BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 27 stycznia 2012
Wychodzi zero

 Jakiś czas temu wspominałem coś o wybaczaniu, o proszeniu o wybaczenie. No i przydarzyło mi się. Wprawdzie nie wzruszają mnie specjalnie pijackie gadki, niemniej byłem trochę zaskoczony...

 Odwiedziłem wczoraj tatę, któremu zebrało się na jakieś podsumowania. Z masy zer wyszło mu zero. To zrozumiałe, inaczej być przecież nie może... - Wszystko spieprzyłem, przesrałem całe życie... Zaskomlił z pijacką łzą w oku o wybaczenie... A ja machnąłem ręką i powiedziałem, żeby się nie przejmował. I rzygać mi się chciało.

 Powiedział, że całe życie się wszystkiego bał... Bał się też być ojcem. A ja sobie pomyślałem, że człowiek nigdy nie powinien bagatelizować swoich lęków. Powinien je brać pod uwagę, by wiedzieć, czego uniknąć.

 Tato, choć jeszcze nie jest taki stary, robi z siebie starca dalece omszałego. I jest idealnie pusty. Nie wie dokładnie kim jest, i ja też tego nie wiem. Praktycznie go przecież nie znam. Miałem ojca, a jednak nie miałem.

 Trawi to, co kiedyś tam, trochę sprowokowany (w innych okolicznościach bym milczał, bo nie mam w zwyczaju się przesadnie żalić) wygarnąłem... - Miałeś oczywiście rację...

 Nic nie mogę poradzić na to, że pozwolił, by inni zniszczyli mu życie... A mnie jest tylko przykro. Bo pamiętam, jak mi było ciężko iść w życie z poczuciem bycia śmieciem.

 Znowu ta czarna otchłań się otwiera i zieje nieświeżo. Mnie się nie chce wracać do tamtej przeszłości, którą przeżuwa tato na swej huśtawce nastrojów.

 Są ludzie, których chcemy pamiętać, i tacy, o których chcielibyśmy jak naprędzej zapomnieć. Ci drudzy jednak upierają się, by naszą pamięć zasiedlać ukazując na dodatek swoją najgorszą twarz... Matka - ziejące nienawiścią oczy i zaciśnięte zęby, przez które sączą się słowa, jakich żadne dziecko nie chciałoby usłyszeć z ust swojej rodzicielki... I ojciec - w skorupie lęku. Sparaliżowany.

  Na codzień nie wracam do tych zastarzałości, zazwyczaj... Mam swój świat, swoje sprawy. Jako ten jeden krok za daleko, staram się żyć. Czas się tylko cofa, gdy idę zajrzeć do ojca. Ten sam niepokój, jak w dzieciństwie... Podobnie było z matką. Ci ludzie zawsze mnie przerażali.

 Moje zasrane sumienie nie pozwala mi go odtrącić. Patrzę na ten horrendalny życiowy wygłup. Na to straszne nic, które zaczyna się trząść... Wieczna bezprzyjaźń... Kalectwo...

 Zaczął coś bredzić, że powinienem go odesłać na jakiś śmietnik, na jakieś wysypisko dla starych ludzi... Przepraszam, ja cię strasznie przepraszam - powiedział człowiek, który kiedyś potrafił udawać, że mnie nie zna...

 Przez cały wczorajszy wieczór byłem psychicznie zdewastowany... Mam w głowie tę nienajnowszą już myśl, że moim największym błędem było odnowienie po dłuższej przerwie kontaktów z rodzicami... Po co to zrobiłem? Żeby znów być splutym, żeby stracić trochę pieniędzy i żeby jeszcze patrzeć na przedwczesne starcze wykolejenie... Boję się, że z ojca może być kiedyś galareta zupełna... Bogowie, a ludzie w jego wieku jeszcze tak potrafią cieszyć się życiem. Ale tato nigdy się nim nie cieszył. Tak jakby chciał tylko jakoś ten koszmar przeczekać...

 Mam wrażenie, że on też od małego był śmieciem. I nic z tym nie zrobił...

 Czy odeślę go kiedyś na śmietnik? Drżę na samą myśl o tym, choć to takie dziś powszechne... Sami nie chcemy się męczyć - usypiamy stare psy, starych ludzi wypędzamy jeszcze za życia w zaświaty, poza nawias, byle się nie kłopotać...

  Może to ich szczęście, że jednak nie zapomniałem... Matka przecież nie umarłaby, tylko zdechła jak bezpański pies... I strach pomyśleć, co mogłoby się stać z samotnym tatą...

 Nie ma nic okropniejszego od rodziców, którzy nigdy nie dojrzeli...

 Tato sumuje zera. Życie przesypało się jak piach... Strachliwy, uczciwy, poczciwy mąż...  wiecznej dziewczynki, tanecznicy, oszustki, złodziejki opuszczonej na koniec przez wszystkich miłośników... Smutne to wszystko, bardzo smutne...

14:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Czarujący podarunek

 "Wielkiemu malarzowi przydarzył się wrażliwy widz w jego Muzeum". Tym malarzem jest Edvard Munch - widzem zaś poetka, pani Bogumiła Jęcek. Owocne okazało się jej spotkanie ze sztuką norweskiego mistrza, bowiem wyrósł z niego tomik z wierszami "Czarne koronki". A ja się mogę pochwalić, że owoc tego spotkania mam właśnie przed sobą - ładnie wydaną książkę, którą mi sama autorka podarowała, z serdecznościami i autografem, za co jestem wdzięczny! To takie czarujące... I wspaniałe, bo przecież dotykające sztuki, którą sam jestem zafascynowany.

 Ileż to razy wpatrywałem się w jego prace, w to całe namalowane życie, w te osobliwe "niewykończoności", aż proszące się, by wysnuć z nich jakieś poetyckie słowa. I takie słowa wysnuła pani Bogumiła. Przeżycia i emocje malarza spotkały się z emocjami widza potrafiącego je opisać... "Pisałam jego, siebie czy nas?" Myślę, że jak siebie, to i też trochę jego, i nas. W tym też i mnie. Tak jak i Munch malował siebie i nas...

 Nie zawsze kształty i kolory przywodzą nas do słów. Są na szczęście tacy, co mają odpowiedni dar - tworzą literaturę, a dzięki niej, zdarza się, wyrażają też i cudze, milczące myśli albo pomagają je wyrazić, jeśli nie czynią tego wprost.

 Jestem tak dopiero po gorącej i wyrywkowej lekturze, ale już mi się zbiór bardzo podoba. Będzie nad czym pomyśleć!! I może podzielę się w przyszłości jakimiś refleksjami. Dziś powiem jeszcze tyle - jak tylko otworzyłem książkę, chciałem się zorientować, czy jest tam utwór o obrazie "Noc w St. Cloud". To jedno z moich ulubionych dzieł Muncha... Fascynujące - miałem zawsze w głowie tę samą myśl - w tym pokoju jest jak w przedziale!... "Tylko okno podzielone inaczej"... "Ile ramion może mieć krzyż? Nie ściągam cylindra, zbyt mało przystanków"... Od razu zacząłem panią uwielbiać!!

 Tak więc jest coś nowego i fascynującego w pejzażu polsko - norweskim! Cieszy mnie to bardzo. I zachęcam do sięgnięcia po "Czarne koronki" Bogumiły Jęcek, autorki, której z całego serca dziękuję. :)

15:41, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 stycznia 2012
Kan speilet tale?

 No to jeszcze coś skandynawskiego. Tym razem z Norwegii.

SIGBJØRN OBSTFELDER

"Czy lustro umie mówić?"

Czy lustro umie mówić?

Lustro umie mówić!

Będzie patrzyło na ciebie każdego ranka,

wnikliwie,

będzie patrzyło głębokim, mądrym okiem,

twoim własnym!

Będzie witało cię gorącym, granatowym spojrzeniem:

Jesteś czysty?

Jesteś uczciwy?

                        przełożył Kiljan Halldórsson

13:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 stycznia 2012
Trzy poetki

 No to może jakiś wiersz ze stron północnych...

Kristín Ómarsdóttir, rocznik 1962, poetka, prozaiczka, także autorka dramatów pochodząca z Reykjaviku. Debiutowała w 1987 roku tomem poezji "Í húsinu okkar er þoka" (W domu naszym mgła), zaś jako prozaiczka dała się poznać na początku lat dziewięćdziesiątych książką "Svartir brúðarkjólar" (Czarne suknie ślubne). Jest laureatką wielu nagród, wyróżnień...

I taki jej utwór... Nie wiem, o co biega... Może to o wyższości życia nad poetycką magławicą? Słowa piękne, słane do druku, tęsknoty czarowne... A w wersji uproszczonej i mniej twórczej - siedzenie w drętwocie i oglądanie seriali, patrzenie, jak kochają inni... Czort wie... W każdym razie pełen życia wicher dość lekceważąco podchodzi do papierowych uniesień ducha... Tak mi się zdało.:)

Kristín Ómarsdóttir

Þrjár skáldkonur

í hvítum brjóstahöldum

sitja í kringum lágt

hringborð.

Með bók við hönd.

Maður klæddur sjóræningjapeysu

kemur inn um dyrnar

úr snjóroki og sest

við borð kvennanna.

Klæðir sig úr peysunni.

Þegar hann snertir

eina þeirra

eru þær allar dánar.

Og lifna ekki við.

Þó þær bíði eftir kossum hans.

Þá stendur hann upp,

tekur hina snertu í fang sitt

og heldur á henni út.

Gegnumtrekkurinn

þegar dyrnar opnast og lokast

flettir siðum bókanna

þriggja.

*

Trzy poetki

w białych biustonoszach

siedzą przy małym

okrągłym stoliku.

Każda z książką w dłoni.

Mężczyzna w swetrze pirata

wchodzi drzwiami

prosto ze śnieżnej burzy i dosiada się

do kobiet.

Zdejmuje sweter.

Dotyka

jedną z nich,

wszystkie są martwe.

I nie mają zamiaru ożyć.

Choć oczekują jego pocałunków.

Wreszcie wstaje,

bierze tę, którą dotknął, w ramiona

i wynosi na zewnątrz.

Przeciąg

w chwili między otwarciem i zamknięciem drzwi

przerzuca pobieżnie kartki trzech

książek.

                przełożył Kiljan Halldórsson

wtorek, 10 stycznia 2012
W dziób

 Z mężczyznami to raczej jest nudnawo. Ale z chłopakami - dzieciakami - ci zawsze coś wypieronią...

 No, mógłbym powiedzieć panu pułkownikowi: Witaj w klubie! Sam przerabiałem dziurę w policzku na wylot, tyle że moja nie była od strzału tylko od kamienia ciśniętego łapą kibolskiego bandziora. Ale potem to już jest ten sam scenariusz - twarzowo - szczękowa chirurgia, szycie i dość rychła wypiska. Na szczęście - dla mnie w każdym razie na szczęście, bowiem każdą minutę spędzoną w szpitalu traktowałem jak torturę... Do tej pory szpial jest dla mnie miejscem, z którym nie potrafię się w żaden sposób oswoić - wszystko mnie tam brzydzi, boję się czegokolwiek dotykać, nawet wdychanie powietrza odczuwam jako śmiertelne zagrożenie. Paskudztwo, po którym zaraz trzeba iść pod prysznic!!

 Łomatkoświnto - zawołałem. Cóż za spektakl chłopak zrobił. Emocjonalnie było, ale jednak na sucho, bez potu. A potem okienko, co by na rykoszety jakieś nie pozwalać - i trach, w paszczę. Ale niefortunnie - zadrżała ręka i poszło po miękkiej tkance prokuratorsko - wojskowego policzka.

  Niezdrowo (chyba) fascynują mnie ludzie robiący takie rzeczy... Z pewnością to echa moich dawnych tęsknot, pośród których kiedyś tacy ludzie budzili moją zazdrość... Ale też i mogli wzbudzić przerażenie, jeśli im się nie powiodło.

 Tak to właśnie jest - nigdy niczego do końca nie wiadomo. Można sobie coś w głowie zaplanować, wyreżyserować wprawnie, a tu jedno drgnięcie ręki, i wszystko się wali. Pozostaje absurdalna dziura w dziobie, w sumie niegroźna, acz pod wieloma względami kłopotliwa.

 Sam śniłem kiedyś o takich rzeczach. Marzyłem, żeby w podobny sposób przede wszystkim ukarać własną matkę... Nie wiedziałem tylko, czy będę mógł patrzeć, jak bydlak usycha gnieciony wyrzutami sumienia... I nie wiedziałem, czy to łatwo może pójść takie przeniesienie się na pośmiertny punkt obserwacyjny... Właśnie takie coś było dla mnie czymś odstraszającym - coś sobie zrobię i przeżyję. Ktoś mnie zobaczy i zacznie po bestialsku ratować...

 Gówniarskie to było.

 Ech, mundury i honory, ech, chłopaki - dzieciaki...

13:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
niedziela, 08 stycznia 2012
Uprzejmość VI

 Kuchnia w tym odosobnionym domu była okazała jak sala balowa. W tym przesadnym ogromie cisza wypełniająca dom miała w sobie coś przytłaczająco smutnego. Być może ktoś, kto projektował kiedyś tę siedzibę, spodziewał się, że pustkowie stanie się miejscem ludnym i hałaśliwym... No tak, ale przecież tak tu kiedyś było, przynajmniej okresowo - pomyślał Timo odwołując się do mglistego wspomnienia wypełnionego niesamowitym krzykiem. - Wcześniej płonął wielki, fascynujący ogień...

 Timo spojrzał na jedno z dużych okien. Za nim tkwiła ta sama osnuta mgłą góra, której przyglądał się w czasie porannego spaceru. Teraz została ujęta w okienne ramy i przemieniła się w ledwie urzekająco dekoracyjny obrazek o znacznie przytępionej grozie... - Człowiek, by poczuć się nieco pewniej, musi obstawić się ścianami. A w owe ściany wstawić sobie okna, by przepuszczały światło i dawały poczucie, że może nie aż tak bardzo tchórzymy przed mateczką ziemią... Ludzik - przestraszony golas.

 - Niech pan siada i się częstuje.

 Timo usiadł i sięgnął zaraz po paczkę kukurydzianych płatków. Wsypał do miski sporą ich porcję i zalał ją zimnym mlekiem.

 - Podróżuje pan samotnie?

 - Tak.

 - Często pan tak wędruje?

 - Nie, nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. W zasadzie nie zwykłem się przemieszczać. Zrosłem się ze swoim miejscem. Ale teraz coś się wydarzyło, sam nie wiem co, ale coś się wydarzyło i kazało mi się wybrać do krainy dzieciństwa.

 - Ach tak...

 - Piękny, acz surowy widok - zauważył Timo wskazując łyżką na okno.

 - To prawda. W górach jest tyle spokoju, mimo wszystko. Paul twierdzi, że Liljecrona nie miałby tu czemu przygrywać. Na całe szczęście - powiedziała z uśmiechem Inger.

 - Domyślam się chyba, dlaczego - odparł Timo.

 - Paul to gospodarz... Jest pisarzem - objaśniła Inger.

 - Ach tak. Nigdy nie byłem w domu pisarza. Bardzo tu cicho.

 - Tak. Ten dom od dawna jest cichy i smutny.

 - Dziwne tu jest zamieszanie w nazwach. Biedni kierowcy, sami rozbrajająco przyjezdni, mają sporo kłopotów. To, co kawałek od drogi, jest jakimś pogmatwanym kosmosem, o który lepiej nie pytać.

 - Ljan to po moim mężu. Całkiem nieoficjalna nazwa. Zresztą jedna z wielu, a każda związana z jakąś opowieścią z dawnych czasów.

 - Mówią o tym całym Bakken jakieś niepokojące rzeczy - powiedział Timo.

 - Rzeczywiście. Dość dużo nieszczęść się tu przytrafiło. Jedno z nich wypłoszyło stąd mojego nieżyjącego już męża. Był kompozytorem. Chciał tutaj pracować...

 - Ktoś sobie tutaj coś zrobił i spowodował hałaśliwe zamieszanie...

 Inger spojrzała na Tima z uwagą.

 - Wydawało mi się, że nigdy nie było o tym głośno. Zresztą nie było mnie przy tym.

 - Ale ja byłem gdzieś obok. Jako mały chłopiec.

 - Mowi pan poważnie? - zdziwiła się Inger.

 - Przecież powiedziałem, że stąpam po ścieżkach, po których dreptałem kiedyś dziecinnymi stópkami. Zdaje się, że tutaj dreptałem z wyjątkową gorączkowością, w dzikim pośpiechu. Udzielił mi się nastrój matki pełen gniewu i strachu.

 - Pańska matka znała Ljana?

 - Tego nie wiem. Ale ja go znam. Mam na płycie jego drugą symfonię. Kawał gniewnej muzyki.

 - To interesujące.

 - Podobała mi się wielka namiętność pani męża do fantazyjnych nakryć głowy.

 - Podyktowała ją choroba.

 - Nie wiedziałem.

 - Ja za to wiedziałam i nic nie mogłam poradzić. Ljan był tak przerażająco zafascynowany rozkładem swojej głowy... Czasem mam wrażenie, że hodował tę śmiercionośną narośl, że dawał jej pełną swobodę, by się nade mną znęcać... Ale przepraszam, że mówię panu takie rzeczy... Czasem zachowuję się jak...

 - Nic w tym nadzwyczajnego.

 - W moim życiu zrobiło się nagle tak cicho. Rozproszył się gniew, opadła gorączka... W zasadzie nigdy mnie nie było... Był on i jego kariera. I straszna choroba... Pozostałam cierpiętnicą, służącą nieboraków. I dlatego tu jestem. Do niczego innego nie dojrzałam. Obłędnie się narzucam...

 - Że jak?

 - Przepraszam. Jestem nieznośna. Chciałby pan zapalić?

 - O niczym innym nie marzę.

 - Rozejrzę się za papierosami. Paul powinien mieć coś w bibliotece. A pan niech sobie naleje kawy.

 Ciepły, gorzki, smolisty płyn rozlał się rozkosznie po podniebienu. Timo czuł się nieco oszołomiony tym rozgadanym śniadaniem. Timo nie był w zasadzie przyzwyczajony do rozmów...

 - To, co mi pani powiedziała, przypomina mi jednego z moich krewnych. Ten człowiek przez większą część życia zajęty był opieką nad upośledzonym umysłowo bratem. Kiedy jego podopieczny umarł - szczęściarz z niego - sam poczuł się jak oderwany z jakiejś książki przypis. Całkiem bez sensu w tym wydarciu, w oddaleniu od treści, których kiedyś dotyczył.

 - Chyba dobrze to ujął... A pan? Gdzie pan już był?

 - Niewdawno byłem nad Tyin. Chyba po to, by przestraszyć się samego siebie.

 - Brzmi dość tajemniczo.

 - Być może. Nie wiem, chyba dopadły mnie myśli, którym nigdy wcześniej nie chciałem się poddać. Nie mam pojęcia, kim jestem. I nie wiem, czemu się tak teraz tym przejąłem. Nawet nie wiem czy chcę gdziekolwiek wracać. A podróż, gdy nie ma punktu powrotu, gdy gubi się punkt wyjścia...

 - Nikogo pan nie ma? Nie ma pan do kogo wrócić?

 - Do tej pory byłem bardzo zadomowiony. Koszmar dnia, słodki sen. I ktoś na kształt przyjaciela, którego pcham czasem przed sobą jak niewolny... Obaj utknęliśmy. Dla nas została wymyślona jedynie pewna sytuacja, w której wszystko musi się powtarzać. Przynajmniej tak do niedawna sądziłem... Byle to przeczekać - myślałem o wszystkim jak o chorobie, na którą nie ma lekarstwa.

 - Jak ma na imię panśki przyjaciel?

 - Rainer.

 - Coś mu dolega?

 - Tak, nie może chodzić. Mam wrażenie, że nie bardzo go to martwi. Ja mogę chodzić, a czułem się zawsze równie ograniczony. Ale... Nieważne... Jest tak, jak ludzie wierzą. Kiedy Rainer był mały, miał całkowitą swobodę ruchową. Skorzystał z niej w dość zaskakujący sposób, a mianowicie pewnego dnia wyrzucił do morza swojego młodszego braciszka. Nad życiem zawisła nieustępliwa ciemna chmura. Chyba nie bardzo wiedział, co zrobił. Ale gdy potem zdarzył mu się wypadek, wyszło na jaw, że góra, w którą święcie wierzy jego matka, miała inne w tym względzie zapatrywania. Sprawiedliwa nierychliwość... Musi, pozbawiony większej swobody, regularnie patrzeć na mogiłkę, a także słuchać pełnych skargi modłów. Ma pamiętać do obłędu. Otoczony podszytą nienawiścią troską... Pewnego dnia mam go zepchnąć z nabrzeża. Sam mam zdecydować, kiedy to powinno nastąpić... Albo inaczej, mam się skupić na tajemnych podszeptach... Nie wiem, dlaczego przyszło mu na myśl, że mógłbym być narzędziem.

 - Chyba nie myśli pan, że mógłby...

 - Właśnie sam nie wiem. Na razie niczego nie słyszę.

 - Inger, Inger, do cholery! - rozległ się okrzyk dobiergający z głębi domu, jak skarga ducha rozdzierająca nagle upiorną ciszę.

 Timo, widząc zakłopotanie kobiety, postanowił się wycofać.

 - Może zostanie pan na kilka dni? Mam jakieś przeczucie, że...

 - Że co?

 - Przepraszam, tak tylko gadam. Przepraszam.

 - Tak, tak. Już sobie pójdę. Bardzo dziękuję za poczęstunek.

 - Z kim ty tam, do diabła, rozmawiasz? Czy to znowu ten idiota Bredesen?!

 Timo wyszedł na wilgotne powietrze. Nadal panował przejmujący chłód. Z radością ściskał w kieszeni podkradzioną paczkę pełną papierosów. Wesołość szybko mu jednak przeszła - nie miał wszak ognia, a jakoś nie bardzo chciało mu się wracać do tego smutnego domu...

CDN

17:05, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 stycznia 2012
Na pozbawionym entuzjazmu globie

 No i tak... Wszyscy żywi. Łącznie z Niedźwiedziem... Niedźwiedziowi to się nawet polepszyło, kiedy w popłochu odstawiłem lekarstwo, jakie mu kazała podawać pani weterynarz. Od początku nie miałem zaufania do tej baby... Żałuję, że nie ma mojego weterynarza, do którego chodziłem z Niedźwiedziem - to był cudowny facet, widać było w nim pasję, miał fantastyczne podejście do zwierząt oraz ich właścicieli - w jego gabinecie czułem się zawsze bezpiecznie, gdy zjawiałem się razem z tym osobliwym i kosztownym przypadkiem, którego nawet najniewinniejsza rzecz, jaką jest mierzenie temperatury, potrafi wprawić w stan dzikiego szoku. Kiedyś wyciągnął mi Niedźwiedzia z łap śmierci. Chociaż przestrzegał mnie, że może psisko nie pożyć długo. Było to chyba z siedem lat temu. Niedźwiedź żyje do dziś. Z punktową siwizną na mordzie. I wygląda, że czuje się nieźle - ma okropny apetyt i nawet interesuje się sprawami miłosnymi... Właśnie wzdycha od przedwczoraj do sznaucerki z sąsiedztwa... I oby tak było jak najdłużej.

 I co poza tym... Mamy więc rok 2012. Ponoć już teraz to na pewno będzie koniec świata.:-) Tak, tak, z pewnością wielu osobom coś takiego się przytrafi. To nic nadzwyczajnego. Jedyne lekarstwo na jakiś koniec świata, to spróbować oswoić się z nową sytuacją. To trochę kosztuje i nieco boli, gdy człowiek musi się na nowo oswajać nawet z widokiem z własnego okna... Innej rady jednak nie ma.

 Kłopoty, kłopoty - przygniotły mnie różne kłopoty i mam za sobą trochę szarpiącej nerwy bezsenności. Aż w końcu wziąłem się za robotę. Ja już tak mam, że czasem muszą mnie wyszarpać różne emocje, a potem - wyszarpany - robię swoje... Bogowie - praca jako lekarstwo. Aż mi palce sztywnieją, gdy to piszę - ale tak to bywa... Całkiem szczerze mówię, ja, wróg pracowitości, ja, który jestem w stanie zapłakać widząc trudzącego się człowieka, zarabiającego te swoje pieniążki... (Niestety, podejrzewam, że większość skazana jest właśnie na te dziecinne pieniążki, nie zaś na pieniądze...)

 I tak się świat kręci... I jesień ciągle. Coś się zablokowało w pogodzie. Te wichry w Norwegii. A w moich stronach jakieś nawet okropne rzeki błota... Zadziwiająca pogoda... Na tej naszej ziemi, co, jak zauważył kiedyś Emil Zegadłowicz, jest światem zdychającym, jeszcze żywym, wodą nabiegłym, krążącym wokół słońca mechanicznie i bez entuzjazmu. "Dodać jeszcze należy, że zamierająca ziemia ma umarłe dziecko, które - to jest wprost makabryczne - wlecze się za nią ustawicznie i straszy po nocach trupim blaskiem; jest nadzieja, że się to kiedyś skończy; lecz jeszcze nieprędko. Księżyc - to właśnie umarłe dziecko ziemi - wywiera swoisty wpływ na morze, kobiety i specjalnie podatne psychiki." :)

 Ja jestem z całkiem podatną psychiką. Trupie blaski są takie urzekające... Księżyc. Działa na mnie. Tak jak i działają kłopoty... To zadziwiające - gdy mam jakieś tarapaty, natychmiast zwiększają się moje zainteresowania seksem. Nie wiem skąd się to bierze... Może kryje się w tym coś niemal samobójczego? Mann był przekonany, że seks sąsiaduje ze śmiercią. Tak też zdawał się sądzić Obstfelder, który chciał widzieć jej ciemność w postaci kurewki. Miłosne uściski, a potem już nic, wreszcie nic, wyzwalające nic, ukrywające przed całym światem...

 Chociaż Obstfelder miał też nadzieję na przyjazne zaświaty, czy raczej jakąś inną, przyjazną planetę... W wierszu adresowanym do przyjaciela, Jensa Thiisa, pytał się, czy kiedyś jeszcze spotkają się wszyscy przyjaciele, gdzieś tam... Dla niego przyjaźń była najważniejsza. Bo przyjaciele spalatają się ze sobą jak dwa płomyki... Tak, tylko takie zaświaty byłyby do zaakceptowania... Niektórzy mają skłonność do opowiadania, że kiedyś znów się wszyscy  bez wyjątku spotkamy. Bogowie... Za nic w świecie nie chciałbym się spotykać po śmierci ze wszystkimi... Gdybym miał znów zetknąć się z niektórymi członkami mojej rodziny, to ja za takie zaświaty dziękuję!

 Póki co jednak daleki jestem od zaświatów - wystarczają mi przelotne zgony, te całe orgazmy... I idę w ten kolejny rok. Po swojemu. Bo zawsze chyba lepiej po swojemu, ze swoim głuptactwem nawet... Chyba w "Zaratustrze" Nietzschego jest takie zdanie, że lepiej być głupim na własną rękę niż mądrym wedle cudzego mniemania...

 Wszystkiego dobrego. Dla ludzi i zwierząt!!

16:16, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »