Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Pogawędka ze śmiercią

kiljan.halldorsson

Jakoś ostatnio przestaję sypiać. A jeśli już, to ledwie jakieś trzy, czasem cztery godziny. I budzę się zbyt wcześnie, co jest dość przykre, bo w porannych mrokach dopadają mnie chwile kompletnej bezradności. Wydaje mi się wtedy, że sufit i ściany się na mnie zawalą, że się nie wygrzebię, że brak mi sił, by cokolwiek postanowić... Potem to wszystko mija, przychodzi kicia gadatliwa z tym swoim "nia, nia"... Wszyscy się do kupy zbieramy, i jakoś przelatuje kolejny dzień, szczęśliwy, gdy bez sensacji. I tak do kolejnych minut bezradności, do kolejnych wysiłków, by się w ogóle zorientować co do tego: kim jestem i co tu robię...

Rano twarz w lustrze... - No dobra, spróbujmy jeszcze trochę... Dla odmiany, żeby było troszkę weselej, ogoliłem któregoś dnia głowę do gołej skóry, zrezygnowałem też z brwi, w diabły poszedł zwykły dwudniowy zarost, skosiłem też klatkę piersiową i brzuch... Dalej już się powstrzymałem, tam już tylko zwykłe lekkie strzyżenie, bo jednak nie chciałbym wyglądać jak jakiś podstarzały, plastikowy kolega Barbie... Całkiem jeszcze gładki jestem. Odrobinka bruzd tylko, lekki zapis losu, losu człowieka, który trochę zbyt często płakał, wściekał się i oddawał poczuciom wstrętu...

W jednym ze swoich wierszy Herbjørg Wassmo doradza, by poddać się czasowi i wiatrowi, pozwalając im rzeźbić bruzdy... Niech już będzie, jak ma być... Wassmo - kobiece pisanie siłowe, jak ja to sobie nazywam... W wierszu - lekcji proponuje, by obejmować i padać w objęcia. Cały czas, całe życie, które zwykle nie jest takie piękne - bo raczej mało tam promieni słońca, więcej rozczarowań, krzywd, goryczy... Czasem aż się kolana gną... Ale ciało ma być przy ciele, choć miłość krucha jest, niepewna, i ciągnąć może za sobą zdradę i pustkę (a samotność i pustka musi być szczególnie dotkliwa, gdy nie jest się samemu: - w jednej ze swych powieści Herbjørg Wassmo pisze mądrze, że samotność nie jest aż tak straszna, gdy się jest w pojedynkę)... A jak się mała pociecha urodzi na przykład, to wiadomo, że jest już skazana... Ale trzeba trzymać się życia kurczowo, życia, co jest jedyną, niestabilną deską ratunku... Obejmuj, obejmuj, obejmuj, i dawaj się obejmować, otwieraj swoją przestrzeń, bądź, na dobre i na złe...

Zatem i ja się silę. Choć budzę się za wcześnie i dni mam zbyt przez to długie... Starzeję się, do licha... I śmierć mnie wreszcie odwiedziła, nie po to, żeby mi coś ukraść, nie tym razem... Usłyszałem jakiś hałas...

- Może nie o ścianę - jęknąłem widząc, o co zamierza rozbrajająco typowa śmierć oprzeć swoją imponującą kosę. - Dopiero co odnawialiśmy mieszkanie.

Śmierć odwróciła się do mnie, nie pokazując jednak swojego oblicza; w ciemnej czeluści jej kaptura dojrzałem jedynie dwa błękitne ogniki.

- Przecież wiesz doskonale, że wbrew pozorom nie pozostawiam po sobie zbyt wiele śladów.

- Więc teraz?

- Niech cię nie ponosi fantazja.

- Kradniesz. Często w bardzo złym stylu.

- Tak, tak, a czasem się ociągam i złą, jak sądzą niektórzy, robię robotę, choćby w polityce... Taki fach...

- To go zmień.

- Ale ja to lubię. Przecież i to wiesz doskonale, że gdy się robi to, co się lubi, nie ma się poczucia, iż się chodzi do roboty. Tym razem jednak nikogo ci nie ukradnę.

- Ukradniesz mnie.

- Nie bądź taki prędki.

- Szczerze mówiąc, myślałem, że twe oczy są czerwone.

- Myślisz o tym, co ci się przydarzyło kiedyś wczesnojesienną nocą w lesie w Trøndelag?

- Wszystko wiesz.

- Wtedy patrzyło na ciebie życie.

- Bardzo się wtedy przestraszyłem. Chyba nigdy szybciej nie biegłem.

- Do ludzi.

- Dziś jednak też się boję. Ale już nie myślę o ucieczce, jak tamta... Tak, miewam napady panicznego lęku. I przeraża mnie fakt, że nie umiem się wydostać.

- Ale jednak wszyscy w końcu się wydostają, wyziewają swego ducha...

- Przyszłaś taka czarna, z kosą, jednak nie jako dama w czerwieni.

- Oj, te fantazje, pożyczone...

- Nazwijmy to kulturowym splamieniem... Swoją drogą, ładną masz tę kosę. Pięknie wyklepana.

- O tak, znasz się na tym. Niby taki mieszczuszek - wykształciuszek, rowerek, spacerek, ę, ą, kawusia, kolacyjka, hupcium - ciupcium, a tu jednak z kosą sobie świetnie umiesz radzić.

- Mam swoje dziwactwa. Z widłami też mi nieźle idzie. Kiedyś pracowałem w stajni.

- Lubisz zwierzęta. I najbezpieczniej czujesz się w domach, gdzie żyją psy albo koty... Gdzieś jest w tobie pierwiastek antropofobicznego stworzenia...

- Jak ty się wyrażasz. Proszę, proszę...

Usiadła koło mnie. Nachyliła swoją zakapturzoną głowę. Gdzieś tam były jej usta, co wionęły dziwnym, ziołowym zapachem. Chętnie odwzajemniłbym jej pocałunki, całować mnie jednak nie chciała.

- Nie czas na całusy.

- Masz miły oddech.

- Fetor śmierci to rzecz przejściowa i krótkotrwała. Potem jest znacznie lepiej. A przy sprzyjających warunkach śmierć może mieć nawet aromat antonówek, który jest ci tak miły.

- Pociągające.

- Kochany chłopczyku. 

Szarpnęła chłodnym palcem kilka razy moją dolną wargę, jakby bawiła się struną gitary.

- Tak ładnie mi mówisz.

- Tyle tęsknot. Śniłeś o mnie jak o kochance dziesiątki lat. Ile to już masz na liczniku. Prawie pięćdziesiątka? A taki dzieciak z ciebie ciągle... Czasem mogę zrobić wyjątek, by szczególnie kochającemu zrobić swego rodzaju przyjemność. Chociaż nikogo nie powinnam wyróżniać, bo wszystkich ludzi kocham jednakowo, bardzo kocham.

- Ludzie zwykle myślą tak o Bogu.

- Oto jestem! No, pokaż no się, chłopie! - zawołała nagle zrywając ze mnie pościel. - Co my tu mamy. Hmm... Zobaczymy, może coś się da zrobić. Ale niczego nie mogę obiecać.

- Ale...

Usiadła znów obok, jakaś dziwna, lekka, niemal bez ciężaru.

- Jak to tam leci w tych twoich ulubionych szwargotach... Men i parkens mørkeste gang, hvor lygter ei brænder, sidder skjutt mellem trær på en ensom bænk en skjøge...

- Przestań, bo się poryczę.

- Podoba ci się ta wizja Obstfeldera. I może słusznie. Któż jest uczciwszy od kurwy... Możesz mi wierzyć, że cię nie zawiodę. Największa przygoda przed tobą.

Zaczęła mnie gładzić po głowie. Jej kciuk wędrował po moim czole.

- Co ty tak lubisz, jak cię ktoś tak kciukiem smyra?

- To ten mi tak zrobił - odpowiedziałem wskazując na śpiącego Franka.

- Jak ty lubisz te wszystkie wstępniaki.

- Początki wszystkiego są wspaniałe albo przynajmniej frapujące. Potem zawsze wszystko spada w chamówę.

- Śmierć też taką chamówą może się wydawać, ale to tylko straszydło dla żywych, w środku jest... Ależ ty lubisz być głaskany. Tego głodu chyba nikt nie jest w stanie w pełni zaspokoić.

- Jesteś taki poinformowany, na... A właściwie jak to z tobą jest?

- No jakiego rodzaju gramatycznego jestem?

- No tak, tak, przepraszam.

- Trochę się boisz kobiet?

- Tak, trochę. Ale, jak widzisz, umiem robić wyjątki, przynajmniej flirtując z poezją, jakkolwiek bez erotycznych pogłębień, a tu, widzę, na coś może się zanosić...

- Też nią jestem, ale w stopniu, myślę, zadowalająco dla ciebie umiarkowanym.

Czułem wyraźnie jej dotyk. Chłodny. Trochę inny od tych, do jakich przywykłem. Nie bardzo był z tego świata, lecz nie można o nim powiedzieć, iż był niemiły. Pieściła mnie delikatnie, gadając coś o małym perwerciku trzeciej klasy (i to jeszcze z drugiego sortu - dodałem do tego w duchu ciągle nie wyzioniętym). Gdy zaczęła wodzić palcem po moim członku, pozwoliłem sobie wyrazić przypuszczenie, że może to wszystko nie będzie takie straszne...

- Nie próbuj ciągnąć mnie za język - odparła.

- Ale może...

- Milcz. Wiesz chyba, co to etyka zawodowa, wrażliwcze?

- Szkoda, że...

- Już i tak wiele czasu ci poświęciłam.

- Zagłaszcz mnie na śmierć.

- Dowcipny jesteś. Cenię to, mój ty kosiarzu. O to jednak niech się ktoś inny postara. Nic nie jest przesądzone. Ja tylko wieńczę dzieło. A czy będę w habicie czy w sukni czerwonej... A teraz czas już na mnie. Już jestem odrobinę spóźniona.

- No cóż - westchnąłem. - A mógłbym już wszystko mieć za sobą.

- Trochę czuć cię nasieniem. Grzeszycie, siewcy, grzeszycie nie zostawiając po sobie nic dla mrocznej żniwiarki. Ale skoro tak musi być... W każdym razie nikt wam nie zarzuci, żeście się nie starali. Mnie w każdym razie głowa nie boli od nadmiaru, pełna jestem miłości i przerobię każdą ilość istnień. Nikim nie gardzę. I o tobie nie zapomnę. A póki co wstań, wysikaj się, weź prysznic, nakarm kota, zrób śniadanie sobie i twojemu towarzyszowi - nawiasem mówiąc dzielny z niego chłopak... Tak ładnie śpi i wcale tak bardzo o mnie nie rozmyśla... No, a potem buzi, i do pracy...

Poszła. Przeniknęła ze swoją kosą przez drzwi wejściowe. Ktoś na klatce schodowej zakaszlał głośno. Uniosłem się na łokciach. - Zakaszlała? Śmierć? - Zaniepokoiłem się... - Ale nie, może to nie ona... Jeszcze tego by brakowało, gdyby miało jej się coś stać...

Poszedłem się wysikać... Dobry wstęp do tego, by wrócić do rzeczywistości... Spłukałem z siebie noc. Jak mi śmierć kazała - wróciłem do życia, na kolejny dzień...

Raggi i Salka

kiljan.halldorsson

 To może dziś znów coś z Islandii... Trochę muzyki i poezji... Pamiętamy film Larsa von Triera z 2000 roku "Tańcząc w ciemnościach" z Björk w roli głównej... Słynny moment z pociągiem towarowym. Po skończonej pracy Trier stwierdził, że chyba właśnie udało się nakręcić klasyczną scenę. I miał rację. Przeszło to do historii kina, bez wątpienia! Björk śpiewa tam, że w zasadzie już wszystko widziała."I've Seen It All"...

Po latach, przy tej samej piosence, spotkali się ludzie z odległych pokoleń. Jakie miłe są takie spotkania, i to łapanie legend, póki jeszcze są z nami. Karl Orgeltríó i dwie postaci islandzkiej estrady: Ragnar Bjarnason, rocznik 1934 - reykjavicka legenda, heros islandzkiej piosenki - oraz młoda piosenkarka i aktorka Salka Sól Eyfeld, rocznik 1988...Muzyka łączy, buduje mosty...

"I've Seen It All"... Na dobrą sprawę na świecie nie ma tak wiele do zobaczenia, jak się tak głębiej zastanowić... Do licha - w zasadzie sam już wszystko widziałem... nawet więcej niż potrzeba!

"I've Seen It All". Twórcy: Björk, Sjón, Lars von Trier. Wykonawcy: Karl Orgeltríó oraz Raggi Bjarna i Salka Sól...

Muzyczna  Islandia:

I've seen it all

I've seen the trees

I've seen the willow leaves

Dancing in the breeze.

I've seen a man killed

By his best friend,

And lives that were over

Before they were spent.

I've seen what I was

And I know what I'll be,

I've seen it all,

There's no more to see.

You haven't seen elephants,

Kings or Peru.

I'm happy to say

I had better to do.

What about China?

Have you seen the Great Wall?

All walls are great

If the roof doesn't fall.

And the girl you will marry,

The home you will share.

To be honest 

I really don't care.

You've never been 

To Niagara Falls.

I've seen water,

It's water, that's all.

The Eiffel Tower,

The Empire State.

My pulse was as high

On my very first date.

And your grandson's hand

As they play with your hair.

To be honest

I really don't care.

I've seen it all,

I've seen the dark,

I've seen the brightness

In one little spark.

I've seen what i chose

And I've seen what I need

And that is enough,

To want more would be greed.

I've seen what I was

And I know what I'll be,

I've seen it all,

There's no more to see.

Piorun kulisty, czyli zwiewanie

kiljan.halldorsson

Zacznę może, z trudem niejakim, od rzeczy marginalnej. Od pioruna kulistego. Choć nic nie wiem o takich piorunach. Ale może było to właśnie takie tajemnicze zjawisko?

Razem z ojcem, dawno temu, w mych szczenięcych latach, w dobie wynurzania się z prabagien swego nieszczęścia - no bo jak inaczej nazwać życie (ach, pomyśleć, ile zarodków przepada, ile nasion się marnuje albo staje się po prostu pożywieniem dla rozmaitych stworzeń, ile szczęśliwego, radosnego przepadania, a obok tego te nieliczne jednak wykwity, ten niefart rozrodczego sukcesu - gnój łonowy, cuda brzuszne podtopione, wreszcie pierwszy krzyk przerażenia, i oto jest - przy najstraszliwszym kaprysie losu - człowiek, z rozumkiem jeszcze, co by mu w pięty całkiem poszło; przesady najwyższego rzędu: przerażenia, tęsknoty, popędliwości, moralne zmysły) - stałem sobie na stacji czekając na pociąg do Krakowa. Tatuś sierota, razem z synkiem - jeszcze większym sierotą, taką do kwadratu... O, wszystko w człowieczku wołało: Na pomoc, ratunku! - Nikt się jednak nie zlitował; nie spadła na łeb cegła z rozsądnie dużej wysokości, nikt nie przejechał po nim kombajnem... Czas przez życie trawiony to splot przedziwnych zbiegów okoliczności, co sprawiają, że tak wiele się nie dzieje. I tamten piorun też żadnych wypadków nie spowodował... Czekały zatem dwie sieroty na pociąg na stacji w miejscowości Rudawa, tam, gdzie kiedyś Henryk Sienkiewicz spotkał Stasia Tarkowskiego, którego unieśmiertelnił później w książce "W pustyni i w puszczy". Czekały dwie sieroty - dwie istoty pełne tajemnic - byle jakich - mgławicowe dziecko dość już psychicznie zmaltretowane, no i tatuś, który, jak pewni życzliwi donieśli, miał w okolicy jakąś aferkę: szaro - bury skok w bok, mocno zakrapiany... Wszystko było rozgrzane, pachniało kolejowo... O, zapachy torowisk to dominująca woń mego dzieciństwa... Aż dziw, że nie zostałem kolejarzem. Ale technika nigdy mnie nie pociągała. Choć pociągały mnie pociągi, bo zawsze gdzieś odjeżdżały, znikały, zyskując nagle zdumiewającą lekkość... Chętnie sam bym wtedy zniknął, ale byłem lękliwie ciężki... A inaczej było, gdy siedziałem w pociągu - wtedy zazdrościłem światu za oknem, też tej umiejętności znikania... Tak, człowiek właściwie ciągle jest w tej samej sytuacji - tęskni zawsze za czymś, co jest za oknem, a najbardziej mu żal miejsc, w których zabawił przez chwilę, niezbyt zaangażowany - mówiąc najoględniej - w miejscowe bieżączki... Rzeczywistości, w których nas nie ma, względnie prawie nie ma... Hm - kolej - kiedyś nawet mieszkałem przy stacji, jeszcze w czasach trochę tu i ówdzie parowozowych - bogowie, nic tak cudownie nie pachnie jak pełen żywego żaru parowóz!! Często też w szczenięcych latach spędzałem wakacje w pobliżu rozmaitych torowisk... Zatem właściwie nie powinienem się dziwić temu, że tak się ciągle lubię zagapiać, i że tak często zbiera mi się na płacz... W znikaniu może być dużo ulgi, ale też smutku. Odjazd to rozstanie, niepewność... Czy jeszcze coś się zdarzy? Czy spełnione będą obietnice?... No tak - ale wpadam w jakieś rozjazdy, rozpędzam się, wykolejam... Zatem piorun kulisty, być może. Widziany ze stacji, na tle ściany lasu, co się wznosiła naprzeciw, kawałek za rzeką i drogą. Rozsłoneczniony dzień, a tu raptem jeszcze więcej światła! Całkiem spora kula świetlista leciała sobie, niezbyt szybko. I nagle się gdzieś zapodziała. Wpatrywaliśmy się w to dziwne zjawisko świetlne. Tato nie umiał wyjaśnić, czego byliśmy świadkiem... Nigdy później już czegoś podobnego nie widziałem. Już tylko same zwyczajności, jeśli pominąć parę zwidów... A zwidy to już nie to samo, inny to rodzaj przeżyć, jak sny, co też nie mają świadków. Trochę to takie jak pokątny onanizm - niby jakaś drobna ekscytacja, ale w gruncie rzeczy nędza, jak przekąska kłapnięta gdzieś w biegu... Nie to co dobre kolacje, których, by były dobre, nie da się jadać w pojedynkę... Radość, śmiech, piękno i smakowitości odczuwane, komentowane, czy też dostrzeganie dziwów atmosferycznych lubią świadków - to ostatnie może po to, by nas nie brali za wariatów... Smutek, cierpienie już niekoniecznie...

Widzieliśmy kulę. I do dziś możemy ją wspominać, bo z losowego kaprysu obaj ciągle pozostajemy przy życiu. To istotny powód, by pamiętać o tamtym zwyczajnym dniu, jednak już o dacie całkiem nie do ustalenia, przynajmniej przez nas... Jakimś jednak sposobem ta niezwykłość chwili wcale nie wypycha  tamtego dnia na powierzchnię wspomnień; na niej naturalne są wszystkie potworności czy jakieś momenty o szczególnie silnym ładunku emocjonalnym, które, gdy je pominąć, pozwalając myślom w odprężeniu błądzić bez celu, ustępują miejsca absurdalnym, niezrozumiałym szczątkom, w których nie sposób dopatrzeć się niezwykłości. Najczęściej są to powtarzające się drobiazgi o niezrozumiałej sile nakazującej im się ujawniać oczom wyobraźni. Niewiele w gruncie rzeczy pozostaje z życia, jeśli się go jakoś pamiętnikarsko czy wręcz dziennikowo nie utrwala... Naturalnie, gdy się człowiek wysili, popracuje trochę odtwórczo, to zlepi się z tego jakaś historia, ale tak poza tym, to są jedynie bezsensownie poprzylepiane do myśli strzępy, ot, na jakąś ozdobę dramatu...

Czasem i w skandynawskim kryminałku - cóż to za piśmiennicze koktajle grozy i naiwności - można przeczytać zastanawiające zdania, jak choćby te, które napisał Jo Nesbø o pięknie... Czy przypadkiem pięknymi nie nazywają ludzie miejsc niegościnnych? Jakieś bliznowate pustkowia, kupy żużla, lodowiska bezkresne, góry, w których dopadają człowieka zadyszki... Albo jakieś tropikalne, malaryczne, robaczywe duchoty... Czy jakieś miasta - straszydła ogromne... Może zawsze chcemy być jakimiś twardzielami? By się jakoś wywyższyć? Tak jak się wywyższamy słuchaniem jakiejś niepojętej muzyki lub czytaniem niestrawnej literatury? Można schować w ten sposób jakieś swoje cechy niewystarczająco dobre... Piękno też może być naturalnie pociechą... Przynajmniej jest pięknie - rzec sobie można bytując licho. Ciężko mi, lecz pięknie tu... Tak, myślę o sobie - ja mam zamiłowanie do niegościnnych pustaci, czasem też nęci mnie trudna do strawienia literatura... Cienka materia, którą przykrywam istną stertę niedoskonałości...

Język jakiś taki rozwalony, w rozkładzie, pogmatwany, nie przejmujący się za bardzo ustalonymi zasadami, o utrudniającej lekturę interpunkcji, chaotyczne monologi, słowa jak jakieś bąble gotującej się mazi... A jednocześnie jasność, pewna jednak czytelność: ponury czas wczesnego PRL, bryndza, beznadziejne widoki, parowozy, wódka, suchary, cierpienie, takie już na krwędzi śmiechu, więc i trudność w budowaniu międzyludzkich relacji, cyniczne gry, bo cóż można czynić w nieszczęściu, krążenie wokół śmierci... Pokomplikowana przyjaźń, budowana z jakimś mozołem, tak i nie, zmieszane...

Zerknąłem znów do Czycza, tego mistrza cierpienia. "And". To początki, to przyjaźń krótka z Andrzejem Bursą... Czycz zamarzył o literaturze. I wstąpił do niej, zaczynając od skandalu, bo przedstawił jako swoje teksty zakazanego wówczas Miłosza. Były to przepisane na maszynie wiersze poety. Wydawały się jakiś takie nijakie, ale skoro ktoś je przepisał, widać musiały mieć w sobie jakąś magię, jakąś moc. Coś poprzerabiał, z odrzutów po przeróbkach zostało jeszcze coś na dodatkowy wiersz, i tak poszedł do literatów... Był skandal, ale był w końcu i debiut, w którym pomógł mu Andrzej Bursa, dobrze zapowiadający się poeta, też mistrz cierpienia... "And" to historia pewnej przyjaźni i opowieść o wielkiej stracie, tak prawie na starcie zasranego życia... Brnąć, nie brnąć? A może znaleziony niewypał wypali w końcu, co jakiś czas prowokacyjnie drażniony? Śmierć jednak ma swoje plany i nie można ani jej przyspieszyć, ani jej przeszkodzić i odegnać. Niewybuch w końcu wybuchł, ale o złej porze, zaś wrzucenie w maliny rewolweru, znalezionego razem z maszynopisami, broni, którą sobie chciał wypożyczyć And, śmierci wcale nie przeszkodziło... "And" to zapis ostatnich chwil życia Andrzeja Bursy. Podróż dwójki przyjaciół poetów na Festiwal Młodej Poezji w Poznaniu. Męka, karty, wódka, trochę kpiny, trochę męskiej golizny i uciekania do szafy, powrót, wstęp do rozstania, rozstanie - już na zawsze... Rodzaj przyjaźni prawie nie do opisania, choć Stanisław Czycz jakoś sobie z tym poradził, w tym swoim porozbijanym języku... Po przesiadce na Śląsku ruszyli w stronę Krakowa... Czycz w swoją ciężką przyszłość, And, jak się okazało, w wieczność. Czycz wysiadł wcześniej, w Krzeszowicach, And pojechał do siebie, do Krakowa. Ale zaraz mieli się spotkać. Poleciały karty, odtąd mieli grać w guziki, bo tak miało być lepiej, dogodniej dla ich intelektów... Ruszył w wieczność, a ten ostatni odcinek podróży objął trasę Krzeszowice - Kraków, via pobliska Rudawa, Zabierzów, Mydlniki... I stąd ta Rudawa mi się przypomniała, z kulistym piorunem (czy cokolwiek to było innego) i Stasiem Tarkowskim... No i też jest to powód, by się we własnych stratach znów pogrzebać...

Czycz, zmarły w 1996 roku, stał się jednym z najoryginalniejszych polskich pisarzy, nie jest chyba jednak pamiętany przez nazbyt liczne grono, choć ma swoich gorących wielbicieli. I ma też swój udział w filmie, bo twórcy filmowi sięgali po jego prozy... Był ten mistrz cierpienia twardzielem, bo ciągle musiał walczyć z przeciwnościami, z nękającymi go chorobami, twórczymi trudnościami, z biedą, której się wstydził. Żył właściwie poza literackim światkiem Krakowa, poza towarzyskim zgiełkiem. Był osobny.

Okropność straty, śmierć i ten jej złodziejski fach... Już się umówili, że na spotkania autorskie będą jeździli razem, że sobie pocierpią. A ten mu raptem zwiał, tej samej doby, w której padły jakieś postanowienia... Przez "Anda" utrwalił się mit o samobójczej śmierci Bursy, ale najprawdopodobniej jego śmierć miała naturalną przyczynę - jakąś ukrytą chorobę, wadę...

Mieli pograć w guziki... I guzik... Myślał, że pomylił mieszkania, bo w drzwiach stał jakiś nie znany mężczyzna... Ale nie było pomyłki. Na tapczanie leżał nieprawdopodobny trup. Trudno było w to wszystko uwierzyć. Nie wierzyła żona Anda, nie wierzył on, powstrzymując śmiech...

Jedni szybko biorą nogi za pas, w taki czy inny sposób. Drudzy zostają na dłużej...

gdy już do czegoś doszliśmy,

idąc razem ale jak dwoje kochanków co idą do siebie z dwóch dalekich i przeciwnych stron, i zauważ jak nas wiodło, ile zasadzek i zwycięsko minęliśmy tyle przepaścistych głębi, doszliśmy, te guziki to było miejsce wreszcie zetknięcia się, dwojga serc jak kochanków, i zwiał mi -

Stanisław Czycz, "And" , Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980

Aretha

kiljan.halldorsson

At work I just take time

And all through my coffee break time

I say a little prayer for you...

Takie bezkrólewie się zrobiło, soulowe. Jakiś czas temu opuścił był nas król James Brown, teraz odeszła królowa Aretha Franklin... Jak James nie do podrobienia, nie do pomylenia! Natura obdarowała ją wspaniałym głosem i zawsze miałem wrażenie, że śpiewała jakby bez wysiłku... Ledwie uchylała usta, a tu taka moc!

Dwie rzeczy tu zapodam... Pierwsza - występ w 2015 roku. Przecudny moment, zacna widownia z prezydentem Obamą na czele, który uronił łezkę... Chwilę temu to było, gdy jeszcze świat zdawał się być normalniejszy, a w każdym razie rokujący jakieś nadzieje...

I druga rzecz, z lat osiemdziesiątych... Zawsze jak mi przychodzi na myśl Aretha, to mi się w głowie pojawia jednocześnie Jimmy Lee... Ogromnie lubię tę piosenkę...

Aretha:

Nomi

kiljan.halldorsson

Łapiąc moment, po burzy orzeźwiającej, wspominkowo dziś... W zeszłym tygodniu minęło już 35 lat od śmierci Klausa Nomi. Interesujący artysta pochodzący z Niemiec, którego zabrała ta ówczesna nowość w katalogu życiowych potworności, kryjąca się pod skrótem AIDS... Dość dziwaczna postać, jakaś taka trochę jakby z japońskiego obrazka, trochę ze starego, przedwojennego kabaretu, w połączeniu z całkiem nowymi brzmieniami, z operowym akcentem...

O Klausie usłyszałem tak via David Bowie. Bo pierwszy raz zobaczyłem go występującego właśnie ze wspomnianym artystą... należę to tego pokolenia fanów Davida, którzy odkrywali go w czasach "Let's Dance". Rety - aż mnie pot oblał, gdy zobaczyłem tę fascynującą twarz. A jeszcze bardziej gorąco mi się zrobiło, gdy chwilę po swoim odkryciu zobaczyłem gdzieś fragment legendarnego już dziś występu Bowiego z Klausem i jego chłopcami w programie "Saturday Night Live" z 1979 roku... Czując w sobie malownicze ciągoty już absolutnie pokochałem Davida... To było TVC15 - pamiętam pierwsze skojarzenie odnośnie Davidowego przebrania - sekretarka z szacownej kancelarii, której ktoś dosypał coś wesołego do kawy... O, David, ratowałeś życie szarakom!:) - A więc tak można! - Czasy były beznadziejne, bure, a ja się wtedy właśnie młodzieńczo rozkochałem w kolorach... Buty, ciuchy zdobyczne - zagramaniczne, kudły - raz tak, raz siak... Tak poszło prawie w dorosłość. Szczególnie koleżanki były zachwycone, bo udostępniałem im swoją głowę do barwnych eksperymentów... Podobałem się sobie. Byłem śliczny, posądzano mnie o rzeczy straszliwe, w szkole miałem same dwóje i całe miesiące nieusprawiedliwionych nieobecności; zapisywano mnie w jakichś czarnych księgach i zawieszano w prawach, o których nie miałem zielonego pojęcia... Raz tylko się wściekłem... Wylądowałem w gabinecie sweterkowatego dyrektora, który zaczął mnie pouczać, jak winien wyglądać szary, posłuszny chłopiec. Chociaż ja już takim chłopcem nie byłem, bo chwilę wcześniej zostałem z całą państwową powagą zgwałcony, pokazując gołego siusiaka i wypinając takiż tyłek prymitywnemu konowałowi na komisji wojskowej, która to, po oględzinach i zdawkowym wywiadzie, uznała mnie za zdolnego do pełnienia służby w charakterze gwałciciela, bandyty i zabójcy... (cóż za atrakcyjny zestaw dla kobiet, z właściwej plemiennie i politycznie strony, naturalnie!!!) Zdrowy, czytaj - dobry do przeczołgania... Przeczołgać jednak się nie dałem. - I jeśli mogę już zabijać, to proszę mi mówić proszę pana, bez względu na kolor włosów... Uznałem zresztą, że nie byłem na pokaz, bo przecież tak strasznie obniżałem poziom swoimi siedmioma lufami na półrocze... Taki był mój rekord... Ach, z jakimi westchnieniami dawali mi świadectwo dojrzałości... Byłem okropny, i całkowicie poza dreskodem - bez pętli na szyi i bez skarpet, w niewinnej bieli, jeszcze na dodatek z ostentacyjną, opryskliwą wręcz opalenizną z Gubałówki, na której stokach relaksowałem się przedmaturalnie, zarzucając całkowicie podręczniki, do których zwykle niechętnie zaglądałem...

To było wszystko takie szczeniackie, małe, śmieszne, ale wtedy jednak doniosłe... Byłem rozmarzony, wewnątrzsterowny, z makabrycznie wielkim workiem wiedzy zupełnie dla szkoły nieprzydatnym ... Coś z tego mi zostało... Rozmarzony już wprawdzie nie jestem - a jeśli już, są to myśli całkiem dziś nie do spełnienia... Ale sterowność własną zachowałem... Tak, w sumie jestem trochę jak ta nasza cicia, co jest po przejściach, ale która wcale się nie mizdrzy za uratowanie życia... Przyjmuje pomocną dłoń, ale na swoich warunkach...:) Twoja sprawa, losie! Dość beztroskie zawołanie... I to też całe moje poczucie bezpieczeństwa... Mało mi więc potrzebne są dokumenty, certyfikaty, państwa, opiekunowie... Chętnie stawiam się poza nawiasem! 

Tak to Klaus przywołał trochę starych rzeczy. Choć bardziej David, którego w początkach swych fascynacji spotkałem w towarzystwie niemieckiego artysty... Dopiero po jakimś czasie pewien znajomy uświadomił mi, z kim wtedy wystąpił Bowie... - Wiesz, takie dziwne to było, z takim pudlem, co miał w pysku telewizorek... - A, no jasne, Nomi... Po latach dopiero zobaczyłem cały ten występ. Trzy numery: wspomniane "TVC15" oraz "The Man Who Sold the World" i "Boys Keep Swinging"... Bowie uwielbiał dziwaków i chętnie zapraszał ich do współpracy. Podobnie było z Kalusem Nomi. Po prostu musiał z nim wystąpić. Akurat Nomi był w Nowym Jorku, więc natychmiast go porwał... Wspólnota estetycznych zamiłowań. No i niech nas płeć nie ogranicza... I Bowie, i Nomi wykraczali malowniczo poza te płciowe granice... To chyba po tym występie z Davidem Nomi zawiązał sobie muszkę pod szyją i poszedł w te biało-czarne geometrie... Plus - minus, białe - czarne, krzyżyk - strzałka, damskie - męskie: w jednym...

Pamiętajmy o Klausie! A kto Go nie zna, niech swoją z nim znajomość zawrze choćby i tu, na moim blogu... 

Zastanawiałem się, co wybrać... Postawiłem na "Simple Man". Bo sam jestem "simple"... Jestem prosty, nieskomplikowany, dzięki czemu lubię to, co najlepsze!... Wiem, inteligentny czytelniku, jadę Oscarem Wildem, ale w sumie taki właśnie jestem... I dlatego kocham Klausa, i dlatego kocham Davida...

Szkoda że z jótjóba zniknął pełen materiał z owego show, o którym wspominałem; poprzestanę więc na dźwiękowym zapisie... Nomi. Bowie - Nomi - historyczny moment... Dwie rzeczy. O różnych ciężarach. Obie dobre do tego, by skłonić tego i owego człeka do refleksji...

Posłuchajcie:

bb

Nie mój cyrk

kiljan.halldorsson

 Umykam przed upałem, licząc na jakąś kojącą burzę... Tak - ja nakarmiony, kot takoż, Franek coś jeszcze dłubie w robocie... Gorąc, paskudztwo. Wolę chłód, bo przed nim łatwiej się obronić... A tu gorącości ciągle. Dosłownie i w przenośni. Gorąc z nieba i tlący się żar skłócenia, tło dla osobistych porachunków kilku paskudnych typów... Się kraj dał rozbujać, się otwarł na szakala. A większość to obojętny tłum. Tam brud, tam gnój, co ja się będę wtrącał... Najpoważniejsze są zabawki, plażowe parawaniki, ceny, fizjologie... Przecież normalnie jest. Grecje, Wenecje - o co chodzi? My myślami w naszych małych merkantylnościach, co nam więc kulson jakiś! Nawiązując do tej twarzy, co w nieodpowiednich momentach jest od, zapominając o tych mniej szlachetnych częściach ciała, co jednak pokusą są wielką dla bandziora, pozwolę sobie przypomnieć taki tekst jednej z piosenek z Kabaretu Olgi Lipińskiej. Ma już wiele lat, a ciągle dzisiejszy jest, aktualny nieznośnie... Grzechy zaniechania, beztroski, obrazy... A tu kły nagle, piany wściekłe, demolka bezrozumna... Oby nas te pierwsze kopniaki otrzeźwiły w porę... Zatroszczcie się o swoją dupę, a przy okazji o dupy potomnych! Zastanówcie się nad obecnym ekscesem, wy, obojętni... Oby powiedzonko o małpach i cyrku poszło w końcu do lamusa!

Mieszkaniec tego kraju raz

na Wiejską wszedł do Sejmu.

Wśród posłów elegancja, luz,

swawolą się nie przejmuj.

Jakich tam używano słów

przy damach, rzecz sprawdzona.

Tego powtórzyć nie da się,

o, mowo Cycerona!

Zachodzi w głowę rodak nasz,

kto taką rasę spłodził?

Nie moje małpy, nie mój cyrk,

a co mnie to obchodzi...

Mieszkaniec tego kraju raz,

było to innym razem,

wszedł do świątyni, aby tam

modlić się przed obrazem.

Ogłuszył go wodospad słów

natchnionego księdza,

że grzech, że szatan, że zła moc,

przeklęta niech będzie seksu jędza!

Więc coraz częściej słychać w krąg,

złorzeczą starzy, młodzi:

Nie moje małpy, nie mój cyrk,

a co mnie to obchodzi?

Miliony bez zajęcia rąk,

a wciąż w pogardzie praca.

Zaklęty niemożności krąg,

tu nic się nie opłaca.

Strajkuje ziemi naszej sól,

górnik i hutnik, kolej.

Doradcy nie wychodzą z ról,

znasz prawo, to je olej.

Właściwe znaczki w klapy wpiąć,

święci na długopisach.

Nie moje małpy, nie mój cyrk,

nam to normalnie zwisa.

Gdy znów dostało mi się tak

w dwa końce kręgosłupa,

krzyczę: I moje małpy, i mój cyrk...

...to moja własna dupa.

Twarzą od

kiljan.halldorsson

To nawet pożądane jest, dla higieny... Bo jak tak za długo się jest do, to można się trochę zawstydzić. Księżyc to wie, bo on twarzą zawsze do, wpatrzony miłośnie w tę swoją Ziemię Mamuśkę (o, doświadczenie nieszczęsnego heteryka, co do swej ukochanej zawsze przodem być musi, nawet jeśli ona ku niemu zadem się obraca!), więc się od czasu do czasu rumieni, zaćmiewa się wstydem, brunatnieje, raz na sto lat nawet na dłużej... O, tak, my teraz mądrzy jesteśmy, wiemy, jaka piszczałka w trawie piszczy, skąd te straszliwe zaćmienia, tak czy inaczej jednak powróżyć sobie można, poodczytywać znaki zsyłane przez przyrodę. Krwawy księżyc to zły omen. I my to czujemy. Więcej - widzimy przecież, że przestajemy się mieścić w ramach przyzwoitości. Czas na nieprzyzwoitość, najwyraźniej, znowu...

Poczciliśmy bohaterów, popodniecała nas trochę cudza krew... Aż nawet zabawkę mamy z tego! Jakie fajne były tamte dziewczęta, a tamte chłopaki, hmm... Erotyka z ceglaną posypką, wśród pożarów, w jakiejś dziwnej suchości - ale śmierć to susza przecież... Ufff... Gdyby nasze życie dzisiejsze nie kolebało się w swym rytmie pomimo tamtej jatki, tylko dzięki tamtej jatce, to byłby jeszcze większy wstyd. Bo po co te tragiczne zrywy, podziemia, po co rok 80, 89, skoro dziś wszystko w rękach gangsterów o komuszej mentalności, podlanej - o dziwo - jakimś paranaziolskim sosikiem?... Słyszałem słowa przerażonej dzisiejszymi czasami uczestniczki powstania warszawskiego, apelującej do młodych, by coś z tym zrobili... Sam się wstydzę dziś, choć przecież palca do tego ohydztwa dzisiejszego nie przyłożyłem... Żeby tylko ci młodzi chcieli czegoś przyzwoitego, by chcieli wolności... To nie jest, wbrew pozorom, takie łatwe, bo wolność to niepokój, bo wolność jest straszna i absorbująca. Głowa się grzeje wolnemu człowiekowi. Niewolny zaś ma komfort chłodziarki, bo są oni, co biorą na siebie ciężary, władni rzucić maluczkim po ochłapie, a gdy jeszcze z księdzem się zaprzyjaźnią, co do nieba bram ma wytrych, człowiek czuje się zabezpieczony na wszystkich frontach...

Lubimy pogrzeby. Otrząsamy się jakoś tak cmentarnie. O, coś nam umarło! Ale czemu? Jeszcze wczoraj przecież żeśmy się widzieli... Umiemy sobie jednak radzić ze stratą, gromadzimy się na stypie, palimy świeczki, mamy gotowy repertuar piosenek i wierszydeł. I tak się utulamy w żalu... Gdybym był daleko, to bym rechotał. Ale że jestem blisko... Uczestniczę czasem, choć bez świeczki i bez świecącej komórki, bo zwykle nie mam obu przy sobie... Co na pocieszenie? Skoczkowie skaczą, jak na skoczków przystało! Jakiś mocarz umie przepłynąć, pojechać na rowerze i pobiec stąd aż gdzieś tam, hen, w niecałe dwie doby; inny zaś, tak na nasze sto lat, zjechał na nartach z K2. Mocarzy rodzi ta ziemia! Brakuje tylko jakiejś dzielnej Matki Polki, która, brawurowo zrzekając się 500 +, siódmego (bo to przecież szczęśliwa cyfra) syna swego rodzi na szczycie K2, którego można by było potem ochrzcić w bazie na wysokości pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza (na wysokości stosownej, jakże bliskiej boga naszego fantastycznego, co w swej niepogańskości nie jest ani wodny, ani powietrzny, tylko całkiem ponad zwykłymi ziemskimi sprawami nadpowietrzny), nadając mu symboliczne imiona: Jan, Paweł, Lech, Aleksander, Natenczas... Moglibyśmy się wtedy zachwycić życzliwością losu, bowiem wśród wymienionych, jakże symbolicznych imion, są takie, co mogłyby przecież zadowolić i drugi sort... Przyzwoity to zestaw, te imiona, i ten zaimek, co tak mocą głupoty awansował, treściwy zestaw, oddający w pełni, sądzę, nadwiślańskiego ducha - trochę w tym ciemnego luda, trochę głupoty, szczypta bohaterstwa, odrobina malowniczego nawrócenia demokratycznego... Lekka woń kruchty, swojskiego rosołku i bigosidła, lecz i odrobina światowości (wyczuwalna pewnie jedynie przez drugi sort, co to w jadłospisie miewa rozmaite dziwactwa z królestwa mięczaków i skorupiaków)... No i ten zaimek awansowany - najbardziej bogaty w treść, bo to przecież tam i ta upiorna skłonność nasza do zaprzyjaźniania się z romantycznymi upiorami, jak również kretyństwo, do którego czasem trafiają i teksty pisane, które to nawet owo kretyństwo wydukać potrafi (cóż za malowniczy owoc powszechnej oświaty), tyle że bez żadnego zrozumienia...

100 lat, a może mniej, bo Polska, przynajmniej wg aparatczyków dobrej zmiany, cierpi na pewne takie ontologiczne migotanie. Istniała, nie istniała... No, a sens jej istnienia, jeśli tak zamigocze na tak, to lud raptem jakiś taki na nie, i bandytom swe drzwi otwiera... Gdzie ten czar zgubny dziś? Czyżby w prostackiej krągłości wodzowskiej mordusi?... Dobra zmiana fizjonomie ma w sam raz na oczekiwania luda z duszą smolistą, od grilla, naturalnie...

Tacy jesteśmy fajni, punktowo... No i szczęście, że mamy takich fantastycznych strażaków, którzy ostatnimi czasy zrobili wspaniałą robotę nie tylko gasząc trawiące Szwecję pożary, ale i czyniąc coś wspaniałego dla naszego wizerunku, tak przecież nadwątlonego w ostatnich latach przez głupców. (Ci panowie to prawdziwi patrioci, o nich tak ze spokojem mówić można!)

Rzeczywistość jednak, mimo wysp malowniczych i przyjaznych, jest brzydka, zła... Aż chciałoby się twarz odwrócić, zdaje się jednak, że warto trwać jak księżyc, twarzą do, ze strachu o pupę... Tak, większość luda (tak ze 60%) jest za fajna, żeby się interesować polityką. Polityka jednak nie przestaje interesować się nami. A pokazywana jej pupa, tylko ją kusi, żeby się zamachnąć, coraz mocniej obutą nózią... Jak cię, lalo, gwałtem zapłodnią, a potem kopa ci da sumienny konował, to wiedz, że właśnie interesuje się tobą polityka. Jak cię, miśku, naziole pobiją na ulicy, a potem cię prokurator oskarży o pobicie nazioli, to wiedz, że jest to przejaw szczególnego zainteresowania tobą przez politykę. Tak to jest; warto o tym pamiętać... Tylko czy przykłady takie przemówią, czy przemówi do ludzi dopiero brak pieniędzy, ta chwila, kiedy bandzior wytrzepie im z kieszeni ostatnie miedziaki?

Prywatnie jednak lubię się czasem poodwracać... Czasem sobie tak z Frankiem przysiadamy na krajoznawczych wycieczkach, by się pogapić. Kiedyś tak, gdyśmy się gapili na krajobraz opierając się o siebie plecami, na pogodnym wydechu zauważyłem, że nie mogłoby być doskonalej. - Gdy jesteśmy do siebie plecami. No pięknie - zauważył Franek z udawanym zawodem... - Coś w tym jest... Bo dobrze jest, gdy życia na siebie za bardzo nie wyłażą... Jestem gdzieś u siebie, twarzą od, ale jednocześnie, w razie czego, jestem całkiem blisko... Nie przeszkadzamy sobie. Ale umiemy za sobą tęsknić. To jest chyba ta moc istotna... Związek? Nie przepadam za tym słowem, bo kryje się za nim ponura interesowność. Przywiązanie to jakieś sznury. Źle się to kojarzy. Wiązać można buty, żeby nie spadały; wiązać może sobie człowiek pętlę na szyi, gdy nie chce już dalej dotykać podłoża, by po nim dalej pełzać... A miłość - nie nadużywam tego słowa i nie jest ono treścią mych obwieszczeń... Miłość kojarzy mi się z pewnego rodzaju nieruchomościami. Dzieła sztuki; zdania zawsze w tym samym miejscu, kolory w niezmiennej harmonii, powroty do tego samego, z niezachwianą pewnością... Bóg - to też wdzięczny przedmiot miłości, któremu wszystko się zapomina, najgorsze nawet razy, który, niewidzialny, sam jest niezachwianą miłością... Bóg... Uporczywa pewność istnienia nagradzającej dłoni; towarzysz, który zawsze słucha, który jest na zawołanie, każde, jakby nie miał swego życia i swoich obowiązków... Lepszy od dziecka, które, dorastając, o niczym innym nie marzy, jak tylko o wydostaniu się z kochających rąk rodziciela... Bóg jest pewny. Tak samo pewny jak książka na półce, jak obraz w muzeum... Reszta to już obiekty tęsknot. Niepowrotne i powrotne. Tęsknoty - gdy się spełniają, cudownie... Gdzieś jednak ten sam człowiek, w migotaniach, przemianach, w starzeniu się... Ciągle jakiś zaskoczenia... Czasem przyjemność, czasem gniew... W naszym przypadku gniewu mało, bo sobie nie przeszkadzamy, a jak sobie nie przeszkadzamy, to się i sobą nie nudzimy... Jak się zwracamy do siebie twarzami, to mamy takie wakacje, wolne od bzdur...

Tylko czy to szczęście? Gdy gdzieś tam w głowie ta straszliwa wielkooka kałamarnica gotowa puścić obłok inkaustu, i ten lęk, że znowu gdzieś się zapadnie grunt... Życie wydaje mi się pływaniem, którego nie lubię... Taplanie się w wodzie jest wprawdzie przyjemne, tyle że ja lubię to robić z powodów czysto higienicznych, na rekreacje mam zaś lepsze pomysły, pozwalające mi czuć grunt pod nogami... Ale w tej życiowej rzeczywistości jest trochę jak w wodzie, trzeba machać tymi wszystkimi gałęziami i brać umiejętnie powietrze w płuca, by się za bardzo nie zanurzyć... Jeszcze pal licho, gdy się sięgnie dna, mając łeb nad powierzchnią, ale gdy się na jakieś dalsze wody wypływa... Brrr - boję się, iż do dna już tak daleko, ze gdy opadnę, nie nabiorę sił, żeby się odbić... A o łódkę trudno... Życie to nie wycieczka... Pamiętam jak z przyjacielem wypływaliśmy daleko na fiord. Kochałem wiosłowanie, do dziś lubię zresztą... Setki metrów dzieliły nas od dna, prawie kilometr. W łódce ta groza była ledwie taką łaskotką. Ale gdybym znalazł się raptem za burtą, jestem pewien, że sama świadomość tej wodnej przestrzeni by mnie zabiła... W życiu wolnego człowieka żadnych burt nie ma... Pociesza mnie tylko to, że nie wiem, jak daleko jest do dna... Ale i tak się trochę boję, bo wiem przecież, że otacza mnie żywioł, cholernie, póki co, uprzejmy, życzliwy...

Wspominałem chwilę temu tu Ludwiga Wittgensteina... Nie sposób się z nim nie zgodzić, gdy powiada, że gdyby nawet stawało się wszystko, czego zapragniemy, to i tak byłaby to tylko niejako łaska losu. Dookoła jest tyle tego dziania się, bez naszego udziału. Nawet samo ciało jest tylko takim dzianiem się. Te przemiany materii, te trawienia, ta krew nie za gęsta, te wszystkie rury jakoś szczęśliwie drożne... Ale przecież dobrze wiem, jakie to wszystko niesolidne... W łapach bezdusznych praw natury...

Ratunkowo można odwrócić twarz. Ale jak zapomnieć o czasie? Szczęśliwy nie zna lęku! Żyć w teraźniejszości! Śmierć - ja nie umarłem. Wbrew pewnym myślom... No tak, wiele się da przeżyć. Właściwie co gorszego może mnie spotkać? Znam smak różnych strat... Przed nędzą świata się nie zabezpieczę. Zatem co? Patrzenie w siebie? Czystość sumienia?... Człowiek szczęśliwy żyje nie w czasie, lecz w teraźniejszości. Nie zna lęku i nadziei towarzyszących myśleniu o przyszłości... Czy tak się da stale? Nie wiem, ale to bycie plecami do i twarzą od daje mi szczęście... I te tęsknoty... Jedne to słodkie wspomnienie, a ta najważniejsza, z życiem powiązana, z tym teraz, daje się zaspokoić, daje radość... Ciągle my, w zmianach, już bez psów, ale z kotem, dwa duchy w materii zatopione, co wiedzie swoje tajemne życie, obojętnie, ze spokojem, w zgodzie z przyjętym porządkiem, w materii niedbałej względem ducha, bo to ledwie przecież para w gwizdku hałaśliwym - braknie żaru i powietrza, skończy się i gwizdanie, którym to faktem nikt się nie będzie przejmował...

Taa, byle zachować rozsądek, nie poddawać się lękom i tworzyć dobre tu i teraz, by się nie rozpanoszyły upiory... To nie jest proste. Ale chyba tak trzeba, dla zdrowia... Dobrze wiedzieć, kiedy być twarzą od, a kiedy do... Choć nie wiadomo, czy się powiedzie...

Gdy lodowiec lśni

kiljan.halldorsson

 Ale wkoło jest wesoło, człowiek w pracy, małpa w zoo... O, bogowie, stare przeboje, a ciągle takie na czasie... Kornik ryje dziurę, elektronik kradnie, itd, itd... No, człowiek dziś w pracy bardziej niż kiedykolwiek (cóż to za kolonizacja życia, ach!!!!). A małpa - gdy nie ona, to miś gryzący albo wąż, całkiem już poza zoo, według przejętych śliczności z tvn: zły, głodny i rosnący, w drodze do Torunia... Doprawdy Ionesco z Witkacym... Tylko u Ionesco to, zdaje się, rósł niezmordowanie nieboszczyk, a po ulicach grasował nosorożec, no, ale my możliwości mamy inne, choć stać nas dziś i na egzotykę, bo wąż to w końcu pyton, tygrysi...  -  Ale już tak poważniej: - To cud, że te nasze piłkarskie kusibaby odpadły tak wcześnie, bo dziennikarki trochę ochłonęły, i przynajmniej możemy podpatrywać, jak to Prezes demontuje państwo. Demontuje ku uciesze gawiedzi, jak można zaobserwować, przynajmniej gdy człowiek patrzy na sondaże... Palikot kiedyś przestrzegał przed wylaniem się gówna. Nie zrobiono nic - gówno się wylało. Ale ludność się cieszy, władza takoż, bo słyszy całe to - że się tak wyrażę - ekskrementalne tak! 

Tak swoją drogą, to Palikot mi się ostatnio przyśnił. Rysował mi na twarzy długopisem zmarszczki i wąsy. Na cmentarzu w Biłgoraju... Bardzo oryginalny początek dnia - stwierdził Franek, gdy mu o tym opowiedziałem tuż po przebudzeniu. - Tylko czy ja się będę mógł dzisiaj skupić w robocie?

Przychodzą dziwne czasy. Ledwie przystawką do nich jest taki tam zdemoralizowany Prezesik z Żoliborza, co marzy o tym, by w głupkowatej zemście zostawić po sobie pustynię, w zemście za urojone winy tego, który nieznośnie go przerasta pod absolutnie każdym względem... Ja tam osobiście się nie martwię, bo ja, jak Prezes, dzieci po sobie nie zostawię, ale ci, co je mają, powinni się trochę zastanowić nad tym, co pozostawią swoim dzieciom... Bardzo dużo od nas dziś zależy. Nie ma przesady w tym, co mówi dziś pani prof. Płatek, że wręcz pokój od nas zależy, właśnie od nas... Aż by się chciało zawołać - obudźcie się łajzy i cofnijcie swoje ekskrementalne tak dla dewastatorów. Zastopujcie ten cholerny gen autodestrukcji i tego samotniczego obrażalstwa, uciszcie swoją paranoję, godnościowo wzdęci maluszkowie!

Potężnym śni się koncert mocarstw. Maluchy niech się kłócą. Pan Trump daje wyraźne sygnały. A pan Putin w nowym pierzu mocarstwowym się uśmiecha gadzio. Propagandowo tryumfuje. Po imprezie, co oczarowała skretyniałego zabawowicza. Zabawowicz pójdzie bowiem wszędzie, byle tylko grała muzyczka i lali piwsko - przystroi się w obowiązujący fason gaci, zarzuci plecak... Jest jak geszefciarz, który gotów jest pohandlować z samym diabłem. I zabawowicz, i geszefciarz mają stępiony węch, nie obchodzą ich żadne wartości demokratyczne, żadne prawa człowieka, wszak cieszą się oni tylko tym, co im się pokazuje - troskę, gościnność, przyjemną twarz, uśmiechniętą po przyjacielsku od ucha do ucha... Pojadł, popił, pohasał z adrenalinką, siknął spermką...

Plac zabaw mamy dziś... Drony, nartki, piwsko... Ech, niech tam... Life is a cabaret, old chum... I wąż na ozdobę (jakże mnie bawi ten wąż głodny i te obawy wieśniacze - o, dziecko może jakie zjeść - byłaby to tragedia, horror na biblijną niemal skalę - wąż pożerający katolickie dziecko prostego człowieka znad Wisły, co z takim trudem przecież na śwat przychodzi, uciupciane w zaduchu, pod pierzyną, na księdza, na wstydliwym bezdechu, w tej grzesznej ekscytacji - dramat!!!)...

 Ale wkoło jest wesoło... Partyjni mędrcy przebrani za sędziów orzekli, że można ułaskawić nieskazanego prawomocnym wyrokiem człowieka... To tak, jakby dać ułaskawienie in blanco... Ja bym chętnie złożył takie podanie o ułaskawienie, jeszcze przed popełnieniem przestępstwa, tak żeby już w ogóle nie kłopotać tego całego wymiaru sprawiedliwości... I jak bym już miał takie ułaskawienie, to bym się jakoś fajnie urządził - nikogo bym nie okaleczał ani nikogo nie mordował - ot, napadłbym sobie na bank i przywłaszczył sobie pewną kwotę, no, tak żeby sobie ułożyć lepszą finansową podściółkę na starość... I już... No, co, obywatele - sygnały mamy czytelne... Po jednym ułaskawieniu dla każdego, a co...

O, życie... Wszystko to bardzo poważne jest, choć człowiek, jakby dla odreagowania wpada w tony złośliwo - żartobliwe... Wszystko to jednak ledwie kotłowanina materii - chemia, fizyka... Ani to złe, ani dobre... Ale, jak powiada Ludwig Wittgenstein, istnienie świata to cud. Lecz z artystycznego punktu widzenia. Cud. I pięknie, że jest to, co jest...

Czy istotą artystycznego sposobu widzenia świata jest to, że patrzy ono na świat szczęśliwym okiem? To kwestia wyrazu. Sztuka to wyraz. Nawet gdy mówi o dramatach, to szuka takich wyrazów, że wpadamy w zachwyt. Tu przychodzi mi na myśl Oscar Wilde, który zalecał: Znajdź wyraz dla swej radości, a spotęgujesz jej ekstazę; znajdź wyraz dla swego smutku, a stanie ci się drogi! Życie jest poważne, a sztuka radosna, powiada Fryderyk Schiller... Z pewnością bowiem jest sporo racji - dodaje Wittgenstein - w poglądzie, że celem sztuki jest piękno. A piękno jest tym właśnie, co uszczęśliwia...

Piękno świata też uszczęśliwiać potrafi... Że to może szyderstwo... A niech tam! Bo jeśli słowo trafne, jeśli muzyka...

W ponurościach, coś optymistycznego, z islandzkim akcentem... Spotkanie, miłość, piękno... "Ég er komin heim". To właściwie taki drugi, nieoficjalny hymn Islandii. Taka, zdaje się, węgiersko - islandzka mieszanka. Przecudna piosenka, którą często można usłyszeć na stadionach, gdzie kibicują piłkarzom Islandczycy, piosenka, która też potrafi rozbujać człowieka po paru głębszych... Przyjemna, optymistyczna piosenka, która, myślę, spodoba się pewnemu melodyjnemu facetowi kryjącemu się pod imieniem Ernest - (bo mi tak zawsze, Erneście, przychodzisz do głowy, gdy wyszukuję tu coś melodyjnego - tak jest, i nie ma na to rady!!!!:))

Pola się zazieleniły, zima poszła precz, słońce grzeje ziemię; a ja wracam, by z tobą być, więc przyjmij moją dłoń. Zbudujemy razem dom, co będzie dla nas ciepłym, bezpiecznym miejscem, w naszym pięknym kraju... Słońce sypie srebrem po wodach zatok; patrz, jak lodowiec lśni. Przed nami świetlana przyszłość, sama jasność, bo przecież wróciłem. Moja wędrówka dobiegła kresu i schronienia szukam w twych ramionach... O tym mniej więcej jest piosenka... Dedykować ją wypada wszystkim tym, co jakoś budują swoje szczęście, swoje domy, wszystko jedno czy wśród jakichś zieloności, czy pod lśniącym lodowcem, w mieście, na wsi... Ratujmy się pięknem, barwami, melodią... Na zdrowie!

Przenieśmy się na moment do sali koncertowej Harpa w Reykjaviku. Helgi Björnsson... Jeden z tych ludzi orkiestr, z jakich zbudowane jest islandzkie społeczeństwo... Płyną lata... Najbardziej mi się wpisał w pamięć w swej roli w komedyjce "Sódóma Reykjavík". Moli w stroju z pokrowca na samochodowe siedzenie... Ile to już lat... Tu już Helgi o wiele dojrzalszy. Z pięknym głosem... "Ég er komin heim"... Zatem po islandzku, optymistyczne!

Sól slær silfri á voga,

sjáðu jökulinn loga.

Allt er bjart fyrir okkur tveim,

því ég er komin heim.

Roald Amundsen

kiljan.halldorsson

Są tacy ludzie, co znikają. Ich życie kończy się dla nas jakby wielokropkiem... (o, mój ulubiony znak, biorący się z intelektualnej nieporadności, narastającej niestety...) Znikają, przepadają, nie osiadają w żadnych grobach. Rozpływają się w jakichś niejasnościach, w jakichś mgłach. Tak też przepadł, rozpłynął się, Roald Amundsen. Niby wiemy, że nie żyje, że nawet gdyby gdzieś ocalał, z czysto biologicznych powodów nie mógłby dziś żyć, bo to zbyt wiele lat, ale że nie powrócił, to jest jakby w ciągłej podróży... Leci na tę cholerną Północ, ratować swego wroga. Wróg przeżył, pożył jeszcze długo, choć i on już nie stąpa po tej ziemi... A Roald Amundsen leci - taka to przewaga zaginionego... Wystartował z Tromsø, i przepadł gdzieś w Morzu Barentsa... Był już właściwie na pamiętnikarskim aucie, w swym ujutnym Uranienborgu nad Bunnefjorden, z widokiem na czarujące zieloności Nesodden, miały być już tylko wspomnienia, przyprawione trochę goryczą... Nie odmówił jednak pomocy, chcąc może pokazać, że taki zimny to on nie jest... Człowiek, który wbrew pozorom wcale nie szukał przygód...

Czerwcową porą szedłem na pociąg, i po drodze wstąpiłem do antykwariatu, ot tak... I nagle Roald Amundsen. Mała książeczka "Moje życie polarnika". Czytałem kiedyś inne teksty Amundsena, ale tej książeczki akurat nie. Pomyślałem sobie, że będzie coś do poczytania w niezbyt długiej podróży... Może będzie jakiś literacki błysk? Pamiętam, że kiedyś, w szczeniackich czasach, zachwycił mnie opisem Framheimu nad Zatoką Wielorybów. Na moment go wtedy polubiłem... Bo tak poza tym, zawsze wydawał mi się jakiś suchy, zimny, nieprzyjemny... Przyjemna okładka książeczki - "Belgica" w lodach antarktycznych, a nad horyzontem unoszący się potężny Amundsen ze słynnej fotografii, w graficznym uproszczeniu... Amundsen na południowym biegunie, z pewnością jeden z najsłynniejszych wizerunków XX wieku. Na głowie kaptur z foczej skóry, zamglone nieco spojrzenie, szalenie zmęczone, spod ciężkich powiek; uprzejme cienie łagodzące jakoś ten ostry, wydatny nos, przypominający trochę dziób maskonura, cudny rysunek ust; wychudzona twarz ekstremalnego podróżnika, niemal piękna, jakaś taka nawet trochę kobieca...

Zimny świat, na zimno obliczone życie... Bardzo osobliwe motywacje miał ten człowiek. Kiedyś czytał teksty sir Johna Franklina, który chciał pokonać przejście północno - zachodnie. "Spodobały mi się cierpienia, jakich zaznali - pisał po latach Amundsen. - Dziwna potrzebna wyzwoliła we mnie pragnienie przeżycia podobnych doświadczeń. Może to młodzieńczy idealizm, tak często zwracający się ku męczeństwu, sprawił, że widziałem  siebie w roli swoistego krzyżowca badań arktycznych. Też chciałem cierpieć za sprawę: nie na rozżarzonym piasku pustyni, w drodze do Jerozolimy, lecz na mroźnej Północy, poznając dotąd nieznane, ogromne pustkowia".

Pustkowia Północy, pustkowia Południa... To kiedyś rozpalało moją fantazję. Lód mnie rozpalał. Bo przecież i zimno potrafi palić! Myślałem kiedyś, żeby zostać przyrodnikiem, takim zanurzonym w tych wszystkich zimnych polarnościach... Ale gdzieś to po drodze zabiłem - po tym wszystkim została mi jakaś dziwaczna wiedza o roślinach i zwierzętach, momentami nawet dość szczegółowa - i z niezbyt potrzebnym bagażem utknąłem pośród poetów, dziwaków, w bibliotecznym kurzu, w rękopisach, starodrukach, w przepełnionej duchem makulaturze. Choć nie oderwałem się od Północy, nie!. I też swoje marzenia jakoś tam spełniłem, bo jako turysta do tej całej Arktyki dotarłem... Hmmm, takie do czasy nastały - kiedyś mordercze wyprawy, bez łączności, niemal jak wyprawy w kosmos, dziś przemienione w turystyczne wypady, w cieple, rejsowym samolotem, z Kopenhagi, Oslo czy Tromsø...

Ziemia jest już taka opanowana. Nie od dziś, bo przecież już dawno temu, w 1899 roku, pisał ze Szwajcarii do Louisa Wilkinsona Oscar Wilde: "Mój Drogi Chłopcze, (...) Jestem, jak widzisz, w Szwajcarii: nad Jeziorem Genewskim, w willi przyjaciela. Po przeciwnej stronie Jeziora wznoszą się góry Savoyu i Mont Blanc, który o zachodzie słońca czerwieni się jak róża: może ze wstydu, że tu tylu turystów: przestał napawać grozą: stare panny nań teraz wchodzą: a jego śniegi już przestały być dziewicze".

Coraz mniej było dziewiczości, największe pozostawały na terenach podbiegunowych, pełne jeszcze bezimienności.

Amundsen sposobił się do swej roli w sposób poważny i systematyczny. Był sportowcem, ćwiczył mięśnie (aż potem wprawił w zachwyt lekarza z komisji wojskowej), hartował się, zaznajamiał z zimnem. Szczęśliwie rodzice umarli w stosownym czasie (z wdzięcznością potem zawiesił ich duże portrety nad swoim biurkiem), nie musiał więc starać się o dyplom lekarza i poświęcił się zdobywaniu wiedzy pomocnej dla przyszłego podróżnika i odkrywcy. Był szalenie zdeterminowany.

Męski świat, absolutnie. Kobiet tam nie ma żadnych. Jest życie absolutnie sensowne i nakierowane na określone cele. Zimno sensowne.

Próby. Najpierw niewinna Nordmarka, potem pierwsze morderczości - zimowa przeprawa przez Hardangervidda gdzie razem z towarzyszem wędrówki omal nie wyzionęli ducha... Przygoda - to po prostu błędy. Z nich się bierze coś, co się szumnie nazywa doświadczeniem... Cel - przewidywać jak najwięcej. Znać przyrodę jak najlepiej. Bez jakichś większych sentymentów... Przyszedł wreszcie czas wielkich wypraw. Antarktyka na statku "Belgica". Potem Przejście  Północno - Zachodnie na kutrze "Gjøa", który potem przez lata stał w jednym z parków San Francisco (łajba przetrwała z powodzeniem polarne mroźne grozy, mniej miała szczęścia w spotkaniach z wandalami...), upamiętnionym w nazwie kanadyjskiej osady Gjoa Haven... Później wyścig ze Scottem, do którego przystąpił podstępnie. Trochę mętnie się potem z tego tłumaczył. No, ale był zwycięzcą, w czysto sportowym, brutalnym w swym przebiegu wyczynie. Amundsen okrył się sławą, ale z pewnym cieniem. Tragiczny Robert Falcon Scott stał się jednak głośniejszym bohaterem i przez wiele lat pozostawał jednym ze wspaniałych mitów brytyjskich, w sam raz na nadchodzące wojny... (Dopiero w epoce Margaret Thatcher zaczęto z większym rozsądkiem przyglądać się tej imperialnej wyprawie pod kierownictwem Scotta, dostrzegając w niej koszmarną partaninę - gorące były wtedy spory między miłośnikami brutalnej prawdy a mitotwórcami!... W jakimś sensie jednak zmarły ze swymi towarzyszami Scott nadal pozostał większym bohaterem, być  może i przez lepsze tło literackie, bo jednak bardziej przejmująca jest jego relacja od opowieści Amundsena. Wyprawa Amundsena w swym prymitywizmie była doskonała, była starannie zaplanowaną eskimoską wyprawą z psami, które w większości stały się potem pokarmem zarówno dla pozostałej siły pociągowej, jak i dla dwunożnych uczestników wyprawy... (Amundsenowi smakowało, rodacy byli zniesmaczeni...), wyprawą z wewnętrznym konfliktem w załodze, przypieczętowaną bodaj w 1913 roku samobójczą śmiercią Hjalmara Johansena, wykluczonego z ostatecznego podboju bieguna... O tym Roald nie wspomina... W ogóle Roald mówi mało, wygodnie mało.

Potem pojawiają się inne cienie, które znów mącą jego karierę podróżnika. Nowe zdobycze techniki pozwalają latać, latać daleko... Po próbach dotarcia do Bieguna Północnego bardziej tradycyjnymi metodami, chce tam dolecieć. Samolociki zawodzą. Ale są sterowce. Na horyzoncie pojawia się Umberto Nobile - zakała pierońska, nieudaczny fanfaron, konstruktor sterowców... Decyzja Amundsena i Lincolna Ellswortha - kupujemy od Włochów sterowiec. Sterowiec otrzymał nazwę "Norge". Nobile staje się członkiem załogi. Cel - lot nad biegunem. Sukces. Trasa: Svalbard - Teller na Alasce. Wyprawa była prywatnym przedsięwzięciem, choć oczywiście z patriotycznymi akcentami (nazwa sterowca, zrzucenie flag na biegunie), ale nagle, już po wszystkim, roztrąbiła się italska propaganda. Umberto stroił się w idiotyczne mundury, Mussolini poczuł się biegunowym zdobywcą, tanim kosztem, bo przecież za cudze pieniądze, z wynajętym Umbero, co skitrał zawczasu owe galowe kostiumy... Ach, autorytaryzmy nie mogą żyć przecież bez propagandy. Cała impreza stała się itlaskim sukcesem! Bufonady i pierdolamenta. Do pewnego momentu śmieszne, w końcu jednak irytujące...

Potem Nobile poleciał na Północ sterowcem "Italia", jakby chciał udowodnić, że on żadnych tam Amundsenów nie potrzebuje. Impreza skończyła się katastrofą. Na ratunek głupiemu Włochowi poleciał Amundsen. Gdy startował z Tromsø, miał ponoć złe przeczucia... W czerwcu 1928 roku Roald przepadł. A Włocha uratowali Rosjanie.

Szczeniacka przygoda z polarnikami, w tym z chłodnym Amundsenem, chłodnym, choć nie pozbawionym poczucia humoru, co jednak jest cenne... Nagle, po latach, w 90 rocznicę zaginięcia, woła mnie z półki w antykwariacie... Krótka podróż z Amundsenem. Zagadkowym, odważnym, równie tchórzliwym co odważnym... Tak, w sumie lubię przeciwności. W jednym ciele. Sobie pomyślałem - biorę cię, mężczyzno! Zapłaciłem. I poszedłem na dworzec... Mógłbym się w tym dopatrywać jakiejś metafizyki, ale ja tak bardzo nie lubię się przeceniać... Nawet nie mam kwalifikacji na religijność, mimo że posiadam parę certyfikatów... Tak czy owak, rocznicowo - przypadkowo, Amundsen wpadł mi w ręce...

"Moje życie polarnika". Zwięzła, sucha książka, właściwie wypracowanie. Ale rodząca pewne refleksje...

Przygoda... Przygoda wynika z nieprzewidzianych spraw... Można poznać naturę, dowiedzieć się, skąd wieje wiatr, na ile mnie stać, fizycznie, poznać fizykę i chemię, zorientować się w odwiecznych prawach... Najtrudniej jednak zaplanować człowieka... Przygodą Amundsena stali się ludzie. A szczególnie Umberto Nobile... Nie odmówił mu jednak, przebrzydłemu... Mógł sobie siedzieć i patrzeć przez okno na zielone Nesodden, mając już dość Północy... Ale nieznośnie malownicza przygoda wezwała...

W zasadzie w Amundsenie nie było niepokoju duszy. Chciał tylko poznać nieznane. A to nie przygoda. Bo podróż odkrywcza to nie zabawa, to nie igraszki. W takiej podróży przygoda to ledwie nie najmilej widziana przerwa w pracy, w poważnej pracy. Dla niego podróż nie była oderwaniem od codzienności. Ona była codziennością, jak walka o byt naszych przodków...

Dla naszych przodków - powiada Amundsen - życie było wieczną przygodą, w tym całym podnieceniu, jakie daje ryzyko. "Nasi przodkowie każdego dnia ryzykowali życie, aby zdobyć wszystko, co niezbędne. My natomiast, flirtując ze śmiercią, powracamy do nerwowej radości człowieka pierwotnego, która chroniła go i krzepiła w codziennych zmaganiach"... 

Myśmy w gruncie rzeczy od takiej przygody odeszli. W większości. Amundsen miał jeszcze to osobliwe szczęście, by powalczyć o coś nieznanego... Mieć ryzyko, ale w pancerzu wiedzy i umiejętności. Zaliczał się do ludzi, których można porównać do astronautów. Choć decydował się nawet na większe ryzyko, bo płynąc w białe otchłanie, zrywał łączność z cywilizacją, absolutnie...

Chcemy trochę ekscytacji... Choć jednak szczęśliwi w naszych cywilizowanych bezpiecznostkach.... Tak, zachwycamy się podróźniczo codziennościami, z którymi na dłuższą metę nie chcielibyśmy mieć nic do czynienia, góry zdobyte już od przodu, inni chcą brać od tyłu, najlepiej srogą zimą... Aż nawet żal słuchać uzasadnień, tych wszystkich mistycyzujących bulgotów... Po co gadać?... Po te wszystkie przygody, dziś już tylko  przygody dla niespokojnego ducha, leci świat syty, ucywilizowany, który nie wie, co zrobić z życiem, tu, na tej planecie, gdzie wszystko już zdobyte... Ryzyko stało się zabawą, poszukiwaniem przygód, takich z zabezpieczeniem i ubezpieczeniem najlepiej (choć natura zawsze umie spłatać figla)... Amundsen był jeszcze w tym ostatnim momencie, gdy podejmując ryzyko, człowiek starał się unikać przygód! Bo kiedyś przygoda inne zupełnie miała znaczenie...

Tak więc znów na trochę wpadłem w czasy, gdy jeszcze można było zacierać białe plamy na mapie... Jak to niedawno temu było. Pustacie nieznane. Dziś też jeszcze są, ale już podpatrzone, nazwane... Tajemnicze lodowisko Północy - dziś nawet arena sportowych zmagań dla dobrze wyposażonych obłąkańców - sponsorzy płacą, można więc się i przebiec w jakimś technociuszku i po lodzie biegunowym. Dla prymitywnej satysfakcji... Skoro już byt zapewniony.

Kiedyś nieznane odkrywane z lękiem przed przygodą. Dziś przygoda, z lękliwym profesjonalizmem, by przygoda nie miała większych konsekwencji - ledwie flirt ze śmiercią , po którym lepiej się rozstać pogodnie... Choć flirciara czasem lubi chwycić i przygodziarza, co przecież chciał tylko dla ekscytacji pocałować, obmacać. Syta część ludzkości bawi się na tej kuli ziemskiej, obwąchuje brudy, zawisa na trudno dostępnych skałach, skacze w przepaści pewna zabezpieczającej gumy (aż mi się to z bezpiecznym seksem kojarzy - bo mi się często w ogóle kojarzy, czego się nie wypieram i nie wstydzę)...

Amundsen przekraczał bariery nieznanego. Chciał coś jeszcze uczynić znanym nie tylko sobie, ale i innym...Przekraczanie barier. To też trochę i taka artystyczna robota. Białe plamy w życiu i na świecie. Skoki w nieznane, czasem z brutalną zaciętością... Dziś mapy już kompletne, i ostatnie majtki plączą się koło kostek. Ludzie jednak dalej brną w zagrożenia, we flirty groźne... Taka zabawa, całkiem serio, bo przecież nie ma nic poważniejszego od zabawy. To walka o przetrwanie, w zabawowym przebraniu. Nawet żeby dziecko zrobić, trzeba się pobawić. Śmiertelnie poważna rzecz. Dla dobrego samopoczucia ludzie gotowi są na wiele... A najbardziej zaskakującym żywiołem potrafi być drugi człowiek, który umie wytrącić z radosnych ekstaz. Bywają gorsi od burz śnieżnych i lawin!

Amundsen - jeden z ostatnich, co rozdziewiczał ziemię. Zagadkowy... Czyżby z ...hm... branży, jak to sugerował  Kåre Holt? Zraniony przez innych, innych raniący... Swoje życie polarnika streścił zwięźle, sucho... Wielki, zdeterminowany człowiek, ocieniony albo tragediami innych, albo cudzą bufonadą. Miał szczęście i nie miał szczęścia. Poróżniony był ze światem, który czasem surowo go oceniał. Ale pozwolił jednak rzucić na siebie cieplejsze światło, bo poleciał ratować tego nieznośnego włoskiego cymbała... I upomniało się o niego morze, jak to pisali kiedyś Centkiewiczowie... Życie naturalnie oddało mu sprawiedliwość; stoi na cokole, ma swoją zatokę, morze, dobra Gjøa tkwi w nazwie osady, w miejscu, gdzie kiedyś dzielnie zimowała...

Życie polarnika. W sumie nijaka książeczka, ale jednak jakoś krzepiąca. Bo dużo w niej zdecydowania. Tej siły, jaka potrzebna jest do spełnienia swoich wariackich marzeń... Jest taką podpowiedzią, że można osiągnąć wiele, jeśli bardzo się tego chce, choć jednocześnie opowiada, że trzeba liczyć się z goryczą. Ale tak to już jest - zdobyte skarby zawsze, cholera, muszą mieć jakąś skazę - nic nie jest idealne, a już w szczególności ludzie...

Ach, te życiowe bariery!... Od razu przypomina mi się norweski Elling... Jedni zdobywają jakieś tam Everesty, a dla innego wyczynem nie lada jest pójście do restauracji albo odlanie się do pisuaru... Ale to warto. Bo i przy pisuarze można się natknąć na poetę!:) Po sukces trzeba ruszyć się z domu! A że dziś, w świecie, w którym wszystko już było, trzeba organizować sobie coraz bardziej niedorzeczne polowania, przynajmniej w atmosferze sytości, to już trudno...

W dziewięćdziesiątą rocznicę zniknięcia Amundsen wpadł mi w ręce. Bohaterowie szczeniackich czasów nie dają o sobie zapomnieć. To miłe z ich strony... Jechałem pociągiem przez zielone pola, a myślami unosiłem się na pokładzie "Norge" nad lodami nieznanymi... Rety, te lody, po których truchtają dziś jakieś męskie ślicznoty, topią się na naszych oczach... Jak to wszystko szybko się zmienia!

Roald Amundsen

"Moje życie polarnika"

Iskry, Warszawa 1993

Brak słów na dziwny świat, czyli parzę się pokrzywą

kiljan.halldorsson

Gołębie dzisiaj na mnie napadły. Nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło. Franciszkowe niemal miałem nastroje - ja i ptasząt tłum, ptasząt, co to pokój mają symbolizować... I Duch Święty też ponoć ma być taki gołębiowaty! Najbardziej zuchwały był gołąb o rudawym upierzeniu, aż mi przysiadł na ramieniu! No nie, aż strach kojarzyć to z jakimiś duchami świętymi, bo to takie jakieś w nadwiślańskich warunkach niepolityczne - świętości pierzaste na ramieniu starzejącego się homoseksualisty?... Matko - dopadły mnie przed domem. Rudy i jego banda - rety, chyba ze czterdziestu było tych skrzydlatych rozbójników! One chyba myślały, że niosę jakieś żarcie. Ale taki atak... Tak, tak, pamiętam oczywiście scenki z dzieciństwa na krakowskim rynku, gdzie kupowało się pszenicę dla niemal oswojonych gołąbków, które dawały się pogłaskać i siadały na głowie, ale tu, w tych pozarynkowych okolicznościach... Stado - część leciała, część biegła za mną. Akurat sąsiadka wychodziła z kamienicy: - A cóż to pan za sobą prowadzi? - Odwracam się, a tu ptasi tłum i ocząt okrągłych bezlik wpatrzonych we mnie z jakimś wyczekiwaniem... - Czegoś takiego jeszcze nie widziałam - stwierdziła sąsiadka. - Ja chyba też nie. Aż się przestraszyłem. Gdybym był nachlany, to być może mnie by to nie zdziwiło, ale ja ani kropli, więc czuję lekki niepokój... Znam oczywiście ptasie ataki, agresywne odganianie od gniazd, co mi się wielokrotnie przydarzało, zwłaszcza w ptasiej Islandii czy w Norwegii, ale takie przyjacielskie oblężenie... Coś podobnego przydarzyło mi się tylko z krowami, w Norwegii. Wracaliśmy z przyjacielem drogą z wędkowania. Mijając wielkie pastwisko zamuczałem do odżywiających się spokojnie krówek, i to wystarczyło, by stać się przewodnikiem dla ogromnego stada mlecznych dziewcząt. Wszystkie puściły się biegiem w moją stronę. Gdyby w pewnym miejscu nie zatrzymało ich ogrodzenie, mógłbym spowodować niezłe zamieszanie w miasteczku... Od tamtej chwili nie odzywam się do krów, w każdym razie nie po krowiemu... A te ptaki... Nie wiem - musiałem chyba przypominać im jakiegoś dobroczyńcę, tyle że ja w siatce nie miałem nic dla gołębi, bo tam był iście Strindbergowski zestaw - trochę warzyw, śledzie i piwo...

Dziwny jest ten świat, bo dziwne to, gdy się nagle gołąb do ciebie przysiada, tak w marszu...

Z gołębiami to w ogóle śmieszna jest historia... Jeszcze w zeszłym roku kupiłem taką plastikową wronę do odstraszania ptactwa, żeby jakoś uchronić nasz balkon przed nadmiernym obsrywaniem... Wrona jednak tylko przez chwilę zdawała egzamin. Bo tej wiosny definitywnie przestała straszyć, bowiem zakochał się w niej mały, ciemny gołąbek. Taki widać młody gołąbek, nie taki zapasiony... Szarak taki. Zdaje się, że to jego pierwsza miłość była, i taka raptem skucha... Odganiałem go, mówiąc: leć gdzieś indziej, bo to przecież plastik, uległy wprawdzie, ale jaja z tego nie będzie, nawet sadzonego! - Gołąbek jednak nie dawał za wygraną - gruchał, nawet dosiadał tę sztuczną przychylność, aż piszczał i srał z miłości, tak że w końcu zlikwidowałem zabawkę... Ech, gdyby się koledzy gołąbka dowiedzieli, to byłby śmiech bolesny przecież przy dziobaniu wielkomiejskiego ziarna! - Zdecydowałem się na drobną siatkę, nawet tak z myślą o naszej kici, której urządziliśmy na balkonie mały wybieg... Siatka wydała mi się konieczna, bo od razu wyobraziłem sobie naszą kicię wylatującą na bruk z naszego balkonu, w tym moim poczuciu, że wszystko, co żyje koło mnie, ma dużą szansę na śmierć straszliwą a dziwaczną... Jest zatem siatka, pieńki do ścierania pazurków, drabinka z kuchennego okna - tyle że kicia nie bardzo chce z tego korzystać, uparcie kuchenna, w ogóle wnętrzarska - wychodzi na balkon, kiedy ja tam jestem... Krowy, gołębie, koty, psy - wszystko to lezie za mną, aż mnie to krępuje...

Dziwny jest ten świat...

Ach - ta siatka - jakie śliczne chłopaki przyszły ją założyć!... Sprytni i śliczni... To są dobre czasy! Mimo wszystko... Młodzi mężczyźni wyglądają dziś tak ładnie! Ta estetyka budzi nadzieję... Tylko czy da się oszukać naturę, wulgarną, wstrętną? Ona jednak chce się w czasie przeciągać, czemu naprzeciw wychodzą kobiety, które niestety tak brutalizują obyczaje... Tak czy siak chłopcy pięknieją. Nie tak dawno, gdy remontowano elewację naszej kamienicy, po rusztowaniach śmigało samo piękno. To nie byli żadni paskudni robociarze, tylko piękni, zadbani chłopcy, opaleni, fryzjersko zaopiekowani - gdy przychodził fajrant, w cudowny sposób ostatecznie przemieniali się w bóstwa płodności, w typowej, acz uroczej oprawie - mogli zaraz ruszać do tych swoich dziewcząt i żon, w to krowie ciepełko i macierzyński smalczyk, z obowiązku, przynajmniej w pewnym stopniu - w pewnym - bo trudno ocenić, na ile wymuszona była ich wulgarność...

Świat to dziwactwo...

Skoro już była mowa o fryzjerskim zaopiekowaniu... Oczywiście piłkarze przychodzą na myśl. Ależ sobie nadmuchaliśmy balonik. Te ryki na jedną nutę, no - dwie, bo to i "Guantanamera" i "Go West" (no, do tego drugiego to się trochę gejowska buźka uśmiecha, choć pewnie narodowo usposobiony huzar katolicki z ciążą piwno - spożywczą nie wie, czemu), ci komentatorscy idioci, te panie skretyniałe z tvn, na obcasach... A co zjadły nasze delikatne gwiazdy, a zeszły po schodach, a weszły po schodach, a zjadły omlecika po treningu, a na podusi usiadły, a krioterapia, a masaże mieli, a czy waginy już dojechały (koniecznie przecież, bo w końcu reprezentant biało - czerwonych musi być chłopem z waginą dochodzącą), a stukali się już, a kto był od ściany?... Piłkarzyki -  jak piłkarzyki - sieczkobrzęki z kasą, ładne, można by nawet pomarzyć o jednym wychodkowym numerku, średnim, bo pewnie bezwłosym, bo takie to lale plastikowe (i trzeba by było pewnie bardzo uważać, żeby nie uszkodzić delikatności drogocennej, przeziębliwej i łamliwej) ... Niby wielki świat, niby dobra opieka fryzjerska, szczebiotki z tv, lifestyle wysokobudżetowy, a jednak to wszystko takie jakieś zza stodoły, w klimatach co najwyżej gorączki sobotniej nocy w pierdziszewskiej remizie... A ta remiza - jakże w naszym nieszczęsnym duchu... O prowincjo!... Globus Polski w "Uchu Prezesa" dobrze to wszystko opisuje. Matka Boska jest z Częstochowy, i Polska jest tylko... I wie o tym huzar, i jak tak stanie czy to w Moskwie, czy w jakim innym Vikersund, to on jest w centrum, i daje do zrozumienia, jak ważny on jest, i pisze swój adres na fladze: na białym: Pierdziszewo, a na czerwonym precyzuje czasem: kolonia Stare Gacie. Niech widzą, czy raczej: widzom! Tu jestem! Niech się dziwi świat, za miedzą!!

A dalej co? Potrzebny był wstrząs, a teraz przyszedł czas na korektę... Takie bzdury, takie idiotyzmy fruwają w życiu naszym publicznym... Niektórzy może rzeczywiście byli na kolanach. No może tak. Tyle że nogi im tak pocierpły, że gdy spróbowali wstać suwerennie, runęli prosto na ryj! Ale w propagandowym przekazie nawet upadek na ryj jest wielkim sukcesem (czysty Orwell)... Oczywiście mam tu na myśli korektę do ustawy o IPN. Najlepiej to wszystko, co zdarzyło się w Sejmie, podsumował Stefan Niesiołowski cytujący Kisiela: - Jezu, jacy idioci nami rządzą... Wszystko się to działo 27 czerwca. Może warto by było utrwalić tę datę i wpisać ją w kalendarz jako dzień idioty, kretyna, cymbała... Śmietnisko i pośmiewisko - to sobie urządziliśmy. Prezes tylko czekał, jak hibernujący nietoperz, tylko czekał na moment, gdy zrobi się cieplej i gdy inni otworzą mu drzwi. I mu otworzyli. I działa on, zadziałał aż do 27 czerwca. Tak więc proponuję, by dzień 27 czerwca stał się kalendarzowym dniem kretyna. I nie likwidowałbym też tych schodków warszawskich, smoleńskich, bo to jest znakomity pomnik, choć bolesny. Schody są donikąd, są absurdalne, głupie, więc doskonale się nadają na pomnik naszej głupoty. Może pobudzą nas w końcu te schody do refleksji? Niech zostanie ten pomnik, niech nikt nie planuje jego przenosin, niech jest, niech sterczy, niech krzyczy o głupocie, o tym najstraszliwszym grzechu, jakim jest właśnie głupota, która jest zawsze powodem nieszczęść, tragedii, katastrof...

Jezu, jacy idioci nami rządzą... Inny jeszcze cytat z Kisiela mi się przypomina: - Nawet nie to jest problemem, że żyjemy w dupie, ale to, że zaczynamy się w niej urządzać! - Na Boga, nie urządzajmy się w tej dupie, wyjdźmy z niej, jak najszybciej... Bo inaczej zrobi się z tego plus, Białoruś plus, jako dopełnienie tych innych cynicznych plusów... Nie urządzajmy się w tej dupie, błagam!!!!!!!

Póki co jednak w dupie jesteśmy, sterowanej zza jakichś żoliborskich krzaczorów przez stare zdemoralizowane dziecko (już to powinno w ludziach dorosłych i odpowiedzialnych wywołać rumieniec wstydu). Mówi się często - nie wierzę, uszczypnij mnie... Ja nawet nie proszę o szczypanie. Trochę poprzesadzałem kwiatki, podosypywałem nowej ziemi - gdzieś się nawet w tej ziemi przemyciło ziarenko, z którego wyrosła mi w jednej z doniczek całkiem przyjemna pokrzywa. Zaczerwieniła jej się łodyżka i jest straszliwie jadowita... Dotykam jej i parzę się nią. Nie chce być inaczej. Głupota ma się dobrze, pokrzywa moja prywatna mi to potwierdza...

Znowu zrobiłem w domu remont. Męczące estetyczne zabiegi. A jak mnie z moim facetem zaraz wypędzą? Dziś zuchwałe gołąbki... A jak się orzeł zmanipulowany wścieknie? Wbije w kark pazury, znaziolony, oko wyłupi dziobem haczykowatym a mocarnym... To pogański kraj jednak, o czym warto pamiętać!!!!

Sąd Najwyższy uznał wyższość Konstytucji nad resztą przepisów... Tak powinno być, naturalnie... Tyle że kierownik szatni nie ma waszych płaszczy, drodzy sędziowie...

Pewnie w lipcu będzie wiele powodów, żeby podchodzić do pokrzywy na mym kuchennym parapecie...

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci