Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

I dokąd?

kiljan.halldorsson

Miałem pisać w tę piękną zimę o poezji, ale się wstrzymałem. Może do jutra, może do pojutrza... Bo jakoś nie mogę dojść do siebie po tym, co się wydarzyło w Gdańsku. Jeszcze niedawno mnie ta nasza lunatyczna rzeczywistość nieco bawiła, bo może w nieco zbyt artystycznej, że tak powiem, manierze do niej podchodziłem... Ale dziś się jakoś otrząsam...

Jestem już starym capem, więc w zasadzie nic mnie nie powinno dziwić, ale jest jedna rzecz, która potrafi mnie nieodmiennie zadziwiać, mimo upływu czasu, fakt, że na tym świecie dobro zawsze musi być ukarane, że każdy dobry uczynek, w taki czy inny sposób, spotka się z karą... A im więcej dobra, tym bardziej gniewa się zło, dostaje wręcz białej gorączki - musi zdeptać, musi spluć, obrzucić obelgami, wreszcie zabić... Nigdy tego nie potrafiłem zrozumieć... Zdaję sobie sprawę, że życie jest złe, bo przychodzą kataklizmy, bo może nadejść choroba, bo zawsze jest gdzieś czas bolesnych strat... Ale - Jezu - żeby to wszystko jeszcze potęgować?! Niepojęte!... Doszedłem kiedyś do przekonania, że zła nie można mnożyć... Mnie samego życie spluło, choć może w swym pluciu nie popadło w wielką przesadę (no, ale w końcu wszystko na miarę człowieka - zło ma swą buchalterię i wie, gdzie zaoszczędzić siły, na potem!), ale sam jakoś nie bardzo chciałem pluć na owo życie... Pozostałem bez większych złudzeń, ale z lekką nadzieją, że bagno można jakoś obejść... Żeby jakoś było znośnie... Szymborska mówiła, że życie czasami bywa znośne... I oby jak najczęściej znośne było!

Jeśli nie chcesz mnie podnieść do siebie, to mnie przynajmniej nie depcz, powiada w sztuce "Mistrz Olof" August Strindberg... Lubię to zdanie. Może być życiowym mottem... Nie rozumiesz - odejdź, nie chcesz być dobry - nie bądź, ale nie truj życia... Nie depcz!

To, co takie piękne, to, co świat podziwia, od Tokio po Nowy Jork, zostało naznaczone tym dramatem... I do tego jeszcze nadal pieniące się zło, w białej gorączce, aktywne, jak wulkan... Jurek Owsiak zrezygnował... Jest fantastyczny, emocjonalny - i z tej jego emocjonalności bierze się cały ten fenomenalny sukces WOŚP... Chciałbym jednak, żeby w swej emocjonalności teraz nieco ostygł, jeszcze wszystko przemyślał, żeby się nie poddawał, bo przecież z nim jest tylu fantastycznych ludzi... Kurde, wystarczyło pójść dziś rano po bułki, a można się było natknąć na bezlik tych czerwonych serduszek na płaszcach, kurtkach... Ciągle ich tak dużo!

Zastanawiam się, co teraz zrobić? Ten toczący nas rak rozwija się od lat... Właściwie zachorowaliśmy niemal w tym samym momencie, kiedy nam sie wydawało, że ozdrowieliśmy, 30 lat temu... Ale okazało się, że zmieniliśmy tylko jednostkę chorobową...

Nie wiem, może ja mam jakąś głupią optykę faceta, który jakoś sobie  w życiu radzi, który nigdy od żadnego państwa niczego nie chciał - może poza świętym spokojem - który zawsze grzecznie płacił podatki, faceta, którego na byle ochłap się nie weźmie, i faceta, który szuka wokół siebie fajnych ludzi, w realu, w sieci... 

Mówią, że sieć to ściek. Pewnie tak jest. Skoro każdy może w niej jakoś zaistnieć. Ale taki jest śwat - zależy, czego się w nim szuka... I w realu, i w sieci nie funkcjonuję wśród hejterów. Nie chcę nawet na to zło nienawistników patrzeć. Chociaż obserwuję efekty ich działalności...

Media... Te takie tradycyjne, obserwowane często jeszcze w pudłach, na bieliźniarce, z serwetką z kordonka... Inforozrywka - śliczni chłopcy, cudne lale - tylko konia przy tym walić, i drina jeszcze sączyć, z  limonką, parasolką, lodu kostką... Jestem ciekaw, czy w nich jest dziś jakaś refleksja... Co na to podstarzała lalka, ta miłośniczka obuwia, która w jednej z inforozrywkowych telewizyjek gadżeciarskich robi w czasie największej oglądalności chujozę w typie Jerry Springer Show? Fajnie jest, co? Ubaw po pachy, z tymi niby politykami... Tylko że to wasze gówno leci pod te strzechy!... Dużo trzeba, by pojeb, co w celi ma czas, upierdzielił sobie coś w głowie?...

Wszędzie bezmyślność. A jeszcze ta bezkarność!!!!

Pamiętam, jeszcze nie tak dawno temu niektórzy zastanawiali się, i ja z nimi sie zastanawiałem, kiedy wydarzy się jakiś prawdziwie wielki dramat... Po tym, jak białe róże stały się symbolem nienawiści; po tym, jak słowo "konstytucja" zostało zdegradowane do rzędu wulgaryzmów; po tym jak grupka odważnych kobiet została skopana po - jak się potem dowiedzieliśmy - niezbyt newralgicznych miejscach; po tym, jak zostali niektórzy politycy symbolicznie powieszeni na szubienicach; po tym jak popaliły się kukły; po tym, jak naziole pobiły jakiegoś chłopaka, co pewna pani posłanka potępiła, wyrażając jednak zrozumienie dla napastników, dając tym samym nam do zrozumienia, że napadnięty sam sobie był winien - nam dając do zrozumienia, nam - drugiemu sortowi: lewakom, pedałom, zdzirom, szmatom, zdradzieckim mordom, etc, etc... Zastanawialiśmy się, kiedy ktoś kogoś zabije...

No i zabił... Namieszało się we łbie jakiemuś gościowi... Pani Mazurek mówi że to nie polityczne!... A kto życie stracił? A?... Kosmitko!

Chciałbym słuchać, jeśli już puszczam samograja: filozofów, ekonomistów, socjologów, psychologów, pastorów, wszystkich tych, którzy władzy patrzą na ręce, nie zaś samej władzy, półmózgiej...Nie chcę tego sejmowego szlamu! Ten szlam może się wydawać fajny, lala w butkach się cieszy, ale to wszstko, kurwa, idzie do ludzi, pod te cholerne strzechy! Warto o tym pamiętać, gdy po kąpieli przed lustrem narzuca się na twarz cały ten kosmetyczny brud...

Mogę mieć głupią satysfakcję po tym, co pisałem tuż przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi... Wiedziałem, że tak będzie... I że będzie się trudno z tego wygrzebać...

Był jakiś czas temu niedorzeczny mord w Łodzi, chyba w Łodzi, jak dobrze pamiętam... I teraz ten Gdańsk... I to jeszcze po tych pięknych słowach, z ust faceta, który ten Gdańsk, piękniejący Gdańsk, tak bardzo kochał, nazywając go najwspanialszym miejscem na świecie!...

Brak wyobraźni, ciągły ten brak wyobraźni...

Co zrobić teraz, w chwili, gdy bawią sie państwem ludzie, z których część powinna mieć zakaz pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych? Z prezesem na czele, tak kompletnie już zdemoralizowanym, żeby było jasne...

Straszna lekcja... 

Co robić teraz? Może po prostu z nimi nie rozmawiać? Nie podkaładać mikrofonów pod ich wykrzywione twarze? Nie robić z nimi shows... Może to się jakoś uda przeczekać? Wyleżeć? Jak grypę?...

Pytanie: jak to wszystko odbudować? Jak przyrócić powagę najwyższemu urzędowi, jak przywrócic powagę wielu instytucjom?...

Co się z nami stało?

Czy jest w nas moc, by oddalić od siebie zło?

Z bagna trudno się wydostać... Przed nami czas decyzji...  Czy naprawdę chcemy tańczyć z czarną dziurą? Bo jak się puścimy w te tany, to po nas, żeby było jasne... Chciałbym wierzyć, że zasługujemy na coś więcej...

Póki co, jestem zdruzgotany.

Na początek

kiljan.halldorsson

 To może tak w punktach, na początek... Na zupełnie popieprzonym komputerze... Nie znoszę cudzych komputerów, a szczególnie tych, których klawiatury pełne są niespodzianek, bo tu jakoś tak dziwnie jest, że "y" jest pod "z" i trzeba się sporo naszukać, żeby znaleźć "ł"..., znalazłem w końcu... Poskarżyłem się przyjaciółce... - Misiu - mówi Ona - uruchom go jeszcze raz. - Uruchomiłem. O! Wszystko wróciło do normy, choć byłoby lepiej, gdybym pisał po angielsku, bo wtedy komputer nie podkreślałby mi na czerwono wszystkich wyrazów... Ale dobra...

1.

Toś mi, Erneście, pojechał po strunie wrażliwej, z tym "Małym Księciem", z tą odpowiedzialnością za to, co oswoiłem!:) Wobec takiego dictum, wobec też gróźb wypowiedzianych stnowczo i wobec wyrażonych nadziei, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pozostać, z wami, kochani... W końcu co to szkodzi!

2.

Doturlałem się do gór. Co za zima w tym roku, jakże wspaniała, co za piernaty, puchy, poduchy; a jeszcze błękity, a róże wieczorne, szaleństwo!... Ależ ja to lubię... Napadało mi dzisiaj na wycieczce w twarz, co przyjąłem z radością... Mam rozsądne, skandynawskie podejście do pogody - pogoda zawsze jest dobra, trzeba się tylko odpowiednio odziać  i obuć...

3.

Bogumiła Jęcek. "Rozdziały".Tonę w poezji! Dobrze, że ruszając, sprawdziłem pocztę, bo wśród rozmaitych papierów znalazłem oczkiwaną z ciekawością przesyłkę, z Łodzi, z zaproszeniem do świata wierszy wspomninej Autorki, którą już wcześniej prywatnie zapewniłem o swej wierze absolutnej, i która absolutnie mnie nie zawiodła... Dzięki temu miałem wspaniałą podróż, wielowymiarową. Czasy, przestrzenie, dziś, wczoraj... Zajmujący tomik. 

Dobrze mi się rok zaczyna. Z poezją... Uśmiechałem się do siebie, ale też i szkliły mi się oczy... Aż zwróciłem na siebie uwagę... Współpasażerka zapytała, czy mogłaby zobaczyć, co czytam... Miła podróżna znajmość z tego wynikła... Bardzo się rozgadaliśmy przy okazji... Zeszło na dawne czasy, trudne...

Wkrótce coś napiszę o "Rozdziałach", jak zbiorę myśli, jak jeszcze poczytam... Ta niewielka książka jest dla mnie prawdziwym przeżyciem... I jednocześnie odkryciem, bo dzięki niej dowiedziałem się, kto to jest Robert Ruszczyk. Zaraz uruchomiłem elektronikę, by coś więcej zobaczyć, by się więcej dowiedzieć... Bardzo mi się spodobał. I żałuję, że tylko ozdabia swoją sztuką okładkę, ozdabia grafiką będąca ilustracją do wiersza "Przegląd"... Tak czy owak otwarły mi się drzwi do nowego piękna... Słowa, obrazy, i własne wspomnienia, ożywione... Bardzo za to wszystko dziękuę!

4.

Daję się trochę porozpieszczać. Mam poezję, mam śnieg, w którym zostawiam ślady... Wkrótce zawołają mnie na podwieczorek, na jabłecznik i herbatę... Po pańsku zaraz wezmę się do przebierania!... Dobrze mi dziś, w śnieżnych zadymkach, w komfortowych rustykalnościach...

5.

Jest oczywiście i miejsce na pamiętanie... Gdyby żył, obchodziłby dziś urodziny, David Bowie... Że nie żyje, obchodzą je fani... Szalenie ważna dla mnie postać, mistrz życiowego survivalu, który nigdy życiem się nie znudził... Nie znudzić się życiem to trudna sztuka... Jak to pisał Tomasz Mann w wysoce nieprzyzwoitym a luksusowym opowiadaniu "Z rodu Wälsungów" - cała rzecz w tym, by się nie przyzwyczajać, do niczego, nawet do wszelkich powtarzalności... Mieć lat pięćdziesiąt i cieszyć się z tego, że robi się to, co się robiło, mając lat szesnaście... Oto szczęście! Tak mówił David, gdy miał lat pięćdziesiąt...

Ocalał w sumie na długie lata... No, w końcu człowiek musi jednak paść, w taki czy inny sposób... Ale temu to się i ostani akt udał... Ja jestem zachwycony... David Bowie. So divine! Bardzo lubię ten kawałek... Połowa lat siedemdziesiątych. Byłem jeszcze wtedy taki mały, jeszcze wszystkie koszmary były przede mną...

Na koniec

kiljan.halldorsson

Roku... Może nie bloga, chociaż... Trzeba zabić ten blog... 

Politycznie... Ja jestem pod wrażeniem. Cymbały, których można liczyć w milionach! Komu, komu, bo idę do domu! Polska zażyczyła sobie kilka lat temu, by być napadniętą przez gang Olsena! Oto i gang... Ot - taki nasz mały wkład w cały ten dom wariatów, w jaki powoli przemienia się nasz świat. Nasz gang - śmieszny, infantylny, fikuśny, rozpląsany na imprezie u geotermalnego radiobluźniercy z Torunia. Wszystko jak z upiornej kreskówki... Tylko my ze swoją groteską jesteśmy za malutcy... Musielibyśmy sobie załatwić jaką bombę atomową, żeby zwrócić na siebie uwagę, bo bez niej - wypad... Nie przyślą ni kartofli, ni ryżu, gdy nam bida w dupę zajrzy...

Opozycja skąpana w życzeniowych fantazjach, Biedroń odkrywający nagle swe kaznodziejskie talenty... W samą porę!...  Moje gratulacje...Równia pochyła o dużym spadku... Kwiczę ze śmiechu... Mogę się śmiać, bo ja swoje przeżyłem... Hi, hi... Ma rację stary, sprośny Urban - to nie czas na hazard. Ale są tacy, co twierdzą inaczej, z uporem maniaka...

Rok się kończy. Taki sobie... Już właściwie zapomniany... W końcu to już jazda na powtórkach... Ach - chciałoby się zawołać - boże, boże, ileż ty masz fantazji, gdy idzie o te obszary cząsteczkowej drobnicy, cóż to za finezyjne fizyki, ale jak to zebrać do kupy, to boże, mój ty boże - z czym do ludzi? Byle iluzjonista z najtandetniejszego cyrku jest od ciebie o niebo lepszy! Taka jest ponura prawda. Powiesz, że to jednak dzięki tobie (piszę cię z małej litery nie przez zapomnienie, ale przez to, że mnie wkurwiasz!), ale ile to się trzeba narobić wygibasów, by to życie miało jakiś smak... Choć i tak pod pozłotką tylko twój niedbały szajs...

No dobra, ale jakoś dajemy radę. Umiemy uporządkować hałas, skoordynować ruchy...

Stary już jestem, więc brnę w przeszłość... Skoro koniec roku, niech więc będzie tanecznie... Shakin' Stevens... Aż trudno coś wybrać, bo w latach osiemdziesiątych, gdy królował, robił przebój za przebojem. Pewnie, że go uwielbiałem, razem z moimi koleżankami...:)

Mm - osiołkowi w żłoby dano... Co tu wybrać... Niech będzie to, taki troszkę późniejszy Stevens: I Might...

Trzymajcie się! Szczęścia życzę. Mimo wszystko!... Ach, Ernest - pierwszą lufę wychylę za Twoje zdrowie! Jak zawsze!

Zdrowia! Dla wszystkich. I kasy!!

A teraz muzyczny ozdobnik!:

Bóg się rodzi

kiljan.halldorsson

W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno

Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;

Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,

Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,

Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada

Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.

Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,

Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;

I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie

Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie

I powietrze dokoła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,

Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,

Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,

Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów

Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów.

Nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności. Adam Mickiewicz i "Pan Tadeusz"... Jak daleko trzeba odbiec od szkoły, by to wszystko szczerze pokochać, bogowie!... Mam nadzieję, że gdy wpadnie tu jakiś patriota, co darł ryja na ulicy 11 listopada, będzie wiedział  przynajmniej, z której Księgi pochodzą te Mickiewiczowe słowa o bigosie...

A czemu bigos? A, bo tych aromatów pełen jest mój dom dziś... Mamy w tym roku na Święta gości z Norwegii (w rewanżu my spędzimy przyszłoroczną Wielkanoc w krainie fiordów), a wśród nich kuzyna, który ostatnio zadzwonił do mnie z pytaniem: - Ugotujesz mi bigosu? - Kwaśna zachcianka... Powiedziałem, że zrobię to z przyjemnością...  Nie szczędziłem niczego! Kapucha kwaszona spod Sandomierza, mięsiwa dobrze wybiegane, liść bobkowy, ziele, prawdziwków moc, i cebula, bo bez niej ni mięsiwo, ni grzyb nie istnieją, wina do tego, pieprzu, soli, i śliwek trochę wędzonych z Sądecczyzny...

Wędzone śliwki z Sądecczyzny... Jak to cudownie brzmi!... Powiedzcie sami, czy można żyć gdzieś indziej?

Kupiłem trochę tych śliwek, ale musiałem dokupić jeszcze, bośmy się z Frankiem dorwali do nich przed czasem... Franek najpierw zerknął: - Uuu, syfiaste. - Ja ci dam syfiaste!... - Gdy byłem mały, to nie lubiłem takich śliwek, ale teraz jestem przeproszony całkowicie z rozmaitymi cudami... - Powiedziałem: spróbuj... Okazały się super, w sam raz na przegrychę do telewizorka... My tak lubimy gruchnąć się do wyrka wieczorkiem, tak trochę na inforozrywkę, przed telewizorkiem, w majtkach i w skarpetkach... Paluszki, krakersy albo śliwka..(Kiedyś jeszcze towarzyszyły nam psy, które potrafiły narobić niezłego kipiszu, gdy dochodziło do kłótni o jakiś okruch...) - Nie zesramy się? - spytał Franek z niepokojem, kiedy już opróżniliśmy całą torebkę. - Nie, no to chyba działa wręcz przeciwnie - wyraziłem przypuszczenie. I chyba miałem rację, bośmy się nie posrali...

Robię wigilię na całego. Idąc w aromaty prawdziwkowe, karpiowe, wędzonkowe, igliwne... Nawet tato się dał namówić, będzie na kolacji...  Obiecałem go przywieźć, odwieźć... Nie chciał, ale mu powiedziałem, żeby nie był taki dzik... W końcu, cholera, zostali sami fajni ludzie! Fajni ludzie, kot, a nawet pies... Bo mamy od wczoraj sukę na przechowaniu... O, jak mnie dzisiaj psiary na osiedlu zobaczyły z grubą foksterierką szorstkowłosą...- No, nareszcie!! - Nic nareszcie - odpowiadałem. - Bo to tylko do Nowego Roku! --- Kumpel się zakochał, ma jakiegoś nowego faceta, no i sobie urządzili dwa tygodnie miodowe na jakichś Wyspach Hula - Gula... -  Błagam cię, mieli się nią zająć znajomi, ale coś im wypadło. - A ty masz egzotyczne ksiuty! - Wiem, w twoich oczach jestem wulgarny, tak czy owak psem ktoś się musi zająć, najlepiej ktoś zaufany... - Kumpel rozgrzany; byłoby głupio robić jakieś przeszkody... Więc przywiózł sukę, Fokę... Martwiłem się o kicię, ale niepotrzebnie, bo nasza Kryśka szybko zrobiła porządek - kilka razy rozległo się złowrogie: Ffffffffffffffffffffffffffffffffffffff, i Foka została ustawiona - można powiedzieć bez przesady, że stała się najbardziej zdyscyplinowanym członkiem, a właściwie zdyscyplinowaną członkinią, załogi!... Zresztą Foka znalazła sobie obiekt zainteresowania ciekawszy od naszej kici... Szafa w sypialni, która zasłania absurdalne okienko... Bo mamy w sypialni dwa okna - jedno jest normalne, jak bóg przykazał, a drugie, malutkie, które jest jakimś żarcikiem architekta, kiedyś zasłoniłem szafą kryjącą te nasze wszystkie fikuśności: dresiki, majciochy, i te nasze pedalskie skarpety, i wszystko, co dobre do wyrka... Na tym zasłoniętym okienku, po przeciwnej stronie, na zimnym blaszanym parapecie, znalazły sobie mieszkanie gołębie. O trzeciej godzinie lądują, jeszcze przed zmrokiem... - Gruchugruchu... Gadatliwa i ruchliwa parka.... Ktoś by pomyślał, że jak się robi ciemno, to gołębie śpią, ale to nie jest prawda. Bo one trochę śpią, a trochę nie... W nocy budzą się kilka razy, a gdy się budzą, pukają w szybę, buczą, gruchają... Gdyby ktoś nie wiedział, że za szafą w naszej sypialni jest okno, mógłby dojść do przekonania, że w naszym domu straszy!... Foka uważa naturalnie, że u nas straszy... I odpędza ducha... Jak ją zobaczyłem z przekrzywionym łbem siedzącą przed szafą, wiedziałem już, że nie pośpimy... No i nie pspaliśmy... Wrrrrrrrr, hauhauhau... I buch łapami w szafę... Wyliśmy ze śmiechu. A gołębie za szafą jak na złość miały jakąś wyjątkowo bezsenną noc... A my mieliśmy noc w hałaśliwym zoo.

Zatem święta... Bóg się rodzi... Gdy się bóg rodzi, to jest to dość kłopotliwa sytuacja, by nie powiedzieć niebezpieczna, bowiem bogowie to twory, wokół których ochoczo powstają dobrze poorganizowane grupy przestępcze, chętne dobierać się do cudzych portfeli i do cudzych dzieci (już nawet nie mówię o dobiearaniu się do dzieci w sensie czysto fizycznym - bo bardziej opłacalne jest dobieranie się do ich mózgów, by sobie zapewnić na przyszłość klientelę)... Bóg, gdyby miał zdolność do jakiejkolwiek refleksji, zapewne zastanowiłby się, czy warto się rodzić wśród ludzi... Człowiek to cwaniak... Słusznie prawił kiedyś Schopenhauer, że człowiek, który szuka źródeł utrzymania w oparciu o cudze potrzeby metafizyczne, jest zwykłym łajdakiem...  Z całym sercem mu przytakuję, bo wiem, że on zawsze żył dla filozofii, nie z, ale dla fizlozofii, żeby było jasne... Bo kto żyje z filozofii, jest taką samą świną jak kapłan, żeby było jasne, po wtóre!

Bogowie z reguły sieją zamęt... Są naszym nieszczęściem... Ale jakoś bez nich trudno. Bo przecież dają też nadzieję. I poczucie, że nie jesteśmy sami... Śnimy o tym przecież, nawet, gdy wstydzimy się do tego przyznać, bo przecież może jednak... Chcemy kochać i chcemy być kochani, i nie chcemy żyć w opuszczonym miejscu... Miejmy sympatię dla bogów, ale trzymajmy się z daleka od tych, co chcą na tych sympatiach zarabiać... Ja wiem, na świecie nie ma nic za darmo, i ci, co starają się innym wmówić, że mają jakieś wpływy w zaświatach, usiłują wmawiać wszystkim, że i tam podobne panują zwyczaje, mając w tym nie lada sukcesy, i dzięki temu pełną kiesę i sporą władzę... Bóg może być potężny na dwa sposoby. Jest bóg, co działa na pieniądze - ma swój urząd, ma swych bandytów, chętnych do podbijania słabych, chętnych do bycia ponad prawami, skorych jednak do partycypowania w tworzeniu zasad dla innych, maluczkich... Nie płaćmy im, nie ślijmy do nich swych dzieci - wtedy umrą... Ale niech nam się rodzi bóg miłości i dobroci w sercach... Bóg, co nie chce naszych pięknych słówek i pieniędzy, ale dobrych czynów...

Naiwna sztuka lepsza od modłów... Więc teraz z polskiej nuty w norweską powędruję, tak dla przeciwwagi, przy tym pachącym bigosie, mimo wszystkich pesymizmów moich... Święta idą, w klangorze dzwonków... Anioły na wysokościach śpiewają chóralnie o pokoju... Miłość się rodzi, pod dobrą, jasną gwiazdą...

Niech Wam Wszystkim pachną te Święta, w pokoju, w radości, z nadzieją na przyszłość. Szukajcie marzycielsko gwiazdki, i kochajcie się... Patrzcie sobie w oczy... I - rany boskie - idźcie w przyszłym roku na wybory! A teraz odpoczywajcie. Bo i po to są święta - byśmy się trochę wybili z monotonnego rytmu codzienności... Miła nutka dla wszystkich - z Oslo...

August Strindberg. Bajki

kiljan.halldorsson

I tak rok ucieka. W chłodzie, w ciemnościach... A na ciemności najlepsze bajki.

Przypomniałem sobie ostatnio bajkowe teksty Strindberga. Życiowe rzeczy, choć naturalnie od życia ciekawsze, bo tak to już jest z literaturą. A gdy jeszcze jest ona bajką, według której reguł wszystko musi się jakoś ładnie zakończyć, nie można się nie poddać jej urokom.

Strindberg wydaje się być człowiekiem z burzową chmurą na głowie, i w głowie. Tak się upozował, takiego siebie stworzył dla publisi. Również na zdjęciach jest chmurny, poważny... Chyba zachowała się tylko jedna fotka, na której ten wielki Szwed się uśmiecha i jest rozluźniony... Bo rozluźniony to on przecież potrafił być. Nie był taki straszny, bo potrafił się bawić, pić, żartować... Pod skorupą krył się człowiek wrażliwy, często stremowany, uprzejmy... Miły gość, który jednak potrafił siec!

Gdy pierwszy raz pojechałem do Sztokholmu, to naturalnie zaraz chciałem odwiedzić jego grób. I tę wbitą weń jego wolę ucieleśnioną w krzyżu... Ostatecznie miało być to, co widział na cmentarzu w Paryżu, o czym opowiada w sztuce "Zbrodnie i zbrodnie", krzyż z napisem O, crux! Ave spes unica!... I tak też się stało. Chociaż co do ozdoby grobu były też i inne fantazje... Zdaje się, że Strindberg wyraził kiedyś ochotę, by na grobie postawili mu ogromnego fallusa, na jego grobie, na grobie udręczonego mężczyzny, otwierającego oczy innym mężczyznom, walczącego z zafajdanym losem jedynego żywiciela robionego w trąbę.

Ale zostawmy okropności życia i gniewy...

Nigdy jakoś nie udało mi się polubić Sztokholmu, tego pięknego i ukochanego przecież miasta Augusta. Nie mam pojęcia, dlaczego, w każdym razie tylko ze względu na ducha tego pisarza potrafię tam od czasu do czasu przebywać... Bardziej zafascynowały mnie okolice, a w szczególności szkiery, które też się bardzo ze Strindbergiem kojarzą. Przyroda. Wytchnienie. Jak mi przychodzi Strindberg na myśl, to częściej jest on pogodny, właśnie pogodny, wybierający się na lato na jedną z wysepek, szczęśliwy tatusiek, z klamotami, z sadzonkami kwiatków, pomidorów, ogórków i czego tam jeszcze...

Strindberg zawsze potrafił być baśniowy, ale pod koniec życia wszedł w baśniowość jakby najmilszą. W 1903 roku stworzył tomik bajek, baśni "Sagor" trochę z myślą o swej córeczce Anne - Marie, ale też i z myślą o dorosłym czytelniku. Właściwie tak jak Andersen, który też raczej dojrzalszego czytelnika miał na względzie tworząc swoje teksty... Sam muszę przyznać, że właśnie teraz, kiedy nie mam już tak daleko do mety, z szczególną sympatią odnoszę się do bajek, baśni... Dojrzałem do nich, i daję się im porywać... 

E. T. A. Hoffmann, H. Ch. Andersen. Te klimaty są i u Strindberga... I jak na bajki przystało, wszystko dobrze się kończy, choć bywa, że końcem jest spełnienie się marzeń o śmierci albo że wszystko, co w życiu było ważne, rozsypuje się w pył... W "Sagor" August Strindberg porusza właściwie wszystkie typowe dla siebie tematy: jest udręka, jest krótkie szczęście (choć dobrze, że było, choćby takie, jako coś, przy czym zawsze potem można się ogrzać), są pułapki sławy, są pułapki małżeńskie, zatracanie swego ja w życiowej wędrówce, pragnienie śmierci, poszukiwanie prawdy o świecie... Filozof i mistyk poucza, zachęca do odwagi... Nie zawsze to, co się błyszczy, jest dobre, nie zawsze to, co wydaje się złe, takim jest w istocie. Nic nie jest biało - czarne...

Gadające ryby, ptaki o przedziwnych mocach, trolle, krasnale i ludzie, czasem w dziwacznych wędrówkach, jak w sennym marzeniu. W sztuce wszystko się może zdarzyć... Tam nie ma żadnych ograniczeń... Mówi też Strindberg o wytrwałej miłości, wplatając opowieść w historię budowy tunelu św. Gotharda, w innym miejscu streszcza historię Szwecji i innych krain nadbałtyckich, zaś w tekście o modraszku szukającym złotorostu trochę jak naukowiec, a trochę jak wiedźma rozumiejąca tajemną mowę roślin opowiedział o przyrodzie, która, na równi z historią, tak go przecież fascynowała i do której potrafił odnosić się z czułością, do niej i jej tajemnic...

Cudowny sen! Czasem bardzo niebezpieczny, w którym jednak zawsze są jakieś dobre wyjścia.

Z modraszkiem, co jest jak latający kwiatek lnu, zapraszam na wycieczkę w kolorowe fantazje...

August Strindberg

"Bajki"

Wydawnictwo ALFA - WERO, Warszawa 1995

Jónas, czas, Hviids Vinstue...

kiljan.halldorsson

(...) Przez chwilę patrzy w okno.

Migotliwy zmierzch, śnieg.

Chłód.

I można kończyć. Gdy się mówi o prawdziwym życiu, bo ono zaczyna się i kończy byle gdzie... Dowolny początek, dowolne zakończenie. Tak uważał Ingmar Bergman. Choć do urwanej opowieści w "Dobrych chęciach" dopisał wymyślony epilog - ech, te wymogi literatury...

Tak naprawdę życie lubi kończyć się byle jak, tak jak w taniej sztuce, bez pomysłu... Strzał, upadek, udar... I nie ma nawet co gadać o wieku, to jest bez znaczenia, bo często koniec nadchodzi nie w porę, nawet gdy następuje w życiu starca...

Czas. Umiemy liczyć. Sekundy, godziny... Nawet ja to potrafię, choćby i na palcach... Raz, dwa, trzy... I zmiany... Ale gdy niezmienność... Jednej chwili nawet... Tak strasznie lubię poranki letnie w Oslo. Uwielbiam budzić się w pokoju u mojego kuzyna, w Oslo, letnim świtem. Gdy mi się to przydarza, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie... Zawsze mu to mówię, a on mnie nazywa poetą, i czochra mi łeb...  Moje kochane Oslo, z którym wiąże mnie odwieczna przyjaźń, tylko ona - zero obowiązków i życiowych przykrości... Mogą sobie płynąć lata, ale każdy letni poranny spacer po Oslo jest tym samym spacerem, dla mnie... Droga przed siebie, która skończyć się musi naturalnie nad fiordem, tym Munchowym fiordem. Jestem, po prostu jestem, ani młody, ani stary... Pewna fiołkowa noc jest tuż obok, jakiś mglisty dzień takoż... Wszystko jest razem, w jednej chwili... Nie zmienia się nic, choć miasto naturalnie tętni życiem i od jakiegoś czasu robi sobie solidny lifting twarzy... Ale aura jest niezmienna... Czas, ze złymi zdarzeniami, może łatwo zniknąć... Tak sądzę, od pewnego czasu, po tym, jak kiedyś, po okropnych przejściach, znalazłem znów trochę czasu dla siebie - wylądowałem w Oslo, z tabliczką czekolady - mój stały rytuał, bo zawsze, gdy gdzieś przyjeżdżam, muszę sobie kupić coś słodkiego... Dobrze pamiętam czekoladę. Ale musiały być i łzy. Słone. Słone dobrze się łączy ze słodkim. Taka to uroda życia... Chyba zaskakiwała mnie tam wtedy ta cierpliwa obojętność świata... - No i jesteś znów! Stało się coś? Minął jakiś czas... - Cholera, jakby wcale nie minął...

Po co o tym gadam? Tak z powodu pewnego wiersza, prostego... Staram się odgadnąć, co poeta miał na myśli.

Pewne niepoddawanie się czasowi, trwanie, niezmienności. Rzeczy, do których można powrócić, nawet się przy nich odmłodzić... Niedokończone prace Michała Anioła, które czekają; pełna gotowość materiału do dalszych czarów, wszystko mogłoby się dziać dalej, a że setki lat później - cóż to ma za znaczenie!... Gabinet zmarłego pisarza przemieniony w muzeum - wszystko czeka cierpliwie na właściciela, jakby tu przed chwilą był! Tylko patrzeć, jak wróci... Czasem takie powroty się zdarzają, gdy starcza życia, gdy biologia pozwala... Mann wracający do tematu Fausta, niemal pół wieku później, w sprzyjajacych dla twórczości warunkach - coż za brutalność życia - trzeba było Hitlera i katastrofy, by mogło w pełni zakwitnąć dzieło, i by być jak ten Goethe przy okazji!... A potem jeszcze jakby nigdy nic, jakby w międzyczasie nic nie zaszło, po 44 latach powrócił do przerwanej powieści o Krullu - sztuka jako coś ekscytująco podejrzanego - jeden ze stałych problemów Manna - no i młodość i puszczanie oka do czytelników kochających inaczej... Biologia jednak już nie pozwoliła na całkowite wypełnienie pisarskiego zadania, więc wszystko pozostaje w zawieszniu, nieustającym oczekiwaniu... Mogłoby się jeszcze coś zadziać!

Można stracić rachubę, gdy mało zmian. Jak na Czarodziejskiej górze. Albo jak w koplani czy w jaskini, gdzie nie widać zmieniających się pór dnia... 

Czasowstrzymywacze... Jak Hviids Vinstue, knajpa w Kopenhadze, co się stała bohaterką wiersza... Stara knajpa, istniejąca w tym samym miejscu od 1732 roku, na rogu Lille Kongensgade i Kongens Nytorv... Hviids Vinstue við Kóngsins nýjatorg, można powiedzić z islandzka, bo to dla islandzkiej kultury ważne miejsce. Szczególnie w 19 wieku lubili ten lokal przebywający w Kopenhadze islandzcy artyści, pisarze, studenciaki. Można koło tych ważniejszych przysiąść sobie z jaką wódecznością, w kącie, pod okienkiem, pod obrazkiem z islandzkimi twórcami, w klimatycznym, dość mrocznym wnętrzu, przy stole, co pamięta wiele dłoni i łokci... Najsławniejszym bywalcem był romantyczny poeta Jónas Hallgrímsson, jeden z  budzicieli islandzkiego ducha, członek grupy Fjölnirczyków... Zarówno narodowy poeta Islandii, jak i jego koledzy z Fjölnira za długo się tej Islandii nie nabudzili, bo wszyscy szybko poumierali, ferment jednak został i poruszył głowy już bardziej praktyczne i politycznie wyrobione, tak że wreszcie, po latach wysiłków, spełnił się sen Hannesa Hafsteina i w 1918 roku, na początku grudnia, Islandia stała się wolnym krajem (więc jak i my ma 100 lat), choć jeszcze pozostającym w unii personalnej z Danią - zmiany ustrojowe, przejście na system republikański, niejako do swych korzeni, i całkowite uwolnienie się od wpływów duńskich przyszło dopiero w czasch drugiej wojny światowej... Sen się ziścił, po przejściach, bieda przemieniła się w miły i komfortowy zakątek, w swoistą przytulność na wygwizdowie... (Swoją drogą, ile to by się można było nauczyć od Skandynawów... Świetnie znają swoją historię, ale niczego im ona nie przesłania. Patrzą w przyszłość przez dobrze wyczyszczone okulary. A przecież ile by mogli mieć do siebie pretensji! Jaki charakter miała kiedyś tamtejsza polityka, widać choćby po norweskich twierdzach od Vardø po Kongsvinger i Halden... Dziś to raczej zabawkowe atrakcje... A ludzie zaczęli się sensownie dogadywać. Pielęgnując przy okazji coś, co gdzie indziej już jakby wymarło, coś niemodnego, coś co się określa mianem etyki... Jakoś się ona tak nie bardzo tam gryzie z polityką.)

Ale wróćmy do Jónasa... Wiele się zmieniło, ale na Jonasa jakby miejsce ciągle czeka... Poeta lubił sobie popić, co go niestety zgubiło. Pewnego majowego dnia spadł ze schodów i paskudnie złamał nogę. W cały ten galimatias wdało się zakażenie i poeta odjechał do wieczności mając ledwie 38 lat... Mogłoby się jeszcze wiele zadziać, można by bylo wiele jeszcze dopisać... Wyszedł. Jeszcze nie wrócił. Obrazek go przypomina. Knajpa jest. Kieliszek też się znajdzie. Jest klimat. Kto wie, może przyjdzie... Można poczekać, codziennie, po troszku.:) Jeśli tylko chcemy, ludzie umarli wcale nie muszą być martwi! Wystarczy tylko utrzymać odpowiednią aurę!

 

Árni Ibsen

"Hviids Vinstue"

czystego

trunku

kieliszek

 

na pociemniałym

wysłużonym

stole

 

ktoś

wyszedł 

na chwilę

 przełożył Kiljan Halldórsson

Imagine

kiljan.halldorsson

I stać się to kiedyś musiało! Bo wszyscy muszą umrzeć, choć mam wrażenie, że nazbyt często szczególnie szlachetnych ludzi los nam zabiera przedwcześnie, gdy są oni jeszcze w pełni sił...

Dziś rocznica, 8 grudnia... Tego dnia w 1980 roku zginął John Lennon... I dziś, przy tej nieokrągłej rocznicy, przywołam "Imagine", wykonane w hołdzie dla zmarłego przyjaciela przez Davida Bowie, w trzecią rocznicę tamtej tragicznej śmierci... 1983, "Serious Moonlight Tour" promujący "Let's Dance"...

Czasem się denerwuję, gdy słyszę tę piosenkę. Ale nie, żebym miał coś przeciwko niej samej - przeciwnie - jest ładna, marzycielska, naiwna... W końcu od tego są artyści, by marzyć... Żyjemy na planecie marzeń, śpiewał później Bowie... Artyści marzą i uczą nas marzyć!... Denerwuje mnie jednak czasem, bo stała się takim jakimś martwym paciorkiem świeckim, klepanym bezmyślnie w chwilach ponurej przygody... Gdzieś, na miejscu niedawnej jatki podyktowanej jakimś politycznym obłędem, zbierają się zabawowicze, i śpiewają, w czasie tak między latte a duszonymi wąparsjami podawanymi z toskańskimi kartofelkami podsmażanymi na miksie osobliwych masełek, tak osobliwych, że aż się można nawet w swym światowym obyciu zarumienić... Pamiętam, że dra Tomasza Kowalczuka to wkurza. I mnie takoż!... Tak jak mnie wkurzyły i te protesty świeczkowe w Warszawie... Polska, jakby taka na dobrej drodze, jednak, w tym całym eksperymencie polityczno - ekonomicznym, gdzieś już wychodząca na prostą, przynajmniej w moim pełnym nadziei mniemaniu - a tu nagle obojętność, foch, zjebka, zlewka, w efekcie jakaś mafijna szemranina u władzy, z katobluźniercami przewracająca wszystko z jakąś infantylną radością, traktująca wszystkich jak idiotów... I nagle świeczki, jojczenia, o jej, a co to?, a Konstytucja, a praworządność... I nagle "Imagine"... Rany, jak ja to usłyszałem, to miałem ochotę uciekać, biec tak jak Edward Sztyc z komedii "Vabank II, czyli riposta", który się zorientował, że za sporą kasę nie załatwił sobie ucieczki do Szwajcarii, tylko wycieczkę do Zegrza:- Nieee, nieee! Kto to zrobił? Kto to zrobił?!!

Piosenki są urocze. Ale z magicznym myśleniem to sobie lepiej dać spokój... A jak marzyć, to spoko, tylko potem trzeba się brać za robotę, i chodzić na wybory...

Hm, nie przypuszczałem, że w swym życiu napotkam jeszcze czasy podobne do roku 89... Teraz 19 rok przed nami, równie decydujący... Przepaść czy ekscytujące, acz wymagające odpowiedzialności granie? Świeczkowi śpiewacy podsądowi! No?

Dobra, ale już dość złośliwości... Teraz niech będzie muzyka. Z pamięcią o Johnie Lennonie. I o Davidzie... Obaj już należą do przeszłości... Bohaterowie mojej bajki w dużej mierze już w Niebie... Czuję taki zimny dreszcz na plecach. Starość już blisko... Tęsknię, panie Bowie, tęsknię...

Ratunkowe koko

kiljan.halldorsson

Masz rację, Zosiu - to cudowna rzecz - kokaina. Taką mam jasność w mózgu i nic mnie już nie obchodzi. Panowie zostaną na kolacji - nieprawdaż? Mamo: zażyj tego - to nadzwyczajne! Wszystko się zmienia. To nie to, co twoja wstrętna morfina i alkohol.

To naturalnie Witkacy. Jedna z kwestii Leona w sztuce "Matka".

Ale się gdzieś tam ktoś drapie po głowie, i klnie zapewne soczyście, myśląc przy okazji, kogo skrócić o głowę. Tyle koko poszło się jebać! Kto pomieszał te pudła z bananami? Za tyle milionów... Jak psu w dupę!... Poszło wszystko w ręce wykładowców i wykładowczyń, bynajmniej nie z uniwersytetu... Taki towar w spożywczakach poczciwych, w kraju nad Wisłą! Ktoś się ładnie postarał, pozaklejał...

Koko całkiem zawrócić w głowie może, choć sam na ten temat zdania nie mam, bo z twardymi narkotykami nigdy się nie bawiłem, mimo okazji... Ledwie przygoda z gandzią, sto lat temu, bez zachwytów. (Dziś, jeśli wdycham coś treściwszego, to krakowski albo zakopiański smog, a z palonych rzeczy mam w domu tylko ziarna kawy...)

Koko jednak jest kuszące, pobudzające, ale też i zobojętniające, o czym dzisiejsza władza powinna pomyśleć. Znaleziska w bananach u półek w spożywczakach, dodatkowo jeszcze, przypuszczam, znaleziska w portach: morskich i lotniczych... Zebrać to wszystko do worów, potem podzielić do rureczek w specjalnie powołanym do tego ministerstwie wielce poważnym... Kokaina, kokaina - zerknijmy znowu do "Matki" Stanisława Ignacego Witkiewicza; Zofia Plejtus taka jest szczęśliwa: Ja zażyłam dziś pierwszy raz kokainy. Wszystkie prostytutki to robią. Czemu nie mam i ja? Mówię wszystko, idę, gdzie chcę, pływam ponad życiem, nic mnie nie obchodzi. Jestem ulicznica! Rozumiecie? (...) Jakże cudownie się czuję, jak lekko, i jak dziwna harmonia panuje we wszechświecie, mimo że wszystko razem jest świństwo! Jakie piękne jest wszystko! Ludzie są jak najcudowniejsze wspomnienia o nich samych, a żyją, są rzeczywiści.

A gdy tytułowa Matka pociągnęła nosem, to też przed samą śmiercią poczuła się fajniej: Wiesz, Leon, że ja zupełnie jestem przytomna i wszystko wydaje mi się takie konieczne i nieodwołalne - a nawet piękne. Och - coraz piękniej jest, coraz piękniej... - Ta kwestia mogła by być cudowną muzyką dla uszu Prezesa i jego żulików. Tak sobie pomyślałem. Jakby zaćpanych jest już i tak sporo, sporo tych, co ufają, co nawet rozumieją, jak bardzo konieczne są na przykład podwyżki cen za zasyfioną energię, i jak bardzo jeszcze nam potrzeba węglowych wyziewów... Będziemy struci, ale na prostych nogach, z których z łoskotem trupem sobie padniemy, w godnościowym zaspokojeniu!

O tylu plusach opowiada nam Dobra Zmiana (z pełnym uszanowaniem dla pana Prezesa), dobrze by było dodać jeszcze jeden plus, tak, by, gdy wszystko się zawali, było nam już wszystko jedno... Pięćset plus, może i trzysta, czemu więc i nie rurka plus, z koko, od czasu do czasu, tak żeby dać zajoba i podkręcić, co by się naród pracowniczo wysilił na swojego Ciemnogrodzkiego utrzymanka i jego wesołą żulię...  A potem srał to pies.

Podobno kokaina niszczy pamięć, inteligencję, w ogóle robi z ludzi flaki bez życia. Ale co mnie to może obchodzić?

 W końcu po Prezesie choćby potop! Wszystko już właściwie załatwione. Stoją już symboliczne schodki donikąd, stoi maszkaron... A Bóg jest litościwy, zsyłając nam znaczące koko... Nad tym wypada się pochylić. Bóg czuwa i chce nam ułatwić życie!

Koko jest ratunkowe. Atanazy Bazakbal w "Pożegnaniu jesieni" zakokainował ratunkowo niedźwiedzicę w Tatrach - buchnął jej chmurę w kinol, i ocalał, choć nie na długo... Przed Prezesem też już czasu niewiele, ale zawsze każda minuta cenna... Naród może zacząć się gniewać, ryczeć, przeczuwając katastrofę... Od świeczek i wodnistego "Imagine" może jednak ruszyć lawina... Zastanowiłbym się, co zrobić z górą koko!!! Czyż utylizacja nie byłaby wielką lekkomyślnością? Koko daje energię, i w naszym przypadku może się na tym głównie skupić, bo do niszczenia nie ma przecież zbyt wiele, wszak w narodzie i pamięci, i inteligencji jak na lekarstwo, a może i mniej... Zanim nas wytrują palonym węglem, będzie przynajmniej wesoło i w poczuciu, że wszystko jest konieczne i jak trzeba!

500+, rurka+...

Na okoliczność kokainowego znaleziska bananowego pozwoliłem sobie napisać wierszyk - rymowankę:

"Cocabanana"

Ta koka to może taki jest dar

prosto z samego San Escobar!

 

By się nam przyjemnie żyło,

by się nam radośnie gniło

 

w objęciach śliskiej ośmiornicy:

w domu, w pracy, na ulicy...

 

Byśmy nie czynili ni protest - wycieczek,

ni przed sądami nie palili świeczek...

 

A niech tam kraina węglowa se kona;

nie będziem w kupie śpiewali Lennona!

 

Atli

kiljan.halldorsson

 Atli, Atle, Attila, Attyla... Złowrogie imię w różnych wariantach, częściowo dobrze mi się kojarzące...

Attila, chyba pierwszy homoerotyczny kopniak w moim życiu; dawne, podstawówkowe czasy, dość nierozsądnie spędzane wakacje na obozie sportowym nad Balatonem, nierozsądnie, bo nigdy nie przepadałem za wuefem (fu, te szatnie zalatujące kocią kuwetą), bo zawsze mnie śmieszyła cała ta chłopacka powaga, z jaką traktowane są wszelkie rezultaty i cała ta idiotyczna rywalizacja, tak beznadziejnie psująca zwykłą, dobrą zabawę nie obliczaną przeze mnie nigdy na żaden wynik... Międzynarodowa gromada, młodzież z krajów demokracji ludowej, a wśród niej on, Attila, przecudny Węgier. Razu pewnego objawił się nad wodą, w niebieskich kąpielówkach... Zawsze mi się właśnie taki przypomina. Absolutne piękno, skończone, ostatnie zdanie Natury! Był tylko moją tęsknotą. Jedyną bliskością były wiosła. Wtedy znajdowałem się najbliżej niego, wpatrzony w te wszystkie pracujące mięśnie, zauroczony, dławiący się własnym zachwytem... Zamknięty w skorupie kochałem się w nim rozpaczliwie... Attila kochał się natomiast w jakiejś Kristin, która go nie chciała... A we mnie kochały się aż dwie dziewczynki, których ja z kolei nie chciałem (ach, z mojego punktu widzenia wszystko stało na głowie!!), dziewczynki hołdujące być może myśli, że jak się zakochać, to nie indywidualnie, tak by razem z koleżanką moc żądz móc wzmóc!... Cholery, jakoś zaraz na początku wypatrzyły mnie na  ogromnej jadalni. Ściągnęły mój wzrok swoimi spojrzeniami, aż mi jedzenie przestało smakować. Już wiedziałem, że będą kłopoty. I rzeczywiście - dowiedziały się Madziarki, jak mam na imię, i gdzie jest moje okienko! A przecież tylu było fajnych chłopaków, o wiele bardziej ode mnie wysportowanych, przy których ja byłem ledwie ofermą chudą, one jednak uderzyły do mnie, jak kulą w płot. Kiedy je zobaczyłem, miałem ochotę zwiać do kibla, no ale jakoś wytrzymałem próbę, dbając o opinię kolegów! (Ech, koledzy, oni zwykle szybko znikają, a baba może zostać na dłużej, baba, z którą mężczyzna zwykle tak bardzo chce być, zazwyczaj jednak tylko od czasu do czasu i nie dłużej niż do śniadania - bo gdyby było inaczej, nie byłoby potrzeby wynajdywania instytucji małżeństwa! Przyjaźń jednak, przyznać to trzeba, nie potrzebuje urzędowych poświadczeń!!!). Zdecydowałem się na strategię syna Królowej Śniegu. Wprawdzie z nimi chodziłem trochę, pływałem i tańczyłem, ale starałem się jednak dać im do zrozumienia, że ich towarzystwo jest ostatnią rzeczą na ziemi, którego bym sobie życzył... Brrrrrrrr, jaką męczarnią były dla mnie zawsze dziewczyńskie zaloty, a potem babskie... Raz to nawet zrobiło się groźnie... Molestowanie, stalking - mogę zakrzyknąć: Ja też! Znam ten smak. Aż się zwolniłem z pracy z tego powodu... Strzępek czasu, kiedy w ogóle byłem na jakimś etacie, w bardzo sfeminizowanym środowisku, w którym natknąłem się na szczególny rodzaj obsceny... A nad Balatonem - starałem się chodzić opłotkami, albo uciekać na łódki, najchętniej z Attilą, co wiecznie jęczał za tą jakąś Kristin... Bogowie, gdyby to on przyszedł pod moje okienko, nawet nie zakładałbym butów, biegłbym za nim boso, choćby i po tłuczonym szkle...

Wtedy jeszcze nie umiałem powiązać ze sobą pewnych faktów, bowiem moja wiedza była jeszcze bardziej niż dziś skąpa... Jedna z tych dziewczyn, ta nawet fajniejsza, bardziej chłopacka, miała na imię Ildiko. Słodkowodne dziecię syrenie, pływaczka o potwornych wprost umiejętnościach... Ildiko! Tak przecież mała na imię jedna z żon Attyli, którego zresztą, jak powiadają, w noc poślubną wyprawiła do krainy wiecznych łowów... Życie to ironista! Zawołany!

Przy okazji poetyckich spacerów przypomniał mi się ten zjawiskowy chłopak sprzed lat. Przypomina mi się zawsze, gdy spotykam w życiu jakiegoś Attylę... A o to nie tak trudno, bo Attyla, jako Atle bądź Atli, trafił i do Skandynawii. Dawne wielkie wydarzenia historyczne znalazły dla siebie miejsce w staroislandzkich pieśniach bohaterskich z Eddy. Ich anonimowi twórcy nie zawsze dobrze w historii się orientowali i nie zawsze we właściwym czasie umieszczali poszczególne postaci, ale do dziś ich dzieła brzmią jak wyraźne echo tamtych zaprzeszłych czasów, czasów wędrówki ludów, czasów ogromnych państw, wielkich bitew... Jest więc i Attyla, Atli... Do dziś wielu mężczyzn w Skandynawii nosi jego imię. W samej Islandii 825 obywateli płci męskiej nosi to imię, jako pierwsze, a grubo ponad tysiąc ma to imię jako drugie w zestawie swoich nazw.

Attyla, Hunowie, coś złowrogiego, brutalnego... Ciągle jacyś Hunowie się czają, podchodzą... Tak, zawracając od miłosnych tęsknot szczeniaka, od trwającego do dziś mego zamiłowania do wioseł (trwałe ślady po Attyli), wypada przypomnieć sobie o ciągle istniejących zagrożeniach. Attyla, czasem ukryty w niepozornościach, daleki albo własnego chowu, jak ten nasz, Ciemnogrodzki, niby mały, słaby, uciekający przed kłopotliwymi pytaniami za przepierzenie kloszard, bawiący się dziś jednak losem milionów ludzi... Ciągle jesteśmy na tej naszej planecie w kłopotach. Wszystko się zmienia i nie zmienia się nic! Ten sam świat, fale nieszczęść, ucieczek, strachów... Wszędzie jakieś upiory. I stale widmo zagłady. Pośród dookolnej pustki, która nic sobie z naszych kłopotów nie robi... Atli za Atlem, stała groźba, zawsze jednak do pokonania... Ale raczej nie do unicestwienia. Chyba że przepaść ostateczna, razem z Atlem!

Árni Ibsen

"Attyla"

Świat pozostaje ten sam,

z którejkolwiek strony

by się doń zbliżać -

 

Raczej zmienia się

ten,

który nadchodzi -

 

A jeśli ten, co nadchodzi,

zdecyduje się  podejść

od przeciwnej niż zamierzał strony,

 

dostrzeże przynajmniej

swoją nieobecność

poza światem.

         przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

Czasy szepczącej rynny

kiljan.halldorsson

Śnieg, śnieg... Wreszcie. Jeszcze z wiatrem. Jednym ryjek się śmieje do słońca, innych zaś radość ogarnia, gdy wieje wiatr i rzuca im w twarz płaty mokrego śniegu. Ja zaliczam się do tych drugich. Nie lubię upalnych bezruchów czy mglistych pogodowych zgnilizn, uwielbiam natomiast wiatr i opady, chłody, gołoledzie, rozbijdupy... No i dni ostro przycięte. Długie wieczory, w sam raz na herbaty z malinowym sokiem, lekturę i mruczącego kota. Oczywiście w którymś momencie wszystko stanie się uciążliwe, ale początki zawsze są miłe. Zawsze to jakaś odmiana...

Ze śniegiem przylatują stare piosenki, naturalnie. I przypomnienia. Listopad do tego najbardziej się nadaje... Mój pokoik, wynajmowany kiedyś w Reykjaviku, w starej, brzydkiej, klockowatej willi - dziupla w suterenie, ale z osobnym, niekrępującym wejściem, tuż za kubłami na śmieci... Widok z okna - szary mur. Wszystko prawie za darmochę, więc nie było co wybrzydzać. Zresztą szpetota zawsze mnie jakoś szczególnie pociągała. Byłem sobie młodym gołodupcem usiłującym zapchać czymś swoją głowę, bez jakichś skonkretyzowanych planów. Byłem ktosiem na pasku swych miłości: do pewnych ludzi, krajobrazów, duchów... Szary widok za oknem urozmaicał mi często uroczy kolega, Kristján, który postanowił zrobić wszystko, bym się na islandzkim wygwizdowie czuł dobrze. Dość oryginalny olbrzym, prawie dwumetrowy, w okularach, wtedy jeszcze z korygującymi uzębienie blachami w ustach, poruszający się cudownie zdezelowanym i zabałaganionym pojazdem o jakimś takim różowawym kolorze, z pewnym wdziękiem nie panujący za bardzo nad swoim ciałem, który - co za szczęście - nie namawiał mnie do grania w piłkę i który nie za bardzo lubił chodzić na basen, za co też byłem mu wdzięczny! Lubił natomiast oglądać filmy i snuć się po górach, w czym chętnie mu towarzyszyłem, chociaż trudno było za nim nadążyć. Zawsze wiedział, jak się który ptak nazywa. Poznawał je po głosie. Wszystko o nich wiedział... I musiałem z nim grać w szachy. Za pierwszym razem trochę się zmartwiłem, bo pomyślałem sobie, że zaraz się przekona, iż jestem kompletnym debilem, bo gdzie mi tam do takich gier; no ale znałem zasady, więc przystąpiłem do zmagań, najczęściej ulegając sprawniejszemu przeciwnikowi. Bo ja jestem jednak dość bezmyślny... A jeszcze gorzej jest z kartami, tam, gdzie trzeba liczyć... Trochę się tego wstydzę, bo mam jakiś defekt, który sprawia, że nie potrafię w pamięci zabawiać się arytmetyką. Może sobie każdy wyobrazić, co przeżywałem kiedyś pod tablicą na lekcjach matematyki, kiedy mózg mi się co chwilę zawieszał przy próbie pokonania najprostszych działań na liczbach. Do dziś, jeśli by mnie ktoś zaskoczył pytaniem np: 5+2, od razu by zobaczył, że do akcji pakuje mi się dyskretnie pomocna dłoń - liczenie na palcach - pięć, i raz, dwa - dwa uderzenia w udo - kciuk i palec wskazujący - sześć, siedem... Wszystko dla pewności, odruchowo... Dzisiaj to się chyba nazywa dyskalkulią, ale za moich czasów nie było jeszcze mody na rozmaite dysfunkcje, więc jak mnie raz matematyczka przyłapała, jak jakieś tam dziesiątki sumowałem na paluchach, to oczywiście wywołała polewkę na całą klasę... Tak że bez kalkulatora nie ogarniam tematu. Ale generalnie w kasie wszystko mi się zgadza, więc nie ma tragedii...

Kasa - wtedy każdy miedziak się liczył. Co mnie jednak specjalnie nie martwiło. (Miałem w sobie dużo lekkomyślności, która mi podpowiadała, że przecież życie jakoś się mną chyba zajmie, co właściwie tak trochę trwa do dziś.) Biureczko, półeczka, tapczanik. Właściwie pewna wnętrzarska bezstylowość pozostała mi do dziś, choć rupieci wokół trochę narosło, ale w zasadzie nie dbam za bardzo o przedmioty, niczego specjalnie nie dekoruję, nie powiesiłem sobie żadnych gołych panów w sypialni... Tak, bezstylowość bardziej mi pasuje, bo gdy widzę niektórych kolegów, bardzo stylowych, to się przekonuję, że posiadanie stylu to robota na cały etat... Najwięcej dekoracyjności wtargnęło pod mój dach w postaci babcinej porcelany, którą radośnie odziedziczyłem. Stosy makabrycznej chińszczyzny - gryzmoły, smoki, kwiatki - na talerzach, miseczkach, łyżkach, czajniczkach, filiżankach, kubkach... Można się przestraszyć... Brr - nie lubię w ogóle całej tej dalekowschodniej estetyki - dla mnie jest zbyt dzecinkowata, a za dziecinkowatościa zawsze wyczuwam potwora, świat, który w swej groteskowości z niebywałą lekkością potrafi wyzerować człowieka, świat, od którego wolę trzymać się z daleka... Smoki więc śpią w szafkach. Wolę zastawę bez zdobień.

W tych dawnościach prostoty było jeszcze więcej. W domowym zaciszu szarość, starodawna literatura, często deszcz, a gdzieś obok śpiewająca, szepcząca, mrucząca rynna. Nigdy później takiej nie spotkałem. Ależ mi grało. Miałem wręcz wrażenie, że mam dostęp do jakiegoś równoległego świata. Zdawało mi się, że słyszę jakieś rozmowy, echa jakiegoś balu - jakby jakaś muzyka, szczęk sztućców, talerzy... Może to były te elfy? Uchylały drzwi, by mi się przyjrzeć, a przy okazji trochę akustycznych zjawisk z ich świata docierało  do mych uszu... Ale nie widziałem ich. Jeśli ktoś się pojawiał w oknie, to zwykle Kristján, który zamiast pukać do drzwi, pukał mi w okno, żeby mnie gdzieś porwać, o czymś mi opowiedzieć...

Potem się nasze drogi rozeszły. Ja pojechałem do Norwegii, jego kariera naukowa wywiała do Kopenhagi, w której mieszka do dziś...

Tak sobie myślę o tamtych odległych czasach, o tamtej Islandii, która wtedy jeszcze była gdzieś na granicy tej swojej utraconej już dziś naiwności, niewinności... Tak mi się wydaje... No, ale tak czy owak, gdzieś tam zawsze jest krainą duchów i bajek bez puenty... Trochę czasu z tymi duchami spędziłem. I z deszczem, i ze śniegiem, i z wiatrem... Jak się poznaliśmy, to K. kupił mi na dzień dobry Prince Polo, pumeks w czekoladzie, jak to pisał Laxness. Chrupaliśmy i gapiliśmy się na ocean... Znajomi mówili, żeśmy się dobrali, bo obaj mieliśmy włosy, których nie można było uczesać... Wiatr się starał, ale też mu nie wychodziło!

Rzadko się teraz widujemy. I najczęściej poza Reykjavikiem... Ten mój Reykjavik już trochę opustoszał. Drugie moje miasto z adresami, pod którymi nie ma już czego szukać, bo albo się ludzie rozjechali, albo po prostu poumierali... Niektórych ludzi mi bardzo brakuje... Często zaprzyjaźniałem się z osobami dużo od siebie starszymi, no więc teraz mam, cmentarzyk w pamięci, coraz więcej duchów... Niektórych nie ma już od dawna, jak mojej drogiej przyjaciółki, Niemki znad Bałtyku zresztą, którą los porwał na wyspę, którą pokochała do szaleństwa i wiedziała o niej wszystko... Właściwie nie ma miasteczka, które by mi nie przypominało Muthe, jak nazywali ją znajomi, bośmy przejechali razem cały kraj przecież...

Ze wszech miar osobliwe miejsce... Jedyne znane mi miejsce, w którym można z kucharką przegadać całą noc o literaturze... Przydarzyło mi się to kiedyś, jasną letnią nocą w Reykjahlíð... Czysta magia - kobieta pełna poezji i jeszcze na dodatek karmiąca ludzi. Dobre żarcie, to dopiero zmysłowa przygoda przecież... Trzeba szczególnie kochać ludzi, żeby ich karmić, pieszcząc przy okazji ich zmysły...

No i przy tym naszym nieśmiałym jeszcze śniegu, co mi jakieś przypomnienia znowu wysnuł z głowy, o tej rynnie, o mojej ukochanej szarej ścianie, coś z tamtych lat dalekich... Śnieg, równie bogaty w odmiany jak islandzkie duchy... 

Stary dobry Gildran. Przy ich muzyce fajnie się jeździ po wyspie. Lubię to! "Snjór". Numer bodaj z 1988 roku. Tutaj chłopaki już dojrzalsze są, po dwóch dekadach, dojrzalsze, ale ciągle w dobrej formie!

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci