BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 27 listopada 2012
Aleksis Kivi, czyli fińska dusza

 No to sobie wdepnąłem... W przestrzeń internetową, do której zerkam z przerwami... Tak, mówią, że internet to taki ściek, bo tyle chamstwa, wulgarności. Muszę to przyjmować na wiarę, bo po prostu nie trafiam na strony paskudne, jako że i wulgarności, i chamowatości nie poszukuję - trzymam się od takich rzeczy jak najdalej, sam nie mając też potrzeby do klawiaturowych wyładowań... Ja się nie gniewam. Mam już jakieś tam zdanie o świecie - nie jest ono jakoś specjalnie pochlebne, ale też i nie wpędzające w czarną rozpacz czy wściekłość. Polityki mnie nie podniecają, ani żadne lunatyczne spacery pod groźnie brzmiącymi hasłami, bo też, mimo wszystko, życie jest gdzieś indziej, tak więc nie dołożę do tej przestrzeni żadnego chamstwa.

 Życie się coraz bardziej opatula w noc. Bo to już taka pora, że świat w ogóle, przynajmniej na naszej szerokości, odrzucił trochę kolorów, tak się porozbierał, pochował ozdoby, zatem wcześnie nadciągająca noc ma sporo sensu - chowają się w cieniu gołe drzewa, poszarzałe trawniki, błotniste ścieżki, zapalają się natomiast latarnie i kolorowe neony, i naturalnie okna w zasiedlonych przez ludzi dziuplach. I jakoś przyjemniej się jesienno - zimową porą gnieździć wieczorami, w swej osobności, we własnych przytulnościach. A jeszcze gdy przyplącze się coś, co opowiada o rzeczach, których za oknem nie widać, które się człowiekowi nigdy nie przydarzą...

 Wiele rzeczy się z czasem odrzuca. Niegdyś zachwycające i porywające mądrości bledną, nasze dawne oczarowania i olśnienia niekiedy dziwią... Wiele spraw z przeszłości powoduje ledwie wzruszenie ramionami... Ale są też i rzeczy, które przylegają, do których wraca się z niesłabnącą radością. Sam jeszcze zapewne nie raz zajrzę do Izaka z "Błogosławieństwa ziemi", bez wątpienia też wybiorę się na czarodziejską górę do sanatorium śmierci z własną marzycielską tęsknotą to zuchwałego usadowienia się poza czasem, zajrzę też w strindbergowską wściekłość i może też razem z Atanazym zakokainuję niedźwiedzicę... No i też zawsze powracał będę do olbrzymów, smoków, bogów i herosów z pieśni prastarej Eddy, do baśniowych mądrości, do prostych ludzkich spraw fantazyjnie przebranych... Smoki, leśne zjawy, ukryte gdzieś w głuszy skarby, dziewczęta niewierne pokutujące wiekami na samotnych skałach, rycerscy chłopcy, i jeszcze wilki, i niedźwiedzie, rysie... Jakże to się nie nudzi.

 Niech więc będzie dziś coś z wilkami i niedźwiedziami. Z Finlandii... Dzieło wielkiego klasyka, "Siedmiu braci" Aleksisa Kivi.

 Literatura fińska jest młoda. W języku fińskim pisze się od niedawna, bo też i Finlandia przez całe wieki była opanowana przez obcych. Językiem urzędowym i warstw oświeconych był szwedzki, i chociaż już w szesnastym wieku powstał pierwszy elemantarz fiński, autorstwa Mikaela Agricoli, to jednak dopiero w dobie romantyzmu język fiński utorował sobie drogę do szkół i literatury - sprzyjały temu nowe warunki polityczne, ponieważ po oderwaniu Finlandii od Szwecji, nowi jej władcy, Rosjanie, początkowo wspierali usamodzielnienie się kulturalne tego kraju. W połowie dziewiętnastego wieku fiński wszedł do gimnazjów i na uniwersytet. I zaczęto w tej ludowej do niedawna mowie na dobre wydawać książki.

 Czołowym twórcą tamtego początkowego okresu stał się Alexis Stenvall (1834 - 1872), który, by podkreślić swoją fińskość, przemianował się na Aleksisa Kivi, obdarowując się przy okazji tego nowego nazwiska dobrą wróżbą, bo "kivi" to kamień, a więc coś trwałego, coś zdolnego przetrwać wieki... I wróżba się spełniła, choć Kivi zapłacił wysoką cenę za swoją wielką pracowitość i przeogromną fantazję, bo po prostu w którymś momencie zwariował, a zanim to się stało, wiódł dość skromne życie, bo zajmowanie się pisarstwem po fińsku nie było czymś dochodowym, tak więc na końcu swojej drogi żył dzięki gminnej zapomodze. Nie sposób pominąć tego autora, o którym można by mówić i mówić... Ale że to blog, więc skrótowo powiem jedynie, że Kivi to właściwie ojciec fińskiej literatury, bo od niego bierze początek fińska tragedia i fińska komedia, zaś jego arcydzieło "Siedmiu braci" to pierwsza wielka fińska powieść, którą autor starał się nadrobić pewne zaległości kulturalne. Kivi naturalnie wyrasta z tradycji swego kraju, ze swego ludu, z Kalevali, ale też sięga głębiej, poza swoją romantyczną epokę aż po literackich mistrzów renesansu. Wpływów w powieści jest więc wiele, rodzimych i obcych, ale dzieło to to jakby dusza Fina w ksiązkowej pigułce.

 Książka Kiviego jest niezwykła, barwna, przepełniona humorem, skonstruowana tak, że jest dziełem z pogranicza powieści i scenicznej sztuki, ma w sobie wręcz coś z wodewilu. Jest porywająco lekka, swobodna, bogata w wiele celnych obserwacji, nie przeciążona opisami, bowiem głównym jej elementem są dialogi, w których poznajemy charaktery poszczególnych osób.

 Juhani, Tuomas, Aapo, Simeoni, Timo, Lauri i Eero - oto imiona jego bohaterów. Bracia - prości chłopcy, nieokrzesani, gwałtowni, leniwi, ale, gdy trzeba, wytrwali i pracowici. Bójka, wypitka, żarty i kłótnie sąsiedzkie - ich życie nie wróżyło niczego dobrego. Czaszki mieli twarde, elemantarz nie chciał za bardzo wchodzić im do głów, przeto uciekli precz od świata z jego prawami, władzą i moralnymi zasadami. Wynajęli na lat dziesięć gospodarstwo swoich rodziców, a sami uszli w las, by żyć po swojemu, z dala od surowych władz, sąsiadów, od społeczeństwa... Wesoła czereda pośród dziczy wpadła w objęcia przygód. Nie zawsze im się wiodło - awantura w piwnej saunie spowodowała pożar ich nowego leśnego domu, przeto musieli na zimę wrócić, by przetrwać kątem w wynajętym wcześniej rodzinnym gospodarstwie, ale potem było już lepiej, choć zawsze groziły im różne niebezpieczeństwa, zarówno ze strony dzikiej przyrody, jak i upiorów, które jednak bardziej wolą opowieści, których pełno w tym uroczym dziele, bowiem ten upiór, który łypnął na nich okiem w ciemności, był jedynie ich starym wiernym koniem Walko, równie przestraszonym ich dzikimi okrzykami...

 Można powiedzieć, że książka Kiviego to opowieść o dziesięcioletnim survivalu męskiej czeredy, która na własną rękę postanowiła uczyć się życia i odpowiedzialności. A wszystko to zostało okraszone niesamowitymi historiami ludowymi o dziwnych mieszkańcach fińskiej tajgi i opisem myśliwskich przygód... Krew czasem w tych dzikich okolicznościach leje się strumieniami - na przykład wtedy, gdy straszliwe woły obległy uparcie skałę, na której ze śmiercią w oczach schronili się weseli chłopcy... Tak, aż chciałoby się przeżyć całe to barwne nieprawdopodobieństwo!! Te radości leśnych ludzi i grozę ich odosobnienia.

 Autor pozwolił, by pióro pod jego ręką nie trzymało się jednej obranej drogi, co nadało powieści rozmachu, bo brzmią tam najrozmaitsze tony - bywa poważnie, ale też i nie brak tam teatralnych wyolbrzymień i wręcz farsowych momentów. Kivi w ten sposób dał wyraz swojej osobowości wnikliwego obserwatora, w którym zawsze wielki optymizm mieszał się ze świadomością, iż dusza ludzka ma swoje mroczne i groźne zakamarki. Można powiedzieć - ot - Kivi to radosna, ale czujna twórczość.

 Każdy z bohaterów, każdy z siedmiu braci, jest pełnokrwistą osobowością, każdy jest jakiś, każdy jest inny, ale jednocześnie wszyscy oni stapiają się w jednego człowieka, w takiego typowego Fina - człowieka kochającego ojczystą przyrodę, refleksyjnego, małomównego, ale też pobudliwego, niesłychanie wytrwałewgo, pracowitego, upartego.

 Chłopcy, nie poddani żadnym zewnętrznym rygorom, żadnym wychowawcom, wychowali się sami - przeżycia sprawiły, że jednak wyrośli na dzielnych i porządnych obywateli. Postanowili wreszcie udowodnić, jak wiele są warci, co im się pysznie udało i co sprawiło, że na tych niedawnych dzikusów przychylnym okiem spojrzały dziewczęta - późniejsze matki ich dzieci... No, tylko jeden całkiem odrzucił te wszystkie baby i zamieszkał kątem u brata, zachowując, podobnie jak jeszcze jeden brat, wierność dawnym zwyczajom, gdzie górowały awantura i wypitka... Wszystko jednak weszło w koleiny umiaru...

 Bracia z fińskiego lasu, zwierzęta i nadprzyrodzone stwory, jasne letnie noce i mroki zimowe ozdobione zorzą i trzaskające mrozem, wzloty i upadki, przyjaźń, stadna, hałaśliwa radość... No i, jako że to Finlandia, kropla czegoś mocniejszego oraz sauna, brzozowe miotełki i latanie na golasa... No i jeszcze ta życiowa prawda, że warto nauczyć się czytać, bo w tym tkwi wielka moc! No i przyjemność, choćby z przeczytania arcydzieła Aleksisa Kivi...

 Myślę, że świat jest dla nas taki, jak my dla świata. A kto sobie wmawia, że inni go zawsze krzywdzą, niechaj się zastanowi przede wszystkim nad sobą.

 Aleksis Kivi, Siedmiu braci, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1977.

20:20, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2012
Pudło sobie stało... I jeszcze parę innych rzeczy

 Tak, proszę, i oto wygrałem! W totka... Lecz żeby nie drażnić, nie wywoływać w nikim jakichś pełnych zazdrości prychań ani nie zmuszać nikogo do złośliwych pomruków typu: "wiadomo, głupi ma zawsze szczęście", powiem od razu, że - owszem - wygrałem, ale tylko 24 złote. No i wczoraj odebrałem nagrodę. I wydałem wszystko w cukierni, żeby osłodzić życie korzystając z tego drobniusieńkiego daru od losu.

 Otrzymałem też od losu znak! Mówią, że jak gówno, to dobrze. Że na szczęście. Zatem tak na szczęście zostałem obdarowany przez jakiegoś wesołego gawrona. Nie wiem, czego się to ptaszysko nażarło, bo rąbnęło we mnie sporą dawką guana... Poszło po rękawie, tak że aż zakląłem siarczyście... No, a teraz, po tym, jak już doprowadziłem garderobę do porządku, czekam na jakieś radosne zdarzenie...

  Tu i ówdzie zachodzą drobne zmiany! Na przykład Franio okazał litość... Bo stało u nas pudło. Chyba z półtora miesiąca. Stało sobie w przedpokoju i zawadzało. Było dość spore i ciągle ktoś na nie wpadał... Kiedyś sympatyczni panowie przywieźli w nim nowy piecyk do łazienki, który zaraz pięknie i fachowo zainstalowali, uprzejmie zabrali nawet stary piecyk, a pudło zostało... - Dobra, jak będę szedł z mypingami na spacer wieczorem, to wyniosę - mówiłem ja... (Drobne wyjaśnienie - mypingi to takie stwory wymyślone przes Stanisława Pagaczewskiego, których nazwą ochrzciliśmy nasze psy, zwane też czasem - cóż za zdumiewające sprzeczności - królikami, krokodylami, ruskimi kangurami, wiewiórkami...) - Zostaw, jak będę rano wychodził, to zabiorę - odpowiadał Franio... No i tak nam zeszło... Aż wreszcie Franio się zlitował. - Wiesz, dzisaj chyba już to wyniosę. - Dobrze to przemyślałeś? Bo ja już zacząłem się przyzwyczajać... Rzeczywiście, już się zrobiłem oswojony z przeszkodą i teraz mi jej brakuje... Przy wejściu nikt nie przeklina... Ale dobra, przecież za pasem sezon narciarski, więc wkrótce znów będziemy mieli o co się potykać w przedpokoju...

 Dzisiaj takie różności tu wlepię... Częściowo może nawet podpadające pod pudło. No bo totek - w zasadze pudło, tyle że małe... Tak, tak, ptak nie spudłował... Ale na przykład pan Ziemkiewicz to chyba jednak trochę spudłował... Taki mi się tekścik mądrali rzucił na oczy. Poszło mu o Konopnicką. Że lesbije i wszystkie "homodebile" sobie z niej patronkę zrobili. A ona przecież urodziła tyle dzieci. A że się potem przyjaźniła i żyła pod jednym dachem z kobietą - przecież była już stara i jej się na pewno na amory nie zbierało... Zaczął się, biedak, rozwodzić nad tematem, przejęty, i zarzucać, że "debile" to jakieś takie seksem opętane i że ciągle chcą kogoś pakować do łóżek na homoigraszki... A tu wcale nie chodzi o to, czy ktoś z kimś sypiał, czy nie... I że ktoś miał dzieci... A cóż to za argument? Oscar Wilde miał dwóch synów... A Tomasz Mann to jeszcze lepszy przykład - miał bardzo kochającą żonę, której był niezwykle wierny, i której zrobił szóstkę dzieciaków, a mimo to był homikiem, cierpiącym i wzruszającym homikiem... Nie sypiał z chłopcami, choć bardzo tego pragnął, ani nawet przez chwilę nie żył w żadnym partnerskim związku... I nie trzeba sypiać z chłopcami (ani też panie nie muszą koniecznie sypiać z innymi kobietami), żeby stać się patronem (patronką)... Nie wiem, co się tak to biedaczysko obrusza... "Rota" jakaś mniej patriotyczna się zrobiła? Bo autorka wiodła sobie przykładne życie skandalistki wdającej się w rozmaite romanse, a wreszcie po partnersku żyła sobie z kobietą? (Nie jest istotne czy żyła z amorami, czy bez amorów. [ Jakże wzruszające są obrończe rozważania pana Z. o tym, kiedy komu więdną części niesforne. Jakby życie i uczucia istniały tylko tam, gdzie drażnienie organów...])... Jakże życie niektórych strasznie kłuje w oczy, jeśli ma jakiś inny przebieg... Aż się pienią... Może sami tęsknią za innym przebiegiem? Nie ma co gonić natury z widłami... Ona zawsze wróci, by tym mocniej poszczypać... (Ach, doprawdy - postawić komuś pomnik, to zaraz zrobi się wrzawa wokół jego biografii, jeśli okazuje się ona daleka od nudnego życiorysu nobliwej zakonnicy.) 

 No i jeszcze bombowiec... Jakiś drugi Breivik? Proszę, czujniejsi jesteśmy... To jakiś plus, w porównaniu z zasobną Norwegią, której policja i rozmaite służby nie po raz pierwszy się skompromitowały... Tam zazwyczaj się wierzyło, że złe rzeczy dzieją się gdzieś indziej... Narkotyki? U nas? - A tu się jednak pokazały... W Norwegii przecież nikt nie napada na banki! - Aż wreszcie dokonano imponującego skoku. - Przestępczość zorganizowana w krainie fiordów? - A jednak! Istny radosny Pruszków! - Terrorysta i masowy zabójca? - Kiedyś w połowie Oslo wyleciały z okien szyby i wybuchły niezliczone pożary, ale to było w 1943, w czasie wojny, kiedy na Filipstad wyleciał w powietrze niemiecki skład amunicji. Ale teraz...? Aż tu pewnego spokojnego dnia... W tym świetle bardziej by pasowało powiedzenie: Mądry Norweg po szkodzie. I to nawet dla nas trochę pocieszające, w kraju, w którym zwykło się posioczyć na wszystko.

 Ale ja nie psioczę. I nawet lubię... Nawet z panem od "homodebili". (Tacy w końcu są zawsze i wszędzie.) I nawet nie czuję się dotknięty. Bo ten, kto obraża to: raz - jest słaby, a dwa - tylko sobie wystawia świadectwo i samemu sobie pluje w buzię. Bo jeszcze takiej mocy ludzie nie mają, by nazywając kogoś tak czy owak sprawiali, by ten i ów takim i owakim się stawał.

15:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 14 listopada 2012
W czasie Skorpiona

A więc w moim czasie. Zatem - niestety - urodzinowo. Chociaż niezbyt uroczyście, bo jakże czcić dzień przeklęty!? Ja w ogóle nie lubię, by ktoś cokolwiek czcił i obchodził, cokolwiek, co ma związek z moją osobą. Osobiście wolę wypić wódkę nie po żadnym "Sto lat, sto lat, niechaj żyje nam", tylko tak bez okazji... 100 lat - jeszcze mogłoby się spełnić...

 Tak, tak, nie liczę godzin i lat... Sza... Coraz bardziej rozumiem na przykład panie, które od niepamiętnych czasów mają lat góra 35... Trzeba się ładnie ubrać, uczesać... I jeszcze - ponieważ jestem panem - ogolić, by zrzucić z siebie tę okropną siwiznę (ach, poprzednia dekada to mi zrobiła, tak mnie skopała, że nieodwracalnie osiwiałem, szczególnie na brodzie...) i krótko się ostrzyc ( zazwyczaj teraz noszę fryzurę bardzo patriotyczną, frontowo wygodną, tak że aż dziw, że nie latam po mieście i nie trącam ludzi kostką brukową), i można się pokazać tu i ówdzie, by doznać przyjemnego "tykania" przez rozkosznych młodzieńców... Bardzo mnie zawsze cieszy, kiedy jakieś studenciaki biorą mnie za jednego ze swoich, jak na przykład jakiś czas temu w bibliotece... Tak że nie jest jeszcze tak najgorzej, choć kiedy tam były moje studenckie czasy... Ale jak człowiek nie tyra łopatą, nie tłucze kamieni, to się jakoś trzyma... Jestem sobie lekki i niezbyt jednak oswojony z dorosłością - pewnie gdybym miał dzieci, czułbym się barziej dorosły, a nawet już bardzo dorosły, gdybym się o nie postarał odpowiednio wcześnie... W sobie nie czuję upływającego czasu, a obok siebie - dzieci mi nie dorastają, tylko sporo istot po prostu odpadło już od życia... Był czas wielkiego pomoru i zostały niedobitki, z którymi zresztą pozrywałem kontakty, bo rodzina źle mi się kojarzy - to same przykrości i spore wydatki, tak więc już mam dość... No, tylko tatą się interesuję, ale reszta poszła w odstawkę... Wolę przypadkowości, w których mogę dokonywać wyborów... Franio to też przypadek, któremu powiedziałem tak, i jest nam bardzo miło. Żaden z nas nie jest dla drugiej strony garbem.

 Kiedyś dużo myślałem, jak to będzie, kiedy poumierają moi bliscy. Byłem jeszcze wtedy zależny od samicy, a także od naburmuszonego i smutnego samca. Nie mogłem dokonywać jeszcze wyborów... Ja się w dzieciństwie dosyć dziwnie bawiłem. Po pierwsze lubiłem być sam. Nigdy mnie to nie nudziło. Obawiam się natomiast, że inne dzieci bardzo by się nudziły, gdyby przystawały ma moje propozycje zabawowe. No bo co to za zabawa, gdy się układa tory kolejki elektrycznej, buduje z klocków stację, a potem czeka się, czasem pół godziny, na przyjazd pociągu. Bo ja się bawiłem w czekanie, razem z wyimaginowanymi ludzikami na peronie... Albo co to za zabawa, gdy chodzi się w ciszy po mieszkaniu i udaje, że widziane przedmioty są czyms innym niż w rzeczywistości... Bo ja lubiłem się bawić w muzeum. Zwłaszcza w mieszkaniu dziadków, bo tam wszystkie rzeczy były stare... Gdy zostawałem sam na pokojach ułożonych w amfiladę, stąpałem po skrzypiącym parkiecie i patrzyłem na meble, obrazki, lampy, książki. Wyobrażałem sobie, że wszystkie zgromadzone tam przedmioty należały do ludzi już nieżyjących i wymyślałem różne związane z nimi historie. Myślałem o rękach dawno zgniłych w grobie, które kiedyś zapalały lampę, dotykały grzbietów książek, o dawno zamkniętych oczach, co niegdyś patrzyły na te same malowidła. Wszystko naturalnie traktowałem jak bezcenne skarby, których takiemu małemu turyście nie wypadało dotykać... Na jednej ze ścian wisiały dwa portrety, dwie duże fotografie małych dziewczynek. One też były dawno zmarłymi hrabiankami... Jedna dziewczynka była piękna, druga dziewczynka była nieprawdopodobnie szkaradna. Ciotka i mama. Z ładnej dziewczynki wyrosła brzydka i dość zaniedbana kobieta - naukowiec, osoba odpowiedzialna, z głową na karku; z brzydkiej dziewczynki wyrosła kobieta piękna, nieodpowiedzialna, która z czasem zaczęła się staczać i która, jeszcze przed tym staczaniem się, wydaliła mnie na świat... Na te dwie istoty patrzyłem  jak na duchy, jak na upchniętą w ramki resztkę po ich dawnym istnieniu... Jakbym się zawczasu przyzwyczajał do myśli, że kiedyś rzeczy i ludzie przestaną istnieć, że staną się ledwie czymś na kształt urojenia w mojej głowie... Nie wiem czy przejmowało mnie to jakąś grozą?... Teraz już niczego nie ma. A większość rzeczywiście nie żyje. Dobrze się przyjrzałem tamtym wnętrzom i doskonale je pamiętam. Wszystko jest więc snem powtarzalnym, bez fantazyjnych dodatków.

 Jakie długie były tamte lata. Bo zawsze było coś nowego, bo zawsze coś spadało na głowę. Aż się wierzyć nie chciało, że cokolwiek może się skończyć. Rosły tylko ciężary, a czas pełzał... Najdłuższe były lata osiemdziesiąte. To była wtedy druga połowa mojego życia, już w całości upływająca świadomie... Zmora szkoły i najdłuższe w świecie kwadranse poświęcone na matematykę, w podstawówce, gdzie uczyło nas prawdziwe monstrum, zaniedbane, brudne kobiecisko, dość pokarane przez los, które z całej siły starało się uprzykrzyć nam życie. Budziła w nas nieopisany strach, torturowała posród wrzasków pod tablicą, tak że nawet całkiem zdolnego ucznia cała sytuacja kołowała i zatykała... Dziś to wydaje się śmieszne, ale wtedy naprawdę skręcały się nam żołądki... Jedyną nadzieją zawsze były klasówki, kiedy człowiek mógł coś wydobyć z siebie w spokoju, by otrzymać jakąś sensowną ocenę... W dzienniku naturalnie dominowały dwóje zwane przez na pytami. Były zresztą róże pyty, jedne wielkie i groźne, prawie że śmiercionośne, i pyty mniejsze, które można było jeszcze przeboleć. Pyty straszliwe monstrum notowało literami (ndst), natomiast lżejsze pyty miały postać starannie nakreślonej cyfry. Inne oceny należały do rzadkości. A już bdb stanowiło cud, było rzadkim klejnotem szczęściarza o stalowych nerwach - zeszyt ozdobiony takim wpisem był obiektem wielkich podziwów (naturalnie mój zeszyt nigdy takich westchnień i podziwów nie wzbudzał - moja najlepsza ocena z odpytywanek - pamiętam to do dziś, bo było to wydarzenie dla mnie niebywałe - to ledwie -db, tak, musiał jednak być ten cholerny minus!!)... Co innego różne inne oceny zapisywane cyfrą - takie piątki i czwórki wszystkim się trafiały, ale one nie miały wielkiego znaczenia... I ja się tylko zastanawiałem, po co była ta cała mordęga, po co te zmagania z cudzymi frustracjami... Była to denerwująca bzdura, o której myślałem, że nigdy nie minie. Byłem traktowny jak ostani osioł, aż wreszcie zorganizowano mi korepetycje. Przychodziła do mnie bardzo miła kobieta, która po niedługim czasie stwierdziła, że nie jest ze mną tak źle i że dziwi się, dlaczego w szkole mam kłopoty...Tak czy owak matematyka mi dokumentnie obrzydła... Ale istniały inne korzyści. To w końcu tam zostałem wytypowany do bycia gejem. Butelka na mnie wskazała, kręcona na podłodze w smutnym kolorze blue... Już chyba o tym kiedyś wspominałem, jak to pośród głupich, zdradzających mutację ryków, bawiłem się z chłopcami w butelkę, w której jednak nie chodziło o żadne lubieżności, a tylko o zdobycie jakiejś chwilowej, świńskiej etykietki - na kogo wypadnie ten ma małego albo śpi z mamą, wali konia i takie tam... A teraz na kogo wypadnie, ten jest pedałem... No i wypadło na mnie... Jakiś koleś wypalił: - A to akurat prawda! - Moją twarz wykrzywił jakiś tajemniczy uśmieszek, w każdym razie mam taką nadzieję... Tylko żeby jeszcze kolega na coś liczył. Lecz my tacy jednak grzeczni byliśmy, nie trzeba nas było monitorować i nigdy nie zjawiała się milicja. No i też nie pojawiał się żaden ksiądz, który, zadzierając kieckę, dawałby nam do polizania włochatą girę w śmietanie... Mmm, gdyby mi się coś takiego wtedy przydarzyło... Dorośli to świnie, lecz dzieciom też niczego w tym kierunku nie brak... Facet, kiecka, gira - mogłoby mnie to rozochocić i rozbudzić chęć przytarcia się pożądliwie do gościa... pytą... W każdym razie pozostałem wierny wskazaniu. Z wdzięcznością. I nawet jakoś mnie nie nastraszył rycerz Zawisza... Oj, wąsaczku, mamy jakiś problem chyba?? Hm, ty wodzowsko rozmarzony wymoczku! (Jak mnie to rozbawiło, gdy rycerz wąsaty rzucił w swej mowie cytat z Lechonia, który akurat - o, ty losie złośliwy a przebrzydły - był pederastą.)

 Jakże czas pełzał i pełzał po tych szkołach... Dopiero na studiach stało się jakoś sensowniej, chociaż i tak mnie drażniła obecność w zakurzonych salach wykładowych. Bo przecież już mi broda rosła ochoczo... Należałem do tych nielicznych, którzy odczuwają po edukacyjnych zmorach ulgę. Jakoś tak znajomi moi narzekali, bo to jeszcze przecież była taka szczeniackość, beztroska, jakiś tam klosz ochronny nad głową, a tu raptem już dorosłości, praca, obowiązków bezlik, finansowe meandry... A ja byłem porzucony, moja kundlowata miłość została ciepnięta jak ściera, i chciałem jak najszybciej czmychnąć... Ku oceanom, na dłużej, na Północ. Wreszcie wolny, choć poturbowany i cały we łzach... I po tych szkołach ciągle jeszcze się trzeba było uczyć, jednak, może nawet bardziej niż kiedyś tam... Po jaką cholerę - tego oczywiście nie wie nikt. Może po prostu dla przyjemności. I żeby się z rozbawieniem zdziwić, że po latach głowa nadal pusta, aż w niej dudni.

 I wszystko byłoby jak należy, gdyby tylko życie nie pozwalało sobie na spacerowanie po człowieku ciężkim hipopotamem. Ale los nie ma wyczucia... A jeszcze ile wokół drobnych upierdliwości. Strindberg zawsze utyskiwał - wszystko niby doskonałe, a tu wiecznie jakieś pierdoły uprzykrzające życie - dotkiniesz - spadnie, pociągniesz - urwie się właśnie, tu zahaczysz rękawem - trach - dziura, z pióra zawsze musi kicnąć atrament... I tak w kółko. Przez tych lat kilkadziesiąt... Więcej by się nie dało... A pomyśleć, że ludzie potrafią odkrywać sens w życiu wierząc, że ono nigdy się nie skończy... Że umrą, a potem będą dalej z pierdołami na karku, z wiecznym zawracaniem głowy...

20:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
niedziela, 11 listopada 2012
Kimen

 Gdy tylko nadarzy się okazja... to można pójść  jako element wściekłego zbioru, by obić komuś twarz, rzucić na oślep kamieniem, zatłuc... Wymierzyć tak zwaną sprawiedliwość w sposób stanowczo zdziczały...

 Można się pomylić gorzko wędrując po świecie, który jest sobie niczym prześliczny ogródek skłaniający ludzi do uśmiechu. Tu i tam miejsca pełne bukolicznych scenek. Ziemia przykładnie rodzi, krówka mleczna przykładnie ryczy, kwitną, a potem owocują pysznie sady. Jest pięknie i spokojnie. Wszyscy się znają... Albo raczej wszystkim się tylko tak wydaje, że się znają. Pośród serdeczności nic nie wydaje się dzielić ludzi... Do czasu. Bo oto zjawić się może ktoś, jakiś obcy, któremu wpadnie do głowy wyrządzić krzywdę, krzywdę najgorszą z możliwych...

 Kimen to kiełek albo też zarodek. Coś małego, z czego dopiero coś ma wyrosnąć... Co można powiedzieć o człowieku, czy można być go tak całkiem pewnym? Co w nim kiełkuje, co może w nim dojść do głosu? "Kimen" to tytuł powieści Tarjei Vesaasa, znanej u nas jako "Nocne czuwanie". "Kimen" to opowieść o spokojnej społeczności, w której przydarza się morderstwo. Jakiś obcy człowiek morduje dziewczynę i w ludziach budzi się chęć okrutnego czynu. Jeden morderca zmienia małą wysepkę w krainę morderców. "Kimen" to opowieść o tym, jak ludzie dają się ponosić, opowieśc o masowej psychozie, o destrukcyjnych siłach drzemiących w człowieku, o zemście i o szukaniu ofiarnego kozła, by poradzić sobie z poczuciem upokorzenia, gdy przychodzi chwila refleksji, ułomnej refleksji.

 Ludzie chętnie chcą strząsnąć z siebie winę. Kobieta, choć sama okazała się krwiożerczą, powie, że to mężczyźni, mężczyźni wskażą na tego, który ich porwał do tak haniebnego czynu. Naraz wszyscy stają się samotni ze swoją przewiną. Mogli go przecież schwytać i oddać władzom, mogli nie dopuszczać do linczu, a jednak z dzikim upodobaniem popędzili z wściekłością, by zabić... Jedna chwila wszystko zmieniła. Po nocnym czuwaniu, na które wszyscy mieszkańcy zebrali się w pobliżu zwłok mordercy, przyszedł dzień, taki sam jak inne... Tylko ludzkie dusze stały się odmienione, bo dowiedziały się o sobie czegoś nowego a przerażającego, a właciwie przekonały się tylko dobitnie o swojej naturze, o tym wszystkim, do czego nigdy wcześniej by się nie przyznały... Inne oczy patrzyły już na rzeczywistość, w której dalej trzeba było przecież przebywać... Jakże trudną okazała się ta mordercza chwila, szczególnie dla ojca zabitej dziewczyny. On sam nie mógł niczego dać zgromadzonym ludziom podczas tej nierzeczywistej nocy. Na usta cisnęły się słowa pełne potępienia, ale też i usprawiedliwiającego zrozumienia. Nie mógł powiedzieć ani tego, co powinno się było powiedzieć, ani tego, co powiedzieć wypadało.

 "Kimen" to gęsta, prosta, zwięzła powieść, pełna - jak to często bywa u Vesaasa - symboli, o niesamowitym nastroju. Pisarz sworzył ją w czasie okupacji nemieckiej, w swej posiadłości Midtbø, w której udało mu się przetrwać ten mroczny czas, czas, który jeszcze bardziej zmusił go do głebokiego zastanowienia się nad złem przyczajonym w człowieku, któremu tak niewiele trzeba, by z kiełka przemienić się w najeżoną kolcami morderczą roślinę.

 Powieść to już niemłoda, lecz ponadczasowa. Bo zawsze przecież dzieją się samosądy, bo ciągle ktoś własne poczucie winy stara się zagłuszyć krzycząc, że winni są gdzie indziej, bo zawsze ktoś gdzieś potrzebuje ofiarnego kozła, bo zawsze, z każdym nowym istnieniem przychodzi na świat taki kiełek, który tylko czeka na odpowiedni moment, by się obudzić...

 Nie wiedziałem o tym. Tego we mnie nigdy dotychczas nie było. Wiesz, że to nieprawda. Otchłań jest w tobie.

 Człowiek wgląda w siebie i ma przed oczami krajobraz przypominający suche bagna oraz górskie stromizny, nad którymi kłębią się chmury. I wie także o istnieniu potwornych tajemnych otchłani. Omija je, chodzi ich skrajem. Różne rzeczy leżą na dnie mętnej wody. Niechaj leżą. Nikt się o nich nie dowie. Niech pozostaną w morskiej toni.

 Przychodzi jednak ostrzeżenie: "Pewnego dnia wyłoni się to wszystko na powierzchnię..."

"O, nic podobnego"! - pada szybka odpowiedź i dławimy ten głos. Usiłujemy go stłumić, bo nie ma sposobu na ten uparty głos, który zawsze powie, co powiedzieć należy.

 "Przyjdzie dzień, kiedy twoje morze wyrzuci na powierzchnię to wszystko, co dotychczas kryje. Twoje maleńkie, głębokie, ohydne morze. Na jego dnie tkwi bezład. Szlam i ciemności. Strzeż się!"

 Odpychamy od siebie tę myśl. Gniewnie, jak zwykle każdą rzecz niepożądaną. I szczerze stwierdzamy: "Ja się nie boję".

 Nigdy nie bierzemy pod uwagę możliwości usunięcia się gruntu albo lawiny, która zdziera wszelką dobroczynną osłonę.

 Lawina rusza. Porywa z sobą. Unosi brudy, o których wiemy, że powinniśmy się ich pozbyć, ale równocześnie odsłania to, czego się zapieramy, a co powinno w nas budzić palący wstyd, mianowicie fakt, że człowiek wie, co w rzeczywistości w nim tkwiło.

 Tarjei Vesaas, Nocne czuwanie, PIW, Warszawa 1966.

15:38, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2012
Rozprawa z filozofią pesymizmu

 Na pochmurny dzień.

 Dziś sobie rano przypomniałem o wierszu, w taksówce. Leciały właśnie trójkowe "Urywki z rozrywki". Jakże prosta a skuteczna rozprawa z ponurawą filozofią... To mi się podoba:

Andrzej Waligórski

Jana Dezyderego Dreptaka rozprawa z filozofią pesymizmu

Jan Dezydery Dreptak zapoznał się kiedyś z Sartrem

(Znaczy nie osobiście, tylko z jego twórczością)

I przeczytał, że życie prawie nic nie jest warte,

Ponieważ i tak zagłada wisi nad ludzkością.

Następnie przeczytał również Levi - Straussa

(Którego snobi nazywają Levi - Sztrosem

Chociaż jest Sztraus i pochodzi z okolic Buczacza)

I zapłakał nad człowieczym losem,

Ponieważ tam wyczytał, że nie ma dialektyki

I wszystko się rozwija w sposób dowolny i dziki.

Tu Dreptak sięgnął jeszcze do Schopenhauera,

Przeczytał "Die Welt als Wille und Vorstellung"

I zawołał głośno: O cholera!

Ta żeż to wszystko się dzieje bez celu!

Ot, lepiej się powieszę, po co przedłużać ten bezsens?

I w samobójczych celach wdrapał się był na kredens,

Ażeby się powiesić na haku od obrazka

Przy pomocy sznura elektrycznego oderżniętego od żelazka.

Już sobie założył pętelkę, już miał się przenieść w zaświaty,

Już wyobrażał sobie siebie sztywnego, strojnego w kwiaty.

A wtem nagle jak naraz nie wrzaśnie, jak nie zeskoczy na ziemię:

Ot, byłbym się powiesił, a jutro mam dostać premię!

Co rzekłszy wziął Levi - Straussa i buch przez okno na deptak,

A stamtąd krzyk się podniósł: - Ożeż ty jakiś Dreptak!

Bo książka, spadając, trafiła w sam środek kapelusza

Jednego rozrabiakę, Superfajczaka Tymoteusza,

Co widząc Dreptak się zaśmiał, na okiennej się oparł ramie

I wrzasnął: - Ja ci jeszcze dołożę, ty jakiś chamie!

I dawaj w niego Sartrem i Schopenhauerem Arturem!

...i co za głupota twierdzić, że życie jest złe i ponure????

14:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 listopada 2012
W lawinie głupoty

  Jak przeczytałem to opowiadanko, to od razu przypomniałem sobie swoje dziecinne strachy. Raz - była wtedy jeszcze ta cała zimnowojenna paranoja, która ludzi nastrajała do rozmaitych bzdurzeń - kto to nas nie zaatakuje i czego nam tu nie nawrzuca... Otaczała mnie zwyczajność codziennego dnia z domowymi kłopotami i zmorą matematyki, a za miedzą miała jeszcze na dodatek siedzieć jakaś krwiożercza i bezrozumna, przesycona okrucieństwem bestia... No i jeszcze dochodziły opowieści wojenne dziadka, o niewoli u okrutnego Niemca... Wyobrażałem sobie, że wojna musi być wpisana w los człowieka... Jeszcze chwila, i za oknem coś złowrogo zadudni... Nie miałem pojęcia, po co w takim razie wydano mnie na świat... Czyste bestialstwo... Tak, tak, dziadek swego czasu przesadził - byłem zbyt mały na potworności, ale on nie mógł znieść mojego marudzenia i obrzydzenia kożuchami w zupie mlecznej, więc mi opowiadział, jak to jest, gdy niesłychanym darem niebios i rarytasem zdaje się choćby kawałek nadpsutej cebuli... Omal mi serce nie wyskoczyło z piersi. A kożuchy mnie niezmiennie brzydziły i chciały mi ujść nosem, ale grzecznie je powstrzymywałem, byle tylko zahamować gniew dziadka.

 U Pettersona też coś z tamtej paranoi. Małe, wrażliwe dziecko pobiera naukę - rodzisz się i porywa cię wkrótce lawina głupoty, w jakiś niepojęty sposób przyrośniętej do gatunku ludzkiego cechy... Mówi się - małe i głupie. Jakże często z małego i głupiego wyrastają prawdziwe tumany i cymbały. Bezrozumne straszydła, jak choćby pan nauczyciel... I stada ostatnich kretynów, zdolnych do napędzania różnych takich wujków... Wszędzie, pod każdą szerokością.

Per Petterson

Dziś trzeba wam modlić się do Boga

przełożył Kiljan Halldórsson

  Pewnego poranka nauczyciel wszedł do klasy, opadł ciężko na krzesło za swym biurkiem, powiódł wzrokiem po sali, i przemówił:

 "Trzeba wam dziś modlić się do Boga, bo dziś najprawdopodobniej rozpęta się nuklearna wojna". Odchrząknął, wziął głęboki oddech i jeszcze raz powiedział: "Nuklearna wojna". Jego podwójny podbródek zadrżał, a sala pogrążyła się w ciszy.

 Nuklearna wojna.

 Arvid słyszał, jak mówili o tym w domu i wiedział, co to oznacza. Kurtyna zapadnie, dla wszystkich, na serio.

 Wuj Rolf przyszedł któregoś wieczora z wizytą i podekscytowany przemawiał w pokoju gościnnym rozedrganym głosem. Wuja Rolfa przepełniała nienawiść do Rosjan, tak samo wielka, jak ta, którą darzył ludzi z prowincji. Arvid siedział skulony na szczycie schodów, jak zawsze, kiedy chciał słuchać będąc jednocześnie niewidocznym. Jego tato nie uważał, by Rosjanie byli aż takimi łajdakami, jak sądził wuj, i nie był też tak zadufany w sobie; łatwo to było wyczytać z jego głosu, choćby dlatego, że nie rozbrzmiewał tak doniośle jak głos gościa.

 Arvid nie miał pojęcia, gdzie znajduje się Kuba, na geografii nie zaszli jeszcze tak daleko, nie wiedział też, co takiego się tam wydarzyło, ale to w gruncie rzeczy nie miało żadnego znaczenia wobec nieuchronnego, najprawdziwszego końca.

 Ruszył do domu, kiedy tylko lekcja się skończyła. Na przerwie zdjął z haczyka przy ławce swój tornister, upchnął go pod pachę i gdy nikt nie patrzył, wymknął się cichaczem przez bramę od strony szkolnego boiska.

 W planie lekcji były jeszcze cztery godziny, jednak siedzenie w szkole nie miało żadnego sensu, skoro miała wybuchnąć nuklearna wojna. Jeśli nadchodził koniec, wolał być w domu razem z mamą. Z trudem poruszał się naprzód idąc ulicą w swych wysokich, brązowych butach z napisem "Elvis" (to mama lubiła Elvisa, nie on), niebieskim swetrze w zygzaki i czapce, którą nosił na okrągło, także latem. Była to taka sama czapka obrzeżona białym paskiem i z białym czubkiem, jaką zakładał ciągle Toralf Engan* i jaką wszyscy nosili; zawsze naciągał ją głęboko, by zachodziła na oczy, bo tak było fajniej.

 Nie odczuwał lęku, a jedynie nagłe zmęczenie, tak że uczynienie każdego kroku przychodziło mu z ogromnym trudem. Zmęczenie narastało i narastało, aż wreszcie zbryliło się pod jego skórą, co mógł niemal wyczuć pod palcami, także buty stały się ciężkie, zupełnie jakby naraz wypełniły się gliną. Nie płakał, bowiem razem z tatą doszli do porozumienia, że nie powinien przesadzać ze łzami, lecz czuł, jak skóra na twarzy tężeje i zmienia się jakby w suchy, sztywny karton i wbrew woli zaczął mrużyć oczy.

 Kiedy zjawił się w domu o tak nietypowo wczesnej porze, matka obrzuciła go zdumionym spojrzeniem, nic jednak nie rzekła, co wydało mu się zupełnie naturalne, bo jeśli wszyscy stali u progu śmierci, mijało się z celem wszczynanie jakichkolwiek dyskusji. Niemniej jednak dziwne było to, że zamierzała zabrać się za gotowanie. Gdy się nad tym zastanowił, doszedł do przekonania, iż nie ma sensu w tych okolicznościach czekać o pustym żołądku, tak więc usiadł przy kuchennym stole i schrupał dwie kromki chleba z masłem orzechowym popijając je szklanką mleka. A potem powiedział: "Dziękuję", i od tamtej pory nie odezwał się przez cztery dni. Jego ciało było jak zamrożone, nie mógł pojąć, czemu nic się nie stało, czemu nikt nie był zaniepokojony i dużo czasu musiało upłynąć, zanim odtajał - jakby się bał przedwcześnie rozpaść na kawałki.

 Nie modlił się do Boga, nie wierzył w żadnego Boga, lecz myślał, że z pewnością niektórzy z jego klasy się modlą. Leżał tylko w łóżku gapiąc się w ścianę i słuchając porannych modlitw płynących z radia w salonie na dole, słyszał też ojca wychodzącego o świcie do pracy i powracającego z niej po południu. A wieczorem słyszał, jak w kuchni kłócił się z mamą.

 Leżał odmawiając wstania. Zdenerwowało to w końcu mamę i zabrała go do doktora, mimo że ojciec uważał, iż to robienie z igły wideł. Doktor był zupełnie nietypowy, ani nie zajrzał do gardła, ani nie osłuchał piersi, a jedynie mówił, co jednak pomogło, bo Arvid, mimo śmiertelnego zmęczenia, poczuł się lepiej i w środku dnia zapadł wreszcie w sen.

---

* Toralf Engan (ur. 1936) - norweski skoczek narciarski, mistrz świata (Zakopane 1962) i mistrz olimpijski (Innsbruck 1964).

18:46, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2012
Badylarnia - potem las

  Czyli dziś Dzień Ludzia Zdechłego... Jak to się paple - czas zadumy i pamiętania... Bogowie!! Pozwólcież wy mi zapomnieć! Przynajmniej o niektórych!

 Ale się zadumałem, jeszcze chwilę przed momentem zadumy ozdobionej lampkową tandetą i chryzantemami, tymi tak bardzo pokrzywdzonymi kwiatami, bo sprowadzonymi do ledwie cmentarnej dekoracji... (Ciągle żywię przekonanie, że roślinnością cmentarza winny być raczej łopuchy, lebiody i czepne przytulie oraz żółtlice, taszniki, nostrzyki i pokrzywska - słowem - cała licha, mało dekoracyjna badylarnia dobra do porośnięcia miejsca skrywającego sprawy mało widowiskowe, z których nic się już wycisnąć nie da... Najpierw badyle, po których, gdy się sprawom natury nie przeszkadza, przyjść musi las dekoracyjnie mieszany...) Tak, tak, zadumałem się właśnie w zanikającej w lesie badylarni... Porwałem jednego popołudnia auto zwane u nas "frankowozem", sam porwałem, bo mnie coś nosiło. Zdecydowałem więc - pojadę trochę przed siebie, depnę ciut na gaz na drodze wylotowej, a jak mi się znudzi, zawrócę... Dołączyłem więc do ludzi, którzy też zazwyczaj donikąd, bo gdzieżby indziej, nie czarujmy się żadnymi dokądś... Zwykle przecież kręcimy kółka... Bo cóż może innego naziemny dwunóg? Nawet jak się w czterokoła zmieni... To tylko szybciej wiruje. Rodzisz się człeku przecież na zapieprz, tak ci wszak wmawiają. Jak pszczółka - ul - łączka, łączka - ul. I tak do końca - na karku złamanie... Pojechałem więc. Poudawać, że się spieszę. Pospieszyłem. Ale do czasu. Bo jednak wolę wolniej... Śniegi chwilowymi się okazały. I na powrót zapanowała kolorowa jesień. Trochę zżółkła, trochę rumiana, i pordzewiała, a miejscami ciągle jeszcze zielona, i jakby wiosennie słoneczna, z błękitem na suficie... Zjechałem z drogi tej dla tych, którym się spieszy, by poturlać się po wsiowych zakrętach, na wąskiej i zmiętej asfaltowej wstążce rzuconej między pola, łąki, laski... Domy, sękate jabłonki w ogrodach, kościółki strzeżone przez grube, stare lipy i kasztanowce. Zapach ziemi wilgotnej, słodkawo - gorzki aromat porzuconych przez drzewa szat... Tak, tak - wkrótce znów będzie tylko śnieg i czarna golizna konarów... I równie czarne krakanie gawronie... Ech, wtedy właśnie człowiek wie, że żyje, gdy zimno, gdy pod butami piszczy zmrożony śnieg, gdy się kuli w sobie, przywiera do swego ciepełka, przykurcza szyję, chowa łapki, podciąga w górę te swoje drogocenne jąderka (jak to dobrze, że, w przeciwieństwie do kobiet, mamy ten uroczy słaby punkt - bez tego nie sposób być osobą czarującą)... Oddech wilgotny zmienia się w chmurę... (Wilgoć to życie... Tak zauważył kiedyś Klaus Mann, gdy z rozpaczą patrzył na swego zastrzelonego przyjaciela: Śmierć to wieczna sucha pustynia; nie ma śliny, łez, potu, spermy...) Nieprzyjazność go otacza, zagrożenie wcale nie ukryte... Dotarłem w pobliże naszego ogrodu, którego w zasadzie już nie lubię, bo sprawia tylko kłopoty... Co innego z owym pobliżem (chciałoby się powiedzieć - jak urocze są miejsca, które do mnie nie należą...) Znalazłem się w okolicy, która kiedyś była ogromną łąką. Dawno tam nie byłem, chyba ze dwadzieścia lat już będzie. I zdziwiłem się, bo łąki zostały zapomniane. Nie wdarło się na nie miasto z głupstwem ogrodzonych osiedli. Jeszcze się nie wdarło... Choć może nigdy się nie wedrze. Byłoby miło, bowiem zapomniane, opuszczone łąki zaczęły przemianiać się w las. Odkryłem niesłychaną gęstwinę drzew. Bezlik brzóz, także modrzewi, teraz tak ładnie się złocących, klonów itd, itd... Wszystko to młode, prężne, w najlepszych latach, dorastające, zdrowe. Wystarczy tylko coś porzucić, oddać naturze, by ujrzeć ten cud odradzającego się lasu!!... Znowu jest tak, jak być powinno... Aż się zatrzymałem na starej, zapuszczonej autobusowej pętli, żeby trochę połazić po zaroślach... Lata temu wędrowaliśmy tymi łąkami z dziadkiem. Dziadka już nie ma, nie ma też łąk... Dziadek się zastanawiał, kiedy one znikną, kiedy pochłonie je miasto. A tu gospodaruje na nich przyroda... Pośród tych botanicznych przemian przyjemniej mi się było spotkać z jego duchem... Nasze czasy zarastają gęstwiną przypadkową, nieuczesaną, fantastycznie dziką, sianą wiatrem... Szeroka przestrzeń została gęsto przesłonięta plątaniną gałęzi. Mały Misio chodził kiedyś po pełnych zielska przestrzeniach, skąd ładnie było widać pyszniący się w oddali kilkusetletni starodrzew otulający półkolem nasz ogród... A duży Misio, w tym samym miejscu, wszedł już do młodego lasu... Dziadek lubił takie samosiejki. Pozwolił kiedyś, by część ogrodu też tak zarosła, ta najbliższa starodrzewu. Nie wycinał uciążliwych samosiejek. Dziś to są już dojrzałe, duże drzewa...

 Przeszłość wplątała się w gęstwinę drzew, przez którą miło się było przedzierać... I przypomnieć sobie jakiś drobiazg z przeszłości... Ciekawiej jest podążyć za duchami gdzieś w naturze, albo wśród starych murów... Pośród cmentarnych paskudztw nie ma żadnych duchów. Bo kto żył na cmentarzu??... Zawsze trzeba być tam, gdzie życie. I gdzie wszystko rośnie, w ziemi, a nie jest tylko ciętą ozdobą...

 Przy okazji lasu przypomniały mi się takie słowa... Właśnie je odszukałem:

 Uderzyło mnie, że droga przez las, który swój zmienny mrok i wielki namiot rozpina właśnie nad głową idącego, podczas gdy wszystko inne się kryje, a nawet zwierzęta, kiedy wychodzą i pokazują się między pniami, zawsze są czujne, nasłuchują, jakby las nie należał do nich, lecz do czegoś niewidzialnego i nie nazwanego - że ten las, gdzie rzadko się kogoś spotyka, a mimo to są w nim ścieżki twardo udeptane przez tych, co niewidocznie go przemierzają, tak jak rodzimy się i umieramy niewidoczni - że las zawsze rośnie przed czymś, co ma się stać, że tak jak w bajce zawsze go trzeba przejść, żeby dojść gdzieś, do czegoś następnego w tym życiu, o którym wie się tak mało, także droga do próby i niebezpieczeństwa, do spotkania, które czeka, zawsze nieuchronnie prowadzi przez las, podobnie jak lasem było otoczone średniowieczne piekło.

                                    Ole Sarvig, Limbo

17:55, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »