Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Love

kiljan.halldorsson

Według prawideł ludowego rymotwórstwa, love powinno chyba iść w parze z krowe.

Ale żarty na bok. Bo to przecież poważna sprawa. No, poważniejsze są może pieniądze. Love - krowe przecież tak dobrze się wśród nich czuje. A jak nie ma love - krowe, to są przynajmniej pieniądze, które skutecznie zatrzaskują drzwi przed niechcianymi gośćmi... Byłem jeszcze małym chłopcem - pamiętam taką jedną imprezę rodzinną, pod gołym niebem, przy stole pełnym smakołyków, którymi, gdy stało na niebie jeszcze słońce, dzieliliśmy się z osami. Ale potem przyszła noc z ciekawskim puszczykiem i spadającymi gwiazdami. - O, gwiazda spada! - zawołałem. - A wtedy ciotka mnie pouczyła: - To teraz pomyśl sobie po cichu jakieś życzenie, a na pewno ci się spełni. - No i sobie pomyślałem, pragmatycznie, mimo tych wszystkich gwiaździsto - puszczykowych romantyzmów: - Żeby mi nigdy nie zabrakło pieniędzy.

Przyznać muszę, że życzenie jakoś tam się sprawdziło, chociaż po drodze były czasy, gdy miałem jedne portki na dupie, bez specjalnych widoków na możliwość kupna nowych. Zachowały mi się jeszcze w notatkach gorączkowe słupki, które okraszałem jajcarskimi komentarzami... Byłem taki beztroski. Brałem rzecz po męsku: - Najwyżej rąbnę się w łeb.

Do samobójczych myśli byłem już przyzwyczajony. Aż mnie w którymś momencie zaczęły one bawić. Choć tło jest smutne...

Love. Taki dziś dzień. Walentego. Kocham cię. To miłe słowa. A ja ze smutkiem muszę przyznać, że nigdy w życiu nie wypowiedziałem ich pierwszy. Zawsze były przeze mnie wypowiadane w odpowiedzi, z pewnym zakłopotaniem. Czy aby na pewno jestem właściwym adresatem? Ale co poradzić, wyszedłem z domu, w którym dowiedziałem się, że jestem nic niewartym zerem. Takie mamusine przesłanie na dzień dobry. Dość mocno zżyłem się z tym poglądem, przekonany, że może nie wypada mi zawracać głowy komukolwiek. Ale mimo to życie jakoś się uparło, żeby od czasu do czasu mówić mi miłe rzeczy... Jestem odpychany i przyciągany, a ja się pozwalam odpychać i przyciągać.

Było trochę osób, którym chciałem powiedzieć, jak bardzo mi na nich zależy, jak bardzo ich cenię, kocham... Ale zawsze tylko odpowiadałem, jakoś delikatnie upewniony, choć jakie zawsze kruche to były pewności. Z niektórych trucizn człowiek nie potrafi się oswobodzić. One gdzieś zawsze są. Ciągle gdzieś jest ten dzieciak przez najbliższą osobę - wydawać by się mogło najdroższą i najpewniejszą - zmieszany z błotem, zwyzywany od najgorszych.

Jak mi się w nieszczęściu znów pojawiło to: Kocham cię, to myślałem, że padnę... Nigdy nie zapomnę Franka, który mi to pierwszy raz wycedził przez zęby, na ulicy. Chwilę wcześniej kupowałem jakieś gazety i gadałem wesoło ze znajomą kioskarką. To już przeważyło szalę, drobiazg. Humor i uprzejmość... Mógłbym kioskarce, która wytrwale jest nadal na swym posterunku, powiedzieć, że to wszystko przez nią, bo ona mnie zawsze potrafi rozweselić... No i tak wszedł w moją jeszcze wtedy psiarnię, w trolle i chińskie smoki. Psiarnia zresztą wszystko przypieczętowała swoją sympatią. Pamiętam, jak został u mnie pierwszy raz na noc. Rano zaskoczenie, bo jakiś nowy facet w sypialni został przyłapany. Kundle stanęły jak wryte. - Co jest grane? - zdawały się pytać. - Ale że się historia zaczęła powtarzać... Niedźwiedź się we Franku zakochał ostatecznie. I Franek stał się jedyną osobą na całym świecie, która  mogła głaskać Niedźwiedzia po brzuchu. Niedźwiedź powiedział tak. Zatem ja już nie miałem wyjścia!

Podróż bez obietnic. Lubię to zdanie. Tytuł jednego z tomików poetyckich Steina Steinara.

Jedziemy bez obietnic. Bez przyrzeczeń. Bez gadania. Po raz kolejny poddałem się, nieco zdziwiony, jakby na nowo ucząc się samego siebie. Bo ja się tak zawsze zwijam w kłębek, gdy los niełaskawy, cały w skrępowaniach, wstydach. A ten mnie jakoś rozsupłał. Choć ta nić taka byle jaka...

Jakiś czas temu miałem dziwny sen, co mi sie przyśnił w górach, na zaprzyjaźnionym poddaszu. Dziwny, a właściwie najstraszniejszy w moim życiu, tak sądzę. Bo byłem już jakby martwy... Jakże sny są brutalne w tym swoim mówieniu prawdy.

Przyśniła mi się najpierw jakby jakaś stołówka, paskudna, pełna porozstawianych byle jak krzeseł o metalowych nogach. Leżałem twarzą do podłogi, na niebieskich płytkach PCV. Stał nade mną jakiś facet i przykładał mi do głowy lufę rewolweru. Gdzieś z tyłu siedziała kobieta, zdaje się, że powód tej całej nieprzyjemnej historii. Prowokowała go, zachęcała do brutalności, do mordu! - Co za życiowy sen, swoją drogą. - Padł strzał, a ja się nie obudziłem! (Rodzi się pytanie: Kim są zjawy z naszych snów, skąd przychodzą, skąd ich wola?  Czy to wszystko jest pod naszą kontrolą? Nie obudziłem się, bo jakoś było zaplanowane, że to tylko taka inscenizacja, w której nie sposób zginąć? Nie miał trafić??) Nie trafił. Ale dalej mnie dotykał lufą. Jeździł mi z drugiej strony po potylicy. I znów strzał. Tym razem mnie zranił. - Widać mu mózg? - spytała podniecona kobieta... Byłem tylko ranny. Egzekucja została odroczona. Sam miałem przyjść po śmierć.

Byłem jakiś taki nieokreślony, niby mały, a jednak dorosły. Rodzice stali w drzwiach. Mama na pierwszym planie, za nią tata, z tym swoim dystansem i znudzeniem, z jakim odnosił się zawsze do tego, co sobie w życiu wyspermkował. (Spermkowanie - dobry Witkacowski wyraz z "Niemytych dusz". Spermkowanie, coś jakby prątkowanie. Sianie choroby, nieszczęścia. Efekty spermkowania to już jednak dramat ostateczny! I biedni mężczyźni - tak im z początku fajnie, a potem często chce im się po prostu rzygać!) Sądząc z jej miny, działy się jakieś nieuchronne rzeczy, przeciwko którym nie było się co buntować. Po tej strzelaninie przyszli mnie odebrać, jak przedszkolaka.

Zyskałem odrobinę czasu, by coś jeszcze w życiu pozałatwiać. Poważna mama, tato, bliski już w swym udręczeniu wypowiedzenia kwestii Felicjana z "Moralności pani Dulskiej". Kuzynka, ciotka - i one się napatoczyły, sztywne, uroczyste; jakby już trwał mój pogrzeb. Szliśmy do domu, do dawnego rodzinnego domu - blokowisko, takie jak kiedyś, pełne jeszcze przestrzeni, którą dziś gęsto zabudowano. Tło - zorza wieczorna, pomarańczowa, i nagle w jej świetle ogromne stado gołębi. Zapamiętałem smutek, jaki towarzyszył temu zdarzeniu. Czułem żal. Jakby się świat ze mną żegnał tym łopotem skrzydeł. Pełna rezygnacji melancholia, ledwie kątem oka dostrzegana otaczająca mnie rzeczywistość, daleka, daleka. Byłem już poza wszystkim. Jakbym się wybierał w podróż. Wydawałem matce dyspozycje, dawałem jakieś papiery, prosiłem o załatwienie spraw, których już nie miałem czasu załatwić. Poukładałem też książki na kupki, instruując poważną staruszkę, którą kupkę do której wypożyczalni należy odnieść... 

Dziwił mnie brak oporu. Nikt nie krzyczał, nie pragnął mnie ratować, ukrywać. Sama tylko powaga i rzeczowość... Otworzyłem gazetę stojąc na moście, na wietrze. Cała jedna strona z wizerunkiem mego kata. Bliskowschodnia uroda... - Co za majak - jak bym sobie wziął do serca jakieś obłąkańcze poglądy elektoratu naszego małego marzycielskiego dewelopera z Żoliborza. - Pomyślałem o przyjacielu, który jako dzienniakrz jeździ po północnej Afryce i po Blisklim Wschodzie. Myślałem, że coś odkręci. Chciałem lecieć do Islamabadu. Byłem już nawet na lotnisku, dziwnym, przypominającym wysypisko śmieci pełne jakichś niebieskich kontenerów i plastikowych worków. Spiekota, jak bym już był gdzieś w wysuszonych egzotycznościach. Zawróciłem jednak. Skoro nikogo nie obchodziła moja sytuacja, uznałem, że o nic nie będę walczył. Znów byłem na moście. Jakby most nad Popradem w Piwnicznej, tyle że pod nim znajdował się wcale imponujący węzeł kolejowy... Znów mama. Poprosiłem ją, żebyśmy jeszcze wrócili do domu, bo przypomniałem sobie o teczce z papierami, które przed moją śmiercią powinny być zniszczone. Uznałem, że było w nich coś ośmieszającego. A nie chciałem, żeby inni się śmiali, kiedy ja już nie będę mógł w całej sprawie zająć stanowiska... Chyba zniszczyłem te papiery... A potem poszedłem do swojego Pakistańczyka.

Rozsuwane drzwi, jak do jakiego Tesco. Przed nimi czarno odziany olbrzym z potwornym czarnym karabinem. Rosjanin. Nie chciał mnie wpuścić. Ale powiedziałem, że jestem tu umówiony. Wtedy sie uśmiechnął. - Czy to z tego karabinu mnie rozwali? - pomyślałem. - Wszedłem. W osobliwą przestrzeń, bo naraz znalazłem się w czymś na kształt takiego śmiesznego pojazdu zwanego osinobusem - takie były kiedyś wynalazki - star, który zamiast paki miał budę do przewożenia ludzi. W tym osinobusie siedziało kilka osób. Wszystkie odwrócone do mnie plecami, za wyjątkiem jednego chłopaka, który patrzył na mnie z chytrym uśmieszkiem. Z przedniego siedzenia uniósł się Pakistańczyk. Zatopieni byliśmy w dziwnym świetle, różowawym, sączącym się przez potwornie zakurzone szyby. Pakistańczyk odłożył broń. Bałem się, bo przeczuwałem, że zanim mnie zabije, postara się o to, by sprawić mi ból. Na chwilę się odwrócił, a wtedy ten chłopiec o chytrym uśmiechu wyjął zza pazuchy mordercze cacuszko, srebrny pistolecik z chwytem ozdobionym masą perłową, z absurdalnie cienką lufą. Dał mi go, i w tym momencie się przebudziłem, z poczuciem, że coś mam na głowie. To była ta rana ze snu. Gdy jej we śnie dotykałem, czułem strzępy skóry i odłamki kości pod palcami, a gdy potem spojrzałem na te palce, ciekła po nich krew - monstrualna czerwona kropla o konsystencji miodu... W półśnie pomacałem sobie potylicę. Ulga. Nic nie znalazłem. Ucisk ustąpił. 

Jezu - jęknąłem w przytulność gościnnego góralskiego poddasza.- A gdyby trafił - pomyślałem sobie już na trzeźwo o tym Pakistańczyku. Może to jest ta dobra śmierć we śnie? Przychodzi majak i strzela, trafia. I jest po tobie. A we śnie jakoś tak nic nie boli.

Zastanawiający to dla mnie sen. Nikt mnie nie chciał ratować. I ja siebie nie chciałem ratować, chociaż chciałem krzyczeć, miałem na końcu języka zawołanie: - Rany boskie, ratujcie mnie!... Ale tego nie zrobiłem.

Gdy leżałem, to też milczałem, bałem się, ale jednocześnie czekałem z ciekawością, jak to będzie, gdy kula przeszyje mi czaszkę. - Niech się zatem stanie! Już!

Nie prosiłem o nic. Całkiem jak w życiu, w tym na jawie. To ten sam powód, dla którego nigdy pierwszy nie powiedziałem: kocham cię.

Nie warto przejmować się nikim... Mogę być miły, mogę podziękować, mogę przyjąć pomocną dłoń, ale nigdy o nią nie poproszę. Nie sądzę, bym się kiedykolwiek mógł na to zdobyć... Mogę ewentualnie zapytać, choć niezbyt chętnie.

Pamiętam taką rozmowę, jeszcze w podstawówce. Z panią od fizyki. Ósma klasa, groziła mi lufa na półrocze, bo się specjalnie nie przykładałem. Pomyślałem sobie jednak, że byłoby przyjemniej nie mieć lufy, bo to trzeba było przecież składać zaraz papiery do ogólniaka, i z taką lufą człowiek nie prezentowałby się zbyt obiecująco. Podszszedłem więc po zajęciach do pani, by się zapytać, czy mógłbym na nastepnej lekcji poprawić sobie ocenę. - Jest jakaś szansa? - Pani zerknęła do dziennika i odparła: - Wątpliwe. - Czyli nie. Rozumiem. - Ale ja nie powiedziałam, że nie. - A właśnie pani to zrobiła. Ja zadałem konkretne pytanie, na które można prosto odpowiedzieć: Tak albo nie. Ponieważ odpowiedź nie brzmiała tak, wszystko inne jest odmową. - Ale, ale... - Już teraz może mi pani wpisać dwóję. No i mi ją wpisała, bo nie było dyskusji. A pan wychowawca w opinii napisał, że jestem zdolnym chłopcem, ale nadmiernie wrażliwym. A lufa mi w sumie w niczym nie przeszkodziła.

Powyższy drobiazg w gruncie rzczy obrazuje moje podejście do życia... Ewentualnie mogę zapytać, raz. Tak, nie - to lubię. A wykręt to nie. Wtedy sam się wykręcam z sytuacji. Do widzenia!

Ale życie zachowało dla mnie jakieś rezerwy sympatii. Na mocy jakiegoś kaprysu. I jak przyjdzie z dobrym słowem, to mu czasem odpowiadam: - No to chodź!

Kochanie... Jakby to samo w siebie zapatrzone, w wierze, że coś zaczarowuje. Ta sama samotność, jedna i ta sama wola, choć w rozmaitych przejawach. Niewiele przez to można zrozumieć, ale z tym "Kocham cię" jest jakoś tak przyjemniej. Dla radości to dobrze, bo zwłaszcza ona lubi świadków. Chcemy jakichś głębszych luster. Cieszę się, że i w swoim psychicznym kalectwie jakieś dobre lustra znalazłem. Widzę w nich kogoś lepszego. Chociaż cienie zawsze zostają... Tak zwana duma miewa bardzo przykre fundamenty. Fundamenty - to właściwie budowla na trzęsawisku, któremu na imię pogarda do samego siebie, i poczucie winy, za wszystko, co możliwe na tej ziemi.

Ostatnio trochę odpoczywałem - a właściwie męczyłem się dla przyjemności w górskich śniegach. I trochę się też bawiłem w biurze koleżanki.

Raz ona dłubała w jakichś fakturach, a ja zawracałem jej głowę, odwrócony do okna, z nogami na parapecie. Stopy w żółtych skarpetach. Zabawne stopy. Bawiłem się nimi w teatrzyk. O dwóch paluchach. Niby każdy inny - ten prawy, ten lewy. Dobrze im razem, choć nie zawsze są blisko siebie. Każdy myśli coś innego o swym pochodzeniu. Nie jarzy im się pod paznokciami, że to jedno i to samo ciało, i ten sam duch, dzięki którym biegają, skaczą, i śpią sobie razem, jeden koło drugiego, nocą.

Koleżanka stwierdziła, zresztą jak kilka innych osób, że mam talent odciągania innych od roboty. Ale podobno czas spędzony ze mną nie jest stracony... Dając głębsze życie swoim stopom, myślałem sobie, gdzie się podział ten półdziki chłopiec z Norwegii, co spał na podłodze, otoczony szyderczo piękną naturą... Gdzieś tam jednak jest! Przynajmniej niektórym robię ciągle miłe przerwy w pracy. Wakacje przez cały rok - rozsądnie dozowane...

I tak to czas leci. Z uczuciami, do nazywania których brakuje czasem śmiałości. Ale po co gadać. Robią to za nas poeci i pieśniarze. Myślę, że ta piosenka Marka Grechuty jest najlepsza na ten dzień. Sam pan Marek Grechuta pięknie ją śpiewał, ale uroczo zaśpiewała ja też pani Krystyna Janda, którą od zawsze uwielbiam: 

Skok

kiljan.halldorsson

Matti Nykänen umarł. 

Tak to się ludzie odklejają, odlatują, odskakują. 

Wspaniały skoczek. Legenda. Doskonale to pamiętam. Trochę inaczej się wtedy skakało. Minęła już epoka, chociaż Noriaki Kasai trwa - Japończyk nie do zdarcia, który przecież gdzieś pod koniec kariery Mattiego zaczynał swoją, która, o dziwo, trwa do dziś... Jednak, pomijając fenomeny, wyjątki, kariery sportowe nie trwają zbyt długo. Gdy taka kariera się kończy, człowiek jest jeszcze młody, ma przed sobą jeszcze morze czasu, a jakby już wszystko za sobą... Zawsze był chyba trudnym chłopcem, ten Matti... Gdy zniknął z areny sportowej, już jakoś się nim nie interesowałem - ot, docierały do mnie jakieś strzępy plotkarskich informacji... Kobiety, gorzała, awantury, długi, konflikty z prawem; coś takiego, z czym nawet teraz się nie chciałem zapoznawać za bardzo, bo mało obchodzą mnie ploty.

Matti też trochę parał się muzyką. Nigdy nie słuchałem Mattiego, dopiero tuż po jego śmierci starałem się coś usłyszeć...

No i tak, siłą rzeczy, wspominam dawne zimy, latającego blondaska...

Miał ledwie 55 lat.

Teraz piosenka. Na fińskim nie znam się kompletnie, ale to chyba coś optymistycznego, coś o zwycięstwie...

Matti Nykänen... To znalazłem, to daję. Legenda z moich szczeniackich czasów:

Over the Rainbow

kiljan.halldorsson

I co? Rodacy?

Chyba muszę zacząć od budowniczego. Co za talent biznesowy. No, cholera, tylko mu ten hipster ze Śródmieścia zaczął bruździć, a tak było fajnie w mętnej wodzie teoretycznego państwa, które się zrodziło tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt dziewięć lat po Chrystusie... Chrystus to dobra marka, ludzie cwani wiedzą o tym od lat, wie o tym Tadzio z Krainy Piernika (nie dasz Tadziowi grosza, grzech masz podobno - o takich ustaleniach przynajmniej słyszałem ostatnio), i Prezes wie o tym, od czasu pewnego... Ale się jakoś zesrało wybitnemu budowniczemu... Jest jedna ważna rzecz w sposobie myślenia Prezesa, na którą, moim zdaniem, nikt nie zwraca uwagi. Zbieg okoliczności! Ja już jakiś czas temu nazwałem go niesporczakiem. To godne podziwu stworzenie, które łatwo nie rezygnuje. Niesporczak czeka! I w nic się innego nie przemieni! Za chuja - porzepraszam za wyrażenie, w tym wypadku jednak najstosowniejsze - nie stanie się niczym innym. Będzie trwał, aż mu ożywcza kropla spadnie na łeb. Teraz spadł mu deszcz, po mamusi, po kapryśnej łaskawości, nagle deszcz pełen odżywczych składników, z Dudą na najwyższym urzędzie! Wszystko wpadło mu w szczypczyki - bo nie w dłonie przecież! No - proszę państwa - można się przewrócić ze śmiechu! To jednak mało, bo jednak samorządowo coś się popierdoliło... I są widoki na to, że się będzie pierdoliło dalej, jak w zagnojonej ranie - takie będzie - śmiem wróżyć - pół drogi między zagojeniem a gangreną... Smrododajne wahanie! Jak się potoczą losy?... Aż taką dobrą wróżką nie jestem.

Ja Prezesa rozumiem, bo mnie w życiu też wiele pomogły zbiegi okoliczności. To że żyję, to nie jest do końca taka moja zasługa. Ja nie jestem za dobrym sternikiem. I fajnie. Chocaż ja bardziej musiałem się postarać, by się na powierzchni utrzymać, bo się na żadnych państwowościach nie uwłaszczyłem, nie zdobyłem wyznawców... Ale dobra - nie zazdroszczę! Przynajmniej se w życiu pociupciałem! No i dziś w Biedronce nie jestem taki zagubiony... Dobre sardynki w pomidorach mają! Se kupuję tam, je, płacąc kartą, bo mam konto w banku - nędzarz ja - chętnie bym zrezygnował jednak z konta, gdybym mógł mieć cały bank. I gdyby mi tak ktoś klepał całe życie kotleciki, prał majty i prasował koszule... Mówią - no co za biznesmen z niego? Patrzcie jak on wygląda! - Ho, ho - dziś trudno po wyglądzie ocenić człowieka... To taki styl jest, przywiązanie; stary garnitur, rozczłapane buty, domek z zapuszczonym ogrodem, a jak nie uczeszą, będzie roczochrany, jak choćy na procesie z Wałęsą - co za intelektualna nędza rządząca się ukazała, co zabawniejsze - Prezesina się zaśmiała pogardliwie z koszulki z napisem Konstytucja na ciele nieroztropnego kiedyś Lecha, ale gdy zwrócił uwagę na to jakiś człowiek postronny, skulił się, chciał policji, i, jak kilkulatek, zaciskał oczka, by lękliwie przywołać wygodną pustkę i ciemność ... Gdy chcesz mu dać jeść, wybierze mielonego z ziemniakami i marchewką, nawet bez groszku, żeby nie było nazbyt nowocześnie i ekstrawagancko; w końcu za Gomułki mama dawała bez groszku! Bo co, miałby się bawić w jakąś głupkowatą chirurgię stołową, żeby się dobierać do mięska jakichś krewetek albo, nie daj Boże, lobsterów? No kto to widział w nadwiślańskich piachach?... Dziadowatość to nie ściema. To odrealnienie, niedbałe. Wstawisz nawet do Biedronki - będzie kosmitą z dwustuzłotowym banknotem; zostawiłbyś w środku Warszawy - zagubiłby się i nie byłby zdolny do skombinowania sobie choćby pajdy chleba ze smalcem i - daję sobie głowę uciąć - nie znalazłby noclegowni! Ale zrządzeniem losu może śnić  o milionach, o milionach nawet biznesowo dyskutować, bez żadnego trybu - wszystko na zasadzie poziomu dziecinnego pokoju, z którego chłopiec dyniogłowy, choć już po sześćdziesiątce, nigdy nie wyrósł... Szklarniowa to roślinka, choć nieduża. To wątpliwe cacuszko wyhodowaliśmy sobie przez trzydzieści lat - jedni dbali, bo mieli w tym interes, a reszta miała wszystko w dupie. I takie są efekty... Biedna, choć jakoś tam jednak zamożna, roślinka, bardzo przez los skrzywdzona, choć swego dramatu nie przepracowała, bo nie ma koło siebie ani jednego przyjaciela - są tylko interesowne szakale... Wiedz, Prezesie, że gdy ci się jesienią powinie noga, najbliższe przydupniki wbiją ci nóż w plecy! Oni będą pierwsi!

Od dawna już mówię, że jestem zarówno zawstydzony, a jednocześnie przerażony jak i perwersyjnie rozbawiony...  Słowem - tkwię w kipieli rozmaitych emocji!

Bawi się nami stare dziecko. Skrzywdzone, zakompleksione, ale i cwaniackie, kompletnie zdemoralizowane (podobny poziom demoralizacji najprędzej można by było - pomijając Sejm i Ciemogrodzką melinę {i tam, perfidna rodzina nagrała monopartyjnego [dobra szkoła robotniczej parii] marzyciela infantylnego - kasa to kasa, panie Prezesie - to nie zabawa} - znaleźć na pierwszym lepszym spacerniaku!), żyjące, jak już to wspomniałem, i jak sam Prezes uważa, poza wszelkimi trybami i na mocy cudownych koincydencji. To dziecko nawet nie liczy się ze swoimi wyznawcami, którzy dziś  nie bardzo wiedzą, co powiedzieć...

Hm - gdy byłem szczeniakim, to też w domu do niczego się nie przyznawałem. A potem mama szła na wywiadówkę do szkoły. No - kurwa mać!

Lek na całe zło? Zna ktoś? Jak wylać ten gar z nieczystościami? Jak przywrócić państwu powagę? Znów rewolucja? My to jak w tych Witkacowskich "Szewcach". Przewrót za przewrotem, i zawsze jest jakiś Puczymorda, a obok jakiś prokurator Scurvy.

Ech, a ja liczyłem na jakiś rozsądek, na dobry rejs po spokojnych wodach, na czyste powietrze, na radość, szczęście...

Ale na ruinach - jak łatwo się rujnuje - nagle kolega fajny! Tylko jakby ni w pięć, ni w dziewięć!

Biedroń. Wiosna. Bogowie! Kiedy koniec tego dziecinnego pierdolca? Się zaczęło - patrząc na rodzimy ogródek naturalnie - Prawo i Sprawiedliwość - coraz bardziej humorystyczna nazwa dla bezprawia i sprawiedliwości dla wybranych, Platforma Obywatelska - ja też jestem obywatel, a jakoś pies mnie - za przeproszeniem - jebie, bezkarnie, z drapieżną radością... (No, ratunku, pani lekarko od dinozaurów napierdalanych kamieniami przez dwa miesiące)... Emocje, emocje, emocje... Mamy jeszcze dodatkowe emocjonujące kompozycje polityczne: .Nowoczesna, Teraz!, Wiosna... Proponuję jeszcze radykalniejsze i bardziej fantastyczne twory: W Pizdu! czy Pies To Szarpał! (żeby już nie nadużywać wulgaryzmów)...

Ja cholernie lubię Roberta. Jest odważny, jest facetem sukcesu, który bez echa nie przeminie. Gej w Ciemnogrodzie - aktywista, poseł, prezydent. Biedroń ma fantastyczne cechy - lubi ludzi, mimo wszystko ich lubi, jest fantastycznym gościem, nie musi nikogo udawać... Ja się pod wszystkim podpisuję. Tylko żeby on jeszcze miał wyczucie czasu... Boję się, że Wiosna - cholera - ale mi w porę podszedł Białoszewski z wierszykiem, który przytoczyłem w notce "Jedzenie świata...", trochę poniżej - pójdzie w ponury scenariusz!

Od wielu lat w naszej polityce z bagna rozmaitych niezadowoleń wylatują takie dziwaczne jętki jednodniówki - każda inna, każda z sezonowym sukcesem - a to Samoobrona, a to Palikot, Kukiz, teraz Wiosna... Martwię się, że ta Wiosna podzieli los swych poprzedniczek... Podoba mi się ta Wiosna, tyle że wiosenne kwiatki są nazbyt wonne - kto wytrzyma na dłuższą metę bez, jaśminy czy lewkonie... One w naturze szybko więdną.

Tak, jestem złośliwcem, czasem gorzkim... "Over the Rainbow" w interpretacji absolutnie zjawiskowej Niny Hagen... Kochana Nino! - Już jakiś czas temu chciałem tu wlepić ten obrazek z jótjóba, ale nie mogłem znaleźć dobrego kontekstu... Sorry, Robert, ale Ty mi go dałeś... Potęgo sztuki - wyprzedzasz niekiedy czas, wpasowujesz się w ciekawe realia... Nina Hagen, wyborcy, w Polsce!:)

Ísland, minn draumur, mín þjáning, mín þrá...

kiljan.halldorsson

Islandia... Ale przecież może być to każdy inny ląd. Ten akurat wyszedł spod pióra Steina Steinara. To jego ląd, Islandia, bo tak zdecydował los, Islandia jego czasów, w której niełatwo było mu żyć... Landsýn. Ładne słowo, widok na ląd, z daleka, z groźnego morza... Jest taka rzeźba jakby anioła koło Strandarkirkja w Selvogur, na samym południu Islandii, trochę na zachód od Þorlákshöfn. Ponoć to postać, która uratowała życie pewnemu zagubionemu wśród fal rybakowi, dawno temu. Ten cud ma upamiętniać kościół, a właściwie kościółek, który podono ma jakieś niezwykłe moce... Tak mi to przyszło na myśl przy okazji wiersza Steina Steinara. Landsýn... Te nasze cholerne lądy, te ojczyzny... Islandia - pisze Steinn Steinarr - moje marzenie, moje cierpienie, moja tęsknota, słabość i moc zarazem. Pustkowia, rozległości i niebieszczące się dale. Popatrz - to moje miejsce, moje życie i szczęście, które zawdzięczam bliższym i dalszym ludziom. O, zmiętoszona głupoto odziana we wstyd... Mój wstyd, moje łzy, moja krew... A przecież to, co bliskie, swoje, choćby i puste, dzikie, jest najdroższe. 

Zatem do diabła z kompleksami!

...hér er minn staður, mitt líf og mitt lán...

Landsýn. Słowa Steinn Steinarr. Dobra przygoda muzyki z poezją. Trochę islandzkiego jazzu. Tómas R. Einarsson:

Oświęcimskie refleksje

kiljan.halldorsson

...jestem całkiem naga w nagim skupisku ludzi,

jeszcze przed nadaniem numeru.

Jaki strach,

skurczony

wstyd.

Bogumiła Jęcek, z wiersza Obóz.

Też sobie coś takiego wyobrażam, ja, człowiek wewnątrzsterowny, poddany wyłącznie własnej dyscyplinie! Jak bym się w czymś takim odnalazł?

***

Pozwoliłem sobie pożyczyć tytuł od profesora Antoniego Kępińskiego. Bo w Oświęcimu jestem dziś myślami, pamiętaniem.

Skrajne upodlenie, odarcie z człowieczeństwa, z intymności, którą chcemy się raczej dzielić z wybranymi... Zwykle w znacznej części pozostajemy ukryci. A tu nagle cały człowiek, obok, czasem na dłużej, gdy starczyło hartu i szczęścia. Bo każdy dzień, i każda nadzieja na następny, to skarby najpiękniejsze. Przetrwać!

Pamiętam wspomnienia pewnej kobiety, która znalazła się w pandemonium Oświęcimia. Straciła wiarę we wszystkie duchy i we wszystkich bogów. Widziała, jak ta wiara w te wszystkie mgławicowe stwory gubiła. - Uznała:- Jestem ja, moja wola, moje siły, tylko to... Zdobyła się na wolność, w absolutnym zniewoleniu! I przetrwała, by się zestarzeć, i by o tym wszystkim opowiedzieć.

To nie jest część mojego życia, ale już wspomnienie o tym przeszło na mnie. Pokoleniowo to ledwie dwa kroki. Relacje z pierwszej ręki, wytatuowanej. A dodatkowo literatura obozowa, którą kiedyś pochłaniałem łapczywie. Cholernie było to dziwne. Dramat ofiar, i upojenie władzą u oprawców, u takich samych w gruncie rzeczy ludzi, zwykłych ludzi... Groza, która jest tylko opowieścią, fascynuje, straszy i fascynuje, potrafi stać się i tematem zabaw... Też się bawiłem kiedyś w wojnę. Bywały kłopoty, gdy szło o obsadę w zabawie, bo wszyscy chłopcy chcieli być... Niemcami. Zniewalający urok zła, w ciuchach od Hugo Bossa... Pamiętam, że i mój dziadek wspominał tę szykowność bestii. Zwracał uwagę na tę przystojność zła.

W Oświęcimu bywam od czasu do czasu, bo mam tam przyjaciół, ale samo muzeum zwiedziłem tylko raz, za młodu. I to wystarczyło, bo pamiętam to wszystko bardzo dokładnie. Ogromnie byłem przejęty i jednocześnie jakoś zakłopotany, bo pomimo tego piekła przecież i ja zaistniałem... Niektórzy ocaleli! Wrócili do życia. Dając i innym życie. Kłopotliwy dar. Ale to już wszystko przecież na mocy sił, których nie sposób pytać o zdanie i którym nie bardzo zależy na czyjejkolwiek opinii.

Cisza! Taka z wykrzyknikiem! Bo takie bywają cisze! Ta ulica w Brzezince chyba nazywa się ulicą Ofiar Faszyzmu. Wzdłuż drutów, ku tej złowrogiej bramie. Zawsze jestem wstrząśnięty, ilekroć tamtędy idę. Spokój. Bo on zawsze w końcu przychodzi... Zawsze mi się tam przypomina aktorka Anna Ciepielewska, która w "Pasażerce" grała postać Marty, jak wspomina noc w Birkenau - cisza na planie, i nagle wiatr, który na drutach zaczyna wygrywać jakieś upiorne melodie. Świadomość tego, co było wtedy jeszcze tak nieodległe, ta dziwna muzyka... I ta krótka linia życia na dłoni Andrzeja Munka.

Linie życia, gwiazdy. Czy wszstko jest jakoś przewidziane, zapisane, ujęte w jakieś kody czytelne dla magików? I czemu tak, jeśli tak właśnie jest, tak, a nie inaczej? Kto zaplanował los tych ludzi, którzy trafili za druty? Kto podyktował taki sprawdzian dla siły ich ducha?

Derealizacja. Znamy to, wszyscy. Gdy na przykład orientujemy się schodząc po schodach, że pomyliliśmy się w swych rachubach - oto jeszcze jeden stopień, a my, zakoczeni, tracimy równowagę, napotykając coś, czego sie  nie spodziewaliśmy. Tam było to samo, w spotworniałej jednak postaci - selekcja, krzyki, nagłe straty, absolutna niepewność, nagość, tak wymuszona, bezradność, zaskoczenie. Piekło, koszmar, z którego jednak nie można się przebudzić!

Ale człowiek potrafi być niesłychanie silny, jak ten biblijny Józef w studni.

W "Anus mundi" Antoni Kępiński zanotował: "Byli tacy, którzy nie zdążyli wyjść z oszołomienia wywołanego nagłym przeniesieniem w piekło obozu, a już przychodził kres ich życia. Inni szli ku śmierci z fatalistycznym przeświadczeniem o nieodwracalności losu. Jeszcze inni chcieli przeżyć za wszelką cenę. A ponieważ w obozie zagłady mogli urządzić się wygodnie tylko ci, którzy innym zadawali śmierć i którzy byli panami, przeto niektórzy starali się przejąć formy swych oprawców. Byli też tacy, którzy mimo głodu, pragnienia, zimna, bólu, poniżania godności ludzkiej potrafili jakby oddalić się od swego cierpienia i nie myśleć tylko o tym, by zdobyć coś do zjedzenia, by przestało być zimno czy gorąco, by nie bolało znękane ciało. Imperatyw biologiczny jest niesłychanie silny i niemałego trzeba wysiłku woli, by nie myśleć tylko o chlebie, gdy się jest głodnym, o wodzie, gdy się chce pić, lub o bolącym miejscu, gdy boli. Wysiłek ten jednak był konieczny dla zachowania wewnętrznej swobody - wolnej przestrzeni, w której by można było swobodnie myśleć, marzyć, planować, powziąć decyzję, uwolnić się od koszmaru chwili obecnej. Jeśli w życiu obozowym, w tym anus mundi, tyle było poświęcenia, odwagi, miłości drugiego człowieka, a więc zjawisk w tych warunkach - zdawać by się mogło - zgoła niemożliwych, to właśnie dzięki tej wewnętrznej wolności".

Mój dziadek zawsze był dla mnie bohaterem. Podziwiałem go zawsze za pogodę ducha i za miłość do natury. Facet był na dnie życia, a tak je kochał. Wkurzał się, gdy na coś grymasiłem. A po latach mam czasem ochotę samego siebie skopać po tyłku, bo przecież, cholera, żyję w takich dobrych czasach, póki co...

Życie. Można by pomyśleć, że to wzrost, radość budowania, miłość - ależ to cię, człowieku, targa po flakach, gdy ci chłopak albo dziewczyna powie, że cię kocha... Tyle że to wszystko jest w czasie, i pośród szeregu zjawisk, nie zawsze przychylnych... Gdzieś mi tam z tyłu głowy błąka się Pär Lagerkvist z pewnym wierszem... Że ze śmierci powstajemy, by w śmierć powrócić, wyniszczeni przez życie... Z życiem trzeba sie mierzyć. I bywa, że trzeba do tego ogromnej siły!

Życie ma skłonność do niszczenia siebie, a najchętniej robi to, gdy może uderzyć w jakiś inny swój przejaw, w jakiś dziwny sposób nie rozpoznając się w nim.

Władza, która tak zdziczeć potrafi w bezrefleksyjnym człowieku. Oświęcim to przypomnienie o tym, co robi z człowieka słabego, przeciętnego przyzwolenie na przemoc. Nienawistne słowa prowadzą do nienawistnych czynów.

Rudolf Hoess - nie był bezczuciowym psychopatą, ani człowiekim, który wykazywał kiedykolwiek skłonności przestępcze lub tendencje sadystyczne. Był osobnikiem o bardzo przeciętnej inteligencji, skłonnym od dzieciństwa, dzięki wpływom środowiskowym, do mało krytycznego ujmowania zjawisk i do łatwego podporządkowywania sie wszelkiego rodzaju autorytetom: tego rodzaju ludzi spotykamy dość często. - Taki skrócony opis, portret psychologiczny jednego ze zbrodniarzy... Przeciętniak. I to nie jest żadne usprawiedliwienie. I to nic, że niby potem rozumiał swój błąd ten urzędnik na usługach diabła. To tylko suchy fakt, przykład tego, co z człowieka potrafi zrobić ideologia i przyzwolenie na przemoc... Nienawiść, wymyślony wróg, odczłowieczony, godny jedynie eliminacji. Zwykli ludzie: kobiety, mężczyźni, późniejsze pasażerki i pasażerowie, późniejsi i wcześniejsi zwykli ludzie, co na mocy praw przyzwalających na przemoc, odkryli w sobie diabła...  Jakże prosto było służyć Rzeszy dręcząc bezbronnych, obławiając się przy okazji. A potem, gdy minął czas przyzwolenia, gdy ledwie po kilkunastu latach padła Rzesza, co miała trwać lat tysiąc, oprawcy po prostu wrócili w koleiny dawnego życia, na stanowiska urzędników, do swoich interesów, sklepików, rzemieślniczych zakładów i stali sie dobrymi ojcami, matkami, a potem milutkimi dziadziusiami i babuniami...  Siła wyparcia, spokojne sumienie, bo przecież prawo... Ludzie tak bardzo nie dorastają, wbrew pozorom. I w tej upiornej dziecinadzie potrafią urządzić innym piekło, bez większego wahania.

W "Oświęcimskich refleksjach" Kępiński przywołuje jakże trafne słowa Zofii Nałkowskiej, które napisała w "Medalionach": - "Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż nie cała dana jest w doświadczeniu. Albo dana niejednocześnie. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach realizacji..."  Ale tamta rzeczywistość była jakby ze świata choroby psychicznej - na człowieka ruszała lawina niesamowitości i grozy. Trzeba  było nie lada siły, żeby jej podołać.

Absurdalna próba dla ludzkiego ducha, która pochłonęła tak wiele ofiar. Pozostało muzeum, najosobliwsze ze wszystkich. Bo zwykle w muzeach przechowuje się wspaniałe dzieła sztuki pozostawione przez wybitne indywidualności. Tu zaś, gdzie zniknęli zwykli zazwyczaj ludzie, pozostały zwykłe rzeczy, które z założenia nie były przeznaczone na wieczne trwanie - w normalnych warunkach trafiłyby po pewnym czasie na śmietnki, ale raptem stały się bezcennymi pamiątkami: buty, walizki, nietrwałe przecież, wytworzone na krótki czas, nie na dziesięciolecia, stulecia, nie na takie zatrzymania czasu.

Obok tego dziś pobudzone upiory. Kiedyś w jakichś niszach, dziś poważny elektorat dziada z Ciemnogrodzkiej, prawie że budowniczego wieżowców w Warszawie... Nagle moralna nędza u sterów, nieoficjalnie nawet, żeby było jeszcze smutniej i żałośniej - naziolskie hasła na ulicach stolicy, tak strasznie przecież doświadczonej przez takie właśnie nienawistne mowy i wynikłe z niej konsekwencje, i kilka dni temu tuż przy obozie w Oświęcimiu... Taki wstyd mnie ogarnia. 

Pojadę Biblią na koniec. Bo taki jestem wszechstronny, z dawnej stolicy w końcu, z wysokiej kultury, która przybyszom, wprawdzie bez zainteresowania, każe liczyć za kebaba wygórowaną cenę:

Księga Ezechiela: "Jeśli jednak ty ostrzegasz niegodziwego przed jego drogą, żeby z niej zawrócił, a on nie zawraca ze swojej drogi, to umrze w swoim przewinieniu, ty wszakże uratujesz swą duszę". Innymi słowy, jeśli cudzym grzechom nie powiesz nie, te grzechy pójdą na twoje konto...

Krzyczmy NIE!!!!. Póki czas! Póki czas!

Może coś się w końcu na dobre odmieni w tym dniu? Naszym dniu! Bo dzień jest ten sam. Bo gdy zapala się gwiazda, zapala się dzień. Wszystko, co w kosmosie lata, krągłością lubi się cechować, i krążąc tak wokół słońc, bo takie już prawo, że kręcić się trzeba, to jedną, to druga stroną obraca się ku światłu... Ruch to czas, raz, dwa, trzy, jasno, ciemno... Ale to ten sam dzień i ta sama noc... I upiory te same. Dramat zdarzył się tego dnia. Odmieńmy ten dzień. W tym roku mamy szansę. I słuchajmy, co się tego dnia zdarzyło, co zrobił kiedyś, kiedyś, a jednak tego samego dnia, pewien przybłęda...

Jedzenie świata, ócz dwa błękity i sens życia na drodze

kiljan.halldorsson

Trochę tak poszło w głowę, i to w środku dnia... Na góralską nutę, w chwili swobodnej. Wypieściłem się z kolegą wódecznością, wspominając dawne czasy... Coraz bardziej łyse łby, psy dawno padłe, rżnięcie w siatkę, w nogę, dawne, dawne czasy...  Aż mi się po wszystkim fajnie  szło... Jakiś się luz w ścięgnach pojawił... Bo ostatnio to tak trochę było za mało sportu, potem trochę za dużo, w efekcie czego ledwo się dziś ruszam... Ale wczoraj se szedłem... Ech, ty, Tetmajerze - wprawdzie nie szedłem w las, ale gdybym miał piórko, to by mi się migotało... I choć nie w las szedłem, jeno ku kwaterze swojej, gdzie na mnie karkóweczka dobra czekała, dudniła pode mną ziemia, bo energiczny ze mnie chłop. Jezdnię przeszedłem, całkiem na drugą stronę, nie wiedząc jeszcze, jak bohaterskiego w gruncie rzeczy wyczynu dokonałem, stanowiąc jednocześnie zagrożenie dla porządku w tętniącym życiem mieście, w samej stolicy zimowej Polski... Nagle ktoś mi zajeżdża drogę, pchając się na podjazd do jednego z mijanych domów. - Przepraszam pana. - Bardzo proszę! - odparłem, sądząc, że to jacyś turyści chcący zapytać o drogę. Gdy jednak podszedłem bliżej, zorientowałem się, że to po prostu nieoznakowany radiowóz, w którym siedziała całkiem oznakowana, umundurowana parka... Jezuniu - jak zerknąłem w to okienko - za kierownicą siedział tak cudny chłopiec, że aż mi się płakać zachciało... Bogowie, mnie piękno zawsze tak strasznie wzrusza... Ależ mnie chłopak obdarował spojrzeniem. Co za oczy! Jakie błękity! Jak dwie niezapominajki! - Poproszę pana o jakiś dokument - powiedzał śliczny policjant.  - O rety, ależ się we mnie wwiercał ślepkami! Nie mogłem niestety spełnić życzenia policjanta: - Bardzo mi przykro, drogi panie, ale zwykle nie noszę przy sobie dokumentów... - Jeszcze bardziej mnie prześwidrował swoimi niezapominajkami. - Może mi pan podać swój pesel? - Pesel!? Młody człowieku, ja nie pamiętam numeru swojej komórki, a co dopiero ten pesel! Kilka pierwszych cyfr - owszem - bo to data urodzenia, ale reszta zawsze była mi najzupełniej obojętna... Ale mam pewną propozycję! Niech pan posłucha - to taki delikatny kurs savoir - vivre'u - gdy ktoś chce koniecznie, bym mu się przedstawił, zwykle pyta mnie o imię, czasem też i o nazwisko. Proponuję pójść tą drogą, deklarując jednocześnie, że podołam wyzwaniu... - Ależ surowośc wystąpiła na jego służbową twarz, co mnie jednak niespecjalnie zaniepokoiło, choć zaiskrzyła we mnie myśl, że być może jestem podobny do jakiegoś poszukiwanego bandziora, co sprawi, że mój dzień stanie cię całkiem inny od poprzednich. - Wpakowałem paluch w ten jego cieplutki radiowóz, wskazując na gadżecik w jego rękach: - Śmiało... - No i znalzał mnie stróż porządku... - Proste? - Podyktował lali moje dane... Ach, wszystko tam miał, łącznie z moimi fotografiami - To ja, zawołałem, widząc na ekraniku jego zabawki swoje podobizny, aż dwie!... (Momentalnie przypomniała mi się scena z filmu "C. K. Dezerterzy" - To jest kura, panie generale!) Ha, wszystko miał, czyli nic - o, nędzo porządnego obywatela: nikt mnie w tym komputerku nie ścigał, nikt mnie nie szukał, dla Interpolu okazałem się zupełnie nieinteresujący... Aż parsknąłem śmiechem... - Coś pana bawi, panie Michale? - pojechał mi z imienia, bo elektronika wszystko mu potwierdziła. - Szczególnie ten Interpol... - Proszę pana... - Ja wiem, to są poważne rzeczy, przepraszam... Tylko niech mi pan powie, co się stało? - Przechodził pan w niedozwolonym miejscu przez jezdnię... - Ooo, a, to o to chodzi... Ma pan rację, to się stało... - I zaczął się wykład... Przybrałem poważną minę, dokładnie taką, z jaką zwykle opowiadam dowcipy... Okazało się, że stanowię zagrożenie... Rzucałem się pod samochód, dokładnie pod nieoznakowany radiowóz, który był tak daleko ode mnie, że musiałbym sie wykazać nie lada inicjatywą, by wpaść pod jego koła... Ale jednak się rzucałem, czemu nie zaprzeczałem, pomnąc, że nie warto walić kijem w klatkę z pawianami, bo to rodzić może zgiełk i głupkowate oskarżenia... O, tak, wszystko prawda - Pierwsza zasada - nie spieramy się z policjantem, gdy sprawa jest oczywista... - Naturalnie nie brakło typowych pytań: - Gdzie to się pan tak spieszy, panie Michale? - Pan Michał jest już dorosłym mężczyzną, w związku z czym ani nikt go już nie czołga, ani nikt go nie popędza. Pan Michał się nie spieszy, choć porusza się energicznie. Bo pan Michał wszystko robi szybko... - I tu się zrodziła pewna smutna refleksja:  Bo rzeczywiście, pan Michał wszystko robi szybko, jakby chciał  mieć już wszystko za sobą... - I mógłby pan mieć... - Dobry chłopak, pomyślałem sobie... - A dlaczego przeszedłem w tym miejscu? - Drugie pytanie, na które już nie bardzo umiałem odpowiedzieć. Dlaczego przeszedłem - bo w pewnym momencie naszła mnie chęć, by znaleźć się po drugiej stronie - to tłumaczy, dlaczego przeszedłem przez jezdnię. A czemu kawałek za przejściem dla pieszych? Tego się nie da wyjaśnić. Bo to jest zdarzenie z rodzaju tych, od jakich roi się w naszej codzienności. Nasze życie składa się w dużej mierze z drobnych i całkowicie niewyjaśnionych zdarzeń, przez co i całe nasze życie jest zjawiskiem trudnym do wyjaśnienia... Dlaczego, dlaczego... - Policjant miał coraz szersze oczy. Zaczął mnie na nowo pouczać, a ja towarzyszyłem mu zawołaniami typu: tak jest, ma się rozumieć, ma pan absolutną rację, bezapelacyjnie, bezwzględnie, całkiem słusznie... - I teraz wlepi mi pan mandat. - Powinienem... To jest 500 złotych. - Dużo - zauważyłem. - Za pięć stów można już planować jakiś fajny, wesoły momencik, ale proszę bardzo, bez krępacji... - Byłem bezczelny i przypuszczałem, że rąbnie mnie na wymienioną kwotę, ale tego nie zrobił... Jakoś się rozpromienił. I jedynie, naturalnie z całą powagą swojej władzy, oznajmił mi: - Panie Michale, na ten raz tylko pana pouczę... I zaczął nawijać jak dzieciakowi.... - Tak jest, tak jest. I bardzo panu dziękuję, i przepraszam, i wstydzę się bardzo za swój czyn, i poprawę obiecuję... - Pouczył mnie funkcjonariusz. Lepszy ode mnie, bo bardziej wytrzymywał ciśnienie. Może to przez lalę, kórą miał w radiowozie; on dyktował, ona pisała... Był władczy i łaskawy, ale ja się szczęśliwie nie dałem skusić, bo co chwilę - szczerze mówiąc -  miałem ochotę ślicznotkowi powiedzieć, żeby mi jednak wypisał ten cholerny mandat i się łaskawie odwalił... A on mnie pouczył, pełen dydaktycznej pasji...

Tak, ale coś z tego wynioisłem... Ta bezsensowność i niewytłumaczalność życia... Czemu tak, a nie inaczej... I cholera, czemu w ogóle... Niedocieczone sprawy, ale gdy się zerknie do Białoszewskiego, jest jakaś w tym odnotowana pociecha...

Jedzenie świata... No nie, nie, nie idzie o żadne kulinaria, choć naturalnie to dziś temat lajfstajlowo atrakcyjny (Wyglądasz, bywasz, jesz, wszyskimi zębami - jakby szczyt możliwości, lecz nie taki całkiem dostepny, mimo całej banalności zjawiska)... No, zmysłowość, wśród ludzi, których już tylko to może poruszyć: papu, obłapka, połączenia smaków - bajeczne spostrzeżenia, jakieś takie nawet poczucie bycia artystą... Tak, tak, pasjonujące rzeczy, zaskakujące wędrówki myślowe przy tych okazjach... No bo sobie wyobraźmy: Młody mężczyzna, uporczywie heteroseksualny, który, w trakcie egzotycznych peregrynacji, nagle decyduje się na fantastyczny czyn, w obecności swoich koleżanek na dodatek - bierze oto w pałeczki (bo rzecz się dzieje w Azji) kawałek prącia potwora morskiego w sosie słodko - kwaśnym, zdobywa się na odwagę, on, mężczyzna ze wschodnioeuropejskiego zaścianka, gdzie prawdziwi mężczyźni nigdy prącia w usta nie biorą, nawet skrupulatnie poćwiartowanego i poddanego obróbce termicznej... A on, w multikulturowej brawurze, decyduje się na ten szalony krok... Ma to już w ustach, koleżanki już są rozgrzane, pełne wiary w egzotyczne przesądy, a u niego staje się coś na kształt cudu, bo oto otwierają sie wrota jego wspomnień... Już to ma na zębach trzonowych, czuje ten lekki opór... Nie, nie, to nawet nie idzie o ten jego sekrecik, tę erotyczną przygodę z kolegą w klasie maturalnej - nic z tych rzeczy, myśl szybuje jeszcze dalej, o tak - równiny, równiny, toż to przecież centralna Polska, dom świętej pamięci babuni, i jedzone tam kiedyś gęsie pipki! O! Ile to się trzeba czasem najeździć, by sobie o babuni przypomnieć!... Wszędzie prawie tak samo... Naturalnie tego rodzaju odkrycia to przywilej sytej garstki... Wspaniała większość ludzkości za luksus poczytuje sobie posiadanie ledwie blachy nad paleniskiem, na której można uprażyć jakiś niechlujny placek, bez rozróżnienia, na ile w swych właściwościach jest gejowski, na ile nie, wokół której krzątają się kobiety, które z dzbanami na głowie muszą zaiwaniać po wodę przez pół dnia... A gdy się ta część ludzkości wybiera w podróż zagraniczną, to najczęściej na pontonie... Taki to świat! Który jednak dość podobnie smakuje, wszędzie...

Białoszewski... Dobrobyt, że zapomina się o wszystkim z godziny na godzinę... To Gustaw Holoubek o strarości, jak w tym filmiku w poprzedniej notce... Nie sposób dopatrzeć się sensu w życiu... Ale starość jakby znieczula... Dobrobyt zapominania... Po co, na co, co, i jak? ... Pal licho, pozostaje humor, przynajmniej taką nadzieję daje Białoszewski w jednym z  późnych tekstów:

"Lu. do mnie:

- już wiem, co w człowieku najdłużej żyje

- no co? - pytam

- poczucie dowcipu, poszła kuzynka na Anny złożyć życzenia ciotce, tamta przez rok straciła resztkę pamięci, nie poznaje nikogo, wita rodzinę jak państwo, nic z niej nie zostało, tyle że siedzi, ta jej pokazuje, ile ma na sobie swetrów, kamizelek, w cebulkę, bo zimno, tamta uśmiecha się ze zrozumeniem, "to już nie potrzeba szafy" - mówi".

Taki to kawałek pocieszający, z jedzenia świata...Słowa, słówka... małe codzienne epifanie, Chamowo, Egipt, Kicia Kocia... Z 14 tomu, niepublikowane rozproszenia... Włażę w te słowa... Góry, słowa, śnieg, policja niebieskooka... Polska... Poezja i Polska, ta Polska, co mnie tak martwi od kilku już lat...

Z poetyckich wycieczek, Białoszewski, jak wróżba jakaś:

Zima wasza.

Wiosna nasza.

Lato wspólne.

Na jesień się rozpierdólnę.

Podpisała

Polska cała

Miron Białoszewski, Świat można jeść w każdym miejscu, PIW, Warszawa 2017

Zniknienie trwa

kiljan.halldorsson

I tak to się toczy życie... Z pogrzebu na narty... Może to nic złego, ale może gdy się jest na eksponowanym stanowisku... Niby że to Kraków jakiś taki straszny, z wychowania, ale to jednak chyba tylko Pipidówka. W każdym razie Pierwszy Urzędnik wybrał się na ślizgi... Choć jaki to Pierwszy - w końcu z perspektywy żoliborskiej nory to ledwie robiący z siebie widowisko szeregowy funkcjonariusz partyjny gotowy spełniać najszaleńsze kaprysy wodza, zdolny z uroczystym zapałem podpisać nawet instrukcję obsługi pralki... Ale narciarskie zdolności przednie, przyznać to wypada! Podziwiałbym godzinami!... Ach, nie było lepiej iść na jakiś AWF, rozwinąć jeszcze bardziej swój sportowy talent, tak na medal albo dwa - wielbilibyśmy dziś bohatera, kochalibyśmy to bułeczkowate pysio - pysio, gdyby wygadywał głupoty, wszyscy, bez względu na barwy polityczne, chichotalibyśmy serdecznie, kibice powiewaliby flagami ozdobionymi z prowincjonalną dumą nazwami swych jedynych w świecie całym siedzib typu: Babi Dół, Kozie Bobki, Mierzwy Mokre etc, etc...

No ale dobrze... Życie przecież musi odzyskiwać rytm... Trochę z rytmu wybili się skoczkowie... Trochę im pokibicowaliśmy... Zaliczyli dołek, chociaż przecież w drużynówce Kubacki poleciał rekordowo, więc w sumie... Różnym po trochu przypadło przyjemności, coś dla Austrii, coś dla Norwegii, dla Japonii, dla Niemiec i też trochę dla nas... Przynajmniej nikt się sukcesem nie przeżarł!

Czas wpada w swoje dawne tory, z kolejnymi jednak brakami... Tak mi przychodzą do głowy zniknienia, na które mi zwrócił uwagę Gustaw Holoubek, przywołując słowa Kochanowskiego z Trenów... Zniknienie trwa... Zniknienie to nie zniknięcie... Zniknięcie śniegu - to jeszcze pasuje. Będzie przecież następny, za jakiś czas, taki sam... Ale takich samych ludzi już nie spotkamy, i takich samych światów... Gdy odchodzą, to czasem tęsknimy za nimi bezustannie... Zniknienie trwa.

Ten nasz czas, z tym swoim publicznym życiem, taki marny się niekiedy wydaje... Lubię, tak dla pociechy, sięgnąć w to, co tak znika i znika, szczęśliwy, że mogę sobie przypomnieć, jak z niegdysiejszą szpetotą - bo świat zawsze ma swoje szpetne strony, szpetne a nawet straszliwe przecież - kontrastowała wspaniałość...

Dwóch przyjaciół rozmowa, już staruszków. Cudowni Holoubek i Konwicki... Mowy brzydkie i mowy piękne...

Bogumiła Jęcek. Rozdziały

kiljan.halldorsson

Otulony górską zimą, bajeczną; otoczony poezją, zatopiony w sobie, dzięki tej poezji... Przygnębiony dziś ciągle tym, co się wydarzyło ostatnio... No, ale przecież trzeba jakoś dalej iść...

Żebym tylko umiał zebrać myśli, z zakwasami w mięśniach i po tęgim, gorącym rosole...

Poetko!

Bardzo się czuję zaszczycony tym drugim podarunkiem, i tym, że mam już Pani dwa tomiki z Jej autografem i serdecznym słowem!

Pamiętam, gdy do moich rąk, kilka lat temu, trafił Pani debiutancki tomik pt.: "Czarne koronki"! Byłem ogromnie zaciekawiony, przez tego naszego ulubionego norweskiego malarza... Gdy otwierałem książkę, wykonałem ruch celowy - spis treści, bo się chciałem dowiedzieć, czy jest tam coś o moim ukochanym obrazie Edvarda Muncha "Noc w St. Cloud"... Z Pani słowami poczułem się jak u siebie... Opisała pani moje myśli... Pisząc o tamtej nocy wymalowanej, i o wszystkich innych malarskich, emocjoanalnych przedstawieniach Muncha; podarowała mi Pani szczególną przygodę czytelniczą...

Ciagle i ciągle wracam do tamtych wierszy... I tak samo chyba będę wracał do wierszy z Pani drugiego tomiku...

Nie napiszę jakiejś suchej recenzji... Bo cóż tak na sucho napisać... Żem blisko dziś świata Witkacego, to jego definicję podam, poezji, że nie jest ona wyrażaniem myśli w rymach, tylko tworzeniem syntezy obrazów, dźwięków i znaczeń słów w pewnej formie... Ja bym do tego dodał - jest to mistrzowska opisowość, która tworzy kłębek, z którego myśl można wysnuć... Wspomnienia, wspólnota doświadczeń, ujęte to wszystko w dobre brzmienie...

Lubię czytać wiersze na głos... Wtedy czuć ich temperaturę...I tu temperatura jest wysoka!... Nie tak wiele słów... Uważnie dobranych słów! I w tym całe życie!

Przy drugim tomiku zdałem się na przypadek. No, może nie tak całkiem... Bo najpierw strona tytułowa... Tak trzeba, bo w końcu gdy sama autorka śle w podarunku... Z serdecznego zaprosznia skorzystałem i poszedłem w świat wierszy... Zdając się już na przypadek, bo treść miała być diametralnie inna od tej z pierwszego tomiku... Pierwsze napotkałem "Poletko", jakże treściwe, prawdziwe:

Syn kosi trawę, a mąż układa pocięte

i porąbane drewno pod okapem wiaty.

Ja wyrywam chwasty na małej skarpie.

Wydaje się nam, że jesteśmy razem.

Po lekturze innych wierszy, pomyślałem sobie, że to niezły wstęp... Mamy poczucie bycia razem. Życie to poczucia. Wiele nam się wydaje, choć każde życie, nawet tych najbliższych, ma swoje tajemnice, głębie, do których nie dotrzemy... Ale i tak w tym razem jest dość, by kochać, pielęgnować, by być czułym... Ci, co są obok, tu i teraz, ale i ci, co odeszli, wspomnienie o nich, wiedza o ich przeżyciach, co jest cegiełką tej całej wielkiej historii...Ja, oni, tamci, i ja sprzed lat, który, która też już przecież nie istnieję... Sam - bo każdy jakoś to swoje życie sam przejść musi, zmierzyć się znim, wreszcie spotkać śmierć - w cztery oczy... Ale i razem, bo jednak człowiek nigdy nie jest sam... Bo jest jednak obok innych, i składa się z innych...

Teraz i wczoraj. Drobiazgi, chwile. Dzisiejsze, przeszłe... Jest jak w życiu. Choć dziś  może nie jest tak strasznie... Sa rzeczy niepojęte - obóz, zagłada tuż obok, niezgoda, przewlekłe partyzantki, wreszcie jakieś kompromisy, co zawsze będą uwierały, po kres... Mniejsze zło, gdy już dobra nie widać...

Indywidualne dramaty... Coraz bardziej przebrzmiałe, bo przecież czas leci, choć warte pamiętania, bo to przecież nauka, płynąca z lat, gdy zatryumfowała pogarda...

Tak mi pani przypomniała, jak w dawnych czasach słuchałem dziadka opowiadającego o obozowych niesamowitościach... To wraca, tak jak w Pani tomiku - jest dziś, i nagle w to wszystko wkarada się wspomnienie o czymś niewyobrażalnym... Pamiętam szczególnie pewne lato - lipiec, zmierzch, otwarte okna na ogród - rodzinne kółko, przy lampie naftowej, by specjalnie nie zakłócać mroku... Dziadek wspominał rzeczy, które mnie, szczeniaka wtedy, skłaniały do zadawania absurdalnych pytań: Czy wtedy też trawa była zielona? A niebo niebieskie? A jak zachodziło słońce... Tak samo było... Ku mojemu zdziwieniu, ale też i przerażeniu... Był taki spokój, tylko ćmy, błyszczące oczy, pies całkiem odprężony, śpiący koło naszych nóg... Spokojne teraz, ówczesne teraz, z mej szczeniackiej epoki, pełne jednak napięcia, bo pośród wspomnieniowych niesamowitości czekaliśmy na sowę, która każdego zmierzchu przylatywała, by posiedzieć trochę na takiej pochyłej tyczce, po której piął się dorodny jasiek... Zjawiała się jak duch, niewielka, czarna sylwetka w późnowieczornej zorzy...

Ptaki. Patrzenie na ptaki... Ogromnie to lubię. Bez jakiegoś ornitologicznego zapału goniącego za rzadkościami - moje ptaki to (pomijając islandzkie ptasie szaleństwo): gawrony, wróble (ku mojemu przerażeniu coraz rzadsze w moim Krakowie - a przecież kiedyś uszy puchły od ich kłótni i awanturniczych zalotów oraz miłosnych przechwałek), gołębie, sroki, coraz bardziej miejskie sroki... Ogromnie polubiłem wiersz pt.: "Relacja" To przecież samo życie. Tak dokładnie opowiedziane! W tym krótkim opisie! Pewien lęk przed dorosłością. Trochę uzasadniony. Ta wrona, co odgania, to pewnie tato; ta, co przemyca smakołyki, to z pewnością mama, która marzy przecież, by jej pisklątko zawsze było małe i nigdy nie odleciało... Bo gdy się tak przyjrzeć dorosłej sroce w zielonościach tui... Dzieje się zło, z naszego punktu widzenia zło, którego jednak nie sposób uniknąć, nie sposób mu zapobiec, musi się dziać... Ale niech już tak będzie, w tym pięknym świecie, jednak...

Przytaczam znów słowa poetki, z nadzieją, że mi wolno: "Relacja":

Przy śmietniku rodzina wron. Młode uczą się

zdobywać pożywienie, skrzeczą i chodzą za dorosłymi,

próbują wymusić dokarmianie. Jedno z rodziców odgania,

drugie wkłada do dziobów ptasie smakołyki.

*

Widzę z okna, jak sroka dostaje się do gniazda

ptaków w czterometrowej tui. Z dziobem

w miękkich gałęziach macha skrzydłami i najwyraźniej

znajduje pożywienie; trwa to ponad chwilę.

----

Tu i teraz, wczoraj, miejsca, kiedyś straszne, stające się później placem zabaw dla dzieciaków, dla nowego życia, które jeszcze nie rozumie... Czasem to zabawy w strzelaninę i śmierć - w  końcu dziecięce zabawy to naśladowanie dorosłych...

Na tym świecie wszystko jest na chwilę: my, nasze wielkie sprawy i małe sprawki... "W odcinku". Jakie to też urocze... I też ile moich własnych wspomnień z tego wyrasta... Stara kuźnia... Mój pradziadek był kowalem (po latach, gdy obejrzałem zdjęcia z jego podobizną, odkryłem, że ten miłośnik życia i kobiet był szalenie podobny do Knuta Hamsuna!) - ważna figura w jednej z podkrakowskich wsi... Za moich czasów już była ta kuźnia uśpiona. Obok tej kuźni, w jednej z rodzinnych kolebek, wśród malw, w niebiskim domku mieszkały dwie siostry mojego dziadka, które z czasem przemieniły się w maleńkie staruszki, jak z bajki, w bajkowych wnętrzach chaty ze świętymi obrazami i rozkochanym w swoim miejscu, wdzięcznie rozgałęzionym, rozłożystym, kwitnącym na różowo oleandrem... Obie żyły sto lat i zawsze były razem... W ich domu wisiał kiedyś szafkowy zegar. Dziś tyka w moim domu, zadbany, naoliwiony, kapryśny, rozkosznie niedokładny, w zależności od aury albo wyrywający się do porzodu, albo nie nadążający za elektroniczną dokładnością... W swoim rytmie, w swych nastrojach... (Tak jak i ja, w sumie, ja, z tą moją dziadkową łyżką wojenną, wojskową, od której dawno temu urwał się widelec - resztki jakiegoś żołnierskiego niezbędnika - kiedyś nabierające jakieś wodzianki na brukwi, dziś wędrujące do mego dzioba napełnione treściwymi, pokojowymi zupami ...) Mierzył czas już tylu ludziom...

Kuźnia z wiersza została rozebrana. Wszystko gdzieś przeszło:

Siedzimy pod wiatą, na stole dwie filiżanki

i termos z kawą. Przed nami,

na wykarczowanej kiedyś ziemi, las.

Także i moje tu i teraz. Kłopotliwy (kłopotliwy, bo dziś dacyzją władz na terenie parku krajobrazowego), odziedziczony kawałek ziemi, gdzie kiedyś przylatywała sowa.Ten kawałek sąsiadował kiedyś z polem, którym zajmowała się miejscowa baba - istota z rodzaju straszydeł, przed którymi uciekają dzieci. Niestrudzona, sękata baba rwała tam chwasty, ciupała... Różne tam rośliny usiłowała uprawiać... Były buraki, był i mak nawet... To było czterdzieści lat temu... Czas porwał sękatą babę w zaświaty, czas posiał tam las... Pobliski starodrzew wypuścił trójkątną - bo taki kształt ma sąsiadujące z moją ziemią poletko - odnogę - rozsiał się brzozami, jaworami, klonami... Nikt by dziś nie uwierzył, że na miejscu tej dorodnej leśnej gęstwiny kiedyś siała baba mak...! Żyję już tak długo, by widzieć tak niesamowite zmiany... Kiedyś to było nie do uwierzenia - czas się wlókł, wszyscy żyli i wydawali się nieśmiertelni... Dostrzec, jak rośnie las?... Dziś prawie nikt nie żyje, ale jest las...

Natura, która daje stanowczy sygnał. Natura, która jednak, choć zwykle zwycięska, nie ma z nami łatwego życia, o czym i poetka wspomina: "Notatka":

Brzozowy lesek poprzeplatany sosnami,

sam się posiał na polu za domem. Równo jak od linijki.

Przecina go sieć wysokiego napięcia. Kiedy drzewa

podrosły, trzeba było kilka ściąć, w tym sosnę,

żeby uniknąć zakłóceń w dostawach.

My, i przodkowie w nas, my i nasza przeszłość, przeżyta; i przyroda... My, dziś pod niebem tak dziwnie, tak regularnie pokreślonym śladami po samolotach... W drodze dokąd? W tym wszystkim jest to pytanie, można się go tam doszukać... 

Niepowtarzalności, w detalach, ale przecież ile podobieństw. Nie tylko tu, w tej naszej doświadczonej Środkowej Europie, ale w ogóle...

Chciałbym tu jeszcze gadać i gadać, i przytaczać słowa, właściwie wszystkie, ale przecież popełniłbym wtedy przestępstwo!

Można powiedzieć, uchodząc w jakąś zwięzłość, skrótowość, że Bogumiły Jęcek "Rozdziały" to opis życia: umiejętny, uważny, pełen uczucia, dobrego uczucia... Obcowanie ze sztuką to przyjemność. I ja mam ogromną przyjemność w obcowaniu z tym tomikiem, choć w tej przyjemności są i łzy... Ale to tak jak w życiu - i radość, i płacz, i zachwyt, i tęsknoty... I jakaś ostateczna zgoda na to wszystko, co się dzieje, z jakąś wiarą w zakamarkach duszy, że wszystko ma jakiś sens...

O, bogowie drodzy, gadałbym i gadał...

Tak, mijamy, po nas bawią się dzieci, w końcu rośnie las... A my, póki jesteśmy, starajmy się chodzić na palcach... Pokochałem Panią absolutnie za to chodzenie jak najciszej, prawie na palcach, obok wygrzewających się w słońcu jaszczurek...

Starajmy się nie przeszkadzać... Uczmy się nie wadzić, nie zagarniać nazbyt wiele, szanować... Przy tej okazji Goethe mi przychodzi na myśl, ten miłośnik życia, wydobyty z pamięci człowieka kształconego:) Goethe:

Wiem, nic tu do mnie nie należy.

Nic oprócz myśli, co z więcierzy

Ducha swobodnie się wyzwala.

Nic, oprócz chwili, z której błogi

Los pośród ziemskiej mojej drogi

Szczodrze korzystać mi pozwala.

Dziękuję Pani, Pani Bogumiło! Za piękno, za naukę, za przypomnienia!... Za drobiazgi, które znaczą tak wiele, choćby za tego piątaka z rybakiem... Jeszcze pamiętam te monety w obiegu... Pierwsza, druga klasa - taki drobny codzienny rytuał - ja szedłem do szkoły, tato do pracy - dawał mi piątaka na ciastko, czasem był to rybak... W moich czasach był już dość wyjątkowy, więc trochę żal się było z nim rozstawać... Ale do dziś posiadam jedną taką monetę, na pamiątkę:)

Nie tak dawno temu usłyszałem od kogoś, że traci czas ten, kto nie czyta poezji. Czytajcie więc poezje. Także i poezje Bogumiły Jęcek!

Urocza artystyczna Łódź!... Poetycka i graficzna... Okładkę zdobi grafika Roberta Ruszczyka. Po więcej warto zajrzeć dalej: malekolory.blogspot.com

No i po poezję sięgnąć trzeba, wspaniałą, by nie marnować czasu. Poczytajcie:

Bogumiła Jęcek

"Rozdziały"

Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2018

 

I dokąd?

kiljan.halldorsson

Miałem pisać w tę piękną zimę o poezji, ale się wstrzymałem. Może do jutra, może do pojutrza... Bo jakoś nie mogę dojść do siebie po tym, co się wydarzyło w Gdańsku. Jeszcze niedawno mnie ta nasza lunatyczna rzeczywistość nieco bawiła, bo może w nieco zbyt artystycznej, że tak powiem, manierze do niej podchodziłem... Ale dziś się jakoś otrząsam...

Jestem już starym capem, więc w zasadzie nic mnie nie powinno dziwić, ale jest jedna rzecz, która potrafi mnie nieodmiennie zadziwiać, mimo upływu czasu, fakt, że na tym świecie dobro zawsze musi być ukarane, że każdy dobry uczynek, w taki czy inny sposób, spotka się z karą... A im więcej dobra, tym bardziej gniewa się zło, dostaje wręcz białej gorączki - musi zdeptać, musi spluć, obrzucić obelgami, wreszcie zabić... Nigdy tego nie potrafiłem zrozumieć... Zdaję sobie sprawę, że życie jest złe, bo przychodzą kataklizmy, bo może nadejść choroba, bo zawsze jest gdzieś czas bolesnych strat... Ale - Jezu - żeby to wszystko jeszcze potęgować?! Niepojęte!... Doszedłem kiedyś do przekonania, że zła nie można mnożyć... Mnie samego życie spluło, choć może w swym pluciu nie popadło w wielką przesadę (no, ale w końcu wszystko na miarę człowieka - zło ma swą buchalterię i wie, gdzie zaoszczędzić siły, na potem!), ale sam jakoś nie bardzo chciałem pluć na owo życie... Pozostałem bez większych złudzeń, ale z lekką nadzieją, że bagno można jakoś obejść... Żeby jakoś było znośnie... Szymborska mówiła, że życie czasami bywa znośne... I oby jak najczęściej znośne było!

Jeśli nie chcesz mnie podnieść do siebie, to mnie przynajmniej nie depcz, powiada w sztuce "Mistrz Olof" August Strindberg... Lubię to zdanie. Może być życiowym mottem... Nie rozumiesz - odejdź, nie chcesz być dobry - nie bądź, ale nie truj życia... Nie depcz!

To, co takie piękne, to, co świat podziwia, od Tokio po Nowy Jork, zostało naznaczone tym dramatem... I do tego jeszcze nadal pieniące się zło, w białej gorączce, aktywne, jak wulkan... Jurek Owsiak zrezygnował... Jest fantastyczny, emocjonalny - i z tej jego emocjonalności bierze się cały ten fenomenalny sukces WOŚP... Chciałbym jednak, żeby w swej emocjonalności teraz nieco ostygł, jeszcze wszystko przemyślał, żeby się nie poddawał, bo przecież z nim jest tylu fantastycznych ludzi... Kurde, wystarczyło pójść dziś rano po bułki, a można się było natknąć na bezlik tych czerwonych serduszek na płaszcach, kurtkach... Ciągle ich tak dużo!

Zastanawiam się, co teraz zrobić? Ten toczący nas rak rozwija się od lat... Właściwie zachorowaliśmy niemal w tym samym momencie, kiedy nam sie wydawało, że ozdrowieliśmy, 30 lat temu... Ale okazało się, że zmieniliśmy tylko jednostkę chorobową...

Nie wiem, może ja mam jakąś głupią optykę faceta, który jakoś sobie  w życiu radzi, który nigdy od żadnego państwa niczego nie chciał - może poza świętym spokojem - który zawsze grzecznie płacił podatki, faceta, którego na byle ochłap się nie weźmie, i faceta, który szuka wokół siebie fajnych ludzi, w realu, w sieci... 

Mówią, że sieć to ściek. Pewnie tak jest. Skoro każdy może w niej jakoś zaistnieć. Ale taki jest śwat - zależy, czego się w nim szuka... I w realu, i w sieci nie funkcjonuję wśród hejterów. Nie chcę nawet na to zło nienawistników patrzeć. Chociaż obserwuję efekty ich działalności...

Media... Te takie tradycyjne, obserwowane często jeszcze w pudłach, na bieliźniarce, z serwetką z kordonka... Inforozrywka - śliczni chłopcy, cudne lale - tylko konia przy tym walić, i drina jeszcze sączyć, z  limonką, parasolką, lodu kostką... Jestem ciekaw, czy w nich jest dziś jakaś refleksja... Co na to podstarzała lalka, ta miłośniczka obuwia, która w jednej z inforozrywkowych telewizyjek gadżeciarskich robi w czasie największej oglądalności chujozę w typie Jerry Springer Show? Fajnie jest, co? Ubaw po pachy, z tymi niby politykami... Tylko że to wasze gówno leci pod te strzechy!... Dużo trzeba, by pojeb, co w celi ma czas, upierdzielił sobie coś w głowie?...

Wszędzie bezmyślność. A jeszcze ta bezkarność!!!!

Pamiętam, jeszcze nie tak dawno temu niektórzy zastanawiali się, i ja z nimi sie zastanawiałem, kiedy wydarzy się jakiś prawdziwie wielki dramat... Po tym, jak białe róże stały się symbolem nienawiści; po tym, jak słowo "konstytucja" zostało zdegradowane do rzędu wulgaryzmów; po tym jak grupka odważnych kobiet została skopana po - jak się potem dowiedzieliśmy - niezbyt newralgicznych miejscach; po tym, jak zostali niektórzy politycy symbolicznie powieszeni na szubienicach; po tym jak popaliły się kukły; po tym, jak naziole pobiły jakiegoś chłopaka, co pewna pani posłanka potępiła, wyrażając jednak zrozumienie dla napastników, dając tym samym nam do zrozumienia, że napadnięty sam sobie był winien - nam dając do zrozumienia, nam - drugiemu sortowi: lewakom, pedałom, zdzirom, szmatom, zdradzieckim mordom, etc, etc... Zastanawialiśmy się, kiedy ktoś kogoś zabije...

No i zabił... Namieszało się we łbie jakiemuś gościowi... Pani Mazurek mówi że to nie polityczne!... A kto życie stracił? A?... Kosmitko!

Chciałbym słuchać, jeśli już puszczam samograja: filozofów, ekonomistów, socjologów, psychologów, pastorów, wszystkich tych, którzy władzy patrzą na ręce, nie zaś samej władzy, półmózgiej...Nie chcę tego sejmowego szlamu! Ten szlam może się wydawać fajny, lala w butkach się cieszy, ale to wszstko, kurwa, idzie do ludzi, pod te cholerne strzechy! Warto o tym pamiętać, gdy po kąpieli przed lustrem narzuca się na twarz cały ten kosmetyczny brud...

Mogę mieć głupią satysfakcję po tym, co pisałem tuż przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi... Wiedziałem, że tak będzie... I że będzie się trudno z tego wygrzebać...

Był jakiś czas temu niedorzeczny mord w Łodzi, chyba w Łodzi, jak dobrze pamiętam... I teraz ten Gdańsk... I to jeszcze po tych pięknych słowach, z ust faceta, który ten Gdańsk, piękniejący Gdańsk, tak bardzo kochał, nazywając go najwspanialszym miejscem na świecie!...

Brak wyobraźni, ciągły ten brak wyobraźni...

Co zrobić teraz, w chwili, gdy bawią sie państwem ludzie, z których część powinna mieć zakaz pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych? Z prezesem na czele, tak kompletnie już zdemoralizowanym, żeby było jasne...

Straszna lekcja... 

Co robić teraz? Może po prostu z nimi nie rozmawiać? Nie podkaładać mikrofonów pod ich wykrzywione twarze? Nie robić z nimi shows... Może to się jakoś uda przeczekać? Wyleżeć? Jak grypę?...

Pytanie: jak to wszystko odbudować? Jak przyrócić powagę najwyższemu urzędowi, jak przywrócic powagę wielu instytucjom?...

Co się z nami stało?

Czy jest w nas moc, by oddalić od siebie zło?

Z bagna trudno się wydostać... Przed nami czas decyzji...  Czy naprawdę chcemy tańczyć z czarną dziurą? Bo jak się puścimy w te tany, to po nas, żeby było jasne... Chciałbym wierzyć, że zasługujemy na coś więcej...

Póki co, jestem zdruzgotany.

Na początek

kiljan.halldorsson

 To może tak w punktach, na początek... Na zupełnie popieprzonym komputerze... Nie znoszę cudzych komputerów, a szczególnie tych, których klawiatury pełne są niespodzianek, bo tu jakoś tak dziwnie jest, że "y" jest pod "z" i trzeba się sporo naszukać, żeby znaleźć "ł"..., znalazłem w końcu... Poskarżyłem się przyjaciółce... - Misiu - mówi Ona - uruchom go jeszcze raz. - Uruchomiłem. O! Wszystko wróciło do normy, choć byłoby lepiej, gdybym pisał po angielsku, bo wtedy komputer nie podkreślałby mi na czerwono wszystkich wyrazów... Ale dobra...

1.

Toś mi, Erneście, pojechał po strunie wrażliwej, z tym "Małym Księciem", z tą odpowiedzialnością za to, co oswoiłem!:) Wobec takiego dictum, wobec też gróźb wypowiedzianych stnowczo i wobec wyrażonych nadziei, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pozostać, z wami, kochani... W końcu co to szkodzi!

2.

Doturlałem się do gór. Co za zima w tym roku, jakże wspaniała, co za piernaty, puchy, poduchy; a jeszcze błękity, a róże wieczorne, szaleństwo!... Ależ ja to lubię... Napadało mi dzisiaj na wycieczce w twarz, co przyjąłem z radością... Mam rozsądne, skandynawskie podejście do pogody - pogoda zawsze jest dobra, trzeba się tylko odpowiednio odziać  i obuć...

3.

Bogumiła Jęcek. "Rozdziały".Tonę w poezji! Dobrze, że ruszając, sprawdziłem pocztę, bo wśród rozmaitych papierów znalazłem oczkiwaną z ciekawością przesyłkę, z Łodzi, z zaproszeniem do świata wierszy wspomninej Autorki, którą już wcześniej prywatnie zapewniłem o swej wierze absolutnej, i która absolutnie mnie nie zawiodła... Dzięki temu miałem wspaniałą podróż, wielowymiarową. Czasy, przestrzenie, dziś, wczoraj... Zajmujący tomik. 

Dobrze mi się rok zaczyna. Z poezją... Uśmiechałem się do siebie, ale też i szkliły mi się oczy... Aż zwróciłem na siebie uwagę... Współpasażerka zapytała, czy mogłaby zobaczyć, co czytam... Miła podróżna znajmość z tego wynikła... Bardzo się rozgadaliśmy przy okazji... Zeszło na dawne czasy, trudne...

Wkrótce coś napiszę o "Rozdziałach", jak zbiorę myśli, jak jeszcze poczytam... Ta niewielka książka jest dla mnie prawdziwym przeżyciem... I jednocześnie odkryciem, bo dzięki niej dowiedziałem się, kto to jest Robert Ruszczyk. Zaraz uruchomiłem elektronikę, by coś więcej zobaczyć, by się więcej dowiedzieć... Bardzo mi się spodobał. I żałuję, że tylko ozdabia swoją sztuką okładkę, ozdabia grafiką będąca ilustracją do wiersza "Przegląd"... Tak czy owak otwarły mi się drzwi do nowego piękna... Słowa, obrazy, i własne wspomnienia, ożywione... Bardzo za to wszystko dziękuę!

4.

Daję się trochę porozpieszczać. Mam poezję, mam śnieg, w którym zostawiam ślady... Wkrótce zawołają mnie na podwieczorek, na jabłecznik i herbatę... Po pańsku zaraz wezmę się do przebierania!... Dobrze mi dziś, w śnieżnych zadymkach, w komfortowych rustykalnościach...

5.

Jest oczywiście i miejsce na pamiętanie... Gdyby żył, obchodziłby dziś urodziny, David Bowie... Że nie żyje, obchodzą je fani... Szalenie ważna dla mnie postać, mistrz życiowego survivalu, który nigdy życiem się nie znudził... Nie znudzić się życiem to trudna sztuka... Jak to pisał Tomasz Mann w wysoce nieprzyzwoitym a luksusowym opowiadaniu "Z rodu Wälsungów" - cała rzecz w tym, by się nie przyzwyczajać, do niczego, nawet do wszelkich powtarzalności... Mieć lat pięćdziesiąt i cieszyć się z tego, że robi się to, co się robiło, mając lat szesnaście... Oto szczęście! Tak mówił David, gdy miał lat pięćdziesiąt...

Ocalał w sumie na długie lata... No, w końcu człowiek musi jednak paść, w taki czy inny sposób... Ale temu to się i ostani akt udał... Ja jestem zachwycony... David Bowie. So divine! Bardzo lubię ten kawałek... Połowa lat siedemdziesiątych. Byłem jeszcze wtedy taki mały, jeszcze wszystkie koszmary były przede mną...

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci