BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Suzanne

 Oj, ale mamy dziś pogodę. Wiatrzysko, deszcz, chlapa. Psom strasznie brudzą się podwozia. Pani od pogody oznajmiła, że dziś jest bardzo niskie ciśnienie i że na taką porę dobra jest kawa. No, mnie na kawę nikt nie musi specjalnie namawiać - piję ją zawsze chętnie, nawet przed snem (dziwię się, że są ludzie, którzy nie mogą spać po tym napoju - ja zapadem w sen kamienny). Tak, w taką pogodę zaparzę sobie kawę szczególnie mocną i włączę sobie jakąś dobrą muzykę. Najlepszy będzie chyba Erik Satie. Gustowna prostota. I sięgnę jeszcze po jakąś powieść.

 Mam trochę książek, które leżą na półkach i czekają niecierpliwie ze swoją treścią. Bywa, że kupuję książki i odrzucam je w kąt. Niektóre tkwią tak całymi latami zupełnie nietknięte. Właśnie sięgam po taką. Suzanne Brøgger. "Kot z jadeitu". Nabyłem ją chyba ze dwa lata temu i do tej pory do niej nie zajrzałem. Wydawca naturalnie zachwala swój towar. Ach, dziś księgarnie toną w powodzi zadrukowanego papieru i oczywiście wszystko, każda najdrobniejsza stroniczka nagryzmolona jest przez kogoś wyjątkowego, znakomitego. Nic, tylko wzdychać z zachwytem na widok takiej skarbnicy. Ale z książkami to czasem tak jak z wędliną - w sklepie, odpowiednio oświetlona wygląda smakowicie, potem jednak, w domu, w zwyczajnym świetle dziennym okazuje się brzydkim i nieapetycznym, pobladłym paskudztwem. Niekiedy daję się nabierać, wierzę zapewnieniom, i dostaję niestrawności. Mam nadzieję, że tym razem tak nie będzie.

 Nic prawie nie wiem na temat pani Brøgger, ale fakt, że pochodzi ze Skandynawii - a ściślej z Danii - budzi we mnie ufność, ludzie Północy posiadają bowiem szczególny dar - potrafią jak nikt inny opowiadać. Chciałoby się rzec - Skandynawia to solidna firma literacka, i jej - że się tak brzydko wyrażę - produkty dominują w mojej czytelniczej przygodzie.

 A zatem Suzanne Brøgger. Wydawca mówi, że jest znana i popularna. I na dodatek skandalistka- na, ale to akurat najsłabszy magnes, bo kobiety to żadne skandalistki, a w każdym razie skandale, jakie wywołują, są zupełnie nieciekawe. Jest autorką licznych powieści, esejów i dramatów, a jej utwory były tłumaczone na 20 języków. U nas jednak dotychczas ich nie publikowano. "Kot z jadeitu" to rzecz pierwsza na naszym rynku. Dowiaduję się, że to saga rodzinna. Gdy pogrążę się w lekturze, w mojej wyobraźni ma ożywić się aż 5 pokoleń duńsko - żydowskiego rodu Løvinów... Na okładce widnieje też fragment powieści, w sumie zachęcający:

 "Cechy, które czynią rodzinę niemożliwą do zniesienia, kiedy jest się młodym, stają się dokładnie tym, co najbardziej w niej pociągające, gdy się starzejemy: owo nagromadzenie karmy, wspomnień, szkieletów ukrytych w szafie. Nadrzędnym zadaniem rodziny jest wpojenie jej członkom przekonania o tym, że są niezrównani. Jedyni w swoim rodzaju i absolutnie wyjątkowi. Nie wszystkie rodziny są w stanie całkowicie podołać temu zadaniu; konieczne jest do tego boskie pochodzenie. Najlepiej, żeby przodkiem rodziny był któryś z bogów".

 Tak ,nie pozostaje nic innego, tylko przystąpić do lektury. Czas gasić ten przeklęty komputer.

 Kiedy odbędę tę podróż w czasie, podziele się być może wrażeniami.

 O rany, na dworze robi się coraz bardziej ponuro....

12:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 24 stycznia 2007
Szkoda
 Zasmuciła mnie wielce wczorajsza wiadomość o śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Trudno właściwie dodać coś do tego, co w ostatnich godzinach powiedziano o Zmarłym. Kolejna wspaniała postać znika z naszego życia. Pociesza to, że zostaje jego dorobek, smuci, że już niczego więcej nie napisze. Ogromna szkoda. Będzie go brakowało, będzie brakowało jego twarzy, na której zawsze malowała się wielka życzliwość.
15:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 stycznia 2007
Bum, bum, bum
 Ach, jakie to cudowne, jakże pocieszające - jeśli dobrze pójdzie, będą u nas, pewnie w jakimś leśnym, tajemniczym zapadlisku, przyczajone w dziurach wytwory zdziczałej nauki. Panowie chmurni, poważni jak dzieci i o marnej reputacji będą nas nimi bronić przed innymi panami o równie marnej reputacji. Staniemy się częścią antyrakietowej tarczy. Gdzieś tam w świecie ktoś się będzie z tego powodu gniewał, srożył i tupał nóżką, my zaś będziemy ważni i obronnie nastroszeni. A bu bu bu bu...
13:57, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 stycznia 2007
Wizyta duszpasterska, do której nie dojdzie

 Wczoraj wieczorem znalazłem wetkniętą za wizytówkę na drzwiach karteczkę informującą mnie o odwiedzinach duszpasterskich. Tym razem nie był to jednak jakiś wytargany z notesu karteluszek z nagryzmoloną dziecinną ręką wiadomością, ale gustowny bilecik z wydrukowanymi rubryczkami do wypełnienia, zawołaniem
"Pokój temu domowi" oraz wizerunkiem Świętej Rodziny skąpanej w promieniach wiszącej nad Nią gwiazdy. Na jego odwrocie znalazłem też instrukcje, wedle których powinienem postępować. Diabeł mnie kusi - mówi, żebym dziś postąpił inaczej, żebym otworzył drzwi i wpuścił do swojego nadmetrażu człowieka z kropidłem, ale nie posłucham raczej tego podszeptu, bo widzę ,że jestem zupełnie nieprzygotowany. Parafia stawia kilka żądań. Chce, bym miał stół nakryty obrusem. No, to mogę spełnić. Ale chce też, bym miał krzyż, którego nie posiadam (jest dla mnie zbyt okropny). Dodatkowo jeszcze powinienem mieć zapalone świece. Niestety zostały mi tylko takie zapachowe, które po zapaleniu zamiast pachnieć ohydnie śmierdzą i chyba nie nadawałyby się na taką okazję. Na bileciku widnieje też polecenie skierowane do dzieci - podręczniki i zeszyty z lekcji religii mają być w pogotowiu - to mogę jednak spokojnie pominąć, bo szczęśliwie nie ma u mnie ani ćwierci dziecka. No i na koniec napisano, bym wyłączył telewizor, radio itp., co jest warunkiem najprostszym do spełnienia. Ach, i najważniejsza chyba rzecz - potrzebna jest woda święcona, chociaż gdy jej nie ma, problem można łatwo rozwiązać - wystarczy półprodukt dostarczany przez miejskie wodociągi i jedno małe zaklęcie, o które możemy swobodnie poprosić szacownego, mającego stosowne uprawnienia gościa.  Obok tych instrukcji jest też krótki scenariusz wizyty - trochę zniechęcający. Najpierw śpiew. Potem modlitwa. Dalej błogosławieństwo, i na koniec rozmowa. Na śpiew mi się nie zbiera, bo ciągle jeszcze mam problem z gardłem, modlić się nie potrafię i rozmowie duszpasterskiej chyba bym nie sprostał. I wyszła mi gotówka.

 Nie, nie, byłoby wielce niestosowne, gdybym otworzył drzwi i wpakował się w coś takiego. Głupio by było, gdyby powaga zetknęła się z kimś zupełnie jej pozbawionym. To nie wypada. Daruję sobie tę niedorzeczność.  

15:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 17 stycznia 2007
No i tak...
 Wracając z zakupów spotkałem znajomego. Nieudolnie udawał, że mnie nie poznaje. Bardzo się na mnie pogniewał, bo pożyczyłem mu trochę pieniędzy. Po trzech latach delikatnie się upomniałem. Uznał widocznie, że jestem okropnie, beznadziejnie, niegrzecznie niecierpliwy. Pewnie sobie postanowił - to koniec! Nie będę obcował z tak niedobrym człowiekiem... A ja mówię trudno. I na zdrowie.
15:54, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 stycznia 2007
Z wirusem w tle
 Eryk dzwoni. Nie zapomina przypomnieć o sobie. Nigdy. Kuzyn daleki z domieszką szwedzkiej krwi. Wiedzie ten swój poplątany żywot i zdaje mi relacje. Ma dziwne upodobania - ciągle wiąże się z kobietami, przysięga im cuda, co gorsza pomieszkuje z nimi pod jednym dachem, a potem przepędza je bądź sam jest przepędzany, po czym gniewa się i syczy. Jest niespokojny, w wiecznych, malowniczych tarapatach i Bóg jeden wie, czym się zajmuje. Ledwie słyszę, o co mnie pyta - trzeszczy coś w słuchawce i trzeszczy coś w moim uchu przytkanym dokumentnie, co pewnie ma związek z męczącym mnie od tygodnia katarem. Na wszelki wypadek mówię, że w porządku. Bo zawsze jest w porządku, gdy ktoś pyta. Dowiaduję się, że wylądował w Oslo. Znów rozpoczyna zagnieżdżanie się. To dobrze. Cieszę się i nie pytam, na jak długo, bo wiem, że na krótko. I znowu coś muszę. Muszę koniecznie przyjechać. Zwariował! O tej porze roku? I to do Oslo? Przecież mogę chyba wygospodarować parę dni w drugiej połowie lutego?Bo wtedy będzie chyba nejlepiej. Tak w każdym razie sądzi, a ja nie wirecę dalej tej kwestii. W każdym razie musimy się zobaczyć, jest mnóstwo rzeczy do obgadania. Ciekawe - przecież ja nie mam z nikim nic do obgadania! Co to znowu za pomysły? Ale dobra. Niech będzie, że jest inaczej. To co? Mały sentymentalny wypadzik? Do diabła! Nie wiem, czy jestem gotowy na coś podobnego. Czy mogę aż tak bardzo zapaść się w dobrą przeszłość? Za bardzo kocham Oslo, żeby patrzeć nań z dzisiejszej perspektywy. Będę się kulił, ogarną mnie dreszcze, będę się rozmazywać. Nie obiecuję. Dobra, dobra. Miejsca jest sporo, i tak dalej. No, to naturalnie kusi. Darmowy nocleg w Oslo to jest coś. Ech, Eryk, duży, kudłaty, wielkostopy. Nosi go wiecznie po świecie. Patrzy wszystkiemu prosto w ryj, rechocze i planuje tylko z lekka. Nie wiem, może się wybiorę. O ile wyzdrowieję. A to nader wątpliwe. Dopadł mnie jakiś wirus i trzyma się krzepko. Łykam jakieś głupie leki, które nie są zbyt skuteczne. O dupę rozbić taką zabawę. Chyba przerzucę się na jakieś domowe sposoby. Khe, khe, khe... I te cholerne zatkane uszy. Słyszę jakoś tak dziwnie, z metalicznym pogłosem. Szukam w płytotece hałaśliwej muzyki. Nie mogę się zdecydować. Co może przetkać uszy? Wagner? Nie lubię go za bardzo. Może Bowie? Uczczę jego urodziny, jeszcze raz. Tin Machine. Wieki tego nie słuchałem. Puszczam z ciekawości. Takie sobie. Słyszę raczej jakieś dudnienie. Dziwny dzień, bo się telefony rozdzwoniły. Akurat dziś, kiedy wszystko mi trzeba powtarzać. Co?! Co mówisz? Darek mówi. A to ty! Uprzedzam i pytam, co słychać? Różne, różności. Pyta, czy bym się nie wybrał do kina. Proszę, proszę, chce obejrzeć film w towarzystwie swojego najsłodszego grzechu. Nie, nie, w tym stanie nie mogę nigdzie chodzić. Oj, jaka szkoda. Jestem przeciwnego zdania, ale mu tego nie oznajmiam. I co tam jeszcze. Oj, był ze swoją żoną (co za zwyczaje, bogowie drodzy) na Sylwestra w Paryżu. Oczywiście było fajnie. Tak, tak... Cóż za brak oryginalności. Chyba zaraz się pogniewam. Na jakieś trzy, cztery kwadranse. Ale do przyszłego tygodnia mi przejdzie? Pożyjemy, zobaczymy. Może w ogóle życie mi przejdzie? Wcale bym się tak bardzo nie pogniewał. Bo byśmy coś może pogotowali. Mam luz w przyszłym tygodniu - mówi. Szczęściarz - mówię. Iwona jedzie na kilka dni do mamy. O! To ma być na zachętę? Ona mnie nie lubi, bo jej mąż jest dziwnie pochłonięty moją osobą. Obsypuję ją przy każdej okazji kwiatami, a ona chodzi nadąsana. Ma niepokojąco syfiaste przypuszczenia. I dobrze. Ale nie całkiem. My to już historia. Teraz to jest jakieś dopalanie się resztek, do których nastawiony jestem nieprzychylnie. Nie wiem, swoją drogą, co można dostrzec w kimś tak żałosnym jak ja? Co zrobić... Mam w zamrażarce trochę poćwiartowanych rybich zwłok. Będą dobre? Świetnie. Rybna kolacyjka, przyrządzona w jego nadkuchni. Dobra. Jak się wirus wyprowadzi. Tego jeszcze było mało. Jeszcze mama troskliwa się zgłasza. Jej dziecię takie biedne. Przyszłaby. Coś mi pomóc. Chyba chce, żeby mi się pogorszyło. A dajcie wy mi spokój. Nie potrzebuję pomocy. Wszystko jest pod kontrolą. Psy chodzą regularnie na kupkę, ja się świetnie odżywiam i oddaję się chorowaniu. Póki co wolę inne towarzystwo, któremu zresztą nic z mojej strony nie grozi. Patrzę trochę na filmy. Rozoglądane na dziesiątą stronę, ale w żadnym wypadku nie nużące. Jan Troell "Hamsun" (Max von Sydow w roli pisarza- genialny, to chyba jego życiowy popis), Friðrik Þór Friðriksson "Cold Fever" i " Djöflaeyjan" i takie tam. No i książczyny. Timo K. Mukka "Ziemia jest grzeszną pieśnią"- z przyjemnością to tego wróciłem, Ingmar Bergman "Trolösa" - dobrze napisana, poruszająca rzecz (i jaki świetny film zrobiła z tego cudowna Liv Ullmann) i do tego jeszcze coś z zupełnie innej beczki - dawno, dawno, dawno nie czytany przeze mnie Witkacy. Trochę mnie smuci, że to, co kiedyś wydawało mi się tak nieskończenie fascynujące, dziś wyblakło doszczętnie. "Nienasycenie" - idzie mi to jak po grudzie, nuży mnie. Szkoda. Ale czasem można wyłowić coś ciekawego nawet z książek, które przestały się już podobać. Witkacy napisał: "Jak to się to robi ta tajemnicza, niedosiężna polityka? Czy to nie jest czasem tylko wszystko jeden olbrzymi głupi au fond "bajc", jakiś sprycik trzeciego rzędu, podła znajomość ludzi, zręczność w małych świństewkach na pograniczu zbrodni?" Khe, khe, khe... Ach wirusie ty mój styczniowy...
16:30, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 stycznia 2007
David Bowie

 Nigdy specjalnie nie interesowałem się - mówiąc najogólniej - muzyką estradową. To zawsze był dla mnie świat istniejący gdzieś w sąsiedztwie, którego echa stanowiły często dość obojętnie traktowany margines otaczających mnie dźwięków. Jest jednak jeden wyjątek - to obecny na światowych scenach od przeszło trzech dekad David Bowie.

 Zwróciłem na niego uwagę wiele lat temu. Najpierw zafascynowała mnie jego oryginalna twarz, nieco później przyszedł czas na zaprzyjaźnianie się z muzyką jego autorstwa. I przepadłem zupełnie. Moje zainteresowanie jego dokonaniami przybrało postać jakiejś szaleńczej manii. Na pewien czas wszystko wokół umilkło - był Bowie - i cała, mało istotna reszta. Dziś to wariactwo jest już szczęśliwie tylko odległym wspomnieniem - pozostało jednak trochę śladów tamtej rozgorączkowanej fascynacji: dość pokaźna kolekcja płyt, kilka wydawnictw poświęconych artyście, bilety na koncert... I pozostał podziw dla tej niestrudzonej, utalentowanej postaci.

 David Hemmings, reżyser "Just a Gigolo", powiedział o Davidzie: "Myślę, że Bowie to prototyp zdobywcy. Osiąga wszystko, co zaplanuje. Prawdziwy człowiek Renesansu." I rzeczywiście - choć początki jego kariery nie przedstawiały się zachęcająco - dzięki wytrwałości, licznym, skrzętnie wykorzystywanym zdolnościom, uporowi, umiejętnemu doborowi współpracowników i wierze we własne możliwości osiągnął wyżyny sławy i stał się jedną z najbarwniejszych legend rozrywkowego przemysłu. "I want to be a Superman - wyznał kiedyś - I guess I realised very early that man isn't a very clever mechanism. I wanted to make myself better. I always thought that I should change all the time". Trudno powiedzieć, czy droga, jaką obrał, jest najlepszą do osiągnięcia takiego celu, ale jedno jest pewne - okazała się oszałamiającą, barwną przygodą, którą - nawiasem mówiąc - ten szczęśliwy człowiek chciałby kontynuować w nieskończoność, i bardzo go denerwuje myśl, że kiedyś będzie musiał zetknąć się z przeszkodą nie do pokonania, jaką jest śmierć.

 Zmiany - to słowo najlepiej streszcza jego artystyczny życiorys. Zdaje się, Oscar Wilde powiedział, że tylko ludzie pozbawieni charakteru nie ulegają wpływom, a jeśli tak, to Bowie stanowi doskonały przykład człowieka z charakterem. Artysta od początku budził skrajne emocje i opinie: jedni widzieli w nim genialnego twórcę i wizjonera wyznaczającego nowe kierunki rozwoju muzyki rozrywkowej, wznoszącego ją przy okazji do rangi sztuki przez wielkie "S", inni zaś widzieli tylko sprawnego oszusta, kuglarza z wyczuciem podczepiającego się pod rodzące się mody... Prawda pewnie jak zwykle leży gdzieś pośrodku. Bowie to czlowiek z osobowością - lustrem, zawsze otwarty na nowości i innych ludzi. Bez wahania przejmował cudze poglądy, pomysły, chłonął klimaty miejsc, w których przebywał, łatwo "zmieniał skórę" i zainteresowania. Jednak wszystko, co brał z otaczającego go świata umiejętnie łączył z własnymi pomysłami, twórczo rozwijał. Zawsze poszukujący, ciekawy, idący z duchem czasu, nie pozwalał się zaszufladkować. Muzykę traktował jak aktor role - dla jej potrzeb wcielał się w rozmaite postaci, zmieniał publiczny wizerunek, nakładał przeróżne maski pozostając jednocześnie sobą; bawił sie stylami, łączył je, co nieraz dawało zaskakujące rezultaty, i ciągle ryzykował, jakby nie zależało mu za bardzo na komercyjnym sukcesie. Zdobył sobie jednak wierną publiczność, która szybko zaakceptowała tę skłonność do zmian. Jego dorobek od "Love You Till Tuesday" do "Reality" stanowi fantastyczną, zadziwiającą mozaikę nastrojów i stylów: jest w niej miejsce dla sentymentalnych wersji starych przebojów (Pin-Ups), songów Brechta, dziwacznych, hałaśliwych eksperymentów, tanecznych hitów, wściekłych rockowych hymnów, piosenek Brela, nastrojowych kompozycji na instrumenty elektroniczne, pełne wigoru utwory rythm'n'bluesowe, ekspresyjne stylizacje soulowe; jest krzyk i szept, radość i ponura melancholia, kpina i patos, są prawdziwe arcydzieła i bezdenny kicz - słowem wszystko.

 Bowie - piosenkarz, kompozytor, multiinstrumentalista, poeta, producent, filantrop, malarz, aktor, człowiek interesu - słowem facet orkiestra, prawdziwy tytan pracy, nie zdolny do tego, by znudzić się życiem. Ósmego stycznia stuknęła mu sześćdziesiątka, daleko mu jednak do bycia otoczonym czcią zabytkiem - jest ciągle aktywnym twórcą i z pewnością zaskoczy jeszcze słuchaczy jakimiś nowymi pomysłami. Mam tylko nadzieję, że gwiazdor żartował mówiąc, że będzie występował nawet wtedy, gdy trzeba go będzie wpychać na scenę na wózku inwalidzkim. (Czyżby jego rola w filmie "Hunger" miała jakiś związek z wygłoszonym postanowieniem? Chciał w ten sposób przygotować fanów na wszelkiego rodzaju geriatryczne atrakcje?) 

 Bowie - mały, chudy wielki człowiek. Gigant. Ciągle wspaniały, piękny, pełen elegancji (czy jest ktoś, na kim lepiej leżą garnitury?).Z przyjemnością wracam do jego nagrań, zwłaszcza tych z drugiej połowy lat siedemdziesiątych, do "Young Americans", "Station to Station", "Low", "Heroes", "Lodger", "Scary Monsters". I czekam na kolejne produkcje... 

16:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »