BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 30 stycznia 2009
Odwilż

 Napadało. A teraz topnieje.

 Wyskoczyłem na moment coś zjeść. Tak żeby mieć coś w brzuchu. Apetytu za wielkiego dzisiaj nie mam, pomyślałem jednak, że choćby mała sałatka nie zaszkodzi. Pozwoliłem sobie też na jednego papierosa. A właściwie na pół papierosa, bo wykurzyłem go na spółkę z kolegą. Po drodze zahaczyłem o antykwariat. Był najbliżej. Bo pomyślałem sobie, że byłoby przyjemnie kupić sobie jakąś książkę. I kupiłem sobie. Virginia Woolf "Orlando". Genderowa powieść o dwoistości ludzkiej istoty. Jeszcze tego nie czytałem. I chętnie się zapoznam.

 Coś mi się spać chce. W nocy się wierciłem. Przysypiałem, budziłem się. Podobno coś przez sen gadałem. I łapałem Franka za rękę, wierzgałem nogami... A - i bardzo dobrze - powiedziałem rano. Niech wie Franek, jakie ja miewam czasem z nim przygody. Niech ma namiastkę. Bo z nim to nie przelewki. Bo bywa, że ledwo wiszę na krawędzi, bo on sobie niekiedy sennie dryfuje jak kłoda i przydusza mnie swoimi kończynami... A raz to już przeszedł samego siebie. Obudziłem się i zobaczyłem, że mam coś nad sobą. Tym czymś była zupełnie wyprostowana ręka! Spał z wyciągniętą do góry ręką, która kiwała się na wszystkie strony. I tak sobie myślałem - pieprznie we mnie czy nie pieprznie? Aż tak jednak ciekaw nie byłem, by czekać na dalsze wypadki i złapałem te groźną gałąź, by ją grzecznie obok na kołderce ułożyć.

 Jutro czeka mnie miłe spotkanie. A dziś muszę jakoś przetrwać. Więcej już mi się pisać nie chce. Idę sobie zrobić mocną kawę. O jej, jaką mam wielką ochotę na kompletną nieproduktywność.

 Hm, tak sobie myślę. Kto jest moim ideałem? Chyba Franc Fiszer. Ten genialny improduktyw. Choć niczego nie stworzył, ma swoje miejsce w Polskim Słowniku Biograficznym. I każdy kulturalny Polak zna jego nazwisko... Tak, tylko co to dzisiaj za czasy. Czy człowiek robi coś malowniczo, czy malowniczo nic nie robi... Wszystko jedno. Wszystko jedno w tym tłumie pastuszków. Ładnie jest. Słodki dżemik i płaściutko. Tylko co z tego?

 Albert Dam. Siódmy obrazek. Tak mi na myśl przyszedł. Ciekawe czy kiedykolwiek wpadnie naraz ludziom do głowy, by się po prostu rozejść...

 No, to... To może do niedzieli.

14:01, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 stycznia 2009
Nnnniewyraźźźźźźźniee
 No tak właśnie jakoś. Może dlatego, że wczoraj zbliżyłem się do miejsca, którego starałem się unikać jak wody święconej... Tak, tak, uniknąłem święconej wody (do dupy to jakieś - smutno ciut, a teraz mi się raptem chce chichotać)... Jest teraz czas wizyt duszpasterskich i oczywiście my też dostaliśmy propozycję: jak zwykle bilecik z informacją, zawierający instrukcję: obrusik, krzyżyk, świeczuszka, woda święcona (względnie półprodukt z wodociągu, który po odpowiednich zaklęciach osoby uprawnionej w sposób cudowny wodą święconą się stanie), telewizorek wyłączony... - Franku, może jednak. - Ach, zawsze musisz sobie robić jaja. - Nie, to nie jaja, to śmiertelnie poważne sprawy. - Widzę już po twojej minie, jak poważne. I co, przyjdzie ksiądz, wodą pokropi, zasyczy, i co wtedy? - Jesteś pewien, że syknie? - No, nie wiem jak ze mną, ale jeśli na ciebie spadnie choć kropla takiej wody, boję się, że będziemy wszyscy świadkami czegoś, co można zaobserwować zraszając wodą rozgrzaną blachę. - Dzięki! Zatem jestem diabłem? - Tak! I błagam cię, bądź nim nadal!! Tylko nie strzelaj już facetom gumą od majtek... No tak, od razu facetom. Raz mi się zdarzyło... Ale oczywiście pojawiła się lawina innych uwag: a bom zaczepny, a bo chcę robić brzydkie rzeczy w sklepowych przymierzalniach, a to się z dziwkami na ulicy wykłócam... Zaraz wykłócam. Co poradzić, że nie wszystkie mają odpowiednie poczucie humoru... Jeju, ale raz to było, choć to akurat nie z mojej winy, tylko kolegi K., który, biedaczysko, miał nieustannie w moim towarzystwie pecha, bo ciągle nas ktoś wyzywał od pedałów, a on przecież nigdy, on najzwyklejszy heteryk. Fajny koleś, mój dobry - kiedyś, mogę powiedzieć, przyjaciel, dziś znajomy, z którym sporadycznie się spotykam, sporadycznie, bo życie, bo praca, bo brak czasu - wiadomo. Koleś jeszcze ze szkolnych, studenckich czasów, niezły towarzysz podróży, z którym wyprawiałem się niegdyś na Daleki Wschód. Bardzo się lubiliśmy. Tak zwyczajnie, po koleżeńsku. Chociaż ja miałem taką chwilę głębszej fascynacji, bo chłopak mi się po prostu podobał. Ach, ciało miał wspaniałe! Wspaniałe! I... mimo że nigdy nie było w naszych relacjach takich grząskich tematów, to jednak w powietrzu musiało coś drgać, musiało jednak być coś na tyle zauważalnego w moim zachowaniu, co kazało mu raz wypalić druzgocący tekst. Siedzieliśmy w knajpie, przy barze. Omawailiśmy wakacyjne plany. Mieliśmy już troszeńkę w czubie... No nie wiem - jakoś szczególnie nań popatrzyłem czy jak? W każdym razie usłyszałem: Misiek, Misiek, wiesz, jak bardzo cię lubię, jesteś moim najlepszym kumplem, ale błagam cię, nie podrywaj mnie... Omal nie spadłem ze stołka! Coś zacząłem dukać - jak to, przecież ja... A w końcu dałem spokój dukaniu i powiedziałem tylko: szkoda. I zamówiliśmy następną kolejkę... No, ale generalnie różni ludzie brali nas za parę. K. lubił przesiadywać u mnie w domu, aż się go raz matka zapytała: Coś ty się zakochał w tym Miśku? (Może jednak, o żeby tak było - Misio musiał sobie tak pomyśleć, bo jak inaczej) Ale nie, on się nie zakochał, on mnie po prostu lubił i lubił, jak twierdził, klimat, jaki wytwarzałem... Ładny koleś, zawsze w modnych ciuszkach, pachnący, czyściutki - przystojniaczek, elegancik - mucha nie siada! Ja też wtedy miałem taki dziwny czas zupełnie już odjechanej dbałości o wizerunek i może dlatego budziliśmy różne nieciekawe reakcje. Wymuskana parka. I ciągle nam się trafiały wątpliwe atrakcje: raz nas stara baba w autobusie spluła, to znowu ktoś rzucił jakimś nie pozostawiającym żadnych wątpliwości dowcipem, kiedyś dziadzio jakiś rzekł, że takich jak my, to by powywieszał... A biedny K. tylko się pytał: co? co? co? Ja natomiast nic nie mówiłem, bo już byłem przyzwyczajony do takich zaczepek, bowiem mnie zawsze posądzano. Bo taki byłem zawsze nietypowy, inny, a skoro tak, no to wiadomo - pedał. No i rzeczywiście - u mnie się to zbiegło. Zresztą nawet mnie, już w podstawówce, wskazała butelka... Chyba nawet o tym pisałem... Taka nietypowa była to zabawa w butelkę... Chłopaczyska w kółeczku - na kogo wypadnie, ten wali konia, albo nie ma jednego jaja... A teraz - uwaga - na kogo wskaże, ten pedał... A by to nagła - butelka wskazała na mnie! - He,he, pedał, pedał. A jeden koleś, taki największy klasowy kutas: Bo to przecież prawda! A mnie się zrobiło, no tak... Bo już wtedy dużo przeczuwałem. Patrzyłem na chłopców. Czasem, kiedy nie ćwiczyłem na wf, właziłem do szatni, dotykałem spodni kolegów, wąchałem je. :)) No, ale wracając do K. Kiedyś, lata temu, szliśmy ulicą, przykładnie podpici, objęci po przyjacielsku. K. gadał jak najęty. Noc była ciepła, alkohol szumiał w głowie, koledze dowcip się zaostrzył... W pewnym momencie natknęliśmy się na panie lekkich obyczajów... K. rzucił im jakieś prześmiewcze słówko... RRRRany boskie! O ile obyczaje pań należały może do lekkich, o tyle ich język ciskał takim ciężarami, że aż głowa bolała. Wrzask, jazgot na całą ulicę. Nawet nie jestem w stanie zacytować obelg, jakimi zostaliśmy obrzuceni. K. zresztą nie zamierzał im ustępować, ku mojemu zaskoczeniu, w zakresie najskrajniejszej wulgarności wykazał się zdumiewającą elokwencją. A już zrobiło się całkiem gorąco, kiedy zjawili się jacyś podejrzani panowie. Nie było rady, trzeba nam było salwować się ucieczką... Naturalnie wtedy też się dowiedział, że pedał z niego, dodatkowo, wedle opinii lżejszych pań, taki, z którego chyba nie miałem zbyt wielkiego pożytku. ---- No tak, ale ja... Od wody święconej do pyskówki ze zdzirami... A miało być o tym, że niewyraźnie... Wszystko przez to, że znalazłem się wczoraj w pobliżu ośrodka, w którym umarła mama. Koleżanka mnie poprosiła, czy bym jej nie pomógł przetransportować trochę rzeczy. Tak się, biedaczka, miota po mieście, ciągle wynajmuje jakieś nowe mieszkania... A jeszcze jej się auto rozkraczyło. Odpaliłem więc Frankową furę i pomogłem jej. Trochę mnie zmroziło, bo kumpela wprowadziła się do mieszkania znajdującego się na osiedlu sąsiadującym z tym ponurym miejscem. Chociaż - miejsce ponure nie jest - dużo drzew, alejki, no ale budynki kryjące te tragiczne wspomnienia, przeżycia... To już rok prawie. Teraz jest tak pogodnie. Tak że nawet można spokojnie rzucać palenie. Jezu, jak sobie przypomnę ubiegłoroczną zimę, aż mnie dreszcz przeszywa... --- Nie tak dawno temu spotkałem na mieście sąsiadkę mojej mamy. Miła kobieta. Góralka. Powiedziała mi, że jak tylko jest u rodziny w Zakopanem, daje na mszę za jej duszę... Tak, z gór bliżej do nieba... Podziękowałem jej za pamięć. To miłe z jej strony. Powiedziała mi, że tak jej tam w kamienicy brakuje. Ta, co poradzić... Było, nie ma. - Niech nas pan kiedyś odwiedzi - powiedziała. - Póki jeszcze tam mieszkamy... Ciągle jest mi wdzięczna za to, że podarowałem jej rodzinie sporo rozmaitych sprzętów. Boże, że tak za darmo... Chyba by mi ręka uschła, gdybym wziął choćby złotówkę. ----Taki był wczoraj smutny akcent na koniec dnia...
15:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 28 stycznia 2009
Toś mnie pogryzł (Duży Książę)

 Skoro jeszcze raz tu wlazłem... A, wpiszę coś znowu... Bo co. Trzeba sobie dać oddech... No i kto bogatemu zabroni. :)

 O sobie mi się pisać nie chce. Może tylko tyle powiem, że mnie kilka rzeczy bardzo cieszy. A wśród nich cieszy mnie taki jednen chłopiec. Przeuroczy, czarujący młodzieniec, do którego uśmiecha się szczęście. Sądzę, że jeśli tu zajrzy, domyśli się, że to właśnie o Nim mówię. Niech wie, niech wie, że zawsze będę mu dobrze życzył!!!! I prosił swych bogów, by mieli Go na oku i o Niego dbali, bo warto, jakże warto!

 A teraz zajrzę na chwilę do Księcia. Jak ktoś ma ochotę albo po prostu już zupełnie nie wie, co z sobą począć, też może rzucić okiem...  

 Aubrey i Książę. Książę i Aubrey. Siedzą przy okrągłym stoliku w pokoju z portretem Baldura. Piją kawę. Dzień jest senny i deszczowy. W całym domu panuje cisza. Aubrey ciamka landrynkę. Książę pracuje nad portretem Aubreya. Sprawnie posługuje się ołówkiem, aż Kiljan musi przyznać, że jest niezwykle zaskoczony rysowniczymi zdolnościami swego niesfornego trochę bohatera... - Czy to konieczne? - pyta Aubrey. - Co takiego, drogi chłopcze? - Ten portret. - Myślę, że tak. Chcę mieć jakąś pamiątkę, coś szczególnego, coś powstałego na gorąco, tu i teraz, powstałego przy choćby odrobinie wysiłku. --- Aubrey, trochę znudzony, pstryka w Księcia zwiniętym w kulkę papierkiem po cukierku. - Przestań. --- Aubrey znowu pstryka. - Co cię napdało. --- Jeszcze jedna kulka trafia w Księcia, który tym razem nie pozostaje dłużny i rzuca w chłopca pudełkiem zapałek. Dochodzi do małej bitwy na kulki, wspomniane pudełko, a także na kostki cukru. - Już dobrze, już dobrze, apeluję o spokój - mówi trochę rozbawiony Książę. - Nie wiedziałem, że potrafisz tak ładnie rysować. - Mam wiele talentów. - No tak, zdążyłem się przekonać. Nikt mnie tak jeszcze nie pogryzł! - Nie musiałeś na mnie napadać. - Przecież chciałeś tego. - I raptem ty, poddany, jesteś ze mną na ty! - Czy jest jeszcze jakiś dystans? I cóż czyni cię Księciem? Li tylko ubiór, jubilerskie cacka, jakimi bawić się mogą jedynie wybrańcy losu, dziecinada orderów... Wszystko, co ma stworzyć barierę, za którą jest ktoś na kształt półboga... Dziś to naturalnie tylko popłuczyna dawnej wielkości, dawnego znaczenia, rozpędzony, zagubiony w naszym czasie zwyczaj i takie drobne przypomnienie o naszych związkach z niegdysiejszą potęgą. Taka sobie ciekawostka, atrakcja, kosztowny ozdobnik, żeby można było przy nim z patosem zabuczeć trąbą. Coś w tym jest rzeczywiście, jakiś nieopisany czar, blask, jaki daje to specjalne urodzenie... Cóż za łaska bogów... Jest sobie taki, któremu znaczone są pałace, pokłony... Znakomici przodkowie i ich potężne dzieła, ich potężne szaleństwa, to potworne wręcz przeżywanie siebie, swego życia, życia, które ma w garści pół świata i nieprzebrane rzesze ludzi... I to wszystko w tobie, w twojej krwi, w tobie tamci mocarze, wariaci, rozbójnicy, twórcy życia, komponujący nieskrępowanie opowieści, którymi zanudza się dziś dzieci w szkołach. Nawet niewierzący jakoś tak odruchowo gnie się przed papieżem. I nawet wróg porządku, który toleruje taki przeżytek - tu Aubrey wskazuje na Księcia - przed twoim obliczem czuje respekt i czuje ten dystans. W tym jest jednak wielkość! Mimo wszystko. Ale ja? Teraz? Mogę już tylko robić teatr, na publiczny użytek. W końcu widziałem cię w gaciach w stokrotki. I coś sobie wpakowałem do gęby. A twoje zęby żarły mnie nieprzytomnie po tyłku. I miałbym się teraz wygłupiać i mówić ci przy herbacie Wasza Wysokość? Dla mnie jesteś mężczyzną, którego od początku uwielbiam. A twoja wielkość. Owszem - to, kim jesteś dla świata, dla innych... Też czuję się wybrany... Los taki niezwykły, czasem wykazujący się zaskakującą fantazją. I że to właśnie tu, nieopodal miejsca, w którym przyszedłem na świat, ja z tobą. Ja, tu, przez ciebie po dupie pogryziony. Co za szaleństwo! Kto by pomyślał, że mnie kiedyś pogryzie pierwsza figura kraju, sam Książę! - Skąd ty właściwie jesteś? Oczywiście nie pytam o Nasturcjową Dolinę, ale o to pomiędzy... - Jestem z wieży Howarda. - A wcześniej? - Howard znalazł mnie w kałuży. - W kałuży? - Tak. Pomógł mi księżyc, który łaskawie rzucił na nią kilka promieni swego światła. Byłem srebrnym pieniążkiem, który błysnął i zwabił do siebie Howarda. - A tak trochę mniej poetycko? - Czy nie lepiej dla Księcia, że zna tylko upoetyzowane wersje losów swych poddanych? --- Książę wzdycha i odkłada na bok swój rysunek. Aubrey nagle smutnieje. Zaciska oczy, by nie płakać. - Ten Kiljan już całkiem się wygłupia z tą zmiennością nasrojów - mruczy Aleksander, a Kiljan wzrusza ramionami nad klawiaturą. - Bardzo mi sie podobało - mówi Aubrey, któremu jakoś udaje się zapanować nad płaczem. - Mnie też - śmieje się i dodaje - przy tobie wyczyny Księżnej są jakąś budzącą politowanie śmiesznostką. Czymże są te babskie, maślane pieszczoty wobec tego, co tutaj przeżyłem. - A jednak nie jest zbyt zabawnie? Hm, podobnie jak Książę, bałem się trochę świtu. Zawsze to słońce. Zawsze musi wracać. - Pewnie po to, byśmy zginali swe karki ku ziemi. - A dzisiaj deszcz. - Tak, a dzisiaj deszcz... Widzę - dodaje Książę po chwili - widzę już od jakiegoś czasu, że miewasz napady gwałtownego smutku. - Może nie mówmy o tym. Kto namalował portret Baldura? - zmienia temat Aubrey. - Jego nazwisko, zaraz, zaraz, jakieś takie północne - Strandberg. Związana z nim jest bardzo tragiczna historia. Portret Baldura to jedna z ostatnich jego prac. Wkrótce po namalowaniu tego dziełka umarł w jakichś niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Strandberg miał kaleką żonę i dwójkę dzieci. Owa żona, kiedy owdowiała, pozostała chyba bez środków do życia. Po Strandbergu zostały jedynie jakieś zupełnie koszmarne długi. Ta kobieta zrobiła coś strasznego - podpaliła dom i spłonęła w nim razem z dziećmi. - Sviskebakken - rzuca Aubrey. - Nie rozumiem. Brzmi jak wzgórze śliwek suszonych. - Nie wiem, skąd znam tę nazwę. - Przyznam, że nigdy o takiej nie słyszałem. - Płonący dom na uboczu. Ale to musiało być dawniej. Kobieta i dwójka dzieci... Jakbym to widział. Dawno. W jakimś innym życiu. Albo o tym słyszał. Tam. A potem padł strzał. - O czym ty, na Boga, bredzisz? - Książę wierzy w reinkarnację? - Nie. Żadne prywatne dzieje w wielu odsłonach. Chociaż wielu chce chyba w coś takiego wierzyć. Jedni jednak ufają, że to droga do wyrwania się z tego kręgu ciągłych urodzin, u nas zaś jest to swoiste pocieszenie - będzie mi lepiej i sobie użyję albo może jakaś nadgniła gospodyni domowa z czwórką dzieci i brzuchatym mężem myśli sobie - kiedyś na pewno byłam królewną. My, tutaj, chcemy przecież być, na wieczność całą, z naszymi brzuszyskami i całą resztą. Co cię zresztą wzięło na takie gadki? - Bo ja wiem? Może jest tak, że wszystko się powtarza, do obłędu? - Czemu to twoja wyobraźnia wydobywa takie smutne rzeczy? - A czy mamy na to jakiś wpływ? Mówiłeś, że widziałeś mnie w swojej sypialni, zanim nastąpiło to, co nastąpiło. - Zdawało mi się. - To takie niezwykłe... - Co? - Baldr i Baldur. Obaj zginęli od czegoś, co wydawało się najbardziej nieprawdopodobne. Baldr miał bardzo złe sny i jego matka, bogini Frigg, wymogła na wszystkim, co żyło, a także na wszystkich martwych przedmiotach, że nigdy jej ukochanemu synowi nie wyrządzą żadnej krzywdy. Chciała go chronić, za wszelką cenę! Zapomniała tylko o jednym - o jemiole. Któż jednak mógłby przypuszczać... Przecież gałązka jemioły to żaden materiał na śmiercionośną strzałę. Wszystko jednak było przesądzone. Przeznaczenie, jego się w żaden sposób nie da zmienić. Skrwawiony bóg. Jemiołową strzałą zabity. Jednak. A Baldura zabił słoń, który uciekł z cyrku. Volwa widziała piękny krzew jemioły. A zaproszona tu niegdyś wiedźma ujrzała słonia. Co za bzdura! Słoń? W naszych okolicach? Czy Baldur nie jest do mnie podobny? - Przerażasz mnie, mój chłopcze. Chodź, popatrzymy sobie na deszcz. Chcę cię objąć. - Korzystajmy z czasu. - Słusznie. --- Podnoszą się i idą do okna. - Kocham cię - mówi Aubrey. --- Książę milczy. Gładzi po głowie chłopca, który zdaje się być teraz taki biedny i mały. - Wkrótce się zazieleni - mówi po dłuższej chwili Książę. - Chciałbym to jeszcze zobaczyć. Czy mogę teraz płakać? - pyta Aubrey. - Chyba tak - odpowiada Książę.

ciąg dalszy nastąpi

15:23, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 stycznia 2009
Mały wypadek na froncie,

na froncie walki z nikotynowym nałogiem. Można rzec, iż dostałem strzała w płuco! Ech - co poradzić, w pierś się tłukę! Słabości ty! Wykurzyłem wczoraj jednego papierosa. :( Ale przysięgam - tylko jednego... Taka typowa rzecz - omawainie spraw ważnych, wieczorne omawianie przy filiżance kawy i kieliszku koniaku. Lubię ten zestaw, a do niedawna lubiłem ten zestaw wzbogacony o papierocha. Kolega obok, palący, sięgnął po pakę... Palisz? Zadziałałem jak automat. - Tak, yyyy, hmmm, właściwie to ja rzucam palenie... Lecz cumel już w gębie, rozżarzony radośnie... Trochę mi się nawet w głowie zakręciło...

 Niech mi wszyscy wybaczą. Ciut zawiodłem. Ale tylko ciut. Dziś trwam bez tytoniu. Paczka petów do tej pory pozostaje zafoliowana. I mówię sobie - wypadki, potknięcia się zdarzają...

 Co tam jeszcze. Kupiłem dziś ładne żeberka. Będzie jutro dobre żarełko. Poza tym zgubiłem gdzieś jeszcze jeden kilogram, jeden kilogram z własnego ciałka. Robi się ze mnie chudzielec, że hej! Pocieszające jest to, że niepalenie nie wzmaga u mnie apetytu. Jem tyle samo. Jem dużo, jak zawsze. Jem tyle samo, co wtedy, gdy paliłem po dwie paki dziennie. Muszę powiedzieć, że dobrze mi się jakoś ułożyło, bo przy moim apetycie nigdy nie miałem problemu nadwagi. To chyba zasługa jakiegoś dobrego genu. To spadek po dziadku, który też lubił jeść, a przez całe życie był człowiekiem szczupłym.

 Na Gubałówce spłoszony koń stratował kilka osób. Franek mówi - widzisz, widzisz? Kiedyś go namawiałem, żeby zakosztował uroków jazdy konnej. Bo sam myślałem o powrocie do siodła, ale jakoś tak w zeszłym roku się nie złożyło. Obawiam się jednak, że Franka nigdy nie uda mi się do czegoś takiego namówić. On się po prostu boi dużych zwierząt! Skurczyflak - na wsi się chował, ale za nic w świecie nie podejdzie na przykład za blisko do krowy! W życiu! Niepojęte! No bo... To ja, taki mieszczuch przebrzydły, odwieczny, a kosą umiem śmigać i z krowami czy końmi znajduję wspólny język, ten zaś... Franek woli małe stworzonka. Potrafi na przykład wziąć do ręki muchę. Kiedy widzę coś takiego, natychmiast uciekam. Nie wezmę do ręki żadnego robala, żadnej muchy... No, może tylko biedronkę. Tak, biedronek się nie boję... Ludzie mówią, że biedronki gryzą, ale mnie nigdy żadna nie ugryzła...

 Jejku, zima szaro-bura, a ja o biedronkach, muchach....

 No, to tyle. Dzisiaj taki sobie wpis. Misio się trochę wstydzi tego wczorajszego papierosa. Przebaczycie Misiowi?

13:12, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Łyda wściekle apetyczna (Duży Książę)

 To zasuwamy dalej. Mam trzy godziny... Yyyyyy... Nie pamiętam, jakim czasem się posługiwałem... Chyba teraźniejszym... I co? A, Książę odprowadził Aubreya do sypialni...

 Patrzcie go! Idzie! Jest naprawdę cudny! Duży Książę! Krok sprężysty. Taki jakiś radosny. Kiljan nie wie, co tam gdzieś w zakamarkach zaszło. Kiljan nie patrzył uważnie, bo niestety miał inne sprawy na głowie. Z pewnością Książę użył swego niewątpliwego czaru, by przerwać to obłędne wycie, jakiemu oddał się Aubrey, w dość niecodzienny sposób obdarowany pierścieniem. --- A teraz Książę zdąża do pokoju jadalnego. W nastroju przednim. Ma na sobie zupełnie inny strój. Jest cały w czerwieni, a jego palec zdobi nowy pierścień, pierścień wyjątkowej urody, z przepysznym rubinem. - O, jesteś wreszcie - woła Luka znad swojego talerza i dodaje: - Prawda, że wyglądamy jak parka dzików buszująca po zaśnieżonej drodze? - Rzeczywiście, coś takiego może przyjść człowiekowi do głowy, gdy widzi niknące w oddali istoty przy stole długim na kilometr, nakrytym białym obrusem wielkim jak żagiel - zauważa Książę. - Wybaczcie mi moje spóźnienie - dodaje - musiałem jednak zmienić garderobę, wpadłem bowiem w zupełnie czerwone nastroje. Popełniłem niewybaczalny błąd - uzupełnia jeszcze siadając przy swoim nakryciu - bowiem kazałem odprawić całą swoją służbę i wszystkie te męczące czynności związane z odziewaniem się spadły na moją głowę. Nigdy nie przypuszczałem, że może to być aż tak bardzo czasochłonne. - Książę pozwoli, że już się oddalę - mówi Emma, wyraźnie zniechęcona obecnością gościa. - Och, droga Emmo - rzecze Książę - ty tak bardzo mnie nie lubisz. To nawet sprawia mi pewną przyjemność, jestem wszak Księciem wprost nieprzytomnie uwielbianym i ta odrobina niechęci stanowi dla mnie niezwykle odświeżającą odmianę. Znim jednak nas opuścisz... - Tak? Czego Książę sobie życzy? - pyta Emma, już gotowa do odejścia, lekko zniecierpliwiona. - Chciałbym, abyś postarała się zadbać o tego nieszczęsnego chłopca, o Aubreya. Czy mógłby dostać do zjedzenia coś porzeczkowego? - Porzeczkowego? Trudno będzie o tej porze roku. Obawiam się, że mamy tylko trochę soku. - O, znakomicie - woła Książę - wobec tego napoimy go sokiem porzeczkowym! Będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, wiedząc, że ten chłopiec ma w sobie coś porzeczkowego. - Czy jeszcze coś? - Nie, droga Emmo... Chociaż, ale nie śmiem prosić... Luka patrzy na Księcia z zainteresowaniem. - Słucham Waszej Wysokości. - Ach, to nic wielkiego. Po prostu chciałbym kiedyś z tobą porozmawiać. Gdyby tak jutro, po obiedzie. - Naturalnie. - Dziękuję. - A teraz już przeproszę. Książę. - Dobrej nocy! Panowie w milczeniu odprowadzają wzrokiem Emmę. - Nalać ci? - pyta Luka. - Tak, koniecznie. O, nawet nie wiesz, co teraz przeżywam. To zupełnie niesłychane. - Napij się. To dobra wódka. Własna produkcja. - Ufff, rzeczywiście. Tego mi było trzeba. Czasem, by otrzeźwieć, człowiek musi się chyba upić. - Pewnie! No, a teraz nakładaj sobie. U nas nawet Książę musi się obsłużyć sam! A, byłbym zupełnie zapomniał. Przecież czekają posłańcy ze stolicy? - Co takiego? Ach, jutro przecież środa! (O, środa, mruczy sobie Kiljan. Istnieje więc duża szansa, że dowiemy się, co też takiego ma Książę na sobie ranną porą pod szlafrokiem!) Premier mojego rządu... Jak to brzmi! Mój Boże, mojego rządu! Jakie to groteskowe... Mój rząd, który przecież zupełnie się ze mną nie liczy. Premier musi tylko znosić środowe przedpołudnia. Złośliwie czytam wszystkie ustawy i wyrażam ochotę przedyskutowania ich przy filiżance zielonej herbaty. Podobno szef MOJEGO rządu po wizycie w MOIM pałacu musi zażyć pół opakowania tabletek przeciwgorączkowych. Tak, niech przynajmniej będzie wściekły. Poproś tych całych posłańców. Nie każmy im czekać. Dziś podpiszę wszystko bez dyskusji. Premier ma wielkie szczęście. Z pewnością zaprosi jutro żonę i dzieci na jakąś radosną kolację. -- Dwaj posłańcy w granatowych uniformach wnoszą dwa niebieskie pudełka ozdobione państwowym godłem. Na polecenie Księcia kładą je na stole, kłaniają się pięknie i wychodzą. - Co my tu mamy. Ach, spójrz na to okropne godło. Czy to nie potworne, że państwowe godła zazwyczaj zawierają w sobie jakieś makabrycznie rozcapierzone drapieżniki: a to obłąkane z gniewu ptaki, a to dotknięte wścieklizną lwy, złowrogie smoki - cała męska histeria zaklęta w obrazkach. Chciałbym to zmienić. - Pamiętaj - mówi Luka - że już kiedyś taka zmiana u nas nastąpiła. Żyliśmy, a właściwie żyli nasi przodkowie, pod znakiem nasturcji. - Ach, nie przypominaj o tym wypadku. Ta nieszczęsna ludzkość i jej zbzikowani poganiacze. Spójrz tylko. Co figuruje na pudełku? Ukoronowany, egzotyczny kot, szablozęby, upazurzony ponad miarę... Cóż o kraju, o jego charakterze, może powiedzieć przybyszowi z jakiegoś innego świata taki napompowany rysunek? Gdzie my jesteśmy? Jak poprawnie nazwany być powinien zamieszkiwany przez nas obszar? - Popierdollandia? - rzuca Luka. - Znakomicie. A zatem Książę Popierdollandii przystepuje, tu, w jadalnianych okolicznościach, do spełnienia swych obowiązków. -- Wyjmuje z wewnętrznej kieszeni marynarki czerwone pióro. - Widzisz, Luka, jaki jestem przewidujący? Gdybym nie miał czerwonego pióra, wstrzymałbym legislacyjny proces. Nie mogę podpisywać dokumentów, jeśli pióro nie ma podobnej barwy do mego ubioru. Przeczuwałem, że czekają mnie tu nastroje całkowicie czerwone. --- Otwiera pudełka. - Nie ma tego za wiele, uporam się więc z tym dość szybko. Wszystko znakomicie przygotowane, pozostaje jedynie złożyć podpis. -- Książę kreśli na pierwszym dokumencie swoje imię. Patrzy trochę z niedowierzaniem na swe dzieło. Mruczy na stronie: - Kiljan, Kiljan. - Co? - Czy ja naprawdę muszę mieć na imię Aleksander? Czy ty aby nie przesadzasz? - No przecież zawsze... Nie, no, o co chodzi Waszej, kurwa, Wysokości? Jakoś do tej pory... - Aaaa, do tej pory, do tej pory. Ale teraz mi na myśl przyszło, że to tak jakoś nieprzyjemnie mieć na imię Aleksander. - Wiesz co, przestań się wydurniać, bo to już momentami staje się nudne. Podpisuj te cholerne dokumenty, bo nie ma czasu! Zawracanie dupy. - Jak ty się wyrażasz? - Bo mnie wkurzasz! Ludzie czekają! - Na co? Na te spisane na papierze prawa? Uważam, że nikomu nie należą się żadne prawa. - Prawa, prawa. Nie czekają na żadne prawa, tylko są ciekawi czy zerżniesz tego chłopaczka, czy nie. Prawa, też coś. - C... co? - Co, co - przedrzeźnia Księcia wściekły Kiljan. - Chodzi półprzytomny, stroi się w czerwienie i pyta się: co, co? Bierz się do roboty! --- Książę wzdycha i podpisuje szybko papiery. - I zrobione. Bez dyskusji, bez zgłaszania zastrzeżeń. Nawet nie wiem, co podpisałem. Zwykłe dopełnienie formalności. Spróbowałbym czegoś nie podpisać... Księżna musiałaby pożeganć się ze swymi wykwintnymi obiadkami. I całą resztą. Bez pieniędzy cały jej tytuł straciłby urok. Zostałaby tylko baba. Ale wiesz, Luka, czasem chciałbym coś zamieszać, dokonać przewrotu. Nie jestem tak całkiem pozbawiony uprawnień. Ja jednak wiele mógłbym dokonać. Doprawdy, jeśli nie prześpię się z tym chłopcem, rozpęta się we mnie polityczna gorączka! --- Luce aż się zerwał z widelczyka plasterek jakiejś już obłędnie odjechanej wędlinki, robionej ze specjalnie hodowanych świnek na jednej z wysp na Morzu Timor, świnek, których mięsa zakosztować mogą jedynie najlepiej sytuowane figury. - Co tak patrzysz? Tobie mogę zwierzyć się ze wszystkiego. Bo jesteś moim najlepszym przyjacielem. Aubrey doprowadza mnie do szaleństwa. - Proszę, proszę - śmieje się Luka i dodaje - cóż powiedzieć więcej, mówisz o politycznej gorączce... Tak... Jak człowiek nie zerżnie tej jednej, jedynej dupy, od razu nabiera ochoty na to, by zerżnąć dupę całemu światu. - Co więc mam czynić? - Oj, ty Aleksandrze. Zjedz coś. - Mm, nie mam apetytu. Zjem może tylko plasterek sera. I wychylę jeszcze jeden kieliszek. - Może przejdziemy się kawałek? - proponuje Luka. - Opowiesz mi wszystko. - Nawet nie wiesz, jak bardzo cierpię. - Nie pogardzisz, mam nadzieję, moim cygarem? - O, wprawdzie nie lubię palić na przechadzce, ale co tam... Odkąd lekarz zaczął mi zabraniać puszczania wszelkich dymków, palenie nabrało dla mnie niebywałego uroku. - Co to? Już lekarze się do ciebie dobierają? - Ach, kiedyś z nudów postanowiłem się przebadać. Dowiedziałem się o całej masie rozmaitych zagrożeń. Lekarze nie pozostawili mi żadnych złudzeń! Życie kończy się śmiercią! Objawili mi tę wstrzącającą prawdę w pewien piękny, słoneczny poranek. - Byłeś pewnie zdruzgotany. - Posmutniałem bardzo. Przez dwa dni nie piłem herbaty - oznajmia Książę i zaopatrzony już w spacerową laskę czeka przy drzwiach na guzdrzącego się Lukę. --- Wychodzą. Książę jest zachwycony i woła: - Wspaniały wieczór. Dotrzymałeś słowa, jest rzeczywiście fiołkowo! O tej porze roku to prawdziwa rzadkość. Nagie drzewa w tej poświacie przedstawiają się zupełnie niesamowicie! Ta fiołkowość miała być dla mnie i dla mego chłopca... Tymczasem... - Twojego? - Obawiam się, że tak. Możesz to pojąć? - Czy ja wiem? - zastanawia się Luka. - Tego rodzaju namiętności są mi całkowicie obce. - Zupełnie nie wiem, co się ze mną dzieje. - Zakochałeś się. - Mówisz to tak spokojnie. - A co mam robić? - A co ja mam robić? - No, zdaje się, że wszystko już postanowione. - Tak? - Skoro on już twój... - Istotnie, to cygaro jest znakomite. Pójdziemy nad strumień? - Naturalnie. - A wracając do tej kłopotliwej rzeczy. Głowa mi podpowiada: pozbądź się go, wyklucz go ze swojego życia, ciało natomiast krzyczy: kochaj go! Każda komórka, każde najdrobniejsze nawet włókienko pragnie go z całą stanowczością! Cały mój organizm rwie się do niego. I zadaję sobie tylko pytanie - cóż dalej robić z takim chłopcem... Nie, on musi zniknąć! - Czyżby? - Musi być daleko. W przeciwnym razie nie będę go mógł podziwiać. Chciałbym go wielbić. A jeśli posłucham bydlęcych podszeptów, stanie się to niemożliwe! - Nic z tego nie rozumiem - mówi Luka. - Dlaczego? Nie mogę już prościej. Nie uważasz, że to, co tkniemy, co weźmiemy w swe pożądliwe łapy, to, co dla nas takie wzruszająco drogie i piękne, zamieni się w błoto? On jest taki cudowny. A przy okazji bardzo zdolny. Przeczytałem kilka jego prac. Na kilka utworów, które znam od tak dawna, rzucił zupełnie nowe światło. Na przykład pewna rzecz o "Eryku"... Właśnie o tym chciałbym porozmawiać z Emmą. Wiem, że ona, że jej religijna natura... - Nie poznaję cię, Aleksandrze. Jesteś jak chłopiec. - Tak, czuję, jak ubywa mi lat! - Brawo. - Luka, ale ja nie chcę zabijać! - woła ogarnięty nagłą rozpaczą Książę. - Zabijać? - Bo to, co kochamy zbyt mocno, zbyt nawet, że się tak wyrażę, dosłownie, ginie potem od naszych ciosów. - Naczytałeś się jakichs bzdur! - Nadieżda von Meck! Pamiętasz? - Wybacz, ale ja tu na wsi... - Ach, nie denerwuj mnie! Ona i Czajkowski! Niebywałe uczucie uwielbienia, jakim była przepojona, uwielbienia dla jego sztuki i jego osoby. Wspaniała przyjaźń udokumentowana obszerną, piękną i bardzo osobistą korespondencją. Dowodem jej przyjaźni, jej przywiązania, miłości były: zainteresowanie i wsparcie. Sowicie płaciła za zamawiane utwory, ustanowiła dlań wysokie stypendium, udostępniała mu swe majątki - mógł w nich bywać, ale zawsze tylko pod nieobecność właścicielki. Ich istnienia się połączyły, choć nigdy się nie spotkali. Ponoć jej córka, zapytana, jak matka przeżyła śmierć Czajkowskiego, odpowiedziała: Nie przeżyła... Tak, rzeczywiście, odeszła kilka miesięcy po nim. Uważam, że to takie piękne. Chyba, jeśli mnie pamięć nie myli, Mann powtórzył tę historię... Dalecy - bliscy... Ona, postępująca podobnie jak Meck i on, Leverkühn, kompozytor i nieczynny homoseksualista - ulepiony przez pisarza i nieczynnego homoseksualistę. I, nie, nie, żebyś tylko nie mówił o odmiennych naturach, bo to nie ma nic do rzeczy... - Rzecz w tym, że ty nie patrzysz na jego okna z daleka, nie kryjesz się w cieniu. I chcesz tak naprawdę czegoś innego. - Chciałbym to zmienić. - Uważaj, żeby on pierwszy na ciebie nie wskoczył. - Co ty wygadujesz, Luka!? - Głowa już mnie trochę od tego boli. --- Dochodzą do strumienia. Stają w miejscu, gdzie kiedyś słoń zagniótł Baldura. - To tutaj się stało? - upewnia się Książę. - Tak, tak... Brakuje mi tego nieszczęsnego braciszka. Był taki delikatny, eteryczny, a wszyscy się go bali. W ogóle pełno było za jego życia lęku wokół. Żył w swoim autystycznym świecie. Niebywały. Wystarczał sam sobie. Potrzebował nas tylko ze względu na zupełnie elementarne potrzeby. Najbardziej bała się go Emma. Też zresztą zasklepiona w sobie mniszka, tylko taka specyficzna, która nie może żyć bez luksusu. Lubił na nią uporczywie patrzeć, aż ta dostawała nagłych wypieków albo gęsiej skórki. Uważała, że ten chłopiec doprowadzi ją do obłędu, że ją nerwowo wykończy. Tajemniczy człowiek. Niezgłębiony. Zresztą... Co tam w ogóle człowiek może wiedzieć... Niewiadomą pokrywamy furą bzdur, której przydajemy ważność. Wszystko, co wiemy to to, że przemijamy... Toś mnie zaskoczył. - I nie potępiasz mnie. - Za co? Co tu gadać. To seks, dzika siła, na jaką nie sposób wpłynąć. - Ale że też to tak we mnie uderzyło. - Jesteś pewien, że to tak nagle i znikąd? Ejże! - Bardzo mnie to martwi. Nie, bezpieczniej będzie, jeśli zniknie. - Byle jeszcze nie dzisiaj - śmieje się Luka. - Ciebie to bawi! Tak, ty się z tego po prostu śmiejesz! - Aleksandrze, miłościwie panujący w naszej rozkosznej Popierdollandii - niech Bóg ma nas w swojej opiece i pozwala ci nadal tylko panować, tylko panować. Idź do swojego chłopca i przytul go do serca. I nie myśl, że życie wyczerpało już swój talent. Co przydarzyło się innym... Doprawdy, czy wierzysz, że to, co kochamy, musimy wcześniej czy później zabić? Zrób nam przysługę! Miej przyjemność. I podpisuj papiery bez czytania. Tak będzie bezpieczniej... Pora wracać. - No wiesz, nie spodziewałem się tego po tobie. Myślałem, że masz w zanadrzu jakieś rozwiązanie. - To ucieknij. - Mam uciekać? - Wiesz, co powinieneś? - Co? - Nie bawić się ludźmi. --- Noc. Książę nie może spać. Przewraca się z boku na bok. Jest niespokojny. Ma poczucie, że jest przez kogoś obserwowany. Tak, rzeczywiście, przez oszklone drzwi wychodzące na ogród ktoś zagląda do środka. A właściwie zaglądałby, gdyby miał czym. Bo ten ktoś nie ma za bardzo czym. Bo ten ktoś nie ma głowy!! Książę unosi się na łokciach i spogląda na drzwi. Widok bezgłowej zjawy przeraża go. Natychmiast chowa głowę pod kołdrę. Zaraz jednak wygląda z powrotem. Ostrożnie kieruje wzrok na przeszklone drzwi. Z ulgą spostrzega, że nikogo za nimi nie ma. Już chce uspokojony ułożyć się wygodnie w nadziei, że upragniony sen jednak nadejdzie, gdy jego oczom znów ukazuje się jakaś postać. Tym razem zjawa stoi pośrodku pokoju. Książę nie może wydobyć z siebie żadnego głosu. Jego przestrach zaczyna się jednak zmieniać w zdumienie, kiedy dostrzega osobliwą metamorfozę bezgłowego upiora. W pokoju jest teraz nie kto inny, tylko Aybrey odziany w białą, powłóczystą szatę. - Aubrey? Aubrey? To ty? -- Książę zrywa się na równe nogi. W tym momencie chłopak znika. Mocno podenerwowany otwiera drzwi łączące jego pokój sypialny z pokojem Aubreya. Młody, boski mężczyzna spogląda zaciekawiony znad książki. - Książę? - Byłeś u mnie przed chwilą? - Nie - mówi i uśmiecha się tajemniczo. - Przecież widziałem! --- Aubrey nie może wytrzymać i parska smiechem. - To jest ta rzecz, którą Wasza Wysokość nosi w środowe poranki pod szlafrokiem? - Co? - pyta Książę, który ma na sobie gatki w różowe stokrotki. -- Biedny Książę. Jest w tym momencie jedynie dodatkiem do tego pęczniejącego szybko, żyjącego własnym życiem organu, który bezbłędnie wskazuje obiekt swego zainteresowania. Biedak popiskuje cicho na widok pysznej łydy, młodej, cudnie uformowanej, pięknie opalonej, pokrytej drobnymi, jasnymi włoskami, jaka spoczywa sobie na zielonej kołdrze. Wszystko znika, jest tylko to olśniewające zjawisko, ta wściekle apetyczna łyda! Aż się flaki wywracają i gorąco robi się w brzuchu całym. - Książę ma tam niezły namiocik! - Nie! - woła nagle Jego Wysokość i znika szybko w mroku swej sypialni... dalsza część majaków poniżej

15:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
Łyda wściekle apetyczna 2 (Duży Książę)

 No, i kawałek mi zeżarło, bo wpis poprzedni okazał się już za długi.

 Aubrey zrywa się z posłania i dopada drzwi, które Książę w porę zamknął na klucz. - Otwórz! - krzyczy. - Idź spać - słyszy w odpowiedzi. - Otwieraj, bo obudzę cały dom. - Zwariowałeś. -- Wali w drzwi dalej, lecz bez skutku. Wreszcie przychodzi mu na myśl, by zwrócić się o pomoc do Kiljana. "Może usłuszy?" Szepcze: Kiljan. Kiljan! Usłysz mnie. Pomóż mi. Proszę! --- Kiljan nie daje na siebie długo czekać i litościwie udziela wsakzówek: Idź do pokoju, tego, w którym piliście wino. Stamtąd wejdziesz do sypialni Księcia. O tych drugich drzwiach zapomniał całkiem i stoją one otworem. Zatem, bierz go! Auauauauauuuuuuuu!--- Książę orientuje się, że tamten znalazł inna drogę i chce szybko zamknąć te drugie drzwi, jest już jednak za późno. --- Aubrey napotyka zacięty opór, ale krótkotrwały, bo przecież - Boże drogi - ten młodzieniec, jego zapaszki, dotyk, całe to najfantastyczniejsze, najpyszniejsze zjawisko o przyjemnej temperaturze. ---Wżerają się w siebie z zapamiętaniem nie bacząc na znajdujące się wokół przedmioty. [(Ach, poszła w cholerę drogocenna waza, która wieki całe przetrwała w ziemi, po to tylko, by rozprysnąć się wśród gwałtownych miłosnych zapasów dwóch wściekle, obłędnie ponętnych blondasów! O losie kapryśny, dziwaczny!) Nie, nie będziemy rozpisywali się o tym zdarzeniu. Darujemy sobie pornograficzny szczegół, opis tego, czemu przyglądały się skorupy rozwalonej wazy pradawnej. Pornografię lepiej uprawiać, niż ją czytać albo oglądać. Pewne rzeczy, gdy się je robi, są przepiękne, lecz gdy o nich się czyta albo się je ogląda, stają się po prostu śmieszne, by nie powiedzieć - z lekka żałosne. Poza tym każdy świntuch, paskudnik, zlizywacz, zdupykorzystalski i dupydajewicz może sobie popuścić wodze wyobraźni. Dość powiedzieć, że działy się w książęcej sypialni rzeczy najdziksze i najstraszliwsze, po których dwa piękne ciałka doznały pewnych, na szczęście niegroźnych uszkodzeń.] --- Kiedyś wszystko się kończy. Można powiedzieć - co za szczęście, że tak jest. Bo jeszcze moment, i największa nawet przyjemność może przemienić się w piekło. --- Książę leży półprzytomny na podłodze. Jako że jest do tego stopnia beznadziejny, że musi niemal zawsze gadać, bredzi coś sam do siebie o jakichś nowych wymiarach, o kosmosie, o jakichs punktach granicznych, za którymi już, kurwa, wisz pan, nic ino Śmierć, Nicość... Na chwilę odwraca głowę i trafia wzrokiem w wyleniały łeb tygrysi, co go sprowadza trochę bliżej ziemi. - O Jezu, jęczy... Aubrey ciągle jeszcze pracuje. Ma jeszcze trochę miejsca w swym psychicznym baku. Ach, nażreć się! Nażreć! Pasie się więc w dolnych partiach Jego Wysokości delektując się książęcym nasieniem. (No i w sumie co? Wielka rzecz! Smaki zbliżone do tych, jakie wydoić można z pierwszego lepszego studenciny - bywalca stołecznych wychodków z wyszynkiem, muzyczką i kinem porno. Ale jednak... Co Książę, to Książę! To zawsze działa. Tytuł dodaje jednak zajebistego uroku. Bez dwóch zdań!) Książę unosi się na łokciach i spogląda w dół na żerującego niestrudzenie Aubreya. - Ty to zjadzasz? - pyta. Aybrey podnosi głowę. Śliczne zwierzątko. Nie sposób skojarzyć go z dobrze zapowiadającym się znawcą czegoś tam - pies to drapał. - Zapraszam piętro wyżej - mówi Książę. --- Jedno, przeciągłe liźnięcie, od pępka po szyję. Oczy Aubreya są już na wysokości jeszcze - z powodu jakiegoś niezrozumiałego kaprysu -nie ukoronowanej głowy swego poturbowanego partnera. Tkwi nad Księciem oparty na wyprostowanych rękach. - Hau, hau - oddzywa się. Książę przekrzywia głowę i zauważa: - Po tym, co robiłeś tam na dole, człowiek mógłby raczej spodziewać się jakiegoś chrum, chrum... - Chrum, chrum... - Witaj, świnko. Nie zakwiczysz tryumfująco? - Kwi, kwi. --- Przez chwilę milczą. Książę już całkiem wraca do przytomności... Czuje piekący ból w ręce. Małe skaleczenie. Robi mu się też niewygodnie pod Aubreyem. - Usiądziemy? Siadają. Książę oparty o łóżko, a między jego udami, plecami doń zwrócony Aubrey. Dnieje pomaleńku. Książę opiera brodę na ramieniu kochanka i patrzy w okno. Prawą ręką obejmuje młodzieńca, lewą zaś bawi się jego członkiem. Śmieje się nagle. - Co? - pyta Aubrey. - Nic. Przypomniała mi się ciotka Ingmara Bergmana, Alla Petréus. Była brzydka, elegancka, zaokularzona i mówiła męskim głosem. Ingmar, będąc jeszcze chłopcem, zamieszkał u niej na jakiś czas. Pewnego razu ciotka Alla władowała mu się do wanny. Zaproponowała, że umyje mu plecy. Siadła sobie za nim i rzeczywiście go wyszorowała. A potem wzięła sobie jego rękę i włożyła ją sobie między uda. Drugą ręką objęła jego penisa. Odciągnęła napletek, oczyściła żołądź z mastki... Mocno go trzymała swymi nogami... I ukołysała chłopaka, w którym serce tłukło się jak oszalałe. Jak powiedział - ukołysała go aż do ciężkiej, wręcz bolesnej rozkoszy. Tylko raz się coś takiego zdarzyło. Naturalnie nie było o tym mowy. Cicho sza! Ciotka tylko czasem patrzyła na niego i się uśmiechała. Mieli swój sekrecik.--- Aubrey wzdycha: - Ach, moja dobra ciociu Allo... A sokro już Książę wywyołał Bergmana. - Tak? - Jego asystentem był Tim. Tim miał długie rzęsy i niebieskie oczy dziecka. I farbowane włosy. Żył z przyjacielem, żonatym i dzieciatym facetem... Facet miał dobrą żonę, która o wszystkim wiedziała. - To rzeczywiście było miłe z jej strony. Kobieta, która pozwala swojemu mężowi mieć chłopaka, wykazuje się wielkim rozsądkiem. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że w ogóle żonaty i dzieciaty mężczyzna, który nie kocha żadnego innego mężczyzny, jest istotą stojącą nad potwornie czarnym dołem. - Już kiedyś słyszałem coś do tego zbliżonego. - Wspaniale. A Tim? - Wszystko szło doskonale, ale nagle zdarzyła się tragedia. Przyjaciel Tima zakochał się w kimś innym. Skończyła się rodzinna wspólnota i regularne współżycie. Tim momentalnie wpadł w bagno alkoholizmu, narkomanii i najbrutalniejszego seksu. Zniknęły czułość i bliskość zostawiając pole dla namiętności, prostytucji i bezwzględnego wykorzystywania. Schludny i obowiązkowy zaczął wszystko zaniedbywać i pokazywać się z najdziwaczniejszymi indywiduami, które z zapałem go maltretowały. Gaśnięcie, gorycz, smród papierosowego dymu i duszących perfum. U pedałów nie ma wierności - mówił - bo nie mogą mieć dzieci... Informował też, iż człowiek zmuszony jest żyć z nosem tak głęboko w gównie, że się dusi. Nie jest to akurat czułość i bliskość, jak myślisz? - pytał. Nie wierzę w zbawienie, nie, pełny brzuch i kropelka w tyłku, to moja ewangelia... Trochę żałował, że Ingmar nie chciał z nim spróbować, choć dodawał, że to może i lepiej, że nie żyją ze sobą, bo to tylko stworzyłoby zazdrość i nieprzyjaźń... Tim umarł w pewien niedzielny poranek. Nagle. W momencie. Był odziany w dres z figurkami Kaczora Donalda. Jak powiedział Bergman - była to dobra śmierć dla małego dzielnego człowieka, który o wiele bardziej bał się miłosiernej śmierci niż bestialskiego życia. --- Chwila milczenia. - Ech, czemu teraz mówimy o takich rzeczach? - pyta Książę. - Wywołałeś Bergmana... To może nawet dobrze. Jak na mój gust zrobiło się już całkiem niesamowicie. - Tak, chyba tak... --- Książę gładzi Aubreya po brzuchu. - Noce stają się krótsze. - To prawda - mówi Aubrey i dodaje: - Wieczór był rzeczywiście fiołkowy. --- Książę uśmiecha się do jakiejś swojej myśli. - Luka powiedział, że dzisiaj będzie deszcz. - Możliwe... Myślałem sobie wcześniej o moim różowym przyjacielu. Istotnie, ktoś mógłby powiedzieć, że to żałosny typ. Jego ukochany dzienniakarzyna... Z czasem coraz pewniejszy siebie i coraz bardziej towarzyski... Różowy oczywiście tkwiłby przy nim, zdradzany na prawo i lewo. Byłby wściekły, ale gdyby nie został przepędzony, godziłby się ze wszystkim. To byłaby jego cena. Cena za pieniądze kochanka. Na cóż mu jednak był neurotyczny darmozjad. Na co taki dodatek w jego rozrywkowym życiu... Tak czy tak czekało go dno. - Nie mówmy teraz o tym. Za dużo tych ohydnych scenariuszy. - Czasem ogarnia mnie przeraźliwy strach. - Wiele bym dał, żeby można było spiętrzyć jakoś tę chwilę, żeby już nie ruszać się z tej podłogi. - Przytul mnie mocno - mówi Aubrey...

 ciąg dalszy nastąpi

15:01, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 stycznia 2009
Bo

 że co? Bo że, Boże, nie wiem. Przytkało mnie. Zamgliło mnie. Za oknem mleko. Przez mleko szedłem też. Dziś. Do domu uciekając... Bo muszę być gdzieś tam? A przydałoby się... I tak z rana? Przecież rześkiś. Tak mi wypada. Ale ja chce w domową senność. W psy drzemiące. No to leć. Ale nie zapominaj. OK! Wiecie, że potrafię być obowiązkowy. Za słowo trzymamy. Świetnie. Gdy nas ktoś trzyma. Byle nie za mocno. W drodze jeszcze zajrzałem na pocztę, bo awizo znalazłem w skrzynce... Wreszcie przyszło zawiadomienie z sądu. Długo oczekiwane. Jeszcze mnie niemiłosiernie pies koleżanki wypaprał. Przepogodny i radosny seter prosto z błotnistego parku. Witam panią artystkę! Witamy króla życia. I pies mi mordę lizał. Jakże to miło, gdy fauna na nasz widok się rozpromienia. Gdy idę, tańczą psy, ptaszęta myślą, że wiosnę im niosę, i koty takoż - mrrrauu!

 Miiisio w uśmiechach. Sama beztroska. Bo co tam? Myślę sobie - czeka mnie pewnie jakaś makabryczna katastrofa, kiedyś, czeka mnie takie spojrzenie rzucone przez życie, że wszystko, com do tej pory widział, zda się ledwie igraszką śmieszną a niewinną... Trzeba zatem mi wszystko pięknie i istotnie przeżyć.

 Co słychać? - spytała koleżanka ubłoconego, wyświnionego króla. O dziwo nie miałem problemu z odpowiedzią. Słychać krzyk! - Naprawdę? - Widzę siebie. W mej pamięci. Jestem cały w zaczarowanym, subarktycznym słońcu. Tam, daleko, w Reykhólar. I chce mi się głośno krzyczeć. Bez powodu. A właściwie nie tak znowu bez powodu. Tam się kiedyś chciałem definitywnie zatrzymać. Takie dobre to było miejsce. Taki dobry koniec świata. - A jak Franek? - Przytykam sobie jego ręce do ust. Jego ręce są zawsze ciepłe.

 Nie palę. Nie palę z trudnością. Najgorsze są wieczory. Wtedy włącza się ssawa. Okrutna. Nałóg dostaje z wolna pierdolca. Mam swoją udrękę. Paczka nierozpieczętowana. Piję dużo kawy. Wszystko za to ładniej pachnie. Potencja w normie.

 Myśleliśmy o weekendzie. Nieee - brzydko. Nigdzie się nie wybieramy. Zresztą i tak luty za pasem. Luty i narty przed nami. Wyciągi, stoki i roje pociesznych, plastikowych ludzi...

 Śniło mi się tej nocy. Kolorowo. To plus. Zazwyczaj miewam bardzo barwne sny. Gorzej bywa z treścią... Tej nocy robiłem obfite zakupy. Owoce, jakieś słoiczki z Bóg wie czym... Kupowałem też ryby, mnóstwo ryb, zielonych, ociekających oliwą... Strasznie się nimi ubabrałem. Nie mogłem się pozbierać z tymi zakupami. Pojawili się jednak pomocnicy - taki jeden Darek oraz Maciek i Paweł - koledzy z podstawówki, tacy sami, jak wtedy... Chłopcy. Zatrzymani w czasie, w rozwoju, nagle w mej dorosłej rzeczywistości. Pomogli mi targać siaty. Wszędzie oliwa z ryb zielonych... A potem coś się podziało, że byłem bez zakupów, bez pozostałych mi pieniędzy, dziwnie zmaltretowany, z obolałym podbrzuszem, skacowany... Szedłem zmartwiony razem z Maćkiem... Maciek miał na sobie bardzo obcisłe czarne sztruksowe spodnie... Jakoś tak na nie patrzyłem pożądliwie. Na patrzeniu się zresztą nie skończyło. Musiałem dotknąć tej miłej krągłości w okolicach rozporka... Potem byłem sam... Wlazłem do jakiegoś hotelu... Miejsce nie z tej epoki... Na ścianach druciane kwietniki, a na nich poobsychane zielistki. Na podłodze czerwona, mocno podniszczona wykładzina dywanowa... Okrutnie byłem zdruzgotany... Bo co ja powiem Frankowi? Gdzie byłem, co robiłem, dlaczego jestem w tak złym stanie...? Na podłodze znalazłem dwa banknoty. Schyliłem się po nie. Zawahałem się przez moment, kiedy odkryłem, że to forinty. Drapnąłem je jednak i upchnąłem do kieszeni. Zobaczyła mnie recepcjonistka. Jakaś wysmrodzona, długowłosa blondyna. - Ma pan coś, co do pana nie należy. Coś wypadałoby zwrócić - powiedziała ostrym tonem. - Niby co? - Pan dobrze wie. Prosze pokazać kieszenie. - Jeszcze czego. Kieszenie może mi opróżnić jedynie policja. - A żeby pan wiedział, że zadzwonie po policję. - To se dzwoń. Poszedłem do wyjścia. Kobieta usiłowała zagrodzić mi drogę. Przy drzwiach niespodzianka - stała tam we własnej osobie... pani Katarzyna Grochola (Jej jeszcze tam brakowało! Jak Boga kocham - skąd tam ona??!!) i powiedziała do blondyny takim przyjemnym, głebokim głosem: - Uspokój się i wypuść go... Wyszedłem spokojnie z forintami w kieszeni... I tylko sobie powtarzałem, taki przestraszony, przejęty, roztrzęsiony: - Co ja powiem Frankowi?

 Powiedziałem rano Frankowi. Że we śnie obmacałem swojego kolegę z podstawówki. - Opowiadasz. - No!

 Nie wiem, co sobie myśleć po takim śnie. Chociaż... Myślę, że muszę mu poświęcić jeszcze trochę więcej uwagi... Ostatnio jakoś tak rzeczywiście zapadałem się w sobie, a on tak stał obok bezradnie... Ach, byle jakoś dojść do wiosny.

 To tyle na dziś. Jeszcze mnie trochę uciążliwych bzdur czeka... Co poradzić... A następnym razem może pchnę dalej opowiastkę o Dużym Księciu, bo już się nieco za nim stęskniłem. :)

A, wlepię jeszcze piosenkę. Tin Machine. "It's Tough".

14:26, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 stycznia 2009
Słodko

 Dziś jest dobry dzień. Wprawdzie jest pochmurno, mgliście i pada mżawka, ale powietrze ma dobry zapach; przyjemnie wilgotne, przesycone wonią szpilkowego lasu. Nie wiem, skąd się ten aromat przybłąkał. Mniejsza jednak o to - ważne, że sprawił mi radość i pozwolił mi spojrzeć pogodnie na otoczenie.

 Dziś jest dobry dzień, dzień, który zaczął się bardzo sympatycznie... Franek - co za niespodzianka - wstał dziś zdumiewająco wcześnie, włączył ekspres do kawy, wyszedł z psami, a przy tej okazji wstąpił do piekarni... O, jak mi było dobrze. Leżałem sobie zagrzebany w pościeli i patrzyłem jednym okiem, jak się mój drogi chłopiec uwijał porannie.

 Nie musiał się dzisiaj zrywać, miał czas, tym chętniej więc się zbudził, bo przecież wolne poranki i przedpołudnia to najwspanialsza rzecz... Wrrr - chodzenie do pracy albo na zajęcia o np.: ósmej rano - to zwykłe barbarzyństwo...  Zresztą czy jest jakaś dobra pora na pracę? Ach, przez nią ponosimy niebywałe straty czasowe. Tak czy siak poranki jednak winny być zarezerwowane na przyjemności, tak by budzące się słonko z radością popatrzyło na świat. Bo słonko się martwi, kiedy widzi szare osiołki tłoczące się w tramwajach, ziewające w chmurkach wydychanej pary (tak jakby mało było wokół mgły) na posępnych zimowych przystankach, zmarznięte, jeszcze ze świeżym wspomnieniem przytulnego ciepła sypialni... Jakie to przykre, że żyjemy według norm ustalonych przez ludzi bez wyobraźni... No, ale dzisiaj ucieszyliśmy słonko, które z pewnością nawet przez mgłę dostrzegło tę naszą radosną godzinę poranną...

 Jaki był dziś kochany. Przyniósł cały dzbanek kawy i świeżutką plecionkę, taką z kruszonką, słodziutką, pokrojoną na grube kawałki. Zrobił tak, jak lubię - naładował na słodkie pieczywko całą furę masła. I jeszcze śmietanka do kawy. Zagrzebaliśmy się ładnie w naszym wyrku, piliśmy kawę z jednego kubka i zagryzaliśmy ją cudownym, puszystym pieczywkiem z równie cudownym masełkiem. Nasze małe szczęśliwe godziny. Z tłustymi paluchami, w okruchach, cali jeszcze w nocnych zapachach. Rozgrzani. (A obok oczywiście psy wpatrujące się w znikające w naszych ryjkach śniadanie. Im też się coś trafiło. Tak, i oczywiście Franek nie powycierał im łap, więc do łóżka wskoczyły sobie wesoło z niemiłosiernie brudną odwilżą na podwoziach. Prześciaradło jest jak święta ziemia! Ale co tam - drobiazg!)

 Trochę się pożalił. Bo czasem zdaję się być gdzieś daleko. - To tylko wycieczki po moich własnych zaświatach - wyjaśniłem. - Każdy ma takie zaświaty. ---- Tak, ale jemu się wydaje, że coś mi dolega. Nic mi jednak nie dolega. Mam się świetnie. W świecie, który jest nie do przyjęcia... Jestem przecież arystokratą, zniosę więc wszystko. Z godnością. --- Postarałem się go uspokoić. W moich uczuciach panuje ta sama temperatura.

 Ten dobry i spokojny chłopiec jest najdoskonalszym powodem, dla którego warto się budzić o świcie.

 Franuś podjął temat remontu. Bo coś gadałem. Zaczniemy od kuchni? - Ok - mówię. - Tylko bez idiotycznych, projektanckich wygłupów. ---- Franek mówi, że trzeba zamówic odpowiednią ekipę... - Świetnie. Zrobisz, jak będziesz chciał. -- Niech wpłynie na naszą przestrzeń. Włączy coś do niej według własngo gustu. Nie widzę przeszkód.

 Dobrze jest. Wchodzimy w czas, kiedy wiele rzeczy zdarzy nam się po raz drugi. Teraz jest druga nasza zima. Można powiedzieć, że mamy za sobą okres próbny... Nie do wiary. Nie dał się przepędzić. Nie zniechęcił się. A teraz ja czuję się doń tak bardzo przywiązany.

 Dwa rozgrzane miśki. Jak wielki, kudłaty pająk ze splecionymi odnóżami, ukryty w grubym kokonie. Dwugłowa tarantula. Masłożerna. Kosmate stworki, pociesznie nabrzmiewające, tam, nieco niżej... :)

 Po śnaiadaniu przyszedł czas na dobrą gimnastykę. Rano trzeba się gimnastykować. :)

 Mój nałóg obudził się trochę później. Rano nie czułem głodu nikotynowego. Dopiero w okolicach południa pojawiło się pewne zniecierpliwienie. Ach, mój nałóg chodzi nerwowo z rękami założonymi do tyłu, raz po raz zerka na płuca, czy tam przypadkiem nie pojawiły się jakieś oczekiwane obłoczki papierosowego dymu... Słyszę też podszepty tego spragnionego drania, który, rozbestwiony, dostaje teraz regularnego szału: - Misiek.... Dobra, mamy przecież pakę. Niech ta będzie ostatnią... Do dzieła, spalmy ją... Nie będzie nas drażnić... - He, he, akurat. Spalilibyśmy tą, a jutro z rana już biegłbym do kiosku po następną do spalenia. Nie ma mowy. Słowo to słowo. - Misiek... Popatrz, jak ja płaczę. Patrz, przecież ja umieram! Czy ty tego nie widzisz? Nie masz serca??? - Przykro mi... - Misiu, choć jednego...

 A, juz wczoraj mnie tak namawiał mój nałóg na jednego. Wieczorem - mała uroczystość. Wpadłem na chwilę, tak żeby zrobić znajomemu przyjemność. Naturalnie zaraz poczułem dym. Koleżanka chciała mnie poczęstować... - Misiek, Misiek, weź od niej! To się nie liczy. Twoja paka zostanie nienaruszona! - Zamknij się, nałogu - zawołałem bezgłośnie w swe bebechy.

 - Coś ty? Rzucasz palenie? Gratulacje! Tak trzymać. --- Większość jest za. Chociaż niektórzy trochę żałują. Należę podobno do ludzi, którym z papierosem jest - jak powiedział jeden z moich kolegów - kurewsko do twarzy. Zauważyłem jednak, że zawsze jest jakieś wyjście. Są chyba jeszcze takie gumy do żucia w opakowaniu przypominającym papierosa. Dla przyjemności kilku osób mogę sobie wtykać coś takiego w usta, tak by kurewsko dobrze wyglądać...

 Naturalnie znajomi zaczęli się dzielić swoimi odwykowymi przeżyciami i doświadczeniami. Jakieś wspomagania: plastry, tabletki, specjalne gumy do żucia... Dla mnie to wszystko są bzdury... Po prostu przemysł farmaceutyczny poluje na kasę tych, co chcą zrezygnować z produktów przemysłu tytoniowego... Tia, zawsze jakaś branża będzie chciała sobie coś cynicznie na nas użyć... O, pamiętam jedną reklamę jakichś środków pomagających rzucić palenie... Pastylki plus silna wola pomogą ci... Jedyni w miarę uczciwi... Dobrze, że wspomnieli o silnej woli... 

 Silna wola. To jest jedyne lekarstwo. I to w dodatku bezpłatne.

 Nie mam zamiaru wydawać więcej pieniędzy na nic, co ma jakikolwiek związek z nikotynowym uzależnieniem. Po prostu koniec z głupimi wydatkami.

 Cholera - tak sobie policzyłem i wyszło mi, że spalałem miesięcznie do pięciu stów! Kurde - ile rzeczy można za to kupić. Na przykład ile książęk!

 Dzięki wam, Czytelnicy, za słowa wsparcia. Walczę. Mija drugi dzień bez papierosa! Idzie wytrzymać. Ścierwo we mnie wyje, szarpie mnie za flaki, za ręce... Niech wyje... Po raz pierwszy chcę, by coś we mnie, jakiś składnik mojej pokręconej osoby, zdechł definitywnie... Mam wreszcie zaciętego wroga... Franuś się cieszy z mego postanowienia. :) A ja lubię, kiedy Franuś się cieszy... :)

 

14:53, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
środa, 21 stycznia 2009
Na złość zrobić

 Dziś krótko, bo czasu jak na lekarstwo.

 Zbudziłem się rano w humorze niewyraźnym i z jedną myślą - nie wytrzymam, jeśli nie zrobię czegoś strasznego.

 Cóż jednak miałbym zrobić? Znęcać się nad kimś? Nie, to mi jakoś nie pasuje. Zresztą nad kim? Nad jakimś Bogu ducha winnym misiem? Albo miałbym wyjść na ulicę, by pobić pierwszego napotkanego przechodnia? (Jakiś potworek momentami przeciąga się we mnie, przeciąga się i czeka na prowokację.) Frankowi wolę nie dokuczać, bo aż się boję pomyśleć, na jakie wyrzuty sumienia bym się przez to naraził. Zresztą za co, mój Boże, za co miałbym to robić? Że mi nie chce dać po mordzie? (Co jest, cholera, jakiś masochistyczny duszek we mnie się rozbudził? Napaść na kogoś, żeby mnie potem zdrowo zlali!)

 Jednak szybko znalazłem rozwiązanie dla swych okrutnych zapędów. - Wiem - zawołałem w duchu. Postanowiłem wykończyć swój tytoniowy nałóg! Postanowiłem znęcać się nad nim na zimno, z najwyższym bestialstwem. Niech się ścierwo na śmierć zawyje, niech go skręci, niech pęknie z nienasycenia!

 Oczywiście kupiłem dziś rano świeżą paczkę fajek. Na złość! I dotąd jej nie rozpakowałem. Nałóg mój rozzuchwalony i żarłoczny już zacierał rączki, a tu ni gugu! Popatrzył na mnie wymownie - E, stary, no co? Nie hodujemy raka? Co za przestój? No, Miśku, ciach, ciach... Ten słodki szelest zrywanej z paczuszki folii... No, Miśku, kurwa, co jest? Miau, hauhau, chrumchrum... Pipipi... Nie mogę, nie mogę, brak mi tchu, brak mi życiodajnej, błękitnej mgiełki... Misiu!!! 

 A Misiu nic. Misiu uważa, że to nawet przyjemne. Misiu postanowił odkleić od siebie nałóg.

 Będę miał stale przy sobie papierosy. Będę się uporczywie drażnił z niezdrową namiętnością. Póki co, jest pysznie. Masz coś, ale po to nie sięgasz. To wyższy stopień wyrzeczenia. Bo cóż to za sztuka wyrzekać się czegoś, czego się nie ma.

 Wiem, wiem- chciałbyś, ale nie dostaniesz. A nie! Właśnie że nie! A pocałuj się w dupę...

 Zobaczymy, kto kogo pokona...

 Ucieszę się, jeśli mój nałóg trafi szlag!

13:11, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 stycznia 2009
A niech mnie ryba jakaś pstrokata zeżre (gadka półidioty)
 I byłby spokój. Uniósłbym się potem w bąbelku ku powierzchni oceanu, po czym uwolniony z pęcherzyka, zmieszany z wesołym staruszkiem huraganem... (A czemu staruszkiem? Ach tak - oto bulgot mózgu doszczętnie ocipiałego, skretyniałego ostatecznie od oczytania [Nie, nie, nie ma nawet potrzeby zaglądania do głowy takiego oczytanego człowieka, bowiem, by przyjrzeć się jej zawartości, wystarczy zajrzeć tam, gdzie odnaleźć można coś porównywalnego, coś równie treściwego - wystarczy w ciepły, a najlepiej w gorący letni zajrzeć do drewnianego klozetu zwanego sławojką, spojrzeć w dziurę, w dół wypełniony glizdowatą ruchliwością unurzaną w rozbełtanym siuśkami gównie. Oto jest to, co wywołuje w nas poczucie bycia czymś lepszym, donioślejszym od wiewiórek.], który wyłapuje z pamięci rozmaite cytaty, jak przystało na "tęgą" głowę, która ma nasrane [no normalnie zesrali mi się do środka {tu mi się przypomina "zlali mi się do środka", ale nie wiem, o co chodzi, nie kojarzę już}. Naturalnie, wiatr - wiecznie młody starzec. To z Witkacego. Taki wiatr pewnie wiał i w kambryjskiej epoce. Wiatr - i ten jednak, choć prastary, nie taki wieczny jest! O nie! Jest całkiem jak my, całkiem jak ta zamieć kosmiczna, która w czarnym ogromie jest niczym snop iskier nad ogniskiem, iskier stygnących z czasem. [Jak to jest? Jak to było? Jakieś wielkie bum - albo - tak, tak, więcej szacunku dla tego boskiego prztyczka - Wielkie Bum, Wielkie Jebudu, wywalenie w pizdu zawartości maluśkiej drobinki... - Bo co, niech będzie, i chuj, rzekł Bóg znudzony wreszcie do szaleństwa i zrobił sobie pstryk z paznokcia {niech już będzie, że Bóg ma paznokcie, niech już będzie to zarozumiałe przekonanie, że to brodaty, skudlony bałwan w sandałach o wyglądzie handlarza korzeniami w ciepłych krajach - tak dla ostatecznego uabsurdalnienia całej zabawy} - duży fajerwerk, cudowny pokaz sztucznych ogni, dla własnych oczu, dla siebie - on, wielki, co sobie pytań nie zadaje, bo i o co miałby się pytać? - Jo? Jo ni mom przyczyny i mnie to, wicie, nie wadzi. Jezdem i mom syćko czego mi trza! {Chociaż na autobusach w Londynie napisali, że mnie nie ma! Ej, nie, zaraz, zaraz - a, widzicie, kutasy - piszecie, że mnie PRAWDOPODOBNIE nie ma! Och, wy - a cóż to szkodzi wierzyć we mnie? I wtedy można się cieszyć życiem! Cieszcie się WY, których stworzyłem. Odrzućcie tylko tych, co chcą mnie wykorzystywać dla swej władzy, poślijcie ich do diabła! I pijcie wino, obłapiajcie, słuchajcie błaznów, wzruszajcie ramionami wobec śmiertelnej powagi i pamiętajcie o jednym - gdy na swojej drodze spotkacie kogoś, kogo nie chcecie unieść, nie depczcie go! Poza tym niewiele mam wam do powiedzenia. Jesteście już dojrzali, a w każdym razie chciałbym, aby tak było, abyście nie rozglądali się już za tatą i mamą czy jakimś ich zastępstwem. I chcę trwać w ufności, że potraficie już patrzeć z przymrużeniem oka na stworzone w dziecięctwie ludzkości literackie zabytki. Mnie tak naprawdę niczego nie potrzeba! Cóż zresztą możecie mi dać? Patrzę czasem z politowaniem, a jeszcze częściej z zawstydzeniem, jak niesiecie swoje ciężko zarobione pieniądze szubrawcom, którzy we mnie znaleźli sobie sposób na utrzymanie. Demoralizujecie ich tylko i rozzuchwalacie, i dajecie się nabierać - chcecie czarów - rozerwijcie się w cyrku, patrzcie na tych, którzy coś potrafią! A jak się chcecie koniecznie modlić - to módlcie się, tak jak potraficie. Módlcie się za siebie nawzajem, za darmo. Myślicie przecież o sobie nawzajem? Życzycie sobie dobrze? Bywa tak przecież często! Słyszę was przecież i to mnie raduje! Czy za życzliwą myśl bierzecie zapłatę? I cóż więcej poradzić? Czyńcie tak, by na twarzach waszych dziewcząt bądź chłopców (co tam już lubicie - mnie nic do tego) zawsze zakwitał najpiękniejszy uśmiech. I przepraszajcie, ilekroć zdarzy wam się kogoś zranić... Czy miało być inaczej? Prawdę mówiąc nie wiem tak do końca, jak miało być. Żem przyczynił wam tylko kłopotów? Cóż - radźcie sobie z nimi jakoś, radźcie sobie, lecz ich nie potęgujcie! Szczęśliwie nic nie jest wieczne... Tak jak to ten cały Witkacy napisał o wietrze, że i on nie jest wieczny! Kiedyś i on umilknie, ucichnie - jeszcze tylko ostatnimi podmuchami piaskowych burz wygładzi opustoszałą, wyschłą planetę, a potem zamrze w rozrzedzonym, bezwodnym powietrzu, zacichnie w mrozie międzygwiezdnej przestrzeni... Ludzie często wierzą, że mam jakiś potworny ubaw, żem was powołał, by was dręczyć, a potem radośnie zbawiać - coś jakby na wzór oszalałego i zgłupiałego oprawcy wpadającego w sprzeczne nastroje, który najpierw leje was po gębie, a potem z płaczem całuje wasze rany i robi wam dobrze. Nic z tych rzeczy. Nic się nie ziści z prymitywnych tęsknot o nagrodzie! Zadbajcie o to, by nagradzać się i cieszyć tam, gdzie jesteście, bo to jedyne wasze życie, jedyne wasze miejsce. Wasze ciała i dusze szczęśliwie są jak ten wiatr... Wszystko ucichnie... Spójrzcie, co czynią ci, którzy wierzą w prywatną nieśmiertelność - jak lekceważą życie, jak trwonią swój czas, z jaką łatwością umieją zabijać - siebie i innych, ile cierpienia potrafią zadać, gdy im szaleniec jakiś coś wmówi... Smutne to... Ktoś chce nawet dla mnie ginąć... Oj, o ileż mój głos niklejszy od głosu idiotów, za których pozostaje mi tylko przeprosić. Chcecie ginąć - róbcie to, porozwalajcie się sami o drzewa, mury, ale dajcie innym spokój. --- O- jak mi się dzisiaj szybko pisze - całkiem automatycznie. Wygaszasz się i dajesz rękom swobodę...) Aż mi się teraz nastrój poprawił... Że co? Że miałaby mnie zjeść ryba...? --- Przedwczoraj w nocy miałem napad lęku. Potworny. Chciałem się rozpaść na kawałki, wyrzygać się samym sobą, byleby tylko wyrwać się z opakowania. Czasem cielesne spętanie mnie poważnie przeraża... A więc wpaść do oceanu i oddać się rybom kolorowym... A potem bym pofrunął... Ja cię pieprzę! I cóż bym zobaczył? Gdybym teraz zdecydował się przekręcić, narobiłbym chyba strasznego chaosu. Strach przed nim stanowi chyba dobrą przeciwwagę dla moich zapaści... Nie nienawidzę... I kiedyś coś mnie powstrzymało, nie chciało owo coś, bym dokonywał pochopnych czynów... Kiedyś chciałem się zabić, bo nienawidziłem swojej matki. Obmyślałem nawet treść oskarżycielskiego listu, takiego listu, który wywołałby u niej obłęd... I powtarzałem w myśli - zabiję ci się! I wyobrażałem sobie, jak latam niewidzialny nad pogrążoną w rozpaczy mamą! - A masz, ścierwo! I zastanawiaj się! Zadręcz się na śmierć! I do piekła! --- Jakoś jednak wytrzymałem. A wiecznie sobie groziłem samobójstwem. Już nawet nie fantazjowałem o samej śmierci, ale planowałem, w jaki sposób powinienem się zabić. Z czasem było w tym coraz mniej chęci zemsty, coraz więcej natomiast chęci odmiany, totalnej odmiany i może nawet tęsknoty za jakimś kompletnym już nasyceniem życiem... Bywa, że to wraca. Wraca w ciężkich dniach. Takich jak te dni styczniowe. Mam mało siły teraz, by mierzyć się z praktyczną stroną życia. Wahadło nastrojów rozdyndało się na dobre i nie chce się zatrzymać. Niekiedy na niczym nie mogę się skoncentrować, patrzę więc bezmyślnie w okno. (Jeszcze szczęśliwie patrzeć mogę). Dręczą mnie jakieś nieokreślone niepokoje. Momentami mam wrażenie, że się uduszę. I nie daję niczego po sobie poznać. Jedynie Franek coś tam dostrzega i patrzy pytająco. Albo się kuli w sobie. Tak jak wczoraj, kiedy powiedziałem mu w rozdrażnieniu kilka przykrych słów, po których miałem potwornego kaca, bo przecież nie chcę go ranić. Cholera, on jednak jest taki wrażliwy - zaraz się zamyka, jak podrażniony małż, i zdaje się tracić grunt pod nogami. Mam ochotę go z tego powodu kopnąć w tyłek. Ale nie robię tego, tylko go przepraszam.--- Wczoraj, w ramach przeprosin, poszliśmy późnym już wieczorem na przechadzkę i wstąpiliśmy nawet do baru. Wypiłem wczoraj piwo , które mi o dziwo smakowało! Cud... Miał trochę żalu, bo twierdzi, że nie chcę mu powiedzieć, co mi dolega... Powiedziałem mu, że się po prostu boję. Tylko tyle... Nic wielkiego w sumie - dodałem już po piwku dużym, które mi jakoś tak wesoło zaszumiało w łepku nastroszonym. - Trzeba się trochę przerazić i pobyć słabym... --- Ech, Franio - tak jakby on mi wszystko mówił! Zresztą jakie wszystko? Ile lat trzeba na jakieś wszystko! --- Ale oczywiście to ja nic nie mówię. Choć mi się gęba czasem nie zamyka. Jednak... rzeczywiście - nie wołam nigdy POMOCY!!!! Zazwyczaj nikt mi nie wierzy, gdy mówię coś o swej słabości, nieśmiałości... TY SŁABY? NIEŚMIAŁY? Wolne żarty! Tak, bo po mnie niczego nie widać. A pierwsze wrażenie, jakie robię, nie jest zazwyczaj sympatyczne - zimna bryła, twarda, nieprzystępna - ucieleśnienie dumy i nieczułego skurwysyństwa! Przerażająca sprawa. Bo przecież w środku siedzi taki mały chłopczyk. Chociaż rzeczywiście dumny, który nigdy nie prosi i który nikomu nie pozwoli rzucić się na kolana. Istotnie - wolałbym umrzeć niż błagać o łaskę. A jeśli któregoś dnia postawią mnie pod szubienicą, nawet nie kwiknę, a katowi pokażę język albo jedną z moich głupich min, tak żeby mu potem w domu nie smakowała zupa! ---- Ech, nie ma się co wystawiać w napadzie życiowego smutku, psychicznego dołka, na głupkowate pocieszenia. Nie chcę nawet być przytulany. To ja przytulam. Biorę sobie Franka i go obejmuję, bawię się jego włosami, gładzę po piersi, upajam się tym najistotniejszym, najkonkretniejszym zjawiskiem. Tak właśnie zrobiłem wczoraj, kiedyśmy wrócili do chaty. Gapiliśmy się na jakiś film, a ja się go trzymałem... Nie, nie może mnie zjeść teraz ryba. Przecież też jestem szczęściem. Dość podupconym, ale... Ni ma, panie, lekko...  --- Jacy my malutcy jesteśmy. Małe iskierki z wariacką przepaścią nad głową... Tańce galaktyczne, eksplozje, czarne dziury... Mój ojciec całą rzecz kwituje dość prosto - Co to jest? Jakieś odległości głupokowate. Sto, dwieście, trzysta milionów lat świetlnych... Pojebane to! --- Cóżeś ty, Boże, uczynił? - Zamknij się, do kurwy nędzy, i dbaj o swojego chłopaka! - ryknął Bóg. No, i to rozumiem. W takiego Boga aż chce się wierzyć!
16:10, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3