BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 29 stycznia 2015
Styczniowa rocznica

 Zawsze tego miesiąca powraca ta oświęcimska straszliwość. W rocznicę końca makabry.

 W miejscach najstraszliwszych nawet zdarzeń pozostaje cisza. Jakby nigdy nic. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Gdyby nie świadkowie, trudno byłoby uwierzyć... Ich jest już coraz mniej. Wkrótce tamten czas przejdzie na dobre cichość przeszłości. Nie będzie już nikogo żywego. Będzie ta cisza - w tamtym miejscu szczególnie dziwna, niesamowita.

 Ludzie, którzy przetrwali obóz, stali się inni. Właściwie w pewien sposób już na zawsze w obozie pozostali. Prof. Antoni Kępiński pisał kiedyś w artykule "KZ-syndrom", że ci ludzie, pozornie tacy sami jak inni, zwyczajni, swoją inność ujawniali wtedy, gdy zaczynali opowiadać o obozie.Ożywiali się, oczy im rozbłyskiwały, jakby młodnieli, wszystko nagle stawało się świeże i żywe. "Nie mogą wyrwać się z kręgu obozu -pisał - w kręgu tym są rzeczy straszne, ale też i piękne, dno ludzkiego upodlenia, ale też ludzka dobroć i szlachetność; oni poznali, czym jest człowiek; mimo to, a może właśnie dlatego wciąż dręczy ich zagadka człowieka, sami chcieliby się dowiedzieć, skąd tyle zła mogło skoncentrować się na małym terenie obozu i jak człowiek mógł to wszystko znieść i temu się przeciwstawić. Sami dla siebie są nieraz zagadką, a w każdym razie silniej niż inni ludzie odczuwają zagadkę ludzkiej natury i zwodniczość ludzkich form, norm i pozorów, dla nich król jest nagi".

 W tych dniach styczniowych szczególnie mocno wracam  w myślach do dziadka, któremu udało się przetrwać hitlerowskie okrucieństwa. Bydlęta rozkwasiły mu młodość, zabrały zdrowie, no i pozostawiły w pewnym oszołomieniu... Nie miał wielkich pretensji do życia. Wszystko, co żywe, traktował po przyjacielsku. I raczej bezradnie rozkładał ręce nad życia dziwnością. Istotnie, najżywiej opowiadał o obozowym życiu. Wykorzystując wszystkie swoje zdolności gawędziarskie i aktorskie. Wszystko to było przedziwne. I budziło pewien lęk przed życiem. Jako chłopiec wyobrażałem sobie, że takie doświadczenia przypisane są do każdego życia. Tylko patrzeć, jak ktoś przyjdzie i wszystko zadepcze...

 Jakoś przetrwał. Człowiek zaskakująco wiele potrafi znieść.

 Przedziwna moc woli...

 W innym tekście, w "Oświęcimskich refleksjach" przywołuje Kępiński słowa Adolfa Gawalewicza, iż z "poczekalni do gazu" udało się wyjść żywo tylko nielicznej garstce tych, którzy wierzyli w rzeczy niemożliwe, nieprawdopodobne. Sama wiara oczywiście nie wystarczała, trzeba było zdobywać się na działanie w ramach realnych, wprawdzie minimalnych i beznadziejnych, możliwości kierowania swym postępowaniem... Najważniejsze słowa brzmiały: ja chcę. "Kto myślał inaczej, ten nie żył. Pewnej nocy jeden z moich towarzyszy, o bardzo dobrej kondycji fizycznej, zwierza mi się: już mam tego dosyć, to beznadziejna sprawa, ja już nie chcę żyć. Istotnie, w kilka godzin później wynieśliśmy jego zwłoki pod ścianę baraku". 

 Dziadek był dość drobnym człowiekiem. Ta drobinka przetrwała. Aż sobie można pomyśleć, cóż to za plany niesłychane ma góra, że tę ludzką gałązkę w drzewie życia doprowadziła przez dno piekieł aż do takiego porąbańca jak ja... 

 Moje doświadczenia to nic w porównaniu z potwornościami obozów, a i tak nieraz wydawało mi się, że nie dam rady, że wszystko jest bez sensu, że pora ze sobą skończyć... Ale jakoś trzymam się akurat tego wstrętnego życia, tego kwiatka złego.

 Jak byś był w obozie, to dopiero byś zobaczył - grzmiał na mnie czasem dziadek, gdy go irytowały moje grymasy... Raczej tego bym nie chciał sprawdzać i przekonywać się czy nie jestem przypadkiem zaskakująco trwałym wymoczkiem.

 Człowiek potrafi być zadziwiająco wytrwały, zaskakująco wspaniały, dobry, ale też zły, zły do ostatecznych granic.

 To straszliwe zło wylęgło się w zwyczajnych ludziach. Kiedyś oglądałem zdjęcia z życia obozowych oprawców, z ich prywatnego życia, życia na urlopie czy po krwawej robocie. Uśmiechy, dzieci, germańskie ciacha w nienagannie zaprojektowanych mundurach, panie, trawka, piknik, piwko, kiełbacha... Zwyczajni ludzie, których człowiek nie posądziłby o aż takie straszliwe zbrodnie... Zwykli ludzie, którzy po wojnie wrócili to najzwyczajniejszego życia, często nawet bez poczucia winy. 

 W pewnym momencie państwo dało im przyzwolenie na rzeczy najgorsze, dało im poczucie bezkarności... To może skusić wielu, wszędzie i o każdym czasie. Bezkarność daje silniejszemu wspaniałe poczucie władzy... Aż strach pomyśleć, co może w człowieku uruchomić  obrany tor ideologiczny, polityczny.

 To jest potworna lekcja. Co się dzieje, gdy ginie poczucie odpowiedzialności. W społeczeństwie maszynowym - jak powiada Kępiński - umyka coś, co jest podstawowe dla normalnego rozwoju człowieka, tam się wypełnia jedynie rozkazy, jest się automatem. Człowiek karleje. Poczucie winy związane z popełnionymi zbrodniami potrafi zaniknąć. 

 To ciekawe, że ludzie w krańcowej sytuacji umieli mówić: chcę lub nie chcę. "Ich prześladowcy, w sytuacji materialnie i moralnie bez porównania lepszej, powiedzieć tego nie potrafili". Pożarł ich potwór, stali się jego częścią. I to naturalnie nie umniejsza ich winy - są winni zbrodni i są winni, że pozwolili się pożreć... I bardzo negatywnie wpłynęli na życie swych potomków, w których po dziś dzień telepie się poczucie winy, to, które się nie obudziło w dziadkach czy ojcach...

 Bezkarność... Taki człowiek - skurwysyn, jest wszędzie przyczajony. On może sobie żyć w całkiem schizofrenicznej sytuacji. Chlipie domowe zupy, bawi się z dziećmi - a nagle potrafi odwiesić na hak swoje człowieczeństwo - staje się urzędowym automatem działającym wedle paragrafów, zapominając zupełnie, że wszystko co robi, powiązane jest z cudzymi losami... Bywa, że ludzi doprowadza się do samobójstw... Bo fajnie kogoś wykończyć. Można przecież. Można kogoś okraść korzystając z powagi krągłych pieczęci, zawiązać nawet przestępczą grupę. Jaka władza! I prawo takie rozkosznie zawiłe, pozwalające na najbardziej mordercze interpretacje... I żadnej odpowiedzialności... Dla tchórzliwej wygody daliby się może i pożreć potworowi. W końcu wolność i odpowiedzialność to takie męczące rzeczy. Tak komplikują władzę...

14:49, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 stycznia 2015
Spegilmynd

 Dawno już nie byłem w wierszykowym kąciku...

 W niekorzystnych zmianach można znaleźć coś radosnego. Głupi ludzie się śmieją, jakby ich upływ czasu nie dotyczył. Sterana kobieta patrzy w lustro...

 VILBORG DAGBJARTSDÓTTIR

 "Odbicie"

Pewnie powinnam zdać sobie sprawę

jaka jestem okropna

pewna kobieta skomponowała opis mojej osoby

nie wiem jak mam się wyrazić

w każdym razie była celna

skoro teraz wszyscy się śmieją

jasne, jestem tłusta i okropna

całymi dniami zasuwam przy taśmie

z żylakami na nogach

z obrzmiałymi czerwonymi łapami

obwisłym brzuchem

i mimo wszystko nie mogę

uwolnić się od uczucia radości

ilekroć zerkam w lustro

witam z uśmiechem 

moje odbicie

stałam się

moją świętej pamięci matką!

                            przełożył Kiljan Halldórsson

Wiersz pochodzi z tomu "Klukkan í turninum" (1992).

wtorek, 20 stycznia 2015
Co?

 Zwykle można usłyszeć w odpowiedzi, że pstro, że jajco, że gówno... W zasadzie nie dzieje się nic, więc wszystko może pasować.

 Jak to pisał Tom Kristensen... Lenistwo? Nie, kosmiczna gnuśność, na którą człowiek musi mieć czas. Inaczej nie będzie ani jednego wiersza... Daję sobie czas na gnuśność kosmiczną. Ale nie, nie, wiersza i tak nie będzie. Oczywiście chciałbym napisać wiersz, ale nie napiszę. Jednak chciałbym... To wystarcza...

 Co? O, skoczek się naprawił. Bardzo mu kibicowaliśmy. I się cieszymy. 

 W przyrodzie byliśmy. Dając sobie serię takiego nabrzmiałego razem przez 24 godziny na dobę. Doba za dobą. Z niewielką liczbą słów. Zwykła codzienność na takie rzeczy nie pozwala. Na szczęście jest urlopowa.

 Prawda? Smutne to trochę, że człowiek, by przeżyć, musi w swym życiu być nieobecny. Przez jakiś czas. Zbyt długi czas. Dzień po dniu...

 Co? Jakieś takie niezwykłości. Naraz mnóstwo ludzi obudziło się, by się przekonać, że są kimś innym... Na przykład ludzie doszli do wniosku, że są Charlie. Czy jakoś tak... A ja jakoś nie. Bo jakoś mało poważny jestem. Na Charlie i na coś wręcz przeciwnego... Tak, tak, ale widzę, naturalnie. Jasno widzę. Albo ciemno, Tak, właściwie czarno... Zawiesiny. Takie kulti - multi zawiesiny. Inaczej być nie może. To się nie miesza. I jakiś składnik musi się odlepić i chlusnąć na zewnątrz, tam gdzie pieprz rośnie... Są światy, które umieją się z siebie śmiać. I takie, które nie umieją. Na ich styku jest bomba... Bum... My tego pewnie nie doczekamy, ale kiedyś będzie z tego nieszczęście. Naturalnie. Bo ludzkość jest niezawodna. Jest wykwitem tryumfującego zła. I nie ma się co boczyć... Śmiech umilknie... My - oni... I my wybijemy ich. W okrutny sposób. Bo się w końcu pogniewamy... I może przy okazji takie miśki jak ja też oberwą, jako jakieś takie niepasujące... 

 Pobudzili się też ludzie, już tak tu, lokalnie, i stali się górnikami. Podobno między innymi Miller się stał... Ale ja nie... Ja przez całe swoje dorosłe życie nie mam żadnej pewności, nikt mi nigdy nie dawał gwarancji zatrudnienia, mój rok, raz za razem, ma dwanaście miesięcy. I wcale nie chciałbym tego zmieniać...

 Na pastylki dzień po też nie mam... Znaczy... Co nie mam?... Ach, apetytu... Nie kręci mnie to. W ciąży nigdy nie byłem i nigdy się w niej nie znajdę, co jest dla mnie bardzo pocieszające. I trzymam się z daleka od wszystkich tych heteroseksualnych straszliwości, dzięki czemu codziennie zasiadam do śniadania ze spokojem. Bogowie, ileż ja jednak, mimo wszystko, zyskałem w życiu spokoju... A pastylki naturalnie powinny być jedzone, im więcej, tym lepiej, bo to zawsze jakaś tama postawiona nieszczęściu... Tylko że te specjały awaryjne drogie podobno... Oj... Nawet chłopczyk ze sztokholmskiego dżenderowego przedszkola stwierdził, że bycie dziewczynką płci przeciwnej to nie jest dobry interes... Nie, wszystko, tylko nie bycie dziewczynką...

 Dużo się ostatnio wylegiwaliśmy. W takiej dobrej przyjaźni...

 Kiedyś Choromański wyraził poważną wątpliwość co do porozumienia między ludźmi. Uważał, że każdy człowiek mieszka jakby w osobnym domku, w domku bez drzwi. Są tylko okna, przez które można rozmawiać... Beznadziejna metafizyczna samotność... Może i tak jest. Tak, tak, tak jest... Ale niektóre domki wzniesione są bardzo blisko siebie, tak że mieszają się ich specyficzne wyziewy i można nawet mówić szeptem... Przyjaźń. To coś najpewniejszego. A jeszcze zmieszana z erotyką. Więcej nie można żądać...

 Choromański napisał ciekawą rzecz, a mianowicie taką, że przyjaźń możliwa jest tylko przy absolutnej równości. Nieszczęśliwy nie będzie przyjacielem szczęśliwego, bogaty przyjacielem biednego, zdrowy chorego... Na starcie przynajmniej. Bo potem, w rozmaitych wypadkach, jest naturalnie wdziana na siebie pajęczynka przyzwoitości, obowiązku...

 W zasadzie jesteśmy sobie niepotrzebni. I to jest najfantastyczniejsze. I to nas trzyma przy sobie. Możemy się stać sobie potrzebni, to jasne, ale to nas by chyba nie uwierało. Tak z rozpędu... Żaden z nas nie przypadł do drugiego jak zwierzę... Ale we dwóch lepiej - w małym pęcherzyku... Tak nas trochę od świata dzieli przeźroczysta błonka. Przynajmniej w niektórych momentach. Ja w tym pęcherzyku usiłuję dominować. Ale w odpowiednim momencie jestem przyduszany. Tak że nie tylko moje na wierzchu...

 Życie mnie brzydzi naturalnie. Bo to paskudztwo. Dobrze jeszcze wszystko wygląda z dystansu... Cholera - rok po Niedźwiedziu drugi piesek zaczął nam coś szwankować... Lata płyną... Upłynie jeszcze trochę czasu i znów się zacznie zdychanie. Okropność. Lubię psy i w ogóle zwierzęta, ale chyba już więcej w żadną faunę się nie wpakuję... Zło życia mnie przytłacza i mam mało siły na troskliwość... Stworzonka są takie urocze. Ale to, co się musi z nimi zadziać... Tak że trzeba umiaru... Nie przesadzać z tą bliskością życia, tego straszydła...

15:47, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »