Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Jeszcze trochę islandzkiej muzyki

kiljan.halldorsson

i poezji przy okazji... Maj ten należy do Steina Steinara... Steinn Steinarr i islandzka piosenka to całkiem spora historia. Ten poeta miał muzykę w swych żyłach. Inni szybko ją odkryli... Odkrywają do dziś.

Tu rzecz z 1980 roku. Z krążka z poezją Steina, zaśpiewaną uroczo... Zatem muzyka, troszkę obrazków (o, na pocztowym znaczku nawet fragment wiersza, który gdzieś tam wcześniej znalazł swoje miejsce na tym blogu:))

Mało mam ostatnio czasu, żeby coś pisać, zostawiam więc internetowych wędrowców z nutą, z Islandii... Muzyczna podróż do domu...

Robotnik

kiljan.halldorsson

Będzie to maj Steina Steinara...

Steinn - zbuntowana dusza. Z robotniczej rodziny, ze stanu, którego nie znosił... A skazany: a to na niewdzięczną robotę, a to na bezrobocie... W młodości uchodził za dziwaka, co lubił uciekać gdzieś w kąt, i co umiał odgryźć się złośliwą strofką... Chłopak z Zachodnich Fiordów... Zbratał się swego czasu z komunizującymi pisarzami, stając się pierwszym ważnym islandzkim poetą proletariackim. "Palił się czerwony płomień" to tytuł jego debiutanckiego tomu wierszy z 1934 roku, który był mocną poetycką reakcją na kryzysowe lata trzydzieste, na koszmarną nędzę robotników, bezrobocie, na głód i fatalne warunki socjalne... Reakcja pełna optymizmu; że ofiary nie pójdą na marne, że pięścią tylko można wywalczyć sobie lepszy los... Jeszcze wierzył w drzemiące siły. Choć szybko towarzysze uznali go za zdrajcę, bo niedługo potem, w kolejnych wierszach, stracił wiarę... Zbielał ten Steinn Steinarr, powiadali... Tak, zbielał, poszedł w nicości i w wodne metafory, o których później.

Teraz płomienny Steinn... Verkamaður też wszedł do pisenki islandzkiej. Swego czasu ślicznie śpiewała ten utwór swym aksamitnym głosem Bergþóra Árnadóttir. Ale bardziej podoba mi się ta najnowsza wersja, szorstka, na pozór byle jaka... Niby rzecz z odległych czasów, z innej ekonomicznej rzeczywistości, ale jakby ciągle aktualna, dla tych wszystkich, którzy w swej pracy czują się śmieciem, którego łatwo się pozbyć, o którego nikt się nie bardzo chce troszczyć... Nowa rzecz, z lutego tego roku... Brawo, chłopcy. Bardzo mi się podoba to video, i ta piosenka... Piękne rymy zacnego Steina Steinara - graficzny majstersztyk... Choć gorzka, ale i pełna nadziei treść tych słownych piękności... Obrazki dobrze ową treść ukazują... Islandia. Steinn Steinarr. Robotnik. I jego francowata dola:

Flóttinn

kiljan.halldorsson

Ég er lífið sjálft. Og þú kemst ekki undan. Ég elti þig.

Flóttinn. Ucieczka... Jak sobie tak posłuchałem i popatrzyłem, to mi się zaraz przypomniał Sigbjørn Obstfelder i jego "Bezimienny"... Jakieś nocne ubocze, park, źrenice latarni, noc, strach, cierpienie... Tylko tam było odejście... W mroku na ławce sterana kurewka... Spodobała mi się ta wizja śmierci... Kurewka wie, co i jak, wie, jak złe jest życie, i jest też uczciwa - cennik jej zawsze przyzwoity, w przeciwieństwie do cennika życiowych partnerek... Uczciwa jest też śmierć, co w końcu przychodzi, i bierze ledwie grosz, dając tę szczególną odrobinę ciepła, pociechy, czułości... Ufam, że zawsze przychodzi w porę, że w tym całym wcześniej lub później jest jakaś mądrość i ratunek przed nadmierną przesadą zła. Choć nie da się jej przywołać, to z myślą o niej poflirtować można... Zjawia się, kiedy uznaje to za stosowne, nawet wtedy, gdy strzelamy sobie w łeb...

Straszydło to życie. Co chichocze w mroku, jak w "Ucieczce" Steina Steinara. Nie śmierć jest straszna, ale to, co życie wymyśla na jej temat. Jest bezwartościowe, tworzy więc, jak opowiadał Schopenhauer, straszydła, jako takie potrzebuje przerażających strażników... Choć w końcu ustąpić musi, gdy jednak nie czas po temu, robi wszystko, by nie w śmierć kierować nasz bieg... Nie umkniesz mi, powiada Steinn Steinarr, powiada ustami samego życia, nie umkniesz mi, i ścigać cię będę...

Noc do dobry moment na zniknięcie, wycieknięcie z tego życia, z jego zgiełku, męki, lecz...

Jest noc. Idę ulicą. Cichą i bezludną. No bo jest głęboka noc. Idę szybko i pewnie... I mówię: - Widzisz? Już mnie nie ma. I nigdy nie wrócę. Nikt nie wie, gdzie jestem, gdzie moja kryjówka... Nagle słyszę kroki. Nikogo jednak nie widzę. Ale słychać wyraźnie kroki, szuranie po bruku... Co ja takiego zrobiłem?... Samo życie. W strachu muszę wiać, z powrotem, tam, skąd przyszedłem, skąd chciałem uciec, z piekła przecież...

Podoba mi się ten mrok, cmentarz w tej filmowej miniaturze, na którym raptem zjawia się życie, nagie...

Bardzo fajna miniaturka filmowa do wiersza Steina, której twórcom ogromnie dziękuję... Bardzo mi się spodobała... Steinn Steinarr i jego bliska mi poetycka nuta... Zapraszam, w noc... "Flóttinn".

Góðan dag, litla barn; gott kvöld, gamli maður

kiljan.halldorsson

Maj nastał, a z majem to mi tak często się Steinn Steinarr przypomina. W tym miesiącu minie sześćdziesiąta rocznica jego śmierci, a jesienią tego roku będzie już 110 lat od jego narodzin...

Z bied różnych wyrosły, rewolucyjnie początkowo płomienny. Potem jednak pełen zwątpień, czasem trącający o nihilizm... Trochę eksperymentujący, ceniony w swoim kraju bardzo. Czytany i słuchany, z akompaniamentem, bo z jego twórczością polubiła się muzyka, znalazła tam siebie, znalazły, muzyki, bo to i ta poważna, i ta trochę lżejsza...

Steinn Steinarr stał się istotną częścią islandzkiej piosenki. Do dziś sięga się po jego teksty.

"Barn" Dziecko. Już tu kiedyś ten wiersz wspominałem, trzy lata temu, we wpisie Zatrzymania, wiersz, co to ukazuje naszą sytuację, tyleż tragiczną, co groteskową... Jakoś zawsze jesteśmy jednak tacy sami, z dziecka wyrośli, dzieckiem będący stale, w jakimś sensie, od dzień dobry po dobry wieczór... Szczeniactwo, młodość, której pokusy szepczą na ucho czarowności, starość, którą grzecznie pozdrawiają inne dzieci... My, dzieci bawiące się na plaży, nad morzem, które przecież zawsze jest takie samo...

Trochę tu majowo może jeszcze pomuzykuję, wspominając przy okazji Steina Steinara...

Zatem już, zaczynamy: Steinn Steinarr oraz stary, kochany Ragnar Bjarnason, albo - jak wielu woli - Raggi Bjarna. Barn:

 

Dniami i nocami

kiljan.halldorsson

Pędzi ten czas. I wiruje ta ziemia, w wiosennych znów pozycjach... Jaka piękna wiosna tego roku. Taka błękitna, łagodna, wystrojona w kiecki najlepsze, promienna, uperfumowana... Aż się w głowie kręci od wonności... Kuszenie na każdym kroku... Tak, kiecka kwietna, choć pod kiecką, jak to pod kiecką - nieładne obrazki! O, ileż to trzeba otumanień, by tak w samą rzecz wstąpić!... Ale kto się tym otumanieniom nie poddaje? No, może jeden lękliwy demiurg (lękliwy demiurg - jak to brzmi - taką jednak mamy sytuację!), demiurg z Żoliborza, bo tak poza tym...

Dziwny sen w tym życiu rozkwitającym miałem wczoraj. Sen o śmierci, i to własnej. Ktoś mnie eksperymentalnie otruł, po czym miał mnie odtruć. Ale jakoś mnie nie odtruto. I zostałem sam, z własnym, bezwładnym trupem. Bo jednak jakoś żyłem, w postaci granatowego cienia. Takie w każdym razie miałem ręce, w takich oto granatowych rękach niosłem swoje nagie ciało - całkiem jeszcze do rzeczy, trochę owłosione, może z nazbyt wystającymi żebrami i zapadniętym brzuchem. Taki jakiś chrystusowy byłem, całkiem jak ta ponętna rzeźba święta zapamiętana z dzieciństwa, którą babki chustkowe w wielkanocnych skupieniach z czcią obcałowywały u wejścia do pachnących rzeżuchą podziemi, z których kiedyś wywędrowała na miejsce wiecznego spoczynku trumna z ciałem Wyspiańskiego... Chrystus umęczony, martwy, ale piękny, z nadzwyczajną miłością do męskich kształtów wyrzeźbiony! Rządek babć całował to drewniane cudo... Cóż to musiała być za orgia bakteriologiczna!... No tak - żarliwa miłość nie wymaga jednak higieny. Żarliwa miłość - wszystko jedno, w jakiej postaci - zapamiętale tarza się w brudzie!!

Sen. Wcale nie był nieprzyjemny. Jakaś ulga temu towarzyszyła, choć moje granatowe ręce dźwigały bezwładne ciało... Coś szeptało: - Nareszcie. - I obudziłem się. Z dziwnym samopoczuciem. Jakoś osobliwie swoim ciałem podniecony, a jednocześnie rozczarowany: - Więc jednak nie? (Odczytałem to jako obraz mojego lęku - umrę ostatni - zostanę któregoś dnia jak samotne drzewo na porębie!)

Ciągle żyję. Życie mija, a ja jakoś nie... Kocham się, czytam książki, piję wódkę, liczę czasem pieniądze - bo bywam czasami poważny... Ale o co biega?... Przypomina mi się pani Marta z "622 upadków Bunga" Stanisława Ignacego Witkiewicza, co to owemu Bungowi chciałaby miłośnie rozdrapać usta, która aż by się skurwić ostatecznie chciała, by znaleźć... Tylko co znaleźć? "Chciałabym czasem poznać wszystko, co może być najgorszego, i na dnie ostatnich już rzeczy znaleźć to, czego szukam". Tylko czego to się szuka? Jak się wylezie z ostatnich rzeczy, to i tak nic nie wiadomo, pani Marto... Jest może jeszcze dziwniej...

Piję, kocham, czytam... I z kotem się zagapiam... I wszystko już było... I już poeta przecież napisał... Pamiętacie, jak to Staff czekał?

Leopold Staff

"Czekam..."

Czekam na każdym miejscu i w każdej godzinie,

Wypatruję w chmur locie, w kamieniu i drzewie,

W starych księgach i w pieśni, w miłości i winie.

I szukam Bóg wie czego, bo nikt o tym nie wie.

.

Lecz dzień zawodzi w męce strawiony daremnej

I w jałowych zabiegów błędnym kołowrocie.

Może czegoś dopatrzę się wśród nocy ciemnej,

Co rozszerza księżyca sierp i oczy kocie.

Tajemnica wyspy Flatey

kiljan.halldorsson

 Bardzo to wzruszające, kiedy w posłowiu do swej sensacyjnej powieści Viktor Arnar opowiada o swych dziadkach, którym ów utwór zadedykował, o Viktorze Gudnasonie, który był kiedyś na wyspie Flatey szefem urzędu pocztowego, a także latarnikiem i organistą, i o babce - Jónínie Ólafsdóttir, co piekła torty, o których do tej pory wspominają poeci... Zwłaszcza te torty mnie ujęły, bo zawsze, gdy pomyślę o wodach zatoki Breiðafjörður, to jej brzegi kojarzą mi się z cukierniczym szaleństwem! Zadziwiła mnie kiedyś słodyczą gościnność pewnych ludzi, aż mnie nawet słodkości zmuliły i przestraszyły... Byłem wtedy, tam, nad tymi wodami, zasłodzony i w nastrojach samobójczych... Zabić się nie zabiłem, mam więc za swoje... Ale światem się cieszę, choć jego piękność to zwykłe szyderstwo! Oj, słodkości islandzkie - nie mogę pominąć też rozkosznej prostoty znad tamtejszych wód - najlepszych w świecie naleśników z serem!... No tak, ale miało być o literaturze... Życie i literatura - się to i to przeplata... O, a słodkości, pobliskie - wszak po sąsiedzku Snæfellsjökull, pod którym to przerażała wyrobami cukierniczymi panna Tora Tłuczek... To już oczywiście literatura, Halldór Laxness w nieco surrealistycznej odsłonie...

Flatey bywało dekoracją filmową, grała wyspa inne miejsca, a teraz, w książce, w nic się nie przebierała, tylko ludność jej pisarz wymyślił, splatając ją ze wspomnieniami z dzieciństwa, w sensacyjnej opowiastce, w której wyczarował dawniejszą Islandię, jakiej już dziś nie ma... Rok 1960 - czasowo blisko do "Duszpasterstwa koło Lodowca" Laxnessa. Odmienności prowincjonalnego życia, trochę niepokojące jadłospisy mieszkańców, niespieszności i sytuacje, z którymi nie bardzo radzą sobie młodzi przybysze... U Laxnessa pod lodowiec przybywa delegat biskupa z Reykjaviku, u Viktora Arnara na Flatey przypływa młody przedstawiciel prefekta z Patreksfjörður... Tu i tu chłopcy muszą zmierzyć się z niecodziennymi zdarzeniami... Choć u Viktora Arnara jest więcej mroku, jest znaleziony przypadkiem na jednej z sąsiednich wysepek mocno już popsuty trup, potem pojawia się jeszcze jeden nieboszczyk, okaleczony w sposób, o jakim przeczytać można w staroislandzkich opowieściach. Świat jest mały, Islandia jeszcze mniejsza. Trup z wysepki to - jak się okazuje - duński uczony, którego coś łączy z ojcem miejscowej lekarki, lekarkę łączy coś z kolei z zapijaczonym dziennikarzem, który też pasuje do układanki, i któremu przydarzy się coś bardzo średniowiecznego a krwawego, przedstawicielowi prefekta zaś przypomni się coś równie straszliwego i średniowiecznego... Czyżby klątwa? Straszliwe wypadki okazują się mieć dość prozaiczne rozwiązania, o czym się przekonuje czytelnik raz po raz, zaskoczony, bo zbity z radośnie chwytanych tropów. Ale o klątwie nie da się zapomnieć... Bo wokół kryminalnej zagadki unosi się tajemnica starej księgi, tajemnica, którą można było rozwiązać jedynie na miejscu, w malutkiej bibliotece - jak najbardziej autentycznej, najmniejszej i chyba najstarszej w kraju...

Flatey, Płaska Wyspa, to wyspa księgi. Chociaż oryginał dawno ją opuścił. Od niej umownie nazywa się ten literacki zabytek - Flateyjarbók - stworzony w północnej Islandii w drugiej połowie czternastego wieku, który na czas jakiś stał się własnością rodziny mieszkającej na wspomnianej wysepce. Kiedyś, dawno już temu, wizytował zachodnią Islandię biskup ze Skálholt, Brynjólfur Sveinsson, który Flateyjarbók otrzymał w darze i który w 1659 roku posłał ją dalej, do Kopenhagi, do króla Fryderyka III... Zbierano wtedy z ochotą starocie islandzkie. Była taka myśl, by ochronić te zabytki butwiejące po kątach islandzkich, ocalić przed zgubnymi wpływami klimatu dalekiej atlantyckiej wyspy. I tak to niestety bywa, że człowiek się stara, dba, a tymczasem los robi swoje - straszny pożar Kopenhagi zjadł sporo staroislandzkich zabytków... Opisał to kiedyś i Halldór Laxness w swej powieści "Dzwon Islandii"... Ale Flateyjarbók miała szczęście. Przeżyła. Zawieruchy i dwie wycieczki przez Atlantyk. Była jednym z pierwszych skarbów islandzkiej kultury, powracających z kopenhaskiego zesłania... Kraj, który nie ma imponujących zabytków, witał w 1971 roku swe księgi z niebywałą radością, jak kogoś bliskiego i utęsknionego... Cała Islandia to wyspa starej księgi...

Flateyjarbók jest nie do przecenienia. To zbiór rozmaitych tekstów: sag, opowiadań (tzw. þættir), wierszy, dla których w wielu przypadkach jest źródłem jedynym... Cudnie te stare kryminałki średniowieczne zmieszał z opowieścią kryminalną dziejącą się w połowie XX wieku Viktor Arnar Ingólfsson. Napisał on zgrabną powieść, mając w sercu wspaniałe literackie tradycje swego kraju - prostota, zwięzłość, lekki humor, co mi się zaraz z Laxnessem skojarzył... Te tradycje... Dobre sagi ciągle się piszą...

Trudno opowiadać kryminały, zachęcając do lektury... Tak, tak, są tam rzeczy straszne, a obok tego kawałek fajnej obyczajowej prozy, i wszystko w tej islandzkiej przyrodzie, gniazdującego gdzie popadnie ptactwa, nad morzem z fokami... W powolnym rytmie wyznaczanym wizytami pocztowego stateczku kursującego między Stykkishólmur i Brjánslækur... Urocza galeryjka postaci: wójt, nauczyciel, pastor, ich kobiety... Jedzenie sfermentowanych płaszczek i jaj mewy trójpalczastej... I kościelny - cała islandzka duchowość, bardzo rozbudowana, śniąca profetycznie, za pan brat z elfami... Bardzo mi się Thormodur spodobał, w swojej sfatygowanej odświętności, ze swym lękiem, wędrujący po wyspie jako taki wózkowy, co to od pięćdziesięciu lat nie oddalał się od swego maleńkiego lądu; ten kościelny od elfów miał uroczy sposób przekonywania innych, że elfy naprawdę istnieją, czego doświadczył w półprzytomności młody przedstawiciel prefekta... Thormodur musiał się w końcu ruszyć, by odwiedzić Reykjavik, a w nim psychiatrę, po tym jak martwego dziennikarza przemienił na cmentarzu w krwawego orła... Thormodur daleko się nie ruszał, ale był przecież podróżnikiem, co niejeden świat widział... Coś by o nim mógł opowiedzieć Carl Gustaw Jung... Turystyka często zapycha pustkę, zwykle nieskutecznie, pustkę niezadomowionych...

Literatura i życie. Ku uciesze czytelnika autor dodał na końcu fragmenty Sagi o jomskich wikingach, których to skrzyknąć miał kiedyś w zdyscyplinowaną drużynę Pálnatóki. Wiodło im się, ale w końcu rozbił ich Hákon z Lade. Wielu poszło na ścięcie...

Nú var leystur hinn níundi maður úr strengnum, og spyr Þorkell: "Hvað er sannast, félagi" segir hann; "hversu gott hyggur þú til að deyja?"

"Gott hygg eg til að deyja sem allir vorir félagar, þeir sem hér láta nú líf sitt. En það vilda eg að þú veittir mér að sé eigi þannveg leiddur til höggs sem saudur, heldur vil eg sitja fyrir, og vil egað þú gangir að mér framan og höggir í andlit mér, og hygg að vandlega hvort eg blöskra nokkuð við, þvíað vér höfum oft um rætt, Jómsvíkingar, hvort maður mundi nokkuð bregða sér við, ef höggid væri í andlit honum".

Dla przyjemności własnej sięgnąłem po oryginał Jómsvíkinga saga. Interesujące zdanie. Scena ścinania łbów. Kolej na dziewiątego. Thorkell sie pyta: I co, przyjemnie umierać? - O śmierci myślę dobrze, mówi dziewiąty, jak i moi towarzysze. Tylko nie prowadź mnie na śmierć jak barana. Chcę usiąść przed tobą, a ty mnie tnij w twarz, i bacz, czy w tym czasie nie drgnie..."

Zadziwia spokój jomskich wikingów. A nawet wykazują iście naukowe zainteresowanie życiem i śmiercią... Każdy i tak musi umrzeć. A skoro jest taka okazja, można zabawić się w badania - jak się utnie łeb, to czy jeszcze kołacze się jakaś świadomość, a może jakiś gest można wykonać, może zamrugam oczami... Z chłodną wyniosłością traktowali ci chłopcy śmierć... Malownicze, podbarwione bohaterstwo, bajka krew mrożąca w żyłach?... Jednak coś z życia w tym jest. Życie, tamto życie, nawet po wiekach potrafi przecież opowiadać, trzeba mieć tylko trochę szczęścia, by się natknąć na przekaz... Nie tak dawno temu, bodaj w 2009 roku, w Weymouth w trakcie robót drogowych znaleziono całą kupę szkieletów. Odkrycie było makabryczne, bowiem wszyscy ci ludze byli bez głów - głowy pochowano obok. Zatem ślad po jakiejś dawnej egzekucji. Najprawdopodobniej nagich ludzi, bo przy szkieletach nie znaleziono żadnych przedmiotów. Dzięki tej całej oszałamiającej dzisiejszej nauce, ustalono ponad wszelką wątpliwość, że zabici mężczyźni pochodzili ze Skandynawii... Być może byli to uczestnicy kolejnej fali wikińskich najazdów na Anglię. Kronika anglosaska wspomina o napadach na Southampton i Portland w początkch panowania Æthelreda. Ci goście najwyraźniej nie mieli farta - musieli wpaść w zasadzkę i zapłacili za swoją wycieczkę głową. Straszna i jakoś poruszająca historia grupy wojowniczych przyjaciół. To musiała być cała załoga jakiejś łodzi. Szkielety należały do silnych facetów, takich niebezpiecznych sportowców tamtych czasów... Jak się bliżej przyjrzano kościom, jak obejrzano ślady po cięciach, to się badacze zdumieli, bo natrafili na coś niecodziennego - wikingowie ginęli twarzą zwróceni do swego kata... Od razu pomyślano wtedy o scenach z Sagi o jomskich wikingach... Nie bali się, widać, patrzeć śmierci w oczy... Zuchwali... Ktoś pewnie na nich czekał, na ich miłowanie, kasę, opowieści... Ale zawieruszyli się na trochę stuleci, dziś odnalezieni, choć bezimienni już, ale z przekazem, co nakazuje innym okiem spojrzeć na stare opowieści, mniej przymrużonym...

No, i tak się zapędziłem z Flatey aż do hrabstwa Dorset... No, ale też Flatey tyle przechowała, dała nazwę wspaniałej księdze... Mała Flatey, z długą historią, dziś raczej takie letnisko, maluteńka biblioteka z kopią księgi, której pisarz dodał małą klątwę, ptaki, kościółek z malowidłami Katalończyka Baltasara Sampera, taty słynnego Baltasara Kormákura, ze wspomnieniem poetyckim o wypiekach babki Viktora Arnara...

Polecam gorąco książeczkę, tę mieszankę średniowiecza z XX wiekiem, fajnie napisaną, fajnie przetłumaczoną (no, gdyby jeszcze się manuskrypty nie myliły z inkunabułami, byłoby cudownie:))

A gdyby ktoś chciał zajrzeć do przechowywanego w Reykjaviku skarbu, może wejść na stronę handrit.is, a tam, w okienku Stofnun Árna Magnússonar kliknąć na numer katalogowy GKS 1005 fol., dalej zaś kliknąć w "skoða myndir"

Viktor Arnar Ingólfsson

"Tajemnica wyspy Flatey"

przekład: Jacek Godek

Wydawnictwo Helion, Gliwice 2017

Z biegiem... z leceniem do Schyzi

kiljan.halldorsson

...czas sobie leci. Z lekkim poczuciem wstrętu... Tak, tak - wszystko, co ludzkie, jest mi w zasadzie obce, zatem nie żyje mi się łatwo na tym najgorszym ze światów... No, nie da się ukryć, że dookolne kosmiczne wyjałowienie śmiertelnie opromienione jest czymś o wiele lepszym. Jest jednak jakaś pociecha, jedna jedyna rzecz w rzeczywistości niemożliwa! A co jest niemożliwe? - coś gorszego od życia. Nie ma nic gorszego, ergo gorzej być nie może...

Zdaje się, takie zmartwychwstańcze święta mieliśmy teraz... Czemu ludzie się tak tego czepiają, tego jakiegoś życia po życiu... Ja sobie takich rzeczy absolutnie nie życzę, nie chcę nigdzie spotykać żadnych nieboszczyków i nie chcę się budzić do pokrewnych koszmarów. Cała nadzieja w tym, że ta szyta na kurzą dupę zabawa skończy się kiedyś definitywnie.

Ach, bogowie, wystarczy ledwie niedbałość w zakresie osobistej higieny, by zrodziło się nieszczęście... A ja w tym brudzie chcę zachować w miarę czyste sumienie. Jakiż to błąd, to moje zainteresowanie sprawcami zła... Sprawczyni odeszła już dawno - w marcu minęło już 10 lat od śmierci matki - dawno już, ale niesmak ciągle jest... Został jeszcze kłopotliwy tato - chcę dla niego jak najlepiej, a w nagrodę dostaję wyzwiska, bluzgi... Jejku, ja wcale nie chcę, żeby ktoś mnie chwalił za cokolwiek, ale gdyby ten człowiek choć raz powiedział mi jakieś dobre słowo... Zawsze jednak były tylko drwiny, głupie uśmieszki... Cokolwiek zrobię, jest głupie, jest do dupy, zawsze złe... Po mnie to już jak po kaczce, chociaż gdzieś tam w środku jest trochę żalu...

Mówią, że jak się człowiek starzeje, to jego dusza ma coraz większą ochotę do ulatywania w daleką przeszłość, do dzieciństwa. Jeśli tak jest, jestem zgubiony, bo czeka mnie nie lada powtórkowa kąpiel w smutnym szambie...

Cichy dom teraz mamy. Najlepsze na świecie gniazdko do schowania się. Tak więc schowaliśmy się na święta w domu. Z dystyngowaną, cichą kicią, która zastąpiła nasz, wymarły już niestety, psi zwierzyniec, który był niezrównany w jazgotaniu... (Wszyscy psiarze okoliczni ciągle mnie wypytują, kiedy pojawię się z jakimś psem, a ja ciągle muszę tłumaczyć, że się zdradziecko przekwalifikowałem na kota...) Tak więc z kicią, kicią bezszelestną, osobliwie kuchenną i uspokajającą... Jak ona lubi się krzątać ze mną przy garach, albo spędzać chwile przy oknie - łasi się, wygina, mruczy, ćwierka, dotyka mojego nosa swoim noskiem... A w końcu się zagapiamy... Czuję się czasem jak ta ciotka Matylda z piosenki, co to ma rozpieszczonego kota...

Taa, byle przyjemnie to jakoś przeczekać...

W zasadzie życie mi się nie podoba, ale skoro muszę się w tej ohydzie babrać, no to tak cieszę się każdym urokliwym drobiazgiem. Ot - teraz wiosenne spotkania z krokusami, a nawet z motylem cytrynkiem... A poza tym zwiewam w dalekości, w czasy lepsze, bo odległe od osobistych doświadczeń - choć naturalnie nie ma lepszych i gorszych czasów - wszystkie są na swój sposób paskudne (no, chociaż te, w których żyć muszę teraz, i w swoim wieku, są szczególnie wstrętne, no bo już jednak nie moje to czasy - ale taki to już los - człowiek przez lwią część swego życia w nie swoich przebywać musi czasach, co naturalnie nie musi być szczególnie trudne - trzeba mieć tylko odpowiednie pieniądze na okopy!!) Dalekości mają w sobie jednak wiele podobieństw do czasowych bliskości... Wszędzie te same męczarnie, i wszędzie te same miłe drobiazgi...

Lubię wskakiwać czasem w świat listów Witkacego, szczególnie listów do żony, bo to wyjątkowa literacka pamiątka, pamiątka po wyjątkowym, acz trudnym związku... Sporo tam życiowej codzienności. W niej są też i zwierzaki, które Witkacy zawsze kochał. Psy, no i kotka Schyzia... Utrwaliły się w garstce zdań. No i też na fotografiach. Najbardziej lubię jego zdjęcie z trójką ulubionych psiaków, z Azą, Puszkiem i Ciamkiem... I podobają mi się zdania o Schyzi, zdania jednej znajomej, zaakceptowanej... Zwierzaki dużo czują i wiedzą. Nie każdy im się podoba. Nasza kicia też nie wszystkich lubi. Do niektórych gości nie podchodzi, niektórych obserwuje z wysoka, a z innymi się zaprzyjaźnia... A szczególnie upodobała sobie naszego znajomego - przyjaciela Duszka - ludzką delikatnostkę, niezwykle schludną i pachnącą - ostatnio przesiedziała przy nim cały wieczór - zakochana, z marzycielskim spojrzeniem, z jakimiś szeptankami... Duszek był zachwycony i czuł się wyróżniony... Ach, ona uwielbia facetów, którzy pachną tymi wszystkimi wodami wonnymi... A jak się to połączy z dobrym charakterem... I jak ktoś chce drapać ją za uszkiem i pod brodą...

I tak przy okazji przyszła mi na myśl Schyzia Witkacego... Edyta Gałuszkowa - Sicińska wspominała kiedyś: "Pierwsze moje poznanie z Witkacym było dość niecodzienne. Witkacy bowiem siedział wtedy w ogromnym gumowym tubie i szorował się zapamiętale szczotką do szorowania podłogi. Zapukaliśmy do drzwi i na wezwanie 'proszę wejść', zastaliśmy wyżej opisany widok. Ale było to poznanie powierzchowne, gdyż wycofałam się od razu wstydliwie i zaczekałam na werandzie, dopóki nie ukazał się Witkacy ubrany. Przyniósł mi zaraz swoją kotkę syjamską nazwaną Schizofrenią, a zdrobniale Schyzią, i czekał, jak ona mnie przyjmie. Gdy kotka zaczęła się łasić do mnie i w końcu siadła, mrucząc z zadowoleniem, na moich kolanach, orzekł, że może do mnie czuć sympatię, ponieważ zdałam egzamin przed kotką. Kotka była probierzem. Do kogo ona miała sympatię, tego Witkacy przyjmował do swego grona, kogo natomiast darzyła antypatią, do tego również jej pan odnosił się nieufnie".

Wcale mnie nie dziwi, że Duszek ucieszył się, gdy nasza kicia przyjęła go z takim przyjacielskim zainteresowaniem.

Strasznie głupio musi czuć się człowiek, gdy koty przed nim pierzchają, gdy psy nań szczekają, gdy inni to widzą... Do mnie na szczęście wszystko się łasi i merda ogonem. To mnie cieszy. Bo zwierzaki to najlepsze towarzystwo w tej naszej niedoli. I zawsze pozostawiają po sobie dobre jedynie wspomnienia.

Czasem z kotem na kolanach uśmiecham się do moich dawnych, dziecinnych wyobrażeń. Kiedyś wierzyłem, że koty nie umierają. Tak jakoś nie pasowały mi do śmierci.

Spotkać szczęśliwy dzień

kiljan.halldorsson

 To najważniejsze. Chociaż wiosna jeszcze taka niewyraźna, jeszcze się te dni nie zawsze budzą rześkie, wyspane, ale jednak śpią już coraz krócej. Słońce coraz wyżej, więc gdy dzień wiosenny nadchodzi, warto wyjść mu naprzeciw. Powiadają po horacjańsku - chwytaj dzień! Ale można też powiedzieć - pozwól, by dzień schwytał ciebie, dzień pełen radosnych obietnic... Zatem pohasajmy sobie swobodnie, mimo wszystko, w zdrowiu, jak w wierszyku wiosennym... Chociaż poeta wiosny tej już nie doczekał, bo starość okrutna nie pozwoliła iść dalej. Björn Stefán Guðmundsson odszedł dosłownie chwilę temu w Akranes. Nauczyciel, koniarz, co zaznajamiał młodych ludzi z jeździectwem, i poeta, urodzony na Skarðsströnd. Związany z gminą Dalabyggð, lubiany i znany na tamtejszej ziemi, w tamtych dolinach. Taka to już urocza cecha Islandczyków, że lubią sięgać po pióro, by pisać poezje, tak więc wyspa jest już od wieków lirycznym rogiem obfitości... No i tak przy smutnej okazji wiersz jednak pogodny, jasny... Poezja zostaje i życie trwa... Jak dzień do was wyciąga rękę, nie wahajcie się i podajcie mu swoją dłoń. Żyjcie razem z nim, swobodnie! Dobrej wiosny!!

Björn Stefán Guðmundsson

"Szczęśliwy dzień"

Z dniem się spotkałem,

co wędrował

prosto z mroków nocy -

Wcześnie był na nogach

tej wiosny

krótko spał

całkiem jak ja -

Chciałbyś pożyć ze mną

zdrów na ten czas? -

spytał się

Za moją rękę chwycił mocno

i poprowadził mnie

ku zdrowej

swobodzie

                  przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

Postimposybilizm

kiljan.halldorsson

Kiedyś żartowano, gdy pewien ważny towarzysz brał dziecię w ramiona: - A jednak dobry wujcio, mógł zabić, a przytulił, ucałował...

Na świecie dziać się potrafią rzeczy zdumiewające, zaskakujące... Przychodzą momenty, gdy łamie się bariery, by mogły zadziać się rzeczy uznawane za niemożliwe... Ale jednak w rozzuchwaleniach pojawiają się hamulce, jakieś przyzwoite opamiętania. O, my zaczęliśmy żyć w rzeczywistości takiego przełamywania barier. Ze swobodą pluje się nam w twarz i pokazuje z rechotem dupy, ale jednak... Bo przecież, biorąc pod uwagę skłonność niemal wszystkich mieszkańców dzisiejszego świecznika do robienia z siebie widowiska (ach, taki to czar interesu życia - można się dlań ośmieszyć, byle w mieszku zabrzęczało, ach - jakież to miłe w związku z tym ucieleśnienia starych dobrych żarcików Leninowskich o kucharkach na rządowych czołach!!!)), rozbestwiony władca - klusek mógł gosposi nakazać pokazanie bobra, a kazał jedynie pokazać pazurki... A uszarpałam, bo nam się należy! I co? Taaa - z pokorą pukali do bram, o skromności zapewniali, a my, niedojrzali głupcy, bramy żeśmy im otwarli, wpadli zatem oni, i dalej żreć, łupić kufry i wioski palić... A naiwniaki! A co? Dawać tu, a nie martwcie się, tyle wszystkiego, że mięsa do samej kości nie ogryziemy, damy trochę - po łyżce do michy, i na fawele wam się dorzucimy!!! Co? Gra? Dobrze jest. I my się trochę podedukowali, to wam możemy i Witkacym pocytować, wykształciuchy: - Bo dobrze jest! A kto powie, że nie, to go w mordę! - I wszystko się da, co możemy oglądać! Ni ma papiru do podciru? Jest Konstytucja - przecie się nadaje, tylko papier sobie trzeba trochę pomiętosić.  Kto chce z wyznawców łaski? Damy, jeszcze przed skazaniem. Instytucje takie z orłem... A z kopa je! I tak. I lumpa wpuścić do środka... A co się nie da nasrać - zdejmuje się pory w salonie i wali się z radosnym stękiem... I jak kulturalnie spier... wszyscy! Jak se noski zatykają, jak FU! wołają... Hehehe!... Delikutaśne toto! Se mamy mity, se mamy plany budowlane. Nie chcą dać placu, se miasto rozbierzemy - dał nam przykład ten i ów sąsiad, jak zwyciężać mamy!... Dużo już jest: krzyżyk, malownicza ruinka, taka niby antyczna, z kolumienkami... Ładna działeczka - se zrobimy ogródek i jeszcze trochę jaj bezkarnych z pogrzebu. Dorobi się schodki donikąd, dostawi się krasnala, można by jeszcze wykopać studnię, taką przykrytą betonowym grzybkiem pomalowanym w muchomorka o słusznych politycznie barwach, taką studnię z korbą i wiadrem do czerpania wody, którą by można było poświęcić godnie a uroczyście, przez co owa woda nabrałaby przedziwnych właściwości, zdolnych uleczyć lud z kurzajek czy innych liszajów i wysypek swędzących, można by było ją rozlewać w butelki i garnuszki, biorąc co łaska i przekazując: księdzu pokornemu te wszystkie pomięte i nieładne papierki, ładne zaś i błyszczące srebrno a złoto te tyci krążki biednym w potrzebie... Resztę przestrzeni można by było natomiast zmiękczyć pożytecznie. Na cóż twarda nawierzchnia! Gdy wszystko możliwe, gdy burak tryumfuje, niechże orne pole wróci w miasta przestrzeń. Kartoflisko w ziemniaczanym kraju. Ach, ziemniaczki, kartofle, grule, pyry kochane!!! Któż ich nie lubi!? Rosłyby sobie ziemniaczki, co krzaczki mają ładne i kwiatuszki wdzięczne. Młodzieżówka partyjna mogła by o nie dbać z narodowym zadęciem, pielęgnować, okopywać, zbierać stonkę, którą z pewnością zaczęłyby podrzucać wrogie siły inspirowane przez dalekie i obce stolice, wreszcie urządzać ze śpiewem wykopki.. Plon poszedłby razem ze studziennymi miedziakami do potrzebujących, a łęty jesienną porą spaliłoby się świątecznie a niepodległościowo, z okrzykiem obronnym a suwerennym, co by odstraszyć wszelkiego złego luda i nosiciela pierwotniaków oraz innych choler... Byłby to śliczny ogródek - symbol postimposybilistycznej epoki!

Wszystko jest możliwe. Twarz to dupa, tak to nie, nie to tak...

A mnie jest wstyd, choć ręki do tego nie przyłożyłem...

Pląsy z Belzebubem

kiljan.halldorsson

"A teraz, panowie Polaków, do przodu! a raczej do tyłu!"...Alfred Jarry. "Ubu Król". Drobny cytat z osobliwego przekładu, jaki opublikowała w 2015 roku Korporacja Ha!art, z przekładu - błazenady, bo dokonanego za pomocą Tłumacza Google.

Klei się to z dzisiejszymi czasami. Dziś rządzący, obojętne w jakim mówią języku, brzmią tak, jakby ich mgławicowa świadomość przeszła przez mało rozumną maszynkę tłumaczącą Google'a...

(Nawiasowo muszę zauważyć z niepokojem, zauważyć, kierując się obserwacjami dzisiejszej politycznej sceny nadwiślańskiej, że mi w życiu nie wyszło! A tak! Bo... Bo... Bo zawsze uważałem siebie za kompletnego cymbała, i zdania na swój temat nie zmieniłem do dziś, i martwi mnie od niedawna w związku z tym pewien fakt, a mianowicie taki, że na moim koncie bankowym, mimo tak doskonałych warunków, nie ma jakichś oszałamiających milionów! Nie żebym narzekał na swój finansowy los, ale jednak fakt jest faktem, i to jednak bolesnym... Nie mam milionów. Ba - nie odwiedzają mnie też wcale bezdomni, by mnie obdarowywać kosztownymi samochodami. Bardzo się czuję pokrzywdzony! Ach, jak bardzo!)

Pójdźmy dziś w cytaty... I co, historio... :) ??? Tania z ciebie dziewka, co? Miała być canzona, a jest stara śpiewka... Tak, Agnieszka Osiecka...

Cóż to za melodie! Model 68! A w porywach nawet błazenada całkiem przypominająca lata trzydzieste!

O, my, skazani zawsze na powroty. Na śpiewki stare, pośród zaklęć i kłamliwych legend... Ach, trzeba trochę bieliwa na płonące wstydem policzki. (A jednak cień wstydu(!) - proszę, proszę - aż się piórka orle stroszą gniewnie w sprzeciwach ubarwiających pogodnie... No bo może tu troszkę tych grzeszków było (i może nawet są takie - jednak marginalne, jak się swego czasu tłumaczył z prezesowych flirtów przedwyborczych owego Prezesa gondolier łysy z Zalewu Szczecińskiego), ale - nie, nie - opluwać się nie damy - sio!! Bo my tu na nieskazitelność powołani!)

Pamiętamy dobrze chyba uroczego "Egipcjanina Sinuhe". Mika Waltari w jego głowie umieścił tę trzeźwą mowę, a potem przelał na papier: "Wszystko wraca do dawnego i nic nowego nie ma pod słońcem, ani też nie zmienia się człowiek, chociaż zmienia się jego strój i słowa jego mowy przekształcają się. Dlatego też sądzę, że i w przyszłości pisanie nie będzie inne niż dotychczas, ponieważ sam człowiek się nie zmienia. Wokół kłamstwa skupiają się bowiem ludzie jak muchy przy plastrze miodu, a słowa baśniarza pachną jak kadzidło, choć siedzi on w gnoju na rogu ulicy. A od prawdy ludzie stronią."

Jaka to nasza jest ta stara śpiewka? Kto ją nuci? Gen autodestrukcji, co? Ciągły nawrót do samotności, nadętej, niezdolnej do porozumienia się z kimkolwiek. Bełkotliwa a niezrozumiała Polska! Wszyscy wokół niej wariaci - w jej pojęciu. A sama wariatka, w pląsach dążąca ku swej zgubie. Godnościowo wzdęta. Wariatka na klepisku, na ziemi niczyjej... Rozkoszująca się swymi przegranymi, a rozkochana jednak w bandyckich myślach... Ale, ale, cicho sza - na pozór śliczna i po macierzyńsku przytulna... Na trupach jednak tańcząca!

Na użytek wewnętrznej nawalanki budzimy przeszłość, bawimy się prochem, z którym nic już się nie da zrobić... Z truchłami nie idzie się w przyszłość... Życie krótkie jest. Po nim tylko sztuka zostaje, trwalsza, z mądrością, z której może warto by się było uczyć, bez rozdrapywania bezsensownego ran, bez głupich bluzgów, bez przeciwstawiania jednaj bandyterki drugą bandyterką, a z refleksją i spokojem...

Niech nam się przypomni Stanisław Wyspiański i jego "Akropolis" . Te przebudzenia wawelskie! Nie wstały tam trupy - pamiątki po wyidealizowanych wspaniałościach. Ożyły tam anioły, Muza, przyszli antyczni bohaterowie i postaci biblijne... Pouczający głos z przeszłości... Ciała to tylko proch, nie ma ich co ruszać. Ale gdy spojrzeć na kamienie i na słowa utrwalone... Bądźmy mądrzejsi i patrzmy w przyszłość, bo tam nasze życie zmierza...

Nie powstają umarli - powiada Klio. - Gdy ginie jedno życie, już drugie nowe zakwita; jak roślina jedna, gdy rozwita, upada, ziarna sieje: tak z życiem się dzieje. Umarli - nie powstaną. Ciała się skruszą w prochy. Pełne tych ciał lochy.

Wcześniej Panna porwała wawelską, nagrobną Klio w tany, wołając: Księgę rzuć!

Rzuć księgę, ujmij mnie wpół,

uściskiem weź siostrzanym,

z którym ja noc tę żyję!

Cóż tobie trudy cudze?

I cóż tobie łzy czyje?

Cóż tobie ta, co była, męka?

Próżno się dusza nęka.

---

Precz z księgą - tą myśli katownią, co zabija porywy, co serca truje!

---

Dobrze znać prawdę, pogodzić się z prawdą o przeszłości...Marzenie? By już darowć sobie powtórki...

A my nagle w tym samym bajorze, zaskakująco zaściankowi, nagle obrażeni na cały świat, cholera wie czemu... Chociaż... Spora część społeczeństwa strzeliła focha - postanowiła na złość mamie odmrozić sobie uszy - a zabawny niefart sprowadził jeszcze solidny mróz... Ale mama wzruszyła tylko ramionami i wydęła pogardliwie usta, całkiem słusznie, w swej bezkarności przecież swobodna...

Żeby to tak było, jak w tej biblijnej historii Jakubowej, co się u Wyspiańskiego w noc jedną i na Wawel przyplątała w poetyckiej fantazji:

JAKUB

(...)

Niech żywiem spolnie po bożemu,

gdy dasz twe przyzwolenie,

i jedno słowo wyrzec k' temu;

rzec, bracie:

EZAW

Przebaczenie.

JAKUB

O bracie, grzech to Kaina,

co z ojca idzie na syna

i pokolenia niewinne

w tej jednej zbrodni przeklina.

EZAW

W niepamięć zbrodnia się grąży,

uściskiem zmaże się wina.

Będę ja owo zgody chorąży,

co wielkiech krzywd zapomina.

----

Z jakichś nieczystych sumień (a właściwie z tego jednego, Ciemnogrodzkiego), i z nekrofilnych zamiłowań, w radosnym rozbudzeniu gadzich pokładów nadwiślańskich mózgów, wybiło ohydne plemienne szambo... Nurt jest mocny, pcha nas gdzieś na Wschód. Bo tacyśmy niefrasobliwi... To olewka. Nawet nie żadne oczekiwania zawiedzonych i z ducha autorytarnych - opowieści o nich miałyby sens, gdybyśmy byli po wyborach o frekwencji rzędu 70 - 80 % (w tym 60 - 70% poparcia dla towarzystwa otaczającego bohatera comiesięcznych warszawskich wampiriad). I za olewkę teraz płacimy cenę... Gdzie to się skończy? Czy zabrzmi na dobre znów nasza samotnicza stara śpiewka w nowej odsłonie? Co teraz? Zakapiorne gówienko parafaszystowskie na przekąskę?

Porwał nas Belzebub w tany... Chociaż... Jaki tam Belzebub... Trzeciorzędny diabeł. A właściwie dwa - ten toruński jakby z jakiegoś zbutwiałego młyna, drugi, z Ciemnogrodzkiej, jakby prosto z jakiejś mazowieckiej wierzby...

Mój ukochany Witkacy i jego "Sonata Belzebuba" - jakież mądre tam zdanie: "Diabeł zawsze poszukuje sposobności, aby maksimum zła wyrządzić w danym punkcie wszechświata, w którym natrafia na najmniejszy opór"...

Tu opór zgasł. A posypały się pieniądze. Ochłap dzieciorobowi. I dla diabła pakiecik banknotów w regularnych dostawach. Można się i w ornat przyodziać, i woda święcona nie pali znów tak dotkliwie... Bardziej zjadliwe są małe papryczki, a i im się daje radę - bo my przecież z aromatami obeznani, na śwatowym poziomie, a w zaścianku jednak - ach, czary, czary!!!... No - toż to przecież spełnienie tęsknot starych - komucha z klerem zdziczałym, zdiablonym ożenić!!!

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci