BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 29 listopada 2007
Ku zimie z Augustem

 Przychodzimy na świat po to, żeby nas to i owo posunęło. Niekiedy z pełną premedytacją dajemy się posuwać, najczęściej jednak dzieje się to wbrew naszej woli. Lata, nieszczęsne lata wloką nas bezwzględnie za sobą i suniemy tak: przez puchy i gąbki, podłogi i bruki, piachy i żwiry, asfalty i betony, lody i śniegi, błota i chaszcze. ---- A niech cię cholera! Chcieliśmy się z kolesiem tylko trochę napić, pogwarzyć, odrobinę odetchnąć, poruszyć milion tematów nie skupiając się na żadnym - i kompletne fiasko. Myślałem, że padnę! Usłyszałem, jak ktoś wykrzykuje z entuzjazmem moje imię, odwróciłem się... Kamil!! RANY BOSKIE!! No to po cichym wieczorze nad kieliszeczkiem. Ale radość moja była niezmierzona, choć i trwoga lekka mnie ogarnęła, bo gdy człowiek spostrzega nagle kogoś, kogo nie widział niemal dziesięć lat, zauważając wszystkie nieuchronne zmiany, zaczyna sobie dobitnie uświadamiać, jak bardzo nieubłagany i brutalny jest czas! ---- Padliśmy sobie w ramiona. Omal mnie misio nie zgniótł tymi swoimi łapskami... No, no, ale ja też nabrałem trochę ciałka! Pięknie! A włażę teraz w stare spodnie! Cóż jednak poradzić - wiodło się trochę tego żyćka sybaryty i najwyraźniej z tego czarującego szczupłego książątka niewiele zostało. A jeszcze na dodatek postanowiłem ponosić trochę brodę... Ech, że też się nie ogoliłem. Ale kto by przypuszczał... -----Kamil. Stare, dobre czasy. Stare czasy są niemal zawsze dobre, bez względu na rozmaite zawirowania. ---- Dziwacznie plotą się niekiedy losy. Poznaliśmy się w Norwegii. I tam zgadaliśmy się, że wcześniej, w Polsce, żyliśmy niemal po sąsiedzku! Bardzo się polubiliśmy. Był świetnym kompanem. Uwielbiałem chodzić z nim na ryby. Fascynował mnie jego ogromny talent gawędziarski - z nawet najbanalniejszych historii potrafił uczynić olśniewającą perełkę. Nasze rozmowy skrzyły się dowcipem. Sporo też jeździliśmy, a ja bawiłem się w przewodnika, popisywałem się i ciągle szukałem okazji, żeby się trochę powymądrzać, korzystając w pełni z praw wówczas już niestety umykającej młodzieńczości. (Bo w końcu człowiek wie wszystko, kiedy jest młody. Dziś już bym się tak nie wygłupiał. Teraz jestem za stary, by wiedzieć wszystko i za młody, by we wszystko wierzyć). --- Kamil nie był (wołam, Kamil, zrób coś, bo w pewnym wieku nie wypada, by człowiek nosił takie imię!!) żadną moją miłosną przygodą. Kamil ma dwie fajne córy i jest rozkosznie niewiernym, fantastycznie i nieco dramatycznie doświadczonym, stuprocentowym heterykiem. Nie przeszkodziło mu to jednak zaprzyjaźnić się z młodym pedałkiem, i to do tego stopnia, że zaczęliśmy sobie w pewnym momencie nadawać wulgarne przezwiska. Wprawdzie nie od razu miał świadomość, kim byłem, i gdy się dowiedział, zrobiło mu się bardzo głupio.---- Bywa niestety dość często, że do głupawych rozmówek przy stole wkrada się coś o homoseksualistach, coś wulgarnego, prześmiewczego, drwiącego. Ja naturalnie nigdy nie mam o to większych pretensji, jestem przyzwyczajony, i pamiętam też jeszcze z domu wygłaszane przez rodziców niewybredne opinie na temat pedałów (biedni, przez długi czas nie zdawali sobie sprawy, jak mnie tym dotykali), niemniej powiedziałem mu co i jak, i że mało komfortowo czuję się w takich sytuacjach. (Tak, to smutne- czasem  zwracam uwagę innym, zapominając przy tym, jak bardzo sam potrafię ranić). Po trzech dniach zjawił się u mnie z butelką wódki. Tak, żebym się nie gniewał. Okazało się, że te zboki nie sieją zarazy, nie chwytają wszystkich za krocze, i że są równie pieprznięci jak cała reszta, tak iż można się z nimi kolegować. A nawet z ich powodu uronić łezkę... ---Dawniej miałem okropną przypadłość - kiedy sobie popiłem, nosiło mnie. Trochę głębszych - i w świat! Po takich pijackich wędrówkach budziłem się czasami w dość dziwnych miejscach, niekiedy w ubraniu, niekiedy bez ubrania, a raz zdarzyło mi się nawet zgubić buty... Kiedyś wybraliśmy się z Kamilem do jego znajomych na drobną uroczystość i ja - swoim ówczesnym zwyczajem - mając już solidnie w czubie, ot tak - oddaliłem się, ale nie po to, by szukać przygód (o nie zresztą byłoby trudno na zadupiu), tylko żeby zakochać się trochę w białej nocy, w jej ciszy i czarodziejskim świetle.--- Towarzystwo wpadło w popłoch, kiedy po jakimś czasie zorientowało się, że zniknąłem. Wszyscy myśleli, że poszedłem się wysikać, gdy jednak okazało się, że nigdzie mnie nie było, rozpoczęły się gorączkowe całonocne poszukiwania. Biesiadnicy, nagle trzeźwi, wyobrażali sobie najgorsze - że pijany wpadłem do wody albo zleciałem z jakiejś skałki. A ja tylko wdrapałem się na wzgórze i ukryty w zaroślach, wśród cudnych Hamsunowskich klimatów, siedziałem sobie cały w letnim zmierzchoświcie, z sentymentalną piosenką na ustach, utopiony w pijackich łzach, dziko nieszczęśliwy i roztkliwiony.---Zostałem w końcu znaleziony i nie spotkałem się z żadną wyrozumiałością. Chciałem, żeby bohaterscy poszukiwacze usiedli obok i zobaczyli, jak wzruszająco piękny jest świat, ale posypały się jedynie bluzgi, którym towarzyszyło stwierdzenie, że jestem kompletnym idiotą. Nie mieli litości dla cierpiącego człowieka - kazali mi natychmiast wstać, przestać się wydurniać, zapiąć rozporek i zejść ich śladem na dół. No i zrobiłem, jak mi kazali.----Co za ulga! Jestem!- Gdzieś ty był? Oszalałeś? Myśmy tu świra chcieli dostać!--- Dowiedziałem się później od znajomych, że Kamil ze łzami w oczach klął i latał po całej okolicy, pełen okropnych przeczuć. Naturalnie nie omieszkałem go o to zapytać, ale tylko się obruszył: -Bzdury gadają! A ja prosiłem, żeby, nawet jeśli to nieprawda, powiedział, że płakał, bo to by było takie czarujące. Utrzymywał jednak uparcie, że nie płakał. Więc pewnie płakał. -----Miły facet, który nie szczędził mi krytyki. Uważał, że byłem najokropniejszym samcem, jakiego spotkał. Stwierdzał, że byłem wyznawcą kultu jednostki - samego siebie, że moje przekonanie o własnej doskonałości było bezgraniczne, że byłem kawałem prawdziwego skurwysyna. Ta... Dasz dzióbek, spije wszystko, ale gdy zrobisz coś nie po jego myśli, bez wahania strzeli ci w kolano i wyrwie z dupy wszystkie pióra; jeśli czegos potrzebujesz, wszystko dla ciebie zrobi, ale odbije to sobie z procentem; jak mu co strzeli do łba, rzuci wszystko i se pójdzie w cholerę; jak bije, to mocno, do krwi, choć używa do tego słów. Pieprzony elegancik, gnojek, okropny dzieciak serwujący światu kopniaki, który jednak zawsze znajdzie sobie miejsce, gdzie mu nadskakują i ulegają, którego w jakiś dziwny sposób się lubi, który stwarza dziwaczną i kuszącą atmosferę, z którym jakos tak chce się być. Trzeba tylko pamiętać, żeby go nie urazić i nie łamać zasad, które ustanawia. Bydlę urocze, które ciągle ma zbyt mało dystansu do samego siebie.--------Przykro było, kiedy wyjeżdżałem. Tkwiłem sobie w swych odwiecznych samobójczych odpałach, zdecydowany jednak na mniej drastyczną odmianę. Ponieważ Kamil miał jakieś pilne sprawy, przyszedł pożegnać się kilka dni przed moim zniknięciem. Zabrał mnie na dłuuugi spacer, co było niezwykle wzruszające. Był przecudny wieczór. Powietrze jak kryształ, tak że nawet odległe szczegóły krajobrazu ukazywały się z pełną wyrazistością. Niskie słońce barwiło świerki ceglastą czerwienią. Szliśmy asfaltową drogą. My i nasze długie cienie. Prawie bez słowa. Ja oczywiście z płaczem na końcu nosa (Cholerny ślimak! Jak Boga kocham! Czemu ja się zawsze tak łatwo rozklejam? Z byle powodu?), z wiecznie siedzącym gdzieś tam głęboko dyżurnym lękiem przed życiem, z wielkim talentem do bycia rozczarowanym.----Kiedy się rozstawaliśmy, poprosił, żebym na siebie uważał. Trochę się martwił. I tyle. Zniknąłem. Ruszyłem w dół. --- Obiecałem, że zadzwonię, dam znać albo wpadnę, jeśli mi przyjdzie w przyszłości być gdzieś w pobliżu. Ale gdzie tam. Ani nie zadzwoniłem. Ani nie wpadłem, choć byłem później w pobliżu. I tak dopiero teraz nasze drogi się skrzyżowały. ----W sumie dobrze, że są tacy, co wracają. Dowiedziałem się, że przyjechał z powrotem, na stałe dwa lata temu, bo sprawy rodzinne i tak dalej, i tak dalej... Wymieniliśmy się numerami telefonów. Może kiedyś gdzieś się wybierzemy. Powędkować? Czarowne było to spotkanie i szalenie wesołe. Trochę się przy okazji zorientowałem, co słychać u paru osób. I ponoć Aud się o mnie wypytywała... Muszę przyznać po raz nie wiem który, że buc ze mnie wielki, bo tak się wiecznie odcinam... A Aud to taka super kobita. Zaskarbiłem sobie jej sympatię, kiedy wyszło na jaw, że nie obcy mi jest Johan Falkberget, jeden z jej ulubionych pisarzy, związany zresztą z miejscem, w którym dorastała, z Røros. Była mile zaskoczona i zaciekawiona młodym Polaczkiem, który się zjawił pełen wiadomości o historii jej stron. Mieliśmy o czym paplać - Falkberget, rallarowie, Kristofer Uppdal, te klimaty... Dużo, dużo się od niej dowiedziałem... No i ten jej fantastyczny mąż, z którym parę razy byłem na włóczędze... Ech...--------------------------------Naturalnie wszelkie gdybanie pozbawione jest sensu. W życiu dzieje się to, co się dziać musi. Ilekroć patrzymy wstecz, widzimy zgrabnie ułożoną historię, powstałą jakby według już wcześniej rozpisanego planu, gdzie wszystko jest absolutnie konieczne. Kusi jednak zawsze pytanie, co by się stało, gdyby w całej układance jakiś element został zastąpiony innym. Gdybym został tam? Albo wrócił nieco później? Być może byłbym do dziś człowiekiem, który nigdy nikogo nie kochał... Nie pojawiłby się Adrian. Nie złapałby mnie za pysk, w locie. Tylko, cholera, co z tego? Potrząsnął mną. Postawił na nogi. A potem zrobił się ten przerażający pasztet. Wszystko się tak ułożyło, żeby mi jednak podciąć nogi. Ciągle, ciągle i ciągle nie mogę, nie umiem przeboleć tej straty. Przychodzą momenty, gdy rąbie mnie to tak mocno, że szaleję z bólu... Straszna jest świadomość nieodwracalności pewnych zjawisk. I nie wiem, kiedy wyczerpię zasoby żalu. Póki co, rana jest zbyt świeża. ----------- Kolega był trochę znudzony, bo nie mógł włączyć się we wspominki, ale przynajmniej czegoś się o mnie dowiedział... Kolega, kolega. Coraz bardziej lubię tego popaprańca. Dwie sieroty obrzygane. Nie wiem czy coś z tego będzie. Dwie słabości mogą się dotkliwie pokąsać. A ja nie chciałbym go krzywdzić... Póki co, wszystko wchodzi jedynie w zakres świństwa...  No, ale co innego więcej mnie absorbuje. Zamykam się na zimę ze Strindbergiem. Cieszę się trochę, bo nawiążę kontakt z mymi młodzieńczymi okopami. Kiedy to wszedłem w jego twórczość? Boże kochany! To był 1988 rok, kiedy ukazała się po raz pierwszy "Spowiedź szaleńca"... Tak, będzie to też miłe spotkanie z czasami, gdy ludzie miewali jeszcze życiorysy...

15:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 28 listopada 2007
Z "Gry snów" Augusta Strindberga

Dlaczego rodzisz się w bólu?

Dlaczego męczysz twą matkę,

Człowieku, gdy masz jej dawać

Matczyną radość i chlubę,

Radość nad wszelkie radości?

Czemuż budząc się do życia,

Czemuż witasz światło dzienne

Krzykiem bólu i cierpienia?

Czemu się nie śmiejesz w życiu,

Człeku, skoro ten dar życia

Samą winien być radością?

Czemu jak zwierz się rodzimy,

My, boskie plemię, ród ludzki?

Duch by przecież innej szaty

Żądał niż ta z krwi i brudu!

Stworzony na obraz Boga musi zmieniać zęby...

(...)

Znów zaczyna się wędrówka

Po chwastach, cierniach, kamieniach!

Ledwieś na utartej drodze,

A już ci jej zakazano.

Ledwieś zerwał kwiat, a zaraz

Mówią, że to kwiat innego.

Drogę ci zagrodzi pole,

A ty musisz naprzód iść,

Podeptałeś plon innego.

Inni depczą potem twój,

By różnica była mniejsza!

Każda radość, której doznasz,

Wszystkim innym niesie troskę,

Twoja nie raduje innych!

I tak troska troskę goni

Wiecznie, aż do śmierci, która

Niestety innym chleb daje!

                      August Strindberg

08:59, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2007
Zły tydzień
Coś złego zaczęło się dziać. Ciężki miałem tydzień. Doczołgałem się do soboty ledwo żywy, rozstrojony, bliski niebezpiecznego wybuchu. Myślałem, że przynajmniej na weekend wybiorę się na wieś, do znajomej, ale plany się pokrzyżowały, tak że pozostałem w mieście.--- Obudziłem się w sobotę kompletnie wypompowany. W ogóle fakt, że o poranku otwieram oczy niezwykle mnie rozczarowuje, bo niestety znów muszę wychodzić naprzeciw rzeczywistości, do której nie mam po prostu siły. Targają mną jakieś nieokreślone obawy, drżą mi ręce, nie bardzo mogę się skoncentrować, a właśnie teraz jest mi to potrzebne, momentami mam w głowie czarną dziurę, tak że nawet najprostsze rzeczy sprawiają mi kłopot. Nie dalej jak wczoraj, w piekarni, napotkałem na poważne trudności, bo raptem nie potrafiłem wyartykułować swojej potrzeby. Mam wrażenie, że gdyby jakiś ciekawski chirurg otworzył moją czaszkę, znalazłby w jej wnętrzu jedynie kilka pestek otoczonych zielonkawym glutem. Wydaje mi się, że wariuję. I nie wiem za bardzo, jak będę dalej funkcjonował. A zresztą - czy ja mam tak naprawdę na to ochotę? Duszę się, czasem odnoszę wrażenie, że nie mieszczę się we własnym ciele. Wieczorami robię długie wycieczki razem z psiarnią. Urządzam sobie forsowne marsze i biegi, ale to nic nie pomaga. Jedynie muzyka mnie trochę uspokaja. Ostatnio zasypiam przy niej. Nie mogę czytać. Nie mogę pisać.---- W tygodniu F. wyciągnął mnie do kina. Ledwo tam wysiedziałem. Wyszedłem na powietrze zlany zimnym potem. Nic, tylko leżeć na chodniku, wyć i tłuc głową o beton. Zauważył, że coś ze mną nie tak, a ja nie umiałem mu wyjaśnić, co się tak naprawdę dzieje, poza oznajmieniem, że jestem w samym środku czarnej rozpaczy, że czuję się jak obity, ogłupiały zwierz. On był naturalnie wobec tego zupełnie bezradny. On sam potrzebuje podpórki, na swoim idiotycznym zakręcie. Obaj jesteśmy potwornie zmęczeni. I cała przygoda dzieje się w najmniej odpowiednim czasie. I jesteśmy najmniej odpowiednimi dla siebie partnerami. Chociaż nie - właściwie nie jesteśmy żadnymi partnerami. Wprawdzie dobrze nam się milczy, ale to jest puste milczenie. Ot - działa tu siła zwykłego bezwładu. -----Od czasu do czasu, porzucając irytującą dłubaninę, zerkam do Internetu, licho wie, po co? ----- Myślę, że człowiek powinien posiadać jakąś broń, żeby w razie czego ochronić się przed samym sobą. Coś wygodnego, niezawodnego i niezbyt topornego. Rewolwer. Albo pastylkę - jak doktor Glas u Söderberga. --- Nie wiem, jak to się dzieje, że ludzie potrafią żyć - ot tak, po prostu. Są sobie, żeby - mówiąc Witkacym - trochę poobłapiać, pogwazdrać, pokierdasić. Tacy zadowoleni, co to se mają radio, stylo, kino, daktylo, i nic im więcej nie trza. Ot - życie, co już nawet nie jest snem wariata, ale najgorszego, najostatniejszego otępieńca. ------- Wziąłem się w sobotę rano za mycie okien. Nawet nie były brudne, ale żeby jakoś przetrzymać kawałek dnia, chwyciłem za ścierę. Będzie już na święta, na myśl o których dostaję gęsiej skórki. --- W piątek wieczorem wpadła do mnie matka. Posiedziała godzinę, wypiła herbatę. Ona mówiła, a ja siedziałem jak otumaniony. -Coś taki smutny? - Nie, nic. Przecież wszystko w porządku. Płacę, więc jestem. Mam se stylo i daktylo. I te swoje rozkoszne ejakulacje. A tam w środku co? Z przerażeniem stwierdzam, że tam siedzi tylko mały zezowaty ludek. Ja się autentycznie kończę. Chyba już nie będę umiał poradzić sobie z powracającym nieładem. ---- Kiedy wyszła, dosłownie zwaliłem się z nóg. Nie wiem, co to, mam jednak wrażenie, że ona jest jak taki energetyczny wampir. Nic nie mogę na to poradzić, ale coraz gorzej znoszę jej obecność. Gdyby posiedziała dłużej, straciłbym przytomność. Ale mogę jej oddać wzystko, żeby całkiem powróciła do zdrowia, żyła długo i szczęśliwie, w bezpiecznym oddaleniu. --- Przyniosła mi furę suszonych grzybów. Coś zaczęła przebąkiwać o świętach. Tak, tak, pokutuje ciągle przekonanie, że święta są rodzinne, i że ktoś, kto przeżywa je w oddaleniu od tych wszystkich obcych - bliskich, powinien, wręcz musi czuć się nieszczęśliwy. A ja byłbym najszczęśliwszym człowiekiem pod pierwszą gwiazdką, gdybym mógł nie zasiadać przy wigilijnym stole, tylko zamknąć się w domu z czymkolwiek - z muzyką, nawet z telewizorem i, dajmy na to, z kubkiem lodów śmietankowych. Właśnie w ten dzień... Rzygać mi się chce.------------------- Oscar Wilde mawiał: "Znajdź wyraz dla swego smutku, a stanie ci się drogi. Znajdź wyraz dla swej radości, a spotęgujesz jej ekstazę." Boję się, że już niczego nie znajdę. Ale nic. Idę wieczorem się napić. To tragiczne. Szybko się rozkręcę, będę jak zwykle rozdowcipkowany, rzucę garść aforyzmów, a potem wrócę do domu i taktownie będę krzyczał w poduszkę. Będzie jeszcze gorzej. Zdycham.
11:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
sobota, 24 listopada 2007
Duży Książę
 No, mam dziś troszkę czasu... Tylko czy wykorzystać go do klepania bloga (u)? Nie ma za bardzo o czym pisać, bo to, co kradnie mi czas, jest takie nieciekawe. Może więc zajrzeć do Dużego Księcia, którego poznaliśmy ileś tam notek temu? Tak na poczekaniu wymyślę coś, w postaci dialogu, bo nie ma przecież sensu wikłać się w opisy i mówić, że np.: trawa jest zielona, a gdy świeci słońce, to jest jasno...------------------------ - Mam dziś kompletną pustkę w głowie. - Książę nadużywa ostatnio alkoholu. - Max, mój chłopcze, dzisiejsze czasy są dla książąt nader niełaskawe. - Muszą aż tak wiele pić? - Ach, jakże to powiada Giordano Bruno: Wielu ludzi, którzy na ziemi chcieliby zakosztować życia w niebiosach, powie jednogłośnie - i oto bym udszedł daleko, zamieszkał na pustyni. Dziś, podejrzewam, niewielu już ludzi żywi podobną tęsknotę, bo też i większość stała się na powrót zwierzętami, które z lubością gromadzą się, by wspólnie trochę sobie pogulgotać i pochrumkać... I poszli, drogi chłopcze, pastuszkowie w świat i całkiem go zasmrodzili. To, co jeszcze gdzieniegdzie pobłyskuje, tonie powoli w odorze ich pospolitości. A chcesz czy nie chcesz, by żyć - cóż za straszna to rzecz dzisiaj - wchodzisz w tę chmarę, bo nie masz innego wyjścia, i zaczynasz bekać. Coś jednak w tym strzępku człowieka, jaki tu i ówdzie, w tym czy tamtym osobniku, zdołał ocaleć, czasem się buntuje i pojawiają się zgrzyty - a towarzystwo zgrzytów nie toleruje, ono bowiem lubi temperaturę niezmienną, którą utrzymać potrafi wysoka kultura, a że jej brak, stosuje się w takich okolicznościach środek najprostszy - butelkę. - Zawiły i mglisty jest Książę dzisiaj. - Powiedziałem przecież, że mam w głowie kompletną pustkę. Wielosłowie tego dowodzi. Och, jest już John z kawą. Wybornie. - Wasza Wysokość. - Masz jakieś wieści w sprawie Howarda, John? - Obawiam się, Książę, że nie odnotowano żadnej poprawy. - Tak. Hm, musimy być chyba przygotowani na najgorsze. Możesz odejść, John. Ach! I przypilnuj, by mój strój do jazdy konnej był dzisiaj w nienagannym stanie. Ostatnio Per się nie popisał i miałem wczoraj bardzo nieciekawe popołudnie. A ty, Max, usiądź, proszę. - Myśli Książę, że Howard umrze? - Drogie dziecko, jestem prawdopodobnie ostatnią osobą na świecie, która nie zna się na medycynie i w ogóle na ludzkim ciele... Ach, wyobraź sobie, że kilka dni temu dowiedziałem się, iż jestem posiadaczem jelita grubego. Muszę przyznać, że ta wiadomość bardzo mnie rozgniewała. Czy to nie jest wulgarne? - Tak, z pewnością... Ale Howard... - Mój miły chłopcze, jakkolwiek moja wiedza we wspomnianej dziedzinie jest nikła, obawiam się, iż stwierdzając, że wylew krwi do mózgu stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo, wykażę się pewnym rozeznaniem. Osobiście nie rozmawiałem z żadnym lekarzem, boję się jednak, że wszelkie cienie optymizmu, jakie usiłują zazwyczaj przenikać do lekarskich objaśnień, byłyby w tym przypadku jedynie czczą pocieszanką. Wiem, jak wiele znaczył dla ciebie Howard Był tobą - albo, mówiąc ściślej, pewną częścią ciebie - wielce zafascynowany. Zawsze bardzo ciepło się o tobie wyrażał, chcąc zapewne, bym nie faworyzował zanadto Aubreya. - Książę kocha Aubreya. - Nie jestem pewien czy dobrze robię pozwalając sobie na tego rodzaju poufałości. - Skoro Książę... - Bardzo przejmuje mnie los Aubreya. Kocham go jak własnego syna. To bardzo zdolny i ambitny młodzieniec. Pilnie się uczy. Chciałem, by studiował prawo, bo pomyślałem sobie, że dzięki temu w przyszłości osiągnąłby wysoki stopień zepsucia, on jednak wyznał mi, że pociągała go zawsze literatura, studiuje więc jej historię. Wiem też, że pisuje wiersze, boję się jednak, że niewiele wyniknie z tych jego twórczych zapałów, jest bowiem na to- przynajmniej wedle mojej oceny - zbyt poetyczny. Ale cóż, niech się przynajmniej pławi w cudzej pisaninie. Chętnie płacę za te jego uniwersyteckie wysiłki. Może wyrośnie z niego jakiś wielki, zasuszony, złośliwy specjalista? A ty? Myślisz sobie, że to konkurencja na tej niskiej płaszczyźnie? - Ja nic nie myślę. - Zazdrościsz mu. Myślisz o nim źle. Cieszysz się, że umarł mu ojciec. - Wcale się nie cieszę. A zresztą. To łajdak. - Doprawdy? - Wcale go Książę nie zna. - Może więc mnie oświecisz? - Teraz owładnęły nim wyrzuty sumienia. Jego ojciec długo chorował, a on nie zrobił nic. Ponoć nawet grosza nie posłał bratu, który pozostał sam mając pod opieką starego i schorowanego człowieka. Drugi jego brat to też niezłe ziółko. Dziwkarz, hazardzista, oszust. No tak, ale Książę takich lubi. - No właśnie. I dlatego ostatnio zwróciłem na ciebie uwagę. - Książę.... - Coż za entuzjazm. Lubię się, mój chłopcze, czasem zabawić. Ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. - Nie? - Niektórzy mają silną wiarę w to, że potrafią sprytnie reżyserować. Uzależniasz się, mój drogi, od ledwie łatwo psującej się żywności, od mięsa. - Nie rozumiem. - Oczywiście, że rozumiesz. Jeśli powiedziałbym ci wprost, o co chodzi, zaprzeczałbyś, bo pewnie tkwi w tobie jakaś resztka godności. Rumienisz się. - Gdyby Książę mógł. - Jestem zmęczony. Wyjdźmy na balkon.----- - Czy ty, Max, troszczysz się o swego ojca? - Nigdy nie znałem swojego ojca. - To miło z jego strony, że postanowił natychmiast zniknąć. Szkoda tylko, że spodobał ci się ktoś, kto postanowił cię istotnie zepsuć. - Dbał o mnie. - Jesteś głupcem. No, ale wracając do Aubreya - wcale nie potępiam go za to, że stracił zainteresowanie dla swych bliskich - a ściślej, dla swojego ojca, bo jego matka, zdaje się, już nie żyje. - Tak, to prawda. Aubrey uważał, że nienawidziła życia. Ale czy to możliwe? - Ależ naturalnie. Całe tabuny kobiet nienawidzą życia. Kiedy zostają matkami, stają się pełnymi oddania świętymi. Nie ma nic gorszego niż paść ofiarą świętych. A ojcowie - mój Boże! To albo są zarobione osły, zupełnie odmężczyźnione i wykluczone z życia, albo bohaterscy frajerzy z silnym poczuciem władzy, działający jednak pod silnym wpływem interesownej przyrody, która zawsze ma ochotę pograć komuś na nosie, mimo że sprawia wrażenie uległej i pozwala nam na to, byśmy wymyślali jej powierzchowność. Trudno dziś stać się człowiekiem. A nawet jeśli komuś się uda, to duch... On już zdechł. Wiele zjawisk miało na to wpływ. Ale można się jeszcze zabawić. Byle z głową. Patrz, jaki mamy teraz widok z balkonu, jakie jest to miasto. - Mogli zatrudnić architekta. Gdyby zminiaturyzować te budowle, okazałoby się, że to kuchenki mikrofalowe, opiekacze... Hm, tak wygląda kolejna wyspa szczęśliwa, do której przydryfowała ludzkość. My zawsze osiągaliśmy takie wyspy, po to by zaraz zamienić je w piekło. Trudno powiedzieć, czy ta nasza karuzela jest jeszcze dla nas, czy my dla niej. Ja w niej jestem zatopiony po uszy. Sprowadzony do roli atrakcji turystycznej. Pozwalają mi udawać, że mam władzę, ale spróbowałbym czegoś nie podpisać - wtedy koniec. Księżna nie miałaby już na polędwiczki z żyrafek patagońskich i drobną ikrę z rybek fifi. Prawdę mówiąc chciałbym być już stary. - Księżna wróciła. - Ona. Jak będzie wyglądała moja starość? W jakim stanie dobrnę do niej (widząc Księżnę na dziedzińcu wrzeszczy na całe gardło) przy tej kurwie francowatej!! (Księżna macha do Księcia i posyła mu całusa). - Czemu Książę się z nią ożenił? - Bo cudownie tańczy mi się z nią walca. Ona jest niezrównana, choć jej apetyty są niestety dinaozaurze. Ale czyż nie jest cudowna? Jest wytworem fantazji najwspanialszych pederastów w całej naszej krainie. Ukończyła też wiele szkół i zna aż jedenaście języków, w których może cytować sławnych pisarzy. To niezwykle przydatne, bo w nawet najbardziej niecodziennych miejscach potrafi zamówić kawę i ciastko. Świat, zupełnie dziś ogłupiały, uważa ją za mądrą. Często się obecnie mówi: ta mądra, ten mądry, mądrość, mądrość, ale niestety, gdy przychodzi co do czego, okazuje się zazwyczaj, że to tylko wykształcenie. Ale cóż. W innych warunkach byłaby może niezłą pracownicą. Muszę jednak coś zrobić, bo zaczyna coraz bardziej się rozzuchwalać i opinia publiczna może stracić w końcu cierpliwość, a wtedy rzeczywiście będą nici z polędwiczek i kosztownych chłopców. - Ach, gdyby mnie tak Książę zmiażdżył. - Chłopcze mój. - Książę tak mówi i mówi.  (Książę przyciąga Maxa do siebie i uważnie obwąchuje jego szyję). - Gdybyś pachniał cytryną. Widzę, że się szybko rozpalasz. Percy czeka na ciebie w gabinecie. - Czy Książę planuje pojechać jutro z Aubreyem na wieś? - Tak ,boję się trochę o niego. - Dlaczego? - Jest w złym stanie. - Czy nie mógłbym... - Mam dla ciebie zajęcie. Percy powie ci, co i jak. Nie patrz tak. Myślisz, że mnie pokonasz? Wracajmy do środka, bo robi się zimno... - Co to znaczy być ciekawym życia? - Co to znaczy? Dziś to już właściwie nic nie znaczy. No, może... Ciekawy jest ten, co rezygnuje ze spełniania obowiązków. Wobec siebie.
16:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 listopada 2007
Jonas Hallgrimsson (w dwusetną rocznicę urodzin)

 Nie wiem czy istnieje taka prawidłowość, zdaje mi się jednak, że w małych narodach, co dumne są wielce, skłonność do sięgania po pióro, by się w poetyckiej formie wypowiedzieć, przejawia się ze szczególną siłą. Islandczycy tworzą właśnie taki malutki naród, którego dorobek w dziedzinie poezji (choć nie tylko) jest imponujący. Na tej dalekiej atlantyckiej wyspie od zawsze roiło się od ludzi poezją zainteresowanych i poezję uprawiających. To prawdziwy fenomen. Na skalę światową. I z pewnością ta pasja sprawiła, że język islandzki nieprawdopodobnie się rozwinął - jego bogactwo i możliwości stylistyczne są czymś absolutnie fantastycznym. ---- Naturalnie trudno byłoby powiedzieć, że cały literacki dorobek Islandii to rzeczy wielkie i wspaniałe, ale dla mieszkańców tej olśniewającej wyspy takie oświadczenie brzmiałoby jak jakaś okropna herezja, są oni bowiem niesłychanie dumni ze swych ludzi pióra. ---------- Jednym z takich wielkich twórców i narodowych bohaterów jest Jónas Hallgrímsson, poeta nienajświetniejszy, bardzo jednak dla kultury Islandii zasłużony.-------- Jónas przyszedł na świat na dworze Hraun w pełnej czaru dolinie Öxnadalur, w północnej części kraju, 16 listopada 1807 roku, a zatem dziś mija dokładnie dwieście lat od tamtego zdarzenia i pomyślałem sobie, że z tej okazji napiszę kilka słów o tym interesującym człowieku.------- Pierwszym ważnym punktem w życiu przyszłego pisarza i uczonego była Szkoła Łacińska w Bessastaðir, miejsce okropne, ubogie, w którym uczył się łaciny i greki oraz zdobywał wiadomości z zakresu teologii i gdzie poznał przyjaciół, niezwykle ważnych w jego późniejszym życiu.---- Trudne warunki finansowe omal nie pokrzyżowały życiowych planów Jónasa, który po ukończeniu szkoły w Bessastaðir utknął na pewien czas w pobliskim Reykjaviku, będącym wówczas ponurą dziurą w niczym nie przypominającą dzisiejszego malowniczego i czarującego miasta. Szczęsliwie udało mu się jednak opuścić Islandię, by kontynuować naukę w Kopenhadze, gdzie studiował w latach 1832 - 37 prawo, nauki przyrodnicze i literaturę. Już po ukończeniu studiów Jónas, w latach 1837 i 1839 - 42, odbył na zlecenie duńskiego rządu kilka podróży badawczych po Islandii, a w 1843 osiadł na stałe w Kopenhadze. Jónasowi nie dane było żyć długo, zdążył odegrać jednak niesłychanie istotną rolę jako przywódca grupy Fjölnismenn, islandzkich romantyków skupionych wokół wydawanego w duńskiej stolicy rocznika "Fjölnir", wśród których znaleźli się jego przyjaciele z islandzkich czasów: niedokończony teolog Tómas Sæmundsson (1807 - 41), filolog i językoznawca Konráð Gíslason (1808 - 91) i prawnik Brynjólfur Pétursson (1810 - 51). Programem wspomnianego pisma była popularyzacja współczesnej wiedzy i literatury, "z naciskiem na użyteczność, piękno, prawdę i moralność", popularyzacja w języku islandzkim oczyszczonym z naleciałości duńskich, po to, by przełamać wreszcie sześćset lat bezczynności, o której napisał w swym programowym wierszu "Islandia" Jónas Hallgrimsson.--- Powstanie grupy pod przewodnictwem Jónasa było zdarzeniem przełomowym dla kultury islandzkiej i trudno byłoby przecenić jej zasługi odnowicielskie, chociaż jej działalność i przywódcza rola w ruchu odrodzenia narodowego nie trwała zbyt długo, do czego przyczyniły się niepowodzenia finansowe tworzonego przezeń czasopisma i wczesna śmierć większości jej członków. (Jej następcą stał się znakomity działacz, organizator, filolog i protektor artystów Jón Sigurðsson (1811 - 79), efektywnie działający realista, czasem stojący w opozycji do programu romantyków). --------- Jónas Hallgrimsson własną twórczość zamieszczał głównie w piśmie "Fjölnir". Jego wiersze, pełne uroku, zawierają czarowne, bezpretensjonalne obrazy przyrody islandzkiej, w której pisarz był rozkochany , często z wydźwiękiem patriotycznym - m. in. cykle "Dalvísur (Piesni dolin), "Sláttuvísur" (Pieśni sianokosów). Obok wierszy tworzył też Jónas szkice satyryczne oraz imitacje bajek zwłaszcza Hansa Christiana Andersena i braci Grimm, napisał idylliczne opowiadanie "Grasaferð" (Zbieranie mchu), które to utwory dały początek wspólczesnej prozie islandzkiej i wpłynęły na wielu późniejszych autorów. Jónas zapoczątkował też islandzką krytykę literacką  głośną i bezlitosną recenzją, której celem stał się w 1837 r. Sigurður Breiðfjörð i jego "Rímur af Tristani og Indiönu" (Rimy o Tristanie i Indiance), a także odwrót od mechanicznego posługiwania się w poezji formą "ríma". Do legendy też przeszedł ekscentryczny styl rozmów i korespondencji pomiędzy członkami grupy, której Jónas przewodził (świetnym przykładem jest tu groteskowy opis wizyty królowej Wiktorii u króla francuskiego Ludwika Filipa "Gamanbréf til kunningja") i wpłynął na ukształtowanie się w prozie islandzkiej tradycji burleski. ---Tę bogatą i ciekawą działalność Jónasa Hallgrimssona przerwała przedwczesna śmierć. Spowodował ją nieszczęśliwy wypadek, w którym dość istotną rolę odegrała wódeczka, od której pisarz chyba nie stronił. Pewnego wieczoru, wracając do domu, upadł na schodach i to tak niefortunnie, że złamał nogę. Niestety uszkodzenie ciała nie było takie niewinne - po jakimś czasie w nogę wdała się gangrena i 26 maja 1845 roku Jónas Hallgrímsson zamknął oczy na zawsze.

"Iceland"

Jónas Hallgrímsson

"ICELAND"

Iceland, fortunate isle! Our beautiful, bountiful mother!

Where are your fortune and fame, freedom and virtue of old?

All things on earth are transient: the days of your greatness and glory

flicker like flames in the night, for in the depths of the past.

Comely and fair was the country, crested with snow - covered glaciers

azure and empty the sky, ocean resplendently bright.

Here came our famous forebears, the freedom - worshipping heroes,

over the sea from the east, eager to settle the land.

Raising their families on farms in the flowering laps of the valleys

hearty and happy they lived, hugely content with their lot.

Up on the outcrops of lava where Axe River plummets forever

into the Almanna Gore, Althing convened every year.

There lay Thorgeir, thoughtfully charting our change of religion.

There strode Gissur and Geir, Gunnar and Hedinn and Njall.

Heroes rode through the regions, and under the crags on the coastline

floated their fabulous ships, ferrying wealth from abroad.

O it's bitter to stand here stalled and penned in the present!

Men full of sloth and asleep simply drop out of the race!

How have we treated our treasure during these six hundred summers?

How we trod promising paths, progress and virtue our goal?

Comely and fair is the country, crested with snow - covered glaciers,

azure and empty the sky, ocean resplendently bright.

Ah! but up on the lava where Axe River plummets forever

into the Almanna Gore, Althing is vanished and gone.

Snorri's old site is a sheep - pen; the Law Rock is hidden in heather,

blue with berries that make boys - and the ravens - a feast.

Oh you children of Iceland, old and young men together!

See how your forefathers' fame faltered - and passed from the earth!

1835

 translated by Dick Ringler

niedziela, 11 listopada 2007
Józef Prutkowski

 MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ

Gdy przyjdzie czas katastrofalny,

Gdy śmierć do mnie zadzwoni,

W łeb sobie nie palnę,

Nie mam broni.

 

Nie powieszę się o zmierzchu

(O świcie też nie),

Bo z językiem na wierzchu

Człowiek wygląda śmiesznie.

 

Nie otruję się gazem,

Bo rzekłaby pewna persona,

Śmieszny dygnitarz - błazen:

"Pod gazem żył i skonał".

 

Nie przetnę żył, bowiem gdy krew

Tryśnie na dywan jak rzeka,

To jest naprawdę przykre

I krew zalewa człowieka.

 

Wystarczy, że ciebie, kochanie,

Przestanę kochać. Od razu

Bez bólu, bez kuli, bez gazu

Serce mi bić przestanie.

13:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 listopada 2007
"To i to, ta i ta..."

 Tik - tak. Osobliwy wynalazek pospiesznych ludzi. Nie dość nam sygnałów mijającego czasu, nie dość znaków, tych w corocznym rozkwitaniu, pęcznieniu owoców i jesiennym obumieraniu, w wędrowaniu słońca i księżyca. Potrzeba było jeszcze czegoś. Jakiś duch pełen zachłanności i niepokoju wdarł się w człowieka, chętny do tego, by wszystkiemu nadawać cenę. Czas, drogocenny czas, którego ronić, marnować nie wypada, czas wpleciony w wymyślny mechanizm zegara, czas upływający w stukaniu, biciu i dzwonieniu, w ruchu okrężnym wskazówek, w ruchu znikąd donikąd, pośród liczb, aby móc go w pełni, jak najdokładniej i najproduktywniej wypełnić. Odtąd dotąd. I nikogo nie oszukasz. U ciebie i u innych wybijają te same godziny. To masz na wtedy a wtedy. To na teraz. A tamto zaznacz sobie w kalendarzu. Wraz z obracającymi się wskazówkami dobrniemy wszyscy do tego a tego dnia, do tej a tej godziny. Toniemy w terminach. Liczymy jak opętani. Późno, za późno może być o każdej porze. I nazbyt wiele owych późno i za późno mąci nam życie. Godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata. Wszystko czujnie odliczane. (Co? Jeszcze tu jesteś?) I musimy koniecznie być przygotowani na podanie swego wieku, co niekiedy potrafi być kłopotliwe, choć czasem przyjemne. Miło, gdy ktoś, usłyszawszy, ile to już wiosen się po nas przejechało, mówi nam, że wcale tego po nas nie widać; przykro, jeśli ktoś uważa, iż coś nam już nie przystoi lub wmawia, że budzimy się nie w porę... Szkoda, trochę szkoda, że nie stać nas już na to, by z większą obojętnością pozostawić czas i życie samym sobie i mrokom, i by oddalić od siebie mierzącą i liczącą ekonomię. Próżno dziś wołać - straćmy rachubę! - Sam nie zajmuję się przesadnym liczeniem; mogę być młody, mogę być stary, mało mnie obchodzą nazwy dni, wszystkie one są bowiem dla mnie powszednie, a przynajmniej staram się, aby takimi były, niekiedy jednak, tak kątem oka, dostrzegam to wszystko, na czym całe podenerwowane rzesze, w trosce o odpowiednią opinię przechwalające się często brakiem czasu (cóż, kto płaci, ten mówi czym się przechwalać mamy - ważne w każdym razie, by każdy w tym, co mówi i robi miał pełne poczucie wolności - jeśli ten warunek jest spełniony, z ludźmi można zrobić wszystko) skupiają swoją uwagę. ----------------- Uff, ciężko było mi wczoraj się podnieść po dość wyczerpującej nocy. Psy, jakby wiedziały, że ich żywiciel potrzebuje trochę więcej czasu na powrót do rzeczywistości, grzecznie wstrzymały się nieco ze swymi potrzebami. Podarowały mi całą godzinę. -----Kręciłem się po domu trochę rozbity. Zdecydowanie nie powinienem był pić wina w nadmiernych ilościach, bo na drugi dzień zawsze muszę to odchorować. Zaczęła mnie denerwować jego przedłużająca się obecność pod moim dachem. Było już przeszło kwadrans po dziewiątej. Budziłem go wcześniej dwa razy, ale tylko coś wymrukiwał i znów zapadał w sen. ---- - Wypad!!!! -- Uniósł się półprzytomny. Moje psy przybiegły z hałasem. Z pewną rezerwą przywitały gościa. Odzyskał pełną świadomość, kiedy mu zakomunikowałem, która jest godzina. Wystrzelił z łóżka jak oparzony. Miał wielkie pretensje do mnie, że nie zbudziłem go wcześniej. - Ależ robiłem to, bezskutecznie. Cóż mnie jednak obchodziły jego zobowiązania. --------Człowiek jest dość śmieszny, gdy stoi przy oknie z gołym zadkiem, drapie się z zakłopotaniem po głowie i opowiada przez telefon przejmującą historyjkę mającą usprawiedliwić spóźnienie. ----Pognał na chwilę do łazienki. Wizyta w niej niewiele mu pomogła. ---- Stałem w drzwiach sypialni i pijąc kawę obserwowałem, jak się ubiera. - Co? - Nic, nic. -- Łydki. Niezłe. Choć może troszkę za bardzo pękate. Gęsto pokryte niezbyt ciemnymi włoskami. To jest właśnie to, co powoduje, że kompletnie głupieję. Nie ma na to siły. --- Tak to jest, gdy człowiek gdzieś zbyt długo zabałagani, szczególnie w środku ruchliwego, zniecierpliwionego tygodnia. Pomyślałem, że z pewnością będzie rozbity i nie będzie czuł się komfortowo w nieświeżej odzieży. --- Mijając mnie w drzwiach chciał uczynić jakiś gest, ale złapałem go za przegub, bo nie ciekawiły mnie jego zamiary. - Może kawy? -- Upił nieco z mojego kubka, na którym widniał chiński smok, pstrokaty i całkiem niegroźny, chociaż bardzo szczerzył zęby i wybałuszał wielkie oczy. --Trafiony - zatopiony. -- - Może jednak coś zjesz? Na stole jest śniadanie. -Nie, nie - odparł wsuwając stopę do buta. -Bardzo jesteś spóźniony? - Będę, trochę. Muszę jeszcze wpaść do domu po parę papierów. Łeb mi w końcu utną. ---No cóż, każy ma takie otoczenie, na jakie sobie zasłużył. - Będziesz dziś...? - Nie, nie będę. Wieczorem jestem zajęty. - Ach, to nic. Zdzwonimy się. -- Z wyraźną ulgą zamknąłem drzwi. Trochę za mocna kawa jakoś nieciekawie na mnie podziałała. Zrobiło mi się zimno.------- Stare lustro, pociemniałe, łagodzące rysy. Zobaczyłem chłopczykowatego faceta. Kilka głupich min. Trzeba oskrobać twarz. Boże drogi, to takie jekieś jaskiniowe... Jeszcze zeszczuplałem. Mieszczę się w stare portki, których jeszcze nie tak dawno temu nie mogłem dopiąć.--- Jak tam jest? tam, po drugiej stronie?-- Patrzyliśmy sobie w oczy. Nasze źrenice były rozszerzone. Wyciągnąłem rękę z wyprostowanym palcem wskazującym. On zrobił to samo. Zbliżyliśmy się do siebie. Nasze palce się zetknęły. Chociaż... Wystarczyło spojrzeć pod pewnym kątem, by się przekonać, że dzieliła nas cienka błona, której nie da się przeniknąć. Każda próba przedarcia się w tamtą przestrzeń musi skończyć się katastrofą. --Lustro. Pociemniałe. Ileż twarzy, których już nie ma, w nim się przeglądało.-- Ustawiłem skrzydła staroświeckiego lustra tak, żeby ujrzeć nieskończone korytarze. -- Czy tam w oddali mozna dostrzec tego małego chłopca z czasów, gdy świat był jeszcze baśnią usposabiającą marzycielsko, gdy wszystko było wielkie, tajemnicze i obiecujące. -- Nie, nikogo nie zobaczyłem. W korytarzach, w tym po lewej i tym po prawej stronie, panowały cisza i pustka. Gdyby tam był i spojrzał w moją stronę... --------------Rzuciłem się na łóżko. Leżąc na wznak, patrzyłem w sufit. Drażniące zapachy. Psy też się wgramoliły. Ze swoimi brudnymi łapskami. Ale... I tak zaplanowałem drobne pranie. Niedźwiedź sobie usiadł i zaczął dłubać łapą w uchu. - Cholera jasna, znowu! Pokaż ucho! --Natychmiast uciekł. ---Niedźwiedź to pies sprawiający sporo kłopotów. jest bardzo chorowitym stworzeniem. Przynajmniej raz w roku musi mieć zapalenie ucha, a to urozmaicane jest jeszcze innymi dolegliwościami. Kiedys straszliwie rozchorował się na nerki. Już mi się wydawało, że padnie. Strasznie cierpiał. Ale szczęśliwie udało się go wyleczyć. Weterynarz jednak ostrzegał mnie, że takie rzeczy będą się zdarzać i ich przebieg będzie z czasem coraz ostrzejszy. Dodał wszak, że naturalnie nie można wykluczyć, iż przebyta choroba miała charakter incydentalny. Od tamtej pory nerki wydają się funkcjonować prawidłowo, tak więc mam nadzieję, że nie będzie już więcej podobnych przygód. -- Ucho trzeba jednak sprawdzić.--------------------- Zadzwoniłem do mamy. Zawsze się denerwuję, kiedy wybieram jej numer. I jednocześnie nie mogę odpędzić od siebie zwykłego znużenia. Odebrała. Wybierała się właśnie do lekarza. Była podenerwowana i utyskiwała na bajzel panujący w służbie zdrowia. Mówiła to takim tonem, jak bym to ja był odpowiedzialny za ten stan rzeczy. Ale wolę, kiedy jest taka hałaśliwie podrażniona. To mnie uspokaja. - A u ciebie co słychać? -- U mnie? Nie powiedziałem jej oczywiście, że tkwię w nastrojach samobójczych - dla rodziny i znajomych wszystko jest u mnie w porządku. --------- Prysznic. Musiałem wreszcie wziąć prysznic, żeby zapachnieć mydłem. Gorąca woda dobrze na mnie podziałała ---------------- Na kuchennym oknie siedział gołąb. Nie pozwolił się wypłoszyć z parapetu. ---- Uwolniony od ostrych aromatów, zabrałem się za przeglądanie poczty, którą wcześniej rzuciłem na lodówkę. Jakaś bzdura z banku, kilka ulotek, dwa listy, zbyt obszerne, by poświęcać na nie przedpołudnie, widokówka. Bergen. Byen med paraplyen. Letni obrazek z Fløyen. E. mnie pozdrawia. Tak go naszło. Klepie tam jakiś interesik. Towarzyszy mu jego dama, która zdobi się srebrem i czernią i spędza dużo czasu nad wodą, a ponieważ jest poganką, spotyka tam mnóstwo dziwnych istot, tak że w takich okolicznościach, by przeżyć, człowiek wieczorami nie może być trzeźwy. Ona też mnie pozdrawia, chociaż jeszcze mnie nie zna. Jest wspaniała, mimo wszystko, i można by nią palić w kominku. -- No pięknie. Odgraża się, że w grudniu będzie w Polsce. ---- Coś go ta poganka przytrzymała na dłużej. Aż jestem ciekaw, co to za sztuka. Ale jestem pewien, że znów go gdzieś poniesie. Wszak - jak napisał wesoły Fin Martti Larni - mężczyzna to taka wesoło biegnąca skarpeta, która przeżywa ostatni dzień na stopie. Raj mężczyzny znajduje się zawsze przed nim, a piekło poznaje dopiero wówczas, gdy nie może już skakać w bok. ----------------- Próbowałem się skupić na drobnej robótce. Ach, nie, trzeba jeszcze przejrzeć kilka tekstów i trochę się doinformować, by nieco poudawać później wiedzę. To jednak nic pilnego. Szczęśliwie. Wczorajszy przedpołudniowy szum w głowie skutecznie mnie zniechęcił do rzeczy wymagającej wiecznego pióra i zielonego atramentu.----------------------- Usłyszałem awanturę. Aż pobiegłem otworzyć okno. Pod domem jest niewielka uliczka. Przejazd przez nią jest często utrudniony za sprawą niedbale zaparkowanych samochodów. Kiedy wyjrzałem na zewnątrz, zobaczyłem dwa stojące naprzeciw siebie auta. Kierowcy nie mogli się wyminąć i powstał problem - jak się okazało niemal nierozwiązywalny. Kto ma ustąpić?? Żaden nie chciał. Jeden ważniejszy od drugiego. Panowie wyskoczyli ze swych umiłowanych pojazdów. Mężczyźni. Orły? Koguciki? Nie, dziś często to już ledwie kuropatwy o poszarpanych nerwach. Tyle im zostało. Żałosny obrazek. Czekałem kiedy zaczną płakać, piszczeć i ciągnąć się za włosy. Licho wie, jak długo trwałyby te ptasie demonstracje ważności, gdyby nie duża pomarańczowa śmieciara, która nadjechała z prawej strony. Zabuczała złowrogo, ale gdy to nie pomogło, z szoferki wysiadł dość spory misio. Wściekły zawołał gromkim głosem: "Co jest, kurrrwa, pojeby pierdolone!!! Już mi stąd!!" Pomogło. Nie było wyjścia. jeden musiał się wycofać i przepuścić śmieciarkę, a przed nią rozhisteryzowaną kuropatwę stroszącą się wewnatrz swej blaszanej zabawki, być może jedynej rzeczy, która czyni jej życie sensownym. ------ Telefon. - Nie zostawiłem przypadkiem u ciebie zegarka? - A tak, istotnie. Jest u mnie ten kosztowny drobiazg. -To dobrze. Wpadnę później. -Byle przed dziewiętnastą, bo potem mnie nie ma. - Dobra, dobra. A może zjedlibyśmy coś po południu na mieście? - No, może to jest jakiś pomysł. Miałeś kłopoty? -Nie, w sumie nie. Ale dzień jest do dupy. ------ No tak, tak. Wszystkie dni są do dupy. Są do dupy i coraz bardziej dziwaczne. Co mnie tu trzyma? Nie mogę uwolnić się od poczucia, że żyję w jakiejs pozyczonej przestrzeni, pożyczonym czasem. Wszystko staje się coraz bardziej obce, nie moje. Wyślizguję się pomału. Z jednej strony mnie to ciekawi, ale napawa też niepokojem. Czuję zimno. Co to się porobiło? Tik - tak. Coraz bliżej, coraz bliżej...

"Daj mi, Panie, rozpoznanie, czy ja z dobrych, czy ze złych?

 Czy to Twoje jest rozdanie, czy mam karty w rękach swych?

 To i to, ta i ta..."*

 

*Z piosenki A. Osieckiej "Deus ex machina".

14:40, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 listopada 2007
W sumie nic takiego (E-6)
 Czy to tam była zapowiedź końca? Co sprawiło, że ta zupełnie zwyczajna chwila, maleńka przerwa w podróży, obudziła mój niepokój? Za sprawą czego utkwił mi w pamięci każdy, najdrobniejszy nawet szczegół? Co wtedy przeżyłem? Dlaczego, siadając znów za kierownicą, wiedziałem już, że ten moment, ta odrobina czasu, na zawsze się do mnie przyklei, że ona właśnie będzie tą chwilą, do której powroty w pamięci wywoływać będą najgłębsze wzruszenie. -- Dziwna, ejdetyczna pamięć. W niektórych przypadkach. -- Nigdy nie robiłem postanowień podobnych do tego, jakie podjął w dzieciństwie Jostein Gaarder, który razu pewnego, zobaczywszy najzwyczajniejszą w świecie rzecz, a mianowicie kobietę schodzącą ze wzgórza, zdecydował, że nigdy tej zwykłej chwili nie zapomni, że przez całe życie będzie nosić w sobie ten drobiazg ze wszelkimi detalami, niemniej sporo takich błahostek trwa w mej pamięci, trwa i lśni, jakby czas, skoro sam o to nie zadbałem i nie wymówiłem zaklęcia, podjął na własną rękę próbę powstrzymania swego biegu, za sprawą czego każdy powrót myśli do jednej z tych chwil, stanowi przeżycie niewiele albo nawet wcale nie odbiegające od tego, jakie miało miejsce w tamtym minionym teraz. Zastanawia mnie, dlaczego w tej mozaice zdarzeń, przeżyć, doznań, jaką jest życie, najwyrazistsze, w pełni niezatarte są momenty, o których bez wyjątku mogę powiedzieć, że niczym specjalnym się nie wyróżniają, w przeciwieństwie do tych, jakie ludzie często uznają za ważne, przełomowe, coś tam w życiowym schemacie zamykające, otwierające - bo ja wiem - ot - pierwsze bycze podniety, wskoczenie na wyższą grzędę, przyjęcie tytuliku czy jakieś tam zawracanie głowy w postaci matury i tym podobne śmiesznostki, które dla mnie toną w gęstniejących oparach odsłaniających czasem ten czy inny szczegół wywołujący jedynie półuśmiechy bądź zgoła wzruszenie ramion. (No, chociaż matura, poprzez pewien nonsensowny drobiazg, sprawia, że półuśmiech przechodzi w śmiech. W tamten majowy dzień sprzed lat wywołałem niemal święte oburzenie, a wszystko za sprawą swojego wyglądu. -- Przed tą osobliwą klasówką pełną dziecinnej powagi było trochę wolnego i postanowiłem ten czas, bardzo wówczas miły i pogodny, wykorzystać na odpoczynek, co zresztą w niektórych wywołało zdumienie [prawdopodobnie powinienem był wtedy, miast myśleć o górach i góralach, popadać w stany emocjonalne porównywalne z tymi, jakie miewają ludzie podczas nalotu bombowego, jeśli nie podobne do przeżyć, z jakimi zmierzyć się musi żaba mająca pokonać autostradę]. I jak postanowiłem, tak zrobiłem. A potem powróciłem z czarującą opalenizną prosto z Tatr, i na dodatek, w przciwieństwie do swoich kolegów, nie przebrałem się jak do trumny. I okazało się, że te niewinne rzeczy były czymś wręcz obraźliwym. Czysta bezczelność. Nauczyciele i nauczycieleczki - Boże drogi, o co ci nieszczęśni ludzie gotowi mnie byli zawsze posądzać - uznali, że mój stosunek do tej doniosłej chwili był nazbyt lekceważący, co, tu trzeba przyznać im rację, miało wiele wspólnego z rzeczywistością [do dziś wszystko to, co ludzie gremialnie uznają za doniosłe, niesłychanie mnie bawi {takie rzeczy mógłbym traktować serio, gdyby wszyscy uznawali je za błahostkę}]. Nie powinienem był być powiewny i rażący śnieżną bielą swego stroju. Nie powinienem był być bez skarpet. Nie powinienem był być opalony i jeszcze na dodatek bez krawata (w końcu klient w krawacie jest mniej awanturujący się), który jest tą częścią garderoby, jakiej programowo nie zakładam, bo mogę ostatecznie popadać w stany wisielcze, ale nie ma powodów, żeby aż tak dobitnie je sygnalizować. A poza tym ludzie z pętlami na szyi nigdy nie budzili we mnie przesadnego zaufania. Takie to jednak było istotne, że aż doszło do zupełnie niepotrzebnej pyskówki (cała zresztą szkoła średnia stanowiła dla mnie jedną wielką pyskówkę, więc to, że się nią kończyła, wcale mnie nie zdziwiło). Ale wszystko poszło, jak trzeba - jakaś praca o książkach, do których nigdy nie zajrzałem, matematyka, którą zajęli się studenci z politechniki plus kilka odpowiedzi na pytania, jakich przyzwoity człowiek nie zadaje swojemu bliźniemu. I uznano mnie za dojrzałego, co mi poświadczono na łatwopalnym materiale. Demony jednak nigdy nie dojrzewają - na swoje wielkie szczęście i zarazem nieszczęście). No, ale dość o bzdurach. Te prawdziwie doniosłe momenty nigdy nie wiązały się dla mnie z jakimiś zadaniami - wręcz przeciwnie - ich miejsce było zawsze w międzyczasie. Najważniejsze chwile w życiu, najczęściej związane z podróżami. --Udało mi się dotychczas zwiedzić dość spory kawałek świata. Różne były to drogi - jedne miały swój cel, inne, i te uznaję za najcenniejsze, były całkowicie bezcelowym "przed siebie". (Generalnie wolę bezcelowość, bo ona czyni życie mniej absurdalnym). Owe najwyraźniejsze, najdokładniej zapisane przeżycia nie są jednak związane ze wspaniałościami zewnętrznego świata, a jeśli, to w niewielkim stopniu. --- Podróże wprawdzie zostawiają w człowieku liczne ślady, podczas nich poznaje się mnóstwo ludzi, co z jednej strony jest przyjemne, czego jednak bym nie przeceniał, szczególnie wtedy, gdy idzie o te obszary, gdzie dotarła Ameryka i zdołała się zadomowić, ogląda miejsca uznane powszechnie za ciekawe oraz te, których nikt za ciekawe nie zechciał uznać, co sprawia, że są niezwykle interesujące, ale po pewnym czasie jakieś tam adresy w notesie stają się pozbawionymi wagi zapiskami, a reszta, skazana na pocztówkową wyrywkowość, plącze się w pamięci uzupełnianej garścią fotografii w albumie, którymi jakże często zanudza się znajomych (brrr, a nie daj Boże, gdy ktoś chce pokazać swym gościom film z wakacji - obejrzałem w życiu kilka takich ruchomych obrazków i za każdym razem moje przeżycia były wstrząsające, bo nigdy nie widziałem równie przerażających dowodów pustki człowieczego żywota). I w tej całej, coraz bardziej wymieszanej układance, błyszczą zapisane drobiazgowo obrazy - ale żadne tam Chińskie Mury, Bajkały czy mongolskie stepy, tylko skromne, wyciszone okruszki, skrawki czasu, pozbawione zdarzeń, związane często z niepozornymi miejscami: a to papieros wypalony na hotelowym balkonie przy Holbergsplass w Oslo w pewien fiołkowy wieczór, pewne spokojne popołudnie na nabrzeżu portowym w Steinkjer (zadziwiające, że właśnie tamten port, a właściwie porcik, jest jedynym na świecie tego typu obiektem, który nigdy nie wzbudzał we mnie lęku) czy coś, do czego wracam w myślach z wyjątkową czułością i tęsknotą - malutki pokoik, jaki wynajmowałem kiedyś w Reykjaviku, pudełeczko z oknem wychodzącym na ślepą, szarą ścianę (z wielką przyjemnością posiedziałbym teraz przy biurku w tamtym pomieszczeniu i zerkał na ową bardzo przyjacielsko usposobioną ścianę, która jakoś sprzyjała potrzebnemu mi wówczas skupieniu.... tylko... ech, gdybym mógł być znów tamtym człowiekiem czy raczej tamtym czymś na kształt człowieka, bo do bycia człowiekiem zawsze mi dużo brakowało) albo pewien, z jakichś bliżej nieokreślonych powodów wyróżniający się dzień nad Stawem Smreczyńskim (nawiasem mówiąc Staw Smreczyński to jeden z moich najukochańszych zakątków na tej zdumiewającej planecie). Ale wszystko to przebija noc z nieco późniejszych czasów.--- Wczesna jesień. W Norwegii. Wracaliśmy z przyjacielem z dość rozwlekłych wakacji. Spóźnieni, gnaliśmy na południe, do czekających nas rozmaitych spraw. Mieliśmy przed sobą szmat drogi. Prowadziliśmy na zmianę z zamiarem jak najszybszego dotarcia do Ystad. Czas naglił, tak że robiliśmy sobie tylko niewielkie przerwy w podróży. Jedna z nich wypadła gdzieś w okolicy Oppdal. Zjechałem na przydrożny, niewielki parking, by odpędzić ogarniającą mnie powoli senność. Musiałem się trochę przejść, by rozprostować kości. Na zewnątrz panował przenikliwy ziąb. Mżyło. Wokół królowała cisza zakłócana jedynie szumem Drivy. Idealny, kojący spokój. Tyle. Tylko tyle. I, jak się okazało, aż tyle. Dwa snopy mdłych świateł postojowych. Szept rzeki. Powietrze gęste od lodowatej wilgoci. Mała wysepka, skrawek pokrytej chrzęszczącym żwirem ziemi otulony ciemnością. Tablica z informacjami dla turystów. I droga E-6. Z mroku w mrok. Zupełnie wymarła. Jedyny, oprócz mnie, żywy duch kimał w samochodzie z nitką śliny wysupłaną z kącika uchylonych ust.--- Nie mam pojęcia, dlaczego nie mogę uwolnić się akurat od tego obrazu, od jednego z setek innych postojów. Odbywam w myślach ten niewielki nocny spacer niemal każdego dnia. Nagle w moje myśli wkrada się tamta noc spod Oppdal. Albo gdy układam sie do snu, albo gdy jadę gdzieś tramwajem, idę ulicą. W każdej chwili może się to stać. I za każdym razem muszę uciskać palcami kąciki oczu, żeby zapanować nad łzami. Usiłuję dociec, o co chodzi? O szczęście? Wychodziłoby na to, że coś wyjątkowego, najwznioślejszego i być może jedynego w życiu nie musi się wiązać z jakimiś fantastycznymi zdarzeniami. Mam wrażenie, jakbym wówczas otrzymał odpowiedź na jakieś ważne pytanie, jakbym odkrył jakąś tajemnicę, czego jednak w żaden sposób nie można opowiedzieć. Coś mi wyszeptała rzeka, coś dała mi cisza, coś zobaczyłem w przemokniętym mroku. Dziwny, jedyny w swoim rodzaju spacer - aż dreszcze przechodzą po plecach. --- Jadąc dalej nabierałem złych przeczuć. Bałem się wtedy, że zdarzy nam się wypadek. Ale spokojnie dotarliśmy do Szwecji i niemal w ostatniej chwili zdążyliśmy na prom. Nic się nie stało. --- Mimo wszystko uznaję tamtą chwilę za pewnego rodzaju granicę. Tam się skończyły pozłacane lata. Przy drodze. W zimnej mżawce. Zostało jeszcze tylko trochę czasu, tak jak po zachodzie zostaje jeszcze przez chwilę nieco dziennego światła. Żeby jeszcze mogły dośmiać się śmiechy. Żeby dopić resztkę wina. Żeby jeszcze raz powiedzieć i usłyszeć coś tkliwego.
15:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (10) »