BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 25 lutego 2012
Uprzejmość XI

 No to może blog... Cóż za przyzwyczajenie! Trzeba to jakoś zatłamsić. I jakoś zniechęcić czytelników. A zatem dalsza część dławibloga...

 - Jezu! - zawołał Timo zrywając się z łóżka, które, gdy tylko spróbował się na nim położyć, zdawało się pod nim zapadać w jakąś czeluść; było zupełnie tak jakby podłoga przemieniła się w pochylnię. - Co się ze mną dzieje?!

 Spróbował na powrót usiąść, z najwyższą ostrożnością. - A więc podłoga i łóżko dają przyzwolenie tylko na to, na siedzenie. W porządku.

 Timo sięgnął po inny zeszyt. I znów usiadł. Jednak tym razem pewniej. - Dasz się mej dupie pokołysać? - spytał, po czym spróbował pobujać się trochę na sprężynach. Łóżko w odpowiedzi jęknęło donośnie, nie brzmiało to jednak jak protest - tak przynajmniej uznał Timo, biorąc pod uwagę to, że w pomieszczeniu nie doszło do żadnych osobliwych a oszałamiających odchyleń.

 Wiatr wdmuchnął przez okno przyjemną, leśną woń. Timo zamknął na chwilę oczy. Jeszcze raz pomyślał o przestraszonych kinem ludziach. A potem ujrzał oczami wyobraźni młodą jeszcze babkę, która zjawiła się w małym gospodarstwie dziadka w towarzystwie ogromnego czarnego barana... By dramat pisał się i pisał, do mężczyzn muszą przychodzić kobiety... Licho wie, gdzie ona tam jeszcze zachodziła. Dziadek mawiał w chwilach złości, że to kurewskie poletko wielu siewców obrabiało... Czy było to tylko ordynarne pomówienie? Czy może...

 Timo przerwał rozmyślania o dalszych przodkach i zajrzał do nowego zeszytu. Jego zawartość była jeszcze bardziej zdumiewająca od poprzedniego, bowiem zapisano go przy użyciu tylko jednego słowa: "tunglið". Widać też było, jak bardzo autor tego jednosłownego księżycowego poematu się starał w swej pracy, bo doniosłość natchnienia zawarł w przeróżnych charakterach pisma i w przeróżnych rozmiarach liter. - O, i jest nawet śliczny gotyk! Na całą stronę! - zawołał Timo, po czym zaraz odchrząknął z zakłopotaniem, gdyż nigdy nie lubił być zaskakiwany zbyt głośnym mówieniem do siebie.

 W zeszycie było jeszcze coś, a mianowicie dwa listy i pocztówka. Timo, gnany ciekawością, wyjął najpierw papier z koperty ozdobionej italską marką. To pisał Paul. Do ojca:

Timo - przeczytał nagłówek z lekkim dreszczem, tak jakby czuł, iż to on sam był adresatem tego listu.

A więc Triest! Wreszcie! Piszę te wykrzykniki z ulgą, bo, jak się domyślasz, to już ostatni przystanek na mej włoskiej trasie. Jestem piekielnie skonany i znudzony. Nigdy, doprawdy nigdy nie miałem sympatii dla Południa. A w upałach, jakie tu zastałem, w moim sercu na zawsze chyba zagości uczucie zbliżone do nienawiści... To zupełnie beznadziejne.

 Zostałem nagrodzony, oklaskany i obfotografowany w towarzystwie jakichś szczebiotliwych studentek. Nigdy więcej nie dam się namówić na podobne wycieczki. To nieznośne, gdy usiłują robić ze mnie osobę publiczną. Doprawdy, myśl, że za kilka dni będę już siedział w samolocie, ogromnie mnie raduje.

 Trudno tu zebrać myśli. Ale staram się coś robić, żeby jakoś prztrwać ten dzień. Tak więc, drogi Timo, patrzę. Na Adriatyk. A godzinę temu dałem się oślepić na chwilę w letnich jasnościach Miramare. Poznałem tu też uroczego chłopca, który po krótkiej zapoznawczej rozmowie całego mnie oklepał z radosnym okrzykiem: Roald Amundsen, Roald Amundsen! Mam nadzieję, że dziś wieczorem ograniczy on swoją krzykliwą rozmowność...

 Myślałem ostatnio o Tobie i o Auguście (to zupełnie niesłychane, żeby w naszych czasach ktoś nosił takie imię - gdzież tu dziś przestrzeń dla jakichś Augustów, na Boga!!) Wiesz, że nie podoba mi się ten człowiek, i trochę mnie drażni to, że bawi on pod moim dachem, kiedy ja topię się w tutejszej spiekocie. I w ogóle wszystko, co związane jest z Tobą mnie martwi. To że Cię tak bardzo kocham i że w związku z tym na wszystko przymykam oczy.

 Wieczorem szykuje się wieloosobowe spożywanie posiłku. Zapewne będzie fantazyjnie, jak to zwykle bywa na pograniczach... W dzisiejszych czasach ludzie szlenie zajmują się jedzeniem. Z wyobraźnią... Tak, tak to jest. Trzeba jakoś ubarwić nieuleczalną powierzchowność. Nie sądzisz, że nic tak nie sprzyja ubarwianiu i fantazji jak przesyt? Dotyczy to zarówno kuchni jak i miłości.

 Tęsknię już bardzo za moim nieszczęsnym domem. Brakuje mi twej hałaśliwej bezsenności. I naszej milczącej góry, pod którą dzieją się te nasze nieokreślone porozumienia. Chcę być już jak najdalej od tutejszego światła i tych wszystkich męczących zabytków... Nic mnie one nie obchodzą. Zawsze byłem taki niewzruszony w obliczu starożytnostek... Pamietasz tego zielonookiego ślicznotka? W jakiż dziwny zachwyt wprawił go kościółek w Stiklestad. To niesamowite - to przecież dwunasty wiek!... No tak, ale to tylko po dziełach rąk ludzkich widać starość, bo zmieniają się możliwości, architektoniczne upodobania... Ileż można znaleźć takich kamieni, z jakich wzniesiono tamten kościółek! Ale w naturalnych okolicznościach wszystko jest zawsze takie młode, świeże. W ogóle nie zwaracamy uwagi na fakt, że świat, po którym chodzimy, to już sędziwy staruszek - wszystko przez tę jego niebywałą zdolność do zachowywania młodzieńczego oblicza... Ile lat może mieć nasza góra?

 A tak przy okazji tego zielonookiego... Kiedyś, nad Leksdalsvatnet, pomyślałem, że mógłbym go zabić. To był jedyny człowiek, o którym pomyślałem w ten sposób. Całe piękno jego oczu kryło się chyba w niesłychanym lęku, jaki się w nich malował. Bóg ponoć doszedł do przekonania, że jest dobry i wszystko, co stworzył, też w takim razie jest dobre. Chyba zmieniłby zdanie, gdyby mógł popatrzeć w oczy tego ślicznotka... Chciałem litościwie przerwać ten lęk.

 Zabrakło podpisu i zwyczajowych formułek, tedy był to chyba fragment listu. Dalsza część musiała zaginąć. Timo sięgnął po drugą kopertę, ostemplowaną w Reykjaviku:

 Drogi Timo!

 Jakoś mi się nie zbiera na rozrachunki, mimo że się tak w duchu odgrażałem. Obiecywałem sobie, że już się z domu nie ruszę, ale postanowiłem być trochę niekonsekwentny, by się ostatecznie przekonać, że było to całkiem po nic. Aż dziw bierze, że z największym entuzjazmem odniesiono się tutaj do mojej ostatniej w życiu i najgorszej książki. W pejzażu jednak odkryli swój kraj, tak więc się ucieszyli... Wyzwolenie przez cudzą śmierć. Szukanie więzienia. W ostateczności. Wyraziłem ubolewanie, że na ich terenie pozwoliłem sobie na zabicie młodej dziewczyny przy użyciu łopaty. Przyjęli to z uśmiechem. W końcu nam wolno mordować wszędzie, całkiem bezkarnie... Tak czy owak to dobre miejsce na śmierć, taką czy inną... Zostałem zmuszony do taplania się w ponoć leczniczym błocie. Wiesz, coraz niechętniej odnoszę się do swojego ciała. Starzeję się nieodwołalnie. I zastanawiam się, jak to się dzieje, że z Tobą czas nie wyczynia żadnych figli... To Ty masz umrzeć pierwszy. Ale czy to się da załatwić? Staję się coraz słabszy...

 Reykjavik. Może wypada powiedzieć Norðfjörðem... Bo ja wiem... Dość zabawkowo wyglądają wikingowie na cokołach... A więc wśród falistych blach żołnierzyk cynowy. I kot senny, poranny... Czy to wypada posądzać koty o jakąś religijność? Ja bym nie ryzykował takiej okropności. Stare małżeństwo taszczy swój równie stary bagaż, idąc w górę starej uliczki... A młodość ma depresję i patrzy sobie w paluszki u nóg... Jest jeszcze rano, bardzo wcześnie rano. Mam dwa kroki do żywiołu, królestwa łupacza... Ktoś duży szedł kiedyś i nad zatoką Faxa rozsypał pudełka czekoladek. Ale jakoś mniej się chce zaglądać do pudełek. Coraz więcej ludzi szuka izolacji... Tak, to chyba jedyna rada, jeśli nie chce się spotykać ciągle swych kochanków... Małe szanse na przelotność, bo coż to za przelotność w miejscach, gdzie tak ograniczone są możliwości zniknięcia... I co jeszcze... Baldur Óskarsson idzie wytrwale ku śmierci. W metaforach, kolorach, pejzażach... Stary, przyjazny brodaty poeta atomowy... Rysuje sobie słowami... Poezja to bardzo męcząca rzecz. Tu się lubują w męczących rzeczach... Najpierw chowa się słońce, potem schowa się księżyc. Wszystko, co wstaje, musi zajść... Widocznie wszędzie muszą być malownicze ruiny zamków albo i nawet całych miast - jeśli ludzie ich nie zostawią, natura wykonuje za nich robotę, by sobie można było myśleć, że na końcu to zawsze tylko jakieś takie szczerby na tle dziwnego, milczącego nieba odpowiadające resztkom naszym pod równie dziwną, milczącą ziemią... Jadę w mroczne miasta... Może ujrzę, jak dziura udająca księżyc gaśnie wraz ze słońcem.

                                                                                    Twój Paul

 I jeszcze pocztówka z ponurą fotografią przedstawiającą coś jakby ruiny. Na odwrocie informacja - Dimmuborgir.

 Stałem w błyszczących brzózkach. Widzisz więc - ziemia przywdziała szatkę staruszki. A przecież Islandia jest taka młoda... Jakaś kobieta powiedziała mi, że mogę tu spotkać trolla. Nie uwierzyłem jej i pewnie dlatego niczego podobnego nie zobaczyłem. Ale gdybyś Ty tutaj był... Żałuję, że nie dałeś się namówić... Nawet nie umiem powiedzieć, jak zawsze bardzo cierpiałem z Twojego powodu... Teraz sobie pomyślałem, że będę patrzył na palce Twoich stóp. Masz ładne stopy. To mi powinno osłodzić, uprzyjemnić moją melancholię.

                                                                                       Paul

- A więc miałeś ładne stopy, tato - powiedział Timo. - Uprzyjemniające melancholię.

 Przetarł oczy, w których poczuł piasek. Chętnie ległby na kraciastym posłaniu ojca, bał się jednak czającej się w rogu pokoju przepaści...

- Chyba tam nie usnąłeś? - Słysząc głos Paula pospiesznie schował listy i zeszyt pod koc. - Zejdź na dół na kawę! Inger przywiozła nam też ciasto!

- Dziękuję, już schodzę!

CDN

16:35, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2012
Uprzejmość X

 Pamięć zazwyczaj ma skłonność do wyolbrzymiania, tak więc gdy wraca się gdzieś po latach, wszystko zdaje się dziwnie mniejsze, mizerniejsze. U Tima jednak było trochę inaczej, bo gdy konfrontował swoje wspomnienia z zastaną rzeczywistością, okazało się, że wszystko to, co zgromadziła jego pamięć, zostało w niej jakoś dziwnie skurczone. Może poza surową górą. Dom zapamiętał jako coś wielkości górskiego szałasu. Tylko kolor grubych bali się nie zmienił, ale sam budynek ukazał mu się jako absurdalnie duży, toporny mebel pełen przeszklonych drzwiczek i półek jak w jakimś kuchennym kredensie olbrzyma, do którego tym razem wszedł od frontu, na wyraźne zaproszenie gospodarza.

 Paul pokazał laską w kierunku schodów.

- Może cię to trochę zaszokuje. Mam na myśli pokój twojego ojca - powiedział, gdy docierali już do piętra. - To te drzwi. Niech pan otworzy.

 Timo nawet nie zdążył sobie niczego wyobrazić, ale gdy tylko wszedł do środka, doszedł do przekonania, że nie wpadłby na to, iż może tam ujrzeć zwyczajną pustkę, goluteńką pustkę. Jakby nikt nigdy tam nie mieszkał. Wnętrze nie posiadało żadnych ozdób, żadnych wygód, w jakie przecież lubi zaopatrywać się człowiek; pod południowym oknem stało samotnie metalowe łóżko, zdobyte chyba w trakcie likwidacji jakiegoś starego szpitala, zaś pod oknem południowym leżała pokaźna skrzynia pomalowana w kwiatki, równie samotna jak beznadziejne łóżko, kojarzące się bardziej ze śmiercią niż z życiem... Jedynie ta ludowa skrzynia miała w sobie coś dekoracyjnego, ale z całą pewnością znalazła się tam nie ze względów estetycznych.

 - A więc golec - mruknął Timo.

 - Nawet nie ma gdzie tu usiąść. Pozostaje tylko łóżko.

Usiedli na okrytym kraciastym kocem posłaniu.

 - Można już uznać, że Timo nie żyje. Tedy też można odsłonić, co się da. Taka kolej rzeczy.

 - Nic, tylko siąść i pluć bez piany.

 - Nie bardzo rozumiem.

 - Taki jeden krewniak pluł bez piany. Na pogrzebie dziadka. Ja plułem razem z nim.

- Tam, w ścianie, jest ślad po strzale. No i pociemniała plama, której Timo nie pozwolił zlikwidować. Bo to tutaj figlarz się zastrzelił. Wśród leżacych pokotem uczestników biesiady, którym zabawa wyszła już bokiem. Ułożył się między nimi i oddał samobójczy strzał, co niezwykle szybko wszystkich otrzeźwiło. Wcześniej plątał się tutaj przez dwa dni i mało kto zwracał na niego uwagę. Poza twoim ojcem. Sam go tu zresztą przywiózł. Zjechał po coś do miasteczka. I przywlókł sobie stamtąd dziwnego chłopca, którego spotkał na przystani. Twoja matka coś do niego wściekle syczała z tego powodu. Timo zawsze chętnie pomagał mężczyznom. Dopóki oczywiście nie postanowił umrzeć.

 - Mówią, że chętnie pomagamy tym, po których spodziewamy się jakiejś nagrody.

 - Otóż to, mój drogi.

  Timo wziął głęboki oddech i wstał, by uchylić okno. W ciszę pokoju wdarł się jakiś niezwykły szmer z zewnątrz, dziwnie niedosłyszalny, kiedy było się na dworze. Jakby tam ciągle coś szeptało, gadało... "Inny odcień ciszy" - przebiegło mu przez myśl.

- Postanowił umrzeć - powtórzył Timo niczym spóźnione, roztargnione echo.

- Wiele sobie można postanawiać - odparł Paul. - Ale czasu nie można sobie wybrać. Naprawdę umiera się wtedy, gdy się da umrzeć. Trudno doprawdy zatłamsić nieśmiertelność... Wtedy to wydało mi się interesujące. Potem było już za późno. Kupiłem od przerażonego Ljana dom z duchem.

- A jego pracowitość? Na czym polegała? Wszak trudno tu znaleźć warunki... Gdzie...

- Tu są doskonałe warunki. Parapet jest dość szeroki. Pracował na stojąco. Pod łóżkiem znajdziesz całą kupę zeszytów. Dość wstrząsające świadectwo jego istnienia. Nie do pokazania, nie do publikacji, ale imponujące swym rozmiarem...

 Tima ogarnęła gorączkowa ciekawość. Zaraz chciał zerknąć pod łóżko rozpalając w sobie wiarę, że może Paul się omylił.

 - A może jednak...

 - Nie, żaden rozgłos mu nie grozi. Chociaż może coś w swym umieraniu sobie roił, przynajmniej do pewnego momentu. Ale chyba to nie ma znaczenia.

- No tak. Rainer, mój przyjaciel, też tak sądzi. Lepiej sobie wybrać jakieś drzewo w lesie i pomyśleć, że zostaniemy zapisani w słojach, w garści kręgów. To najpewniejsze. Bo reszta...

- Tak... - Paul siedział prze chwilę w zamyśleniu. - Zdaje się, że stary Vesaas coś takiego powiedział. Tak mi się przynajmniej zdaje.

 - Mogę? - spytał Timo i zaraz sięgnął na oślep pod łóżko, gdzie rzeczywiście piętrzyły się grube zeszyty. - O mój Boże - westchnął, kiedy w jego dłoni otworzył się przypadkowo wybrany zeszyt; jego wnętrze okazało się wielostronicową łąką pełną nadnaturalnej wielkości stokrotek.

- Na pocieszenie mogę powiedzieć, że Timo nie trzymał się kurczowo jednego gatunku.

- A więc jeszcze jakiś odcień pustki - rzekł do siebie Timo.

- Chcesz tu posiedzieć? A ja pójdę i poproszę Inger o coś dobrego. Czuję, że nadszedł czas, w którym powinienem jedać słodycze w towarzystwie młodych facetów.

 Timo został sam z szeptami zza okna. "Jeszcze ciekawsze to od kolorowych papug" - pomyślał i parsknął nagle śmiechem.

A wszystko miało początek gdzieś w krainie duchów, której mieszkańcy z krwi i kości wydawali się nieustraszeni. Raz jednak zdołano ich przestraszyć. I to do tego stopnia, że aż było kilku lekko rannych... Dziadek był wtedy dzieciakiem zawieruszonym pośród wesołków z wędrownego kina, którzy do jednej z miejscowości, za sprawą przywiezionej sztuki, sprowadzili straszliwy niepokój. - Cóż to za dzicz, dziwili się wędrowcy - kiniarze. O nie, nie było oburzenia na kino jak w Macondo, gdzie ludzie, zgorszeni kpiną połamali wszystkie krzesła, no bo jakże to tak najpierw opłakiwać umarłego bohatera na jednym ruchomym obrazie, a potem widzieć go w innym przebraniu, w przebraniu Araba w następnym filmie. Ach, cóż za bzdura, co za oszustwa, pomyślano, gdy po tym wszystkim obwieszczono, że przecież kino jest maszyną wywołującą złudzenia i nie zasługuje na reakcje emocjonalne publiczności... Żeby tak wędrowcy wcześniej powiedzieli, iż nie ma się co za bardzo podniecać... Z własnymi krzesłami przyszli mieszkańcy zobaczyć cudo w przygotowanej do seansu pustej wielkiej stodole. Na białej płachcie zaczęły się widmowe harce. Całkiem ku uciesze przybyłych ciekawskich. Wszystko jednak legło w gruzach, kiedy na ekranie pojawił się pociąg, który, zdawało się, gnał prosto do wnętrza stodoły, jako że filmującą go kamerę ustawiono na podkładach torów. Lokomotywa pędziła jak oszalała i rosła niewiarygodnie szybko w oczach przerażonej publiczności, i gdy już miała wpaść w mrok stodoły, cała jej żywa zawartość z ogłuszającym kwikiem gruchnęła do wyjścia, tratując wszystko na swojej drodze i to tak skutecznie, że potem w całej wiosce nie było za bardzo na czym siedzieć, bowiem niemal wszystkie krzesła przemieniły się w drewienka dobre jedynie na podpałkę... Gniewano się trochę na kiniarzy, którzy z kolei nie mogli pojąć, że tak ochoczo obcujący z duchami mieszkańcy wioski nie byli w stanie poradzić sobie ze zjawą parowej lokomotywy, która, jak się przecież okazało, nie wyrządziła stodole żadnej szkody. Nie wszyscy jednak dali się tak do końca przekonać, bo czy to możliwe, że ludzie umieliby tak pomielić solidne przecież krzesła? No i ci poturbowani? Czy to jednak nie pociąg ich przejechał, a potem znikł? Duch też może wiele krzywdy narobić, a potem zniknąć... Chciano nawet powtórzyć seans, by przekonać niedowiarków, ale trudno było znaleźć chętnych. Pozostało więc tylko zwrócić przestraszonym pieniądze i ruszyć w dalszą drogę, ku bardziej odważnym i rozsądnym ludziom. Nim jednak z trudem ocalałe kino ruszyło dalej, wędrowcy skorzystali z gościnności jednego z gospodarzy, któremu kino już dziwne nie było. Tam to małą sierotę z gór przyrzeczono dziadkowi. Tak jakoś wyszło przy wesołej wódce. I tak, gdy nadszedł stosowny czas, dane słowo klepnięto raz jeszcze w kościele przy śpiewach i modlitwie. Od tamtej pory przyszło się dziadkowi mordować z wiecznie nienażartą wiedźmą, garkotłukiem i dożartym złośliwcem... - W tej babie krew się gotowała, gdy się kto radował - mawiał dziadek, nader sprawny w bimbrowniczym rzemiośle, dzięki któremu do niejednej chałupy zaglądała wesołość.

CDN

16:13, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2012
Bez większych podnieceń

 jeśli idzie o przyglądanie się rzeczywistości... Nic mi krwi nie mrozi, białka w moczu nie ścina... Nie hukam, nie tuptam, łażę tam, gdzie szanse na gromadność nikłe... Na emeryturę też się nie wybieram, więc się nie obruszam, choć mogę zrozumieć tych, co się obruszają myśląc o planch rządzących - wszak wielu chyba ma powody, by nienawidzić swojej pracy. Bo o ile praca nie hańbi, to jednak potrafi szalenie zmęczyć albo nawet wykończyć... (Tak, tak, chociaż z tym hańbieniem... Hm - troszeczkę chodzę po ziemi i ciut widziałem, i mam takie wrażenie, że nader chętnie zwrot "żadna praca nie hańbi" powtarzają ludzie, którzy gdzieś w głębi czują się do cna spodleni i pohańbieni... I tylko mówią tak, by się od czasu do czasu odrobinkę lepiej poczuć w tym ch... wartym życiu.)

 Nic, o czym warto by było gadać... Chociaż... Zrobiłem sobie rano prasówkę i w jedej z gazet przeczytałem, że w przyszłym tygodniu umrze Rysiek z "Klanu". Aż mi z wrażenia kawa w płuco uderzyła... Zachichotałem - wszak nie jestem człowiekiem bez serca... Nie pamiętam już kiedy widziałem jakiś odcinek tego czegoś, ale to chyba nie ma znaczenia - może się postaram znaleźć czas, by nie przegapić tej chwili... A tak swoją drogą - te wszystkie tasiemce, które dla mnie są czymś podobnym do takich dziecinnych zabaw w dom, to dla mnie coś dziwacznego... I ci ludzie, którzy biorą udział w takich marnych przedsięwzięciach... Rozumiem - kasa, ale jednak... Nie wiem, nie wiem, gdybym był aktorem i wszedł w taki tasiemcowy kanalik o żyćku, to po jakimś czasie chyba straciłbym zdolność do sikania na stojąco...

 Ale żeby nie było tak antyserialowo - niektóre seriale kocham... Mam małe zboczenie - uwielbiam bowiem te całkiem imponujące dokonania oparte na naszej literaturze i zawsze z wielką chęcią patrzę np.: na "Lalkę", "Chłopów", gdzie tyle fenomenalnych kreacji aktorskich... No i moje kochane "Noce i dnie"... (Przy tych ostatnich mój Franio uważa, że mnie pogięło, na co niestety nie ma rady...:))

 No i jest jeszcze jedna rzecz - cudowne, rozkosznie niepoprawne "Allo, Allo". Jestem absolutnym fanem tej produkcji, znam wszystko na pamięć i mógłbym pewnie zdobywać nagrody w quizach... Trzeba mieć dryg do robienia komedii na śliskim gruncie. Anglicy zdecydowanie go mają. A wspomniany serial to arcydzieło gatunku.

 A poza tym mamy zimę. Wreszcie!! Doprawdy, w takich śniegach mógłbym mieszkać cały rok! Psiarnia jest tego samego zdania. Niedźwiedź ryje w puchu jak prawdziwy dzik! A mnie jego energia ogromnie cieszy! Nie, nie - już nigdy nie pójdę do tej baby, do tego weterynaryjnego pokurcza... Tak, po jej kuracji rzeczywiście mógłbym już nie mieć Niedźwiedzia... Na szczęście Niedźwiedź starzeje się pogodnie i z apetytem. Garnie się do życia. Zrobił się tylko łagodniejszy, miśkowaty...

 Kiedyś mnie, przewrażliwieńca, nastraszył, bo dałem żarcie do michy, a ten tylko powąchał zawartość naczynia i odszedł, więc wpadłem w lament - to już koniec, Niedźwiedź nie chce jeść... Franio się tylko postukał po głowie i poprosił o spokój i rozsądek... - Ty też czasem nie żresz całymi dniami, chudzielcu, a żyjesz... No i rzeczywiście - Niedźwiedź zgłodniał i zabrał się za żarcie... -Oj, Misiek, Misiek - wzdycha czasem Franio... Dawniej naturalnie chwilowe braki apetytu nie zwaracały mojej uwagi, no ale po tym, co mi naopowiadała ta baba... A miałem takiego fantastycznego zwierzolekarza, ale ten gdzieś wyjechał... 

 Ja już się tyle nasłuchałem o przyjemniaczkach leczących powmawiane zatroskanym właścicielom czworonogów choroby, że głowa boli... Tak więc staram się teraz uważać. Szczęśliwie mam dość ograniczone zaufanie do ludzi. (Ech, weterynaria... Mimo tych wszystkich postępów jest do dla mnie jednak ciągle taka lekarska siekierezada... Lepiej jak wszystko i wszyscy pozostają w zdrowiu i sprawności...)

 Zima, zima... Myślę o nartach. W tym sezonie jeszcze w ogóle nie jeździłem! Franio się tylko ze dwa razy wyrwał w góry przy okazji jakichś firemkowych wyjazdów... A razem to chyba dopiero gdzieś w marcu ruszymy.

 I co jeszcze... Ostatnio lubię spać. Ucinam sobie nawet dziwaczne drzemki, malutkie, wczesnowieczorne, ku uciesze Frania... Bo jego strasznie bawi to, że potrafię zasnąć w arcyniewygodnych pozycjach, na maleńkich powierzchniach, na krajuszkach, w rożkach, w kłębuszku... Giętkiego mam Misia, chwali się potem Franio... Czasem umiem przemienić się w małego mieszkańca dziupli i przysnąć z ogonkiem przy pyszczku... Może dlatego jestem taki kochany...:)))

14:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 15 lutego 2012
Uprzejmość IX

- Poczułeś się nagle bardzo samotny?

- I pusty. Bardziej niż kiedykolwiek. I wprost pojąć nie mogę, że przeszedł pan do tego tak lekko.

- Myślisz, że jestem bezduszny? To może tak wyglądać. Ale ja już nie lubię ceregieli.

- A ja nie lubię, gdy nagle spada mi cegła na głowę.

- A ja postanowiłem być taką cegłą. Znalazłeś się tutaj akurat w takim momencie... Timo też spadł mi na głowę jak cegła. A ściślej to jego zaginięcie. Jego i starego Mortena.

 Ogień był ogromny. To już nie było ognisko, ale regularny pożar. Spokojni ludzie po wypitce przemienili się w rozwrzeszczaną i zarzyganą hołotę. Timo przypomniał sobie, że doszło do jakiejś awantury. Patrzył na nią klęcząc na łóżku w wypełnionym ruchomymi cieniami pokoju. To musiał być ten Ljan... Ojciec wyrżnął go deską w głowę.

- Rozpoznała cię po oczach. Powiedziała - to musi być jego syn.

- Mówi pan o Inger?

- Mów mi ty. Tu już nikt nie jest elegancki.

- Mam wrażenie, że wtedy ojciec stłukł Ljana.

- Widziałeś to?

- A więc dobrze pamiętam?

- Ljan miał pecha, jeśli mowa o jego głowie. I w końcu na nią umarł. Z jakimś bestialskim zaciekawieniem. Bo on traktował siebie i innych po bestialsku. A w filharmoniach umiał tak wzruszać. Bestia, choć zazwyczaj i muzycznie surowa, od czasu do czasu przypominała ludziom o łzach.

- Wtedy nie wiedziałem, kim on był. Że też ojciec wszedł w takie towarzystwo?

- Takie jak każde inne... Zabrzmi to może dziwacznie, ale tamta impreza wcale się nie skończła - powiedział Paul przysiadając na kamieniu obok Tima.

- Nie rozumiem.

- Trwa do dziś. No, albo właśnie się skończyła, bo ostatni gość dopiero co wyszedł. On po prostu nigdy nie wrócił z wakacji.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że był tu przez cały czas?

- Pojechał za wami. Ale dotarł tylko do szosy. Znalazłem go siedzącego przy stoliku. Musiałeś minąć to miejsce.

- Nawet tam przez chwilę siedziałem.

- Potraciliśmy wtedy głowy. Ljan niemal dosłownie. Owinął ją sobie niedbale bandażem i klął przeraźliwie. Jacyś skacowani ludzie tłoczyli się w kuchni i gdakali jak najęci tonąc w papierosowej chmurze. A na piętrze leżał zastrzelony człowiek, nad którym widniała krwawa mowa pożegnalna... Timo mówił, że jak zastrzelisz swojego psa, zamykają się wszystkie przejścia do przyszłości. Chłopak jechał do Pasvik, pod ruską granicę. Ale zgubił ponoć pienądze. Musiał poprzestać na czymś mniej osamotnionym, chcąc ograniczyć kontakty z ludźmi, których trzeba by było ciągle o coś prosić... Najwyraźniej ciągnęło go ku miejscu, gdzie poczucie beznadziei stałoby się najwyrazistsze... Timo nazwał go samobójcą - figlarzem... Nawet nie wiem, czy jest co opowiadać. Właściwie jestem skazany na domysły... Timo był bardzo pracowity, chociaż od tamtej pory nie zarobił ani grosza... Będziesz musiał to zobaczyć.

- Co?

- Efekty jego pracowitości.

- Trudno mi to pojąć. Pan go utrzymywał przez wszystkie te lata?

- Próbwałem porozumieć się też z twoją matką, ale napotkałem na solidny mur wzniesiony z dumy.

- Naprawdę?

Paul przytaknął.

- Po prostu się zatrzymał. Za przyzwoleniem. Ciekawe.

- Ludzie miewają skłonność do nieżycia - powidział Paul patrząc wnikliwie na Tima. - Okazał się całkiem tani. Dał dowód, że człowiek potrzebuje tyle co nic. Przez ostatnie dwie dekady zdarł tylko pięć par spodni, a może nawet tylko cztery... Taktownie troszczył się o wszystko, co się zużywa.

 - Nie wiem... Jestem tym wszystkim oszołomiony... Aż dostaję bicia serca. Pozwolić nie żyć... Trudno byłoby nazwać pana bezdusznym.

- Coś za coś... Wiesz, że wcale się nie starzał? Był ciągle młody, tyle że w środku gęstniała mgła. Mamy czasem tak wielkie serca, że pozwalamy na straszliwe zło... Poproszę Inger, żeby dała nam coś dobrego. Pokażę ci jego zdumiewający pokój. I może zgaśnie ten błysk w twoim oku, który dostrzegam od chwili, gdy wypowiedziałeś owo "pozwolić nie żyć"...

- Za coś podobnego muszę płacić sam.

- Hm... Więc jest jeszcze gorzej?

Timo wzruszył ramionami.

- Jesteś jeszcze młody.

- I mam siłę, by bydlęco pracować. I żeby potem, przez kilka chwil ponieżyć. I spać. Prawdę mówiąc, nie wiem, co dalej...

- Od dawna tak pan śpi?

- Cóż robić innego? Śpię nawet z otwartymi oczami.

- A młodość jest taka krótka. Jak północne lato. Choć wydaje się, że przed człowiekiem ocean czasu. Można się wylegiwać, bez obawy, że minie nam bezpowrotnie dzień, bo przecież dzień się w ogóle nie kończy. A jednak ciemności nadchodzą szybciej niż się człowiek spodziewał. I jesienny sztorm... To prawda, że jasność powraca. Ale gdy się przespało pierwszy piękny polarny dzień, drugi będzie piekłem... A trzeci... Lepiej, żeby go już nie było...

CDN

15:55, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lutego 2012
Uprzejmość VIII

 Dla odprężenia część ósma, na którą, oczywiście, nie mam pomysłu...

 Timo zrezygnował z ciężkich rozkoszy i założył buty na śmierdzące stopy.

 Ruszyli. Powoli. Starszy pan o lasce. I jego dużo młodszy gość - bez laski. Timo pomyślał, że starszemu panu wcale ten kunsztowny kijaszek nie jest potrzeby, chyba że dla dostojnej ozdoby. Za to dla niego samego byłby w sam raz. Tak, czuł się w pełni dojrzały do podpórki. A także do drgawek, zgarbienia i westchnień typu: "tak - tak" i "mój Boże". Nic się takiego jednak nie działo - ciężary ciągle nie potrafiły jeszcze wywoływać w nim żadnych trzęsień i zgięć. Mimo wszelkich zaniedbań trwał w uporczywej sprawności. Zawsze jednak mógłby nieco poudawać, dla wprawy, dla zobaczenia, jak to jest... "Taki na przykład balkonik przesuwany po posadzce z nieznośnym hałasem! Jaka cudowna wymówka! Od wszystkiego!"

- Piękny dom - zauważył Timo. - I bardzo nie w tutejszym stylu.

- Tak, nosi w sobie zupełnie innego ducha. I może przez to jest taki uwodzicielski. Potrafi kraść dusze i ciała. Wyrywa z czasu. Tyle że w bardziej kameralnych okolicznościach, co może się wydać dość przerażające. Jeśli pan rozumie...

- Powiedzmy, że rozumiem.

- Kłopotliwa bestia - dodał Paul machając laską w stronę domu.

- Dowiedziałem się, że jest pan pisarzem. To chyba dobre miejsce do takiej pracy.

- Tak pan myśli? Kiedy tutaj zamieszkałem, moje stosunki z literaturą stały się napięte. Przestałem myśleć, stać więc mnie tylko na pamiętniki. A to obszerny domek emerytowanego myśliwego...

- Dlaczego myśliwego?

- Niech pan uważa na tych kamieniach - powiedział ostrzegawczo Paul, kiedy dotarli do wybrukowanej ścieżki. - Kiedyś istniały plany, by wokół domu powstał park z kamiennymi alejkami pośród zaplanowanej botanicznej surowizny - rodzaj spacerniaka dla artysty. Ale artysta uciekł, a mnie się nie chciało żadnych zaplanowanych przestrzeni wokół domu. Tak więc ta ścieżka nie narodziła się w pełni, jest poroniona, a natura rozluźnia ten przemyślany układ, zabawia się z nim niszczycielsko, jak ze wszystkim, co staje się bezużyteczne i porzucone.

- A pan nie jest artystą?

- Cóż to za pomysł! - obruszył się Paul.

- A co z tym myśliwym?

- Według kalsyfikacji Schopenhauera pisarze dzielą się na trzy grupy, a mianowicie na takich, co nie myślą; na takich, co myślą, gdy piszą oraz na takich, co myślą zanim coś napiszą. Tych ostatnich jest oczywiście najmniej.

- Rozumiem więc, że pan zalicza się do grupy pierwszej.

- Od pewnego czasu tak. Ale wywodzę się z drugiej. Byłem liczącym na szczęście myśliwym. Jak widać, opłacało się. Jednak było to szalenie ryzykowne. W końcu musiałem uciec. Ludzie mają nieposkromioną skłonność do mięsa. Do żywego mięsa. A gdy mięso jest jeszcze twórcze, tym bardziej chcą z nim obcować, jakby spodziewali się jakichś nadzwyczajnych przeżyć. Wystarczy choćby do nich przemówić, a oni zaraz chcą biec z łapami, by dotykać. No i ze ślepiami, by się gapić. I z nosami, by niuchać. I w ogóle ze swoim własnym przebrzydłym mięsem, gotowi tę i ową część nawet udostępnić. Właśnie z tego powodu. No i chcą, by ich bawić. Obrzydliwa namiętność...

- Może, mając już coś przetłumaczonego na czysto, chcieliby jednak przyjrzeć się hieroglifowi? Tak chyba było w "Fizjonomice" tego całego znawcy pisarzy?

- Widzę, że pan jest zorientowany.

- Trochę. Powiedzmy, że trochę. To i owo mogę sobie przypomnieć.

- Pan stawia na samowystarczalność?

- Jest dostatecznie miło i chyba nie ma powodu, by wracać do tej kłopotliwej scenki.

- No cóż, wpadłem w centrum pańskiej intymności. Ale pan chyba nie jest pisarzem - zaśmiał się Paul.

- Nie, jestem tylko hieroglifem, któremu nie przyszło do głowy, by siebie samego barwnie tłumaczyć.

- W świetle tego, co zobaczyłem, byłoby bardzo niestosowne, gdyby mówił pan jakieś mądre rzeczy.

- Chce mi pan w ten sposób powiedzieć, że jestem piękny?

- Pan tego nie wie?

- Lepiej być zagadką?

- Zawsze. W zależności od tego, co się robi - widoczną lub niewidoczną. Dla uniknęcia rozmaitych nieprzyjemności. Z troską o siebie i nieznajomych.

- Dość trudne do zrealizowania.

- Nie da się ukryć. Ale zawsze można pozwolić sobie na pewne oddalenie. I oto dotarliśmy do krawędzi - ogłosił zmieniając temat Paul w chwili, gdy obaj dotarli do urwiska. - Trochę oszałamiające, prawda?

- Owszem.

- Dobrze, że choć tak nisko jest ta woda. Nie lubię wody, chociaż nad nią zamieszkałem.

- Dosłownie nad.

- Nigdy nie nauczyłem się pływać.

- To tak jak ja.

- Doprawdy? Interesujące.

- Tak pan sądzi?

- A teraz przejdzmy do rzeczy - powiedział Paul tonem, który nieco przestraszył Tima - aż zadrżał oblewając się potem. - Inger doszła do przekonania, że jest pan synem Tima.

 Timowi aż się w głowie zakręciło i omal nie upadł. Jeszcze jedna fala gorącego potu oblała jego ciało.

- Czy on tutaj jest? - zapytał drżącym głosem. - Mój ojciec tu jest? - powtórzył już wyraźniej i głośniej.

- W tym cały kłopot. A więc pański ojciec to Timo...

- Syn Eskila i wiedźmy znad Tyin - wyrecytował Timo, jakby był przepytywany przez jakiegoś urzędnika.

- Boże drogi.

- Coś się stało?

- Gdyby pan, gdybyś... Gdybyś był trochę wcześniej... Timo gdzieś przepadł. Na tym cholernym fiordzie.

- Jak to? Tu? Przepadł?

 Timo osunął się na ziemię. Miał wrażenie, jakby jakiś zimny huragan przeciągnął przez jego wnętrze, czyniąc w głowie prawdziwe spustoszenie. Wszystkiego mógł się spodziewać, ale nie tego, że ten przeklęty starzec tak nagle, po beztroskiej pogawędce, zastrzeli go taką wiadomością.

CDN

16:53, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2012
Litografia (której nie ma)

 Jakiś niesamowity ten utwór. Czemu tak? Że Maria Skłodowska - Curie tak jakoś "Munchowo" wyglądała? Nie wiem, nie daje mi to spokoju. Dziwne rzeczy ludzie piszą...

 

Sjón

 

litografia

maria curie i edvard munch byli w paryżu w tym samym czasie

 

munch interesował się nowymi odkryciami i złożył wizytę

państwu curie w ich laboratorium przy rue lhomond w piątej dzielnicy

 

maria była sama i opowiedziała malarzowi jak to ona i pierre

zmagają się z radem a potem zaprosiła go na podwieczorek

 

na litografii przesłanej w podzięce za przyjęcie

uczona siedzi wśród przyrządów z policzkiem opartym na dłoni

 

punkt widzenia jest ukośny i w prawym rogu

widać kark pochylonego nad biurkiem pierra piszącego coś w zeszycie

 

maria spogląda ku światłu i ma takie same włosy jak

siostra edvarda muncha na obrazie "śmierć w pokoju chorego"

 

obrazek gdzieś przepadł - śnić go to zapowiedź rychłej śmierci.

                                               przełożył Kiljan Halldórsson

czwartek, 09 lutego 2012
Pogrzeb w drobnym śniegu

 W zimowych temperaturach skończyła się droga. Uroczyście, ale bez bzdurnych patosów. Po świecku. I tym lepiej. Bo świecki pogrzeb ni życia, ni śmierci nie ośmiesza.

 Urocza pani z ulicy Piastowskiej. Słowa mistrzyni, kameralna osoba, której się w głowie nie przewróciło mimo całej tej przygody noblowskiej... Zawsze ją będę pamiętał w tej podniosłej chwili, kiedy to odbierała z królewskich rąk nagrodę, i gdy się chwilę potem troszeczkę pogubiła w rytualnych pokłonach, z czego wybrnęła z niezwykłym wdziękiem.

 Lubię ją za dystans, za ironię, uśmiech... Jej postawa wobec życia, które przecież nie szczędziło jej nieszczęść, wydaje się postawą najwłaściwszą. Swoje życie określiła jako szczęśliwe, choć wiele w nim było śmierci...

 Najważniejsze to mieć dystans. I nawet najpoważniejsze sprawy okraszać uśmiechem. Z uśmiechem napisała Szymborska nawet o własnej śmierci:

Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup

nie należał do żadnej z literackich grup.

Ale też nic lepszego nie ma na mogile

oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.

Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy

i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

15:45, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 08 lutego 2012
Uprzejmość VII

 - Nie przypuszczałem, że, uchylając laską poły tego namiotu, natknę się na coś, co mógłbym ujrzeć zerkając głębiej w rozpięty rozporek. Nie zapiął się pan - mój zysk! - powiedział starszy jegomość. - Niech mi pan wybaczy moje rozbawienie.

 Timo, jakby go piorun poraził, poderwał się i natychmiast upchnął w spodnie to, czym się zabawiał w swojej pomarańczowej kryjówce.

 - Powinienem był zachować większą dyskrecję. Ale zawsze miałem kłopot z zachowywaniem spokoju. Jestem zawsze taki wkraczający. No, niech pan nie będzie taki zakłopotany.

 - To będzie dość trudne. Chce pan czegoś?

 - Całkiem popsułem to widowisko.

 - Niechże pan przestanie. To takie krępujące.

 - Proszę nie przesadzać. A swoją drogą, nie sądzi pan, że onanizm ma w sobie coś schizofrenicznego?

 - Czy koniecznie musimy o tym mówić?

 - I znajdźże potem człeku w innym (albo, o boże, w innej) swe lustrzane oblicze i takież pożądanie! Czasem to kłopot tak wielki, że aż człowiek musi zostać poetą.

 - Mnie to nie grozi.

 - To może i dobrze.

 Mężczyzna z laską, nie pytając nawet o pozwolenie, wpełzł do namiotu i przysiadł obok Tima, który zaraz skulił się w swoim niewidzialnym pancerzyku.

 - Śmierdzą panu skarpety.

 Timo wykonał jakiś żałosny gest sprzeciwu, który nieproszony gość całkowicie zlekceważył.

 - Inger podzieliła się ze mną pewnym przypuszczeniem.

 - Ma to jakiś związek ze mną?

 - Owszem. Postanowiłem sobie pana obejrzeć. I zobaczyłem zaskakująco dużo. Piękny fallus, doprawdy! Ale... Pan ma jakiś cel? Po coś pan przyjechał?

 - Nnn... nie, nie - wydukał Timo spuszczając jeszcze bardziej wzrok.

 Starszy mężczyzna popatrzył swymi zimnymi, uważnymi oczami na skulonego Tima, który zdawał się być jedną wielką chęcią zapadnięcia się pod ziemię.

 - Ależ ma pan opory przed tym, by mnie stąd wypędzić. Czy tak każdy może sobie do pana wejść?

 - Nie tak chciałem... - wyjąkał Timo.

 - A co pan chciał?

 - Nie mam gotowej odpowiedzi.

 - Rozumiem, że niczego pan sobie nie ujął w pełne zdania?

 - Pan jest tutaj gospodarzem?

 - Tak, tak - przyznał mężczyzna w taki sposób, jakby dzielił się z Timem wielką tajemnicą. - Pan chciał się ze mną zobaczyć? Nie wiem, jak to panu powiedzieć, ale jeśli Inger... Bo zdarzyło się coś, pewien dziwny, tajemniczy wypadek...

 - Stąd ta policja?

 - Policja... No tak... Tak, tak, właśnie. Męcząca i głupia policja. Mam propozycję - dodał mężczyzna po chwili - aby pan zwinął ten idiotyczny namiot i przeniósł się do domu. Mam mnóstwo pustych pomieszczeń. Będzie mi miło pana gościć. A jeśli pan zdecyduje się na zmienianie skarpetek, będę prawdziwie zachwycony. I - tu uniósł w górę dwa palce jak do przysięgi - obiecuję, że nie będę pana podglądał. Wyrażam to wprawdzie z pewnym żalem, bo...

 - Proszę, proszę pana - zaskomlił Timo.

 - Niech się pan nie gniewa. Mnie to tak bawi - zarechotał mężczyzna. - Mam na imię Paul.

 - Timo.

 - A więc zapraszam pana, panie Timo, na piętro, do mojej samotni. Na herbatę. Za kwadrans. Chyba że pan chce dokończyć tę schadzkę z samym sobą?

 Timo tylko pokręcił głową lekko już zirytowany.

 - Mógłby pan choć na chwilę na mnie popatrzeć?

 Timo popatrzył w zimne, jasnoniebieskie oczy gościowi, zaraz jednak pobiegł wzrokiem w stronę wyjścia. Nagły podmuch wiatru uderzył lekko w namiot. Starszy człowiek wymamrotał coś do siebie kiwając głową. - Czyżby rzeczywiście? - powiedział już wyraźniej pogrążony w jakichś myślach.

 - No, niech się pan zbiera. A może nie lubi pan herbaty?

 - Jest mi wszystko jedno.

 - Zawsze jest tak panu wszystko jedno?

 - Zazwyczaj.

 - Interesujące. Interesujące.

 Mężczyzna wygramolił się wreszcie z namiotu. Gdy się wyprostował, jeszcze raz, pomagając sobie laską, zajrzał do wnętrza z szerokim uśmiechem.

 - Może jednak?

 - Pan chyba nie jest słowny?

 - Jestem stary i psotliwy.

 - Nie brzmi zbyt obiecująco - zauważył Timo trochę już rozluźniony.

 - Bardziej to że jestem stary, czy to że jestem psotliwy?

 - Przepraszam, ale...

 - Zawsze jest inaczej niż sobie wyobrażaliśmy.

 - Nie wiem, co sobie wyobrażałem. To i tak dla mnie wyczyn...

 - Nie rozumiem. Ale może mi pan wszystko objaśni.

 - Może.

 - Ludzie nie są tacy straszni.

 Timo wzruszył ramionami.

 - Wie pan co? Jeżeli rzeczywiście zrezygnował pan już z wyduszania z siebie rozkoszy, niech pan założy na swoje śmierdzące nogi buty i przejdzie się ze mną kawałek. Likwidacją tego obozowiska można zająć się później.

- Niech będzie - powiedział Timo.

CDN

16:33, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2012
Nic dobrego o życiu

Obejrzałem wczoraj program Tomasza Lisa. Wystąpiła w nim pani Maria Czubaszek, moja ukochana papierośnica i pogodna pesymistka. Pani Maria wyznała, że w młodości zdecydowała się na aborcję. A może nawet na dwie, o ile się dobrze zorientowałem. Żaden problem, jak dla mnie, i też dla pani Marii, która po prostu nigdy nie chiała być mamą... Naturalnie nasłuchała się na swój temat, bo już ją tam chrześcijanie wyzwali od suk zimnych oraz takich i owakich... Można powiedzieć, trochę sobie nagrabiła swoją szczerością, uczciwością.

 Myślę, że dobrze zrobiła mówiąc o tym otwarcie. Mając zresztą sensowne argumenty. Nie jest to zresztą takie trudne, bo zawsze łatwiej wyliczyć to, co w życiu złe. Po prostu. Pani Maria uważa, że byłoby najlepiej, gdyby dzieci rodziły się tam, gdzie są naprawdę oczekiwane, gorąco upragnione, bo to jest, powiedzmy, jakaś gwarancja, że nieszczęście życia będzie miało bardziej aksamitny przebieg. I ja też się z tym zgadzam, bo tam, gdzie jest inaczej, tam po prostu jest piekło. Mogę coś na ten temat powiedzieć, gdyż sam byłem dzieckiem niekochanym, potrącanym, lżonym, i wiem, jak trudno wyczołgać się po ponurych doświadczeniach z rodzinnego domu na światło.

 Moje piekło było perfidne, ponieważ na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Nie, nie, nie przejechał po mnie walec prymitywnej przemocy - nie, nie, ja miałem prawdziwy salon torur, w którym się raczej słownie kłuło, przypiekało, miażdżyło, łamało... Z lekkim dodatkiem najprawdziwszej chłosty cienkim rzemieniem i mordobicia. Nikt nikogo nie darzył szacunkiem ani zaufaniem... Ot - domyta i odprasowana patologia w inteligenckim przebraniu. I jeden wielki mróz. Ze źródłem przemocy w osobie matki. Można więc powiedzieć, że był to układ, w którym absolutnie nie powinny zjawiać się dzieci. Dziecko niestety się zjawiło. I poniosło spore koszty z powodu tego bezmyślnego małżeństwa.

 Myślę, że jeśli już ma się zdarzyć coś złego, to lepiej, żeby zdarzyło się jak najszybciej. Lepiej nie dopuszczać do niepożądanych rozwiązań i nie bawić się życiem, cudzym życiem. (Często można słyszeć - lepiej urodzić i podrzucić komuś. Łatwo się tak gada o cudzych losach. Nie moja sprawa, więc mam tysiąc rad, jak kto powinien zadecydować w sprawach czyjegoś życia... Ach, życie jest przecież takie święte!)

 Nie pogniewałbym się, gdybym sam został wyskrobany albo gdybym został litościwie poroniony. Po prostu by mnie nie było. Z głowy. Mogę równie dobrze mówić, iż szkoda, że się dwadzieścia lat temu nie pozbawiłem życia. Też by mnie dziś nie było. I ilu tragedii i nieprzyjemności dzięki temu bym uniknął. No ale jestem, nie mając w zasadzie wyrobionego zdania czy to dobrze, czy źle. Po prostu jestem. Widać nie byłem dość mocny, by umrzeć.

 Z tym zakichanym życiem jest jeden podstawowy problem, a mianowicie taki, że nie da się o nim nic sensownego powiedzieć, sensownego, co byłoby jednocześnie jego pochwałą i obroną. O życiu można tylko źle, bo czegoś gorszego od niego nie można sobie pomyśleć. (Ktoś powie śmierć - ale cóż sobie wyobrażamy, znając tylko to, co może przynieść życie? Że ból, że smoły gorącość albo że zimno i nuda w opuszczeniu??) Pani Kempa, ta biedaczka, nie miała nic do powiedzenia, poza tym, że ma rodzeństwo, które się wspiera po tym jak tatuś i mamusia poszli do nieba. No też mi urok i powód do tego, żeby na świat przychodzić. A drugi mądrala, niegdysiejszy zawołany skrobacz, odkrył, że dzidziuś to cud...  Dość tego mało. I cóż to za cud? Cała nasza żywa planeta jest na swój sposób cudowna, istniejąca w swojej postaci dzięki niesamowitym zbiegom okoliczności. No więc niech będzie cud! Ale czemu przez cud od razu mielibyśmy myśleć o czymś dobrym? Przecież to cud dość makabryczny.

 Jesteśmy wcielonym apetytem. Gdy jest on zaspokojony, cieszymy się. Najrozmaitsze sytości sprawiają nam przyjemność. Wszystko, co jest potwierdzeniem naszej woli, stanowi radość naszego życia. Chociaż ta nasza radość dla innych może być czystą upiornością, bowiem potwierdzanie woli życia może wiązać się z zaprzeczaniem cudzej woli. Już nie szukajmy daleko i spójrzmy na wspomianego w poprzedniej notce Kaligulę - toż to była rozpętana do granic wola życia - sterta makabrycznych zachcianek stawiająca się ponad losem, ba, marząca o tym, by - tak dla wygody - Rzym miał tylko jedną głowę, którą łatwiej byłoby w razie czego uciąć.

 Nękanie, gnębienie, wykorzystywanie, upokarzanie, oszukiwanie, pożeranie... Samo życie wpędza się w takie przyjemnostki. Jak się uda kogoś nabrać, na kimś zarobić itd, itd, życie robi się piękne. Staje się darem cennym. Oczywiście są i tacy, co niosą i jakieś ciepełko, i pomoc - ci też mają swoje szczęścia i zyski - raczej niezbyt materialne... Ale zawsze idzie o jakieś zyski, o jakieś zaspokojenia mniej albo bradziej szlachetnych apetytów. A jeszcze jak się uda umknąć śmierci - co za ulga! Bo przecież śmierć jest dla nas taka straszna. Jest wielką, złowrogą niewiadomą, jakąś straszliwą czeluścią. (I ponieważ ta cała śmierć jest dla ludzi przerażająca, tak chętnie większość chciałaby innych karać właśnie śmiercią...) Jak jest cudownie, gdy śmierć jest daleko. Aż nawet lubimy sobie popatrzeć na okropieństwa z bezpiecznego dystansu, tak jak te panie podobne do pniaków, które gromadzą się w miejscu,  gdzie jakaś biedaczka ukryła małego trupka. Mają tam prawdziwy dreszcz emocji, horror posępny, przy jednoczesnym poczuciu, że im nic takiego nie grozi. A mogło to być moje, a mam przecież taką wnusię... Ale z wnusią jest wszystko w porządku. Jak to dobrze, jak to dobrze, jaka to ulga... Jakże się kocha życie, jakże się jest doń przywiązanym!!

 Nic nie ma na obronę życia. Jest jakby karą za zuchwałość. Wola wplątana w zjawisko, uwięzione pragnienie, cierpiące, które jednak chce za wszelką cenę zyskać na czasie, byle tylko być jak najdalej od tego, co niewyobrażalne. Cała jej radość to komfort w klatce, komfort w tym, co znane... Skoro już jestem, chcę się czuć dobrze. I mi się to udaje. Póki co. Ot - radości wielkomiejskiego pedała, fajny dom, psy, dobry chłopak. Cieszę się, bo jakoś mi się po okropnościach ułożyło... Ale gdzieś pod tym wszystkim czai się lęk... Otacza mnie życie, tak skurwysyńsko łamliwe, kruche, zdechliwe... Więc się tulę jak taki nieborak, żeby jak najwięcej tego życia poczuć... Mam czasem ochotę zwinąć się ze wszystkim w kłębek i już się nie rozwijać. Żeby wszystko zatrzymać: naszą umykającą młodość, zdrowie... Nie zapominając o powstrzymaniu starzenia się Niedźwiedzia... :)

 Te małe radości, te spełnienia, te momenty, gdy wszystko jest doskonałe (to można tylko nazwać chyba prawdziwym szczęściem)... Tak, można powiedzieć za naszą zmarłą niedawno noblistką, iż życie niekiedy bywa znośne... Ale to mało, by nad nim piać z zachwytem, ględzić głupkowato o świętych darach i pieprzyć, że skrobanie jest takie strasznie złe, myśląc o swoim wiecznym nienażarciu - świętym jak diabli, czasem też polegającym na apetycie władzy... Już ja dam tym babom. Mają rodzić, i już!! Bo wedle nauk nabożnych baba to przecież takie nic... I nejedna baba też to wie... I nie chce zrozumieć, że niektóre nie chcą być matkami, nie mają w sobie odpowiednich instynktów i pewności, czy byłyby w stanie pokochać to, co mogłyby zrodzić. Ja uważam, że byłoby lepiej, gdyby nie rodziły. Lepiej nie dopuszczać do tego, by zło miało nadmiar pożywki. Cierpienia i tak zawsze będzie dość. A Bóg niech sobie wsadzi te swoje zbawienia tam, gdzie kura jajko znosi. (O nim najchętniej mówią ci, co chcieliby sobie nas wykorzystać i sobie nami porządzić...)

15:45, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2012
Kaligula

 Ja wiem, że to brzydko, że nie wypada, cóż jednak poradzić, skoro... Nie, nie da się inaczej. Są bowiem zbrodnie i zbrodnie...

 Przenieśmy się dzisiaj w rzymskie starożytności, do pewnego listopada, miesiąca świątecznej posuchy, ale za to z jednym mocnym akcentem, bowiem w 13 dniu tego miesiąca przypadło Święto Jowisza... Jest śnieżnobiały baran, którego mają zarżnąć w ofierze dla Ojca Bogów. Jest i kapłan najwyższy, jowiszowy. Osobistość cała pogrążona w uświęconych prastarym zwyczajem nabożnych przepisach. Ileż to ma ta świątobliwość zakazów: nie wolno mu patrzeć na groby ani na zwłoki, jeść surowego mięsa i zakwaszanego chleba, dosiadać koni i dotykać psów, zdejmować czapki za dnia i mieć węzłów na odzieniu, święty zakaz nie pozwala mu także wchodzić do altan porośniętych winoroślą ani przyglądać się ludziom pracującym... Jest strażnikiem odwiecznych zwyczajów, uważnym, skrupulatnym, bo, wiadomo, bogowie tacy bywają drażliwi... Kapłan wie, że coś się święci, bo znaków tyle już było. Jowisz najwyraźniej przestał skrywać swe oburzenie. Całkiem niedawno uderzył piorunem w Palatyn, czym wywołał pożar. Gromem też zatopił statek wiozący kolosalny posąg Zeusa, czym ukarał bluźnierców. Musi też spaść wreszcie grom na cesarza! Kapłan gardzi nim, bo to bezbożny uzurpator wstrętny wszystkim bogom, który sfałszował testament Tyberiusza. Czekaj! Jeszcze cię dopadną!

 Tego dnia spodziewano się cesarza, choć nikt nie wiedział, kiedy przybędzie, bo on zawsze miał w zwyczaju się spóźniać. Jednak kapłan miał to w nosie i nie zamierzał opóźniać świętego rytuału.

 Uroczystośc trwa. Prastare teksty płyną z ust najwyższego kapłana, czytane powoli i dokładnie, by nie uczynić żadnej pomyłki. Już też i zwierzę ofiarne zostało pokropione winem i posypane solą. Jeszcze chwila i ofiarnik je zarżnie... I nagle biegnie on, Gaius Iulius Caesar Augustus Germanicus, od czasów dzieciństwa, kiedy to on, syn Germanika, przyszły cesarz, stał się prawdziwym ulubieńcem żołnierzy, zwany Bucikiem. Swoim zwyczajem nadpobudliwca pnie się w wielkim pędzie po schodach na swych włochatych, pajęczych nogach. Wygląda dość zaskakująco, jest bowiem w przebraniu Neptuna - ma złotą brodę i wywija jak pajac trójzębem. - Dzisiaj ja złożę memu bratu ofiarę. Baran to za mało! Jowisz chce więcej! - Z tym okrzykiem wpada do świątyni i przy pomocy trójzębnego narzędzia składa ofiarę w postaci ofiarnika mającego zarżnąć barana. Kapłan najwyższy w popłochu odwraca się, bo przecież wedle świętej raguły nie może patrzeć na ludzkie zwłoki...

 Daję słowo, gdybym był świadkiem tego zdarzenia, zakwiczałbym ze śmiechu! Już sam fakt, że ktoś jest przebrany za Neptuna, jest dość idiotyczny i śmieszny, a jeszcze jak dochodzi do takiego nadużycia... Cała uroczystość spieprzona!... Nie wiem, jak mógłby zareagować cesarz na mój śmiech, ale w marzycielskiej chwili zdobywam się na zuchwałość, padam u jego stóp i smarkam ze śmiechu w jego szatę. Dostaję regularnej głupawki...

 Kaligula - postać absurdalna... Albo absurd systemu, który okazuje się bezradny w obliczu szaleństwa i staje się nie lada wyzwaniem dla rozsądnych, podległych rozkazom, których nie można kwestionować.

 Odwołując się do Camusa, można powiedzieć, że zaciukanie w świątyni było podyktowane ciekawością. "Chciałem wreszcie zmienić porządek rzeczy - żeby zobaczyć. I zobaczyłem, że nic się nie zmieniło." Można powiedzieć, ciekawośc taka wiele razy bywała zaspakajana. Aż po czasy najnowsze - wynaturzenia, gwałcenie wszelkich reguł, szarganie wszelkich świętości - i... nic. Słońce jak zawsze wschodzi po tej samej stronie. Obojętne, co się dzieje. Wszystko jedno.

 Poświęcam notkę Kaliguli tak po lekturze powieści Siegfrieda Obermeiera "Kaligula, bóg okrucieństwa", którą wygrzebałem we Frankowych książkach pełnych historii... Cesarza nie trzeba przedstawiać - jego szaleństwo okryło go wiecznym światłem, dzięki niemu nie zeżarła go noc przeszłości... Szczególny przypadek w - jak to mawiał Oscar Wilde -  kryminalnym kalendarzu zwanym szumnie historią. I postać - tu znów wypada odwołać się do Camusa - która nigdy nie umarła. Bo on jest "tutaj i tutaj"... "Jest w każdym z was. Jeśli władza jest wam dana, jeśli macie serce, jeśli kochacie życie, ujrzycie, jak wyzwala się ten potwór czy anioł, którego nosicie w sobie."

 Miało być pięknie. Wszystko wskazywało na to, że będzie dobrym i sprawiedliwym aniołem. Dziś już wiemy, że choroba odmieniła wszystko. Dramatyczne doświadczenia - bo przecież Kaligula przetrwał falę intryg i morderstw, pewne też, niepokojące, fascynacje, ambicje... Zdradzał niezły talent. Znał się na ludziach, był przenikliwy, doskonale potrafił uderzać w struny populizmu, gdy się piął ku władzy, był świetnym mówcą... I w to wszystko wplątało się nieszczęście. Do dziś chyba trwają spory, co takiego mu dolegało. W każdym razie omal nie umarł. A gdy ozdrowiał, był już kimś innym. Zbratał się ze światem bogów: bywał Jowiszem, bywał Luną... Zdawał się mieć dwie wrażliwości - męską i kobiecą. I wessało go do swego wnętrza prawdziwe tornado szleństwa. W innej sytuacji z pewnością jego bzik nie miałby w sobie nic spektakularnego i skończyłby jeszcze marniej, ale że był władcą Imperium, że miał nieskończone możliwości dla zaspokajania swoich makabrycznych zachcianek, że dysponował gigantycznymi funduszami (gdy opróżnił państwowy skarb, zabrał się za majątki zamożnych i niezamożnych, rąbiąc podatkami, mordując stawiając fałszywe oskarżenia albo skłaniając do samobójstw tych, co choć jedną trzecią majątku chcieli pozostawić w spadku bliskim), zdołał przejść do historii i zapisać się w świadomości niezliczonych pokoleń. Lśni złowrogim, przerażającym światłem, jak lśnią Hitler czy Stalin. Tyle że jego światło ma jednak specyficzną barwę... Mam skłonność do patrzenia na niego w sposób, w jaki patrzyła nań w powieści Obermeiera luksusowa kurtyzana Pyrallis. Dla niej był raczej strasznym dzieciakiem, cierpiącym i bardzo wrażliwym... Ona jedna roni po nim łzę, być może dlatego, że była naprawdę blisko niego. Przy niej przynajmniej na chwilę się zmieniał, gubił powłokę potwora... Bzik jednak był silniejszy. Jego głowa nieustannie pracowała, skakała z tematu na temat, nadpobudliwość wpędzała go w bezsenność, kazała mu biegać, pląsać, żreć, chlać, gzić się wymyślnie, nawet kazirodczo, (to ostatnie miało swoje podłoże w jego egipskich fascynacjach).

 Coraz bardziej szpetny stawia sobie coraz śliczniejsze posągi. Jest bogiem. Okrucieństwo zadje się nie mieć granic. Nawet gawiedź na publicznych imprezach nie wie czy ujdzie z życiem. Kaligula drwi z patrycjuszy i upokarza ich. Bawi się ludzkim strachem i wszelką nikczemnością. Patrzy na ludzi z pasją zdziczałego psychologa. Ma szacunek dla bezwstydu... Wszystko można! I nic się nie dzieje... Zdaje się zapominać w końcu, mimo całej podejrzliwości, że nawet dla tak wielce utytułowanego człowieka istnieją granice. Inni mogą je postawić. I ją postawił m. in. Kasjusz Cherea. Sympatyczna postać, która się pnie z nizin po szczeblach kariery. Dobry mąż, tato... i wreszcie trybun bądący blisko cesarza. Jest wielki jak Herkules, ale ma cienki głos, co wiecznie bawi Kaligulę i jest źródłem jego paskudnych docinków... Jest naturalnie kwestią czasu, kiedy "opancerzona Wenus" uderzy...

 Tłuszczy dać krwawe igrzyska... Czy różnił się od tłuszczy? Niezbyt... Razem z nim cieszyli się ludziska, gdy zagryzając precelki z sezamem i pijąc owocowe soki stawiane przez władcę, ludzi pożerały zwierzęta, gdy palono żywcem, gdy wypruwano flaki, ucinano łby, gdy odbywały się bardzo realistyczne przedstawienia mitów... Niejeden Ikar gwizdnął o glebę, niejednego Attisa publicznie wykastrowano... Wszystko to w ramach tamtejszych rozrywkowych zwyczajów... U Kaliguli to, co nie było takie szczególne w tamtych czasach, po prostu rozdęło się do chorobliwych i groteskowych rozmiarów...

 Takie rzeczy naturalnie nie mogą trwać wiecznie. Raczej się je ukróca. Gdy nadarzy się sposobność, gdy pomaga szczęście... By ratować życie, by ratować honor...

 O tym wszystkim opowiada Siegfried Obermeier w swej wielowątkowej powieści, tak fajnie, prosto napisanej. Ileż tam w niej rzeczy, które swobodnie by można było lokować i w innych czasach. Na tle tych rządów pokazał, jak ludzie potrafią się kurwić, ze strachu, z chciwości... Przykuwa uwagę Helikon, który z pasją podsyca jeszcze okrucieństwo Kaliguli. Wyzwoleniec Helikon jest zapiekłym wrogiem Żydów i jego naturę cechuje zbrodniczość równa zbrodniczości pogrążającego się w nużącym już obłędzie władcy... Kiedy przeczuwa, że kres tej krwawej imprezy jest bliski, szykuje się do ucieczki - tworzy sobie skrycie nową tożsamość, powoli wyprowadza majątek i zamierza osiąść aż w Atenach, by dożyć spokojnie swych dni jako niewiniątko, jako ktoś, kto ze zbrodniarzem z epoki Kaliguli nie miał nic wspólnego... Jakże przypomina to historie wielu hitlerowskich oprawców spływających do odległych, południowoamerykańskich kryjówek... Helikonowi na szczęście się nie udało...

 Kaligula - cierpienie i zbrodnicze szaleństwo. Przykład pokazujący, że życie można kochać również w tak makabryczny sposób... Bo bez wątpienia do życia był szalenie przywiązany. Choć tak wielu od życia z całą brutalnością odwiązał... Mimo wszystko ma w sobie coś... Jakiś urok, coś niezwykłego, coś, co pozostało z tego dawnego Bucika... Wypada go potępiać. Ale wypada też współczuć. Zabiło go piekło, które rozpętała jego chora głowa... Najwyraźniej nic nie mogło być inaczej...

Siegfried Obermeier, Kaligula, bóg okrucieństwa, Bellona, Warszawa 2005.

16:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2