ostatnie lata jej "świetności"... Znak ludzkiego szaleństwa. Ściana, druty, zaminowane strefy, sprzęt do automatycznego ostrzału. Bzik ostateczny. Durnota fauny, która popadła w przesadę. Dla mnie tamten podzielony Berlin to był przede wszystkim Bowie, który dekadę wcześniej przyjechał do tego dziwnego, ożywionego i klaustrofobicznego miasta, przyjechał gnany ciągłą potrzebą zmiany. Berlin okazał się dlań doskonałym wyborem, miasto to bowiem stanowiło idealną scenerię do podróży w głąb siebie. A ludzie, których tam spotkał, wywarli wielki wpływ na jego twórczość. Berlin to "Low" i "Heroes" - płyty (obie nagrane w 1977 roku) będące efektem współpracy Bowiego i Briana Eno - jedne z najważniejszych krążków w historii muzyki. Tylko tam, tylko w takiej atmosferze mogły powstać te niezwykłe perełki. Ponieważ teraz wspomina się Berlin z jego potwornym murem, i ja się do tego dołączę. Z dźwiękową pocztówką. Piosenka "Heroes". O kochankach spotykających się pod tym inżynierskim wykwitem. Bowie nagrał ją w trzech językach: po angielsku, po francusku i po niemiecku. Tu zamieszczę jej niemiecką wersję. A zatem David Bowie krzyczący prosto z zamurowanego Berlina' 77...
niedziela, 08 listopada 2009
Niedziela i Louisa
Niedziela jak to niedziela... Ta akurat jest mglista i ciemna. I spokojna. Po niespokojnej sobocie. Wczoraj się ukulturalnialiśmy. Ja z trochę zaciśniętymi zębami, bo jakoś nie miałem szczególnego nastroju na takie sprawy... Zresztą - ja lubię wódkę, świńskie kotlety, bigos i kartoflankę, gdzie mnie tam więc do kultury... (Franek ma wprawdzie inne zdanie - ale cóż - Frankowe to prawo, że sobie coś myśli...) Same z tym zresztą kłopoty, bo to i ubrać się trzeba, i jakieś miny stroić, coś sobie inteligenckiego do ryja przykleić, przez co człowiek zaraz przestaje wyglądać jak amant, co jest bardzo zasmucające ;-(... A dziś ponurość spłynęła wielka i za bardzo nie chce się nosa wystawiać z domu. Mnie zresztą czeka jeszcze trochę roboty, do której podchodzę jak pies do jeża... I tak na rozgrzewkę sobie bloguję. Może mi się przy okazji obudzi głowa... I gdzie jest Misio? Na półmetku? A może już przed nim tylko końcówka? Czuję się podejrzanie dobrze, zatem... Moja babcia mówiła, że los jest szczególnie złośliwy dla cherlaków - żyją i żyją, żeby się jak najdłużej męczyć... Ja raczej cherlakiem nie jestem. Wszystko zdrowe, wzrok sokoli, zero nadwagi - więc pewnie szlag mnie trafi szybko i litościwie bezboleśnie...:) Ponoć ludzie w pewnym wieku zabierają się za jakieś podsumowania, głównie po to, by wpaść w depresję... Mnie to chyba nie grozi... Idę przed siebie i nie specjalnie się przejmuję sprawami zaniedbanymi... Jak coś przepadło, to widocznie tak być musiało. Człowiek absolutnie nie powinien się zadręczać i poddawać rozpaczy. Rozpacz to największy grzech! Jak patrzę wstecz, to odczuwam jedynie zdziwienie, bo w moim życiu nie ma płynności. Same jakieś tylko wertepy, wyrwy... Trochę popalonych mostów, trochę ucieczek, dziwnych ocaleń... Niezwykłe jest to, że w życiu nawet dość często problemy rozwiązują się same. Przyszłość wydaje się czarną dziurą, ciemnym tunelem, tymczasem raptem ktoś zapala światło i nasze strachy natychmiast bledną... Jestem zadowolony ze swojego popieprzonego życia. Takie mam podejście. Porównywalne warunki tworzą jednak rozmaitych ludzi. Jedni będą przez całe życie gromić z powagą wszystkich napotkanych złoczyńców, inni zaś w jakiś dziwny sposób nie gubią się za bardzo w powadze... Ja się po prostu nie umiem gniewać. Być może tajemnica tkwi w tym, że pozwalam sobie na przeżywanie wszystkiego aż do kości? Wydaje się, że wszystko trzeba w sobie dogłębnie przetrawić, by potem skutecznie wydalić z siebie jak najwięcej trucizny... Staję się chyba coraz bardziej wyrozumiały. Patrzę do tyłu i jednak mi się podoba! Życie urządziło mi niezłą jazdę po nastrojach. To wydaje mi się najważniejsze... Gdy mnie ktoś będzie teraz pytał, czemu zjawiłem się na Ziemi, skąd ten mój pobyt tutaj - odpowiem bez wahania: Dla klimatu, panie, dla klimatu tu jestem! :) A żeby notka nie była tylko takim czornym wpisem - dodam jeszcze obrazek. Dla klimatu... A zatem przechodzimy do części misyjnej :-) --- Coś ze sztuki islandzkiej. Trochę geometrycznego malarstwa. Garść cudnych kolorów:
Louisa Matthíasdóttir (1917 - 2000). Zachęcam do odwiedzenia strony poświęconej życiu i pracy tej islandzko - amerykańskiej artystki: http://louisamatthiasdottir.com/selected-works.html Miłej niedzieli! :))
czwartek, 05 listopada 2009
Z biegiem lat i z liści opadem
No tak - lat... Lata całe się zamykają. Jutro Misiowi stuknie... Nie, nie - nawet nie ma o czym mówić. Bo co - żarty jakieś?? Mojej przyjaciółce niedawno urodził się dzidziuś. Jak w ogóle można się urodzić w 2009 roku i być młodszym od Misia o niemal cztery dychy!!! Dejta matka krzestna spokój!! Świat nie widział! Jestem stary i ta świadomość garbi mi plecy i spojrzenie zmętnia. :)) No i piszę na blogu, który piętnastego kończy trzy latka. :)) Nie mam jakichś szczególnych refleksji z tym związanych. Trzy lata to mało, ale też ogromnie dużo. Mam wrażenie, że tamten moment miał miejsce wieki temu... W tym czasie dowiedziałem się, co to znaczy stracić na zawsze matkę i przekonałem się, że można jeszcze spotkać kogoś po przejściach i go pokochać. To całkiem sporo. Piszę na blogu z troszkę mniejszą częstotliwością, bo czasu mało. Listopad będzie kulawym miesiącem. Już jego początek był koślawy i brzydki - na moje własne życzenie, bo zmoczyłem dupę nie wywiązując się porządnie z pewnej terminowej rzeczy. Wszystko to z braku organizacyjnego zmysłu, lenistwa i nagłego napadu jakośtobędzizmu. - Aleś jest, kurwa, buc! - takie mniej więcej opisy mej osoby skromnej dobiegły mych uszu. I cóż powiedzieć - nie lubię takich sytuacji, bowiem nie zaliczam się do ludzi silących się na tłumaczenia, gdy nie mają nic na swoją obronę! - Tak, moja wina, niedbalstwo... Wszystko to prawda, bucem jestem wielkim i wstydzę się bardzo... W pierś się jednak tłukę i o wybaczenie proszę... - zawołałem... I jakoś się po kościach rozeszło. No bo cóż zrobić.? Każdemu się może zdarzyć wpadka. Kłopot jest, bo mam ochotę na sen zimowy... Tak mi przyszło na myśl we wtorek w pociągu, gdym do domu zmierzał, marząc o wannie i robieniu świństw. Odkręcić w cholerę głowę, wygasić w niej wszystko, żeby spać, tylko spać... Nie mam w ogóle nastroju na umysłowe wysiłki... Mam nastrój na sen i drobne pobudki, coby o chuć trochę zadbać i ptasie mleczko w czekoladzie skubnąć. Ach, nie po raz pierwszy przychodzi mi rzec, iż jestem osobą doskonale przygotowaną do absolutnego próżnowania. I z chęcią bym popróżnował... Już mi się nawet nowe tęsknice otwierają... Jakiś ciemnoniebieski dzień w Akureyri... Jakże tam się cudownie stoi w oknie i pali papierosy. :)) Kochana mieścina. Cudowne są miejsca, które zniechęcaja człowieka do roboty... Tylko, cholera, wsiąść w samolot, by się urwać... Jednak na razie się nie urwę... Kulawy miesiąc. W którym trzeba będzie nieco przyoszczędzić. Trochę beztroski mi się zdarzyło... Uszło sporo kasiory w tym roku... Ale nie jest tak najgorzej. I zawsze można zapuścić żurawia do drugiej sakiewki... Nie najgorzej, jednak trochę cienko... Ale nie tak, jak to bywało kiedyś... Były takie czasy, żem się już nawet zastanawiał, jak to jest nie mieć nawet na serek fromage?? Na szczęscie aż tak daleko nie zaszedłem. Ale groźba totalnego odpieniężenia była całkiem realna. Zachowuję w swym archiwum domowym z czułością moje zapiski z czasów zapaści finansowej. To było przerażenie z uśmiechem! A jeszcze nie tak dawno temu - choć jednocześnie dawno - zastanawiałem się nad pozbawieniem się wszelkich środków do życia... (Co jest najważniejsze? Oczywiście, że pieniądze. One potrafią wstrzymać człowieka. Bo jak nie ma już nic, to są przynajmniej one... Zawsze to jakaś pociecha...) Siedziałem po ciemku pod lodówką i jak nie chlipałem, to snułem złowrogie myśli... Że wszystko trzeba spieniężyć i zabawić się w gwałtowną dobroczynność... O, i jakże malowniczo było - myślałem bowiem, że sobie zostawię tylko trochę grosza na bilet w jedną stronę... Na Północ. Bo jak jest źle, to trzeba jechać na Północ. Im gorzej, tym dalej trzeba jechać. Ale mnie już nie chodziło o żadne namysły, jak, jeśli sobie dobrze przypominam, u Terje Stigena, tylko o flaków wyprucie... Nie udało mi się jednak, bo swoich interesów pilnowały psy. Były czujne. Coś było zastanawiającego w wyrazie ich mord. Nie wiem, co sobie myślały i co sobie nawzajem przekazywały, ale wyobraźnia podpowiada mi, że mogłoby to być coś w stylu: - Ty, Mały, coś nam się tu popierdoliło. Musimy go mieć na oku i być blisko, żeby o nas nie zapomniał. Bo chwila nieuwagi i mamy przesrane. Stado nie może się rozpaść!! Ocalałem. I nie stałem się rozpaczliwym darczyńcą. Wyrzucić wszystkie pieniądze, to spalić wszystkie pomosty i kładki, i uchwyty... Na szczęście (chyba) niczego takiego nie uczyniłem... Jak to się mówi? Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Ja zapaliłem diabłu znicz cały, wielki... Na groby wybrałem się jeszcze przed świętem, głównie po to, by nie spotkać się z nikim z rodziny... Naturalnie przede wszystkim odwiedziłem miejsce spoczynku mojej mamy. To jest ten diabeł. Tak wyszło. Dla wielu mama to symbol jakiegoś ciepełka, przytulnego domu, bezpieczeństwa - dla mnie natomiast słowo mama kojarzy się z chłodem, poczuciem zagrożenia, ze zniewagą. Ważność mamy jest w moim życiu szczególna, bo jest pierwszą na świecie osobą, do której straciłem zaufanie. Ale nie mam o to pretensji. Nasze nieczęste spotkania cmentarne zabarwione są ironiczną nutką... Mama w swoim oryginalnym grobie, oryginalnym na tle ogólnej cmentarnej szpetoty. Nie postawiłem jej wielkiego pomnika i nigdy tego nie zrobię. Miejsce jej pochówku oznacza masywny, surowy, czarny, złowrogi krzyż (ciekawe, że pod tak posępnym symbolem wyrosła religijność o charakterze prymitywnego optymizmu - bardzo to osobliwe) oraz niewielki kamień, który zazwyczaj niknie pod całymi stertami kwiatów znoszonych tam przez jej kochanka, tak więc najczęściej ponury krzyż wyrasta z kępy wielobarwnego kwiecia. Urok życia i jego skandaliczna ohyda. W jednym miejscu. Mama - mój kochany diabeł wcielony. Kiedyś rozpaczałem, bo nie mogłem dokonać cudu. Mam wrażenie, że przeoczyłem jedną rzecz. Mógłbym ją podnieść z łóżka, mogłoby jej przejść, choćby na moment. Wystarczyłoby, żebym powiedział jej: Wybaczam! Jestem pewien, że natychmiast odzyskałaby siły, choćby po to, żeby mi dać w mordę! Bo cóż ja mógłbym jej wybaczyć?! Ona przecież zawsze była doskonała. Bo tak to bywa, że człowiek robi źle przy całkowitym przeświadczeniu, że czyni to co najlepsze i najwłaściwsze. Nie wybaczam jej niczego. Ale nie posyłam jej też do piekła, bowiem to by była przesada. Na wypadek gdyby jednak człowiekowi groziły jakieś pośmiertne rozprawy, mam jedną radę, podyktowaną przez cudownego Oscara Wilde'a, mam radę dla niej i wszystkich innych umrzyków, która brzmi: Jak się rozlegnie dźwięk trąb Sądu Ostatecznego, po prostu udawajcie, że tego nie słyszycie! Niech się w dupę pocałują! I co jeszcze? Ano leci! Jutro znów czeka mnie ciężki dzień. Ale za to weekend zapowiada się przyjemnie. Wreszcie pobędę ze swym chłopcem od świtu do nocy! Oj, stary Miś. Jeszcze trochę, a młodość innych zacznie mnie poważnie wkurzać... Rety - a jak nam z Franiem przyjdzie dotrwać do staruszkowych lat? Będziemy się nawzajem drażnić klepiąc, kto pierwszy umrze? - Ja, na pewno ja! - Nie, zobaczysz, że ja wcześniej!:)) Hm, tak się zastanawiam - czy kiedykolwiek stanę się statecznym emerytem? Mam co do tego poważne wątpliwości. Jak każdy człowiek uwielbiający próżnowanie będę z pewnością wiecznie czymś zajęty. Tak to już jest na tym świecie... :))
sobota, 31 października 2009
Ars moriendi
Dobrze by było napisać coś ładnego pod obrazkiem. Ale to się z pewnością nie uda, bo nie umiem pisać ładnie. Czas się listopadowy zbliża, z wiadomym świętem u jego początków, więc może z tej okazji wystukam trochę chaotycznych zdań, urządzając malutką wycieczkę poprzez nierozwiązywalne zagadki, świat dawnych nordyckich bogów, jedną z ulic Reykjaviku (do której poszybuję sokołem), a także jeden piękny film, by dotrzeć wreszcie do muzyki. Taki jest ukuty naprędce plan... Z życia nie ma żadnych wyjść. Wchodzi się w nie, po to tylko, żeby dobiec do ściany i się o nią rozbić. Wiemy, że gdzieś tam ona jest i na nas czeka. Twardy, niezniszczalny mur, który od zawsze próbujemy jednak przebić, powodowani lękiem i nadzieją, że może jesteśmy wyjątkowymi istotami, którym nie jest pisana skończoność. Narzędzia mamy jednak wątłe. Słowa układają się w twory bez znaczenia. Wyobraźnia, nawet najdziksza, w swych największych nawet dziwactwach, nie przekracza tej najważniejszej granicy... Skąd - dokąd? I w ogóle z jakiego powodu? Czemuż to coś się zjawia i czemu istnieć przestaje i przez co istnieje? Gdzie tylko się człowiek obejrzy, widzi zawsze tylko horyzont. Gdy zamknie oczy, ogarnia go ciemność. Ciemność i głucha cisza, gdy zniknie panoszący się w głowie codzienny zgiełk myśli. Ani z dali, ani z głębi nic do nas nie przemawia. Wszystko zdaje się być zbiorem zjawisk zatopionym w tajemniczej, mrocznej ciszy. Cisza, z której przybywamy i ku której zmierzamy. W której się rozpuścimy. Dziwne NIC! Dziwne, ale może nie takie straszne? Patrząc wstecz, trudno dostrzec początek - niknie we mgle, z której wyłaniają się pierwsze wspomnienia, z czasów, gdy człowiek przestał być już oseskiem... Żaden dramat. Ani cienia pierwszego krzyku. Płynne przejście z mgły do słońca i gwiazd, dające nadzieję, że wniknięcie w nią z powrotem będzie równie łagodne. Nie odczuwa się życia jako czegoś, co ma początek. Nasi rodzice mogą z całą pewnością powiedzieć, że się zjawiliśmy o określonej porze, sami zaś możemy w myślach wędrować w najodleglejsze nawet "dawniej", "dawniej", które nas jeszcze nie obejmuje, tak jak wybiegamy myślą w przyszłość snując fantastyczne wizje, w tę nawet przyszłość, która już nas nie obejmie, nie myśląc o końcu, być może nawet słusznie przeczuwając, że nigdy nie będzie nam dane zauważyć, że oto życie się skończyło - to stwierdzi tylko lekarz i inni pozostający przy życiu, nas samych zaś nie ogarnie żal ukrytego obserwatora, wściekłego, że dalej nie może już uczestniczyć w rozkoszach życia. Co było przed i co będzie po? Wyobraźnia czerpie garściami z życia, nie ma mocy, by poza nie się przebić. (Fantazje o jakichś tam zaświatach, o towarzyskim wydarzeniu w postaci spotkania ze zmarłymi wcześniej czy z bóstwem niewiele się różnią od rozmyślań o spodziewanym przyjęciu połączonym z orgietką w pałacu u zaprzyjaźnionej księżnej czy gdziekolwiek indziej, u kogoś tam innego.). Pozostaje tylko poczucie, że NIC nie było takie straszne. Sto lat temu nie żyłem. Żadna potworność! Czemu więc miałbym sądzić, że oto czeka mnie coś złowrogiego? Tam, za horyzontem? NIC. O którym nie sposób cokolwiek rzec. NIC, do którego pisane nam powrócić? Wprawdzie zapadając w sen, nie obawiamy się niczego, nie zasypiamy ze strachem, choc nigdy nie mamy pewności, że się zbudzimy. A jednak świadomość, że kiedyś nadejdzie to ostanie zaśnięcie, wielu wprawia w drżenie. Bo żeby tak nie istnieć wcale? Tak bardzo przywykliśmy do ciał. A tu rapetem żadnego czucia, żadnych myśli, wrażeń? Idziemy zazwyczaj przez życie z poważną miną - tym rozczulającym grymasem dzieciństwa, pośród spraw doniosłych (że tylko pęknąć ze śmiechu) i wszystko raptem miałoby mieć tak żałosny finał? Wielu woli trzymać się wytworów ułomnej wyobraźni. Nieuleczalni egotyści, co dla swego nieustannego "ja i ja, moje i dla mnie" znajdują coś dla siebie w religii, tej wielkiej pocieszycielce, będącej jednocześnie - co trzeba ze smutkiem stwierdzić - doskonałym paliwem dla ognia, którego imieniem jest zło. (Tak to bywa z wiarą oferującą prywatną nieśmiertelność, że potrafi niebywale rozzuchwalić. Wiemy, co człowiek zdolny jest zrobić w imię wybzdurzonych nagród pośmiertnych i jak, na użytek własnej, potwornej natury, umie sobie zinterpretować teksty uznane za święte... Wszak religia, jak wszystko inne, jest narzędziem, z którego korzystają zarówno jasne jak i ciemne charaktery. Ona sama nie ma mocy zdolnej kogokolwiek naprawić, uczynić dobrym. Sama ludzka dobroć, wypływająca ze współczucia - jak zauważa Schopenhauer - jest faktem ludzkiej świadomości, jest jej istotnie właściwym i nie opiera się na żadnych przypuszczeniach, pojęciach, religiach, dogmatach, baśniach, wychowaniu czy wykształceniu - jest pierwotna i bezpośrednia, tkwi w naturze ludzkiej.) Co będzie potem? Nieobecność. Wśród pamiętających - używając słów Tischnera - żywa nieobecność. Poza tym kręgiem - po prostu nieobecność.(Tu śmierć nie ma zresztą żadnego znaczenia, bo dla tych, w których świadomości nigdy nas nie było, po prostu w ogóle nie istniejemy). Myślimy nader często o tej żywej nieobecności. Niektórzy może nawet wyłącznie są tym pochłonięci, jakby mieli pewność, że kiedyś, pełni próżności, będą patrzyli z góry na swe dzieła i dobrodziejstwa. Zwróceni całkiem ku ziemi. A póki co - przyszłość otoczona ubezpieczeniami, lokatami i coraz makabryczniejszą medycyną mającą odstraszać jak najskuteczniej to, co i tak nieuniknione... W takich okolicznościach naturalnie owo nieuniknione skazane jest na trochę taki nielegalny żywot, w ukryciu, a przez to ukrycie owo nieuniknione wydaje się tym bardziej straszliwe, ilekroć zdradzi czymś swoją obecność. Pewnie niestarannie dziś szykujemy się do tej najbardziej tajemniczej podróży. Zakrzykujemy w sobie potwora. Po co jednak zakrzykiwać tę wielką ciszę. Po co własnym strachem czynić ją przerażającą? Skończoność, żadne jakieś dalej, jednorazowość powoduje to, że życie nabiera smaku. Jego kruchość czyni je piękniejszym i drogocennym. Nie jest dla bydlaczych, niszczycielskich mrzonek, nie jest po to, by cokolwiek i kogokolwiek bezmyślnie niszczyć... Kruchość nie jest zachętą, by czyjekolwiek życie lekceważyć... Sztuka życia - sztuka umierania. Pomiędzy nimi można postawić znak równości. Skoro i tak wszystko biegnie w NIC, warto chyba życie przebyć pięknie. Pomimo zła, bólu... Być wiernym sobie, swoim pragnieniom, a nie tym podyktowanym, których spełnianie kiedyś może nam stanąć kością w gardle. Być uważniejszym. Częściej się zatrzymywać. Pozwalać ciszy na przyjacielskie wizyty. Śmiertelny ktoś z milczącym NICZYM w sobie i wokół siebie. Przejaw bezgranicznej wolności drogą przedziwnego kaprysu wbitej na czas jakiś w cielesne sidła, w pajęczynę rozmaitych pragnień, dla samej siebie odgrywającej zdumiewający spektakl - pokaz osobliwych fajerwerków, pośród przelotnych oczarowań i wzruszeń... Śmiertelny ktoś - obecny w świecie zawsze tak długo, jak to jest tylko możliwe... Wpis się rozrósł. Dalszą część umieszczę więc w drugiej notce. Coś jeszcze napiszę i dodam muzykę... Ars moriendi (ciąg dalszy)
Żyje się, póki można. A można coraz dłużej. Nie jestem jednak pewien, czy to takie znów wspaniałe... Zanim przejdę do muzyki, skupię się przez moment na filmie, z którego pochodzi. Na obrazie sprzed kilkunastu lat pod tytułem "Dzieci natury" (Börn náttúrunnar) w reżyserii Friðrika Þóra Friðrikssona. Film ten to opowieść o drodze, starości i miłości. Jego bohaterem jest Þorgeir (w tej roli nieżyjący już niestety, fenomenalny Gísli Halldórsson), który na starość musi porzucić życie na farmie. Rozstaje się ze swoim światem na odludziu, by zamieszkać w Reykjaviku - najpierw u rodziny, a potem w domu starców, tym smutnym miejscu, do którego wypycha się ludzi stanowiących niewygodną przeszkodę dla nowoczesnego, ruchliwego, rozpaczliwie młodego życia pragnącego, jeśli to tylko możliwe, unikać kłopotów, potrafiącego z łatwością wyciszać swoje sumienie przekonaniem, że przecież w domach spokojnej starości opieka jest taka fachowa. (Stary człowiek jawi się jako jakiś niepotrzebny mebel, jako ktoś, kogo wypada już trochę tak pochować. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, taka sytuacja, kiedy jest się ciągle jeszcze żywą, czującą i jako tako sprawną istotą, której życie jednak ktoś inny już domknął i odsunął na bezpieczną odległość.) W domu starców Þorgeir spotyka swoją dawną, szczenięcą miłość - Stellę (Sigríður Hagalín), która, niezadowolona ze swego położenia, toczy cichą walkę z personelem. Na przekór bezdusznej rzeczywistości postanawiają wreszcie na powrót złapać swoje życia we własne ręce. Przeczuwając nadchodzącą śmierć decydują się na ucieczkę do swojego świata. Chcą jeszcze raz nacieszyć się pięknem ich rodzinnych stron, pięknem Zachodnich Fiordów. Gasnące powoli dzieci natury kradną więc jeepa (czarodziejski to jeep, potrafiący nawet znikać!) i ruszają w drogę, do starego domu Stelli. Ruszają, bo dopóki żyją, jest jeszcze czas na przygodę, na piękno i miłość. Na miłość, która powróciła, bowiem ta pierwsza okazała się być też ostatnią... Wzruszający to obraz. O ludziach cicho broniących swej godności. Zadający jednocześnie ważne pytania: Na co długie życie, skoro człowiek zmuszony jest do tego, by porzucić wszystko, co jest mu drogie? I ile jest ono warte, gdy pogrąża się w sztuczności, rozprasza w zgiełku, tracąc kontakt z naturą? "Börn náttúrunnar" - wspaniały przykład magicznego realizmu... Z niego pochodzi poniższy utwór. Napisał go Hilmar Örn Hilmarsson - islandzki kompozytor, wybitny twórca muzyki filmowej, a także goði - bo Hilmar jest poganinem i stoi na czele Ásatrúarfélagið. (Nie będę się już tu rozpisywał na temat jego pogańskiej działalności - zainteresowanych zachęcę jedynie do lektury wywiadu z artystą na stronie: www.islandia.org.pl/artykuly/2006/hilmarsson.html . Powiem tylko, że najważniejszym bogiem dla pana Hilmara jest Óðinn, bo jakoś dobrze współbrzmi z jego własnym temperamentem i jego rzeczywistością... [Hm - a ja najbardziej lubię Lokego. Loki to fascynująca postać, której nie da się zaszufladkować. Ten właściwie nie bóg, tylko dziwny demon, stanowi zlepek sprzeczności: raz jest pożyteczny i wręcz niezastąpiony, innym razem wyłazi z niego szkodnik i potwarca; potrafi też zmieniać płeć - krył i był pokrywany - jest i ojcem, i matką; zmienia też postać: może być koniem, pająkiem, umie czmychnąć do strumienia łososiem, a także wzbić się nad ziemię sokołem. Jest bardzo związany z Islandią - jedna z mitycznych opowieści o Lokem wyjaśnia niepokojące zjawisko, jakim jest trzęsienie ziemi. No i ten sokół. Islandia słynęła niegdyś ze swych sokołów. Cenili je niezwykle duńscy monarchowie. Jeden z najstarszych budynków w Reykjaviku ma związek z królewskimi zamiłowaniami - to Fálkahúsið przy ulicy Portowej (Hafnarstræti) {dziś ta ulica jest nieco mniej portowa niż to było kiedyś, bo islandzka stolica wytargała morzu trochę powierzchni dla siebie i tym samym odsunęła ją od wody}, gdzie schwytane sokoły trzymano przed ich podróżą do Danii. Dziś już się szczęśliwie tego nie praktykuje - lotny fálki znajduje się pod ochroną, a we wspomnianym domu można coś przekąsić i wypić. To charakterystyczny budynek, z dachem ozdobionym właśnie sokołami oraz wizerunkiem długiej łodzi Wikingów...]) Ale zostawmy już Lokego i sokoły... Wróćmy jeszcze do życia i umierania... Człowiek się rodzi i jest już skazany. Gdy żyje, umiera z każdą chwilą, po odrobince. Ciągle przesuwa się do swego kresu... Pewnie łatwiej odchodzić, gdy człowiek może sobie powiedzieć: żyłem własnym życiem. Do końca! Pewnie trudniej odchodzić, gdy człowiek zauważa, iż nie zdążył pożyć własnym życiem. Czas nie ma znaczenia. Nie o długość tu idzie. Ani o to co zostało, a co nie zostało zrobione (ach, ta nieznośna choroba czynu!)... Najistotniejsze jest nie "co", tylko "jak"... Nie tak łatwo trzymać własne życie w rękach. Ważne jednak, by nie dać go sobie całkiem z nich wytrącić... Z pewnością nie wszystkie sny się spełnią. Istotne jednak, by mieć pewność, że owe sny są naszymi własnymi, a nie wyłącznie zbiorem cudzych życzeń i oczekiwań. Zawsze to lepiej, kiedy można sobie w czasie zwrotu pożyczki powiedzieć z czystym sercem: nie żałuję... A teraz już Hilmar Örn Hilmarsson i "Ars moriendi":
|