Menu

Kiljan Halldórsson

BRUDNO W PIS Y -ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA

Me and David Bowie

kiljan.halldorsson

To może zacznę tak, z braku czasu niech będzie wspominkowo - listopadowo i muzycznie... Trochę o umarłych, ale bardziej o żywych... 

Nie byłem cmentarny. W zeszłym roku w ogóle nie byłem na cmentarzach, tylko pojechałem pod adresy, pod którymi nie mam już czego szukać; a w tym zdecydowałem się jedynie odwiedzić ze swoim facetem mojego żołnierzyka z pierwszej wojny światowej... Farciarz z tego mojego wojaka, bo jakoś obok nie paliły się świeczki... Ma chłopak szczęście do gejów... Pewnie o nim tu już kiedyś wspominałem, i wspomnę o nim jeszcze, gdy będę miał trochę więcej czasu... Żołnierz, choć mój imiennik, jest mi nieznany, bardziej więc się z życiem kojarzy... W dalekich latach osiemdziesiątych dostałem przydział. No i do dziś czuję się jakoś zobowiązany, by od czasu do czasu zajrzeć... Trochę to było zabawne - odwiedziny z uśmiechem... Pętla różnych wieczności...

Niech się rzeczy zahaczają... Szczęśliwie kochany, patrzę w te dalekie lata... Dzięki obrazkom tak świeże jednak... Ach, ty techniko, straszysz mnie, ale trochę przecież korzystam...

Końcówka 1985. Echo and the Bunnymen. Lubiłem tych chłopców. Bring On the Dancing Horses. Wtedy byłem takim początkującym mężczyzną. A to jedna z moich ukochanych przygrywek. Do dziś strasznie to lubię:

 No i z nie mniejszą chęcią wracam do artysty, lidera Echo, co działa do dziś... Bowie jest tu spoiwem. Ian McCulloch śpiewa czasem Davida, w bardzo udany sposób... Ważny dla nas arysta, ten Bowie... Pamiętam takiego gościa, co przyszedł na Heddon Street, zaraz po tym, jak rozeszła się wieść o śmierci Davida. Facet w dżinsowym uniformie, po którym widać było, że życie przejechało się po nim kilka razy tam i z powrotem z niezłym impetem, co ze łzami w oczach mówił, jak to David uratował mu życie.

Z Davidem warto było żyć, czekać na nowe rzeczy... I chyba dobrze się stało, że dożyłem do finału, że mam wszystko... Choć taka szkoda, że to się już skończyło... Do dziś jestem oszołomiony stylem, w jakim ten koniec nastąpił. Jakiś osobliwy rodzaj cudu. Przedziwna rzecz... Na zawsze będzie dla mnie zastanawiająca!

Bowie to już dziesięciolecia. To w zasadzie ścieżka dźwiękowa mojego życia. Smutne to bardzo, że dziś pasuje on do zaduszkowych klimatów, listopadowych... Facet, którego życie nigdy nie znudziło...

Wracając do Echo, do dawnych lat, z przyjemnością sięgam też do rzeczy nowszych. Ian działa nadal, a w 2012 roku nagrał kawałek "Me and David Bowie". Dojrzalszy, z głosem, który nabrał jakiejś przyjemnej patyny... Z ogromną przyjemnością i ze wzruszeniem zamieszczam tu też i ten numer... Miłego odbioru..." Ian i David...

Kolejność

kiljan.halldorsson

Skoro już tu znowu wlazłem... Zdarza się, coraz rzadziej, przyznać trzeba...

Śmierć... Tak mnie ona jakoś trąca... Może to już niedługo? Czasem potrafię być bardzo samolubny, więc wcale bym się  nie pogniewał... Niech se młodsi żyją!

Beksiński. Wpadł mi ostatnio w ręce tom z jego dziennikowymi zapiskami. Dzień po dniu kończącego się życia.

Beksiński wywołuje we mnie wspomnienia. Z czasów, kiedy byłem zakochany w pewnym chłopaku, tak potwornie, że byłem gotów się nawet wykoleić! Ech, te głupie miłości... Krzyki w poduszkę i oceany łez pod milczącymi gwiazdami... Dzisiaj pukać się mogę w głowę, ale wtedy to była poważna sprawa... Jakim ja byłem wtedy kundlem. Na każde zawołanie. Tak się chciałem obnosić ze swoją namiętnością, on zaś wolał mnie mieć w pewnej izolacji od reszty świata... Trochę to przykre, ale niektórzy ludzie po prostu wstydzili się tego, że się ze mną przyjaźnią albo kochają... Gdy chciał, byłem, z jakimiś nieokreślonymi oczekiwaniami... Najcieplej wspominam zimne dni, jesienne, pluchy, śniegodeszcze... Miał pusty, przestronny salon z piecem, gdzie trzeszczały drewienka i węgielki. Gdzieś tam daleko był sufit, wokół hektary całe pociemniałego parkietu. Na podłodze trochę książek, sprzęt grający, płyty, materac... Mieliśmy takie swoje leżenia, wagarowaliśmy... Mieliśmy czas na sztukę... Gadaliśmy, paliliśmy dozwolone i niedozwolone zielska... O, gdyby był potworem zdolnym mnie zeżreć, nie wypluwając resztek! Ale wypluł resztki, więc oto nadal jestem!

Szalenie lubił wtedy Beksińskiego. Oglądaliśmy jego prace, wiszące na ścianach, i te w albumach... Ja za bardzo za tym nie przepadałem, bo w ogóle mało mnie ciągną w malarstwie figurki, a już zwłaszcza takie, po których, mocą decyzji artysty, dość mocno przejechał się czas... Dość że czas zżerał papierosy, dość że czas zżerał kolejne rozkosze... Nie chciałem, by mijał... Ale oglądałem te okropności, dziwnie piękne...Czytałem też komentarze z pamiątkowych ksiąg... Jedna kobieta napisała: Na szczęście nic nie rozumiem... To, myślę, by się mogło spodobać Beksińskiemu, który chciał, by na jego sztukę patrzeć przymrużonym okiem i może bez jakichś szczególnych dociekań. Choć nie wszyscy chcieli tak patrzeć, co zrodziło różne dziwaczne plotki, gdy przyszedł czas tragedii...

Tak więc Beksiński, leżenia, ponure dni, muzyka... Trochę zamęczałem przyjaciela muzyką fortepianową... A obok tego rzeczy, które do dziś mile wspominam: Iggy Pop, David Bowie, Nina Hagen, Kraftwerk, Lou Reed, Brian Eno, Rush - tym się zwykle raczyliśmy:)

Przyplątał się do mnie znów ów artysta, ciągnąc ze sobą łzawe wspomnienia, ale też i z jakąś nadzieją, że nieuchronności przychodzą w czasie właściwym i we właściwej kolejności... Może więc i ja?... Tylko że ja w swojej płaczliwości jestem taki okropnie silny... Więc może ja na końcu - ostatni na pustyni... Ważne tylko, żeby człowiek mógł do końca za wszystko sobie zapłacić. Nie lubię absurdalnych sytuacji, kiedy człowiek nie ma czym płacić!... Zawsze pociesza mnie Søren Kierkegaard, który po maniakalnych zapisywaniach w zeszytach tych samych myśli wreszcie zamilkł, by przez dwa ostanie lata życia już nic nie robić. Kapitał, którym dysponuje, pozwala mu istnieć. Wyczerpuje się, gdy przychodzi śmierć. Wszystko dzieje się w porę... Też i obok siebie zaobserwowałem trochę takich śmierci w samą porę... Horror z jakimś porządkiem, niekoniecznie przewidywanym, bo nie zawsze to, co najstarsze, odchodzi najwcześniej...

Beksiński. Bardziej jego potomek był przewidziany na lata dwutysięczne, tymczasem Tomasz nie chciał przekraczać daty 2000, w jakimś straszliwym czarnym samobójczym wirze, dał się porwać śmierci odbierając sobie życie z końcem 1999 roku. Tuż po tym strasznym zdarzeniu (jak potwornie musi się czuć człowiek, którego dziecko odbiera sobie życie, to życie, które się powołało na ten okropny świat - ciężkie to brzemię dla sumienia), 1 stycznia 2000 zanotował w dzienniku: "Przypominam sobie, że data rok 2000 była w moim dzieciństwie czymś mitycznym i nieprawdopodobnie odległym. Małą miałem nadzieję, że dożyję, ale liczyłem, że jakoś się postaram. Wyobrażałem sobie siebie jako zgrzybiałego siwego dziadunia, który doczołgał się jakoś jak na Mount Everest. I co. Doczołgałem się. Pewnie też jestem dziaduniem, gdy patrzy się z perspektywy dziesięciolatka, ale właściwie w środku nie tak wiele się we mnie zmieniło. Może tylko ten chłód zbliżającej się śmierci, który uniemożliwiłby mi np. zakochanie się. I to, że otaczają mnie duchy. I to, że nie ma nawet się z kim podzielić tą refleksją".

Artysta ma moc. Zdzisław Beksiński był osobliwy, z ludzi, którzy wyrośli w przekonaniu: siedź w kącie, a znajdą cię... On został znaleziony, stając się sławnym malarzem i fotografikiem, cenionym od Francji po Japonię. Choć sam się do świata nie wyrywał, jedynie z Sanoka przeprowadził się do Warszawy, by żyć w zwykłym bloku... W Paryżu były jego prace, to wystarczało, sam tam się nie wybierał: - Paryż, kakaja głusz! - mawiał... Nie przepadał też chyba za naturą, fascynowała go zaś technika, wszystko, co stworzono do zapisywania dźwięku i obrazu, aparaty, komputery... Miał proste recepty na życie, skuteczne, ale tylko w jego przypadku, dla zdolnego i wrażliwego syna zaś były raczej bezużyteczne...

Dzień wcześniej, 31 grudnia 1999 zanotował: "Chyba dobrze się stało, że umieramy w mojej rodzinie w tej kolejności. Gdybym odszedł pierwszy, a teraz umarł Tomek, to dla Zosi byłoby to nieporównywalnie cięższe przeżycie niż dla mnie. Nie można sobie nawet wyobrazić jej cierpienia i zagubienia. Gdybyśmy umarli oboje w dowolnej kolejności, to Tomek sam, chyba nie dałby sobie rady ze swym życiem i światem realnym. Tak jak się stało, stało się najsprawiedliwiej i nie można uważać, że Bóg się na nas uwziął. Ja mam najgrubszą skórę i ja zostałem na deser. Boję się cholernie przyszłości, ale wiem, że ją udźwignę. Oczywiście mogliśmy wszyscy żyć jak szczęśliwa rodzina z filmu, a Tomek mógł nie mieć problemów, ale czy nasze problemy, mimo ich ciężaru, były aż tak nie do zniesienia w porównaniu z problemami innych ludzi, o których się czyta"?

Jest twardy, trzeźwy, ale też i z potworną tęsknotą. Brak akceptacji nieistnienia! Wcześniej nie chciał słyszeć o żadnych metafizycznych podpórkach. Przychodzi koniec, i nie ma nic. I przyszedł koniec, nie zostało nic, w krótkim czasie żona i syn. Zniknęli. Nie chce wierzyć w absolutne nic. Wszędzie szuka znaków od Tomka.

3 stycznia 2000: "No cóż: dziś Tomek przestanie istnieć w sensie materialnym. Czy istnieje gdzieś winnym sensie? Boże, gdybym to wiedział... Co to znaczy "istnieć"? Oglądać przez kilkadziesiąt lat ten film, który nazywamy życiem? Jeśli wykluczyć nasze wyobrażenie czasu, to wszystko, co nie istnieje, ma jednak jakiś byt poza czasowy, ale przecież nie o taki byt nam chodzi. My chcielibyśmy nadal oglądać film. Tomek jednak mówił i pisał, że tego właśnie nie chciał. Czy on i Zosia odeszli do nicości? Zosia jakby się ode mnie oddaliła. Czy "była" tu tylko dlatego, że był tu jeszcze Tomek? Czy też jeszcze wróci? Może wrócą razem? Bardzo potrzeba mi ich "obecności". To myślenie magiczne".

Tak, odejścia wpychają nas w pewien rodzaj magii, magicznego myślenia. Trudno tego uniknąć.

Nieobecność, która jest żywa...

Beksiński nie bał się śmierci. Trudno bać się rzeczy nieuniknionych. Straszne jest tylko dochodzenie do niej. Przez czas. Ku chorobom, starości, przez trujące myśli... Trzeba być gotowym na tę ostatnią, decydującą katastrofę, co proste nie jest i nie sposób odpędzić od siebie lęku... Jego śmierć wzięła na deser. Pozwalając życiu na okropną brutalność. Ale cóż - życie to straszliwa rzecz. Nie śmierć, tylko życie.

Beksiński. "Dzień po dniu kończącego się życia", wyd MD, Warszawa 2016

Szał

kiljan.halldorsson

Szału można dostać, jak tak człowiek patrzy dookoła i słucha przy okazji... Idiotyzmy, lunatyzmy... Zawsze uważałem, pewien wręcz byłem, że człek to jednak stwór rozumny, co musi ostatecznie zdobyć się na jakąś mądrość, na refleksję, wystarczyło mi jednak posłuchać na przykład wykładu o żarówkach, by pozostać boleśnie wytrąconym ze swojej pewności... A prelegent tak przecież wcześniej zapewniał, że się uczy, nieustannie się uczy i uczy, aby wiedzieć, co powiedzieć... O, ceglane wy mury uniwersytetu stareńkie, kraśnieć wam wypada coraz bardziej, z gorzkiego a palącego wstydu!

A inny to znowu z worem po kraju, w tym małomiasteczkowym wydaniu bardziej, jeździ. No, szczęśliwie ten wór nie na wierzchu jest, jeno zapewnienie o jego istnieniu wygłasza dobrodziej... Taki Mikołaj, nasz, tutejszy, nadwiślański, pośród sosen rdzawokorych i na piaszczystej glebie wyrosły... Mówią, że dzisiejszy Mikołaj, Mikołaj doby komercyjnej, to taki przerośnięty stary krasnal infantylny. Nasz, choć stary i infantylny, przerośnięty nie jest, i bez idiotycznego przebrania występuje; rzekłbyś - niepozorność szarego przechodnia: jesionka, kaszkiecik, krawacik, marynareczka, bucik dość już schodzony, ale fryz szczątkowy jakby z jakimś niepokojem głowę zdobi, jakby zawiał gdzieś wiatr srogi, taki nawet wschodni a mroźny... Biorąc pod uwagę, w jaką stronę się dziś chylimy - na własne życzenie, co tak boli, jak boli! - można dojść do przekonania, że to odrodzony na ziemi naszej Dieduszka Maroz, szczodry pan, z worem pełnym wędrujący, pełnym niestety naszych pieniędzy... Wydrze ci z kieszeni, co masz, i odda ci pół... Można by się oddać igraszkom słownym, polsko - rosyjskim: Oto przed państwem wor Maroz, z worem... (i z mieczem, schowanym w Warszawie na wszelki wypadek).

Dogrywka wyborcza jeszcze tu i ówdzie... Wybory czasem liche... Na przykład między zasiedziałym żubrem a lekko już podstarzałą gówniarą i leserką, w którą już nawet dawno temu zwątpił gospodarz kraju, zabraniając jej przezornie przedwyborczej sejmowej krotochwili śledczej z udziałem Donalda Europejczyka... Cholera - ciągle jakieś wybory przeciw, nie zaś za...

Szał... A jeszcze święto 11 listopada... Mamy mieć jakiś urzędowo zatwierdzony szewski poniedziałek... Pamiętam z dawnych czasów, kiedy byłem niepoprawnym wagarowiczem, że dość rzadko pojawiałem się w szkole w poniedziałki... Wolałem nie zaczynać tygodnia zbyt gwałtownie, więc i we wtorki nie miałem zwykle jeszcze dobrego rozpędu i często, dla rozbudzenia, wybierałem jakiś filmowy poranek... Ach, za moich czasów, te małe, kameralne kinka pełne młodzieży uczącej się, życia... Ładny to był czas, na zewnątrz szary, ale z dobrym napitkiem, sztuką i wkradającą się w życie nieustępliwą erotyką.

Ale święto... Nie. To znaczy - tak - obejdę je, tyle że łukiem szerokim. Ja nie mogę znieść tego całego politycznego folkloru, jeszcze na dodatek pod jakimiś nienawistnymi hasłami...

Co to ma być ten 12? Leczenie kaca? Bo kto nie wypije, tego we dwa kije... Oby nie bejsbolowe, pod racą krwawoczerwoną...

100 lat. Obejdźmy tu inną rocznicę, zostawiając na boku groźny folklor, dając sobie przestrzeń na trochę uśmiechu. 1918. Już jakiś czas minęło owych sto lat, w styczniu dokładnie, 100 lat od śmierci Jana Augusta Kisielewskiego. Zadebiutował tak błyskotliwie sztukami "W sieci" i "Karykatury", ale zgasł szybko nie rozwinąwszy w pełni swego talentu. Porwało go obłąkanie. Po czasach krakowskich jeszcze pisał, całkowicie przekonany o swej genialności, zajmował się teatrem japońskim, gubił w przybyszewszczyznach i w jakichś nacjonalistycznych sympatiach... Warszawskie czasy to już najczęściej pobyty w zakładzie dla obłąkanych, no i wreszcie śmierć... Tragiczny ten pisarz pozostał z nami na zawsze w swych debiutanckich dziełach, a przede wszystkim z szaloną Julką i z tym uroczo obśmianym Krakowem, któremu z każdej strony się dostało, sprawiedliwie, ale też ze zrozumieniem... Artysta i mieszczuch, życie i mrzonki...

Przypomnijmy sobie Julkę, sto lat po śmierci autora, w wydaniu kabaretowym. No i wspomnijmy Halinę Wyrodek, której też już nie ma - latem minęło 10 lat od jej odejścia... Fragment benefisu Hanny Banaszak w Teatrze STU... Szał. Halina Wyrodek jako Julka, Jacek Wójcicki jako koń, śpiewający...

Jakby wszyscy wygrali

kiljan.halldorsson

choć prezes chyba zaczyna szukać winnych... Bowiem prezesowi to jakoś jednak nie wyszło, bo chyba miało być troszkę inaczej... Bo nagle... Tak było ładnie; - Patrzcie, jaki Jaki -wołał wcześniej... A teraz co? Tak jakoś osobno. I Jaki jakiś taki sraki... O, niech pan Duda patrzy i się uczy, bo jak kiedyś stanie na ławie oskarżonych, to żeby się nie zdziwił, gdy prezes powie, że on pana Dudy to w ogóle nie zna i że on to był jedynie zwykłym posłem i żeby go nie łączyć z żadnymi Mateuszami, Beatami, Andrzejami...

Właściwie zaskoczenia nie ma. Duże miasta PiS u nie lubią, reszta lubi, ale z umiarem... PSL ma swoje, a lewica jest w ciemnej dupie...

Jaka prognoza na dalsze czasy? Się będziemy bujać dwubiegunowo?, na jednym biegunie jednak -ach, te polskie paradoksy!... Bo widoków na radykalną odmianę nie ma... Pytanie czy dalej będzie uczciwie? Bo jak się ma wszystko w centrali, to - bogowie - kto by chciał się z tym wszystkim rozstawać?

Martwi mnie lewica. Choć nie dziwi, gdy się weźmie pod uwagę, że tam wszyscy chcą być kierownikami. Mamy więc plankton kierowników - ludzi, którzy za daleko odeszli od przedszkolnych zabaw, które przecież są nauką społecznych zachowań... Ja bym proponował jednak coś sobie przypomnieć... Pamiętam, jak się w szczeniackich czasach bawiliśmy z kolegami czy to w Klossa, czy w Kosmos 1999 - dogadywaliśmy się, czasem wśród sporów, przyznać trzeba, ale jednak dogadywaliśmy się, kto będzie kim, wiedząc, że może być jeden Kloss, jeden Brunner, jeden Alan, jeden komandor Koenig... Bo gdybyśmy się nie dogadali, to w końcu przyszłaby pani i nas rozstawiła po kątach, i byłoby po zabawie... Mnie szlag trafia, gdy widzę dorosłych ludzi pławiących się w życzeniowym marzycielstwie. W polityce to grzech najcięższy.

Na dobrą zmianę, prawdziwie dobrą zmianę, trzeba będzie jeszcze chyba długo poczekać... Byle nie przyszła za późno... Mnie się marzy siła, która zmiata całe to obecne gówno, gotowa na poważne wyzwania... Tak czy owak każda nowa a poważna władza w państwie będzie miała spory kłopot z odbudową tego wszystkiego, co zostało już w instytucjach owego państwa zdewastowane, nowy prezydent  będzie miał zaś niewdzięczne zadanie przywrócenia powagi urzędowi, który został ośmieszony w sposób absolutnie bezprzykładny i dogłębny (nie wiem, czy w ogóle kadencja obecnego prezydenta nie powinna być ostatnią w naszym kraju - może sensowność tego urzędu trzeba na nowo i na spokojnie przemyśleć??)

Dużo spraw jest do załatwienia... A najbardziej palącą wydaje się Kościół, który koniecznie trzeba oddzielić, mechanicznie oddzielić od państwowej kasy (to jest jedyny sposób na boga wszechmogącego!!). Niech się państwo co najwyżej zajmie ochroną zabytków, bez przekazywania gotówki magikom w sutannach... Kościół to kosztowne hobby, i wolałbym, gdyby oddawali się mu ludzie za swoje własne pieniądze. To nawet jest urocze a perwersyjne (mmmm, czarcia to sprawa), gdy ludzie sądzą, że dostąpią zbawienia, gdy zdemoralizują pewną grupę facetów, gdy w tym upatrują jakiejś rękojmi; tylko, powiadam, niech się to dzieje za ich pieniądze, w takiej sekciarskiej ciasnotce, nawet z księciem panem na pięterku, dekoracyjnym i z pierścionkem na wiotkiej a nonszalanckiej łapce gotowej do ucałowania nabożnego, na tronie rzeźbionym, jeśli naturalnie jest takie życzenie wiernych - poddanych... Tak, to się pewnie kiedyś stanie, ale czy ja tego doczekam?... Boję się, że tych czasów nie dożyję. Strach mnie natomiast poważniejszy ogarnia, bo coś mi mówi, że któregoś pięknego dnia zobaczę Biedronia pielgrzymującego do Lichenia... Najdziwniejsze rzeczy wydają się mi dziś najbardziej prawdopodobne... My tacy w ogóle jesteśmy pielgrzymujący... Jak się nie ockniemy, to naprawdę wypielgrzymujemy, daleko poza rozsądek, na istne manowce, jeśli nie prosto w ruską rasputicę.

Coś jakby w narodzie drgnęło.  Drobna przekora się ujawniła - w Łodzi chyba najbardziej jaskrawa (brawo pisiory - wasza konkurentka powinna być wdzięczna za wasze przedwyborcze zabiegi!!). Ale też i w Warszawie - trochę zaskakującej, gdy się weźmie pod uwagę wygraną Trzaskowskiego w pierwszej turze, bo przecież wszyscy stawiali na turę drugą... Trochę budujący był widok kolejek przed lokalami wyborczymi... Ponad 50%... Cóż, wypada się cieszyć z rzeczy małych. Zawsze to więcej niż poprzednio... Ale to nadal jest ledwie ponad połowa uprawnionych do głosowania... Mam ochotę wrzeszczeć, by się ludzie jeszcze bardziej obudzili, przetarli ślepia, pomyśleli trochę o przyszłości... Bo dobra - ostatnim razem postanowiliśmy na złość mamie odmrozić sobie uszy. Trochę nas to zabolało, jak widać, trochę. Ale żebyśmy się za bardzo nie przyzwyczajali... I pomyśl trochę o sobie, lewico!...W tym maratonie idzie naprawdę o nasze być albo nie być... Bo jeśli postąpimy tak jak trzy lata temu, to już nie będzie odmrażania sobie uszu, to będzie skok w rzekę, z cegłami w kieszeni...

Ja się mogę śmiać, prezes się może śmiać w norce na Ciemnogrodzkiej, bo my dzieci nie mamy i w zasadzie po nas choćby potop. Ale Wy, Drodzy Państwo z potomstwem...

Niesporczak i ptaki różne

kiljan.halldorsson

O, jak mało czasu. Blog w zaniedbanie popada...

Jesień już. I początek wyborczego maratonu... Bardzo jestem ciekaw, czy się nadwiślańska społeczność zmobilizuje... Bo prognozy... A, zresztą, każda pogoda niełaskawa dla wyborów, gdy dominującą cechą zbiorowiska jest zaśmierdziała obojętność...

Ostatnio to mnie tak ten Lublin szarpnął za serce! Oj, biedni ludzie! A zwłaszcza jeden taki przedstawiciel emocjonalnie rozgrzanych biedaków, co już nawet nie potrafił wyartykułować swojego bólu, więc zawył tak rozdzierająco, że prawie mi serce pękło ze wzruszenia! I biedak w bezsilności swojej rzucił się z dziką agresją na jakieś różowe chyba baloniki... Doprawdy, widok młodego mężczyzny, który w pobliżu gejów radosnych wpada w tak straszliwe stany, musi mieć ze sobą nie lada problem. Ja bym proponował temu zrozpaczonemu osiłkowi, temu pogromcy dziecinnych baloników, żeby porzucił wstyd i rozluźnił na chwilę swe dłonie, a potem znów je krzepko zacisnął, tyle że już nie w próżni bolesnej ani nie na kamieniach, a po prostu na drzewcach tęczowego sztandaru. Byłoby po krzyku, skończyłyby się udręki, nie trzeba by było więcej rzucać się po ulicach jak zagubiony łoś, nie trzeba by było ryczeć i chwytać się rozpaczliwie za krocze!... O, o ile spokojniejszy jest człowiek, gdy żegluje przez życie pod właściwą banderą... Fałszywa bandera to tylko cierpienie, krzyk, wściekłe tęsknoty, bezsensowne krzywdzenie bliskich, nienawiść i ponure życie podwójne, w zakichanej zadyszce i połowiczności (ach, gdyby niektóre żony dowiedziały się, co ich mężowie wyprawiają w ciągu dnia na mieście, to by się bardzo zdziwiły!!).

Lublin, Lublin... Jaka przy tej tęczowej okazji niezręczność się pojawiła, bo biedna policja, chcąc nie chcąc, musiała przecież spuścić łomot elektoratowi i podlać nieco ten krzykliwy, młody kwiat narodu wodną armatką... O, w tak gorącym, przedwyborczym czasie takie rzeczy... Elektorat poczuł się nieco urażony, i nad wyraz zmoczony!

Biedna Konstytucja jakoś jeszcze zadziałała. I chciałbym, żeby mocą rozsądku działała dalej!

Papierowe zapisy tylko wtedy mają siłę, gdy siłę mają ich strażnicy. O tym warto pamiętać... Dziś straży urzędowej prawie nie ma, więc wysil się suwerenie! I bądź odważny, sędzio!

O potoku łgarstw aż szkoda gadać... Premier mnie zdumiewa, bo przecież nawet dzieci w przedszkolu powstrzymują się przed łgarstwem, gdy mają świadomość, że rzecz jest zbyt grubymi nićmi szyta i kłamstwo zostanie zdemaskowane za pięć minut... A ten jedzie. Gada jak - uhhh, jak co? - nawet nie śmiem podać przykładu, bo to osobliwość z niczym nie dająca się właściwie porównać... No ale cóż - dziecinni ludzie go słuchają, patrząc nań jak na kolorowego bąka... Wtóruje mu PAD, co ciemiężców precz posyła, co wrzeszczy jak opętany po małomiasteczkowych ryneczkach w otoczeniu kwiecistych gospodyń i półgłówków w kapeluszach... Wyimaginowana wspólnota... Padzie - czy ty nie pamiętasz, jak wyglądała Polska w czasach, gdy byłeś maturzystą? Startowaliśmy z ukraińskiego pułapu. I popatrz, gdzie jest dziś Ukraina, gdzie jesteśmy my! (Niektórzy wołają - Trybunał Stanu! - Co? - myślę ja. - Dla Pada Trybunał Stanu? Czy to nie za wysokie progi? A nie łaska zwykła prokuratura i Sąd Rejonowy? Mam wrażenie, że ten człowiek, tuż po zakończeniu urzędowania, powinien być po prostu zatrzymany przez policję i odwieziony w kajdankach na najbliższy posterunek!)

No i prezes. Patrzę nań też z pewnym podziwem. Bo prezes jest takim politycznym niesporczakiem. Niesporczak to jest takie zadziwiające stworzenie: niewielkie grubcio o mikroskopijnych rozmiarach i niebywałej wytrzymałości, które gotowe jest przetrwać niemal w kosmosie. W niesprzyjających warunkach potrafi zamierać, zawsze gotowe powrócić do życia. Byle kropla wody sprawia, że ten uparciuch ożywa. Prezes ma przecież to samo, niezłomnie tkwiący przy swoich urojeniach, będzie trwał, póki nie nadejdą dlań łaskawe czasy. Teraz nadeszły, po raz któryś, więc polityczny niesporczak żyje i ma się świetnie. Bredzi, wydaje mu się, że po przestudiowaniu słownika wyrazów obcych, jest intelektualistą, paple więc w próżnię, w próżnię, bo salony go nie chcą, a wielbiciele to jedynie troglodyci...

Prezesina zamarzyła sobie znów drugą Bawarię... Ach, to polskie myślenie, jedno z polskich, nieznośnych myśleń!... Ile to już tych drugich rzeczy mieliśmy w tym naszym przekonaniu, że jednak życie jest gdzieś indziej. O, te wszystkie drugie Paryże, Wenecje, Padwy, Alpy... Teraz druga Bawaria!... Ach, dziadownio, dziadownio prowincjonalna... No, kiedyś to nawet chciano zbudować u nas drugą Japonię, co na całe szczęście nie doszło do skutku. Nie żebym miał coś przeciwko Japonii - wręcz przeciwnie - tyle że zrobienie jej tutaj byłoby przedsięwzięciem niebywale kosztownym i całkowicie bezsensownym, biorąc pod uwagę drugi typ nadwiślańskiego przyjemniaczka, który z całą pewnością by się tym osiągnięciem nie zadowolił. Ten drugi typ to taki Podfilipski, wystylizowany (dziś ludzie nad Wisłą coraz rzadziej się czeszą i ubierają, częściej się stylizują {ergo udają kogoś, kim nie są??},i nawet niewiele już robią, bo wolą coś uprawiać, podejrzewam więc, że o poranku wcale nie budzą się do roboty, tylko uprawiają zwyrawstawaling), który by w tej drugiej Japonii stwierdził niechybnie, że i tak fajniej jest w Kopenhadze, gotów nadto przysięgać, że gdzieś indziej to i nawet deszcz jest bardziej mokry!...

Podfilipski. To jedna strona. Z drugiej zaś trąba jakaś taka nacjonalistyczna, dudniąca na nutę męczeńsko - lękliwo - izolacjonistyczno - nienawistną! Aż się człowiekowi słabo robi, gdy ją słyszy... A w środku co? Polak mały, obojętny, przed telewizorkiem, 500+, przy dobranockowatym serialiku przysypia... Ma on dokładnie wywalone na wszystko... Grill, rodzinka, autko, brud między paluchami u nóg, absorbujący od czasu do czasu...

Jak się tak do kupy zbierze Podfilipskiego, trąbę i obojętniaka, to wychodzi twór dziwaczny, świetnie przedstawiony w sierpniu na tej osobliwej paradzie grup rekonstrukcyjnych - nadwiślańska potęga - wojo od Mieszka do Gustlika i Rudego 102. (Taki czas dziwaczny - tryumf grup rekonstrukcyjnych, bo przecież i u sterów państwa dziś stoi taka grupa, co rekonstruuje nam zapamiętale PRL)... Wśród tych sierpniowych morderczych dziwadeł (no, oczywiście strachy na lachy) {obojętniak się nawet ocknął, przyszedł, potłoczył się więc naród liczniej niż przed gmachem Sądu Najwyższego, by popatrzeć na armatki, przylazł naród w gaciach i synów swych wziął na barana, by se popatrzył na sprzęt, co do rozjebki służy, co zrywać umie ludziom dach znad głów}, przemaszerowały dwa osobniki... Chyba dwa, jeśli się nie mylę... Tak mi mignęły dziwadła, o których ktoś mógłby powiedzieć, że to huzary jakieś... Bezkonne to jednak były twory, piesze, rekonstrukcyjnie wymajaczone. I pomyślałem sobie przy tej okazji, że taki mi się Polak objawił dzisiejszy, skażony jakimś historycznym głupstwem... Huzar, co mu konia podpierdzielili (oj, te krzywdy nasze!!), lezie więc pieszo po asfalcie, idiotyczny, w ciąży spożywczej, z garem na głowie i z saniami na plecach, których płozami ktoś się musiał brutalnie przejechać po kurzej fermie, co można było przypuścić biorąc pod uwagę poprzyczepiane do nich resztki ptasich organizmów...

Taki huzar na asfalcie. Opierzony symbolicznie, nielotny, z brzuchem... Ptak taki, ptak - dziwak...

Hm, te ptasie porównania... Jak to poeta gadał? Paw i papuga... Marzy mi się, by huzar zdjął idiotyczne skrzydła nielota. I byśmy przestali być i pawiem, i papugą... Paw bowiem jest niedorzeczny - przesadnie ozdobny, niepraktyczny, a gdy się czegoś zlęknie, drze się jak opętany. Papuga zaś zawsze chciałaby być kimś innym, a że się jej to nie udaje, potrafi nawet z rozpaczy, na złość nie wiadomo komu, wyrwać sobie wszystkie pióra, które już niestety nie odrastają, przez co skazuje się na wieczną nielotność i rosołową, śmieszną goliznę... Wszak goły ptak to takie nie wiadomo co! Lichota niezdolna do żadnych uniesień...

Jak już ma być tak ptasio, to bądźmy w końcu tym orłem! Wzbijmy się nim dość wysoko, dość, by ogarnąć świat, żeby się przekonać, że na owym świecie to wszystkiego jest tak dokładnie po jednej sztuce...Życzę Nadwiślanom, by się zdobyli na bycie sobą, na niepowtarzalność, bez lęków i kompleksów, bo ani my gorsi, ani lepsi... Możemy być gromadą fajnych ludzi. Baczmy, by się dobrze w tym skomplikowanym świecie ulokować... Jesteśmy w takim miejscu, że sami sobie nie poradzimy. Miejmy więc dobrych przyjaciół.... Może to, co się dzieje teraz, jest taką przelotną chorobą, po której przyjdzie uodpornienie? Oby tak było...

Do akcji, przeciwciała!... Ratujcie organizm! I patrzcie do przodu, bo tam wyzwania nie lada!...

Jakie będą te wszystkie nadchodzące wybory? Czy uczciwe? Doświadczenie ponuro podpowiada, że jak ktoś bierze całą władzę, to jej już nie chce oddać. Nie dziwi nic! Niesporczak łyknął ziarenko jak ślepa kura. Taki mu złożyliśmy dar, bezmyślnie, w lenistwie naszym. A jak kura łyknie ziarenko, to już go przecież nie odda. Trzeba owo ziarenko zeń wydusić. Nie zwlekając zbytnio, bo ono zaraz tak się przetworzy wewnątrz, że owszem, wypadnie, ale z drugiej strony, i to w postaci nieapetycznego gówna...

Ta kura nieco mnie niepokoi...

Eivør i śmierć

kiljan.halldorsson

Eivør...No tak, znam ją piąte przez dziesiąte... To czarowny skandynawski głos, jeden z najczarowniejszych, z przecudownych Wysp Owczych... Bardzo lubię niektóre jej piosenki, ale że nie znam ich tak wiele, to sobie ciągle coś odnajduję...  - O rety, ale śmierć! -  Tak zawołałem po swym odkryciu, tuż po moich pomysłach bezsennych! Niezwykle mnie to rozbawiło... Ha! - przecież wystarczy zmienić krąg językowy, by śmierć dopiero stała się ponętna, dżenderowo właściwa!... Ładna ta farerska śmierć... Ale historia nie jest wesoła... Bo przecież życie i śmierć to światy, które ledwie się dotykają... Śmierć to cholernie cielesna sprawa, jak seks, lecz śmierć to miłość nie do przeżycia... To nie ten świat... Śmierć nagle zapragnęła pokochać życie, życie zaś śmierć, ale tak po ludzku... Robi się zamieszanie, gdy śmierć zaniedbuje swoje obowiązki... Śmierć znajduje sposób, by się wedrzeć w świat życia, ktoś jednak śmiercią być musi... Zamiana staje na drodze tej niezwykłej miłości... Gdy śmierć przestaje być śmiercią, w jej sferę wchodzi jej  - tak musi być, bo jadę po polsku - ukochana... Są tak blisko, tak bardzo do siebie tęsknią, ale nie będą nigdy ze sobą jak zwykły chłopak ze zwykłą dziewczyną, to niestety nie jest możliwe...

Strasznie ładny jest ten klip. Zakochałem się w nim!:

Eivør Pállsdóttir. Wyspy Owcze. Ponętna śmierć. True Love...

Na lodówce w Akranes

kiljan.halldorsson

 Jak tak sobie pomyślę... Tak... Kiedy moi rodzice byli parą o mniej więcej takim stażu, jak ja ze swoim partnerem, byli już tylko dwójką nienawidzących się ludzi - obrzucali się błotem, czuli do siebie wstręt... Klasyczne damsko - męskie bagno, w którym i ja sam musiałem się, chcąc nie chcąc, nurzać... A że byłem najsłabszy, to ja jeszcze brałem baty... Małe ścierwo się jeszcze przyplątało... Żałosna przygoda...( Doprawdy - po tym jak ten cholerny dom się rozpadł, nigdy już przemoc nie stanowiła dominującej cechy mojej codzienności, zawsze więc w głębokim poważaniu miałem te wszystkie święte rodziny i bezkarność panoszącą się w tych wszystkich makabrycznych mirach domowych, bezkarność chamów płci obojga.) Co ciekawe - matka nigdy nie wyleczyła się z mężczyzn - oni się z niej wyleczyli, wtedy, gdy jej zamożność okazała się lipą i gdy zapadła na śmiertelną chorobę... Wszystko się wtedy rozproszyło - pozostał synuś, raz kochany, raz obrzucany obelgami, w zależności od stanu ducha umierającej... Z ojcem było lepiej - z czasem wyleczył się z kobiet! Docenia święty spokój. Irytuje się tylko, bo nie jest już zbyt sprawny fizycznie... Czasem jest nieznośny. Ale chyba mnie jednak lubi. Już się mnie nie wstydzi. No bo w sumie zacząłem wyglądać jak mężczyzna!:)... Kiedyś poprosił mnie o wybaczenie... Machnąłem ręką. - Co ci mam nie wybaczać! Nigdy bym ci nie wybaczył, gdyby mnie nie było stać na ten twój małżeński eksces... Bo pieniądze to nie żarty. Ale że miałem... Mówiąc dosadnie - Jebał pies!

Czuję pewną wyższość... Cholera... Celebrujemy z Frankiem codzienność... Niczego sobie nie obiecywaliśmy. Nie zaczęliśmy wspólnego życia fajerwerkami... Nasze życie nie ma odświętnego stroju... On zrobił kiedyś coś, do czego ja nigdy nie miałem odwagi ani poczucia własnej wartości... Nigdy nie potrafiłem się wkręcać w cudze życie. Ale miałem szczęście, że paru facetom udało się wkręcić do mojego... Jeden w sumie dał mi po mordzie, żeby mnie porwać z drogi na dno. Ale wziął i umarł...Uratowały mnie psy... A potem jeszcze ten Franek, ten drugi, podesłany przez życie (aż by się chciało dorobić to tego jakąś metafizykę - ale nie śmiem, bo byłoby to zbyt durne i zarozumiałe!)... Psy już nas opuściły, bo dożyły swych lat... A my idziemy dalej, trochę bardziej długowieczni... Z kotem... Obaj mamy swoje popierdzielone prze... Czas niewiele we mnie wyleczył - gdy mijam pewne miejsca, po prostu ryczę, nawet się z tym nie kryjąc... Ludzie czasem patrzą zatroskani, ale rozumieją, bo w końcu zaraz obok szpital onkologiczny... A tam okno, to samo, za którym odjechał... Ilu musiało odjechać następnych, przez tych 12 lat?... I ile zostało pustych miejsc?... Wypełnia je jakieś potem... Nawet czasem zaskakujące... Aż tak długo nigdy wcześniej z nikim nie byłem... Tak ten czas leci... I ciągle lubimy ze sobą być, dotykać się... Czasem się kłócimy, i to jeszcze jak, ale zaraz jest miejsce na śmiech... Do dziś lubię kimać z głową na jego kolanach... W trudach codziennego życia mamy iście wakacyjną przestrzeń... Do diabła - okropne jest to życie, a w domu mam w sumie atmosferę turystycznego wypadu w góry... Ani śladu wstrętu do uczestnika wyprawy...

Świat jest niedobry. Nie do opanowania... Albo właściwie jest do opanowania, ale tylko dla małego... Lubię ten prosty wiersz Islandczyka o Świecie... Babka i jej mała kuchnia. Z lodówką, na której ktoś mały może sobie posiedzieć... Maleńkość sprawia, że wiele miejsc na tym świecie jest dostępniejszych: jakieś półki, jakieś szafki, lodówki, dziury, miejsca, do których dorosły się nie wciśnie... Pamiętam, że ja lubiłem siedzieć na szafie, w przedpokoju... Czułem się ponad dorosłymi. Małe chwile panowania... Potem to już tylko zjazd, konieczność rezygnacji z marzeń... Dorosłość... Jak się oderwać od świata przytłaczającego? Rozrywka? Sport? To już przecież sprawy śmiertelnie poważne, wymagające profesjonalizmu... Rozrywka, zabawa, ten przywilej zamożnych społeczeństw, to jest dopiero harówa... Hm - w sumie jeśli kiedykolwiek byłem zabawowiczem - jakie to szczęście, że nigdy nie miałem ambicji rozrodczych! - to raczej udawanym, pełnym myśli skierowanych w stronę wyjścia... Nigdy nie miałem dostatecznej powagi, by się dobrze bawić... Umiem się cieszyć, śmiać, ale żeby się bawić... Zbyt dużo trzeba umieć... A wymogi - to przecież już garść zaciśnięta... Wolę więc, by się tak na mnie za bardzo nie zaciskała, bo i tak palce już mocno wokół mnie zamknięte...

Dziecko musi zadzierać głowę, by spojrzeć na świat dorosłych, więc fajnie mu, gdy się czasem może znaleźć ponad, bez szczególnych wysiłków - ot wystarczą małe, płaczliwe wymuszenia. Potem się z nimi równa... Czasem rodzą się marzenia, by tak znów, po dyktatorsku, wynieść się ponad... Ale to też już są trudne sprawy... Życiem dyktatora jest strach. On już się boi zejść, bo na dole już tylko szafot... Z czasem, nawet na wysokościach, jest się już zawsze w garści...

Mała babcina kuchnia - cały świat, jak na dłoni... A potem świat wielki - a jednak zaciśnięta garść wokół nas... I choć tyle, że w tej garści są kolana, na których można oprzeć głowę... Fajnie czasem wrócić do małości, mimo tylu ograniczeń!

Árni Ibsen

Świat

Moja babka

miała małą kuchnię w Akranes,

ze zlewem wciśniętym w kąt

i małym okienkiem obudowanym szafkami.

Była tam też lodówka,

pomysłowe urządzenie, w tamtych czasach

nie tak często spotykane po domach.

Czasami,

gdy świat zdawał się nazbyt przerastać małego chłopca,

babka sadzała go na lodówce,

by przestał płakać.

Wtedy chłopiec cały świat miał na swojej dłoni.

Dziś

babka już nie żyje

i poszła nie wiadomo dokąd.

A mały chłopiec wyrósł już

i lodówkę ma na swym karku,

i świat ma go w garści.

                          przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

Pogawędka ze śmiercią

kiljan.halldorsson

Jakoś ostatnio przestaję sypiać. A jeśli już, to ledwie jakieś trzy, czasem cztery godziny. I budzę się zbyt wcześnie, co jest dość przykre, bo w porannych mrokach dopadają mnie chwile kompletnej bezradności. Wydaje mi się wtedy, że sufit i ściany się na mnie zawalą, że się nie wygrzebię, że brak mi sił, by cokolwiek postanowić... Potem to wszystko mija, przychodzi kicia gadatliwa z tym swoim "nia, nia"... Wszyscy się do kupy zbieramy, i jakoś przelatuje kolejny dzień, szczęśliwy, gdy bez sensacji. I tak do kolejnych minut bezradności, do kolejnych wysiłków, by się w ogóle zorientować co do tego: kim jestem i co tu robię...

Rano twarz w lustrze... - No dobra, spróbujmy jeszcze trochę... Dla odmiany, żeby było troszkę weselej, ogoliłem któregoś dnia głowę do gołej skóry, zrezygnowałem też z brwi, w diabły poszedł zwykły dwudniowy zarost, skosiłem też klatkę piersiową i brzuch... Dalej już się powstrzymałem, tam już tylko zwykłe lekkie strzyżenie, bo jednak nie chciałbym wyglądać jak jakiś podstarzały, plastikowy kolega Barbie... Całkiem jeszcze gładki jestem. Odrobinka bruzd tylko, lekki zapis losu, losu człowieka, który trochę zbyt często płakał, wściekał się i oddawał poczuciom wstrętu...

W jednym ze swoich wierszy Herbjørg Wassmo doradza, by poddać się czasowi i wiatrowi, pozwalając im rzeźbić bruzdy... Niech już będzie, jak ma być... Wassmo - kobiece pisanie siłowe, jak ja to sobie nazywam... W wierszu - lekcji proponuje, by obejmować i padać w objęcia. Cały czas, całe życie, które zwykle nie jest takie piękne - bo raczej mało tam promieni słońca, więcej rozczarowań, krzywd, goryczy... Czasem aż się kolana gną... Ale ciało ma być przy ciele, choć miłość krucha jest, niepewna, i ciągnąć może za sobą zdradę i pustkę (a samotność i pustka musi być szczególnie dotkliwa, gdy nie jest się samemu: - w jednej ze swych powieści Herbjørg Wassmo pisze mądrze, że samotność nie jest aż tak straszna, gdy się jest w pojedynkę)... A jak się mała pociecha urodzi na przykład, to wiadomo, że jest już skazana... Ale trzeba trzymać się życia kurczowo, życia, co jest jedyną, niestabilną deską ratunku... Obejmuj, obejmuj, obejmuj, i dawaj się obejmować, otwieraj swoją przestrzeń, bądź, na dobre i na złe...

Zatem i ja się silę. Choć budzę się za wcześnie i dni mam zbyt przez to długie... Starzeję się, do licha... I śmierć mnie wreszcie odwiedziła, nie po to, żeby mi coś ukraść, nie tym razem... Usłyszałem jakiś hałas...

- Może nie o ścianę - jęknąłem widząc, o co zamierza rozbrajająco typowa śmierć oprzeć swoją imponującą kosę. - Dopiero co odnawialiśmy mieszkanie.

Śmierć odwróciła się do mnie, nie pokazując jednak swojego oblicza; w ciemnej czeluści jej kaptura dojrzałem jedynie dwa błękitne ogniki.

- Przecież wiesz doskonale, że wbrew pozorom nie pozostawiam po sobie zbyt wiele śladów.

- Więc teraz?

- Niech cię nie ponosi fantazja.

- Kradniesz. Często w bardzo złym stylu.

- Tak, tak, a czasem się ociągam i złą, jak sądzą niektórzy, robię robotę, choćby w polityce... Taki fach...

- To go zmień.

- Ale ja to lubię. Przecież i to wiesz doskonale, że gdy się robi to, co się lubi, nie ma się poczucia, iż się chodzi do roboty. Tym razem jednak nikogo ci nie ukradnę.

- Ukradniesz mnie.

- Nie bądź taki prędki.

- Szczerze mówiąc, myślałem, że twe oczy są czerwone.

- Myślisz o tym, co ci się przydarzyło kiedyś wczesnojesienną nocą w lesie w Trøndelag?

- Wszystko wiesz.

- Wtedy patrzyło na ciebie życie.

- Bardzo się wtedy przestraszyłem. Chyba nigdy szybciej nie biegłem.

- Do ludzi.

- Dziś jednak też się boję. Ale już nie myślę o ucieczce, jak tamta... Tak, miewam napady panicznego lęku. I przeraża mnie fakt, że nie umiem się wydostać.

- Ale jednak wszyscy w końcu się wydostają, wyziewają swego ducha...

- Przyszłaś taka czarna, z kosą, jednak nie jako dama w czerwieni.

- Oj, te fantazje, pożyczone...

- Nazwijmy to kulturowym splamieniem... Swoją drogą, ładną masz tę kosę. Pięknie wyklepana.

- O tak, znasz się na tym. Niby taki mieszczuszek - wykształciuszek, rowerek, spacerek, ę, ą, kawusia, kolacyjka, hupcium - ciupcium, a tu jednak z kosą sobie świetnie umiesz radzić.

- Mam swoje dziwactwa. Z widłami też mi nieźle idzie. Kiedyś pracowałem w stajni.

- Lubisz zwierzęta. I najbezpieczniej czujesz się w domach, gdzie żyją psy albo koty... Gdzieś jest w tobie pierwiastek antropofobicznego stworzenia...

- Jak ty się wyrażasz. Proszę, proszę...

Usiadła koło mnie. Nachyliła swoją zakapturzoną głowę. Gdzieś tam były jej usta, co wionęły dziwnym, ziołowym zapachem. Chętnie odwzajemniłbym jej pocałunki, całować mnie jednak nie chciała.

- Nie czas na całusy.

- Masz miły oddech.

- Fetor śmierci to rzecz przejściowa i krótkotrwała. Potem jest znacznie lepiej. A przy sprzyjających warunkach śmierć może mieć nawet aromat antonówek, który jest ci tak miły.

- Pociągające.

- Kochany chłopczyku. 

Szarpnęła chłodnym palcem kilka razy moją dolną wargę, jakby bawiła się struną gitary.

- Tak ładnie mi mówisz.

- Tyle tęsknot. Śniłeś o mnie jak o kochance dziesiątki lat. Ile to już masz na liczniku. Prawie pięćdziesiątka? A taki dzieciak z ciebie ciągle... Czasem mogę zrobić wyjątek, by szczególnie kochającemu zrobić swego rodzaju przyjemność. Chociaż nikogo nie powinnam wyróżniać, bo wszystkich ludzi kocham jednakowo, bardzo kocham.

- Ludzie zwykle myślą tak o Bogu.

- Oto jestem! No, pokaż no się, chłopie! - zawołała nagle zrywając ze mnie pościel. - Co my tu mamy. Hmm... Zobaczymy, może coś się da zrobić. Ale niczego nie mogę obiecać.

- Ale...

Usiadła znów obok, jakaś dziwna, lekka, niemal bez ciężaru.

- Jak to tam leci w tych twoich ulubionych szwargotach... Men i parkens mørkeste gang, hvor lygter ei brænder, sidder skjutt mellem trær på en ensom bænk en skjøge...

- Przestań, bo się poryczę.

- Podoba ci się ta wizja Obstfeldera. I może słusznie. Któż jest uczciwszy od kurwy... Możesz mi wierzyć, że cię nie zawiodę. Największa przygoda przed tobą.

Zaczęła mnie gładzić po głowie. Jej kciuk wędrował po moim czole.

- Co ty tak lubisz, jak cię ktoś tak kciukiem smyra?

- To ten mi tak zrobił - odpowiedziałem wskazując na śpiącego Franka.

- Jak ty lubisz te wszystkie wstępniaki.

- Początki wszystkiego są wspaniałe albo przynajmniej frapujące. Potem zawsze wszystko spada w chamówę.

- Śmierć też taką chamówą może się wydawać, ale to tylko straszydło dla żywych, w środku jest... Ależ ty lubisz być głaskany. Tego głodu chyba nikt nie jest w stanie w pełni zaspokoić.

- Jesteś taki poinformowany, na... A właściwie jak to z tobą jest?

- No jakiego rodzaju gramatycznego jestem?

- No tak, tak, przepraszam.

- Trochę się boisz kobiet?

- Tak, trochę. Ale, jak widzisz, umiem robić wyjątki, przynajmniej flirtując z poezją, jakkolwiek bez erotycznych pogłębień, a tu, widzę, na coś może się zanosić...

- Też nią jestem, ale w stopniu, myślę, zadowalająco dla ciebie umiarkowanym.

Czułem wyraźnie jej dotyk. Chłodny. Trochę inny od tych, do jakich przywykłem. Nie bardzo był z tego świata, lecz nie można o nim powiedzieć, iż był niemiły. Pieściła mnie delikatnie, gadając coś o małym perwerciku trzeciej klasy (i to jeszcze z drugiego sortu - dodałem do tego w duchu ciągle nie wyzioniętym). Gdy zaczęła wodzić palcem po moim członku, pozwoliłem sobie wyrazić przypuszczenie, że może to wszystko nie będzie takie straszne...

- Nie próbuj ciągnąć mnie za język - odparła.

- Ale może...

- Milcz. Wiesz chyba, co to etyka zawodowa, wrażliwcze?

- Szkoda, że...

- Już i tak wiele czasu ci poświęciłam.

- Zagłaszcz mnie na śmierć.

- Dowcipny jesteś. Cenię to, mój ty kosiarzu. O to jednak niech się ktoś inny postara. Nic nie jest przesądzone. Ja tylko wieńczę dzieło. A czy będę w habicie czy w sukni czerwonej... A teraz czas już na mnie. Już jestem odrobinę spóźniona.

- No cóż - westchnąłem. - A mógłbym już wszystko mieć za sobą.

- Trochę czuć cię nasieniem. Grzeszycie, siewcy, grzeszycie nie zostawiając po sobie nic dla mrocznej żniwiarki. Ale skoro tak musi być... W każdym razie nikt wam nie zarzuci, żeście się nie starali. Mnie w każdym razie głowa nie boli od nadmiaru, pełna jestem miłości i przerobię każdą ilość istnień. Nikim nie gardzę. I o tobie nie zapomnę. A póki co wstań, wysikaj się, weź prysznic, nakarm kota, zrób śniadanie sobie i twojemu towarzyszowi - nawiasem mówiąc dzielny z niego chłopak... Tak ładnie śpi i wcale tak bardzo o mnie nie rozmyśla... No, a potem buzi, i do pracy...

Poszła. Przeniknęła ze swoją kosą przez drzwi wejściowe. Ktoś na klatce schodowej zakaszlał głośno. Uniosłem się na łokciach. - Zakaszlała? Śmierć? - Zaniepokoiłem się... - Ale nie, może to nie ona... Jeszcze tego by brakowało, gdyby miało jej się coś stać...

Poszedłem się wysikać... Dobry wstęp do tego, by wrócić do rzeczywistości... Spłukałem z siebie noc. Jak mi śmierć kazała - wróciłem do życia, na kolejny dzień...

Raggi i Salka

kiljan.halldorsson

 To może dziś znów coś z Islandii... Trochę muzyki i poezji... Pamiętamy film Larsa von Triera z 2000 roku "Tańcząc w ciemnościach" z Björk w roli głównej... Słynny moment z pociągiem towarowym. Po skończonej pracy Trier stwierdził, że chyba właśnie udało się nakręcić klasyczną scenę. I miał rację. Przeszło to do historii kina, bez wątpienia! Björk śpiewa tam, że w zasadzie już wszystko widziała."I've Seen It All"...

Po latach, przy tej samej piosence, spotkali się ludzie z odległych pokoleń. Jakie miłe są takie spotkania, i to łapanie legend, póki jeszcze są z nami. Karl Orgeltríó i dwie postaci islandzkiej estrady: Ragnar Bjarnason, rocznik 1934 - reykjavicka legenda, heros islandzkiej piosenki - oraz młoda piosenkarka i aktorka Salka Sól Eyfeld, rocznik 1988...Muzyka łączy, buduje mosty...

"I've Seen It All"... Na dobrą sprawę na świecie nie ma tak wiele do zobaczenia, jak się tak głębiej zastanowić... Do licha - w zasadzie sam już wszystko widziałem... nawet więcej niż potrzeba!

"I've Seen It All". Twórcy: Björk, Sjón, Lars von Trier. Wykonawcy: Karl Orgeltríó oraz Raggi Bjarna i Salka Sól...

Muzyczna  Islandia:

I've seen it all

I've seen the trees

I've seen the willow leaves

Dancing in the breeze.

I've seen a man killed

By his best friend,

And lives that were over

Before they were spent.

I've seen what I was

And I know what I'll be,

I've seen it all,

There's no more to see.

You haven't seen elephants,

Kings or Peru.

I'm happy to say

I had better to do.

What about China?

Have you seen the Great Wall?

All walls are great

If the roof doesn't fall.

And the girl you will marry,

The home you will share.

To be honest 

I really don't care.

You've never been 

To Niagara Falls.

I've seen water,

It's water, that's all.

The Eiffel Tower,

The Empire State.

My pulse was as high

On my very first date.

And your grandson's hand

As they play with your hair.

To be honest

I really don't care.

I've seen it all,

I've seen the dark,

I've seen the brightness

In one little spark.

I've seen what i chose

And I've seen what I need

And that is enough,

To want more would be greed.

I've seen what I was

And I know what I'll be,

I've seen it all,

There's no more to see.

Piorun kulisty, czyli zwiewanie

kiljan.halldorsson

Zacznę może, z trudem niejakim, od rzeczy marginalnej. Od pioruna kulistego. Choć nic nie wiem o takich piorunach. Ale może było to właśnie takie tajemnicze zjawisko?

Razem z ojcem, dawno temu, w mych szczenięcych latach, w dobie wynurzania się z prabagien swego nieszczęścia - no bo jak inaczej nazwać życie (ach, pomyśleć, ile zarodków przepada, ile nasion się marnuje albo staje się po prostu pożywieniem dla rozmaitych stworzeń, ile szczęśliwego, radosnego przepadania, a obok tego te nieliczne jednak wykwity, ten niefart rozrodczego sukcesu - gnój łonowy, cuda brzuszne podtopione, wreszcie pierwszy krzyk przerażenia, i oto jest - przy najstraszliwszym kaprysie losu - człowiek, z rozumkiem jeszcze, co by mu w pięty całkiem poszło; przesady najwyższego rzędu: przerażenia, tęsknoty, popędliwości, moralne zmysły) - stałem sobie na stacji czekając na pociąg do Krakowa. Tatuś sierota, razem z synkiem - jeszcze większym sierotą, taką do kwadratu... O, wszystko w człowieczku wołało: Na pomoc, ratunku! - Nikt się jednak nie zlitował; nie spadła na łeb cegła z rozsądnie dużej wysokości, nikt nie przejechał po nim kombajnem... Czas przez życie trawiony to splot przedziwnych zbiegów okoliczności, co sprawiają, że tak wiele się nie dzieje. I tamten piorun też żadnych wypadków nie spowodował... Czekały zatem dwie sieroty na pociąg na stacji w miejscowości Rudawa, tam, gdzie kiedyś Henryk Sienkiewicz spotkał Stasia Tarkowskiego, którego unieśmiertelnił później w książce "W pustyni i w puszczy". Czekały dwie sieroty - dwie istoty pełne tajemnic - byle jakich - mgławicowe dziecko dość już psychicznie zmaltretowane, no i tatuś, który, jak pewni życzliwi donieśli, miał w okolicy jakąś aferkę: szaro - bury skok w bok, mocno zakrapiany... Wszystko było rozgrzane, pachniało kolejowo... O, zapachy torowisk to dominująca woń mego dzieciństwa... Aż dziw, że nie zostałem kolejarzem. Ale technika nigdy mnie nie pociągała. Choć pociągały mnie pociągi, bo zawsze gdzieś odjeżdżały, znikały, zyskując nagle zdumiewającą lekkość... Chętnie sam bym wtedy zniknął, ale byłem lękliwie ciężki... A inaczej było, gdy siedziałem w pociągu - wtedy zazdrościłem światu za oknem, też tej umiejętności znikania... Tak, człowiek właściwie ciągle jest w tej samej sytuacji - tęskni zawsze za czymś, co jest za oknem, a najbardziej mu żal miejsc, w których zabawił przez chwilę, niezbyt zaangażowany - mówiąc najoględniej - w miejscowe bieżączki... Rzeczywistości, w których nas nie ma, względnie prawie nie ma... Hm - kolej - kiedyś nawet mieszkałem przy stacji, jeszcze w czasach trochę tu i ówdzie parowozowych - bogowie, nic tak cudownie nie pachnie jak pełen żywego żaru parowóz!! Często też w szczenięcych latach spędzałem wakacje w pobliżu rozmaitych torowisk... Zatem właściwie nie powinienem się dziwić temu, że tak się ciągle lubię zagapiać, i że tak często zbiera mi się na płacz... W znikaniu może być dużo ulgi, ale też smutku. Odjazd to rozstanie, niepewność... Czy jeszcze coś się zdarzy? Czy spełnione będą obietnice?... No tak - ale wpadam w jakieś rozjazdy, rozpędzam się, wykolejam... Zatem piorun kulisty, być może. Widziany ze stacji, na tle ściany lasu, co się wznosiła naprzeciw, kawałek za rzeką i drogą. Rozsłoneczniony dzień, a tu raptem jeszcze więcej światła! Całkiem spora kula świetlista leciała sobie, niezbyt szybko. I nagle się gdzieś zapodziała. Wpatrywaliśmy się w to dziwne zjawisko świetlne. Tato nie umiał wyjaśnić, czego byliśmy świadkiem... Nigdy później już czegoś podobnego nie widziałem. Już tylko same zwyczajności, jeśli pominąć parę zwidów... A zwidy to już nie to samo, inny to rodzaj przeżyć, jak sny, co też nie mają świadków. Trochę to takie jak pokątny onanizm - niby jakaś drobna ekscytacja, ale w gruncie rzeczy nędza, jak przekąska kłapnięta gdzieś w biegu... Nie to co dobre kolacje, których, by były dobre, nie da się jadać w pojedynkę... Radość, śmiech, piękno i smakowitości odczuwane, komentowane, czy też dostrzeganie dziwów atmosferycznych lubią świadków - to ostatnie może po to, by nas nie brali za wariatów... Smutek, cierpienie już niekoniecznie...

Widzieliśmy kulę. I do dziś możemy ją wspominać, bo z losowego kaprysu obaj ciągle pozostajemy przy życiu. To istotny powód, by pamiętać o tamtym zwyczajnym dniu, jednak już o dacie całkiem nie do ustalenia, przynajmniej przez nas... Jakimś jednak sposobem ta niezwykłość chwili wcale nie wypycha  tamtego dnia na powierzchnię wspomnień; na niej naturalne są wszystkie potworności czy jakieś momenty o szczególnie silnym ładunku emocjonalnym, które, gdy je pominąć, pozwalając myślom w odprężeniu błądzić bez celu, ustępują miejsca absurdalnym, niezrozumiałym szczątkom, w których nie sposób dopatrzeć się niezwykłości. Najczęściej są to powtarzające się drobiazgi o niezrozumiałej sile nakazującej im się ujawniać oczom wyobraźni. Niewiele w gruncie rzeczy pozostaje z życia, jeśli się go jakoś pamiętnikarsko czy wręcz dziennikowo nie utrwala... Naturalnie, gdy się człowiek wysili, popracuje trochę odtwórczo, to zlepi się z tego jakaś historia, ale tak poza tym, to są jedynie bezsensownie poprzylepiane do myśli strzępy, ot, na jakąś ozdobę dramatu...

Czasem i w skandynawskim kryminałku - cóż to za piśmiennicze koktajle grozy i naiwności - można przeczytać zastanawiające zdania, jak choćby te, które napisał Jo Nesbø o pięknie... Czy przypadkiem pięknymi nie nazywają ludzie miejsc niegościnnych? Jakieś bliznowate pustkowia, kupy żużla, lodowiska bezkresne, góry, w których dopadają człowieka zadyszki... Albo jakieś tropikalne, malaryczne, robaczywe duchoty... Czy jakieś miasta - straszydła ogromne... Może zawsze chcemy być jakimiś twardzielami? By się jakoś wywyższyć? Tak jak się wywyższamy słuchaniem jakiejś niepojętej muzyki lub czytaniem niestrawnej literatury? Można schować w ten sposób jakieś swoje cechy niewystarczająco dobre... Piękno też może być naturalnie pociechą... Przynajmniej jest pięknie - rzec sobie można bytując licho. Ciężko mi, lecz pięknie tu... Tak, myślę o sobie - ja mam zamiłowanie do niegościnnych pustaci, czasem też nęci mnie trudna do strawienia literatura... Cienka materia, którą przykrywam istną stertę niedoskonałości...

Język jakiś taki rozwalony, w rozkładzie, pogmatwany, nie przejmujący się za bardzo ustalonymi zasadami, o utrudniającej lekturę interpunkcji, chaotyczne monologi, słowa jak jakieś bąble gotującej się mazi... A jednocześnie jasność, pewna jednak czytelność: ponury czas wczesnego PRL, bryndza, beznadziejne widoki, parowozy, wódka, suchary, cierpienie, takie już na krwędzi śmiechu, więc i trudność w budowaniu międzyludzkich relacji, cyniczne gry, bo cóż można czynić w nieszczęściu, krążenie wokół śmierci... Pokomplikowana przyjaźń, budowana z jakimś mozołem, tak i nie, zmieszane...

Zerknąłem znów do Czycza, tego mistrza cierpienia. "And". To początki, to przyjaźń krótka z Andrzejem Bursą... Czycz zamarzył o literaturze. I wstąpił do niej, zaczynając od skandalu, bo przedstawił jako swoje teksty zakazanego wówczas Miłosza. Były to przepisane na maszynie wiersze poety. Wydawały się jakiś takie nijakie, ale skoro ktoś je przepisał, widać musiały mieć w sobie jakąś magię, jakąś moc. Coś poprzerabiał, z odrzutów po przeróbkach zostało jeszcze coś na dodatkowy wiersz, i tak poszedł do literatów... Był skandal, ale był w końcu i debiut, w którym pomógł mu Andrzej Bursa, dobrze zapowiadający się poeta, też mistrz cierpienia... "And" to historia pewnej przyjaźni i opowieść o wielkiej stracie, tak prawie na starcie zasranego życia... Brnąć, nie brnąć? A może znaleziony niewypał wypali w końcu, co jakiś czas prowokacyjnie drażniony? Śmierć jednak ma swoje plany i nie można ani jej przyspieszyć, ani jej przeszkodzić i odegnać. Niewybuch w końcu wybuchł, ale o złej porze, zaś wrzucenie w maliny rewolweru, znalezionego razem z maszynopisami, broni, którą sobie chciał wypożyczyć And, śmierci wcale nie przeszkodziło... "And" to zapis ostatnich chwil życia Andrzeja Bursy. Podróż dwójki przyjaciół poetów na Festiwal Młodej Poezji w Poznaniu. Męka, karty, wódka, trochę kpiny, trochę męskiej golizny i uciekania do szafy, powrót, wstęp do rozstania, rozstanie - już na zawsze... Rodzaj przyjaźni prawie nie do opisania, choć Stanisław Czycz jakoś sobie z tym poradził, w tym swoim porozbijanym języku... Po przesiadce na Śląsku ruszyli w stronę Krakowa... Czycz w swoją ciężką przyszłość, And, jak się okazało, w wieczność. Czycz wysiadł wcześniej, w Krzeszowicach, And pojechał do siebie, do Krakowa. Ale zaraz mieli się spotkać. Poleciały karty, odtąd mieli grać w guziki, bo tak miało być lepiej, dogodniej dla ich intelektów... Ruszył w wieczność, a ten ostatni odcinek podróży objął trasę Krzeszowice - Kraków, via pobliska Rudawa, Zabierzów, Mydlniki... I stąd ta Rudawa mi się przypomniała, z kulistym piorunem (czy cokolwiek to było innego) i Stasiem Tarkowskim... No i też jest to powód, by się we własnych stratach znów pogrzebać...

Czycz, zmarły w 1996 roku, stał się jednym z najoryginalniejszych polskich pisarzy, nie jest chyba jednak pamiętany przez nazbyt liczne grono, choć ma swoich gorących wielbicieli. I ma też swój udział w filmie, bo twórcy filmowi sięgali po jego prozy... Był ten mistrz cierpienia twardzielem, bo ciągle musiał walczyć z przeciwnościami, z nękającymi go chorobami, twórczymi trudnościami, z biedą, której się wstydził. Żył właściwie poza literackim światkiem Krakowa, poza towarzyskim zgiełkiem. Był osobny.

Okropność straty, śmierć i ten jej złodziejski fach... Już się umówili, że na spotkania autorskie będą jeździli razem, że sobie pocierpią. A ten mu raptem zwiał, tej samej doby, w której padły jakieś postanowienia... Przez "Anda" utrwalił się mit o samobójczej śmierci Bursy, ale najprawdopodobniej jego śmierć miała naturalną przyczynę - jakąś ukrytą chorobę, wadę...

Mieli pograć w guziki... I guzik... Myślał, że pomylił mieszkania, bo w drzwiach stał jakiś nie znany mężczyzna... Ale nie było pomyłki. Na tapczanie leżał nieprawdopodobny trup. Trudno było w to wszystko uwierzyć. Nie wierzyła żona Anda, nie wierzył on, powstrzymując śmiech...

Jedni szybko biorą nogi za pas, w taki czy inny sposób. Drudzy zostają na dłużej...

gdy już do czegoś doszliśmy,

idąc razem ale jak dwoje kochanków co idą do siebie z dwóch dalekich i przeciwnych stron, i zauważ jak nas wiodło, ile zasadzek i zwycięsko minęliśmy tyle przepaścistych głębi, doszliśmy, te guziki to było miejsce wreszcie zetknięcia się, dwojga serc jak kochanków, i zwiał mi -

Stanisław Czycz, "And" , Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980

© Kiljan Halldórsson
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci