BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 23 lutego 2016
Zlep na seansie

 Zima smutna... Ponuro zaczął się rok... Umarł David Bowie, u nas na czele Mały Nihilista, szczyle jakieś zafajdane chcą, żeby świat był czarno - biały...

 Kiedyś widzieliśmy Małego Nihilistę na plastikowej drabince - beczał do wyznawców o jakichś straszliwych ONYCH. A potem dwaj - najwyraźniej emerytowani - górnicy w strojach galowych znieśli z niej rozchwianego Nihilistę i postawili za ziemi... -- Franek tylko jęknął: - Misiek, błagam cię, powiedz, że to nieprawda. -- Ja tylko zarechotałem: - Ależ to prawda! To stan tutejszego ducha, który jakby został urobiony na jakimś szalonym seansie spirytystycznym, albo nawet spirytystyczno - spirytusowym - pijane medium się zabawiło, zabełtało to, co w pijanym widzie wywołało, i wyszedł z tego miks przedziwny, leninowsko - gomułkowska (co najmniej - bo jeszcze ta nuta pobożności) poczwara - zlep osobliwy, który prysnął, by się wygłupiać zasmucająco - no bo przecież nie wszyscy dali się opętać - niektórych ogarnął smutek zaprawiony obawami... Trudno się w tym połapać... Zastanawia tylko, czemu sekta daleka od chrześcijaństwa nadal korzysta z chrześcijańskich symboli? W końcu lata płyną i wypadałoby zadbać już o własną symbolikę, własną estetykę - nie ma się co kryć! Zdziczali katoliccy kapłani powinni też pozmieniać szaty. Można oczywiście inspirować się dekoracyjnością katolicyzmu, ale mieć już wreszcie coś własnego. Tak dla odróżnienia... O finansowanie nie ma się chyba co martwić, bo przecież płaszczyk partyjny...

 Byłoby normalnie, gdyby przed IPN z jego rewelacjami nie było stad dziennikarzopodobnych zjawisk... Tyle w śmieciach wagi, ile jej im przykładamy... No, ale dobre to, by mydlić oczy, robić wodę z mózgu, nie gadać o sprawach naprawdę istotnych, choćby tych dotyczących państwowego portfela... Znowu teczuszki, znowu jakieś odważne plucia - ludzi odważnych dziś bezlik, bo to przecież nic nie kosztuje... Festiwal mord wykrzywionych...

 Machną na nas ręką? Powiedzą w cywilizowanym świecie, żeśmy nieudanym eksperymentem? Może tak się stanie?

 Kiedyś tam szumne Mieszki, Bolesławy, Władysławy... A tu raptem... -- Mój Franek idzie daleko - A było nic nie robić, już dawno temu - po kościach by się rozeszło...

 Aj, smutki, smutki - zostawiając już te zrodzone z patrzenia na dziczejące państwo... Bowie... Dziwnie mi się go słucha teraz. Bo się przeszłość naprawdę zatrzasnęła... Dużo starych płyt... A najczęściej nagrania live... Jakby człowiek chciał trochę poudawać, że nic się nie stało... Poddany tęsknotom za niemożliwym...Zarejestrowane życie, które kiedyś tam się bawiło... Już nie do powtórzenia w rzeczywistości... Zostają tylko cienie, echa... Źródło wyschło... Jest też "Blackstar" - ostatnia za życia artysty wydana rewelacja... Bardzo to wszystko dobre, smakowite i zdumiewające. Wiedział, że się śmierci nie wywinie - nikt się nie wywinie, kiedy przyjdzie czas - ale udało mu się zawrzeć z nią pewien układ. Dała się wpleść w jego sztukę. Życie było sztuką, stała się nią i śmierć... David zawsze robił to, co chciał. Tak że i te najstraszniejsze, największe moce w jakimś stopniu musiały mu ulec... Robi to wrażenie...

 Przebywam raczej w obszarach ciemnych... Czarny kleks w moim mózgu zdaje się rozszerzać... Tęsknię już za wiosną. Ratuję się trochę "Ulissesem" Joyce'a. Odkrywam terapeutyczną moc tego literackiego szaleństwa. Człowiek jak najbardziej cały - w słowach. Uwielbiam dziś się w to zatapiać...

 Za oknem deszcz i deszcz... I straszydeł moc... Idę pod koc...:)

14:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 lutego 2016
Droga do Bronowic

Biedne pieśni mojej duszy -

  Co się z wami stanie?

Czy was przyjmą ludzkie uszy

I czy jakąś pierś poruszy

  Śpiewne wasze granie?

Może wicher was rozprószy,

Może przebrzmi w ciemnej głuszy

  Śpiewne wasze granie...

Biedne pieśni mojej duszy - 

  Co się z wami stanie?

 

Się pytał poetycko Lucjan Rydel. Mądry to był człowiek i swoje wiedział. Przypuszczenia były trafne. Lata robią swoje, czasy się zmieniają, dawne twórczości przykrywa kurz... Ale chyba jednak warto pamiętać. O tej niegdysiejszej Rydlowej energii... Miał Rydel swoje śmieszności. Przez nie łasi na takie rzeczy karykaturzyści i dowcipnisie trochę krzywd mu narobili. Był to gaduła niespożyty, obłędny, ale przy tym światowiec, erudyta, zapalony społecznik, nauczyciel i patriota, który o tej ojczyźnie wolnej myślał i myślał, i śnił... Pech chciał, że umarł w przededniu tej upragnionej wolności. Żałował w ostatnich słowach, że jej nie doczeka - choć bywało, że za śmiercią tęsknił, śmierci umarłym zazdrościł, przemęczony, przepracowany... Rozbiegany, rozedrgany, nie do końca spełniony. Światowiec i swojak - hodowca truskawek z Toń, pisarz, mąż swej Jadwisi, w nieustającej walce o byt i o podniesienie poziomu lokalnego ducha... Nie do pomyślenia Kraków bez Rydla...

Skąd mi się ten Rydel wziął teraz? Może z lutowych słońc, z chwilowej lutowej pogodności popołudniowo oślepiającej... No i też z przypomnień o "Weselu" Wyspiańskiego... Się Rydel nie spodziewał, że to jego wesele tak się wpisze w historię, w literaturę... Impreza sprzed lat o echach, co nie cichną... Dziw taki...

Martwi, ale głosy słyszalne... Jakże by inaczej mogło być w tych naszych Atenach... Zatem spacer z duszami umarłych na ramieniu, co gadają... Czemu nie... Tak się porobiło, że mnie już prawie wszyscy umarli, więc się ciągle o umarłych potykam w myślach. Kumpluję się ze śmiercią...

Słońce... Hm, cóż robi oddalenie - można być w tylu miejscach naraz! Słońce zawsze się gdzieś chowa. Niezawodne, pilnujące skrupulatnie swego rozkładu jazdy, z miesiąca na miesiąc zmienia swoje sypialnie, które można zaopatrzyć w etykietki geograficznych nazw. Na ziemi wszystko już nazwane. Przynajmniej dla przeciętnego człowieka, który się nie waży wchodzić tam, gdzie jeszcze ludzka stopa - itd, itd... ( Czy jeszcze są takie miejsca? Może - ale po co to człowiekowi przeciętnemu zgłębiać? On staje pewnie pośród nazw, których wprawdzie Natura nie potrzebuje, ale ludzkim Jej przejawom się przydają. Człowiek lubi być zorientowany). Słońce jest takie wielkie, że jednocześnie zasypia i budzi się w bezliku miejsc. Taka to jedność w wielości. Słońce jest wielkie - człowiek zaś malutki - w ciasnotce swego tu i teraz. Istnieje tylko to, co się widzi. Widać tylko pierwszy las - co tam drugi, gdzie zaś siódmy?? Bzdurne fantazje. Siedem rzek i mórz? Co tam, co tam... Słońce idzie spać do Bronowic. Na pewno dla tego, co lutowym popołudniem mija betonowe, miejscami silosowate szkaradziejstwo św. Jadwigi Królowej, idąc ku zimowym sypialniom słonecznym ulicą Wybickiego... Tam, w krakowskich Bronowicach,  zapada słońce dla widza spod Jadwigi, spod świątyni pod Jej wezwaniem. Tam, gdzie duchy sprzed lat - ludzie żywi i poetyckie zjawy, Rydlowe miłowanie, weselisko i zestaw "wyspiańskich" wymownych symboli... Już na wstępie spaceru, tuż obok sakralnego potwora, natrafić można na szczyptę wyspiańskości, że tak powiem - zagospodarowany krater - jedna z pamiątek po Twierdzy Kraków - ledwie kolisty kształt pozostały po Forcie 9 "Krowodrza", który znikł z końcem lat pięćdziesiątych minionego stulecia, by przemienić się w park (po militarnościach została ledwie maciupeńka ruinka - kupeczka kamieni i cegieł dla parkowej ozdoby) otoczony pierścieniem wspinających się po ziemnym wale ogródków działkowych, śliczniutkich, tworzących jakby miniaturową wioseczkę swymi uroczymi, wypieszczonymi domeczkami, grządeczkami, trawniczkami i plątaniną owocowych i ozdobnych drzewek i krzewów, w której o każdej porze roku natknąć się można na czarowność prawdziwie wyspiańskiej dekoracyjności. Całkiem parkowi pasuje nadane mu imię, imię właśnie Stanisława Wyspiańskiego... Północne wyjście z parku styka się z dawnym traktem - ulicą Łokietka, która wiedzie do Toń i tamtejszej Kaczorówki, gdzie kilka ładnych lat przemieszkał Rydel z rodziną... Kraków wyprawiał się tam kiedyś saniami, by podziwiać amatorskie widowisko "Betleem polskie" - stanowiące konkurencję dla profesjonalnej sceny krakowskiej... Polskość bujna w krakowskich jasełkach... Rydel pracował i pracował nad prostą duszą, by się w niej tworzyła świadomość tej Polski, dla której pragnął zjednoczenia i odrębnej państwowości... Niestrudzony Rydel, pracuś Rydel - Polak i Europejczyk... A idąc ku lutowemu słońcu... Pozostawiając ślad austriackiej militarności zmienionej w park zwany od lat "starym" - w odróżnieniu od Krowoderskiego - nowego... Łobzów. Za nasypem kolejowym inna militarność. Koszary. Mężczyzna na równo i smutno... Jedne militarności, dalej na zachód następne, przy ulicy Rydla, pewnie źle się kojarzące chłopcom, co nie chcieli żyć brzydko, pamiętającym powszechny pobór, bo tam przecież Komenda Uzupełnień... Kiedyś chciano, by chłopcy wszyscy szli do wojska, i by wszyscy ludzie prześwietlali sobie płuca... Do przychodni na pobliskiej Młodej Polski wzywano... Zaczepiony jestem jeszcze o czasy przymusowych pierwszomajowych pochodów i przymusowych prześwietleń... W ulicach Młoda Polska w ogóle i w szczególe... Rydel - wprawdzie całkiem osobny i w zamiłowaniach antyczny, ale znający wszystkich ważnych epoki. Rydel, Bronowice - ma tu i uliczkę jego "Zaczrowane koło", co to mu tak wyrosło trochę ze słowacko - szekspirowskich fascynacji... (Niech ulica z zaczarowaną przecznicą nie będzie taka złowrogo wojskowa - przed laty, w namiocie teatru STU szalała tam kiedyś Witkacowska lokomotywa skrzydlata, a Marek Grechuta śpiewał "Hop, szklankę piwa" :)) A jak Bronowice - to słynne wesele, najsłynniejsze... Ma ulicę i Złoty Róg. I Czepiec. Rachela... Została już ta Rachela... Nikt się nie przejmował jej prawdziwymi personaliami... Rachela z "Wesela" powędrowała dalej w poezję jako ta zakręcona, rozpoetyzowana dziewczyna, co to przywołała Chochoła. Józefa (Pepa) Singer... Bywają takie życia, w których jest tylko jeden promienny punkt - w jego jasności wszystko inne musi kryć się w cieniu... Dla Pepy, córki karczmarza, tym życiowym światłem najjaśniejszym było owo wesele w Bronowicach... Wyspiański z przeciętnej dziewczyny zrobił postać, której dalej, w życiu, stała się chodzącym cieniem. Obijała się Pepa po artystycznych kawiarniach, ożywiając się jedynie - wierząc słowom Boya - jedynie wtedy, gdy spotykała kogoś również jakoś wplątanego w te weselne, bronowickie kręgi... (Pożyła, pożyła jeszcze, pół wieku ponad, pracowała jako pielęgniarka, ustrzegła się złego Niemca, zmarła w 1955 roku)... No, jeszcze trochę na zachód, za Zielony Most - i kraina wesela słynnego...

Droga do Bronowic. Na myśl przyszła przez słońce lutowe. I przez miłą książkę Józefa Dużyka o Rydlu - dziś już trochę zapomnianym... Dużo już się zmieniło. Rydlowa droga do Bronowic, z chałupkami, z całą wiejskością, którą pokochał wcale nie powierzchowną miłością, już jest historią... I spotkanie z Rydlem, to spotkanie z dawnym Krakowem, z jego podnoszeniem się z upadku, bo po Piastowych i Jagiellońskich świetnościach te nasze Ateny przeżyły i ruderowate czasy cichego partykularza... Miasteczkowa cisza Krakowa, o której pisał kiedyś Boy - co ciekawe, w samym sercu tego miasta ciągle jeszcze można na nią się natknąć... Wszystko, co było, łącznie z ciszą miasteczka - twierdzy, w zakamarkach się zachowało... Miasto poetyczne, jak Toledo zachwycające - przynajmniej zdaniem Dagny Przybyszewskiej... Dla Rydla było najważniejsze, mimo wszystkich Włoch, Francji, Grecji...

Nieśmiertelny Rydel zrobił się głównie przez "Wesele", jednak... Nie ma się co za bardzo rozpisywać. Na myśl przychodzi. Dziś... Mówią ludzie czasem o książkach na bezludną wyspę... Jedna to naturalnie za mało. Jedna półka - lepiej... Na niej umieściłbym sobie może "Wesele" Wyspiańskiego... Żeby nie tracić kontaktu... Tamtą rzeczywistość galicyjską wystarczy pominąć, wstawić naszą, i w dalszym ciągu może to dzieło przemawiać... No i nieco zasmucać, bo przecież nie kończy się dobrze... Czegoś się nie chciało...

No, a oprócz tego sama atmosfera. Rzeczywistość i zjawy. Noc upojna i niesamowitość jesiennego świtu...

Warto wpaść do Krakowa dziś... Ale także do tego sprzed stu lat... Choćby z Rydlem i jego biografem Dużykiem, który w swej książce korzysta obficie z korespondncji pisarza, a także odwołuje się do odnalezionych w archiwach miasta dzienników krewniaczki Rydla, pobożnej panny Antoniny Czechówny, szczęśliwie długowiecznej...

Józef Dużyk

"Droga do Bronowic"

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1968.

Tagi: krakowskie
10:38, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2016
Tu

 Ale że tak tu, ogólnie, w całości, odbałtyckopotatrzańsko? To by było za wiele. Zwłaszcza, gdy o publiczne życie idzie. Powiem tylko, żem zawstydzony... Grzeszny naród... Głupota grzechem straszliwym, jedynym właściwie - z niej bowiem całe zło, i śmieszności gorzkie... Czasem patrzę w ekrany - twarze widzę, a okazuje się, że to dupy... Psychotyczne wręcz robienie z siebie widowiska.

 Ale w tu zawsze jakiś drogie tam... Tu wyjęte z całości, szczególne... Takich tu - i prawie nic innego dalej - sporo... Dobrze nic nie gadać.  W trudach albo samych zachwytach - bez szczególnych trudów... Choć ja trochę utrudzony i obity. Bom sobie łokieć stłukł. Kości na szczęście twarde... Góry grożą czasem paluszkiem... Umieją zatkać  - choć i uwalniały pióra gadatliwe... Ale piękne słowa czasem potem śmieszą... Tatry... Tatrzańskie klimaty... W wierszu oszczędnym...

ALEKSANDER WOJCIECHOWSKI

    TU

Tu

nie ma pięknych słów

Tu one nic nie znaczą

 

- tu są

takie miejsca w skale

które nigdy

słońca nie zobaczą

 

- tu są

takie miejsca

na ziemi

gdzie najcenniejsze 

milczenie

 

-----

No - to co... Takich miejsc życzę...

11:34, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »