BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Karzeł

W czasach karłów coś o karle. O karle spod skandynawskiego pióra i...

Pär Lagerkvist wybrał scenerię w renesansowej Italii. Doskonałe miejsce i doskonały czas - piekielna pigułka, co pokazuje, w jakiej zadziwiającej symbiozie żyło sobie zło i piękno. Italskie dzieje tamtych czasów to przecież historia podstępów i gwałtów, skrytobójczych postępków i pojednawczej obłudy - to czas nieustannej wojny wszystkich ze wszystkimi, z jakże bujną, kwitnącą kulturą w tle.

Zatem karzełek italski, taki inny trochę, specjalny, nie żaden piskliwy żartowniś, żadna zabawka, tylko ponura samotnicza kreatura z poddasza, zło i nienawiść stłoczone w niewielkich rozmiarach, ale o ogromnych wpływach... Karzeł mieszka na dworze książęcym, gdzie roi się od ludzi. Głównie to postaci godne pogardy albo zgoła nienawiści i poczucia wstrętu... Karzeł jest sam - życie raczej go brzydzi - nie potrzebuje kobiet, nie musi się mnożyć, bo zwykli ludzie sami sobie dają radę w dostarczaniu światu karłów, wyręczają go - o swój ród może być spokojny... Tylko książę - nie do końca zrozumiały - zaciekawia. A miłość? - Kiedyś lubieżna księżna go o nią zapytała... - Pokochałbym tylko mężczyznę! - Mężczyznę? Kogo? Może Boccarossę? - Karzeł się aż zaczerwienił. Jego zła maleńkość właśnie wojowniczą męską potęgę miała na myśli, dla której liczyły się jedynie dochodowe uległości względem najdzikszych zachcianek wojowniczych tyranów.

Świat to bajoro, choć wykwitają zeń bajeczne kwiaty filozoficznych i artystycznych dążeń. Człowiek chce sięgać gwiazd, odkrywać tajemnice, zgłębiać zagadkowość człowieka - mistrz Bernardo jako żywo przypomina Leonarda... Musi minąć jednak trochę czasu, zanim wcześniej upokorzony artystycznymi upodobaniami uczonego gościa karzeł nabierze dlań szacunku i podziwu - stanie się to wtedy, gdy odkryje, jak myśliciel oddaje się projektowaniu najwymyślniejszych wojennych machin.

Ludzie głównie się bawią... Tylko ponury karzeł się nie bawi. On jest, jak przyczajona gdzieś burzowa chmura. Zabawa, zabawa - bezmyślne zajmowanie się - niczym. Dziwny sposób obcowania z rzeczami i sprawami "na niby". Nie bierze się ich takimi, jakimi są, poważnie, tylko "udaje się". Astrologowie igrają z gwiazdami, książę igra ze swymi budowlami, kościołami, scenami ukrzyżowania i dzwonnicami, Angelika bawi się lalkami - wszyscy bawią się, wszyscy udają. Tylko ja gardzę udawaniem - powiada o sobie karzeł. - Tylko ja jestem.

Karzeł jest, jest w świecie niedorzecznym. Tyle bzdurnych powikłań w ludzkich głowach. A wszystko przecież takie proste. Tak prosto złe. "Jakżeż wyglądałoby życie, gdyby nie było niedorzeczne. Niedorzeczność jest wszak samym fundamentem, na którym ono spoczywa. Na jakiejż innej podstawie można by je było zbudować, trwałej podstawie, która nigdy by się nie ugięła. Wielka idea może być podkopana inną wielką ideą, a potem nią rozsadzona, obalona. Ale niedorzeczność jest niedosięgalna, niezniszczalna, niezachwiana. To prawdziwy fundament i dlatego też ją wybrano za podstawę. Że też trzeba się tyle namedytować, żeby to zrozumieć. Ja to wiem sam z siebie. To mój żywioł - wiedzieć...

Co za radość, gdy przychodzi wojna... Małe zło jest w swym piekielnym niebie. Skacze w radosnej wściekłości, choć nie we wszystkim może uczestniczyć, bo brak mu przecież sprawności i wielkości... Może się jednak rzucić na jakąś bezbronność. Ale może też być użyteczny w grach podstępnych... Pokój, który nadszedł, był tylko obłudnym pojednaniem. W ruch poszła trucizna, którą i swoje sprawy załatwiał, z księżną i jej kochankiem...

Złe maleństwo puściło w ruch lawinę zła, w czym dopomogły mu okoliczności - kryzys, zaraza... Zło i nieszczęście w pełnej krasie, choć niezmiernie obrzydliwe - bo przecież życie jest obrzydliwe.

Ludzie mówią, że cierpienie to kara boża za wielkie ludzkie grzechy. Powiadają, że trzeba się ugiąć... I ja jestem skłonny uważać to za karę. Ale nie wiem, czy to ich Bóg tak ludzi chłoszcze. Równie dobrze może to być jakaś inna, bardziej ponura siła...

"Siedzę czasem na górze, w moim karlim okienku, i patrzę na miasto."

Ach - księżna, pośród ogólnej katastrofy, po śmierci kochanka, wpada w wyuzdaną religijność, w eksces rodem z chlewa... Obłąkanie wreszcie daje wyraz głęboki a zagadkowy, uduchowiony, dla artystycznego świątka, obrazka świętego. Obita, skatowana przez karła, stanie się czczoną świętą... Ponura to siła, co pcha naprzód dochodowy religijny interes...

"Kiedy ludzie wierzący mają wybierać między tym, co nie jest prawdą, a tym, co jest prawdą, wybierają zawsze to, co nie jest prawdą. Kłamstwo jest o wiele bardziej nastrojowe i osobliwsze niż prawda i dlatego je wolą."

Ot - zbawca, siła napędowa twórczego szaleństwa. Sam jeden, sobie wystarczający, czysta nienawiść, zły pokurcz, który żyje wyłącznie swym karlim życiem... Czasem pan wtrąca go do lochu, ale tylko po to, by znów go uwolnić...

"Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich duszy. Ogarnia ich strach, bo nie wiedzą, że mają w sobie inną istotę."

Karzeł wie, że suweren i tak odepnie mu z rąk kajdany... Jest spokojny i cierpliwy. Bo czas płynąć musi, a z jego nurtem zdążać musi nienawiść, co tworzy historię państw, społeczeństw...

***

Czasem mam wrażenie, że widuję takiego karła... Paskudne odbicie naszych wnętrz... Oto - do cholery - my... Suweren zszedł do lochu i zdjął kłódki? Ten, co wszystko wie, śmieje się zgniło małpią twarzą... Nędzny i zły - a jak zły, to świetnie wie, o co biega... Zatem czas karła? Będzie się coraz bardziej srożył, jeśli zanadto uwierzymy w los... Tam więcej losu, gdzie mało rozumu i aktywności. Skoro tło italskie się zjawiło, niech będzie i Machiavelli, co mówił, iż potęga losu ujawnia się tam, gdzie nie ma zorganizowanej siły oporu; tam kieruje on swe ataki, gdzie wie, że dla powstrzymania go nie zbudowano grobel ani tam. Szansę mają silni i zdecydowani - losowi ulegają bezwolnie słabi. Dotyczy to zarówno jednostek, ale też i całych grup ludzkich i państw. Pomyślny rozwój jest dla tych, co aktywnie troszczą się o swój byt i o swoją przyszłość... Trzeba więc pomyśleć, czy warto wypuszczać z podziemi i strychów naszą własną małpiarnię... Lekkomyślnie, krótkowzrocznie... Los to ponura siła...

***

Pär Lagerkvist

"Karzeł"

Itaka, Poznań 1993

14:19, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2017
Ze złego

Się wlecze - styczeń... Choć są sprawy, co pędzą, na łeb, na szyję, donikąd...

Czasem zniechęcenie bywa zabawne. Zdarzają się dni, kiedy nie chce mi się nic... Kiedy od rana niepokoje. Bo na przykład pies na mnie nie ujada. Bo jak wstaję, to zwykle ujada. Bo jak się nie drze, to znaczy, że mu coś dolega... Zasrana starość, co to nie radość... Lubię, żeby wszystko było w porządku... Coraz mniej bawią mnie zmiany, bo to i przecież w pewnym momencie wszystko musi się już zaczynać zmieniać na gorsze...

- Jezu, niech się ten dzień już skończy - jęknąłem raz siedząc na wyrku, w porannym rozczochraniu, całkiem jeszcze bieliźniany...

- Przecież ledwo zaczęło świtać, zlituj się, Miśku! - To rozradowany Franek w łóżkowych bebechach. - Ubaw od świtu. Aż zwariować można...

- Kto z Misiem wojuje, od Misia wariuje.

Zmiany, zmiany. Zawsze jakieś. A tu jeszcze na dodatek "dobra zmiana", co prze do przodu z posępną gwałtownością, i nawet z dyplomatyczną odwagą, nawiązując śmiałe relacje z nieistniejącymi krajami, sama na krawędzi rzeczywistości, cała w pojęciowych odwrotnościach - niby gada po naszemu, a zrozumieć jej nie sposób. W biegu donikąd, w nicość, ze wzdęciem godnościowym słabeusza, który absolutnie robi wszystko, by stać się w swej grotesce tworkiem niepotrzebnym... Aż nas w końcu pożre jakaś żaba zielona, i ani nie beknie, a choćby i jej się odbiło, nikt się tym nie przejmie.

Nie, oczywiście nic takiego nie musi nastąpić... Może to tylko taki poślizg? W każdym razie teraz trwają ochocze demolki, plucia i defekacje na ładnych do niedawna posadzkach. I co? Zatkało kakało? Radocha pyszna, jaką można mieć tylko w poczuciu bezkarności... Gówniarze, wszędzie... Gówinarze zmianowi, gówniarze w opozycji... Pisakownica - wiadereczka, łopateczki... Tylko - o rety! - kto to zrobił, kto to zrobił?? - kto Jarkowi dał sztychówę, co za grabarz jeden?? ---- Sztychówka - dobra rzecz - wbija się w grunt jak w masło, można dłubać pułapki albo i ciąć po łbach... Niebezpieczna rzecz w gówniarskiej piaskownicy, w rękach pulchnych purchaweczki, mamusisynusia na wieki wieków, co złego od dobrego nie odróżnia... Aaaaa! Jedno wielkie a, prefiksowe... Aaaaa - amoralność, anormalność, arozumność...

No tak - ale przecież złe zawsze górą... Tak patrzeć trzeba - to mniej kłopotliwe. Po co głowę łamać nad czymś, co nie takie znowu warte tych całych troskliwych pochyłów... Człowiek pochylony zawsze się bardziej wystawia na niebezpieczeństwo - jest bowiem w co kopać, z chichotem...

Dobre to taki negatywek, co się snuje, bruździ, psuje, przeszkadza... Człowiek, któremu dobre uczynki się zdarzają, to wie. Sumienie nawet może pogryźć, kara za takie wyskoki dobroci jest nieuchronna...

Złe to grunt. Cuchnący, wyziewny, ale i żyzny, skłonny dawać pożywkę i dobremu, i pięknemu... Jak to mówi Leverkühn do Serenusa: Świat materialny, ta wroga tobie niesamowitość struktury świata, jest niewątpliwie warunkiem moralności, która bez niego nie miałaby żadnego gruntu, i może właśnie dobro należy nazwać kwiatem zła - une fleur du mal...

Obrzydliwa materia często też, jeśli już się zdobyła na świadomość, kombinuje, jak by się tu zlać we wszystko napotkane, jak pierwsza lepsza woda jakaś...

Prawda, do której ciągle zbliża się wódz malutki z drabinki plastikowej... Oj, tam, na końcu - kto wie - może po prostu seria bolesnych zastrzyków... Więc jakiś lek! A dla nas, po drodze, może jakaś nauczka. Może jeszcze będzie dobrze i przepięknie. Człowiek by tak chciał...

Póki co... Co? Grubiańskie wypieranie się prawdy, pogarda dla rozumu, kuchenne mity, mylenie degeneracji z czasem minionym... Trucizny, rozanielone chamstwo, energia wywoływana zdziczałymi fantazjami, nieprzydatność parlamentarnej dyskusji... Bajki, obłędne fikcje, czcze wymysły, które mogą nie mieć absolutnie nic wspólnego z prawdą, rozsądkiem czy nauką, stają się twórczą siłą warunkującą życie i historię i tym samym okazują się dynamiczną rzeczywistością...

Prawda ma kłopoty, gdy napotyka przemoc. Niestety...

Powyższe wyrazy to naturalnie Mann z "Doktora Faustusa"... Wielkość i piękno, które w gruncie rzeczy jest wykwitem zła, co wykiełkowało z ziarna, które na swój właściwy czas czekało wytrwale... Ponieważ Tomasz Mann chciał być zawsze jak Goethe, musiał więc i napisać swojego Fausta. Już w epoce Buddenbrooków coś na ten temat szkicował, ale musiało się wiele wydarzyć, wiele zła, by ten kulturalny kwiat mógł zaistnieć... Czekało ziarenko na katastrofy małe, intymne, na drobne łotrostwa oraz na wielkie łotrostwo i wielką katastrofę z tego wielkiego łotrostwa wyrosłą... Małe zła, wielkie zła - problematyczna niemieckość z jej furiami, zwykłe ludzkie nieszczęścia, obłędy i własne, samotne cierpienie, cierpienie niedopieszczonego homoseksualisty, w półcieniu... Piekielny zestaw, w sam raz dobry na paliwo do pięknego, piekielnego dzieła...

Zło daje dziwne owoce - smaczne i niepokojące, w którym jest przecież opis, fascynujący opis tego, co w nas ciągle siedzi - opis potwora. Opis życia... Piękna historia, wspaniały bieg - niestety po okręgu...

Zło fascynuje... To wielka pozytywna siła. Pokazywał to świetnie też Lagerkvist dając do zrozumienia, że i najświętsze świętości i najurokliwsze kulty cudodajne mają cuchnące podłoże - takie jak gnój księżnej z "Karła", sponiewieranej na przegniłej słomie swego posłania, wyuzdanej także w swej pokutniczej religijności...

 Zło też ma siłę leczniczą - jak powiada Lagerkvist w "Kacie" - To wprost okropne, jak ludzie są chciwi wszystkiego, co ma z tym związek. Gdy nocą wracam do domu koło wzgórza z szubienicą, panuje tam taki zgiełk i tajemna krzątanina, aż serce zamiera człowiekowi w piersi ze strachu. To stamtąd, co każdy wie, aptekarze, zaklinacze i inni bezbożni czarownicy dostają swój towar, za który biedacy i uciśnieni muszą płacić drogimi pieniędzmi i ciężkim potem. Mówią, że leżą tam trupy odarte aż do nagich kości, tak że wcale nie poznać, iż kiedyś za życia to byli ludzie. Cóż, sam wiem tak dobrze jak i wy, że to ma siłę i nie można się bez tego obejść, gdy przyjdzie wielka bieda, sam to zresztą wypróbowałem na sobie i na mojej babie, ale mimo to mówię: tfu! Tfu, wstyd! Nie tylko wieprze i ptaki niebieskie żywią się padliną, my też to czynimy!

Jakże obfite w rozmaite dobrodziejstwa jest nasze życie, ile wynalazków, co swe źródło mają w wojowniczych straceństwach, ile też ciągle nadziei, że poprzez wściekłość, bijatykę, upokorzenia, religijny eksces można dotrzeć choćby do rajskiego przedsionka...

Ciągle jakiś taniec wokół wisielczego pagórka. Zło musi się dziać, żeby było dobrze...

Trochę to smutne... Choć tyle, że nie mam dzieci. Zawsze to mniej wstydu...

Co to my sobie szykujemy? Co to za samotniczy fuzel się robi, i to w samej strefie zgniotu?... Ciekawe - co dobrego po tym tańcu upiorów będzie? Jestem zaciekawiony, choć i zaniepokojony, bo byłoby przecież bezpieczniej, gdyby heca działa się w jakimś San Escobar... - Co tam oni sobie robią? - takie pytanie byłoby lepsze od tego, które ciągle sobie zadaję, tu, tu: - Co my sobie tu robimy?? Czemu tak, i teraz?? Słabeuszki lekkomyślne, wkrótce może w ogóle niepotrzebne?

14:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 stycznia 2017
Patrząc wstecz

Dziesiąty stycznia... Tak to się ułożyło. Rok temu. Umarł David Bowie, tuż po swoich urodzinach, tuż po ukazaniu się płyty, ostatniej, jak się okazało. Z czarną gwiazdą czarny krążek... Jedna z najlepszych jego rzeczy...

Dopiero po końcu człowiek zauważa, jak się wszystko dziwnie plecie... Cóż za wycyzelowane dzieło! Człowiek mówi tak zdziwiony, gdy patrzy wstecz... Jedność konieczności i przypadku... Taki, nie inny charakter, taki, nie inny zawód - takie, nie inne w związku z tym przypadki... Tak to się dzieje - o tym kiedyś rozprawiał Schopenhauer, o transcendentnych spekulacjach na temat zamierzenia...

Życie dziwne, sploty dziwne...

Czas znowu chyba na piosenkę... No tak, tak najprościej, piosenka, i blog żyje. Człowiek się specjalnie nie napracuje... "Velvet Goldmine"...  Z czasów Ziggy'ego. Była kiedyś bonusem do albumu "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars".

Zazębienia... Moja mama uwielbiała tę piosenkę. Zatem mieliśmy coś wspólnego... No i jeszcze płyta wspomniana. Okładka. Heddon Street. W tle budynek, gdzie kiedyś chyba była poczta, teraz jest bar The Living Room W1, a kiedyś, przed tym wszystkim, jeszcze przed pierwszą wojną, była Cave of the Golden Calf... Jaskinia, co była chyba pierwszym gejowskim klubem, efemeryda, przy tworzeniu której udział miała Frida Strindberg, była żona Augusta... Tak się to w życiu plecie...

10:54, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 stycznia 2017
Rok Davida

Był to. Tak wielu uważa. Biorąc pod uwagę to niezwykłe oddziaływanie artysty zza grobu.

Elegancki Bowie. W jakiś niesłychany sposób zmówiony z mocami, które, choć ostatecznie bezlitosne, poszły na pewne ustępstwa, czyniąc ukłon sztuce, którą gwiazdor w niebywale mocny sposób otoczył swoją śmierć.

Gdy gasł, my czekaliśmy na nową płytę. Po dwóch dniach od premiery, to dźwiękowe dzieło, ostatnie, jak się okazało, nabrało jeszcze większej głębi. Także odchodząc, Bowie udowodnił, że mogą dziać się rzeczy najdziwniejsze, uznawane za niemożliwe... Czarna gwiazda, żałobna... Jeszcze ta kropka nad i - ostatnie zdjęcia, elegancja i wręcz diabelski uśmiech... Nie do wiary. Do końca zaskakujący, i w tej swojej kruchości szalenie silny... Znów zrobił coś niepowtarzalnego. Ten niepowtarzalny człowiek, który do samego końca odmieniał ten świat... Cieszę się, że mogłem go słyszeć, widzieć... Że mogę to czynić nadal...

Ciągle jestem pod wrażeniem. I chyba zawsze będę... Życie, sztuka, śmierć... Pełen widok, donośne brzmienie, a jednocześnie starannie ukryte przestrzenie prywatności... Cisza i uporządkowany hałas w jednej chwili... Klasa do samego końca...

Jeszcze muzyczny drobiazg... Coś z dawnych lat, z okolic "Diamond Dogs"... Jedna z moich najulubieńszych piosenek...

 

 

13:23, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »