BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 28 stycznia 2014
Uprzejmość XXVIII

 Rozmowa jakoś ugrzęzła. Nagle zapadła cisza. Vernick jeszcze tylko zaproponował małą przerwę w piciu. Najwyraźniej zależało mu na przytomności. Wyciągnął się teraz wygodnie na kanapie, złożył ręce na piersi i w tej nieboszczykowej pozie jął przyglądać się sękatemu sufitowi. Jan przez chwilę przypatrywał się obrazowi, o którym przed chwilą gawędzili, potem zaś zwiesił głowę, by popatrzeć na swe nagie stopy. Timo ziewnął skulony w kącie.

 - Tak, tak - odezwał się wreszcie Jan.

 - No, można tak powiedzieć - odrzekł Vernick.

 - Bo to to, i owo - kontynuował Jan.

 - Święte słowa, mój przyjacielu, święte słowa. Lepiej powiedzieć nie można. 

 Znów minęło trochę czasu, nim rozległy się następne słowa:

 - A mówiłeś, żeś nie widział tej opery - przerwał nagle ciszę Jan.

 - Ja? 

 - Też mi się tak wydaje - dodał Timo.

 - Nie chciałem jej oglądać. I gdy po raz pierwszy miano ją wystawiać, odmówiłem wzięcia udziału w tym Ljanowym święcie. Ale w Nowym Jorku już się dałem namówić... Ljan naciskał, starając się odwoływać do mych rodzicielskich uczuć.

 - I aż musiałeś go zerżnąć, by się poczuł na dobre spełniony?

 - Aj tam, od razu musiałem. Przecież nie powiem, że zrobiłem to bez cienia przyjemności.

 - Zboczone, artystyczne świnie - zawyrokował z rozbawiniem Jan.

 - Z wielkimi ryjami. Wspaniałomyślnie obdarowane - powiedział Vernick.

 - Niby czym? - dopytywał Jan.

 - Dla mężczyzny homoseksualizm to fantastyczny podarunek od losu. Heteryk jest w podwójnej sytuacji bez wyjścia. Jak każdy, skoro jest, musi żyć i umrzeć, a na dodatek zawsze musi być twarzą do. To dość upokarzająca sytuacja. Zawsze to lepiej, gdy człowiek może coś dać i jednocześnie wziąć, będąc od czasu do czasu twarzą od.

 Rozmowa znów się urwała. Słowa uleciały. Jakby ich tu nigdy nie było. Czujny nieboszczyk dalej śledził coś interesującego na suficie, lniany malarz badał swoje stopy, Timo zaś w niby to drzemce pozwalał swobodnie płynąć myślom.

 "A jeśli to Nisse? Czy Vernick o tym pomyślał? Gdzie był wtedy, gdy Timo i jego towarzysz postanowili popłynąć?" Już miał wyrazić swoje podejrzliwe myśli, ale powstrzymał się. Równie dobrze cała sprawa mogła pozostać w zawieszeniu. Nic już niczego nie odmieni.

 - Zbijasz czas do kulki, do kropki - powiedział nagle Vernick, nie przerywając swych obserwacji.

 - Jak chcesz - odparł Jan.

 - Ja czas wydłużam. Wściekam się na to. Drażnię się ze sobą. Nienawidzę kwartetów smyczkowych Haydna, dlatego słucham ich niemal każdego wieczoru. Każda minuta jest taka długa. Nie mogę oddychać...

 - I tak mijają - stwierdził Jan.

 - Dość już przecierpiałem... Niedługo umrę, Janie.

 - Coś ci dolega?

 - Nic specjalnego. Po prostu teraz mi przyszło do głowy, że wkrótce umrę. I muszę powiedzieć, że to wcale nie jest takie tragiczne. W pewnym momencie cała zewnętrzność ulega przekreśleniu. Bez żalu.

 - Chyba zapomniałeś o Inger.

 - Chcesz robić za moje sumienie?

 - Gadałeś, żeś ją wyciągnął zza czarnej kotary. Mogła tam zostać. Z jedną śmiercią. Mówisz, jakbyś był wolnym człowiekiem. A człowiek traci wolność, gdy komuś podaje rękę.

 - Przecież to śmierć. Jej są obojętne nasze sprawy.

 - Kopnij ją w tyłek.

 "Głupia plątanina dróg - pomyślał Timo. - Wdowa po najcięższej tęsknocie. W domu wybudowanym przez ową tęsknotę, przed którym marzyciel owej tęsknocie rozbił głowę deską... Jakoś niewystarczający Paul. Pociecha. Hojna pociecha, w której przestrzeń wprowadził idiotyczną, brutalną włochatą Wenerę. Przyjacielskie milczenie. Milczące porozumienie. Beztroska przerwa w zabawie, podczas której można było narąbać drzewa. Teraz duchy wracają. Gdyby jeszcze mnie zobaczył? Mały Timo. Podobny do taty. Ale i ze śladami uciekinierki... Nagle wytargała mnie stamtąd. Wściekła i przerażona. Aż do szosy dreptała podenerwowanym krokiem, popędzając mnie jak niesfornego barana. Z niecierpliwością wyczekiwała okazji... Jej gówno stało się moim gównem. Tak to jest - ludzie robią sobie dzieci, by pchać je we własne nieczystości, we własne pokręcenie. Jak prześladowcy Wolunda, którzy własne dzieci wepchnęli we własne gówno. Nie ma niewiniątek. Człowiek jest winny, bo istnieje".

 Jan dolał wódki. Coś się jednak dzieje. Płyn się pojawił, potem zniknął błyskawicznie w gardłach. Tima coś łupnęło w plecach. Coś się dzieje, chociaż czas zdaje się nie płynąć... Janowe zawsze to samo, prawie to samo. W miejscu. A jednak w podróży. Niby - przedział kolejowy nieco się rozbujał. "Nie, to wcale nie wódka. To jazda. W miejscu... Można dostać nawet choroby lokomocyjnej". 

 Timo sięgnął leniwie ręką do wiszącego nad nim obrazka z Vestmannaeyjar i pstryknął w jego róg. Luźno zawieszona cmentarna brama tonąca w wulkanicznym pyle zakołysała się jak wahadło.

 - Słodki Boże... Bo Bóg w marzeniach ludzi to przecież pocieszająca słodyczka. A tu taki znak! Jest jeszcze lepsze zdjęcie, na którym widać za cmentarną bramą świeży wzgórek plujący ogniem... A gówno! - woła słodyczka - powiedział Jan.

 - To ciekawe. Przypomniało mi się... W swojej książce napisałeś o pewnej ulicy. Nazwałeś ją Kamienną... - odezwał się Timo do Paula. - To nie jest przymilna droga... Trochę jak u mnie droga do starego portu... Rudery, które czekają dziś na swoich bogaczy... Czystość zaniedbania, nic już ludzkiego. Tak ją lubię. Skąd ty o tym wszystkim wiedziałeś?

 - A cóż ja tam mogłem wiedzieć... Punkt w mieście czysty jak minerał. Nieprzymilny. To w końcu już było. I czemu ma nie wrócić? Upodobania też wracają. Jesteś po prostu w typie. Tak jak Jan, który też najwyraźniej lubi różne mineralności, aż uświątynnił grenlandzkie fiordy. Mało ci ich tutaj?

 - E tam - rzucił w odpowiedzi Jan czyniąc jakiś niedbały gest.

 - Ech, ty, wystrojony w Fretexie bogaczu...

 "Skąd się wziął lniany malarz? Co go wsysa? W jakim jest wirze, że tkwi przy gnijącym trupie mercedesa? Trochę już martwy, choć płodzący te płócienne istnienia... Pieniądz to przyjaciel... Można dużo przy jego pomocy wyliczyć... Jak to było u Paula? Rozkładał na zimnej podłodze banknoty jak nieubłagane karty przepowiadające przyszłość... Jeśli nic się nie wydarzy, zostało ci tyle i tyle... Kotwica się urwała. Tkwię w przeznaczonym dla siebie wirze, już zaczynam się kręcić. Coraz bliżej tego a nie innego ścieku..."

 - Coś się tak zamyślił? - spytał Tima Vernick.

 - Czuję chwilowe zakochanie w sobie.

 - Doprawdy?

 - Pomyślałem też o rozmaitych Nidudach. Każdy ma jakiegoś pod sobą, co? Lepszego lub gorszego.

 - Co za Nidudy? - zaciekawił się Jan.

 - Nidud to był taki legendarny król Szwecji.

 - Ech, nie znam się wcale na tych waszych bajkach.

 - Jeśliś ciekawy, to ten Nidud zaciągnął mnie do łóżka Ljana.

 - Znasz się na tym, juniorze?

 - Tak jakby... Było ich trzech. Bracia - Slagfinn, Egill i Wolund... - Timo podchmielony i nagle rozweselony trącił nogą Jana. - Kto wie, czy strój twój nie jest dziełem Łabędziobiałej, która wraz innymi dziewicami przędła len...

 - Kto wie, kto wie - wtrącił się Vernick.

 - Biegłe były w tej sztuca walkirie, bo nimi właśnie były owe dziewice. Szaty łabędzie obok nich leżały. Musiały być urodziwe, z cyckiem i całą resztą ponętnych krągłości, bo się bracia w nich zakochali.

 - Nie masz gorszej żony od latawicy - powiedział Vernick.

 - Ożenek z walkirią to przyszłość niepewna. Wierzono wprawdzie, że walkiria wchodząca w związek z człowiekiem musi się rozstać z urokami awiacji, ale najwyraźniej niektórzy się mylili, bowiem te walkirie po pewnym czasie przypomniały sobie o skrzydłach i poleciały w cholerę... Widać zwęszyły gdzieś wojnę i aromat walecznych byczków.

 - I trudno im się dziwić... Że też mężczyznom odmawiano takich uskrzydleń!! - znów wtrącił się Vernick.

 - Slagfinn i Egill nie chcieli czekać i zaraz pognali za swymi latawicami. Wolund natomiast pozostał w domu. Choć to dziwna rzecz, bo to przecież baba zawsze czekała na chłopa, nie chłop na babę... To go niestety wpędziło w poważne tarapaty. Wolund umiał obchodzić się z metalami i z niebywałą wprawą wykonywał przecudne ozdoby. Czekał na swą jasną panią i oprawiał w złoto kamienie i nizał coraz to piękniejsze pierścionki na sznur... Zwęszył go chciwy król Nidud. Mój jesteś i moje jest złoto! Porwał złotnika, osadził na wyspie, a że jego równie zachłanna żona zobaczyła, jak złe jest spojrzenie więźnia, za jej namową podciął mu ścięgna u kolan... Wolund, ograbiony ze wszystkiego, musiał pracować w swym pięknym fachu dla paskudnego zbrodniarza... Człowiek zapomina, że siejąc w swej samolubności zło, okrywa jego cieniem wszystko, co przy okazji wydobywa z zacisznej nicości... Największe skarby Niduda zostały oprawione w złoto. Oto bowiem pewnego dnia dwaj jego synowie zakradli się na wyspę, by popatrzeć na kosztowności. Zażądali kluczy do skrzyni... Nadarzyła się okazją, by dokonać zemsty. Gdy zajrzeli do skrzyni, Wolund zamknął gwałtownie wieko i odciął im głowy... Z czaszek czasze powstały na winko, z oczu zrobiły się kamienie przepiekne, ząbki ozdobiły fikuśne sprzączki... Jakże się para królewska cieszyła z tych nowych cudowności... Tylko gdzie chłopcy? Zaklinam cię, powiedz, gdzie oni? - pytał Wolunda pełen niepokoju Nidud. - Wiem, że tu przychodzili... - Powiem ci, ale najpierw musisz złożyć przysięgę, że mej niewiasty zabójcą nie będziesz, Nidudzie... Mam kobietę i dziecko na twym dworze... Jakże straszliwa prawda wyszła na jaw... Córkę Niduda najwymyśniej ozdobił, bo gdy kiedyś i ona zawitała na wyspie, Wolund napojem jakimś ją oszołomił, a potem wstrzyknął jej w krok bękarta. Pozostawił niezwykłe klejnoty. A gdy wszystko królowi opowiedział, uciekając się do czarów, pofrunął Wolund ze śmiechem do chmur... Pozostał żal, zbyt późny jednak... Zaraz kazał posłać po córkę. - Czy to jego dziecko? Czyś na holm do niego łaziła? - Prawda to, prawda... Godzina rozkoszy, co stać się nie była powinna. Oprzeć mu się nie umiałam, oprzeć mu się nie chciałam... - O kurwa mać!!!

 - No, tego to już Nidud chyba nie powiedział - zauważył Vernick.

 - Ale cóż innego powiedzieć można? W końcu przecież mać kurwia to matka bękarta.

CDN

16:06, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 stycznia 2014
Elf

Odleciały ptaki w świat

I umilkły skrzypiec tony,

Zasypało śniegiem ślad

Naszej wiosny utraconej.

  Nie zostało nic prócz snów,

  Nie zostało nic prócz wspomnień,

  Przez łzy widzę ciebie znów

  I w snach wracasz znowu do mnie...

 Słowa piosnki wydłubane z powieści Niezależni Halldóra Laxnessa. Nawet mi to dziś pasuje... Myślę o sielankowych momentach sprzed lat. I myślę o koledze, przyjacielu raczej, któremu dziś dzieje się źle, któremu nie bardzo udaje się kolejne podejście do życia... Moja leśno - fiordowa męska przygoda... 

 Dziś różnica wieku nie gra większej roli. Wtedy miała jakieś znaczenie. On był duży, a ja byłem humorzastym, pokręconym szczeniakiem. Nasze natury były inne, ale to nie stanowiło żadnej przeszkody. W jakiś sposób staliśmy się sobie bliscy, nadawaliśmy sobie wulgarne przezwiska, często jadaliśmy z jednego koryta dary morza i lasów, przegadywaliśmy całe noce, albo godzinami milczeliśmy razem nad fiordem dłubiąc patykami w zdechłej meduzie, upijaliśmy się też malowniczo miejscowym bimbrem... No i robiliśmy mnóstwo krajoznawczych wycieczek, podczas których nieznośnie się wymądrzałem...

 Przyszedł w końcu czas na zmiany. Pognało mnie na południe. Uparłem się, że czas znów powinien popłynąć... Znowu jestem myślami tam, na chwilę przed tym, jak ruszył czas, na prowincjonalnej, pokrytej pyłem drodze, w sierpniowym słońcu... Piesza wycieczka z nim, właściwie bez słowa... Jakże wtedy wszystko było inne. Obaj nie wiedzieliśmy, jakie nieszczęścia szykuje nam los... Mamy dziś podobne doświadczenia, podobne straty za nami, tyle że ja się jakoś pozbierałem, a u niego ciągle tak kulawo... Niepokoi mnie jego smutek i jego kłopoty... Nic już nie jest takie jak kiedyś. Obaj mamy w sobie pamięć o przebytym piekle, mamy cienie w naszych głowach. Moje może są bardziej dziś skryte, ale zawsze jest ten strach, że zaraz wszystko znów może runąć, strach silny, bo towarzyszący przekonaniu o znikomości własnych mocy. Na kolejne podejście do życia nie miałbym już chyba siły...

 Najlepsze dni w życiu człowieka... Wypada znów zaczerpnąć z Laxnessa, bo ileż w jego prostych słowach jest prawdy... Najszczęśliwsze dni są spokojne i pozornie zwyczajne. Niby nic się nie dzieje: żyjesz i oddychasz, i niczego więcej nie pragniesz... Kwiatki borówek, ptasi śpiew, szepty strumieni, krowa na łące i skałki w pobliżu, w których żyją elfy...

 O, gdybym był miłym elfem, mógłbym być bardziej pomocny. A tak... Czasem nawet miewam poczucie, że mam coś wspólnego z elfami, lecz zabłąkany w świat ludzi, jestem pozbawiony mocy...

 Przeminęła wiosna... Kiedyś nawet bałem się powrotów w tamten pejzaż, nawet wspomnienie o nim trochę ciążyło. Ale to już minęło. Na powrót wyprostowany wpadam tam niekiedy. Czasem sam, czasem z Frankiem. Wszystko sobie żyje. Całkiem obojętne. Aż można dojść do przekonania w duchu Sartre'a o naszej całkowitej zbędności, zbędności istnienia, śmierci i wyczyszczonych kości... Naturalnie zwykle jesteśmy komuś tam niezbędni, co czasem jest przyjemne, a czasem uciążliwe. Ale generalnie wszystko zdaje się na nic... To się raczej nie powinno było zdarzyć, no ale się zdarzyło. Nie ma rady.

 Wiosenna przeszłość, kiedy mniej byliśmy poobijani. Świat był bardziej baśniowy... Jak w życiu Laxnessowego Nonniego, który wraz ze wszystkim, co go otaczało, unosił się w obłoki, kiedy wsłuchiwał się w odgłosy świata i opowieści o elfach...

 Islandzkie elfy. Pewnym echem odbiły się one ostatnio i w naszych mediach, bo znów gdzieś budowlana działalność człowieka chciała wtargnąć w przestrzeń posiadaną przez nie... W Islandii często dzieje się tak, że pewne sprawy, ważne dla ludzi, muszą być przedyskutowane z elfami - trzeba wiedzieć, gdzie co zbudować, jak poprowadzić drogę, by nie niszczyć miejsc zamieszkiwanych przez te osobliwe istoty... Elfy są w zasadzie dobre, ale mogą być też dokuczliwe, kiedy człowiek chce zrobić zamach na ich własność... Brzmi to dziwnie, ale większość Islandczyków jest przekonana, że coś jest na rzeczy. I nie ma rady. Ta tradycja ma swoją moc!

 Wydaje mi się, że z islandzkimi elfami jest podobnie jak z żarciem baranich łbów. Barani łeb na talerzu wygląda dość makabrycznie. Dziś to raczej taka kulinarna ciekawostka z dawnych czasów, element tradycyjnej kuchni zakorzenionej w panoszącej się kiedyś na wyspie biedzie, która nie pozwalała na marnowanie czegokolwiek. Kiedyś życie w Islandii było twardą szkołą przetrwania, bo i klimat kapryśny, bo morze nie zawsze łaskawe, a jeszcze na dodatek ten i ów wulkan przynosił od czasu do czasu prawdziwą katastrofę... Głód często zaglądał tam w oczy ludziom i zwierzętom, nie dziw więc, że tamtejsi ludzie nosili w sobie sny o lepszym, piękniejszym, pełnym dostatku świecie ukrytym gdzieś na pustkowiach, we wnętrzach gór czy w co charakterystyczniejszych kamieniach... Bo gdzieś muszą być przecież cuda, blask, ciepło i sytość, i dobroć...

 Szczęściarze czasem spotykali elfy... Czasem się nawet z nimi przyjaźnili. Są o tym bajki. Jedną taką nawet tu kiedyś przetłumaczyłem, o takim bardzo urażonym elfie... Z elfami trzeba ostrożnie się obchodzić. Nigdy nie wiadomo, czy powrócą. Ich przyjaźń z ludźmi jest nader delikatna i jeden nierozważny ruch może ją zerwać... Urażony elf już nigdy się nie zjawi.

 U Laxnessa biedacy z Letniej Zagrody też krzepią się historiami o elfach. Nonni słucha więc opowieści o tonącym w długach nędzniku lękającym się o swoich najbliższych, który wracając do domu z pustymi rękami, trafił wśród skał na siedzibę elfów. Piękny i życzliwy młodzieniec zaprosił go do środka, gdzie dostał dobrej kawy z cukrem i śmietanką. Ach, jakże tam było wspaniale - elfy nie znają trosk i wszystko mają, czego zapragną, a pragną zawsze tylko dobrego. Znękany gość zwierzył się elfom ze swej biedy, a one powiedziały mu, że rano ma wybiec przed dom, gdzie czekać go będzie niespodzianka. I tak się stało - rano chłop wybiegł przed dom, a tam czekały na niego wspaniałości: worki z mąką, ryby, cukier i nawet dzban ze słodkim syropem... Elfy karmiły też wspaniałościami zbłąkanych i głodnych wędrowców, a jednego chłopca - sierotę zaprosiły do swego kościoła, o wiele wspanialszego od ludzkich kościołów... Piękne elfy, wierzące, że kiedyś wszędzie na pewno zapanuje pokój, szczęście i dobro...

 Elfy i ich świat utkany jest z pięknych snów człowieka. Te sny przetrwały i trzeba, by ich treść wiodła swe życie ukryte w kamieniach, skałach... Świat nie jest wtedy taki pusty... 

 Sam broniłbym ich miejsc, gdyby jakiś elf mi się przyśnił prosząc o pomoc. Pomóc elfowi jest łatwo - trzeba mu nie przeszkadzać...

 Słuchał Nonni opowieści o elfach, tkało się coś, co miało stać się najmilszym wspomnieniem... Obok pasła się Bukolla -  Halldór Laxness nadając jej to imię sięgnał do ludowej bajki, bajki o czarodziejskiej krowie, którą czytelnik znaleźć może na tym blogu...

 Bajki, dawne rozmarzenia, beztroska, jakaś życzliwa dusza w świecie złym - małe nasze tęsknoty...

 Smucę się, gdy inni są smutni. A jeszcze bardziej mi smutno, kiedy nie bardzo mogę pomóc... Gdybym był dobrym elfem... Ale raczej mam rolę odmieńca, tylko tyle...

 W sztuce Do Damaszku August Strindberg siebie pod postacią Nieznajomego nazwał odmieńcem. - Odmieniec to dziecko elfów zamienione na dziecko zrodzone z człowieka. - Pan w to wierzy? - Nie, ale uważam, że w tej alegorii coś jest. W dzieciństwie wciąż płakałem, jakbym źle się czuł na świecie. Nienawidziłem rodziców, tak jak oni mnie nienawidzili. Nie znosiłem przymusu, utartych zwyczajów, rygorów i ciągnęło mnie tylko do lasu i nad morze...

 No, coś w tym jest... O sobie też tak mógłbym powiedzieć...

czwartek, 02 stycznia 2014
Gjul

 Od czego by zacząć?? Ten całkiem świeżutki rok na blogu?... Strasznie się rozleniwiłem, i rozleniwiam się dalej, bo mam w planach nieróbstwo aż do szóstego stycznia.:))

 Za bardzo mi się nie chce pisać, więc na początek poprzestanę na zaproszeniu Miłych Czytelników do świata Mortena Gjula... Trochę sztuki nie zaszkodzi.

 Już tu kiedyś wplotłem parę słów o Mortenie, jednym z moich ulubionych artystów z Norwegii.

 Nie bawiąc się w klepanie na klawiaturze, zostawiam linki:

 www.mortengjul.no

 akwarele

14:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »