BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 26 lutego 2010
W szarą godzinę

 O Jezu - siedzę nad robotą i tak podchodzę do niej jak pies do jeża... Bo już myślami jestem w górach... Tym razem robimy z Frankiem nalot na Beskidy...

 Brzydko się zrobiło, bo tak poszarzało, spod resztek śniegu wylazł ohydny miejski brud przedwiosenny... Ale to chyba jeszcze nie koniec zimy... W każdym razie liczę na nowe opady białego puchu, na kolejną falę mrozu... Strasznie się zżyłem z zimą i nie chcę, by nas opuszczała...

 Oznaki wiosny jednak już obserwuję. W domowych doniczkach. Już są drobne ruchy... Figowiec puszcza młode listki, asparagusy strzelają w górę młodymi pędami... A pełen cierni krzaczek, który zdobi jeden z parapetów, zupełnie zwariował - stoi niemal bezlistny, za to kwitnie jak oszalały... Patrzy na mnie czerwonymi kwiatuszkami i przypomina mi trochę inne czasy, które mi się jakimś nadludzkim wysiłkiem udało sprasować w mojej pamięci i ułożyć na odpowiedniej półeczce, tak żeby nie zawadzały...

 Trzeba będzie coś zjeść zaraz (bo póki co, mam w sobie tylko dwa banany, obłok papierosowego dymu i wiadro kawy)... A potem jeszcze czeka mnie wypad na miasto... Na samą myśl o tym chce mi się spać...

 Za szaro jest dzisiaj na cokolwiek... Myślę o wieczorze: jak się gruchniemy do wyra, jak odpieczętujemy pakę z czymś słodkim... A potem trzeba się będzie wyspać przed wycieczką w beskidzkie strony...

 A teraz już, zmagając się z umysłowymi zamgleniami, wracam do swoich spraw czarodziejskich...

 To miłego weekendu! :))

14:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 lutego 2010
W pożółkłych kartkach

 No cóż, no cóż, no cóż... Tak to już jest, że ustabilizowanie blogowi nie służy... Jest ciekawie, lecz jednak już od dłuższego czasu nie ma nic takiego, co zasługiwałoby na notkę na blogu... I tak, poddając się przyzwyczajeniu, będę chyba musiał się z lotów niewysokich zsunąć na całkiem już niskie... Aż przyzwyczajenie samo wygaśnie...

 Tatę wczoraj odwiedziłem... Tato czuł się tak sobie... Tato, który - jako że jest emerytem i ma nadmiar wolnego czasu -  obserwuje życie polityczne w naszym kraju, obserwuje i się niepotrzebnie podnieca... Musiałem wysłuchać trochę jego przemyśleń... Coś nas w sumie łączy, bo obaj z odrazą patrzymy na ludzi PiS, tyle że ja nie mam czasu na to, by sobie nadmiernie zawracać nimi głowę i się z ich powodu denerwować... Ale cóż - musiałem wysłuchać, co tato ma do powiedzenia o tle ostatniej korespondencji między premierem i wiecznie kompromitującym się prezydentem... Przytakiwałem z wiarą, że tragifarsa obecnej prezydentury z całym swoim osobliwym zapleczem wkrótce dobiegnie końca. A na koniec zaproponowałem tacie, żeby się do cholery, zaczął trochę więcej ruszać!!! Bo coś osiadł na mieliźnie...

 Trochę też jest smutny tato, bo mu się świat znajomych wykrusza. Ostatnio jakiś tam jego kolega umarł, drugi w ciężkim stanie leży w szpitalu, bo mu nery wysiadły... Ot - życie...

 No i się "pochwaliłem", że mi jacyś kretyni bramę buchnęli... Boże, już sobie wyobrażam ponurą ekipę, która demontuje wrota... Tak mało malowniczy łup!!! Gdybym sam miał brać w czymś takim udział, nie wygrzebałbym się ze smutku... Przestałbym jeść ciastka...

 Cholera, jak już kraść... Jak kraść, to coś, co zniewala... Chociaż lepiej nie kraść... Mówię tak, bo mam w sobie tchórza, który mi na takie akcje nie pozwala... Kiedy ja coś ukradłem?... Tak, były takie złodziejskie sytuacje w moim życiu... To było strasznie dawno temu, kiedy w początkowych latach podstawówki chodziłem do szkolnej świetlicy, która przypominała przedszkole, bo mogliśmy się tam bawić... Ale mnie się to za bardzo nie podobało, nie chciałem tam siedzieć, miałem w dupie panie czytające jakieś bajeczki, miałem je w dupie, bo mnie wiecznie targały za uszy. I żeby się zemścić, kradłem z tej świetlicy klocki, lecz nie po to, by je sobie przywłaszczać i kompletować w domowym zaciszu, o nie - kradłem, by je później wyrzucać do ściekowej kratki... (Straszne panie były w tej świetlicy... Raz z kolegą rysowaliśmy sobie. Kredki kolorowe, jęzory wywalone... Już byliśmy zorientowani, co panie mają pod odzieniem... I rysowaliśmy panie z cyckami... Rysunki zostały przechwycone. I gdy przyszedł mój tato, pani mu wszystko pokazała... Kolega był wstrętny, bo powiedział, że on niczego nie malował, że to tylko ja... I za te głupie cycki dostałem w domu od starego manto... Dowiedziałem się, że tak nie wolno robić, nie wolno malować cycków... Nie pytałem, dlaczego... I tak nikt by mi na to pytanie nie odpowiedział...)

 Tamte drobne kradzieże były aktem zemsty... (A macie! Sru, do kanału!) Ale potem... Potem to już nie kradłem...

 Kradzieże są brzydkie, ale zdarzają się takie, co potrafią rozczulić. Jak choćby ta historia z podprowadzeniem "Plaży w Pourville" Moneta. Zaskakująca rzecz, jeśli jest prawdziwa. Raptem się okazało, że sprawcą był zwyczajny, niepozorny nierzetelny alimenciarz, chyba jakiś, o ile dobrze pamiętam, budowlaniec po technikum, czyli ktoś, kogo ludzie z wykształceniem, ale bez wychowania nie posądziliby o miłość do sztuki... Jeśli to była miłość, to była to miłość zła, zła, bo chcąca coś przywłaszczyć, coś odebrać innym... Obraz wylądował w Olkuszu, by spocząć w jakiejś domowej dziurze, z której wielbiciel Moneta wyjmował go, by z nim poobcować w uniesieniu i w poczuciu, że jest na całym świecie tym jedynym mogącym sycić się pięknem oryginału... Wpadł przez te alimenty... Skojarzyli go, mieli jego odciski... Zgubna to była namiętność, ale urocza, bo nie brała się z apetytu na pieniądze...

 Ech, te miłości... Te omyłki i zaskoczenia... W Roku Bjørnsona zacząłem sobie troszkę przypominać tego pisarza... Zerkam na jego pożółkłe komedie... Na "Nowożeńców" na przykład... Kryzys małżeński dwa dni po ślubie... Miłosne wyznania, obietnice, Bóg z pewnością jako świadek... A tu co? Jak mamusia nie może, to ja też nie pójdę, mówi młoda żonka... No i wychodzi na jaw... Żoneczka nie dorosła, ma mamusię i tatusia i myślała, że mąż będzie takim starszym bratem... My też już jesteśmy twoimi rodzicami, mówią rodzice żoneczki... A to pasztet... Bo młody mąż ma ambicje, młody mąż chce, by jego żona z nim poszła w życie... Bo w końcu żona ma opuścić rodziców, by żyć u boku męża... Oj, ile jest takich córeczek i synków nie mogących się oderwać od tych wszystkich mamuś...

 Myślę sobie, jak by to było, gdyby mi przyszło dłużej żyć obok swojej mamusi... Pozabijalibyśmy się. Szczęśliwie od mamusi oderwałem się dość szybko... Była jednak w bezpiecznej odległości. Czasem pokazywaliśmy sobie pazury, ostrzegawczo... I zabrzmi to może strasznie - ale nie brakuje mi jej... Taka jest brutalna prawda...

 Wielki Norweg na pożółkłych kartkach... W swojej ojczyźnie był za życia postacią numer jeden, przebił Ibsena, był niebywale aktywny, płodny, często zaskakujący w swej zmienności... To Bjørnstjerne Bjørnson dostał Nobla... Ale potem sława Ibsena przyćmiła jego wielkość. I tak już zostało... Kiedyś był u nas tłumaczony, ale większość rzeczy ukazała się dawno już temu, w początkach minionego wieku, i nie była wznawiana... Dziś pozostaje u nas reprezentowany jedynie przez "Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza" i "Marsz weselny" oraz opowiadanie "Bułanek" zamieszczone w wyborze nowel i opowiadań norweskich "Tam, gdzie fiordy" Giebułtowicza... Może troszkę szkoda...

 Patrzyłem ostatnio na jego fotografie... To był człowiek z temperamentem... Jest w jego twarzy jakaś zadziorność, coś takiego koguciego... I rysuje się na niej poczucie humoru... Jest coś ujmującego w jego obliczu... Miał wyrozumiałą żonę, która mu wiele wybaczyła... I dała mu ponoć niezrównanego syna... Nazywał się Bjørn Bjørnson. Był swego czasu dość częstym gościem w domu Tomasza Manna. Zatrzymywał się tam w swych bezustannych wędrówkach między Północą a słoneczną Italią... Syn Tomasza, Klaus, niezwykle ciepło go wspominał. Wszyscy go uwielbiali. Bjørn był ponoć przezabawny ze swoim obcym akcentem i śnieżnobiałą grzywą. Opowiadał niezliczone historie o Ibsenie, o Griegu i całym skandynawskim Olimpie. Czarował śmiechem i elokwencją. Był jednym z budowniczych niezwykłego świata dzieci równie niezwykłego Tomasza Manna...

  No i jakoś się tak uklepała notka...

 I co tam jeszcze... U nas wszystko w porządku... Pogodne pedalskie życie... :))

15:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010
Chopin

 Szopenowy czas... Myślę, że i tu nie zaszkodzi umieścić trochę nieśmiertelnej muzyki Mistrza...

 Wspaniały Polonez As-dur. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych utworów w całej muzyce.  Skomplikowany, łączący w sobie w genialny sposób różne gatunki. Jest i uroczysty, heroiczny, mocny, a jednocześnie wplatają się weń nastroje łagodne... Muzyczny poemat pełen epizodów zbudowanych z rozmaitych emocji, gdzie obok podniosłego tematu wirują etiudowe młynki, płyną nokturnowe nuty...

Fryderyk Chopin i jego arcydzieło. Gra Janusz Olejniczak:

(czarmuzyki)

13:31, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lutego 2010
Celna leworęczność 3 (Duży Książę)

 Znów utknęliśmy przy stole... Oby tylko śniadanie nie przeciągało się miesiącami... Wypadałoby dobrnąć do końca... Wypadałoby, bo jak się już coś zaczęło... Bo jak już zamykać kramik to z czystym sumieniem. :)) Trzeba zatem coś tak a vista dopisać, odciągnąć bohaterów od stołu i posłać ich w końcu do diabła...

 Lady Dunghill nie może się oderwać od jajeczek. - Rzeczywiście bardzo ci smakują - zauważa Książę. - Wiem, wiem, zachowuję się jak ktoś, kto od dawna nie widział jedzenia. To już taka moja wada i z roku na rok potrzebuję coraz więcej materii, by okryć swój ogrom. Ale nie powiem, żeby mnie to szczególnie martwiło. Tak już chyba musi być. Jestem skazana na taką onieśmielającą formę. - O, każdy typ urody ma swoich admiratorów - mówi Aubrey. - Pan jest bardzo miły... A zatem powrót na wieś! Gratuluję panu pomysłu. Jestem pewna, że stworzy pan tu jakieś wyjątkowe miejsce... - O tak, co do tego nie ma wątpliwości - woła Książę. - Wyczułem nutę ironii - zauważa Aubrey, co Książę kwituje gestem mówiącym, by chłopiec nie przywiązywał większej wagi do jego słów. - Ach, ten nasz Książę... - Co takiego chcesz obwieścić, moja droga?... - O, nic takiego... Proszę mi wybaczyć, drogi młodzieńcze, ale gdy na pana patrzę, coś - może to będzie nieco zdumiewające - przychodzi mi na myśl... - Nie bądź taka tajemnicza. - Ech, pomyślałam sobie, że jeśli mężczyzna chce utrzeć nosa żonie, która go zdradza, powinien natychmiast poszukać sobie chłopaka, który swoją urodą przyćmi wszystkich jej kochanków razem wziętych. Tobie, jak widzę, pysznie się udało. Myślę, że pan Aubrey nie ma mi za złe... - Ależ skąd. Skoro możemy mówić otwarcie... - Naturalnie, mój chłopcze. Całe życie zastanawiałam się, kiedy mój ukochany Książę wytnie jakiś numer. I muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Musi pan pamiętać, drogi młodzieńcze, że jeśli znuży się pan chwilowo widokami lasów i jeziora, będzie pan zawsze mile widzianym gościem w moim domu. - Czy będę się nadawał na salony? - Cóż to za sztuka?! To tego nie trzeba żadnych kwalifikacji. Wystraczą jedynie umiejętności wzdychania, układania okrągłych zdań, marszczenia czoła... No i trzeba oczywiście mieć w swych zasobach kilka wytwornych przymiotników do opisywania napotykanych zjawisk, które zawsze są zachwycające, olśniewające etc... A pan przecież, mój Boże... Coś chyba pozostawi pan sobie z talentu i wygłosi nam trochę pogadanek o egzotycznych literaturach... - Przychylność lady Dunghill to wielki skarb - mówi Książę. - Jestem tego pewien - odpowiada Aubrey i dodaje: - W ogóle przychylność kobiet gwarantuje nam sukces. - Pięknie powiedziane - wzdycha lady. - O tak - przyznaje rację Aubreyowi Książę i ujmuje opierścieniąną dłoń lady, by złożyć na niej pocałunek. - Wy, kobiety, jesteście naszymi aniołami - uzupełnia. - Z kurzymi skrzydłami, mój Książę, z kurzymi skrzydłami. - O, chyba jesteś nazbyt surowa. - Ależ skąd. Wam jakoś brakuje dziś odwagi, by mówić prawdę. Same musimy sprowadzić się na ziemię, z niezbyt wysokiej gałęzi. W dzisiejszych czasach mężczyźni mają skłonność do ośmieszania i umniejszania samych siebie. I przy tej okazji jesteśmy jeszcze oblewane nieznośnym lukrem. Mnie się to nie podoba... Ach, miewacie z nami czasem okropne problemy... - Czasami... - mówi Książę. - No, i pozwolę sobie nawet na wulgarność, ale cóż - zacytuję wszak literaturę: takimi cudownościami bywamy okrywane, a wszystko sprowadza się do uroku pizdy... Tylko żeby aż tak ładować w siebie? To za dużo, stanowczo za dużo, by wychwalać naszą posępną praktyczność. - Te kurze skrzydła nawet mi się spodobały - wtrąca Aubrey. - Tak bardzo mnie to cieszy - uśmiecha się lady. - Albatrosy! - woła Aubrey i rozkłada ręce, jakby właśnie zbierał się do lotu. - Przypominacie sobie wiersz Baudelaire'a? - Ależ naturalnie! - krzyczy lady Dunghill - jakiż jest nieszczęsny i pokraczny albatros uwięziony na pokładzie okrętu, jak potyka się bezradnie o swe wielkie skrzydła. Przedrzeźniają jego podrygi, ktoś stuka go w dziób. A taki jest piękny, gdy szybuje wysoko. - Czasem jednak i on musi przysiąść. Takie są wymagania życia... - No właśnie - szepcze teatralnie lady - przechodząc do ludzi wypada powiedzieć, że czasem ta wasza lotność potrzebuje łopotu kurzych skrzydeł. - Byśmy nie przepadli w przestworzach... - Ale nie daj Boże, gdy was one okryją, gdy wam te anioły połamią wasze skrzydła - zostaniecie na ziemi, a one będą na was patrzeć tryumfująco z grzędy... Umrę w męczarniach, jeśli dożyję czasu, w którym świat zostanie zamieniony w kurnik!!! - Cudownie, że ty to mówisz - przyznaje Książę... - Widać, że mam uprzywilejowaną pozycję - cieszy się Aubrey. - Uważaj tylko, byś się nie zmienił w ptaka dodo - ostrzega go Książę. - A ja myślałem, że martwi cię moja lotność, która poddaje się niewłaściwemu wiatrowi... A ptak dodo... Jeśli mi się tak przytrafi... Może mnie przypadnie rola krótkoskrzydłego, który z podziwem... - Zaraz, zaraz... Kim jest ten twój bileter? Coś mi się zdaje, że jego przodek nie poszybował za daleko... - Zobaczymy. - Co to za bileter? - wtrąca pytanie lady. - No widzisz, wszystko jest takie skomplikowane - wzdycha Książę. - On poddaje się jakimś impulsom. - Niech słucha swojego serca! Nawet jeśli popełni błąd... Człowiek łatwiej wybacza swemu sercu niż okropnej rozważności rozumu... Całe szczęście, że nie jesteśmy tacy jednostronni... - No tak - mówi się, że człowiek jest istotą rozumną, ale każ mu iść za głosem rozumu, a wpadnie w furię. - Cała ta rozwaga - mówi lady - to tylko natłok cudzych oczekiwań. Ludzie często cudze biorą za swoje. Większość to kupa naśladowców... A te furie są zazwyczaj krótkotrwałe. Epidemia zdrowego rozsądku. - Tak - wzdycha Aubrey - jak powiada Goethe: Naśladownictwo jest nam wrodzone... - Ale co naśladować należy, nie łatwo znaleźć - dodaje lady. Aubrey posyła jej serdeczny uśmiech: - Cnoty najniższe spotykają się w tłumie z pochwałą, średnie z podziwem, najwyższe nie spotykają się w ogóle ze zrozumieniem... - Może już się tak nie zapędzaj w te cnoty - mówi Książę. - A to dlaczego? - dziwi się Aubrey. - Ach nie, nic... W końcu to ja sam... - No właśnie... A jeśli już korzystać... - Gdybyście mieli wchodzić w jakieś sprzeczki - wtrąca się lady - od razu uprzedzę, że nie chcę być ich świadkiem... Jedno tylko powiem - ważne, by dary losu przemieniały się w naszych rękach w piękno... I nie musi być ono spektakularne... - Jeśli cokolwiek się przemieni... Bo równie dobrze mogę zaraz pójść w ziemię na nowe przeobrażenia. Życie czasem nie chce dawać sobie szansy. Takie bywa dumne. - Obawia się pan czegoś? - pyta zaniepokojona lady. - Bo jeśli to te zjawy, myślę, że można je zignorować. Nie trzeba się poddawać takim głupstwom. - Tak, może to tylko jakaś nadwarażliwość. A teraz muszę już przeprosić. Na mnie już czas. - Może jednak nie powinieneś iść tam sam? - Dokąd pan Aubrey się wybiera? - Aubrey chce odwiedzić brata. Ma wiele do naprawienia - informuje Książę. - Tak - przyznaje Aubrey - i myślę, że nie będzie nietaktem, jeśli Waszą Wysokość poproszę, by nie wtrącał się aż tak bardzo w sprawy swoich poddanych. - Tak, myślę, że pan Aubrey ma rację. Pewne sprawy załatwia się bez świadków - przyznaje lady Dunghill. - Pani, Książę - mówi Aubrey i wstaje od stołu... - Przepraszam cię, moja droga... Aubrey, pozwól, że cię odprowadzę... --- - Ten przeklęty deszcz - wzdycha Aubrey. - Nie jesteś za lekko ubrany? - martwi się Książę. - Nie... No, sądzę, że wizyta nie zabierze mi zbyt wiele czasu. O ile oczywiście... - Przestań, bo naprawdę zaczynam się bać. - Co tam... - szepcze Aubrey. Książę dotyka jego policzka. - Czekam więc - mówi. Aubrey ujmuje dłoń Jego Wysokości i przytyka ją sobie do ust. - Dziekuję - mówi i wychodzi na deszcz...

CDN

15:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 lutego 2010
Jóhann Jóhannsson

 No tak, jak już wlazłem w sieć, to... No właśnie... Wlazłem też i tu, ale sobie uzmysłowiłem, że nie mam absolutnie nic do powiedzenia... Może mi tak już nawet zostanie?... Może się wyplątam z pajęczyny słów... Słowa są takie męczące...

 Dzisiaj zostawię trochę muzyki... Jóhann Jóhannsson z Islandii...

(4ADRecords)

15:29, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lutego 2010
Nie mam nastroju na wiosnę

 cieszę się więc z zapowiedzi, że zima potrwa jeszcze długo... Oby się wróżbici od pogody nie mylili... Dziwna rzecz, ale w ogóle nie tęsknię za wiosną. Do tego doszło! Już tak się wtuliłem w polary, swetry, kurtki, buciory, że nie chce mi się tego zmieniać. Eskimosieję!!! Nie mam nic przeciwko zamrożeniu, niech będzie biało, niech się wszystko zatrzyma, stężeje w mroźnym powietrzu... Ile plusów niesie zima... Ot - choćby muchy nie latają...

 W zimie dobrze się czyta wiersze, dobrze się wypoczywa i przytulniej jest we własnych kątach... I moje psy się cieszą, bo one wolą chłód...

 Psy straszliwe... A właściwie jeden pies zasługujący na to miano - Niedźwiedź, który znów zalazł mi za skórę, bo mnie dziabnął. Skurwiel skasował mi palec. Franka pilnował. Wszedłem po coś do pokoju, w którym się Franek wylegiwał pochłonięty lekturą. Przechodząc chciałem go złapać za palec od nogi. Wyciągnąłem w jego kierunku rękę, a tu nagle jak spod ziemi wystrzelił Niedźwiedź z dzikim charkotem... Dobrze, że nie porwałem dłoni, bo by mi rozorał palec. Koniec świata - własny pies dziurawi mi organizm... Zza książki rozległo się radosne parsknięcie... A tu się nie ma z czego śmiać... :)))

 Utknąłem wczoraj razem z dziurawym palcem nad robotą... Aż mnie w końcu Franek pogonił, bo mu się coś nudzić zaczęło... - Tak wyszło, że mi się zrobiła sobota pracująca. - No to niech sobie sobota sama dalej popracuje, a my byśmy się może gdzieś przeszli...

 No i przeszliśmy się... Obejrzeliśmy sobie wieczór, a w końcu wylądowaliśmy na piwku, przy którym oglądaliśmy narciarskie skoki... Było sympatycznie... I kolejne srebro Adama Małysza bardzo mnie ucieszyło... To jest jednak znakomity sportowiec. Już się wydawało, że wielkie sukcesy ma za sobą, a tymczasem tak pięknie odbudował swoją formę... Niby to taki drobiazg, coś bez treści, ale ważne, że cieszy ludzi...

 I co więcej napisać... Spokój, cisza, plaster na palcu... Ładne dziś słońce zimowe... Rano byliśmy z psami na długiej przechadzce i podsłuchiwaliśmy gawrony... Bardzo były dziś rozmowne...

 Niedźwiedź się porządnie dotlenił i po powrocie do domu przyjaźnie zamachał do mnie ogonem. Bo michę trzeba było napełnić. Jakby nigdy nic przyjął z pogryzionej ręki posiłek, zeżarł, a potem poszedł spać... Z Budrkiem zaś musiałem jeszcze zagrać w piłkę... Bo dla tego czworonoga dzień bez piłki to dzień stracony...

15:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 lutego 2010
Pozdrowienie od Tetmajera

 Tak sobie myślę, że nie może tu braknąć Tetmajera, którego admiratorem jestem od dawna, od szkolnych czasów... Bo te jego tęsknoty do Nirwany, bo ta jego melancholia, co duszą jego duszy była, bo Schopenhauer, bo przecież Tatry...

 Wypada mi wspomnieć o nim rocznicowo, bo przecież minęło w styczniu 70 lat od jego śmierci...

 Trudno wybrać jakiś jeden jego wiersz... Bowiem wszystkie są piękne... Zerknąłem na swe czarodziejskie półki... Zdecydowałem się wreszcie na takie pozdrowienie...

Kazimierz Przerwa - Tetmajer

  "Pozdrowienie"

Sponad wiślanych leci fal

 wiosenny, chłodny wiatr,

leci ku mojej ziemi w dal,

 ku śnieżnym szczytom Tatr.

Wichrze! Nad wzgórza, pola nieś

 me pozdrowienie stąd,

rodzinną moją pozdrów wieś

 i dunajcowy prąd.

Przydrożne wierzby, smreków las,

 w ogródkach każdy kwiat

i wszystkie łąki pozdrów wraz,

 i ludzi z wszystkich chat.

I do tych śnieżnych skał się zawróć,

 ku stawom, halom gnaj,

i pozdrów mi po tysiąckroć

 mój cały górski kraj...

13:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lutego 2010
Wzięli i ukradli

 U Romana dowiedziałem się, że jednak jestem twierdzą... Tak być może kierując się względami estetycznymi wolałem być górą, szczytem malowniczym, jednak zostałem przekonany... Tak czy siak zawsze byłem tym, którego chłopaki se brały... A jak se już ten i ów wziął, no to bywało, że twierdza straszyła upiorami... Ale teraz twierdza kwitnie, i nawet dość schludna jest, jeśli pominie się kilka pajęczyn w moim - że się tak wyrażę - zakopconym gabinecie... No i nieusuwalny gnój na biurku... Sterrrrty ważnych papierów - ach, ta pierdzielona skłonność człowieka do posiadania biura! Jakąż doniosłością staje się istnienie!!! (A tu idziesz człowieku ulicą, góry lodowe spadają z dachów i w jednym momencie mogą ci pokazać, jaki z ciebie świata pępuszek...) Tylko co to, kurna, za twierdza, której bramę kradną?? Bo mi, kuźwa, z moich skromnych włości ktoś podprowadził nowiutką bramę!!! Szczyt! To rzeczywiście jest już szczyt!!

 Wszystko się dzisiaj kradnie. Koło domu mojego kumpla ktoś kiedyś rozebrał na przykład altanę śmietnikową. Bo pewnie potrzebował białych cegieł... U mnie, koło mojego poletka, ktoś zlikwidował jakiś czas temu taki zjazd z głównej drogi z brukowej kostki... Pewnie się ta kostka przydała pod czyimś domem... A teraz, k..., nie mam bramy... Ile można kupować bram? Ile ogrodzeń?

 I jestem sobie twierdzą bez bramy...

 Dostałem cynk od znajomego, pojechałem rano. No ni ma!

 Wróciłem do domu. I ugotowałem biały barszcz na białej kiełbasie... Franek będzie miał na kaca. Bo ma dzisiaj jakieś opijanie... Rano powiedział - Wiesz, Misiu, jest duże prawdopodobieństwo, że wrócę dziś wstawiony... Nie masz nic przeciwko? - Cóż mam mieć... Najwyżej jak będzie waliło od niego piwskiem, pójdę spać na małą kanapkę. Albo jego wygonię... Fuj, jak jestem trzeźwy, to cholery dostaję od takich odorków. :)) A dziś raczej będę trzeźwy... I cóż - porajdowałem sobie przynajmniej o poranku jego pojazdem...

 Masz ci los, twierdzo!... Póki co, wiatr tam jeszcze hula, więc sobie ludzie używają... Komuś się nawet przydało kiedyś drewno z kilku ściętych zdechłych, pradawnych czereśni... Co za naród! Brrr!

16:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 17 lutego 2010
Zanim nadejdą mgły

 Troszkę może melancholijnie będzie...

 Czasem mi się zdarzy zajrzeć do telewizora... I wczoraj zajrzałem, aby z przyjemnością obejrzeć na TVP Kultura sztukę norweskiej pisarki Bjørg Vik "Podróż do Wenecji" w reżyserii Janusza Majewskiego... To taka melancholijna komedia (vemodig komedie) o parze staruszków, którzy po mistrzowsku zbliżają się do swego kresu. Piękna, pozbawiona cienkiego sentymentalizmu sztuka o miłości, o międzyludzkiej więzi... Czasem sobie myślę, że starość jest swego rodzaju życiem po życiu - właściwie wszystko już się ustaliło, przeszły burze, tragedie i pozostaje tylko kawałek drogi do kończących wszystko mgieł... Edith i Oskar (w tych rolach Danuta Szaflarska, jak zwykle cudowna, i także wspaniały Igor Przegrodzki) mieszkają z kotami w starym domu, pośród starych przedmiotów... Długie życie nie zabiło w nich pogody - choć zostali bardzo przez los doświadczeni, umieją odkrywać jasne strony ziemskiego bytowania. Dla nich nawet bulgoczące przytkane rury brzmią jak szum górskiego strumyka... To ludzie, którzy potrafią ze sobą rozmawiać, częstować się serdecznymi docinkami, to ludzie czuli... Już nie ruszają się z domu, ale to nie przeszkadza im podróżować... Wiecznie gdzieś jeżdżą... Ubierają się odpowiednio, rozmawiają o pogodzie, ustawiają w rządku krzesła i umawiają się, że to pociąg... Mają dużo wyobraźni, fantazji... W ich wycieczki wplątują się dawne wspomnienia, przeżycia z prawdziwych podróży... Edith i Oskar, Oskar i Edith - on, uczony, podzielił się z nią swoją wiedzą, ona nauczyła go sztuki życia... Otwartość na siebie stworzyła między nimi silną i nienaruszalną więź... Nie czują się samotni... Bo i te podróże, a także wizyty ciągle zmieniających się pomocy domowych zaspokajają ich apetyty, ich ciekawość... Nie brakuje nowości... Kiedy ich podpatrujemy, zjawia się hydraulik Karlsen (Wiktor Zborowski), a także podpita solidnie Viviann (Elżbieta Zającówna)... Oboje dołączają się do najważniejszej podróży Oskara i Edith, podróży do Wenecji... I owa podróż bez ruszania się z miejsca okazuje się być dla wszystkich ważną, pouczającą przygodą... Dawne lata młodości z ich radościami mieszają się z bolesnym wspomnieniem... Jest właśnie czterdziesta rocznica śmierci ich synka... Edith częściej rozmyśla o tym, z którym była ledwie przez 7 dni i 7 nocy, a także o trzech niedonoszonych ciążach, co zawsze wprawiało ją w dęczące poczucie bycia jałowym ogrodem, który nie rodzi owoców, Oskar zaś, jak to mężczyzna, stratę zawsze przeżywał bardziej po cichu... Budzą się naturalne myśli: kim byłby ich synek, gdyby żył i miał czterdzieści lat? Może byłby kimś wspaniałym, albo bandytą i narkomanem?... Może lepiej, że odszedł tak szybko?... Wspaniała opowieść o wzajemnym wspieraniu się, o pokonywaniu bólu, o szukaniu radości mimo tragedii, o starości, o dojrzałej miłości... Wszystko tam przepojone jest czułością!... A po przypływach smutku, przychodzi pogoda życia... Ze śmiercią nic się nie kończy... A po podróży do Wenecji przychodzi czas na kolejną... Edith chce jechać do Niemiec, na plażę nudystów...

 Vik zdaje się interesować przemijaniem, starzeniem się... Przychodzi mi teraz na myśl jej opowiadanie "Snart er det høst" (Wkrótce nadejdzie jesień)... Wchodzenie w nową fazę życia, w trud bycia w opuszczonym przez młode gnieździe...

 Bywa czasem, że myślę nad swoją starością... Dziś jeszcze jest ona dla mnie czymś odległym, ale czas przecież biegnie tak szybko... Dwadzieścia lat temu wydawało mi się, że nie doczołgam się do dnia, w którym piszę te słowa... Ze zdziwieniem lekkim patrzę na siebie trwającego na ziemi, a nie w krainie wiecznych łowów... Miałem być trupem, a nie jestem... I może dane mi będzie się zestarzeć... Tylko jak to będzie wyglądało? Dla mnie czas płynie jakoś inaczej. Widzę zmieniające się daty, ale życie układa mi się według innego planu, bez patrzenia na rosnące dzieci, bez wynikających z tego, przyporządkowanych do określonego wieku obowiązków... Pomimo narastających warstw doświadczeń, pozostaje we mnie taki gówniarz... Po znajomych dzieciatych widzę tylko, że czas to nie przelewki...

 Pocieszające jest tylko, że sam umiem radzić sobie ze stratami, porażkami, niespełnieniami... Mam względny spokój... I to może jest jakaś nadzieja na przyszłość... Dla mnie, dla niego - jeśli nam dane będzie dotrwać...

 Patrząc na bohaterów Vik, trochę widziałem w nich swoich dziadków, rodziców mojej matki... Oni wprawdzie nie urządzali sobie takich osobliwych podróży, ale ich przywiązanie do siebie było niesamowite... Oni się naprawdę kochali... Byli czuli... Nazywali siebie mamusią i tatusiem. :)) Nie wiem tylko, jak to sie stało, że ich córka nabrała tak przerażającej pogardy dla innych? Co się takiego stało? W płodnym ogródku wyrósł jakiś dzik... Dziadek coś tam kiedyś mówił, że z moją matką zawsze były problemy... Nosiła w sobie coś złego, czego nie dało się okiełznać... Ale bardzo ją kochał... Matka zaś z kochaniem miała problem. I nie zadawała sobie trudu, by uczyć się innych ludzi...

 Vik zdaje się mówić: Uczcie się siebie! Bo na tym buduje się więź!!

15:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 lutego 2010
Od Tatr po Islandię

 Coś o pięknie piękną porą?

 Tak mnie wzięło! Pod wpływem ślicznie udekorowanych śniegiem drzew, pól, dachów, gór... Wzięło, a nie wiem, jak zacząć...

 Piękny czas w pięknym świecie... Przyjemności proste. Ślizganie się, wyjeżdżanie i zjeżdżanie, wojny na śnieżki, wesołe ujadanie psów, robienie orłów w śniegu, strząsanie puchu białego z gałęzi na głowę Franka, picie herbaty z cytryną i naturalnie uleganie nałogom... (Jeśli idzie o nałogi - mam cztery: papierosy, kawa, obłapka i czytanie wierszy...) Zawsze coś dostajemy, aby było znośniej. Jak się dobrze ułoży gdzieś tam pod czaszką, zachowujemy dziecinne skłonności do zabawy, do figlowania. Oraz zdolność do przeżywania piękna. I - co najważniejsze - do uważnego korzystania z podarowanego czasu, do nie zabijania go zadyszką, gniewnym pośpiechem, bo pośpiech to szkodnik, który nie pozwala patrzeć, słuchać, poznawać tego drugiego... To się może określa mianem wrażliwości... Tak, chyba tak. Niech będzie, że tak... Sztuka, natura i towarzysz na ścieżce życia - wszystko to sprawia, że łatwiej się przedrzeć, łatwiej znieść ciosy... Życie nas uwodzi. Działa na zmysły, powstrzymuje nas przed zapadnięciem się w nicość, mimo że nie waha się przed pokazywaniem nam swej prawdziwej, złej twarzy... Natura posłuszna odwiecznym prawom. Natura, co tworzy i niszczy, co sieje lasy, rzeźbi góry, coś do nas szepcze, gra swoją muzykę... Tak o Tatrach napisał w "Na przełęczy" Stanisław Witkiewicz: "Przepyszna sala teatralna, w której zamiast brudnego plafonu rozpina się błękit nieba; słońce jest świecznikiem, a dekoracje mają po kilka tysięcy stóp wysokości - siedzieliśmy w pierwszych jej rzędach i słuchaliśmy wielkiej muzyki natury - piliśmy ze źródła to, z czego składa się każda sztuka, bez względu na jej środki: ze źródła rzeczywistego życia." A kawałek dalej poświęcił słów kilka tym, co w górach mieszkali, słów kilka, które pasują w ogóle do tych, co góry sobie umiłowali: "Jakąż jest siła namiętności tych ludzi, jeżeli jej nie zmoże darcie się z trudem na takie wyżyny, w taką dal, w zimną i ponurą pustynię, w twardy i niedostępny świat ruin granitowych - tam, gdzie chyba jeden orzeł, ważąc się w bezgranicznych otchłaniach błękitu, mógłby ku nim zajrzeć, podpatrzeć i podsłuchać! Namiętność ich nosi cechę pierwotnej, ślepej, żywiołowej siły, bez której niemożliwym by było utrzymanie istnienia wśród tak wrogich warunków - jest w tym coś z zapamiętania się kozic i capów dzikich, uganiających się po szczytach". Człowiek pośród ślepych sił, żywiołu, w dekoracjach, których przepych i piękno potrafi docenić. On - jako jedyny, który umie kierować się pięknem, dla którego bywa ono drogowskazem na ścieżkach życia i miłości... Po cóż się wodzi spojrzeniem po tych przypadkowych obrazach (jakież to niezwykłe - w nas sama natura sobą się dziwuje, sobą się zachwyca!)... Może chce się znaleźć odpowiedż na jakieś ważne pytanie? Zagadka życia nie daje się jednak rozwikłać. Wplątani w zjawisko do końca pozostaniemy w jego granicach, za którymi jest już tylko nieprzenikniony mrok. Jednak wpatrując się w nie, patrzy się także w siebie, uważniej i czulej. I można by pomyśleć, że możliwość podziwiania życia, zachwycania się nim, jest jakimś tajemniczym pomysłem na to, by owo życie ulepszać, a przynajmniej nie dokładać doń niepotrzebnych nieszczęść... --- Przypominam sobie taki obrazek z Islandii... To było w Reykjahlíð... Wybrałem się na spacer w przemiłym towarzystwie: dwie przeurocze starsze panie z Belgii i jeden czarujący Francuz, który mi się pochwalił, że jego pradziadek pochodził z Polski i miał na imię Tadeusz! Panie cudownie trajkotały szalenie łamaną angielszczyzną i były wniebowzięte, kiedy się zorientowały, że ze względu na swe obywatelstwo mam wiele wspólnego z pradziadkiem swego kolegi z Francji... Od razu wrzasnęły: Cracovie, Cracovie!! - Szliśmy sobie pochłonięci rozmowami. Był piękny wieczór, czysty... Ale w jednym momencie stanęliśmy oko w oko z czymś, co sprawiło, że słowo "piękny" było niewystarczające na opisanie momentu... Przed nami rozwarł się gigantyczny wachlarz różowego światła - całe północne niebo dosłownie zakwitło. Czuliśmy się jak małe istotki zamknięte w różanym kielichu o prześwietlonych płatkach... Nieopisanie delikatna, zjawiskowa barwa... Zamurowało nas. Nie mogliśmy wypowiedzieć słowa, tylko patrzyliśmy... Wszyscy przyznaliśmy potem, ża takiego świetlnego spektaklu nigdy wcześniej nie widzieliśmy... To był uwodzicielski czar subarktycznego nieba, który powoduje, że już zawsze za Północą się tęskni... Od pierwszego dnia po rozstaniu...--- Kiedy się patrzy na takie rzeczy, na takie zjawiska, człowiek ma skłonność myśleć sobie, że świat nie może być zły. Wiadomo jednak coś innego... Że świat pełen jest nieusuwalnego zła, że z natury jest niebezpieczny, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by postawić tamę złu w samym sobie... Wystarczy docenić własne przeżycia, ich doniosłość, by docenić w konsekwencji piękno każdego innego człowieka, które przecież też musi być, choćby czasem, wypełnione zachwytem, radością, miłością... Myślę, że dzięki pięknu mamy szansę, mamy sposobność głębszego wnikania w siebie, mamy szansę nabrać szacunku dla życia... Dzięki temu pięknu, którego nie da się w żaden sposób przeliczyć na jakiekolwiek pieniądze... Miał dużo racji Wilde, kiedy nawoływał, by uczyć ludzi piękna, a nie histotrii i geografii... --- Nigdy nie przestanę się dziwić, dlaczego w tym naszym wspaniałym ogrodzie jest tylu marnych ludzi gotowych dla głupich, zaświatowych fantazji niszczyć, mordować, konstruować bomby... Czemu nie potrafią cenić własnego życia? Wszak kto nie ceni życia cudzego, nie szanuje samego siebie! Czemu na świecie ciągle i ciągle tuła się istota, której na imię żołnierz - ten przedziwny twór, który - jak pisał Maksym Gorki - nie żyje własnym życiem... Czemu tak wielu ludzi dotyka ledwie naskórka istnienia? Czemu, wierząc nawet we wspaniałych bogów, ma tylko własną, głupią chciwość na uwadze? Chciwość, która się wylewa nawet poza granice życia w postaci marzenia o dobrym miejscu w niebie...

 Osobliwe jest to poczucie piękna. Czasem potrafi ono uwięzić człowieka i zdecydować o jego losie! Skoro już zawędrowałem na Islandię, nie sposób nie wspomnieć o pięknej postaci z "Sagi o Njalu", o Gunnarze... Zacna to postać i nieszczęśliwa zarazem. Był to farmer, któremu przydarzyło się być bohaterem. Choć był wspaniały i dobry, budził niechęć. Jego wielkim nieszczęściem była jego żona, przez którą wpadł w tarapaty i został wreszcie wywołańcem... (Straszna sytuacja - Gunnar i Njal byli przyjaciółmi, a żony ich żarły się bez pamięci... Małżonka Gunnara, Hallgerd, była okropną, siejącą śmierć prowokatorką...) Dzielny i waleczny Gunnar, wspaniały łucznik, był zmuszony opuścić Islandię, by ratować swoje życie. Jednak zawrócił... Saga opowiada: Þeir ríða fram að Markarfljóti. Þá drap hestur Gunnars fæti og stökk hann af baki. Honum varð litið upp til hlíðarinnar og bæjarins að Hlíðarenda. Þá mælti hann: "Fögur er hlíðin svo að mér hefir hún aldrei jafnfögur sýnst, bleikir akrar en slegin tún, og mun eg ríða heim aftur og fara hvergi". (Jechali ku Markarfljot. Nagle koń pod Gunnarem potknął się i ten zsunął się z siodła. To dało mu sposobność, by spojrzeć za siebie na wzgórza i swoje gospodarstwo Hlidarendi. Wtedy powiedział: Jakże piękne są te stoki, piękniejsze niż mi się to wcześniej wydawało, złocone pola i łąka świeżo skoszona. Wracam do domu i nigdzie się nie ruszam.) Rzecz niespotykana w staroislandzkiej literaturze! Raptem wrażliwość na piękno, przywiązanie do swojego miejsca bierze górę! Gunnar wraca. I płaci za to życiem! Broni się wcześniej zaciekle, odważnie... I może by nawet pokonał przeciwników, jednak Hallgerd nie dała mu swych włosów, by wpleść je w cięciwę łuku... Takie włosy ratowały życie!! Ale ona odmówiła...

 Różne bywają miłości... Czasem dla nich się ginie...

 Saga o Njalu... To jedna z moich najdroższych pamiątek z Islandii. Pewna osoba mi ją podarowała... Cenna książka, cenna jako przedmiot... Nie był to prezent kupiony w księgarni, tylko wyjęty z półki w domowej bibliotece... Myślę, że niezbyt często ludzie z własnych zasobów książkowych dają coś innym... Ta książka jest rozczytana, stara, trzymająca się kupy tak na słowo honoru... Cudownie pachnie! Ma niezwykle intensywny, lekko kwaskowy zapach papierowego starocia... Pamiątka po cudownej przechadzce po nasiąkniętym historią Thingvellir... Spacerowy krok jarem Almannagja i rozmowy o pięknej Snaefridur z Laxnessowego "Dzwonu Islandii"... I też pamiątka po niezrównanych rajdach po knajpach Reykjaviku... Rozmowy po świt, po poranki zimne, a mimo to pełne czasem półnagich ludzi...

 Od piękna tatrzańskiego po piękno islandzkie... Nie sposób tonąć w goryczy i tryskać jadem, po prostu nie sposób... Jedno, co warto robić to kochać!!!!

 I tak zeszło: od Witkiewicza po islandzką sagę... Taki to już urok Misia... I jego "erudycyjnego" (he-he) bloga... :))

15:48, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2