BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 09 sierpnia 2016
Kości i siewki

 I w tych czołganiach życiowych sierpień. Podjesienny już, wkrótce z delikatnie melancholijną pełnią... Czas płynie, i tak płynąc w końcu ogryzie nas do kości... Płynie czas - aż po tę ostateczną nagość, mało powabną, choć dla niektórych stanowiącą pewną pokusę... Gołe kosteczki naszych drogich zmarłych, cenne bywają, sentymentalnie i politycznie cenne - wszystko jakby wyrastające z lichej, niemal zanikającej wiary w ducha, gdy się pomyśli o tych wszystkich harcach wokół kościanych golizn... Ta - bo jak już duch nawet jest, to jakoś tak zawsze, w przekonaniach żywych jeszcze lichotek, przy kościotrupie... Tam mój duch, gdzie kości moje, zdają się jęczeć upiory w tej lub owej wyobraźni... A mądry Schopenhauer nauczał, że dbałość o szczątki ma tyle samo sensu co troska o ekskrementy... No bo resztki nasze nieapetyczne, nawozowej natury... I większość z nas niczym innym nie jest. Historia ze zjadaczem chleba obchodzi się brutalnie - skazuje na zapomnienie, choć na kamieniach krzyczą napisy - tu leży taki misio, tam inny... A se leż - kogo to obchodzi!... Ale ten "nawóz" też ma swoją rolę... Za chwilę o tym...

 Plask, plask - klawiatura, jej dźwięk, pisarska muzyka... Jeszcze trochę słyszę... Czas mnie z pewnych rzeczy odziera... Prawie straciłem słuch w lewym uchu... Muszę się bacznie, baczniej niż kiedykolwiek, światu przysłuchiwać... Ale - ostatecznie kości. Głuche... Mam już mały wstęp do grobowych cichości...

 Kości, kości... Zabawna historyjka, którą przytacza w "Niewiedzy" Milan Kundera (jaka miła wspólnota myśli o powrotach i tęsknotach [!])... Podobna trochę do hecy z Witkacym. Miał być Witkacy, a przywieziono, jak się okazało, kości jakiejś kobieciny... Pompa, dygnitarze, pogrzebowe zadumy - ale materia się coś opierała, bo z nagłośnienia pogrzebowego raptem gruchnęła muzyka dyskotekowa, przywracająca wiarę w ducha, bardziej niż słowa zacnego księdza profesora - ot, duszy witkacowskiej jajcarskość... Aaaa! Durnie!!

 Kundera napisał o islandzkiej przygodzie kościanej... Równie śmieszna rzecz... Wielcy poeci romantyczni małych narodów... Lönnort w Finlandii, Wergeland w Norwegii, Mickiewicz w Polsce... A w Islandii Jonas Hallgrimsson... Wolnościowiec. No - właściwie to poza Islandią, bo sporo czasu poeta spędził w Danii, w Kopenhadze, spod której wpływów starał się swój nędzny kraj wyzwolić... "Wszyscy wielcy poeci romantyczni - pisze Kundera - poza tym, że byli wielkimi patriotami, ostro pili. Pewnego dnia Hallgrimsson, pijany w sztok, spadł ze schodów, złamał sobie nogę; wdała się gangrena, umarł i został pochowany na cmentarzu w Kopenhadze. Było to w roku 1845. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat później, w 1944, proklamowano Republikę Islandzką. Od tej chwili wypadki przyspieszyły bieg. W roku 1946 dusza poety nawiedziła we śnie bogatego islandzkiego przemysłowca i powierzyła mu swe troski: Od stu lat mój szkielet spoczywa za granicą, we wrogim kraju. Czy nie przyszła chwila, by powrócił do wolnej Itaki?" Przemysłowiec, poruszony i schlebiony taką wizytą, po kości wyruszył... Można iść po kości do rzeźnika - on - jak się okazało, na cmentarz poszedł, by kości podnieść z ziemi... rzeźnika... Wrogiego duńskiego rzeźnika... Szaleńczy bieg wypadków, którego nikt nie potrafił powstrzymać! Patriotyczne westchnienie zmieniło się w jęk zawodu, bo w dole roiło się od kości, a jak odróżnić te drogie, od tych niekoniecznie drogich i umiłowanych (na jawie jakoś duch się nie kwapił do odwiedzin, a wypadałoby może doradzić coś zagubionym żywym, chyba że sam Jonas już się pogubił)... Poetę pochowali jak dziada, w bezimiennej mogile. A sto lat potem zniecierpliwili się duńscy urzędnicy - chce pan jakieś kości, czy nie?... Zawracanie głowy... Tak więc byle rzeźnik powędrował na Islandię, tę Islandię, która pewnie wywoływała w nim lęk i obrzydzenie... Przemysłowiec kościotrupa chciał zawieźć do pięknej doliny, w której poeta się urodził, ale władze ponurą zdobycz przejęły dla siebie, bo w "niewymownie pięknym krajobrazie Thingvellir (świętym miejscu, w którym tysiąc lat temu pierwszy islandzki parlament zbierał się pod gołym niebem) ministrowie nowej republiki stworzyli cmentarz dla wielkich ludzi ojczyzny..." Porwali poetę i pochowali w tym panteonie, w którym znajdował się wówczas tylko jeden grób innego wielkiego - a jakże - poety, Einara Benediktssona.

 Poetyckie to kości, a może nie?... Lepiej może nie gadać. Jednak w roku 1948 niedyskretny Halldór Laxness wyjawił ponuro - groteskową tajemnicę. "Co robić? Milczeć. Szkielet Hallgrimssona spoczywa więc nadal w kraju wroga, dwa tysiące kilometrów od swej Itaki, podczas gdy ciało duńskiego rzeźnika, który choć nie był poetą, był patriotą także, znajduje się na wygnaniu na lodowatej wyspie"...

 "Prawda, choć utrzymywana w sekrecie, spowodowała, że nie pochowano już nikogo więcej na pięknym cmentarzu w Thingvellir, który skrywa tylko dwie trumny i ze wszystkich panteonów świata, tych groteskowych muzeów pychy, jest jedynym, który może nas wzruszać".

 Emocje wiele mogą decydować... I ludzie nawet z przesadą dbają o resztki, choć przecież i bez nich nieobecność może być jak najbardziej żywa... Maluczcy z ich kwaterkami, z pomnikami zapomnienia... A ponad nimi gwiazdy, prawdziwe nieśmiertelności... Cóż tam kości poety, gdy jest poezja, gdy słowa ciągle mogą brzmieć... Czasem ktoś odkryje melodię, więc jest i śpiewka, dla nowych i nowych gardeł... Maluczkość to wszystko niesie. Jest jak taki pas transmisyjny... W poezjach i prozach zawsze jest coś, w czym są ci przeszli - bezimienni dziś, a też i coś, co pozwala mówić zmarłym o tym, co tu i teraz... Ciągle ta sama przyroda, te same ptaki odlatują i wracają... Lata, lata... Co tam kości brzydkie, milczące... Ważne, że duchowi pozwalamy latać, razem z siewkami... Jeden z uroczych symboli Islandii - sieweczki złote, z pisklątkami wśród jagodowych krzaczków, niestrudzone, ofiarne i prześliczne... Cała przyjemność i radość lata, co już tak przez wieki ma i swój wyraz w poezji, co możemy powtarzać, podawać dalej, dalej, żeby się cieszyć i cieszyć... I tak ktoś dodał melodię, puścił samograja, zaśpiewał... Siewki i ludzie się uwijają... Nie mija piękno, zawsze gdzieś wrażliwa dusza... Jónas Hallgrímsson może zapodział gdzieś swoje kości, ale nie swojego ducha, bo ten się posplatał z upartym życiem, co się śmierci nie daje... Jeszcze lato. Niech będą siewki... I Jonasa Hallgrimssona "Heiðlóarkvæði"...

sobota, 30 lipca 2016
Beatlesi z Oslo

I jeszcze może syn młynarza, ze swą poezją i miłością...

Raz, dwa ,trzy - żeby jakoś złapać rozpęd w tym straszliwym słowowstręcie, który mnie tak jakoś boleśnie ogarnął... Ale przy tej chwili wolnego, z brzęczącymi kosiarkami w tle... Bzzz... Ja mam tu o Beatlesach?

Ci z Oslo, z księgi Christensena, to nie grajki - to raczej marzyciele, w życiu, które niesie tyle rozmaitych rozczarowań, i wyzwań, i radości, i cierpień...

Pachną jabłka. W Oslo. I jest jeszcze mnóstwo innych zapachów, leśnych, cielesnych, letnich, jesiennych... Jest młodość. Głupawy a szalony czas, kiedy tyle jednak spraw się decyduje... Są szarości z odpałami, żeby było ciekawiej... O jeden stopień wcześniej... na którym stali ci, co się rozkochiwali w Beatlesach... (Chociaż ja też pamiętam, w licealnych latach, chwilę Beatlemanii - nagła ochota na słuchanie ramot, pod koniec lat osiemdziesiątych, krótkotrwała - dla mnie nie było to zbyt ciekawe - raczej było to wszystko muzyczną wodzianką - ale wszystkie tytuły wymienione przez Christensena coś mi mówią, więc przygrywkę miałem prosto ze swego niewspomaganego mózgu [uu - wielkie słowo, doprawdy!!]...

Oslo kochane - dla mnie tym bardziej, bo za nic nie kojarzące się z życiowymi zabrudzeniami - dla mnie tylko przygoda, nieróbstwo, natura i sztuka... Chociaż i cienie cierpienia, zawleczonego, przywleczonego... Oslo - jak mała planeta, na której jednak wszystko - różnorodne - kraje i kontynenty--- to już naturalnie późniejsze lata, osiemdziesiąte, z tamtejszej muzyki, z deLillos - coś na pogodny spacer pijacki, poranny :))... Miasto to miasto - musi mieć swe kontrasty - nad Oslofjordem niby w bliskości - ale co tam geograficzne miary... Jakże daleki jest kraj jubilerskiego połysku Bygdøy od roztrzęsionych pociągami nor ze Schweigaards gate, dwa kroki za przyzwoitą przeciętnością w charakterze litościwej zasłonki... Druga połowa lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych w klasycznej już powieści Larsa Saabye Christensena. Zmieniał się świat, zmieniała muzyka. Życie gdzieś tam się paliło - Wietnam, Czechosłowacja. Wrzało też i na małej planetce - rozpolitykowanie, komunizmy kusicielskie, rozróby, policyjne łapanki, a jeszcze zwykłe chuligaństwo i homofobiczne nożownictwo... (Biedny Jørgen z poderżniętymi klejnotami)... Uroki mieszają się z brutalnością - śliczność chłopięcej przyjaźni - przyroda, łapanie ryb, sport... Potem imprezy, używki, stąpania nad przepaścią, seks... (Wzruszający Ola - ładnie ozdabiający powieściowe życie swoją jąkaniną - jąkał się, aż wreszcie sobie zaciupciał i przestał się jąkać - jąkanie jednak wróciło, gdy dociupciał się potomka i musiał się ożenić w dalekim Trondheim...) Smaki przyjaźni, towarzystwa, ale i też samotności... Siłą rzeczy człowiek wraca do własnej młodości - do dawnych przyjaźni, obiecanych nierozłączności, no i też do tej drogi, co się jednak rozwidlić musiała... Wszystko inaczej - choć świat pachnie podobnie, jest równie piękny, i stare przeboje brzmią tak samo, utrwalone na płytach... Świat nieodmiennie wrze, ale człowiek mały się starzeje i tyle w nim bolesnej ciszy...

Moje drogie Oslo mogłoby człeka skłonić i do krzyku... Coś ono w sobie ma... Pisałem kiedyś, że się tam można posmucić... Munchowe to przecież klimaty, Munchowy to przecież fiord, Munchowe tam zaklęte strachy i rozpacze... Kimowi zebrało się na krzyk... Był jeszcze dostatecznie młody, by zwariować, albo by choć znaleźć się na skraju wariactwa...

Ja już chyba jestem za stary na wariactwo. Nie wiem czy się z tego cieszyć... I na słowa wielkie małą mam ochotę... Jestem na tyle stary, by już cieszyć się pięknem, i tylko nim, bez przesadnych żarów... Czy "Beatlesi" wpędzają mnie w jakiś tęsknoty? Chyba już nie... Młodości łatwiej tęsknić, bo mało jeszcze ma w swej przeszłości. Ledwie się co skończy, a już jakieś tęskne dreszcze... Ale potem. Tyle tego wszystkiego... Jeśli już, to tylko jakieś sprawy bez imienia... No i może wieczność... Albo to właśnie jest to bezimienne - to znaczy właśnie imienne... By już po prostu był koniec!?

Te oslowiańskie wspominki... We własne wspominki mnie wpędzają... W nieodległy czas, w magii tego miejsca... Ledwie garść lat wstecz - odbudowywałem się po katastrofie - byłem tam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, z tabliczką czekolady. Po latach po raz pierwszy poczułem lekkość...Jak tu nie tęsknić za wiecznością, za niezmiennością lekkich stanów?... No tak - jeśli zatęskniłem do siebie z przeszłości, to do tego faceta pałaszującego czekoladę, na wreszcie osiągniętym luzie... Jak pamiętam, naturalnie dławiła mnie przeszłość, ówczesne tęsknoty i żale... Ale - jak, cholera, mało jest lekkich chwil! Jak mało... Chyba właśnie tam, wtedy, w tym konkretnym życiowym momencie, najintensywniej rozpływałem się w urokach życia, ze łzami w oczach, z zaciśniętym gardłem... No tak - ale co tam tęsknota - dla takich czekoladowych uniesień znów musiałbym przeżywać katastrofy, a ja na nową katastrofę sił już nie mam. Kolejna mnie już zabije, tego jestem pewien... Więc już lepiej niewzruszoność w pięknie - no, może z małym dreszczem, z łezką, bo przecież są we mnie jeszcze pozostałości beksy...

Miłości... Brzmi u Larsa delikatnie hamsunowskie echo... To takie miłe... "Wiktoria". Dwoje ludzi, co się szukają, co się rozmijają, dręczą, choć są dla siebie wszystkim... Błądzenia, tęsknoty, lęki, w nierównym świecie, pośród kaprysów losu...

Miłość. Hamsun powiada: "Może zrujnować swego wybrańca, może go potem podnieść i ponownie naznaczyć; może dzisiaj kochać mnie, jutro ciebie, a jego następnej nocy, taka jest niestała. Ale może też trwać, niezłomna niczym pieczęć, i płonąć nieugaszona do chwili śmierci, bo taka jest wieczna. Jaka jest więc miłość?"... Ukryte ścieżki, nieba gwiaździste, ogrody bezwstydne...

Christensen. Beatlesi. Oslo. I pościgi miłosne - Kopenhaga, Paryż, Islandia... Słodycz i gorycz. Piękno, śmiech, smutek, przemijanie... Zapach jabłek, słońce nad Kolsås, tłuste włosy i dziury w skarpetkach... Życie, oczekiwania, śmierć...

Miłości -- Kim, Cecilie, Johannes, Victoria... Bohaterowie norweskich opowieści...

---

Lars Saabye Christensen

"Beatlesi"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

***

Knut Hamsun

"Victoria"

Świat Literacki, Izabelin 2000.

14:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 lipca 2016
Z nitką wysnutą

ze snującego się dramatu... Bo tak mi się tu snuje.

 Puczymorda...

 Kołpak z piórem, karabela -

 To każdego onieśmiela.

 A buciska te czerwone,

 Oczy straszne, wywalone.

 Takim jest i takim bede,

 Czym jest dziwkarz, czy też pede,

 Socjalista czy faszysta,

 Jam w tym serze jako glista.

 ***

 No, no, no - oczywiście nie szedłbym tak daleko... Ale glista - i owszem, jak najbardziej... O dziwkarzu zapomnijmy - no gdzie tam... Ale może jako ukryte pede... Kutz twierdził kiedyś, że się toto potajemnie kocha w Niesiołowskim... Stąd te nienawistności... Kto wie, kto wie, co nocą ciemną za fantazje w gliścianej łepetynie... Tęsknoty, wisz pan... Esbek kiedyś węszył, i wywęszył nieprzydatność: - Eee, żadnych bab, siedzi w domu, nic nie robi, nygus z urojeniami posłanniczymi, czas zabijany przypadkową lekturą... Wieczny dzieciak - ale że los złośliwy, to jednak w pulchne łapki oddał władzę... O, głupoto ty ludzka... Tak, tak - diagnozy snuć można rozmaite - ile nieszczęścia, poczucia krzywdy - a niech to wszystko lump porwie - mnie może nie przybędzie, ale może sąsiadowi zdechną kury...

 Franek ostatnio wpadł na pomysł - ty, a może to taka grupa rekonstrukcyjna, której odwaliło... (Dziś modne takie grupy, co się bawią przeszłością - ot - takie coś na kształt robienia sobie jaj z pogrzebu). Cyrkowo jest dość, i jakoś tak po rusku - tak z ruskim cyrkowym słoniem, któremu po wódce odpierdala... Słoniowe wybryki, trąba w górę, populistyczne a straszące tratata, i jebudu... Słoń się spił i lata... Grupa rekonstrukcyjna się ożywiła, bo ludzie w jakieś pierdoły uwierzyli... Jest sekretarz generalny K. C., z wyglądu jakby wyszarpany z magazynu poradzieckich straszydeł, są towarzysze na ważnych odcinkach, jest kłamstwo w żywe oczy, bo co??, i chuj, co nam  zrobicie, cymbały!!!, jest propaganda radosna, pisanie historii na nowo i tworzenie nowego języka - niby słowa te same, ale o zupełnie przeciwnym znaczeniu... Lump się bawi... Szkoda tylko, że licznik bije... Bolszewikowa rekonstrukcja, osobliwie ożeniona z duszpasterskim urzędem - przedziwności... Ktoś mógłby pomyśleć, że to może dobrze, bo tak z chrześcijańskim przytupem, z zatroskaną nauką o dobrościach i anielskościach - ale jakaż to jednak pomyłka, wszak sukienkowo - pierścionkowe towarzystwo, drżące z podniecenia na widok pieniędzy, jest fantastycznym, dekoracyjnym wielce, wyuzdanym ruchem blasfemicznym...

 Puczymorda odmieniać się może, jak bezkręgowiec morski, jak ośmiornica jaka, giętka oszukańczo i bawiąca się skórnymi pigmentami... Takam jest, a potem taka... Raz żrę prochy, a raz nie żrę... Raz takie kuku, raz takie...

 Nie, nie, piór toto nie ma żadnych, ani też karabeli... Na co dziś?? Ale knajackości dość, by się ten i ów zakłopotał, a ten i ów dureń, nieuk, popapraniec w upojeniu rozklaskał...

 Dziwna jakaś u nas autoagresja... Choć może - te smutne poczucia... Ale chyba jeszcze gorsza obojętność... Głupota i zaniechanie - to największe grzechy - to one są źródłem wszelkiego zła... Nie chciało się dupy ruszyć, a chyba samo zrobienie większej frekwencji przyurnianej mogłoby wpłynąć na rzeczywistość - pozytywnie... Zatem bawi się demoralizujący wszystkich wokoło lump... On nie ma żadnej wizji - on tylko nienawidzi i ma strasznie strzaskane sumienie - i nigdy nie dorósł... Nie ma nic - po nim choćby potop... (Nie mam nic przeciw lumpom, bydlakom, durniom, nygusom, starceńcom - lecz niechże wszystko ma swe właściwe miejsce!!) Ludziska uwierzyli eksponatowi, który mógłby stać w gablotce jako wspaniały wzorzec moralnego upadku, ludzkiej niedoli, pustki duchowej i intelektualnej sraki...

 "Jestem cynikiem, aż do brudu między palcami u nóg - przestałem się myć zupełnie i śmierdzę jak zgniła flądra. Chram na wszystko".

 A chrać to tyle - wyjaśnia Puczymorda - co zalać coś innym czymś bardzo śmierdzącym.

 I wreszcie co?

 "Oto płaczę tu cicho i sromotnie i, samotny, choć byłem taki dziki i obrotny... Nawet dobrego wiersza nie napiszę! Taki Tuwim nieboszczyk to się zawsze ostatecznie pocieszył: co by z nim nie było! A ja co? - sirota. Nawet nie wiem, kto jestem - politycznie oczywiście! Życiowo jestem starym błaznem pełnym fazdrygulstwa i gnypalstwa: równa się fastrygowania połączonego z bałagulstwem i gnuśnego gmerania albo gmyrania palcem w tym, czego traktowanie i obrabianie wymagałoby precyzyjnych instrumentów - takim będę do śmierci zachranej".

Ot, taką sobie nitkę wysnułem z dramaturgicznej tkaniny "Szewców" Stanisława Ignacego Witkiewicza...

 No, i będzie! Gówno. I obyśmy się tylko nie pytali obryzgani i zdziwieni - czemu rachunek za to nic, za ten syf rozbabrany taki wysoki?? Czy ktoś zamawiał perwersyjny miks rekonstrukcji bolszewickiej z sakroozdobą?? Bo przecież nie tak miało być... Tu przecież tylko uklepanie wzmacniające stare patologie.

 Obyśmy tylko jakiejś gangreny nie dostali od tego nasrania w sam środek pokoiku, w którym mieszkamy... :-(

10:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 lipca 2016
Zahukał Wiking

 Jakoś tak się nie chce pisać... Gdy myślę o rzeczywistości nadwiślańskiej, to mi dużo brzydkich słów napływa na język i pod palec, więc nie ma co sobie głowy zawracać...

 Niech jeszcze przez moment będzie piłkarsko... Co tam Francja czy inna Portugalia (hm, ale się tej drugiej ślizgło, doprawdy!!!) Myślę, że jednak największym tryumfatorem tej imprezy jest Islandia - w końcu odpadła, nie przegrywając jednak do zera, ale co namieszała, to namieszała. I nie dała się ostatecznym zwycięzcom, i pognała Anglików... Wielka niespodzianka - no i jaki doping... Pamiętają o Wikingu. I się światu spodobało... Oni się najbardziej zapisali w pamięci... Mistrzostwa 2016 to Islandia...

Hukanie Wikinga robi wrażenie:)... To z pewnością będzie miłe wspomnienie na lata:

 

09:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 czerwca 2016
Dokopanie

 O rety!!! Nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem piłki, ale na mecz Anglia - Islandia czekałem z ogromną ciekawością... - Dokopali bydlakowi - powiedział mój Franio. - Aż sobie jeden paznokieć wygryzłem boleśnie, odliczając sekundy doliczonego czasu - Jezuuu, żeby tylko teraz nie stracili bramki! Bo szkoda sił i nerwów na dogrywkę... I wreszcie końcowy gwizdek... Jest!!! Brexit jak ta lala... No to do domu... Bez was się pobawimy.

 Od razu mi się przypomniały wojny dorszowe... Duńczycy kiedyś pozwolili łowić Angolom koło Islandii w zamian za możliwość sprzedaży swojej wieprzowiny w Albionie. Świński to był układ... Angole poczuli się tacy tam zasiedziali, ale niepodlegli już Islandczycy postanowili zawalczyć o swoje terytorialne wody i łowiska... Na islandzkie pływające pierdziawki Albion posłał swoją Royal Navy...Obrzydliwy skandal... To nawet nie była walka Dawida z Goliatem, bo islandzki Dawid nie miał przecież procy - tak czy owak jednak pognał potęgę, niby to sojuszniczą... A teraz radosna kropka nad i - futbolowo nawet z procą - bo tym razem Dawid się postarał i uzbroił - dobrze do walki przygotowane chłopaki, ze skuteczną obroną... Brawo... To był chyba pierwszy mecz piłkarski, który tak mnie ucieszył... Aż zakląłem radośnie!

 No, no, no - jakiś dołek nad kredową skałą... Ogłupienie zafajdanym populistą, skopanie jeszcze widowiskowe przez Maluśkiewicza...

 Jakaś drobna satysfakcja... W tym coraz bardziej dziwnym świecie... Martwiące mnie wieści - tryumfy głupoty, bezmyślności, braku wyobraźni, idioternie, które łatwo można kupić, i to za ich własne pieniądze - tak, to już takie zabiegi z naszego podwórka... W poważniejszych obszarach życia jest też trochę tyłków do skopania, i obyśmy my, zaniepokojeni, byli w tej kopaninie skuteczni, by nas nie pochłonęli czciciele zła... Cynicy, oszuści, których nie powinno się przepuszczać za próg - można ich nakarmić, ale na schodach, zupą w blaszanej misce... Teraz zostali wpuszczeni za próg - z cała nabzdyczoną bezmyślnością, wszawicą... Gdyby się tak zastanowić, to czy wypada czcić jakiekolwiek cuda nadwiślańskie?... Bolszewik znów przyszedł, tym razem na głupie życzenie, sprytny, wycwaniony, bo dziś przebrany w ornat dzwoni ogonem na mszę wierzącym w duchy...

 Sprawy błahe przywołują sprawy poważniejsze. Niby to piękne epoki nam się przydarzają, ale już wiemy przecież, że potrafią rodzić one potwory... Dziś rodzi się wśród nas coś potwornego - a wizją tego czegoś jest chaos... U nas już prawie wszędzie nasrane... Ten lekki futbol spycha me myśli w mroki naszej codzienności. Czy się w porę ockniemy na naszym kunsztownie rzeźbionym kontynenciku, czy w porę zatrzaśniemy klapę i spuścimy wodę?? Hm, kiedyś, nie tak bardzo dawno temu, byliśmy gotowi uwierzyć, że oto dla historii nadeszły ciężkie czasy, że to już właściwie jej kres, że złe moce już pokonane, że oto już to ostatnie, historyczne, zwycięstwo... Historia to głównie spis paskudztw... Liczyliśmy, że to koniec, paskudnica jednak poddać się nie chce...

 Czasem mniejszy, słabszy może sprawić niespodziankę... Byle na poważnie i odważnie podjąć grę, bez onieśmielenia... O, żeby tak można było rzeczywiście strzelić historii tego pognębiającego gola... I nie dać się jej aż do końcowego gwizdka... A kysz!

10:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 czerwca 2016
Teori er når man forstår alt...

 Teori er når man forstår alt... Teoria jest wtedy, gdy się wszystko rozumie... Ale to nie koniec mądrości, jaka została wypisana u wejścia do stacji badawczej na arktycznej wyspie Jan Mayen...

Teori er når man forstår alt, men ingen ting virker.

Praksis er når alt virker, men ingen forstår hvorfor.

På denne stasjonen forener vi teori og praksis slik at ingen ting virker og ingen forstår hvorfor.

Teoria jest wtedy, gdy się wszystko rozumie, ale nic nie działa.

Praktyka jest wtedy, gdy wszystko działa, ale nikt nie rozumie dlaczego.

Na tej stacji połączyliśmy teorię i praktykę, tak że nic nie działa i nikt nie wie dlaczego.

 Uroczy dystans do swej roboty u naukowego towarzystwa... No - ale w tej naszej naturze, a jeszcze na tych dzikich pustaciach, dzieją się rzeczy najosobliwsze...

 W sumie to takie bardzo życiowe... Niby wszystko jasne, a jakieś popierdzielone, i nawet jak idzie, to nie tak, jak by się chciało, jak podpowiada rozsądek... A czasem gra i bucy, jakoś tak... Ani się lepiej w to nie wgłębiać, bo się popierdzieli...

 Ludzie robią czasem rzeczy niemożliwe... Wiszą w mrozie na samych palcach, by gdzieś wyleźć, gdzie nikogo przedtem nie było... Mało już takich miejsc, ale jeszcze tu i ówdzie, w najdzikszych dziczach i najnieprzyjaźniejszych nieprzyjaznościach, można je odnaleźć... jakiś czas temu oglądaliśmy dokument o wyłażeniu na antarktyczną skałę Ulvetanna... Wilczy Ząb w paśmie zwanym przez Norwegów Szczęką Fenrira... Tak, tak nazewnictwo norweskie, bo niby Antarktyda taka bezpaństwowa, ale pewien kawał lądu i Norwegia sobie - jak by co - zaklepała.:) Rzeczywiście - jak szczęka tego mitycznego wilka - potwora... Stamtąd wszędzie daleko... Skądkolwiek by się było, do domu niebywały szmat drogi... Mroźne samotności... Jak ci sportowi szaleńcy robią takie rzeczy? -... Pną się, latają, zdają się nie znać lęku... Dzieją się rzeczy, które trudno pojąć... Trochę im pozazdrościłem... Goście robili rzeczy dla mnie raczej niewykonalne, ale we wszystkim była jakaś prostota... W tym najprostszym szaleństwie, najprostszym ryzyku to oni wiedzą, że żyją...

 W bardziej okiełznanych realiach, pośród ziemskich łaskawości, łagodności, ludzie jednak też robią dziwactwa... Europa, ten dom w miarę wygodny, już taka śmieszna, że aż się dookolna lumpiarnia pokłada ze śmiechu. Ja mam takie wrażenie, jakbyśmy wszyscy tu postanowili tak na złość mamusi odmrozić sobie uszy... Wysililiśmy się w tej niegdysiejszej rzeźni, by stworzyć coś naprawdę wartościowego i obiecującego... I dziś to wszystko zdaje się osypywać... Mnie to smuci... Jakaś emerytalna drgawa przedśmiertna?

 Ale dobra - niech działa, co ma działać, bez nadmiernego zastanawiania się... Niech się dzieją cuda, choćby w piłce nożnej... Ja mam nieźle, bo sympatyzuję z dwiema drużynami. Życzę jak najlepiej Polsce oraz Islandii... Chłopcy z Północy sprawili fajną niespodziankę. Po zwycięskiej bramce w meczu z Austrią Reykjavik zwariował... Ale bym się cieszył, gdyby Islandczykom udało się pokonać Anglię... Olimpijskie srebra w piłce ręcznej odlały sobie na srebrno swoje fallusy... Bardzo piękny sposób świętowania, do podziwiana w muzeum penisów... Może teraz kolej na tę drużynę??... Trzymam kciuki za Islandię...

 No i cóż - nie łączmy może wszystkiego ze wszystkim, to się jakoś tajemniczo sprawy ułożą... Na ostrzu, albo lepiej na krawędzi...

12:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 czerwca 2016
Z trupim akcentem

 Lepiej być nie może... Nie mogło by być, bo przecież same doskonałości, harmonie... Hałasy, co nie mącą ciszy... Jak blaski księżycowe, które nigdy nie kłócą się z mrokami nocy.

 Szepty w liściach. Odległe brzęczenia ogrodowych prac, co niosły ze sobą aromaty soków skoszonych traw... Piękności, spokojności wczesnoletnie... Jak tylko mogliśmy, to urywaliśmy się na wieś podmiejską. W przyjacielskie pogaduchy, byczenie się i wspólne gotowanie, czy raczej pieczenie wyżerki nad żywym ogniem... Tak więc i dymy wonne. Spokojności okadzone... Żeby tylko tak można było ciągle... Tak z dala, na uboczu, w krzakach..

 Wonie stały się gęste... Wieczorami, w podeszczowych zaduchach wloką się zapachy jaśminowe, odurzające. A do tego jeszcze te akcenty ligustrowe... Aż wiercą w nosie, z tą swoją ciężką bardzo, niepokojącą, drażniącą nieco nutą trupią... Z lekka słodkawy zapach zdechu... W wiosenno - letnich nastrojach takie małe memento słane od flory... Zaniedbane żywopłoty, rozczochrane, pachną śmiercią... Jednak pachną... Śmierć poperfumowana... O której to coś stale myśli - może nie stale, dość jednak często... Ciepło, opowiada "Czarodziejska góra" - wytwór cieplny czegoś, co utrzymuje formę, choć samo jej nie ma... Gorączka materii... Rozkład i odradzanie się... Dziwaczna kunsztowność... Coś, co nie powinno, nie może istnieć, a jednak jest, i chwieje się między bytem a niebytem... Płomyk... W małych szczęściach...

 Znowu się coś zaczyna. Znowu lato - nowe. Tak sobie przyszło. Ani się człowiek obejrzał... Czy odchodziło w ogóle?... O każdej porze tak się myśli - wieczne lato, wieczne: jesień, zima, wiosna...

 Przepych. Zapachy i robactwa. Muchy tańczące koło wiszących lamp, z zapamiętaniem, z wariackim zapałem... Koła i koła... Ni początku, ni końca... Stałe spadanie, stałe wznoszenie się... Teraz wznoszenie się zmienia się w spad ku jesieni i zimowemu mrokowi, ale tylko po to, by zaraz zmienić się we wznoszenie... W kółko i w kółko... Wypada jednak przystankowo poświętować. Upić się jakoś uroczyście i pohałasować... Tak dla lata, tak dla przemiany, którą tak przepowiadają ligustru kwiecia... Karby, by uniknąć monotonii... Jak powiada Castorp: Przeżyliśmy w pełni świadomości Boże Narodzenie, potem był Nowy Rok... Potem jeszcze Niedziela Palmowa, Wielkanoc, Zielone Świątki i wreszcie najdłuższy dzień w roku - przesilenie letnie, po którym znów zbliżać się zaczniemy ku jesieni...

 Czarodziejska góra, o której zawsze sobie przypominam w chwilach roku najjaśniejszych... Sanatorium śmierci... Jak życie chętnie poddaje się śmierci, gdy tylko wyczuwa komfort... Tam, na Górze, nie brakuje niczego... Gdyby nie święta wszystko byłoby jednym dniem i jedną nocą. Wśród przyjemności i powierzchownych, kalejdoskopowych fascynacji... Lepiej by może było tylko, gdyby Hippe w sanatoryjnych zaświatach nie przybrał kobiecej postaci Kławdii Chauchat. :)) W nieco humorystycznej odpowiedzi na ciężary miłosne "Śmierci w Wenecji" namiętność rozpanoszyła się wokół istoty, co wyrosła na kobietę... No, ale my wiemy swoje... Tomasz Mann puszcza oko... Trochę udręczony... Choć jak najbardziej zwycięski...

 Zaczarowane wyniosłości są kuszące... To trochę jak nordyckie opowieści o ludziach uprowadzonych przez trolle do wnętrza góry - gdy powracali do zwykłego świata, byli bardzo odmienieni... Hansa Castorpa, straconego dla zwykłego życia, porwała niezwykłość wojny światowej. Gdzieś nam ta ludzka zwykłostka ginie z oczu pośród wytworów zdziczałej nauki, w eksplozjach i dymach oszalałej polityki... Gdyby przeżył - nic nie podważyłoby mocy zaczarowanej góry - był już tylko materiałem na artystę...

 Może sam znów się dam zaczarować... Jakże chętnie dałbym się porwać, tak na zawsze, na taką górę... Ech, gdzieś mi uleciała lekkomyślność, i gdy dzień odsłania po mrokach nocy zwykłe przedmioty, nie patrzę już na nie z beztroską ciekawością...

 Zawsze wszystko jest takie krótkie...

 No dobra - zaczynamy spadać, ale z nadzieją, że załapiemy się na jeszcze jeden obrót... I tak dalej...

 I wdycham sobie zapachy lata wczesnego... Truskawkowe świeżości. No i kwietne ciężkości, z tą trupią nutką... Się, cholera, nie wywiniemy. Ale i tak pięknie jest... Choć życie tak wiele razy mordę obiło...

 I jeszcze co? No - Polska gola!!! - Bo czemu by nie!?

11:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 15 czerwca 2016
Nad stawem

Dobrze - ale nie poddawajmy się za bardzo znużeniom... W końcu przecież wiosna. Próg lata właściwie... Jerzykowy, truskawkowy, jaśminowy - tutaj... Pi,pi, pi - jazgot jerzyków... Ptaki, ptaki wyśpiewują, albo wykrzykują nam pory roku...

 Pójdźmy na Północ teraz...

 Kría, kría - okrzyk wiosny i lata na Północy... Taką onomatopeiczną nazwę dostała w Islandii jedna z rybitw... To radosny krzyk wiosennych przebudzeń... Wiosna, lato - właśnie na Północy jest to pora najradośniejsza, najkrzykliwsza... Ptaki miłośnie uziemia... Mówią czasem chyba, że miłość uskrzydla... Ale w miłości raczej chce się chodzić po ziemi... Na kochanie się ptaki lądują przecież, krzyczą, gadają, śpiewają... No i to gniazd budowanie. Jedne się nie wysilają, wystarczy zagłębienie w ziemi, kilka patyków, inne zaś siadają w puchowych kołdrach... Tak, tak - choćby te mięciutkie edredonki... Luksusy, panie, luksusy... Przecież miłość przyziemia - bo ziemia piękna wtedy i przyjazna... Tylko w smutkach i znużeniach człowiek chce ulatywać... Być jak ptak - zapominając, że to latanie ptasie, to ptasia codzienność i życiowe trudy... Ech - te wolności i szczęścia - to tylko, wiesz pan, chwile, minuty ledwie... Ale korzystać z nich trzeba, jak najintensywniej... W pięknościach...

 Skoro Północ, skoro piękności... Żeby było pięknie, dobrze, żeby było czarująco... A najbardziej czarujący na Północy jest Reykjavik, tak szalenie zaskakujący w swych szczegółach, i tak miło przytulny w tych całych subarktycznościach... Zwłaszcza gdy niepogoda, gdy szarości, ale też i gdy wiosna radosna, ptasia... Wystarczy spacerując z Garðastræti wejść na Kirkjugarðsstígur i zejść nią ku Suðurgata... Najmilszy ziemski widok, na reykjavicką miasteczkowość, nad stawem Tjörnin, w sąsiedztwie starego cmentarza... Tak - Steinn Steinarr - cichość śmierci, która w pamiętaniu i nas samych, żywych, po części porywa... Hólavallagarður... Lubię ten stary cmentarz, założony w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku... Zapewne nigdy na nim nie spocznę, ale tam to mógłbym sobie poleżeć, bo ładnie, bo tuż obok najprzyjemniejszych widoczków... Tak sobie myślę czasem, że pośmiertna nagroda, nagroda po tych wszystkich trudach życia paskudnych, to nieskończone a beztroskie spacerowanie po ulubionych miejscach, które nigdy się nie nudzą... Chodziłbym sobie jako łagodny upiór... I gawędził ze strażniczką tego miejsca, Guðrún Oddsdóttir... Strażniczka... To ponoć pierwsza lokatorka tego cmentarza... Kiedyś zrobiłem tu krótki wykład o islandzkich duchach... Vökumaður - to właśnie duch pierwszego nieboszczyka cmentarza... Ale zostawmy duchy... Póki co - życie, w sąsiedztwie. Z piosenką. Życie lubi śpiewać. Śpiewają ptaki. Aż się Jónas Hallgrímsson zasłuchał w śpiewne poematy drozda... Ptaki i zakochani wiosennym wieczorem nad śródmiejskim stawem. Tjörnin spokojny w blaskach wieczornych. Na ławeczkach chłopcy tulą się do dziewcząt. A dalej góry jak fiołkowy sen... Nigdzie nie jest piękniej... Między innymi o tych urokach traktuje piosenka. Taka szwedzko - islandzka, bo do szwedzkiej melodii autorstwa Everta Taube islandzkie słowa napisał chyba gdzieś z początkiem lat sześćdziesiątych Sigurður Þórarinsson (1912 - 1983) - glacjolog, wulkanolog, geolog, a z doskoku także poeta - tekściarz... Taka sobie piosnka - melodyjka... Z końcem lat osiemdziesiątych po swojemu zagrał ją Gildran. Dał jej energetycznego kopa... Gildran - miłe to dla mnie wspomnienie... Pewnie już tam się gdzieś plącze pośród dawniejszych wpisów - niech się wplącze jeszcze raz...

 Śliczne wieczory wiosenne w Reykjaviku:

 

(...)

Tjörnin liggur kyrrsæl í kvöldsólarglóð,

kríurnar þótt nöldri og bjástri í hólmanum.

Hjúfra sig á bekkjunum halir og fljóð,

hlustar skáldið Jónas á þrastanna ljóð.

Dulin bjarkarlimi á dúnsins mjúku sæng

dottar andamóðir með höfuð undir væng.

Akrafjall og Skarðsheiði eins og fjólubláir draumar.

Ekkert er fegurra en vorkvöld í Reykjavík.

(...)

piątek, 10 czerwca 2016
Znużenie

 Ogólną sytuacją... I domową przy okazji. Akurat jestem w końcówce remontu. Na łapach jeszcze ślady farb rozmaitych, na grzbiecie przepocony podkoszulek... Błe... Właściwie to trzeba tylko posprzątać. Z grubsza już sprzątnięte, ale mimo to panuje rozgardiasz, bo trzeba jeszcze wstawić do kuchni nową lodówkę, na którą właśnie czekam - jak ją przywiozą, to będzie można już uporządkować resztę gratów... Czekam i urozmaicam sobie czas komputerkiem... Ale jakoś mi się nie chce sprawdzać, co w trawach piszczy... Mniej więcej wiem przecież co i jak, a na szczegóły nie bardzo mi się zbiera, bo to zwykle są paskudztwa...

 Żeby się dobrze ukokosić w nastrojach z lekka niesamowitych, biegnę myślami do Młodej Polski... Poetka jak znalazł... Zapomniana dość... Młoda, wcale zamożna pani z dworku, co w ten Kraków poetycki, artystyczny uciekała, młodopolska do szpiku kości... Kazimiera Zawistowska. Razu pewnego, jak znów przyjechała do Krakowa, to wróciła z niego do domu w trumnie. 28 lutego 1902 roku padł strzał. Czy to było samobójstwo, wypadek?... W ogóle nie wiadomo zbyt wiele o pani Zawistowskiej. Kochał się w niej Stanisław Wyrzykowski, i pisał o niej, że w jej oczach migotało coś, co wyglądało na udrękę chybionego życia. Może to jednak była tylko przesada mojej wyobraźni. Sam uważałem się za chybionego, za straceńca, więc tej fatalności dopatrywałem się także u innych.

 Może tak było, że życie chybione, może nie do końca... Właściwie powinna była stać się głośną legendą tamtych lat. Wcale utalentowana poetka, z tęsknotami, i śmierć tragiczna, w młodym wieku... Chwilę wcześniej, w 1901, odszedł samobójczą śmiercią Stanisław Korab - Brzozowski, przepadła też Dagny Przybyszewska... Niektórzy widzieli w tym kolejne ogniwo śmiertelnego łańcuszka... Nic jednak nie jest pewne. Wszystko to stara, tajemnicza historia sprzed wieku...

 Ja o Zawistowskiej pamiętam wcale wyraziście. W pewnym krakowskim zaułku jej duch zawsze szepcze mi coś do ucha... Nie chwytam do końca słów, ale wiem, że to ona... Nic nie wyjawia, bo widocznie lepiej, żeby było wokół niej tak bardziej po plotkarsku. Wyraźniejsza jest poezja, i tak ma być. To starczy...

 Tak mi jest trochę od dłuższego już czasu ciężkawo... O, ja to jestem chybiony. Tak...

 Teraz wiersz, który bardzo lubię:

 Kazimiera Zawistowska

 "Znużenie"

Czerń skrzydeł Twoich kładziesz mi na lica -

A przez tych skrzydeł okiennicę czarną,

Miast patrzeć w słońca ulewę pożarną,

Ja w chłodne srebro patrzę fal księżyca.

 

Jaki tam spokój i jaka tęsknica! -

Ponad tą ziemią wystygłą, cmentarną

Cisza swą lampę roztliwszy ofiarną

Światłem ją próchen poi i podsyca.

 

Jaki tam spokój - bez miary - bez końca,

Siedziba duchów odesłanych z ziemi.

Duchy, co ziębły wśród powodzi słońca,

 

Cisze te chłoną oczyma sennemi

I, zaświatowy czując wiew błękitu,

Zastygłe, martwe przędą sen niebytu.

***************************************

Ech, ten księżyc, księżyc...

14:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 czerwca 2016
Albert Dam. Siedem obrazków

 Tak na szybko... Oj, coś z niechęcią coraz większą człowiek klepie... To znaczy ja. Bo człowiek w ogóle to pierdzieli jak najęty... A jest taka wizja, w której strzępy, na których coś nagryzmolone, są tylko ponurą pamiątką po dawnych czasach, do których lepiej nie wracać... Ach, myśli rozbudowane i uczucia porozpalane we łbach, z których tylko nieszczęście i niewola się wykluwa...

 Cóż człowiek... To tylko życie, co popadło w przesadę... Potworności wiar najprzeróżniejszych, w najdziwaczniejsze rzeczy...

 Był sobie kiedyś pisarz, co nas wyprowadził z piekła, w swej fantazji. Trochę naiwnej, ale która przyniosła mu sławę i uznanie niegdysiejszych młodych... Coś podobny do Karen Blixen. Też tak brał pióro, rzucał pióro. Karen czas jakiś była w Afryce, a Dam piekł ciastka w swym duńskim gniazdku... Albert Dam (1880 - 1972) był takim sobie oryginałem, nie dbał o rozgłos, nie udzielał wywiadów... Prawdziwą sławę zdobył dopiero wtedy, gdy był już po osiemdziesiątce. Wtedy, w 62, młodzi uznali go za swojego. Stał się gwiazdą współtworzonego przez znakomitego Villy Sørensena "Vindrosen"...

 Mówią, że Dam to taki pisarz skrachowany. Bogactwo wiedzy i doświadczeń kazało mu opowiedzieć krótko, zwięźle o ludzkim wczoraj, dziś i o ludzkim dniu jutrzejszym...

 "Siedem obrazków". Pierwszy - "Rozwiązłość". Zbiegi okoliczności rodzą mity w prehistorycznej hordzie. Horda wydobywa się ze zwierzęcości, karze kazirodztwo, w strachu marzy o władzy, panowaniu nad światem. Chce się wyzwolić z koszmaru surowej egzystencji. -- Obrazek drugi - "Posiadanie". To już czasy rzymskie. Inny rodzaj zniewolenia, któremu poddani są wolni i niewolnicy. Majątek. Jedyne, co pozostaje, to poddawanie się władzy rzeczy i ludzi. -- Obrazek trzeci - "Alrauna" - marzenie o prawie i sprawiedliwości. (He - he)... Wszystko kończy się tępym używaniem, w bagienku idiotycznego zbytku... Alrauna usycha... Los może nawet sprzyjać, ale i tak gówno z tego, zdaje się mówić Dam... -- Obrazek czwarty - "Ogrodnik", co czyni cuda i ziemię odmienia w twór ludzki, co jednak wcale człowieka nie rozwija... -- Obrazek piąty - "Być i sądzić" - z porażającym wnioskiem bohaterki, że nie da się ani żyć, ani umrzeć, trzeba jedynie tracić i rezygnować... Narasta pustka i bezsens w sztucznościach... Obrazek szósty - "Wykorzeniony" pokazuje ukatrupionego bohatera, któremu przyszło żyć w rzeczywistości, w której nie ma on innych praw ponad to, które przyznaje mu otoczenie. -- Obrazek siódmy - "Za wiele lat" - W końcu ludzie się rozchodzą. Idą w śmierć. Osobno... Dość tego wszystkiego, co sprowadziło życie na manowce!... Jest powrót do początku, ale z pamięcią o tym wszystkim, co było, o kulturze, cywilizacji... Życie jest uparte, więc trwa w ludzkich drobiazgach, w grupkach, gdzie każdy żyje i umiera osobno, gdzie trwa swoista beztroska, gdzie się nie robi ceregieli wokół śmierci czy innych dawnych straszliwych potęg, jak choćby miłość... Dość uczuć, dość bogów, nikt nie chce bzdurnych podpórek - bo to wszystko ulega wyolbrzymieniu, wynaturzeniu, staje się przyczyną niewoli, moralnej demolki i narastającego w niesamowitym tempie cierpienia... Nie trzeba się przywiązywać do rzeczy, i utrwalać żadnych treści... To świat tylko jednej wiary - że nowe miejsce w nieskończonej wędrówce da to, czego człowiek tak naprawdę potrzebuje... Wiara w cokolwiek innego jest zabroniona. Bo nie trzeba mącić czystych głów.

Po piekle człowieczej historii ludzie się rozchodzą... Idą przed siebie, na jagody można powiedzieć. I zrzucają łachy... Potomkowie ocaleńców pamiętają, że życie kiedyś przesadziło... Są obok siebie, ale zawsze zachowują dystans... Plotkujących się rozgania - bo nie trzeba zbyt wielu słów.

 Żyję w świecie przesadyzmu. On ciągle trwa. I wizja rozejścia się ludzkości w cholerę bardzo jest kusząca. Zawsze to działało na moją wyobraźnię... Może to już czas, by się rozejść??

 Przypomnijmy sobie Alberta Dama... Wygrzebmy z zakurzonej półki.:)

 Albert Dam

 "Siedem obrazków"

 Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1973.

15:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93