BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 26 stycznia 2013
To i owo (o skapywaniu brzydkich treści z dziobów, zakładaniu gumki i może jeszcze o lubusiach)

 I już sobie jestem. Wreszcie na tyłku sobie mogę klapnąć po dniach męczących i zwariowanych, i nawet troszkę narciarskich. Cały i zdrowy.

 Zauważyłem, że jak się nie uzupełnia bloga przez pewien czas, to jakoś tak więcej jest odwiedzin. Tak przynajmniej sugeruje licznik, nie wiem czy sprawny. Milczenie - widać - wzbudza wiekszą ciekawość. Może to oczekiwanie na jakąś wstrząsającą wiadomość, którą jakaś inna już a litościwa dusza mogłaby wpisać - krótką informację typu - A teraz właśnie autor umarł w męczarniach, co położyło kres jego gęgotom... I już tylko kilka wirtualnych świeczek [']... Bo jakoś tak lubimy palić świeczki na wszelkie możliwe sposoby i kochamy przeżywać tragedie, oczywiście w poczuciu własnego bezpieczeństwa. Nie ma to jak drobna dawka horroru w ciepłych pieleszach... O jej, jakie to życie jest straszne!!

 O jej, jaki ja jestem okropny!! Sorry!!

 Ale są i inni okropni... Tak ociupinkę podsłuchałem pyskówkę na temat projektów dotyczących związków partnerskich... Tak, tak, niczego innego się nie spodziewałem. Oczekiwałem też na wystapienia tej całej pani P. kupkającej z ramienia partii o dość humorystycznej nazwie, ze skarajnie zdemoralizowanym prezesem... Dno już dawno zostało osiągnięte - teraz się już w nim kopie, głębiej... Bezsensowne wydarzenie, gdzie po jednej stronie są trzeźwe argumenty, z drugiej zaś ich kompletny brak, zakrzyczany dokumentnie brak... Pani P. mówiła coś o jakichś sprzecznościach z naturą i o estetyce. Cudownie. Zdumiewające słowotoki, słowna sraczka, treści bardziej odpowiadające innemu otworowi, nie zaś ustom. Ot - takie publiczne defekacje... Mój zmysł estetyczny to paraliżuje. Ohydniejsza jest pani P. od najohydniejszej pornografii... Coś ta obrzydliwość kupkała o społecznej przydatności... A jakiż to pożytek jest z niej?? Cóż ona wie o pożyciach, o tych całych rodzinach... Zdaje się, że pani, wzorem swego prezesa, żyć nigdy tak naprawdę nie zaczęła... Zawsze o życiu mają do powiedzenia najwięcej ci, których życie jakoś ominęło szerokim łukiem... I zawsze zło i plugawość skrzeczeć chce o moralności... Okropne to! I takim to typom wyborca pozwala huśtać się za nasze pieniądze. Różnym takim zidiociałym, chamowatym paniom i innym panom, na czele z pewnym starszym, trwale bezrobotnym osobnikiem podkarmianym sowitym zasiłkiem, któremu z jakiegoś znudzenia straszliwego przyszło na myśl, że chciałby być prezesem na parceli rozciągającej się od Bałtyku do Tatr.

 No, a z drugiej strony wypada odnotować fakt, że sprawa nie ma dobrych rzeczników. Mało talentów, mało skuteczności... Dopóty tak będzie, dopóki nie zgromadzi się odpowiednia większość, która rzeczywiście z troską i zrozumieniem spojrzy na obywatelskie sprawy, tak by się obywatelom działo lepiej, by mieli poczucie bezpieczeństwa, prawo wyboru...

 Ale jestem i tak optymistą. Kiedyś litera przepisów nadąży za życiem. Tak się stanie. Wcześniej czy później, ale się stanie.

 A tak poza tym... Ot, codzienność... Stary Niedźwiedź trochę chorował. Nawet wprawił kiedyś Franka w stan paniki. Byłem na wyjeździe, gdy zostałem komórkowo zaalarmowany... - Jezu, ty wiesz, co się stało?!! Niedźwiedź mi się przewrócił na spacerze! A ja wpadłem w panikę. Myślałem, że to koniec. Jeszcze teraz się cały trzęsę.

 Niedźwiedzia udało się jednak Franiowi postawić na nogi. Postał trochę ze zwieszonym łbem, i ruszył dalej.

 Tak to jest. Okropna starość... Teraz wszystko wydaje się w porządku. W normie... Prawdę mówiąc rok temu o tej porze sądziłem, że przed Niedźwiedziem mało już pozostało czasu. A on jednak nadal jest z nami... Chyba bym sobie w łeb strzelił, gdyby mi wtedy ta cała pani weterynarz wykończyła swym "leczeniem" Niedźwiedzia. Dobrze, że jednak mam troche tego rozumku... Kiedyś miałem ochotę wtargnąć do tego jej wypasionego gabineciku, by jej normalnie obić pysk. Byłem skrajnie wściekły. Ale ograniczyłem się do robienia jej antyreklamy...

 A z innej beczki jeszcze... Bawią mnie głupstwa w naszej codzienności. Franio mył sobie kubeczek swój w wodzie zimnej, bo kuchenny piecyk wysiadł. Franio się ciężko zastanawiał nad fachowcem... Piecyk ma już trochę latek i myśleliśmy o jego wymianie na elektryczny, ale jakoś tylko na takim myśleniu się skończyło... Tak, tak, trzeba wreszcie wymienić, bo ten gaśnie i nie grzeje... I łapki dwie lewe, przynajmniej w niektórych sprawach... Wreszcie Misio - humanista wrócił i błysnął swym zaskakującym znawstwem zjawisk technicznych... To na pewno poszła membrana, którą trzeba po prostu wymienić... Dzieje się tak czasem, że gdy gumka dziurawa, nic ciepłego nie poleci... Franio popatrzył i rzecz wydała mu się nader skomplikowana i niebezpieczna, i w ogóle - no, jakby w babraniu się w tego rodzaju hydraulice było coś wysoce niestosownego dla takiego wytwornego pederasty... A tu wystarczyło tylko wykręcić kilka śrub, wyjąć gumkę, wziąć ją na wzór, pójść do sklepu, by nabyć taką samą... Pani mi sprzedała cały zestaw naprawczy, czyli gumkę z kompletem uszczelek...

 W końcu ma się tę wprawę w zakładaniu gumek. Tak więc i z tą piecykową poszło jak z płatka. I poleciała woda ciepła.  - Da się? - Da się... Hm, nic tak nie potrafi ucieszyć głupiego humanisty jak zreperowanie czegoś własnymi łapkami.

 A gdyby jeszcze kogoś interesowało, co sobie w wolnych chwilach podczytuję, to powiem, że oddaję się całkiem nastrojom tatrzańskim. Sezon w końcu, więc i lekturę trzeba sobie dobrać odpowiednią... Jakiś czas temu wspominałem tu o książce Rafała Malczewskiego. W te same klimaty wejść można czytająć "Schodami w górę, schodami w dół" Michała Choromańskiego. Urocza to ksiązka. Podtatrzańska, pełna rozmaitych typów, szczęśliwych, malowniczo wykolejonych. Nie mogło tam braknąć morfinistycznej zjawiskowości wykolejeńca zawodowego (czyli z tajemnicą) Filipowskiego (w powieści występuje on jako czarnoksięznik i chiromanta Ignacy Lilipowski), nie mogło braknąć zakopiańskich cudaków, wariatów, lubusiów wszelkiej maści (bo na kochanków pod Tatrami mówiło się kiedyś lubusie, co brzmi sympatycznie i byłoby przyjemnie, gdyby dziś ludzie też tak o sobie mówili - oto mój lubuś, ja jestem jego lubusiem), plotkarstwa, brydża, gorzały, taterniczych opowieści, samobójczych strzałów, nieboszczykowej budującej tumbę (przy postaci pani Draginy nie sposób nie pomyśleć o nieboszczykowej Kasprowiczowej z nasturcjowej Harendy) ... Przebarwna rzecz. Upowieściowiony Malczewski. Klimat jakby z Mannowskiej "Czarodziejskiej góry", na której ludzie wypadali poza zdyszany czas nizinny... Jak się człowiek dobrze wykolei, to zawsze w najdoskonalszym miejscu, gdzie porzuca się sny o przyszłości i ambicje, bo na cóż ambicje, gdy wszystko jest doskonałe... Podtatrze zasysało ludzi. Ilu było takich, co przyjeżdżali na krótką chwilę, a zostawali na całe życie, na taką wielką, długą chwilę. Na ubaw. Na malownicze plotkarstwo. I kombinowanie kasy na jakieś zupełnie czarodziejskie sposoby...

 No, i tyle na dziś. Polecając Choromańskiego, zmykam!:)

15:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (17) »
sobota, 12 stycznia 2013
Z zimowych ciemności

Dzisaj wierszyk:

VILBORG DAGBJARTSDÓTTIR

Wiersz z zimowego mroku

Zimno i ciemno.

Zimno, ciemno i śnieżna zamieć.

Zapada zimowy zmrok

ciężki jak czapa śniegu na dachu.

Jak słoneczny promień,

jak wspomnienie łagodnego letniego dnia

jest hiacynt, który mi przysłałeś.

Fiolet to kolor Wielkiego Postu - pomyślałam

i postawiłam kwiat na nocnym stoliku,

i gdy zgasiłam światło,

jego woń wypełniła ciemność

i pokonała szalejącą na zewnątrz zamieć,

jak gdyby delikatna nuta

wyrosła z potężnej symfonii.

O, ostatniej nocy padał śnieg

i teraz każdy ujrzeć może

w świeżym puchu ślady stóp

od moich drzwi

do twego domu.

             przełożył Kiljan Halldórsson

wtorek, 08 stycznia 2013
A więc jednak!!

 Nic mnie bardziej nie mogło ucieszyć! David Bowie wrócił!!!

 A już się pogodziłem z jego przedwczesną emeryturą.

 I nikt nie puścił pary. Pełna tajemnica. Aż do teraz, kiedy pojawiła się nowa piosenka, zapowiadająca nową płytę. Po dziesięciu latach!! Po latch, które pan Bowie przeżył sobie zaszyty w prywatności, z rodziną... (Kiedyś, w jednym z wywiadów, powiedział, iż żałuje, że przed laty przegapił dzieciństwo swojego syna. Teraz najwyraźniej nie chciał przegapić dzieciństwa córki, której ponoć poświęca dużo czasu...)

 A jednak pociągnęło wilka do lasu. Mam nadzieję, że na dłużej. W końcu Bowie kończy dziś ledwie 66 lat - w naszych czasach to przecież żaden wiek.

 Brakowało Davida. To jeden z nielicznych ludzi estrady, których można bez wahania nazwać Artystami. Zatem jest! David Bowie... A reszta to pijane dzieci we mgle.:))

 Dla takiego fana jak ja - wiernego od trzydziestu lat - to wspaniały prezent!

www.youtube.com/watch?v=FOyDTy9DtHQ

 

17:51, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 stycznia 2013
Symfonicznie

 Baba to nieszczęście. Tak przynajmniej utrzymują niektórzy przesądni ludzie. I tak ponoć dobrze jest w wigilijny poranek spotkać najpierw faceta. Bo jak się najpierw spotka babę, to pech. Ponieważ sam do końca z przesądności otrząsnąć się nie mogę, proszę los o łaskawe traktowanie, szczególnie właśnie w wigilijny poranek. Przyznać muszę, że i tym razem mi się udało, ale też - wypada dodać - jestem w doskonałej sytuacji, ponieważ mam sąsiada, któremu krzykliwa żona nie pozwala palić papierosów w domu, tak więc, porą zimową, miast oddawać się nałogowi na balkonie, chodzi kurzyć na klatkę schodową. Dość często mijam go w tej jego palarni, i tak też się stało 24 grudnia - ledwie wyszedłem za próg, a tu zaraz powitała mnie niebieskawa chmura dymu, w którą spowity był ów palacz - wygnaniec. Cóż za szczęście, bo facet na dodatek nosi okulary! Przecież spotkanie okularnika jest jeszcze korzystniejsze!! Po czymś takim już żadna baba nie jest groźna - człowiek jest zabezpieczony przed wszelkimi urokami!!

 Ach, biedne te baby, tyle bowiem złych rzeczy im się przypisuje, i to w wielu krajach... Na przykład dawni norwescy rybacy i łowcy też sądzili, że baba to nieszczęście. Ci twardzi faceci w ogóle byli niesłychanie przesądni i woleli trzymać się różnych reguł, by nie zadzierać z niebezpiecznym żywiołem. Na pokładach nie wolno było na przykład wypowiadać słów, które w jakikolwiek sposób nawiązywałyby do chłopskich trudów na roli, nie wolno było nosić ze sobą noży o ostrych czubkach, nie wolno było nosić pewnych ubrań, choćby spiczastej czapki, szczególnie czerwonej. No i oczywiście na kilka dni przed wypłynięciem w morze żadna baba nie miała prawa zbliżyć się do szkut. Ale żeby nie było tak całkiem smutno, baby miały sposobność, by się pozytywnie przysłużyć mężczyznom - wystarczyło, by nasikały wcześniej na szczęście na sieć albo na harpun...

 No - tak więc zabezpieczony odpowiednio wchodzę w rok nr 2013.

 Właściwie w ten rok prawie że wjechałem na rowerze, bo sylwestrowe południe było tak piękne i bezchmurne, że wpadła nam do łebków mała rowerowa przejażdżka. Na wieś mamy niezbyt daleko, bo mieszkamy niemal na przedmieściach - myk myk, i już byliśmy na nieco przyszarzałych łąkach, na wolnej przestrzeni, w urokliwej ciszy... Było tak wiosennie! Aż nie chciało się wierzyć, że jeszcze cała zima przed nami!!

 A potem przyszedł wieczór. Bardzo kameralny. Bo nie mieliśmy ochoty na nic hucznego. Podobnie jak nasi znajomi, którzy do nas wpadli na pogaduchy. Z kuchni wyskrobało się trochę żarełka, z barku wyłowiliśmy butelczynę Finlandii... Tylko brakło nam czegoś musującego i strzelającego, bo jakoś nikt o tym nie pomyślał... Ale i bez strzelania było szalenie miło - ot, wieczór na czterech pedziów i dwa psy żebrzące (no bo przecież jak żarcie jest na stole, to trzeba się dołączyć - wiekie oczy, odpowiednio ustawione uszy, myśliwski bezruch i nadzieja, że a nuż coś się uda upolować...) Jedzonko, przyjaciółka gorzałka (przyjaciółka, nie kochanica, co pragnę zaznaczyć) i muzyka, o którą zadbaliśmy z Duszkiem lubiącym grzebać w moich półkach - on zawsze, jak do nas wpada, musi koniecznie wydłubać jakąś książkę albo płytę. Ponieważ Duszek zaczyna odkrywać klasycznych mistrzów, zaproponowałem coś barokowego, a mianowicie Telemanna, którego jeszcze nie słuchał, on zaś gorąco zapragnął IX Symfonii Beethovena. I tak się ułożyło, że owa symfonia brzmiała sobie radośnie, gdy wybijała północ.

 I proszę - w Duszku miałbym partnera do muzyki. A on taki nie w moim typie. Jest wprawdzie interesujący, oczytany i doprawdy śliczny, tyle że ja nigdy nie miałem skłonności do takich delikatnych cacuszek... Jakoś tak zawsze jest, że upragnione cechy nie lubią łączyć się w jednym człowieku. Franio jest całkiem w moim typie, ale dla niego taka IX Symfonia to jedynie - bo ja wiem - taki nieznośny jubel. I nic na to poradzić nie można. Nie zamieniłbym go jednak na żadnego innego gościa... A od wypadów do filharmonii mam "siostrę". Niestety zbyt rzadkich, nad czym nieustannie ubolewam... Tak to jest z tymi wielkimi rzeczami, o którtych utarło się mówić, że są wspaniałe. Tymczasem istnieją ludzie, którzy owe wielkie rzeczy traktują raczej z buta... I ja też taki przecież jestem. Weźmy na przykład Wenecję. Wszyscy mówią, że jest wspaniała. A ja tego zdania nie podzielam. Kiedyś jeszcze Adri zażądał ode mnie podróży do tego miasta, w którym się niestety nie zakochałem. I potem opowiadał: - Przecież to bydlę było nieznośne! Znudzone, lekceważąco pobieżne... Zachwycił się jedynie śmieciarzami!... Bo rzeczywiście pewnego ranka zobaczyłem rozbrajająco pięknych i zadbanych sprzątaczy... Ale i tak Adri mnie uwielbiał, a ja jego... Taki już jestem, że wolę pójść do lasu, najchętniej iglastego, pogapić się na lodowiec i takie tam... Ja nawet słynne Zakazane Miasto w Pekinie oglądałem bez większego entuzjazmu. Zresztą Azja w ogóle wydała mi się okropna. Obca planeta... Z dwoma wyjątkami w postaci paru syberyjskich miejsc i Mongolii z jej przestrzenią - aż człowieka kusiło, żeby w niej pobłądzić na amen.

 I mamy kolejny rok... Wpadłem nawet trochę w depresyjne nastroje. Bo w okresie świątecznym świat normalnieje. Tak jak świat normalnieje wieczorami i nocą, gdy ludzie nie gonią i nie tyrają. Wszystko jest spokojniejsze, na pół gwizdka, i człowiek nabiera nierozsądnie przekonania, że tak już zostanie. A tu raptem przychodzi 2 stycznia i od razu, całkiem bezlitośnie leje nam na łeb zwykłą szarzyznę... I ludzie się budzą. I, bywa, że jest to przebudzenie dość bolesne, bo raptem się okazuje, że niejeden, by się postawić, zastawił się...

 Zawsze mnie dziwią naiwni ludzie, którzy dają sobie zarzucać pętle na szyję. Życie na pożyczkach... Zresztą - jakie tam pożyczki!! Często używamy niewłaściwych słów, które tylko fałszują rzeczywistość. Jak się coś pożycza, to się niczego nie chce. Ja ostatnio pożyczyłem stówkę koleżance, bo się w sklepie okazało, że wysiadł terminal i można było płacić tylko gotówką, a koleżanka miała tylko karty. Pożyczyłem jej więc stówkę, a ona mi potem taki sam papierek zwróciła, gdy tylko napotkaliśmy bankomat. A jak się coś bierze na procent, to to już jest zwykły handel. I bywa, że pieniądze kupują ludzie, których na pieniądze nie stać, i robi się kłopot. Biorą sobie chwilówki na wieczność... Nie wiem jak to jest, ale chyba nawet są tacy lichwiarze, którzy przysyłają z finansową pętlą pracowników do domów głuptasów i naiwniaków, którzy nawet nie wiedzą, co podpisują... Jedno mnie tylko zastanawia - tacy ludzie, którzy owe pętelki bliźniemu zakładają. Mówią, że to ich praca... Jak się coś nazywa pracą, to to lepiej brzmi, to jak etykietka przylepiona do porządnego obywatela. I taki obywatel zakłada pętlę, skąpiąc zapewne informacji, po czym, po takiej pracy, wraca do domu... Tylko jak po takiej "pracy" wracać do domu, jak być dorosłym, jak wychowywać dzieci?... Tak, zwłaszcza gdy bezrobocie rośnie, człowiek łatwiej się kurwi... Ale ja bym nie potrafił. Gdybym choć jedną osobę naciągnął, wpuścił w spiralę długów, wyrwałbym sobie z głowy wszystkie włosy... Za delikatny jestem. Zbyt wątły na życie w schizofrenii...

 I cóż jeszcze. Wydostajemy się powoli z objęć mroków, krok po kroku. Każdy dzień jest już troszeńkę dłuższy. Wieczory mamy jednak jeszcze długie, co w sumie mi się podoba. Można się zaszyć w kąciku przy lampce, przekartkować jakieś dzieło... Dziś sobie będę kartkował ostatni tom listów Witkacego do żony. To prezent gwiazdkowy od Frania... Kiedyś na stronie PIW - u zauważyłem, że już się ten tom ukazał, a Franio zaraz wyskoczył: - O! O! Widzisz! To nie kupuj. Mam już pomysł na gwiazdkę. Ja kupię, a ty się ucieszysz, dobra? Tak więc zaczekałem trochę. A potem dostałem paczuszkę. Odwinąłem papier i zawołałem: - O, jak miło! Skąd wiedziałeś, że właśnie to chciałem dostać??...:-)

15:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »