BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008
Element baśniowy

 A, co mi tam. Dysponuję chwilą wolną, więc wykorzystam ją na blogowanie...

 Miałem dziś trochę gonitwy przed południem, nogi mi wchodzą do tyłka i odbija mi się jak diabli czosnkiem, co zawdzięczam kurczakowi, którego pożarłem na mieście... Frania jeszcze nie ma i z tego powodu jakoś mi się nie chce wybebeszać kuchni. Żywię się gównem i czekam jak pies.

 Przy okazji wpadłem do mamy. Boże, ta nieszczęsna chudzina. Bzik tropikalny. Ale już jej tyłek odżył i była w dobrym nastroju. - Jak ty dziś ślicznie wyglądasz - powiedziała mi na powitanie. - To mój synuś - pochwaliła się leżącym z nią na sali paniom. ---- Oj, synuś, synuś. Śliczny. A jeszcze jak się ubierze w popielate ciuszki, starannie ogoli... Chłopczyk. Dać mu tylko jakiś segregatorek, książeczki i może spokojnie znów zawracać dupę na lewo na uniwersyteciku. ---- Przyszła też do niej koleżanka. Fantastyczna kobieta. Taka uczynna, pomocna, zatroskana. I mająca niezmierzone pokłady cierpliwości. Z jakichś zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów szalenie lubi moją mamę, a wręcz uważa ją za swoją najlepszą przyjaciółkę... Taką ma przyjaciółkę: zgryźliwą, wiecznie chętną do robienia kostycznych uwag... Jedno wielkie uosobienie niewyparzonej gęby... Moja mama... Jak dziewczynka - uparta jak osioł, najmądrzejsza, wszystkich by ustawiała na baczność... Wcielenie dziecięcej niecierpliwości... Szczypawka, ośmiornica, boa dusiciel, papuga, mątwa... Znów dogadywała, znów te jej złośliwostki... A psiapsiółka słuchała, kiwała głową... W sumie: huc se ta, huc...

 Oczywiście powiadomiłem siostrę mamy o całej rzeczy i zorientowałem ją w sytuacji... Ciotka - taka tochę obrażalska. - No, ja nie wiem czy ja do niej pójdę. Przecież to jest pierdolec. - Kochana moja - odparłem. - Znajdź mi w rodzinie niepierdolca. - Uważasz, że ja też jestem pierdolcem? - No, takim z doktoratem. - Pięknie. - Już nie będę powtarzał, co wygaduje mama... -Dziękuję, słyszałam. I chyba nawet uznałam za stosowne powiadomić cię o tych rewelacjach. - Świetnie. To się nie naburmuszaj i nie mów jej, co ma robić. Tym ja się zajmę. Jestem w jej oczach najmniej popierdolony... (Bo w końcu synuś. Mimo że nie ma tej upragnionej baby i nie spłodził dla niej wnuków). 

 Mówię mamie, że odwiedzi ją po południu siostra... - Po coś tej piździe mówił... - Przecież to twoja siostra, na litość Boską. - Znowu mi będzie gdadać, naprzynosi klamotów jak dziadówka. - Nic nie naprzynosi...

 Łeb boli. No, ale wizyta była krótka, bo mamę czekały zaraz badania, więc odmeldowaliśmy się z miłą panią...

Jak mnie ta pani lubi... Ta przyjaciółka... Ludzie mają jakąś dziwną skłonność do przeceniania mojej osoby... Albo ja siebie samego, kurna, nie doceniam zbyt mocno... No tak, ale ja jestem ten inny... -Jak ja bym miała takiego syna jak pan... - No przecież pani ma fajnego syna. - Eee, dzik taki. Ani sobie z nim pogadać nie mogę, niczego mi o sobie nie mówi... itd, itd...--- Wychodzi na to, że mam same zalety... Skrzydła mi w końcu wyrosną.

 Tak, oczywiście Franio też uważa, że jestem inny. I nawet znalazł pewne wyjaśnienie. Bo się chciałem wreszcie dowiedzieć, na czym ta inność polega. No i wyszło, że jestem z jakiejś innej zupełnie epoki, że stwarzam przedziwny nastrój i... No, rzecz można by sprowadzić do stwierdzenia, że jestem baśniowym elementem w szarej codzienności, pełnej pracowitego kurwienia się (i to w zamian za co? za trochę koralików i kolorowych szkiełek?), biurowych, przesyconych infantylizmem klimatów, bzdury, nudziarstwa...

 Niech i tak więc będzie. Stworek baśniowy, muskający ledwie rzeczywistość (albo raczej muskany przez ową rzeczywistość)... Trochę to demoniczne... Istota nie z tej ziemi... Miły gość czy raczej taki przybłęda tajemniczy... -Oj, nie łatwo być na tym świecie takim stworkiem... I należy przestrzegać wszystkich, by im się nawet przez moment nie zamarzyło, żeby pójść jego śladem... Będąc z nim, trzeba uważać, bo życie może zakończyć się katastrofą, niepotrzebnym szaleństwem... Franio musi być rozsądny...

 Franio bardzo się przejął, kiedy się dowiedział o ostatnich wypadkach. I chciałby już być z powrotem... Hm, moja wielka pociecha...

 Szkoda, że naszemu spotkaniu towarzyszy ten paskudny cień, jaki zawisł nad moim życiem. Jego baśniowy chłopiec, co się z pogańskimi bogami przyjaźni, będzie musiał zrzucić gwiaździstą pelerynę i pograć trochę dorosłego...

 Mam drobne i cukierkowo słodkie pragnienie. Porwać Frania w cholerę, na Wyspę Szczęsliwą. Na taką najbardziej kiczowatą, zieloną, z plażą, z kolorowymi ptakami. Na zawsze. Po nic wielkiego. Na pieprzoty po świt różowy. I dalej, od świtu różowego po złocone zmierzchy... Jak w tanim filmie łzawym...

17:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 30 stycznia 2008
Dół

 Jeju, wreszcie w domu... Ledwo zipię. I coś mi siedzi na żołądku. Brrr...

Opamiętałem się i dziś skoro świt wywlokłem mamę do lekarza... Koniec z czarną komedią, z głupim okłamywaniem mnie i szaleństwem, jakim jest doprowadzanie siebie do wycieńczenia... Nie wiem, co ona sobie myślała... Że się położy i zgaśnie?... Kompletny obłęd... Marna, w kiepskiej kondycji psychicznej, na granicy wycieńczenia... Mama, o wyglądzie ostatniej anorektyczki... Skóra i kość... Już się wydawało, że idzie ku lepszemu, a tu nagle karta się odwróciła... Przyznała mi się, że od dłuższego czasu boi się jeść, bo dzieją jej się bardzo nieprzyjemne rzeczy... I z dnia na dzień było gorzej i gorzej... Oczywiście słowo szpital wywołało w niej gniewny opór i wrzaski: -To już napewno umrę. Jak się tam położę, to mnie wywiozą... - No, ale zaraz, zaraz, to się, kochana, zdecyduj. Najpierw fantazje samobójcze, teraz wycieńczka... A tu nagle takie gniewne zawołania?

 Powlokłem ją. Pół dnia nam zeszło. Wybadali ją na dziesiątą stronę i zapadła decyzja, że położą ja, najprawdopodobniej na kilka dni, w szpitalnym łóżku. Załadowali jej kroplówy, no i przed nią dalsze jeszcze obroty. A ja jestem spokojniejszy. I ją udało mi się jakoś uspokoić i rozweselić... Boże, niech się ta kobita bierze w garść! Ją trzeba tak ciągle popychać do przodu kopniakami.

 Och, tak pragnę teraz górskiego powietrza, wędrówki... I znowu nici... Będę miał góry... 

 Opanowują mnie mroczne przeczucia... Nie jest za wesoło... No, ale pożyjemy, zobaczymy... 

16:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 stycznia 2008
Oj, bo zacznę tłuc po ryjach!

 Franio się na troszkę odmeldował. Skończyło się błogie leniuchowanie i niestety wypadł mu drobny służbowy wyjazd, tak że przez najbliższe trzy dni dzielić nas będą setki kilometrów...

 A ja mam trzęsienie ziemi. Od wczoraj. Znowu z powodu mamy, która na powrót zaczyna fiksować. I jestem rozdrażniony, przez co robię rzeczy, których muszę się wstydzić. Ot, dziś wyżyłem się na Bogu ducha winnej pracownicy poczty i, cholera, mam kaca. Zaraz chyba pójdę po kwiatki i czekoladki...

 Rano telefon z miasta odległego. Nie dotarła przesyłka. Trochę takich tam ważnych papierów. -I co teraz? -Trzeba chyba w takim razie złożyć reklamację. Drugi tydzień mija. ----Oczywiście rzecz cała spada na nadawcę. ----Poszedłem na pocztę. Jezu - od razu zrobiło się niepoważnie! Przyjęła mnie zezowata kobieta, tak cholernie komiczna, że od razu wysiadłem. Kiedy wyłuszczałem swoją sprawę, ona się niezwykle zasłuchała i jakoś tak jej się stało, że spomiędzy warg wylazł jej język. Bogowie! Czekałem tylko, kiedy zacznie mi kiwać przed oczami małym paluszkiem. Ale najgorsze miało się dopiero stać. Gdy skończyłem, zezowata pani przystąpiła do zadawania pytań, w rezultacie czego zostałem zmuszony po powtórnego opowiedzenia o swoim pocztowym problemie. ---Jak Boga kocham, kiedy przychodzi mi coś załatwiać w jakimkolwiek urzędzie, zamieniam się w małą dziewczynkę mającą ochotę piszczeć, szczypać, gryźć. Wszystko mnie denerwuje. Łącznie z tym, że, kurrrrrrrrwa, mam problemy z wymawianiem "r".---- Wywaliłem swoje żale na sprawiającą kłopoty pocztę. Bo nawet głupich kartek świątecznych nie potrafiła dostarczyć na czas. (Zabawne, najdłużej wędrowała do mnie kartka z życzeniami wysłana z miejscowości oddalonej o ledwie 20 km. Prawie miesiąc!!). ---- Nie, jak się ta przesyłka nie znajdzie, ktoś dostanie po ryju! --- No, w nerwowej atmosferze reklamacja została w końcu przyjęta. ----Ach, Poczta Nasza Szanowna. Wkrótce na dobre rozszaleje się konkurencja, a ta instytucja sobie normalnie bimba. Nie daje rady. I ciągle coś gubi.

 A wczoraj... Znowu alarmy. Jakieś koleżany mamy zaczęły do mnie wydzwaniać. A, bo nie mogą się z nią skontaktować. A tak w ogóle wydaje się, że ona jest w kiepskiej formie... Trzeba coś zrobić.... Taaaaa, miłe panie, tylko że ja nie jestem cudotwórcą... Do tego zadzwoniła jeszcze ciotka, siostra mamy, z żalami... -Ja się nie mogę z twoja matką dogadać, niczego jej nie mogę przetłumaczyć, ona zrobiła się agresywna, zwyzywała mnie od najgorszych... ----Słowem powtórka z rozrywki... ---- Od pewnego już czasu uważam, że moja mama potrzebuje fachowego wsparcia psychologicznego... Znajoma dała mi nawet namiary na ponoć świetną specjalistkę... Ale gdzie tam... Wszyscy są przecież popierdoleni, łącznie z jej siostrą... I ja oczywiście chcę z niej zrobic wariatkę, a ona przecież nie jest żadną wariatką... Nie mogę jej niczego przetłumaczyć... I nie wiem, co mnie jeszcze czeka... A ja nie mam do niej siły... Jestem takim delikatnym chłopcem... Za co mnie spotykają takie przygody? ----- Czasem sobie myślę, czemu ja wróciłem do Polski? Siedziałbym teraz na Północy i miał wszystko tam, gdzie kura jajo. Ale nie, zwyciężyły uczucia patriotyczne. Chociaż stojąc na pokładzie promu miałem ochotę wyskoczyć za burtę. Coś mi wtedy szeptało: Co ty, idioto robisz?----- I sobie zrobiłem. Najpierw uniesienie, a potem... poszło gówno w wentylator!! -----Okropną miałem przeprawę wczoraj wieczorem... Bo ona znowu zdycha, a po co się w ogóle żyje... - A po gówno! - krzyknąłem w końcu. ----- Doskonale wiem, po co się żyje. I nie jest do tego potrzebna niemiecka filozofia. - Żyjemy, by kochać i zbawiać się nawzajem. Ale najpierw trzeba pokochać samego siebie. Jej się to nigdy nie udało. I stąd ten cały kwas. I dziwię się doprawdy, że mimo wszystko krążą wokół niej jeszcze jacyś ludzie... (Ach, ten urok jej diabelski...) I ten jej kochaś, który ma jakąś anielską cierpliwość... On też zresztą zaczął coś niedomagać. Ostatnio pogotowie zwinęło go prosto z uczelni. Ciut go podreperowali w szpitalu i obsypali niepokojącymi ostrzeżeniami... Inny już dawno kopnąłby ją w tyłek... Tak jak ojciec... ---- Kiedy tak patrzę z perspektywy czasu... To całe małżeństwo moich rodziców... Dwoje ludzi, którzy zrobili sobie piekło... I matka, grająca w nim pierwsze skrzypce... Aż się dziwię, że nachmurzony i pragnący świętego spokoju ojciec tak długo czekał, by powiedzieć wreszcie do niej: wypieprzaj!... --------- Boję się, że matka popadnie w rezygnację, w apatię, że się zacznie na dobre zaniedbywać... I cała jej wcześniejsza walka pójdzie się je..ć... I wszyscy, do kurwy nędzy, zwracają się do mnie!! --- Zrób coś, na pomoc...

 Jak szedłem od matki do domu, to po raz pierwszy moja radość z obecności w mym życiu Frania nabrała niecodziennej głębi... Piąłem się po schodach pochlipując... A tu jeszcze sąsiad mnie dopadł... Miły malarz... - Chodźże pan na chwilę... Uuu, co się dzieje? -Kurewska bezsilność, panie Lutku... -A ja mam coś dla pana. Bo to nie może być tak bez żadnego rewanżu.----- Chodziło o drobiazg. Rok temu udostępniłem panu Lutkowi swoją piwnicę. Chciał mi poczciwiec za to płacić, ale go po przyjacielsku objechałem za ten pomysł... Ale jednak Lutek się uparł, że coś mi się za tę moją uprzejmość należy... I obdarował mnie butelką szkockiej... Trochę się opierałem, ale w końcu...--------- No i wszedłem do domu z napitkiem i czerwonymi oczami. W miłe zapachy. Taaak, dom pachnący życiem. Konkretnie zapiekanką ziemniaczaną.--- Franio czekał, czekał, aż się w końcu sam posilił swym specjałem... - Coś nie tak? Pokiwałem tylko głową... I stała się rzecz straszna. Bo mi się jeszcze urwał wierszak (?) przy płaszczyku. Tak mnie to wkurzyło, że szafka na buty dostała kopa, takiego, że aż jej drzwiczki pękły... -Bo co sobie myślisz? Że jesteś taką szafką, to co, to ci wolno tak stać i drwić sobie? ---- A Franio z anielskim spokojem poprosił: -Nie rób tak. ---- Siadłem sobie na okaleczonej szafce... I właściwie co gadać? Co radzić? ---- Bogowie drodzy... Franio nic nie mówił i nie radził. Kucnął przede mną i zdjął mi buty. A potem, używając tylko palca wskazującego, uwolnił moje stopy ze skarpet, stopy, które, jak zauważył, pachniały... świeżymi ogórkami... Nie pytałem już czy to dobrze, czy źle... Ale chyba to dobrze... Zapach ogórków... -------Najlepszym lekarstwem był dobry wspólny prysznic... Tak, ciekawe, jaki przyjdzie rachunek za gaz... Na kogo wypadnie, na tego bęc... Franio płaci :-) ............... Franio mnie po prostu wzrusza... Kiedy tak sobie na niego patrzę to z jakiegoś powodu mam łzy w oczach... Te jego cienkie, dziecinne włosy... takie śmieszne... I odrobinę niepokojąca twarz, którą tak lubię gładzić... Jakieś dziwnie nieuchwytne były jego zabiegi... Niezwykłe... Niby ja go złowiłem, kiedyś tam, ale... Byłem trochę jak rybak, który nie miał pewności czy schwytana przezeń zdobycz zalicza się do istot jadalnych... I zdobycz przejęła inicjatywę... I w końcu padły te wzniosłe słowa... Szkoda tylko, że to znów nie ja byłem pierwszy... Udzieliłem więc tylko odpowiedzi, szczerej, jednobrzmiącej... Czarujące było to, że padły one w nad wyraz zwyczajnych okolicznościach... Wracaliśmy skądś... Zatrzymaliśmy się jeszcze przy kiosku, bo chciałem kupić gazetę i pastę do zębów... Wymieniłem kilka zabawnych zdań z panią sprzedawczynią... I potem usłyszałem od niego, jak by nigdy nic, ot tak, dwa słowa, wypowiedziane w sposób, w jaki mówi się, bo ja wiem, o pogodzie... Ładny dzień dziś mamy; miły wieczór; rozpadało się; ale dziś grzeje; coś chłodno dzisiaj; kocham cię... ------- To obiecujący początek. ----Trochę sobie ostatnio pogadaliśmy. Taka to kolej rzeczy - najpierw wyrko, a potem ludzie zaczynają opowiadać. O.K. Wiem, jak jest. I on wie, jak jest. I wiedza ta znacznie złagodziła rozkołysanie. -----------Czuję się dobrze, pogodnie... Jest jakaś mała i dobra wysepka w tej skrzeczącej rzeczywistości.-----------------------Uff, żeby się przynajmniej ta nieszczęsna mateczka zebrała jakoś do kupy. Dzisiaj też do niej pójdę. Do diabła, wszystko rozumiem, znajduję wyjaśnienia, ale gdy przekraczam jej progi, dłonie machinalnie zaciskują mi się w pięści...

15:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 stycznia 2008
Aftenlandet 3

 Rozpraszam się jak jasna cholera starymi jak świat piosenkami... Wydłubałem z pudełka przedpotopowe kasety(że też tyle ich jednak przetrwało!!) i uruchomiłem stary, cudem ocalały magnetofon, który, choć leciwy, działa bez zarzutu... Stare kawałki nagrywane z radia w latach osiemdziesiątych... Ale frajda... Wśród nich rozkoszne Underground  i takie tam... I trudno cokolwiek robić w takiej atmosferze... Nawet wpis do bloga chyba nie pójdzie... Bo zaplanowałem, że będzie trochę na smutno, a do tego trzeba ciszy, na którą nie mam ochoty... Coś mi wrzasku potrzeba ostatnio... A jak na razie więcej mam miłego, zamglonego spokoju z dolegliwościami uczepionymi górnych dróg oddechowych (chyba jest coś takiego?) w tle... Jest rozkosznie... Miodzio... Trzeba jednak wkrótce się nieco rozruszać... Koniecznie...

 Do licha, miało być dziś mrocznie, miał być zimny powrót do umierania, ale w takich okolicznościach przyrody... Słońce za oknem piękne i spacer mi się kroi długi, czarowny i uroczo męczący... Słońce nad krainą zmierzchu...

 Nie, cholera, nie będzie dziś o umieraniu, nie będzie ciemnych wspomnień, z którymi chcę się wprawdzie uporać, ale nie dziś... Niech więc czytelnicy pozwolą, że znów sięgnę po jakieś urocze słowa tych, co umieją pisać...

 Znów Julia Hartwig, w której się zakochałem...

    J U L I A  H A R T W I G

      "Co wczoraj jeszcze"

Więc już codzienne ci to i zwyczajne

co wczoraj jeszcze było zachwytem

i poczuciem że nie zasłużone?

Oko które przywykasz

serce co się ścierasz zbyt szybko jak porowaty kamień

uczcie się trwać na co dzień w odświętności

Jezioro nad którym chyli się ta góra

przebita strzałą mgły

jest przecież równie piękne dziś jak wczoraj

Słońce ślizga się po nim

jak uczniak zjeżdżający wzdłuż poręczy schodów.

14:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (12) »
środa, 23 stycznia 2008
Whitman przed obiadem

 No to co, pora coś wpisać. Choć troszkę. Przełamując nieco blogowe lenistwo...

 Ciągle uwalniam się od choroby. Razem z Franiem, którego też dopadło, jednak. Kaszlemy sobie, ja teraz mniej, on bardziej. Troszkę się Franio u mnie zagnieździł, w domu, który, jak stwierdził, jakoś tak pachnie życiem. I pewnie tak już zostanie. Na bok pójdą drobne opory, wątpliwości tu i ówdzie się jeszcze krzątające.

 Franio trochę poleguje i coś sobie czyta, ja zaś udaję, że coś robię... Tak, tak, wychodzi na to, że chętniej paplę w blogu, kiedy mam coś innego do roboty. No, ale to taki miły przerywnik...

 Słodka morda. Mój kolejny kosmaty grzeszek. Lubię go obserwować, kiedy śpi. Właściwie nic innego nie musiałbym już robić. O, tylko pić czerwone wino i wielbić kolano, stopę, cokolwiek.

 Różne myśli mi się kłębią, kiedy zdarza mi się tak patrzeć. Jest jeszcze sporo znaków zapytania. Choć nie sądzę, bym się nimi zanadto przejmował. Wszystko zakrywa oczarowanie... Mały cud. A właściwie wcale nie taki mały.

 Cuda, cuda. Bywa, że mówimy, iż ich nie ma, że się nie zdarzają, a przecież... W tym całym absurdzie życia, w napotykanym brudzie, nie sposób jednak nie zgodzić się z Whitmanem...

        WALT WHITMAN

             Cuda

Cóż to, czy kto sobie coś robi z cudów?

Co do mnie, nie wiem o niczym innym, jak tylko o cudach,

Czy spaceruję ulicami Manhattanu,

Czy rzucam spojrzenie ponad dachy domów, na niebo,

Czy brodzę nagą stopą wzdłuż plaży, tuż na krawędzi wody,

Czy stoję pod drzewami w lesie,

Czy rozmawiam za dnia z kimś, kogo kocham, czy też śpię

 nocą w łóżku z kimś, kogo kocham,

Czy siedzę przy stole przy obiedzie z innymi,

Czy patrzę na nieznajomych naprzeciw mnie jadących

 w wagonie,

Czy obserwuję pszczoły krzątające się wokół ula w letnie

 przedpołudnie,

Czy zwierzęta pasące się na polu,

Czy ptaki, czy cudowność owadów w powietrzu,

Czy cudowność zachodu słońca lub gwiazd świecących

 tak jasno i spokojnie,

Czy niezwykle delikatną, cienką krzywiznę nowiu na wiosnę,

To i wszystko inne, wszystko razem i każde z osobna,

 to są dla mnie cuda,

Całość związana ze sobą, a przecież każda część wyraźna

 i na swoim miejscu.

 

Dla mnie każda godzina światła i cienia jest cudem,

Każdy kubiczny cal przestrzeni jest cudem,

Każdy kwadratowy jard powierzchni ziemi jest nim usiany,

Każda stopa jej wnętrza roi się od nich.

 

Dla mnie morze jest ciągłym cudem,

Ryby, które pływają - skały - ruch fal - statki i ludzie

 na nich,

Jakie cuda dziwniejsze istnieją?

 

                                            przełożyła Ludmiła Marjańska

12:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Bilder fra Norge

 O jeju, trzyma mnie to przebrzydłe choróbsko jak diabli. Wprawdzie czuję się już lepiej, ale ciągle dusi mnie kaszel i dalej smarkam jak opętany. I jeszcze mi coś w plecy wlazło. Wściec się można. Ale idę dziś wieczorem na wódkę - może to mnie uleczy.

 Dzisiaj nie będę się zanadto rozpisywał i nie poświęcę już ani słowa swoim sprawom. Dziś troszeczkę o kimś innym...

 Był sobie raz malarz. Nazywał się Johan Martin Nielssen. Żył w latach 1835 - 1912. Swego czasu był twórcą bardzo popularnym, jednak dziś pozostaje artystą nieco zapomnianym, artystą, który bardzo niesłusznie nie zajął znaczącego miejsca w historii norweskiej kultury...

 Nielssen był przede wszystkim pejzażystą. Wspaniałym pejzażystą. Jako pierwszy odkrył dla malarskiego świata urok norweskich Lofotów, był też pierwszym malarzem przenoszącym na swe płótna surowe piękno południowych brzegów Norwegii. I właśnie owe obrazy z południa przyniosły mu największy rozgłos, dzięki któremu zyskał przydomek "sørlandsmaler".

 A zatem Johan Martin Nielssen - den glemte sørlandsmaleren - zapomniany malarz Sørlandet...

 http://tjenester.kulturnett.no/quiz/playgallery.php?quizID=500

14:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
piątek, 18 stycznia 2008
Aftenlandet 2
 No, i tyle... Tak sobie usiadłem i nagle jakiś taki senny się zrobiłem... Ale może uda się coś wpisać, co nie jest takie proste dla człowieka, któremu dość dawno temu wpadł do zimnej wody słownik... Oślepiło mnie kiedyś słońce, za bardzo mnie oślepiło niskie północne słońce... Oszołomiony światłem upuściłem do wody niemal wszystkie słowa, które teraz w wielkich i ciemnych głębinach Trondheimsfjordu igrają z chimerami... Próbowałem je jakoś odzyskać, przywołać, ale wszystkie wysiłki okazały się nieskuteczne... Płakałem przez siedem, a może i więcej, dni, przez trzy dni i trzy jasne noce leżałem bez ruchu na najcudowniejszym w moim życiu kuchennym stole, a gdy to nie pomogło, prosiłem wszystkich, by powiesili mnie na drzewie, bym mógł powisieć trochę głową w dół, ale nikt nie chciał mi pomóc... I już tak zostały słowa w wodzie... Tam, daleko... ------------ Chorowanie, o ile nie jest to, powiedzmy, gnicie wątroby albo jakiś złowrogi supeł na flakach, jest całkiem niezłe. Można zaszyć się w pieleszach, poleniuchować... Ach, jak ja lubię nic nie robić!Jestem wprost stworzony do nicnierobienia! To moje prawdziwe powołanie... ------ Frania też dopadło, co było oczywiście do przewidzenia, ale jego choroba przybrała o wiele łagodniejszą postać... No, w każdym razie Franio jest na chodzie. Wprawdzie mówię mu, żeby może nie lekceważył objawów, ale on twierdzi, że nic mu nie będzie. A poza tym musi się teraz trochę wykazać, by naprawić swoje przewinienia i w takiej sytuacji ucieczka w pierzyny byłaby nie na miejscu. Trochę się jednak obawiam, że ów nagły przypływ gorliwości może przemienić się w kolejne przewinienie w postaci sprowadzenia epidemii i pomoru w miejscu pracy... Ale niech robi, co uważa za stosowne. Franio jest przecież duży.... ---------- No a ja... Martwi mnie moja własna osoba. Moje ciało jakoś tak delikatnieje, bo znów mnie choróbsko gnębi. Stałem się zbyt podatny na rozmaite infekcje. Dawniej tak nie było. No, kiedys tam, w dzieciństwie, pozwalałem sobie na pewną chorowitość, ale potem wyrosło ze mnie chłopaczysko jak się patrzy, którego wszelkie zarazy szerokim łukiem omijały (och, ileż to jednak cudów się na tym świecie zdarza). A dziś? Kur zapiał - zamieniam się powoli w zmarzlucha - wystarczy lekki mrozik, a ja już cały opatulony w liczne warstwy łachów niczym cebula, i to taka cebula licha, co się przed parchem ustrzec nie potrafi. Dziadzieję, cholera, tak że mi nawet miłosne jady, w jakich Amor moczy groty swych strzał, nijakiej odporności nie dają... Ech, życie nieszczęsne, co się "puszy i miota"... Takim jeszcze śliczny, a w środku już robak jakiś się zagnieździł, i żre... I dalej co? Tu kłuć zacznie, tam szarpać? Jak tu się zestarzeć????... Ach, cóż pić trzeba, by chłopięcości odechciało się odchodzić? Jakiż napar mam sobie sporządzić? W jakim lesie szukać mam stosownych ziół? I jakich ingrediencji wymagać może jeszcze napar, aby stał się zbawiennym? Jakiś sproszkowany język, garść ususzonych skrzydełek? Licho wie... Tak... A gdy już tę zielarską wiedzę posiądę, czy powie mi kto, jaką porą mam się udać na żniwo? Świtem chłodnym? W upalne południe? Wieczorem? A może nocą księżycową? I jakież rymy tajemne wypowiedzieć? Nic nie wiem, nic... Doprawdy straszliwe to, że człowiek nigdy nie nauczy się tego, co tak naprawdę warto wiedzieć... I cóż pozostaje? Pewnie czasem tylko porozwodzić się, jak Stagnelius, nad tą wielką sprzecznością pomiędzy pięknem i rozkoszą zycia a rzeczywistością, jakże często nędzną i ponurą... Wierzyć się nie chce, że ta dziwaczna rzecz, jaką jest ludzkie życie, rozgrywa się na tak fantastycznej scenie. Najdzikszy to z najdzikszych żartów... Hm - i jak łatwo wyobrazić sobie coś lepszego.--- Jesteśmy skleceni tak naprędce, i wydaje się, że gdyby Bóg miał nad sobą jakiś uczciwy i odpowiedzialny nadzór, wytwór jego zdolności (ach, te młodzieńcze zdolności, jakże często przeceniane!!!), bez wprowadzenia kilku poprawek, nie doczekałby się nigdy odbioru. No, ale niestety - nadzoru zabrakło, a nam została dana jedynie możliwość zgłaszania zastrzeżeń, co dość marną jednak jest pociechą... ------------Skończyłem na tym, że te moje spotkania z Anką upływają w dość niezwykłej atmosferze,  poczuciu, że jest jak dawniej... Źle jest, gdy życie rozpryskuje się na kawałki albo gdy pęka na pół... Za mną jest ciemny dół, przepaść... Jakoś mi się udało z niej wydostać, ale siedzę jeszcze na jej krawędzi, czuję jej groźny chłód i widzę wyraźnie drugi brzeg i tę największą stratę... Dziwię się trochę, że się nie przewróciłem. Dziwne. Czyżby ci najsłabsi, ci z najcieńszą skórą mieli być najsilniejszymi? Pamiętam, jak raz rozpętała się okropna wichura, która pozostawiła po sobie pobojowisko. W okolicy było mnóstwo powalonych drzew. Poległy głównie te najzdrowsze i najokazalsze, zgniłki zaś stały sobie nadal, niewzruszone, jak by nigdy nic się nie stało. Może z ludźmi jest podobnie? Zastanawiające to. Powinienem już od dawna leżeć, a ja ciągle stoję. Z nerwami na wierzchu. Nie do wiary! ---- Mówi się, że mamy tylko jedno życie - chociaż to może zła konstrukcja, bo trudno życie mieć, wszak raczej się nim jest, ale gdyby trzymać się tamtego, nieco pokracznego sformułowania, miałbym ochotę zawołać - nieprawda! Istotnie, o ile we łbie się coś nie pomiesza, idąc przez lata, mamy świadomość, że my, to my, ale w tych wszystkich odsłonach, prawda, że dość płynnie po sobie następujących, uwarunkowanych bezwzględnymi prawami biologii, ukazujemy się za każdym razem jako trochę inne osoby, z coraz mniejszymi możliwościami, z coraz liczniejszymi ograniczeniami... A w ciele toczy się jeszcze przecież życie ducha ze swymi przełomami, kryzysami, odnowami, jakie wywołują zdarzenia zachodzące w naszym otoczeniu czy pojawiający się i znikający ludzie... Ciągle coś zaczynamy, jakieś nowe zycie, choć jednym być może zdarza się to rzadziej, innych natomiast rozmaite okoliczności zmuszają do podejmowania tego wysiłku nader często... Pozostaje tylko pytanie, do ilu odmian ten i ów człowiek jest zdolny, jak wiele w tym czy tamtym drzemie sił? Gdzie są granice, bo nie ma ludzi, dla których by one nie istniały. Granice wytrzymałości, liczby możliwych podejść do życia. Ile odrzuceń jesteśmy zdolni przyjąć? Gdzie jest to ostateczne odepchnięcie, po którym powrót na scenę przekraczałby nasze możliwości? Tego naturalnie zawczasu się nie dowiemy. To zawsze wychodzi "w praniu". W 2006 roku wydawało mi się, że tę granicę osiągnąłem, że stanąłem przed nią po tym całym porażającym tańcu śmierci... Gdy było po wszystkim, puściły wszystkie klamry, dzięki którym w czasie rozgrywającego się dramatu mogłem funkcjonować i jako tako odgrywać rolę zaradnego twardziela... Tygodnie, które przyszły później były kompletną pustką, czarną, zimną... Ledwie pamiętam tamten ciąg dni, pewnie dlatego, że nie obfitował w zdarzenia, zlepia się więc w kilka ponurych obrazów... Zalała mnie fala nienawiści do całego świata i jednym cięciem przerwałem wszystkie nici mnie z nim łączące. I nie wiem, co mnie uratowało... Chociaż... Może zabrzmi to nieco osobliwie, ale ocaliły mnie chyba psy... Wiele nocy przesiedzieliśmy po ciemku w kuchni na podłodze, pod lodówką, bo jakoś tak było to jedyne miejsce, w którym nie straszyło. Siedziały te kundle ze mną, wtykały mi mokre nosy do uszu, kładły pyski na kolanach, lizały po gębie... Bardzo się o mnie troszczyły, kiedy sam stałem się pełzającym czworonogiem ( w końcu w ich interesie było, bym stanął na powrót na dwóch nogach, zdawały się więc mówić - ej, stary kutasie, podnieś się wreszcie, bo ktoś musi w tym bajzlu przewodzić, stado musi iść dalej!!)...--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- I co, znów się idiotycznie rozpisałem... Nie obejdzie się bez trzeciej części... I może czwartej.... Bo jak tak dalej pójdzie? Ale co mi tam...
14:26, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
środa, 16 stycznia 2008
Most

 Teraz, dla odmiany, mam sporo czasu, ale tylko się tak gapię, coś czytam i niczego mi się nie chce pisać. Ale jak już tu jestem, taki jeszcze lekki zdechlak, to może znów wklepię wiersz, jeden z moich ulubionych:

  LEOPOLD STAFF

     M O S T

Nie wierzyłem

Stojąc nad brzegiem rzeki,

Która była szeroka i rwista,

Że przejdę ten most,

Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny

Powiązanej łykiem.

Szedłem lekko jak motyl,

I ciężko jak słoń,

Szedłem pewnie jak tancerz

I chwiejnie jak ślepiec.

Nie wierzyłem, że przejdę ten most,

I gdy stoję już na drugim brzegu,

Nie wierzę, że go przeszedłem.

        

13:10, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 stycznia 2008
Rozkład

 No i, kurde, rozebrało mnie na dobre. Wróciłem niedawno od lekarza... Łeb mi pęka, ledwo co słyszę, z nosa mi się leje, w piersiach mi gra... Kaplica... Jestem niemal wyłączony z życia... I siedzę teraz w domu, i błagam wszystkich, żeby darowali sobie odwiedziny, bo nie chcę zarażać... Ale do Frania to pewnie można sobie gadać... I tak przyjdzie... Jemu na razie nic nie jest i może lepiej by było, żeby tak zostało, chyba że na rękę jest mu coś innego...  Jakieś drobne L 4... Ale mnie nie bardzo odpowiada rola rozsiewającego chorobę rozpylacza... ---------Ech, Franio mi mówi ostatnio dość zaskakujące rzeczy, ale że ja żyję obecnie w zapachowej ciszy, zamilczę, bowiem owe zaskakujące rzeczy dotyczą też zmysłu węchu... Otrzymuję drobne sygnały, na które odpowiadam jeszcze z pewną rezerwą... Trochę się chyba obawiam - samego siebie... Chcę mieć pewność, że jestem w jednym kawałku... Że się zrosłem na powrót po eksplozji...

 Dobra, gaszę powoli... Jeszcze muszę iść z kundlami... I kładę się... Posłucham, w miarę możliwości, trochę Mahlera... Poczytam trochę islandzkiej poezji (ci wyspiarze wypisują czasem zupełnie niesłychane rzeczy, aż mi się wyobraźnia zawiesza).

 Ech, a już się dałem namówić Franiowi, by iść trochę poćwiczyć przed narciarską wycieczką, i dupa zbita. Ale nic... Zapowiadają, że do końca stycznia ma być ciepło, wręcz wiosennie, więc pewnie i śniegu zabraknie... A jak tak, to sobie nie pojeździmy...

 I tyle. To do następnego. Może mi się szybko poprawi... 

13:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (9) »
niedziela, 13 stycznia 2008
Służba i Franio

 Być rozbieranym przez kogoś to zazwyczaj rzecz przyjemna i wielce obiecująca (ach, a gdy pryskają guziki i puszczają szwy...); być rozbieranym przez coś - no, tutaj o żadnych przyjemnościach mowy już być nie może... -------Teraz, w niedzielę, 13 stycznia 2008 roku o godzinie 17.40, jestem rozbierany przez coś... Tym czymś jest pewnie jakiś wirus... Już mnie w gardle drapie, już w nosie kręci i już czuję, że mi się temperatura podnosi... I czuję w kościach, że mnie łózio nie ominie... Biedny misio ze mnie...

 Zastanawiam się czy dopisać dziś dalszą część poprzedniej notki, czy odłożyć to na później... Nie, chyba jednak podaruję sobie... W końcu co się odwlecze, i tak dalej... A teraz o czymś niemal z ostatniej chwili...

 Odbyłem jakieś dwie godziny temu romowę z pewnym nieznajomym człowiekiem. Rozmowa była niesłychanie krótka, ale za to niezwykle osobliwa... Byłem sobie na spacerze z moimi kundlami. Szedłem już w kierunku domu. Na chwilę musiałem przystanąć przed przejściem dla pieszych, by poczekać na zielone światło. I ten krótki czas wystarczył, by czegoś się o sobie dowiedzieć... Podszedł do mnie taki niewielki kawałeczek mężczyzny, drobinka w ząbek czesana w granatowej kurteczce i takichże spodenkach... Pan na początku był bardzo grzeczny. Powiedział: przepraszam... Spojrzałem mu w oczy. Okazały się zadziwiające - małe, o szalenie oryginalnych, żółtych tęczówkach... Ich wyraz podpowiedział mi, że nie spotkam się z prośbą o datek, czaiło się w nich bowiem zwyczajne wariactwo. Padło pytanie:

-Chciałby pan służyć Bogu?

-Nie-odparłem szybko i zgodnie z prawdą.

-Woli pan służyć psom?

-Nie mógł pan lepiej tego ująć.

Zauważyłem, że w żółtookim faceciku aż się zagotowało.

-Gdyby pan jednak się zdecydował...

-Nie zdecyduję się - powiedziałem i ruszyłem, bo właśnie zmieniło się światło. I wtedy dowiedziałem się, kim jestem. Zostałem obrzucony stekiem obelg, wśród których słowa: chuj, bydlę, świnia były tylko łagodnymi przerywnikami, oddechem na znalezienie bardziej dosadnych określeń.

 W pierwszym odruchu chciałem się odwrócić, żeby dać mu w pysk, ale odstąpiłem od tego zamiaru, bo to był w końcu jakiś nieszczęśnik, któremu coś się pomieszało w głowie... (Swoją drogą, czemu ludzie, którzy są opętani przez Boga, nabierają tak wiele nienawiści do wszystkiego, co ów Bóg stworzył?) I trochę się o tego szukającego zaczepki Bożego sługę boję, bo gdy natknie się na kogoś bardziej czułego i poważnego, to dostanie w końcu po nosie... Chociaż może on tego właśnie oczekuje, chce ran, bo może w jego wyobrażeniach tego potrzeba jego Bogu?

 Ech, misio, misio, słyszałeś, jak przed przejściem dla pieszych Niebiosa ustami żółtookiego ludzika do ciebie przemówiły... I co, misio? Ulizany? Chuj z ciebie i świnia... I co? Nieprawda?

 No, a w sobotę moja mama miała okazję poznać mojego, powiedzmy, kolegę. W piątek wieczorem do mnie zadzwoniła: -No, hej.I jak? - A tak. - Jak? -Jakoś leci.- A jak się czujesz? -A nawet. Będziesz w sobotę w domu? - Mogę być. -Może bym wpadła po obiedzie? To pogadamy. Kupię bezy. Bo tak bym zjadła.- Wpadaj, kiedy chcesz. ---- No i wpadła. Dobrze, że wróciła do jakiej takiej formy. Zakończyła już szczęśliwie terapię i wszystko jest na dobrej drodze. Cieszy się, że lekarze orzekli, iż chemię jej podarują, bo ponoć seria tych wszystkich upiornych naświetlań okazała się wystarczająca. Boi się natomiast wszelkich dolegliwości, jakie pojawiają po tego rodzaju leczeniu. Mówi, że znajome panie, które musiały przez to samo przejść, bardzo narzekają "na flaki". Ale póki co, mama się trzyma, najgorsze minęło. Rozruszała się, trochę fruwa, gdzieś tam działa... I dobrze... Niech żyje i niech jej się wiedzie. Niech odzyskuje energię. Byle tylko nie zamarzyła znów o polityce. Już raz, kilkanaście lat temu, zrobiła taki numer, próbując przy okazji wmanewrować mnie w swoją kampanijkę. Coś okropnego. A właściwie coś przeokropnego, gdy weźmie się pod uwagę, że ta osoba była zawsze najbardziej zainteresowana niczym innym, tylko własnym interesem. Ech, małe skrzyżowanie modliszki, czerwonego pająka i... tarocistki. Nic, tylko mosty nią wysadzać.--- Tak, moja mama jest wróżbitką... Parę razy uczestniczyłem w jej tajemniczych seansach... Ona - paluchy w okropnych pierścieniach (zawsze na nią krzyczałem, że ma zamiłowanie do zbyt dużych i zbyt wulgarnych ozdób), pazury - szpony pomalowane wściekle czerwonym lakierem, krążący po pokoju dachowiec, popiołka pełna kiepów (w opinii mojej mamy karty lubią papierochy {ja dodałbym jeszcze, że i gorzałą nie gardzą, ale to chyba trochę inne karty}) no i zaaferowane koleżany... Tasowanie, przekładanie... - Nie tą ręką, przecież nie jesteś panną... Do siebie, od siebie... Ch... by się w tym wyznał... I co tam karty mówią?... Naturalnie same bzdury... Tu uważaj... Jakieś pieniądze... Może choroba?... A tu ktoś tam... Noo, ostrożnie... "Ty, przyznaj się." "Co?" "Dobra, dobra, masz kogoś". "Eee, pieprzysz"... Zwariować można... ----------------- No, mama przyszła i oczywiście zawaliła mnie zwoimi kłopotami, plotami, jakimiś absurdalnymi pomysłami, męcząca jak zwykle. ---- Nagle dzwonek. - Któż to może być? -pyta mama. - Z pewnością Franio - mówię ja. -Naturalnie to był Franio. W dodatku Franio z całą furą zakupów. Boże kochany - musiał ogołocić kilka spożywczaków. A bo stwierdził, że nie może tak być, żeby on mnie tak objadał. - Franiu, zlituj się. - No co? -No... Nic - może przyjść nawet długotrwała powódź - z Franiem nie zginiemy. ---- A zatem, mamo, pozwól, to jest Franio- mój facet. ----- Jak by jej ktoś szpilę wbił pod żebro!!! - Dzień dobry. - Dzień dobry. Mama spoważniała, troszkę się zachmurzyła... Franio też się coś tak zmieszał. Atmosfera się zagęściła. Mamie zaczęło się nagle spieszyć. - No, nie będę przeszkadzać. - Ależ wcale nie przeszkadzasz. - Ale nie, bo, wiesz, jeszcze znajoma ma do mnie wpaść... Tak, tak... Znajoma. ---- - No i poszła. -Do widzenia. --- O rany. Kiedy ona wreszcie się z tym pogodzi. Mam, cholera, obowiązek być szczęśliwy, ale nie daj Boże, gdy próbuję być szczęśliwy po swojemu... A Franio jest taki miły. Tak mu ślicznie w błękitach i granacie. I świetnie zna rosyjski. I w ogóle pod wieloma względami jest świetny...  

 No, a teraz misio musi rozejrzeć się za aspiryną. Wieczorem łóżeczko, dreszcze. I zatopię się może w listach nienawistnych Strindberga... Albo nie, chrzanić to... Pogapię się w telewizor. I troszkę sobie pochoruję...

 Adjø!

18:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2