BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
counter
RSS
wtorek, 09 lutego 2010
21

Ingibjörg Elsa Björnsdóttir

No.21

Það var föstudagur og miðbærinn fullur af fólki

ég gekk eftir gangstéttini

til vinstri gatan - til hægri steingrár veggur

þá sá ég í veggnum andlit manns

kallandi á hjálp

ég leit í kringum mig

en enginn virtist taka eftir neinu

ég snéri mér við

og sá andlitið hverfa inn í vegginn

ég ætlaði að hlaupa

en stóð föst í stéttini

og eins og styttan af Jóni Sigurðssyni

horfði ég á andlitið hverfa og mást út

- í rigningunni

Być może w piątek takie przypomnienia bywają najbardziej poruszające... Gdy hałas, pęd ku tłumnej rozrywce, ku chwilom wolności... Przypomnienia o tych, co może chorzy są z samotności, niewolni pośród echa ulicznego gwaru obojętnych ludzi... Czasem ktoś nagle przenika na chwilę mur...  I patrzy bezradnie... Tak sobie pomyślałem...

Był piątek, centrum miasta pełne ludzi

szłam chodnikiem

po lewej stronie ulica - po prawej szary mur

w którym nagle ujrzałam ludzką twarz

wzywającą pomocy

rozejrzałam się wokół

ale nikt o nic nie dbał

odwróciłam się z powrotem

i spostrzegłam, że znika

chciałam biec

lecz stałam jak wryta

i podobnie jak pomnik Jona Sigurdssona

patrzyłam tylko jak niknie, jak rozmywa się

w deszczu

         przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

14:29, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 lutego 2010
Poniedziałek

 Poniedziałek pewnie z zasady powinien być zły... Ale ze mnie jest ludź, którego zasady się nie trzymają. Bo i czemu by się mnie miały trzymać i czemu ja miałbym się trzymać ich?

 Poniedziałek jest całkiem dobry... Mimo że musiałem wstać dziś wcześnie rano i nawet jechać autobusem miejskim z bardzo ważnymi papierami w koszulce foliowej w łapie... Jechać tam. A potem - tak się zwykle dzieje - z powrotem.

 Jestem sobie śniegiem i mrozem ucieszony. Jest mi nieprzyzwoicie dobrze. A jak jest dobrze, to w sumie nie ma o czym mówić.

 Myśleliśmy, że pojedziemy na narty... Ale wyszło inaczej. Bo jak cholera nam się nie chciało ruszać z miejsca. I zostaliśmy w mieście stwierdzając, że zimy przecież jeszcze sporo przed nami...

 W piątek wieczorem daliśmy się porwać znajomym do kina. Nie bardzo mi się chciało siedzieć w foteliku, i już mnie tyłek zaczął boleć. A poza tym oczywiście musiało mi się zachcieć sikać. Ja tak mam zawsze.

 A wczoraj widziałem się z żoną mojego kuzyna. Po raz pierwszy widziałem ją bez męża. I bez  wszystkich tych zakichanych ciotek i mamuś. I muszę powiedzieć, że brak złego otoczenia potrafi ludzi odmieniać. Bardzo przyjemnie mi się z nią rozmawiało... Nawet zostałem na powitanie ucałowany, co mi się nie bardzo podobało, bo nie lubię, kiedy ludzie się na mnie rzucają i usiłują przytykać mi do twarzy swoje gębowe otwory. Niektórzy jednak tak mają. Szczególnie panie i - takie przynajmniej jest moje spostrzeżenie - panowie kochający inaczej... Ja w każdym razie zazwyczaj na nikogo się nie rzucam, nie całuję po policzkach, a jedynie podaję rękę... Mam jednego chłopca do obcałowywania i obściskiwania... Ale generalnie żona mnie zaskoczyła. Była wylewna i trochę pożaliła się na swoją teściową i moją ciotkę, której coś się na łeb rzuciło... Mogę powiedzieć jedno, że jak mi ta baba kiedyś wejdzie w paradę, do dam jej po dziobie.

 Trochę się dziwię kuzynowi i jego żonie, że pozwolili sobie na to, by ich życie oblepił jakiś zupełnie niesłychany babiniec. We wszystko wpieprzają im się jakieś stare baby, a nadto ich życiowe poletko stało się miejscem głupawych zapasów ich wiekiem już chyba otumanionych mamuś. Ja nie wiem - ja bym takie towarzystwo wygnał w cholerę.

 Biedny kuzyn z tymi babami. Na dodatek jeszcze od czasu do czasu męczony migrenami. Współczuję mu. Sam nie wiem, czym są migreny, ale domyślam się, że jest to coś strasznego. Mój kuzyn musi się w takich ciężkich momentach izolować, a nawet kryć w zaciemnieniu, bo z trudem może znieść światło... Cieszy mnie doprawdy, że moje ciało jest tak mało dokuczliwe. Póki co jeszcze nie odczuwam większych dyskomfortów. Miewam niekiedy kłopoty z korzonkami, co jest, można powiedzieć, rodzinną przypadłością, ale tak poza tym czuję się doskonale. I nie ma dla mnie znaczenia pogoda, zmiany ciśnienia - zupełnie na takie sprawy nie reaguję.

 I czas sobie płynie. Poza tymi zdarzeniami nic się szczególnego nie przytrafiło. Pozaszywaliśmy się w swoich kątach - Franek z książką i ja też trochę z książką, ociupinkę z blogiem i troszeczkę też z muzyką. Nawet niewiele mówiliśmy. Bo też i nie zawsze trzeba gadać... Ale jakże to przyjemnie jest, gdy siedzisz sobie w swoim kącie i słyszysz: - Miśku, chcesz herbaty? Bo robię! - No, chcę!!... Bez tego byłoby mi bardzo smutno w życiu.

 Świetnie jest. Tak mógłbym żyć jeszcze i sto lat! W szczęściu i zdrowiu. Przede wszystkim w zdrowiu. Bo nikt mnie nie namówi na życie 100 lat dzięki medycynie - na takie atrakcje się nie piszę!!! Postęp w medycynie w ogóle mnie nie pasjonuje i nigdy nie chciałbym mieć żadnych powodów do sprawdzania na własnej skórze jego efektów.

 I żył długo i szczęśliwie... Bardzo chętnie! Bo żyłem już dostatecznie długo i nieszczęśliwie...

 Życie kosmicznej drobinki... Taki mi się wiersz Szymborskiej przypomina, z tomiku "Tutaj". O mikrokosmosie. O drobinkach, które tyle zajmują przestrzeni, że tylko przez litość nazywamy je miejscem. Przy nich jesteśmy olbrzymami. Nasz odcisk palca jest dla nich rozległym labiryntem. A nawet pyłek niesiony wiatrem to przy nich prawdziwy meteor. I szkiełko ich nie uciska, i umieją się pod nim dwoić i troić, całkiem na luzie... Ale my sami... Czym jesteśmy wobec miliardów przemasywnych słońc, wobec galaktyk? My, pod cieniutkim szkiełkiem życiodajnej atmosfery... Dwoimy się i troimy... Nasze szczęścia, nasze miejsca, nasze trwania... Równie drobne... :)

15:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 lutego 2010
Rolf Aamot

Barwy od artysty rodem z Bergen. Na zimową niedzielę...

www.rolfaamot.com

13:39, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 lutego 2010
Celna leworęczność 2 (Duży Książę)

 - Późne, wiejskie śniadanie! - mówi trochę rozmarzonym głosem lady Dunghill. - Prawda, że uroczo? - oddzywa się Książę. --- Lady Dunghill zasiada obok Jego Wysokości rozglądając się z zaciekawieniem po stole mieniącym się dziś od złota; to z myślą o jajeczkach złotopiórek, które wręcz, jak uważa Książę, domagają się takiej właśnie oprawy. Aubrey siada po drugiej stronie, vis-à-vis ogromnej lady, która właśnie pyta czy przypadkiem ktoś nie przesadził z tym złotem. - Moja droga - mówi Książę - ten przepych jest nieodzowny! - Skoro tak. Pospieszyłam się chyba jednak nazywając to śniadanie wiejskim, bo jednak wiejskość budzi raczej inne skojarzenia... --- Zjawia się Luka: - Są już moje dzieci drogie! - Bardzo opuszczone - zauważa z udaną pretensją lady. - O, nie muszę się o was martwić! Wszyscy moi goście to ludzie rozgarnięci, których nie trzeba niańczyć. - Całe szczęście, że jest tu Książę. Jestem pewna, że będzie mnie tu rozpieszczał. - A ja niestety cały czas w biegu. Zdarzył się wypadek! W starym młynie zawalił się dach! Dwie osoby ranne... - O tej porze? - wzdycha lady. - Takie rzeczy nie powinny dziać się przed południem - dodaje. - Też tak myślę. Ledwie weszli tam ludzie... Sam nie wiem, jak mogło do tego dojść. - Cóż oni tam robili? - Przed remontem trzeba zdemontować trochę urządzeń... Ale teraz... Do diabła, zdaje się, że okolica straci jeden zabytek... - Tak mi przykro. Mam tylko nadzieję, że poszkodowanym nie grozi już żadne niebezpieczeństwo. - Są już pod opieką lekarzy... Pozwolicie, że znów was zostawię. - Z nami wszystko w porządku, damy sobie radę - wtrąca się Książę. - Znakomicie - woła Luka i zaraz znika za kuchennymi drzwiami. W tej samej chwili zjawia się Emma radośnie witana przez lady Dunghill. - Moja kochana Emmo, dobrze że chociaż ty do nas zeszłaś! Jak miewa się pani Holm? - Poprosiła mnie, bym jej towarzyszyła. Zabiorę na górę jej nakrycie i zjemy razem. - To bardzo miło z twojej strony, moja droga. Tak się martwiłam, ale skoro pani Holm odzyskuje apetyt... - Bardzo zmęczyła ją podróż. - No tak, wstałyśmy jeszcze przed świtem. Pomyśleć, że była tak entuzjastycznie nastawiona do naszej przejażdżki... A zatem zostaję sama z tymi tu oto uroczymi mężczyznami. - Książę pozwoli... - Ależ tak, Emmo, zatroszcz się o zacną przyjaciółkę naszego miłego gościa. Postaram się, by lady nie dopadła nuda. - Cieszę się - odpowiada Emma i szybko znika razem z tacą. - Obawiam się, mój drogi, że nuda dopadłaby mnie w chwili, gdybyście to wy postanowili udać się na górę zamiast czarnej Emmy. - Częstuj się, moja złota! I ty, mój chłopcze... --- - Te jajeczka smakują wybornie! Prawda, młodzieńcze? - Tak, lady, są znakomite. - Cóż za zdumiewająca skromność bije z twoich oczu, młodzieńcze. Jestem pełna uznania dla pańskich umiejętności. - Zawsze bardzo się staram. - Nie wątpię... Pan studiuje na uniwersytecie, prawda? - Widzę, że twój wywiad nie próżnuje - zauważa Książę. - Usiłuję być zawsze dobrze przygotowana... Zamierza się pan poświęcić nauce? - W żadnym wypadku. - To znakomicie! Byłoby szkoda pańskiej urody. - Jestem podobnego zdania - mówi Aubrey. - On chce otworzyć tu pensjonat - informuje Książę. - Dobrze wiedzieć. Mam nadzieję, że zostanę zaproszona, gdy wszystko będzie już gotowe... - Naturalnie. - Bardzo mnie to cieszy. Cóż za przyjemność patrzeć na tego młodzieńca. To takie czarujące, że zamierza się pan przenieść na prowincję. - Zamierzam raczej powrócić. - Ach tak! - Tutaj się urodziłem. - Doprawdy... To tym bardziej godne uznania. W dzisiejszych czasach. - Będziesz trzymać jego stronę? - pyta Książę. - Bo ty naturalnie namawiasz go do pozostania w mieście... - Książę chce, żebym był szczęśliwy. - Według swoich wyobrażeń - domyśla się lady Dunghill. - On ma jednak swoje wyobrażenia. - Doskonale. Niech próbuje według swego uznania. Mam nadzieję, że jeśli odnajdziesz go szczęśliwego i spełnionego, sam będziesz szczęśliwy. Ciebie przecież zawsze cieszy cudze szczęście, drogi Książę. - Nigdy nie zamierzałem nikogo skrzywdzić. - Też tak myślę. - W przyszłości może być bardzo romantycznie... - Co masz na myśli, moja droga? - pyta Książę. - Pozwól mi się trochę w tajemnicy rozmarzyć. Mam takie sielankowe, grzeszne myśli... Nawet jeśli nie jestem ich bohaterką, sprawiają mi dużo przyjemności... - Nie sądzisz, że na dłuższą metę monotonia tutejszego życia... - Niech się o to nasz Aubrey nie martwi. To nie jest koniec świata. Wiedz, młodzieńcze, że masz we mnie przyjaciółkę. O pańskich talentach coś już słyszałam... - O moich talentach? - Tylko nie namawiaj go na tę jego poezję. - Tę jego poezję? Wcale nie miałam tego na myśli. Ale jeśli pan i poezją się zajmuje... - Tego się właśnie obawiam, że nadal się nią zajmuje... - Tak, Książę uważa, ża chcę zapuścić się na jakieś niebezpieczne wody... Ma na myśli, zdaje się, tego młodego człowieka, który bywał u Księżnej, by czytać swoje sonety... - To ten, którego wkrótce potem pochłonęła ta absurdalna wojna? - zastanawia się lady. - Tak... Howard uważał, że jego sztuka go zawiodła i stąd to szaleństwo... - oznajmił Aubrey. - Książę, widać, jest bardzo przewrażliwiony. - Czy to źle? - Obawiam się, że tak... - Przecież i tak będzie, jak sam zechce... - Skuszę się chyba na jeszcze jedno jajeczko - mówi lady. - Podaj i mnie - prosi Książę. - Ciekawe, że tutaj złotopiórki tak dobrze się chowają. Moja przyjaciółka założyła swego czasu ich hodowlę, i nic z tego nie wyszło. Tylko przez jeden sezon były normalne, a potem stały się raptem apatyczne i całkiem zrezygnowały z wychodzenia na podwórko... Wszystko na nic. Ptaki zupełnie zmarniały... Tu musi być jakiś szczególny klimat... Przez to te jajeczka są taką rzadkością... Boję się pomyśleć, jak długo Emma będzie musiała klęczeć po spożyciu tych drogocenności. - Ach, jesteś okropna... - Tak, jestem okropna i w dodoatku niemal jak lekarz domowy. - A to dlaczego? - Bo ilekroć się zjawiam, dzieją się tu nieprzyjemne rzeczy. Tak jak ten dzisiejszy wypadek w młynie. Kiedy słoń pozbawił życia Baldura, też tu byłam. Właśnie wchodziłam, gdy rozległ się okrzyk: SŁOŃ!! Myślałam, że był to rodzaj dość bezceremonialnego powitania, ale... - Wszystko się jakoś układa - mruczy posępnie Aubrey. - On znowu swoje... - Jakieś nieprzyjemne przeczucia? - Wręcz dotkliwie odczuwane sygnały. - Pana coś dziś pogryzło w łazience. - Słyszała pani o tym? - O tak, to w końcu takie niecodzienne, więc ludziom zaraz rozwiązują się języki. Czy mógłby pan opisać tego intruza? - Zabrzmi to idiotycznie, ale to był ten człowiek z portretu. Był cały umazany błotem, a we włosach miał zakrzepłą krew. I miał dziwne, pozieleniałe stopy. W coś się, myślę, chciał przemienić, ale gdy Książę i Luka wyważyli drzwi, upiór zniknął. - Nie wiem, dlaczego w ogóle się zamykałeś. - Czy to ważne? Odruchowo to zrobiłem. Zapewniam Waszą Wysokość, że gdy jestem trzeźwy, pewnych rzeczy nie robię przy drzwiach otwartych... - Baldur był późnym dzieckiem... - myśli głośno lady Dunghill. - Co to ma do rzeczy? - pyta zaciekawiony Książę. - Starzy ludzie nie powinni już chyba płodzić. Skoro ich dzieci po śmierci dokonują tak zdumiewających czynów... Że też miał zielone stopy. Jakieś to takie demoniczne... Pani Holm też wyglądała przerażająco. Bałam się, że jej uzębienie zacznie się niepokojąco zmieniać... Mam nadzieję, że Emma nie nawróci mi tej biedaczki... Jeśli tak się stanie, powrót do domu będzie jeszcze bardziej uciążliwy... - Myślisz, że Emma mogłaby być nadmiernie przekonująca? A pani Holm nadmiernie podatna? - Pani Holm jest trochę niezwykła, przejawia bowiem szczególne tęsknoty. Lubi mianowicie patrzeć na pejzaże... - Cóż w tym niezwykłego? - Ale czasem coś szepcze. Kiedyś myślałam, że ona może się do czegoś modli, ale raz jej wymowa stała się nazbyt wyraźna, czego być może nie chciała, i usłyszałam, że ona pragnie, aby wszystko nad nią zapanowało. - Jakaś tęsknota za unicestwieniem? - pyta Aubrey. - Kiedyś chyba usiłowała odebrać sobie życie. Gdy była młoda. Nie mam pojęcia, w jaki sposób... - Może chciałaby, aby ktoś ją wyręczył? - Nie wnikajmy może aż tak daleko. W gruncie rzeczy byłyby to dość bezpodstawne przypuszczenia. - Dlaczego? - dziwi się Aubrey i dodaje - w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i miewamy podobne tęsknoty. - Czy ty też takie miewasz, młodzieńcze? - Kiedyś każdego dnia budziłem się z podobnymi myślami. W pewnym momencie nawet wszystko rzeczywiście zaczynało nade mną panować... To dość podniecające. Kto wie, czy to nie powraca, w trochę innej formie... - Tak... - zamyśla się na moment lady Dunghill... - Teraz nad panią Holm panuje jej córka - brzydka i przemądrzała dziewczyna. Non stop krytykuje swoją matkę, że zmarnowała sobie życie... Tak mówi nie pamiętając, że kiedyś panowały inne mody... Nieznośna wynalazczyni pryszczata... - O, to ciekawe - mówi Książę. - Nie martw się, mój drogi, ona tylko żongluje skomplikowanym słownictwem i wydaje jej się, że coś wynajduje i odkrywa. Trudno ją zrozumieć, ale kiedyś jakiś uprzejmy młody człowiek przetłumaczył mi kilka jej kwestii i okazało się, że rozprawia o banałach, o jakich często dywagujemy malowniczo u mnie w miłym towarzystwie przy herbacie. Ludzkie problemy... Lepiej już, żeby ludzie uczyli się matematyki. - To możesz uścisnąć rękę Aubreyowi. On też uważa, że bzdura nie zasługuje na przesadnie wyszukane odzienie. A piękno na odzieranie z klejnotów...

cdn

16:12, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 lutego 2010
Celna leworęczność 1 (Duży Książę)

- Mój drogi Książę! - trąbi z całą mocą lady Dunghill na widok swojego ulubieńca. - Ach, to ty! Luka już się bał, że się nie pojawisz. - Luka jest taki cudowny... - woła rozweselona i w przerwie na oddech całuje Księcia w policzek. - Zawsze z niecierpliwością oczekuje swych gości, a gdy się zjawią, natychmiast gdzieś znika. - No tak, zawsze go gdzieś wzywają. - A ja tu siedzę sama, bo pani Horn, która lekkomyślnie zechciała mi towarzyszyć, zupełnie zaniemogła. Surowa Emma była na tyle uprzejma, że zajęła się biedaczką. - Coś poważnego? - Och, po prostu ciało pani Horn okazało się zupełnie niepoważne. Dostała choroby lokomocyjnej. Nawet nie wiesz, co przeżyłam, widząc ją na poboczu zmagającą się ze swoją niedorzeczną dolegliwością. Zrobiła się zupełnie zielona. - Pięknie wyglądasz. - Och, jak na kogoś, kto podróżował w tak pozieleniałym towarzystwie, rzeczywiście nieźle, o czym przed chwilą się przekonałam zerkając w lustro. Zupełny nadmiar!!! - O, nie przesadzaj. - Doskonale wiem, co szepczesz za moimi plecami, a mianowicie że jestem jak ogromna kolumna, ufryzowana i odziana tak, jakbym ciągle przebywała w okolicach nastrojów co najmniej burzliwych. - Zawsze byłaś przecież burzliwa. - No tak, głowy kobiet nie znają spokoju. - Jesteście takie czarujące. - Prawda? Wierzymy we wszystko, co nam mówicie. Nasze autoportrety pełne są waszych idealizacji. Nie możemy się od nich uwolnić... Czym byłybyśmy bez was?! - Nie śmiem nawet tego wyrażać. - Mój drogi, tylko dzięki wam ten świat nie jest szałasem z garkuchnią! Ale do rzeczy! Płonę z ciekawości! - Naturalnie wszystko wiesz... - Nawet nie zaproponujesz, żebym usiadła. - Pokój Baldura czeka na nas... --- Lady Dunghill sadowi się w fotelu, Książę zaś szpera w niewielkim barku. - Moja droga, czy napijesz się ze mną? - Naturalnie - ryczy z entuzjazmem. - Jakże cieszą cię drobiazgi. Pozwolisz, że cię obsłużę. - Będę zachwycona. --- Książę napełnia kieliszki jakimś kolorowym alkoholem. Piją przez chwilę w milczeniu. - Ach, jaki tu nastrój - wzdycha lady Dunghill. - Powiem ci, Książę, że jestem taka rozczarowana... Myślę sobie, że byłoby znakomicie, gdybym tutaj mogła organizować swoje dobroczynne plenerowe koncerty. To miejsce potrzebuje ożywienia... - Ale co cię tak rozczarowało?... -  Pałac Hoffbergów! Byłam tam ostatni raz! Pamiętasz zeszłoroczną imprezę? - Była znakomita. - Sami najprzedniejsi artyści! Najbardziej pękate kiesy! Feeria barw! I ta pogoda, i te jaskółki, i motyle... Święto! I co? Doczekałam się wdzięczności! Podsłuchałam, jak Wielka Pani z grymasem niezadowolenia paplała do jakiejś baby, że po takich nalotach jej trawniki potrzebują tygodni, by odżyć. Trawniki!!! Też coś! Boże drogi, jaki ten chłopiec był zniewalający! - zmienia raptem temat. - Baldur? - O tak. Moje przyjaciółki bardzo chciały zobaczyć miejsce, gdzie zginął. Całe wycieczki tu oprowadzałam! Były takie współczujące, choć i odrobinę zawiedzione. Okolica, w której pojawił się morderczy słoń wydała im się taka niespektakularna, nie licująca z grozą tamtego wydarzenia... - Co poradzić? Nasz kraj daleki jest od jakiejś szczególnej zjawiskowości... - O tak, potrafi być natomiast bardzo melancholijny. - Myślałem, że pojawisz się w towarzystwie męża. - No co ty? Wyszłam kiedyś za mąż, ale postanowiłam się z tym za bardzo nie obnosić. Zresztą Karol lubi chodzić ze mną tylko do opery, bo jest to jedyne miejsce, w którym bywam zmuszana do milczenia... Och, jestem przecież taka chaotyczna i niemądra. Poza tym te jego posiedzenia w parlamencie... - No coż, ale ważne, że ty jesteś. Nawet nie spodziewałem się, że tak się ucieszę na twój widok. - Zacznę się w tobie jeszcze bardziej kochać! - woła ostrzegawczo. - Wreszcie ktoś ze starego świata, do jakiego przywykłem, mimo wszystko. Mam wrażenie, że jestem tu już od roku! - Bogatszy o ciekawe doświadczenia. - O tak... - Księżna postanowiła nie ruszać się z sypialni. Uważam, że to zabawne. - Myślisz, że jej się należało? - Zawsze byłeś tak nieznośnie przyzwoity. Już mnie to zaczynało prawdziwie gniewać!! Mam nadzieję, że poznam tego młodzieńca? Pędziłam tu taka zniecierpliwiona, a ta okropna pani Horn tak potwornie wszystko utrudniała... - Ależ ty się rozkoszujesz tymi wszystkimi zdradami. - Z ogromną zazdrością, mój drogi... Och, teraz, kiedy nabieram takich chęci, okazje trafiają się tak rzadko. Ech, co ja mówię, nie ma ich wcale! - Biedna ty. - Oj, żebyś wiedział. Karol całe życie mnie zdradzał, co naturalnie mu wybaczam, bo jestem wystarczająco samokrytyczna. Mój Boże, tylko jak to znosi ta biedna Emma? Pod jej dachem takie rzeczy? Ta jej Biblia opowiada przecież takie okropności... Co się podziało z tą kobietą? Ten Bóg jest zupełnie niemożliwy! Stawia dziwaczne wymagania... Ostatnio ktoś wpadł na pomysł, by ozdobić jeden z moich herbacianych wieczorków pogadanką o przywódcy duchowym naszej czarnej Emmy. Same potworności!!! Ponoć, pośród swoich luksusów, okładał się paskiem od spodni i umartwiał się na jeszcze inne sposoby. Co za nieznośny człowiek i co za nieznośni ludzie, by doszukiwać się w zupełnie bezbarwnym życiorysie jakiegoś szczególnego cierpiętnictwa, wręcz wstrząsającego męczeństwa. On się przecież tylko potwornie zestarzał i umarł w niedołęstwie... Pamiętam, Książę, jak konał twój ojciec. To było przerażające. Wiem też, jak strasznie cierpią inni ludzie... Nic na to nie mogę poradzić. Gromadzę jedynie dla nich środki... Ale nie mam wyrzutów, że życie okazało się dla mnie łaskawe. Gdyby tak było, dla świętego spokoju zamieszkałabym w pieczarze. Ta Emma też, zdaje się, popada w przepraszające umartwienia. Nieprzyzwoite to... - Ponoć przestrzegała Aubreya... - Tak ma na imię? Jak pięknie!!! No, ale mów, co takiego powiedziała. - Że przeze mnie czeka go zguba! - Nonsens! On po prostu wykorzysta w inny sposób podarunek od losu. Czyż nie kupi sobie wolności? Tak jak ona kupiła sobie bezgraniczną swobodę dla swego kultu, kultu w wydaniu próżniaczym... - Kupić sobie wolność. Jakże to wspaniale brzmi! - Prawda? Można ją sobie kupić, pod jednym wszakże warunkiem - kiedy się dysponuje cudzymi pieniędzmi, których nie trzeba zwracać. - Oszałamisz mnie! - Tu się podobno dzieją dziwne rzeczy. - I dlatego raduję się tobą. Mam wrażenie, że od tego chłopca oddziela mnie pancerna szyba. - To jakiś wariat? - Celna uwaga. Coś koło tego. Nie wchodzę w jego sen. - Brzmi trochę zagadkowo. - Dobrze będzie, jeśli się oddali. - Luka mi mówił, że trzeba było wyważać drzwi do łazienki. - Tak, powodujemy tu trochę zniszczeń... Coś przyszło do niego pod prysznic i go pogryzło. - Książę! - Nie, rzeczywiście... Obok śladów po naszej nocy... - Został dodatkowo pogryziony? Nigdy nie mogłabym stąd wyemigrować. Natura sprawiła się cudownie czyniąc dla nas tak doniosłe wyjątki... - Nie przypuszczałem, że aż takie. Nie słyszałem, by zjawy potrafiły kąsać. - Tak, przy takich atrakcjach moje imprezy zyskałyby tu szczególną oprawę... Gdzie indziej pojawiają się bowiem przerażające problemy... Kiedyś bardzo mi się żalił nasz wspólny przyjaciel, właściciel zamku na Sowim Wzgórzu... Biedak ma dziś trudności z utrzymaniem architektonicznej pamiątki po swych przodkach i został zmuszony, by udostępnić ją turystom. Amerykańscy goście wypłoszyli mu nawet najbardziej zasiedziałe duchy!!! Nic, w nocy aż piszczy w uszach od ciszy. Nawet okolica sadzawki, w której obowiązkowo musiała utopić się przed laty jakaś dama o złamanym sercu, wieje dziś zimną, księżycową pustką... - Dlaczego akurat Amerykańscy goście to spowodowali? - Mój drogi, dziś wszyscy przybywają tu z Ameryki. Reprezentanci różnych jej odcieni... Wszystko w zależności od kraju, w którym na co dzień mieszkają. - Oj, moja droga... - Czy ten chłopiec dobrze się czuje? - Chcieliśmy wezwać lekarza, ale nie chciał o tym słyszeć. Obiecał, że jednak zasiądzie z nami do stołu... - A my tu tak sobie pijemy przedśniadannie. - Nic nie jadłaś? - Coś tam skubnęłam w kuchni. - Podobnie jak ja. Jeszcze ciemno było... Tutaj śniadania jada się późno... - Ach, zatem Emma... - Rzekła mu, by zaraz stąd odjechał. Taką mu dała przyjacielską radę. - Może jeszcze jakiś morałek? Że tylko pracą ludzie się bogacą? - A czy tak nie jest? - śmieje się Książę. - Jakoś nie bardzo poszło mi z wyrobieniem sobie na ten temat zdania. Żyję już tak długo, ale nigdy chyba nie przyłapałam żadnego człowieka przy pracy. I... I skłamałabym, jeśli bym przyznała, że bardzo tego żałuję... Oczywiście artyści, no tak... Aktorzy, śpiewacy... Ale przez szacunek nie mam sumienia ich cudownych zajęć nazywać tak drażniącym słowem... Nawet moi służący i kucharze są artystami... A ja od nich wszystkich jestem ruchliwsza... Mam tyle na głowie, mój drogi. Musimy doceniać fakt, że możemy mieć zajęcie, nie kradnącą bezlitośnie czas pracę... Mój Boże!!! - krzyczy wręcz na widok Aubreya, który właśnie wszedł do pokoju. - Oto właśnie Aubrey - mówi Książę. --- Młodzieniec wita się z gościem. Jest niebywale wytworny i szarmancki. - Przecież to bóstwo!!! Coś takiego!!! Nie wiem już, jak mam gratulować!! Takie szczęście, takie szczęście!!!!... --- Wszyscy przechodzą do jadalni. Lady Dunghill szepcze do książęcego ucha: - Na miejscu Księżnej poprosiłabym Emmę o jakąś celkę na pięterku... Czasem się zastanawiam, co wy, mężczyźni, takiego w nas widzicie? Nigdy nie byłam taka piękna, nigdy!!! A poza tym bywamy takie straszne... Jakże często nasze szczęście zależy od nieszczęścia innych... - Ciiiii, już nic więcej - szepcze Książę i dodaje - tam czekają na nas niezrównane jajeczka i nie chcę, byś całkiem starciła apetyt... - Masz rację, mój drogi...

cdn

17:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 03 lutego 2010
Arne Garborg

Powiadasz, że wszystko można mieć za pieniądze...

Czyżby wszystko?

Możesz kupić jedzenie, ale nie apetyt,

Możesz kupić krople, ale nie zdrowie,

Miękkie łóżka, lecz nie sen,

Wiedzę, lecz nie mądrość.

Tylko skorupkę wszystkiego możesz sobie kupić.

A wnętrze? Nie, ono nie jest za pieniądze.

                                          przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson*

*Ot tak sobie przełożyłem kilka słów Arne Garborga, które zacytował w noworocznej mowie Jego Wysokość król Harald V.

 Uzupełnienie. Dla Agnieszki. W oryginale, w języku nynorsk, jest tak:

For pengar kan ein få alt, heiter det.

Nei, ein kan ikkje det.

Ein kan kjøpa seg mat, men ikkje mathug,

Dropar, men ikkje helse,

Mjuke senger, men ikkje svevn,

Lærdom, men ikkje vit.

Skalet av alle ting kan ein få for pengar.

Men ikkje kjernen; den er ikkje for pengar.

16:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
wtorek, 02 lutego 2010
Zawracanie głowy (Duży Książę)

 Pora znów wrócić do Dużego Księcia, który, jak widać, zamieszkał na dobre na tym blogu... Czas płynie. Płynie, ale nie w jednym tempie... W opowiastce minęły może ze trzy dni, podczas gdy w rzeczywistości upłynął już rok, rok z ogromnym okładem... Ostatnio nawet rzuciłem okiem na poprzednie wpisy o Księciu, by przynajmniej trochę się zorientować, o co w tym chodzi... Niektóre rzeczy nawet mi się spodobały... Trochę się też dowiedziałem... Do tej pory na przykład nie przypuszczałem, że to Leo opowiedział Aubreyowi o tym, jak to Baldur z wściekłością wepchnął do drewnianego wychodka rozzuchwaloną i rozerotyzowaną Osę, wepchnął ją tam nie zadając sobie wcześniej trudu, by otworzyć drzwi... To wydarzenie naturalnie ostudziło na dobre miłosne zapały służącej u Luki Osy. Już więcej nie tknęła tajemniczego Baldura. Zwyciężyła w niej troska o własne zdrowie... A sam Leo... Podobnie potraktował natarczywego Aubreya... Cisnął nim o drewinaną podłogę, nie wydaje się jednak, aby w ten sposób zdołał ostudzić głowę zalotnika...

 A teraz do rzeczy. Do rzeczy, czyli do dalszego gadania od rzeczy... Zima przypomniała o sobie, lecz tylko na moment. Sypnęła jedynie garścią śniegu i dmuchnęła odrobinę zimnym powietrzem, jakby na pożegnanie, a potem oddała świat swej następczyni, która dokładnie spłukała deszczem z ziemi ostatni, miejmy nadzieję, zimowy nalot... Jest już poranek. Pochmurny i deszczowy. Pokój wypełnia przyjemne światło: łagodne, przesiane przez gęste sita firan, niedociekliwe... Książę pije kawę. Jest odziany w granatowy szlafrok. Siedzi naprzeciw łóżka, na którym smacznie śpi Aubrey. Siedzi i myśli sobie, że chyba nie ma na świecie pederasty, który nie rozpływałby się w zachwycie patrząc na śpiącego chłopca... "To zadziwiające, jak słodcy są śpiący mężczyźni. Nawet najpotworniejsze draby gdy śpią, zamieniają się w przeurocze stworzenia. Sen sprawia, że tak bardzo delikatnieją. Są jak dzieci... Gdyby mógł teraz przysiąść na nim jakiś motyl, jakiś barwny admirał albo choćby figlarny cytrynek, bądź bielinek muślinowy... Och nie, Księżna wygląda potwornie, kiedy śpi. W takiej chwili nie ma w niej żadnego uroku. Tylko pusta, głupia twarz. A reszta wygląda tak, jakby po niej coś przejechało, coś ciężkiego...  A potem, gdy się zbudzi... Lepiej nie oglądać jej przed śniadaniem... Jest jak żer dla opalizujących much... Potrzebuje co najmniej godziny, by stać się na powrót przyzwoitą człowieczycą... Kilkanaście osób czuwa, by powstała z rozdeptania, by nabrała sensownego kształtu... Lepiej czekać na nią przy stole pijąc czekoladę... Gdy schodzi na śniadanie jest już olśniewająca dzięki tym wszystkim podpórkom, na których opiera się całe to kobiece piękno. Dystyngowana, otynkowana, ufryzowana, pachnąca, oklejnocona... Bardzo interesuję się jej strojami i ozdobami. Chcę, by zawsze była zjawiskowa... Zachowuję się jak altannik, który zbiera błyskotki, by zaimponować samicy, z tą tylko różnicą, że ja wszystkie te błyskotki kipruję wprost na nią... Ludzie uważają, że Księżna ma piękne nogi... Kiedy najem się specjalnego miodku z Nasturcjowej Doliny, skłonny jestem przyznawać im rację, gdy jednak widzę nogi Aubreya... Tu nie są potrzebne żadne pobudzające miodki od szalonych pszczół." --- Aubrey się budzi. Patrzy na Księcia i uśmiecha się uroczo. - Książę już nie śpi? - Mam dobrą kawę. - Która godzina? - Zadajesz takie nierozsądne pytania. Tutaj zegary potrzebne są służbie. - Miałem jakiś dziwny sen. Ale już dokładnie nie pamiętam, co to było... - Tym lepiej. Po co psuć nastrój. --- Aubrey siada na krawędzi łóżka i pociera dłońmi zaspaną twarz. - Ten dzień jednak nie będzie zbyt lekki - mówi po chwili patrząc w podłogę ozdobioną okropieństwem w postaci skóry tygrysa. - Zaraz zjemy dobre śniadanie i z pewnością spojrzysz na wszystko z większym optymizmem. Bedą jajeczka na twardo ze specjalnych kurek złotopiórek. - Coś takiego - wzdycha Aubrey... Pomyśleć, że całkiem niedaleko stąd, tamtą oto drogą - wskazuje ręką na okno - chadzałem w bidnej kurteczce do zafajdanej szkółki i nawet nie wiedziałem, że ledwie metry dzielą mnie od świata kurek złotopiórek i mięska z wyjątkowych świnek znad Morza Timor. - Ach, widzisz, jakie to rzeczy się zdarzają na tym świecie... - Że się nawet filozofom nie śniło... Łancuszek zdarzeń i okoliczności... Howard tak bardzo cię kochał - oznajmia nagle Aubrey. - O, nie przypominaj mi tamtych czasów... - Tamtych czasów. Ledwie wczoraj to było. --- Aubrey wstaje i patrzy przez okno. - Znowu pada. - Tak... Ale załóż coś na siebie, niech to tak nie wisi. - Przeszkadza ci to? - Trochę... - Jakiś bieliźniany odchył? - Powiedzmy. - Mam tu wczorajsze majtki. Mogą być? - Naturalnie. Tylko wczorajsze... Muszę ci powiedzieć, że gdy miałem kilkanaście lat, potrafiłem nie zmieniać bielizny całymi tygodniami. Rozkoszowałem się swoim smrodem. - Doprawdy? - pyta Aubrey zakładając gatki. - Tak. Ty nigdy nie byłeś na bakier z higieną? Tak codziennie ubierałeś świeże majtki i skarpety? - Codziennie. Ale Petrus, kiedy był szczeniakiem, cuchnął jak diabli. Śmierdział siuśkami. I skarpetami. Straszny gnojek. - Chodź na kawę. Tutaj - zaprasza Książę pokazując na swoje kolana. --- Aubrey siada. - Ciężkawy jesteś, choć tego nie widać... - Sam Książę chciał, abym mu usiadł na kolanach - mówi Aubrey i upija łyk kawy z książęcej filiżanki. - Jak tu dobrze - dodaje. - Mnie też jest dobrze... Mógłbym tak siedzieć i siedzieć... Pamiętam, że mówiłeś coś o liczeniu na skałce... Tak siedzieć tylko i liczyć... To tak by skróciło czas, przy jednoczesnym poczuciu, że dni wloką się niemiłosiernie... Gdybyśmy tu znieruchomieli... Czy bylibyśmy w stanie dostrzec jakiekolwiek zmiany? Nic by nas przecież nie zaskakiwało. Czysta, niezakłócona płynność... Moglibyśmy tylko zażywać kąpieli, golić się i strzyc... Tak, przy zatrzymaniu człowiek powinien jednak zadbać o pewne szczegóły... Takie lekkie ustępstwo, aby postawić tamę naturze... To takie straszne - zostaw coś na pastwę losu, a z dnia na dzień będzie coraz gorzej... Włosy się rozrosną i zmienią w końcu w filc... A wokół nartastający bród, pajęcze przędze, butwiejące drewno, dziura w dachu, gnijące podłogi, drzewo na środku pokoju i dzikie kwiaty sięgające połowy okna, a na ścianach może i gliniane kieszonki jaskółek... Pracowite szczęki czasu niestrudzenie żujące i żujące, by wszystko przerobić z wolna na papkę, na nawóz... Patrząc bezustannie przyzwyczajasz się. Zmiany są drobne... Ciągle ten sam dzień, ta sama noc... Wszystko przez jednostajność... Siwizna starości... Lata to jedno, poczucie to drugie... Życie sprowadza się przecież jedynie do rozmaitych poczuć... Poczucie stulatka, że był jednak tylko jętką jednodniówką... Przeglądalibyśmy się tylko w naszych oczach... Bylibyśmy zawsze o jeden krok od śmierci, o jeden dzień i o jedną noc od niej oddaleni... - Bez bród i wąsów, ze sprzątaczką. - Starą zawsze i doskonale pogodzoną z losem... - Tu wszystkie miejscowe kobiety zawsze były pogodzone z losem. Sapały, dłubały w polu, rodziły nieprzytomnie dzieci i zawsze chciały żyć, do oporu... I Bogu dziękowały. - Myślisz, że Howard mnie kochał? - Przecież Książę nie chciał do tego wracać. - Ale jednak mnie to zaciekawiło. Mówił coś o mnie? - Myślę, że nie byłoby mnie, ani tych całych tabunów chłopców w jego wieży, gdyby tylko mógł z tobą... Zawsze tak pięknie mówił o Waszej Wysokości. To było prawdziwe uwielbienie. - Byłem doń bardzo przywiązany. Znał się jak mało kto na kwiatach. Brakuje mi naszych poranków... Bez niego dwór stał się taki pusty. Trudno tam wytrzymać... - Trzeba jednak się podnieść. - Chcesz iść do brata? - Tak, a poza tym chciałbym rozmówić się z Leo. - To ten ze stacji? - Szukam swojego szczęscia. - Wyrzucił cię. - I dobrze... Wcześniej rozstaliśmy się w innych nastrojach. Dających nadzieję... Coś sobie musiał przemyśleć i postąpił, jak postąpił. Widocznie tak wypadało. - Chce ci dokuczyć? - Może tak własnie jest. Skąd mam wiedzieć... Mieliśmy pójść nad strumień... --- Aubrey znów upija trochę kawy. Księciu zaś zbiera się na pieszczoty. - To tak na wszelki wypadek? - Co? - dziwi się Książę. - Skoro nawet Baldur mi powiedział, że wkrótce jeszcze się zobaczymy? Tak, to on mi się śnił... Zawsze o jeden krok od niej... A ja sobie tu planuję... Nie do końca jednak przekonany. Nie czuję na sobie ciężaru... Prawda...? - Nie wiem, o czym mówisz. - Życie to takie zawracanie głowy. - No tak. Można tak powiedzieć. - Kiedy wybierasz się w drogę powrotną? - To zależy... - Księżna się nie niecierpliwi? - Pragnie wyjaśnień. Ona ich pragnie. - Książę nigdy jej o nie nie prosił? - Może gdybyśmy mieli dzieci... Ale tak... Niech się w swej jałowości nie męczy ponad miarę... - Co ją trzyma? Pałac, tytuł? - Być może... Z pewnością o wiele więcej mogłaby osiągnąć będąc poza pałacem. Ma tyle zdolności, mówi wszystkimi możliwymi i całkiem niemożliwymi językami... Tylko biedna nie może stać się mężczyzną. Nie chciałaby nim się chyba stać, bo gdy kobieta zrównuje się z mężczyznami, jest całkowicie poddana ich władzy... Mogłaby nim być, gdyby zrezygnowała z pałacu. Wybiłaby wszystkie te tak zwane szklane sufity, jednak za straszliwą cenę, bo stałaby się pozbawionym powabu pajacem. Kto chciałby sypiać z mężczyzną z wiecznie paprzącą się raną w kroku, o którą ciągle trzeba się troszczyć, by nie cuchnęła na kilometr darami z królestwa Neptuna? Nie, tak jest jednak znacznie lepiej... Dzięki temu jest czarująca. Jest wściekle wspaniałą zdobyczą. Włada sercami i rozgryza je na kawałki... Ma tyle przyjemności, o czym się właśnie przekonuję... - Chyba na mnie pora. - Może pójdę z tobą? - Wykluczone. - Zrobilibyśmy Petrusowni niespodziankę. - Książę chyba za bardzo chce wchodzić w sprawy swoich poddanych. - Najwyraźniej mnie ponosi. Zatem zastygam tu w przystojnym majestacie i czekam na wieści. - A ja zasuwam pod prysznic... - Takie to przyjemne w dotyku. Nie da się tego z niczym porównać... - Ach, to... Tak, coś w tym jest... Owoc-dwupestkowiec o zupełnie czarodziejskiej mocy...

cdn

16:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
Blokker

 U Agnieszki na blogu http://artpoezjaproza.blox.pl  zawsze jest tyle wieści z amsterdamskich weekendowych wernisaży... Śledzę wszystko uważnie i często znajduję bardzo ciekawe zjawiska... Ostatnio wspomniała o wystawie prac Lotty Blokker - młodej (rocznik 1980), bardzo interesującej artystki rodem z Amsterdamu... Pomyślałem, że i ja zwrócę uwagę Czytelników na jej twórczość zachęcając do odwiedzenia jej strony:

www.lottablokker.com

Tagi: sztuka
13:29, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 stycznia 2010
Sister Midnight

A dziś trochę muzyki:

13:58, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2010
Jak mucha wymiotna czarownie zmylona

 Weekenduję się dziś solo. Moje kochanie bowiem pojechało odwiedzić swoją mamę. Stwierdziło, że może by jednak wypadało, bo już wieki u niej nie był... Nie ma zatem gór. I to może nawet lepiej, bo, zdaje się, teraz chyba jedne dzieciaki wracają z ferii, a inne się na nie udają, więc z pewnością z tego powodu na drogach jest bardziej tłoczno... A poza tym chyba bym tym razem nie pojeździł na nartach, bo mi coś, cholera, w plery wlazło. Taki jakiś jestem niegiętki... :)

 Wczoraj się snułem po południu po sklepach. Po to by skonstatować, że wokół jest tyle rzeczy, których zupełnie nie potrzebuję... Franek się ujawnił z bonami... - Popatrz Misiu, przed świętami nam sypnęli bony, a ja je wpieprzyłem do swojego biurka i całkiem o nich zapomniałem... I teraz sobie o nich przypomniał... To jest dopiero - dają pracusiowi kasę, a ten o niej po prostu zapomina... Stwierdziliśmy, że trzeba je po prostu przepuścić... - Mam ci coś za nie kupić? Franek podrapał się po głowie... - Ale co? Nie wiem. Ty sobie coś kup. - Ale co? Całkiem już się nam poprzewracało... Ale nic, stwierdziłem, że się przy okazji wybiorę po jakiś czajnik, bo stary się zepsuł... Poszedłem więc. Kupiłem czajnik, paczkę papieru do drukarki, a potem łaziłem bezsensownie... Biedny człowiek, któremu nic nie trza... Stwierdziłem, że najlepiej będzie, jak doładuję za te papierki barek... Bo akurat tutaj potrzeby zawsze istnieją... Wrąbałem jeszcze w wózek jakieś proszki do prania, trochę żarcia, dwa tiszerty... Podjechałem pod kasę... Patrzę, znajomek z ulicy... Daleki sąsiad. Przesłodka odrobinka mężczyzny. Niewysoki, szczupły, chłopaczkowaty... W garści ściskał dość intrygujące zakupy, na podstawie których można by było utkać jakąś ciekawą opowiastkę, ściskał gatki, pantofle, pastę do zębów i szczoteczkę... - Ty, co to za akcja się szykuje? - spytałem wskazując na wymienione przedmioty... - Powiedzmy, że zaczynam nowe życie - usłyszałem w odpowiedzi. - No to powodzenia! - Sam też sobie tego życzę. - Pomyśl jeszcze o skarpetach! - rzuciłem na pożegnanie...

 Ech - sytość taka... Gładka i pogodna. Sytość, bo i potrzeby niezbyt rozrosłe... I dzieci się nie rodzą, nie rosną... Całkiem niezła sytuacja... Ludzików na ścieżkach piękna...

 Jak to dawno temu napisał w swej "Metafizyce miłości płciowej" Schopenhauer: "Znacznie większa waga mózgu u człowieka tłumaczy, czemu ma on mniej instynktów niż zwierzęta i czemu nawet te nieliczne łatwo sprowadzić na manowce. Instynktowny zmysł piękna, który przesądza o wyborze przy zaspokojeniu płciowym, schodzi mianowicie na manowce wyradzając się w pederastię - całkiem tak, jak gdy mucha wymiotna, zamiast zgodnie z instynktem złożyć jaja w zepsutym mięsie, składa je w kielichu arum dracunculus, wprowadzona w błąd gnilnym zapachem tej rośliny".

 Tajemniczy podszept życia... Czujesz miłosny smrodek? Ależ poddaj mu się! Naturalnie mu się poddaj... Tylko wejdź na tę dziwną ścieżkę i popatrz, co ci oferuję... Będziesz zaspokojony mając jednak - czy to nie wspaniałe? - w ramionach nie płodną rozłożystość, nie mleczne krągłości, lecz samo najczystsze, najdoskonalsze piękno, to, w którym przecież, patrząc na samego siebie, jesteś tak bardzo zakochany...

 Schopenhauer i jego "Metafizyka miłości...", "prekursorski wobec całej późniejszej poważnie traktowanej erotyki" fragment jego dzieła, w którym nie zawahał się naruszyć tabu biorąc pod swoje pióro homoseksualizm... Musiał się nim zająć, po prostu dlatego, że był, od zawsze... Naturalnie bez paskudnego moralizowania, na które nie pozwalają sobie ludzie dążący do jakiejś prawdy... Po swojemu wziął to zjawisko na rozum, mimo że nie miał w sobie takiej skłonności i uważał ją za wysoce obrzydliwą. Przemyślał to sobie i w pewien sposób wygłosił mowę obrończą. Zastanawiała go pederastia, jej wszechobecność, jej znaczenie w wielu kulturach. Nazywał ją "występkiem" pleniącym się bujnie. Wspominał o Grekach, o Rzymianach... Pełno tego u starożytnych!! Ileż poezji o owym występku. Nawet cnotliwy Wergiliusz się nie ustrzegł. A we "Wspomnieniach" Ksenofonta Sokrates, przestrzegając przed niebezpieczeństwami miłości, mówi do tego stopnia wyłącznie o miłości do chłopców, iż można by pomyśleć, że nie ma w ogóle kobiet. I Arystoteles mówi o pederastii bez przygany jako o czymś zwykłym opowiadając i o Celtach, wśród których była w wielkim poważaniu, i o Kreteńczykach... A Cycero rzekł, iż u Greków wstyd przynosiło młodzieńcom, jeśli nie mieli kochanków... Wszędzie ta miłość! I jak na Azję spojrzymy, pełno tego od najdawniejszych czasów, jak owa Azja długa i szeroka...  No i Żydzi to znali, skoro Biblia uznaje ten "występek" za karalny... Ze wszech sił w chrześcijańskiej Europie zwalczana była owa miłość: pederastów mordowano, palono na stosie, deportowano, męczono na wszelkie sposoby. I nic... "Pędź widłami naturę: powraca wytrwale" cytuje Horacjusza Schopenhauer. Taka widać potrzeba owej Natury... Filozof stara się ją objaśnić... Sięga po słowa pradawnych mędrców... I tak mu się widzi, że czasem dzieje się coś, co nazywamy złem, po to tylko, by nie stało się zło jeszcze większe... Momentami jest to nieco pocieszne, ale dostatecznie głębokie, by docenić wysiłek tego filozofa w jego próbach pojęcia roli i sensowności opisywanego zjawiska, zjawiska, które go brzydziło... Wyszła mu na jaw ukryta dotąd prawda, "która przy swej niezwykłości rzuca nowe światło na samą istotę, ducha i na czynność przyrody." Nie chodziło mu o przestrogę moralną przed występkiem, lecz o zrozumienie istoty rzeczy. Kończąc swoje rozważania o pederastii napisał: "Skądinąd prawdziwą, ostateczną, głęboko metafizyczną podstawą zdrożnej pederastii jest to, że podczas gdy potwierdza się w niej wola życia, zagrodzone są zupełnie skutki takiej afirmacji, dzięki którym otwarta jest droga do zbawienia, czyli do odnowy życia." A całkiem już na koniec dodaje: "(...)wykładając te paradoksalne myśli chchiałem też wyrządzić niewielkie dobrodziejstwo profesorom filozofii, bardzo teraz wyprowadzonym z równowagi przez coraz szerszą znajomość mojej, tak starannie przez nich przemilczanej filozofii, daję im bowiem sposobność do pomówienia, że wziąłem w obronę i zalecam pederastię."

 Tak to w malinach słodkich przebywam, pięknem i pysznymi aromatami wiedziony. Żywy radośnie i życia wciąż chcący.

 Że ktoś powie, że to brzydko? Tomasz Mann odpowiedział na taki zarzut następująco: z kobietami też nie wygląda to zbyt pięknie... Wiedział, co mówił, bo w końcu budował swój gmach, potężny gmach życia ze swoją wyrozumiałą Katią, ten, który najszczerzej pomyślane słowa "Kocham cię" zachował dla zawsze żyjącego w jego sercu chłopca... Prawdziwie bohaterska była jego Katia, która się poświęciła, która była organizatorką życia trudnego Czarodzieja, artysty... Życie z artystą nie jest łatwe. Bo artyści to ludzie wbrew pozorom potworni, wszystko podporządkowujący swej sztuce... Nawet widząc nieszczęścia najbliższych bez wahania zastanawiają się, jak je wykorzystać... To silne i odporne duchy... Wszystko może im się przydać...

 Wszytstko może przydać się artyście... Nawet cudza choroba... Pamiętam jak cudowny Jerzy Panek, figura minionego już Krakowa, opowiadał, jak to go raz zaczepił Tadeusz Kantor: - Przyszedłbyś do mnie do teatru, pograłbyś, przyjdź! - Panek zaczął się wykręcać: - Nie no, gdzie ja do teatru... Co ty? Wiesz przecież, że mam padaczkę. Przyjdę, zacznie mną rzucać, i co wtedy? - Kantor już się zapalił, już mu coś w artystycznej głowie zaświtało i zawołał z entuzjazmem: - Świetnie, świetnie!!!!

16:36, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48