BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 28 listopada 2013
Kiedy śpią

 A dziś znowu wierszyk:

Rolf Jacobsen

Kiedy śpią

Ludzie są dziećmi, gdy śpią,

wtedy nie ma w nich wojny.

Rozluźniają ręce i oddychają

tym spokojnym rytmem nadanym im przez niebiosa.

Ściągają usta jak małe dzieci

i rozchylają lekko swe dłonie,

żołnierze i politycy, słudzy i panowie.

Niebo skrywa się za zwiewnym welonem mgły,

a gwiazdy stanowią straż,

kilka godzin, gdy nikt nie wyrządzi nikomu krzywdy.

Gdybyśmy tylko mogli wtedy mówić do siebie,

wtedy, gdy nasze serca są jak świeżo rozkwitłe kwiaty.

Uleciałyby słowa

niczym pszczoły ze złota.

- Boże, ucz nas języka snu.

                             przełożył Kiljan Halldórsson

14:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 27 listopada 2013
Ku zimie (z obrazkiem Muncha w myśli)

...eins og hvítt lín kom fyrsti snjórinn í nótt...

Nieuniknione to rzeczy. Zima składa pierwsze nieśmiałe wizyty, choć i trochę bezwstydne jednak, bo przecież tak nam zawsze pokazuje te swoje puchy, bielizny... Nie to co inne pory - te zawsze w kwiecistych, soczyście ubarwionych strojach pojawiają się na tym naszym życiowym balu...

Tak, właściwie to nie ma nic do powiedzenia. Jestem sobie, z uporem. Tak - można powiedzieć - we własnej kałuży - by się posłużyć  myślą Sartre'a z "Mdłości"... Wszędzie muśnięcia, które rozpływają się i giną. Łagodnie, całkiem łagodnie. W ustach mam pieniącą się wodę. Połykam ją, prześlizguje się do gardła, pieści mnie - i oto znów odradza się w ustach, w ustach mam na zawsze kałużę wody, białawej, niepozornej, która ociera się o język. I ta kałuża to także ja. I język. I gardło to ja...

Mokrość życia. Jak mokre - to żyje... Suche jest zdechłe, do niczego... Tak sobie pomyślał też Klaus Mann, gdy patrzył z rozpaczą na swego martwego przyjaciela. Jego kałuża wyschła. Została dziwnie mała, człekopodobna rzecz, z której już się nie wysączy ni ślina, ni pot, ni sperma... 

Wola wcielona robi sobie mokro. Chce to robić jak najdłużej. Taplam się językiem jak dzieciak plaskający bucikiem po kałuży...

Można pluć, czerpiąc ze swych bogatych zasobów. Można się pocić, można tryskać, można sikać... Można też pójść gdzieś, gdzie nikt nie hałasuje, by posłuchać szumiącej wewnątrz ciała rzeki krwi... Niestrudzony mięsień, tak po prostu, telepie się w piersi i pompuje. Posyła tlen do łba, by się w tej fabryce różnych cieczy bzdurzyło...

Fabryka produkuje ciecze, które w zasadzie są nieapetyczne... Robi się jednak wyjątki - dla własnych i czasem dla cudzych. Coś dziwnego dzieje się w człowieku... Brzydzi mnie picie z cudzych filiżanek - z jednym wyjątkiem. Z tym wyjątkiem mogę pić z jednego naczynia, gryźć tę samą pajdę chleba itd, itd... Stałocieplni. Dwie podgrzane kałuże, które od czasu do czasu się mieszają... W dotlenionych łepetynach zmieszanie jest stałe... Jesteśmy w dwóch głowach jednocześnie... Ludzie nazywają to miłością...

Tu i tu tajemnicze głębiny. Mroki, niby w oceanie. Jak powiada Jens Bjørneboe w "Rekinach", ludzkie serca są równie jak oceany i niebo gwiaździste niepojęte, niezgłębione... A ludzka krew - jak dodaje - skoro należy do płynących żywiołów, podlega Neptunowi, który, jako tajemny, grzeszny bóg, może wzniecić w środku bunt mrocznych sił, wyłonić z bezdennych obszarów serca szaleństwo, prorocze sny, chorobę psychiczną, alkoholizm, nienasycenie, może wzburzyć umysł, narzucić halucynacje i dać nam słyszeć przerażającą muzykę rogu - muszli Trytona, może rozpętać huragany... Jak morze tak i człowiek są wielkim wyzwaniem. Trzeba umieć poruszać się wśród tajemniczości.

Ci bogowie dziwni... I życie. Mlaszczące, płynące... Tak miłe, gdy tajfun ustąpi... U nas szczęśliwie pogoda. Bujamy się na przyjaznej fali... I płynie czas... Zawsze coś zabiera, zawsze coś przynosi... Ile jeszcze zostało? Jakiego nabiorę kiedyś wyrazu?

Jakiś czas temu przypatrywałem się obrazowi Muncha "Przy oknie". To późne płótno, z 1940 roku. To taki autoportret jakby z pogranicza życia i śmierci. Starzec stoi w pokoju, koło okna. Trzyma pion, więc żyje, jeszcze - człowiek po przejściach. Twarz daleka jest od bladości - podobnie jak kawałek ściany za nim, tonie w czerwieniach. Ubiór zaś jego jest zielony. To barwy życia, to człowiek żywy, przy kaloryferze, w domowej przytulności z którą kontrastuje widoczne nad owym kaloryferem okno - za szybami zimowy pejzaż, iglaki skryte pod grubą warstwą śniegu... Tam, tuż obok, zaraz za oknem rozciąga się nieprzyjazne królestwo śmierci... Nie mogę do końca zgłębić wyrazu twarzy starego Muncha. Nie znajduję słowa na jego grymas. Jest już blisko tego tajemniczego, cichego królestwa, za kilka lat wyjdzie przez to okno, by zniknąć... Ta twarz - ni to złość, ni to obojętność, ni to obrzydzenie, ni to smutek, ni otępienie, ni zdziwienie, ni zaduma... Przedziwna. Usta gną się do dołu. Jakby je pierwsze przyciągała do siebie ziemia, zmieniając je w jakiś nieczytelny bazgroł... Zastanawia nas słynny uśmieszek, jaki pozostawił nam wielki Leonardo. Grymas Muncha zdaje się równie niepojęty... Nic nie wiadomo. No i już. I tyle.

Z biegiem czasu ta wyrozbierana do bielizny zima nie jest już tylko scenerią dla narciarskich uciech... Białe prześcieradła, gołe drzewa, zeschłe badyle... Ludzie opatulają w ciuchy swoich zmarłych. A przecież wszystko idzie do rozbiórki, aż do białej kości.

Pamiętam jak z ciotką szykowałem trumienną kreację dla mamy. Zastanawialiśmy się: - Może to, albo to? W pewnym momencie ciotka wypaliła: - A nie będzie jej w tym za zimno?...

Życie to podgrzana kałuża, która nie lubi podmarzać. Śmierć jest zimna - ale umarli się nie skarżą... Niektórzy powiedzą, że umarli jednak potrafią dręczyć swymi skargami żywych, ale to tylko nieczyste sumienia owych żywych się odzywają... Umarli to tylko schowana w ziemi skostniałość... Daleka od Neptunowych żywiołów... A ich własna ciemność, w którą za życia bezskutecznie się wpatrywali, jest teraz zlana z mrokiem między gwiazdami.

Za oknem zimno. Kałuża tym bardziej cieszy się ze swego domku. I z drugiej kałuży. Kałuże, a właściwie oceany. Czasem jakieś sztormy, częściej spokój, przypływy, odpływy, pieszczotliwe obmywanie, spienienia etc, etc...:)

16:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 listopada 2013
Horror w Hornstrandir

 Ponieważ robi się zimno, zatem coś zimnego... Brrr! 

 Dziś o książeczce z upiorami na dzikim pustkowiu. 

 Strasząca Yrsa. We fragmencie recenzji na okładce książki "Pamiętam cię" przeczytać można, że czytelnik w trakcie lektury będzie się bał wyjść do łazienki... No, może bez przesady... Ale, chociaż nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem prozy Yrsy Sigurðardóttir, tym razem przychylnie odniosłem się do jej talentu, bo wyszedł jej całkiem zgrabny horror z groźnym upiorem.

 No, taka swojska dla mnie rzecz, bo przecież strony to mi bliskie. Zawsze przyjemnie mi się czyta rzeczy, które ktoś lokuje w znanej mi przestrzeni... 

 Islandzkie Fiordy Zachodnie. Kraina jak z mrocznej baśni. Kraina ponurych historii o dziwnych zjawiskach, o paleniu czarowników... Kiedyś już wspominałem o niej, opowiadając o żyjącym tam przed wiekami pastorze, którego odwiedziły upiory, co było bardzo brzemienne w skutki, bo z tego powodu życie stracili całkiem niewinni ludzie... Szaleństwo z duchami, ze zjawami wiodło tam najintensywniejsze życie... Historia zresztą się nie skończyła, bo do dziś nie brak w całej Islandii ludzi wierzących w duchy, czary, w elfy...

Do niezliczonych opowieści o duchach i Yrsa dołączyła swoją sensacyjną książkę, dzięki której może odwiedziny Hornstrandir staną się dla niektórych jeszcze bardziej kuszące... Bo wszystko w powieści jest takie, jak w rzeczywistości. Yrsa nie musiała wymyślać specjalnej scenerii dla tej całej grozy. Niesamowite Hesteyri istnieje. Opustoszałe dziś Hornstrandir, odwiedzane jedynie krótkim, tam nawet wyjątkowo krótkim latem, przez turystów, przez większą część roku jest mieszkaniem jedynie dla polarnych lisów i bardzo samotnych duchów tych, którzy tam pozostali w swych grobach... 

 Hornstrandir to najpółnocniejsza część Fiordów Zachodnich, tworzy w tej łapie taki zagięty ku zachodowi pazur. Kiedyś, w bardzo trudnych warunkach, żyli tam ludzie. W tej odległej niesamowitości, obłędnie pięknej, trzymała ich praca, którą dawała norweska stacja wielorybnicza, a także przetwórnia śledzi. Wszystko to jednak po latach rozkwitu upadło. W latach czterdziestych ubiegłego wieku, kiedy to nasilił się odpływ ludzi z prowincji, także i Hornstrandir zaczęło się gwałtownie wyludniać, aż wreszcie w 1952 roku wyjechała stamtąd ostatnia żywa dusza. Od tamtej pory nikt tam na stałe nie żyje. Pozostały tylko resztki po dawnym wielorybniczo - rybnym przemyśle, pozostały domy, niektóre wyremontowane, służące jako domki na lato. Jest w Hesteyri opisany przez Yrsę tzw "Dom Lekarza" (Læknishúsið)- miejsce, gdzie latem można znaleźć nocleg i jadło, a gdzie kiedyś żył miejscowy lekarz... Reszta to przyroda. Góry, rzeczki, fiordy, lisy, foki, bujny arcydzięgiel i spokój mogący przyprawić o obłęd... U Yrsy jest jeszcze bardziej niesamowicie, bo jej opowieść dzieje się w zimie, kiedy człowiek tam się znajdujący pozostaje całkowicie odcięty od świata żywych. Nawet komórka bywa tam nieprzydatna...  Opuszczona dzicz. A wiadomo, jak niesamowite są miejsca, które ludzie opuścili. Pozostawione domy, porzucone niegdyś miejsca pracy, zapomniane cmentarze - wszystko to otoczone jest atmosferą szczególnej grozy...

I w taką grozę ruszyła trójka ludzi, by zająć się przed sezonem remontem świeżo zakupionego domu, w którym ma być mały pensjonacik... Szyper odpływa od pomostu, i dwie panie oraz pan pozostają w tym widmowym osiedlu... A, jest jeszcze towarzyszący trójce piesek, z którym na szczęście pisarka obeszła się łaskawie... Już na samym początku jednej z bohaterek wydaje się, że nie są jednak sami w tej dziczy. Jakiś ledwo dostrzegalny cień, bardziej ponury od zapadającego mroku, mignął jej przed oczami... 

Islandia jest w kryzysie. Katrin i Gardar są już właściwie nad przepaścią. Towarzysząca im Lif jest lepiej sytuowana. Świeża wdówka ma kasy jak lodu. Świeża wdówka - jak się potem okazało - wdówka - modliszka... Czasy są paskudne, pod przykrywką przyjaźni bulgocze szambo, a w tym wszystkim coraz natarczywiej objawia się upiór...

 W tym samym czasie w Ísafjörður Freyr, rozwiedziony psychiatra, zmaga się z życiową tragedią. Wyjechał z Reykjaviku na prowincję, pozostawiając za sobą kawałek życia zamienionego w gruzowisko, z bolesnym wspomnieniem o małym synku, który zaginął bez śladu... W mieście dzieje się coś dziwnego - ktoś zdemolował przedszkole. Lekarz, razem z policjantką Dagny, usiłują dociec, kto się tak brzydko zabawił. Okazuje, że do podobnego zdarzenia doszło też przed laty - ktoś zrobił kipisz w miejscowej szkole... Na dodatek jakaś kobieta popełnia w kościele w Súðavíku samobójstwo, a w jej pożegnalnych bazgrołach znajdują się imiona zaginionych chłopców, z których jeden jest synkiem Freyra... Robi się coraz dziwniej, coraz duszniej. Tajemnicze chichoty, głosy znikąd, zjawy... Nitka zwija się w niezwykły kłębek ludzkich losów, krzywd, zdrad... Plątanina zbiegów okoliczności...

Jeden zaginiony szaleje na odludziu. Drugi daje wskazówki - a właściwie wskazówkę... "Powiedz prawdę"... Umarli chcą być odnalezieni. Życie musi mieć swój stosowny koniec.

Yrsa zadbała o nastrój, o duszną atmosferę, o przejmujący chłód, poplątała życia z ich popapranymi charakterami, by wśród tajemniczości i zjaw rozwiązać ponure zagadki.

Niektóre duchy z czasem stają się bardzo złe... Na Hornstrandir znów rozpętało się zimne piekło... Czy już ostatnie?

Yrsa stworzyła naprawdę ciekawy horror, wplotła weń trochę historii, trochę rozwalonej finansowym, i też moralnym, kryzysem Islandii...

Złe islandzkie duchy... Od zawsze lubiono o nich opowiadać... Już sagi mówiły, jak niektóre potrafiły być dokuczliwe, a nawet całkiem mordercze. 

Yrsa dołączyła swoją opowieść... To dziś najsłynniejsza islandzka pisarka. Powiodło jej się. I przetarła jakoś pierwszą ścieżkę. Bo do tej pory, jak okiem sięgnąć, wśród znanych w świecie islandzkich ludzi pióra, pierwsze skrzypce grają panowie, choć nie brakuje tam przecież ciekawie piszących pań...

 No, to polecam na jesień mroczną Yrsę. Niech zaskrzypią złowrogo podłogi... I polecam też podróż do Hornstrandir.

 O, na zachętę wlepię jeszcze link do pejzażu z powieści:  www.hesteyri.net  

 Yrsa Sigurðardóttir, Pamiętam cię, Muza, Warszawa 2012.

środa, 20 listopada 2013
Popatrz

 Miałem zamiar machnąć jakąś notkę, ale coś mi się nie chce. Żeby jednak stary blog coś jeszcze pozipał, zrobię notkę wierszykową... Czas mamy taki ładny, mimo listopadowej pory, ładny i na dodatek księżycowy... Księżyc to mój miły przyjaciel. No i przypomniałem sobie taki miły, mały księżycowy wierszyk z Norwegii:

Rolf Jacobsen

Popatrz

Księżyc kartkuje księgę nocy.

Znalazł jezioro, czystą stronę bez druku.

Narysował prostą linię. To wszystko, co potrafi zrobić.

To dość.

Gruba linia. Prosto do ciebie.

Popatrz!

             przełożył Kiljan Halldórsson

14:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 listopada 2013
Tęcza

 Miałem już zgasić komputer, ale co tam. Jeszcze na bloga można wejść. Z pewnym trudem, bo coś strona dziś rozkapryszona i mi się ze trzy razy pojawiał komunikat, że nie chce odpowiadać... No, ale po kolejnym odświeżeniu zaskoczyło.

 No i tak - znów w koleinach dni roboczych... Oj - na to były te wszystkie Big Bangi, żeby zrodził się człowiek do swych dni roboczych... Oj, oj, coś jest nie tak... Ale, no, żeby nie było tak tragicznie - z dni roboczych ucieszyły się najbardziej psy, bo w dni robocze w piekarni są ulubione drożdżówki, którymi psiarnia chętnie się delektuje po spacerku. Doprawdy dzień bez choćby kawałeczka pysznej bułeczki staje się jałowy, bezsensowny... Niedziele i święta są takie dziwne, są bolesnym wyłomem w codziennych rytuałach... Nasza szara codzienność jest zdecydowanie dla nich lepsza - bo robimy sobie kawkę, a jak już kawka jest gotowa, to psiarnia zasiada i spogląda żebraczo... Trzeba się z nimi podzielić - Budrek chwyta kawał i zwiewa z nim do kąta, by tam w skrytości zdobycz pożreć, natomiast stareńki Niedźwiedź siedzi przy mnie i spożywa przysmak drobnymi kawałeczkami.

 I po święcie... Oj, oj... Świętowali. Ludzie sobie, małpy sobie, wampiry sobie. Do tego chyba wypada się przyzwyczaić... Myśmy nie świętowali, bo jakoś nie mamy takich potrzeb. Tylko trochę tak zerknęliśmy na wiadomości...

 Oficjalnie, wojskowo, wieńcowo, z trąbą i bum bum... Chłopcy w mundurach śliczni. A za mundurem krwiożercze panny sznurem... (Paniom się podoba. Nie zapomnę sobie, jak kiedyś tam, w podstawówce, byliśmy na wycieczce w jednostce wojskowej. Bitni chłopcy robili pokazy swej sprawności - rozpieprzali ręcami cegły, łamali deski... Ja miałem wrażenie, że znajduję się w domu wariatów. Ale panie nauczycieleczki były zachwycone. Kiwały się na obcasikach jak potłuczone, stąpając po nieutwardzonej powierzchni, i biły brawo. Kilka cegieł więcej i - doprawdy -  trafiłby je wszystkie Amor!! Im widać potrzebne były przejawy gwałtowności. Mnie Amor łaskotał bez tych cegieł...  Już się we mnie budziło zwierzątko, i chłopcy... Hm... Do dziś mam pewną sympatię - jak widzę rumiane wojsko na pace ciężarówki, to mi się ten żywy towar podoba - ale już samo rzemiosło tych chłopaków mi nie odpowiada... Szkoda doprawdy, że pewna dekoracyjność musi czasem wiązać się z bardzo złymi rzeczami...)

 Potem małpy niszczycielskie.

 No i wampiry, które od małp trochę z własnego cyrku uciekły do grodu Kraka. Siły są groźne i wewnętrzne. I ja się z tym zgadzam. Są jak najbardziej wewnętrzne. Tyle że dość chyba często z takimi siłami potrafi skutecznie radzić sobie psychiatria.

 No i naturalnie musiała spłonąć tęcza... Specjalnie nad tym nie ubolewam, bo nie mego miasta jest ona dekoracją, ale... Tak, no, nie było sensu się nawet zakładać o los tej sympatycznej instalacji... Nie wiem, czy ta tęcza miała cokolwiek wyrażać. W końcu tęcza może być po prostu dekoracyjną tęczą... Ale małpiarni wszystko się kojarzy... Ale skoro małpiarnia taka wściekło nabożnie patriotyczna, to mogła sięgnąć po całkiem pobożne znaczenie symbolu... Chowana w szkołach z religią... Hm... Widać owe lekcje na nic się nie przydają. A może - nie wiem - ograniczają się tylko do pouczeń, że jak dupa, to tylko Maryni, i to po ślubie kościelnym... Bozia przecież, jak opowiada Biblia, dała tęczowy znak i obietnicę, że już topić nie będzie i w ruinę ziemi nie obróci. Tęcza miała być znakiem przymierza między Bogiem a ziemią... Pamiętam, jak do Oświęcimia przyjechał Benedykt -  było uroczyście, rozbrzmiał nastrojowy fragment Suity Holbergowskiej Griega, a na niebie pojawiła się tęcza... Ileż było gadania - cóż za znak niezwykły... No, a tu palą tęczę, nabożni... Czemuż ich móżdżki takie nieczyste? Nie są sobą, czy jak?

 Ja tam tęczę lubię. I to nawet nie ma nic wspólnego z tym, że można mnie pod tęczową chorągiewką ustawić. Tęcza jest po prostu ładna. Różne kolory zgrabnie tworzą jedną wspaniałą wstęgę. Myślę, że tęcza wszystkich powinna dobrze nastrajać. Można sobie przy niej myśleć o równości wszystkich przejawów życia, można widzieć w niej ścieżkę do boga, można śnić o niej, jak o bramie do krainy szczęśliwości... Od wieków ludzie myśleli, patrząc na tęczę, że za nią kryje się coś lepszego, jakaś tajemnicza wspaniałość... Tak mi się zdaje. Jest tu jakaś wspólnota wyobrażeń... Jestem taki trochę Nordyk, więc muszę tu wspomnieć i o wyobrażeniach dawnych Skandynawów... Według nich my mieszkamy w Midgardzie. Bogowie natomiast żyją w Asgardzie, wysoko nad ziemią. Miedzy naszymi światami zaś rozpięty jest Bilrost - tęczowy most, którego wytrwale strzeże przed potworami dobry, jasny bóg Heimdall, syn dziewięciu dziewic - fal, co równie dobrze widzi dniem jak i nocą, i którego uszy słyszą nawet, jak rośnie trawa i wełna na owcach...  

 Brzydko jest palić tęczę, doprawdy brzydko... Jakieś potwory zawsze chcą zgliszcz i mordobicia... Brrr...

14:50, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 listopada 2013
Hunky Dory

 Ktoś mógłby może pomyśleć, że zamierzam tu zrecenzować starą płytę Bowiego... Ale nie, nie - zresztą i tak o niej już wiele dobrego powiedziano i nazwano ją - całkiem słusznie -  pierwszym arcydziełem tego artysty... Poza tym o dziełach gadać nie potrafię - dzielę świat na rzeczy piękne i brzydkie, po prostu. I gust - tak jak Oscar Wilde - mam niebywale prosty - lubię to, co najlepsze. Więc i, naturalnie, lubię "Hunky Dory".

 Wracam, wracam do starych płyt. Stoją sobie one rządkami na półkach. Milczą, czekają, aż wreszcie znowu wprawiane są w ruch, na okrągło, przez jakiś czas... No i tak owo "Hunky..." się kręci i rozbrzmiewa. Tak pod chmurki, lekki chłodek i deszcz - żeby było przyjemniej. Nawet Franio, biedny, polubił rzecz - wyjścia nie ma. Mam niestety skłonność do narzucania nastrojów i brzmień... I tak, w narzuconym przeze mnie nastroju, zaszyliśmy się na wieczory w domu. Żadnego odbierania telefonów i otwierania drzwi. Na zewnątrz robi się coraz mniej przyjaźnie, więc tym bardziej przytulnie robi się w domu... I David śpiewa - bo któż zresztą miałby śpiewać? Lwia część estrady to przecież nieporozumienie... Jest David Bowie, więc reszta może właściwie robić - bo ja wiem - powrozy...

 Już pierwsze dźwięki "Changes" wprawiają mnie w dobry nastrój... Boska płytka, do której w żadnym momencie nie można się przyczepić. Jest od a do z doskonała. Rzadko zdarzają się takie cacka... I ileż to razy to cacko przykuwało moją uwagę... Przecież byłem jeszcze nastolatkiem, kiedy rzecz usłyszałem po raz pierwszy. I do dziś mi się to nie znudziło... Tak samo jak do dziś nie znudziło mi się łomotanie płytą "Station to Station". Zrobić coś, co się innym nie może znudzić... Aż wypada w tym momencie wierzyć w obdarowujących talentami bogów!!!

 Zawsze jak coś dla siebie odkrywałem, to potem inni musieli tego słuchać. I to nie tylko u mnie w domu. Bo jak szedłem gdzieś z wizytą, to pojawiałem się z własną muzyką pod pachą albo w kieszeni, w zależności od tego, kto jakim sprzętem dysponował. I - rzecz dziwna - wszyscy jakoś ulegali, nawet jeśli pochodzili z innych bajek ludzkich upodobań... I kawałki wpadały w ucho, często nieznane, bo u nas się Davida przecież nigdy specjalnie nie ceniło. Bywało, że potem darliśmy się z kolesiami po pijaku na ulicach, wydobywając z gardeł teksty typu: "we're learning to live with somebody's depression, and I don't want to live with somebody's depression" bądź: "fashion - turn to the left, fashion - turn to the right, we are the goon squad and we're coming to town, beep - beep..." Szczeniaccy, krzykliwi, zaczepni i sikający w ruchu, całkiem pieszym... Zaczepne bywały też niestety nocne patrole, całkiem bez humoru, których Misio nawet się trochę lękał, w trosce o swoją drugą, grzeczniutką twarz...

 Wśród tego było i oczywiście "Hunky..." Dawno minione wieczory, gąsiory z domowym wińskiem, wręcz fabryczne dymy z papierosowych inhalacji, pogaduchy, bełkoty, macanki, i my na wieki, i księżyce, i pawie z balkonów, dzieciaki, którym nikt nie będzie gadał...

 Dziś już ciszej jest. Misio jest z wyglądu ascetyczny, jest zaobrączkowanym ptakiem, bez dodatkowych ozdób, zadowolonym mieszczuszkiem... Ale te stare dźwięki... Trochę to jest niesamowite - nauczyliśmy się rejestrować dźwiękowe zjawiska, i tak sobie one żyją, zawsze takie same, zawsze młode... Zdaje się, że wszystko to jeden dzień, jedna noc... Tak zresztą jest - słońce nie gaśnie, tylko my się kręcimy i bujamy, w jednym i tym samym dniu i tej samej nocy... I to nic, że się tamto nie wróci... Przecież to było ledwie chwilę temu, zawsze tę samą chwilę temu, teraz więc trzeba odpocząć... Wystarczy tylko puścić stare piosenki, by wszystko do siebie przybliżyć, by się uśmiechnąć do wspomnień nagle tak świeżych...

 Marzy nam się z Franiem, by tak choć przez tydzień w ogóle nie wyłazić z sypialni. Wypiąć się na robotę, zrobić zapasy jedzenia, wlać kawy do termosu, żeby nawet po domu za bardzo nie latać... Ale niestety - psy nie robią do kuwety, roboty rozmaite czekają, powoli już trzeba myśleć o cieplejszych butach... Wyrko jest takie milutkie o tej porze roku... W stare piosenki można by było wpleść jakieś arcynamiętne arcylenistwo...

 Ale spoko... Lubię ostatnio zasypiać w nocy, co jest dobrym znakiem, bo to świadczy, że dni nie stoją mi przed oczami upiorem... Jest jeszcze jedna płytka, którą ostatnio uruchomiłem, taka dobra do zasypiania, Garbarkowe "All Those Born With Wings" - trochę saksofonowych skarg, trochę powtarzanych muzycznych wyrazów... Jedna z moich ulubionych płyt. Przypomina mi wycinek życia, do którego drzwi już bezwzględnie zamknięte. Nie ma już bólu. Z tym jestem już tylko ja, pogodzony... Na okładce jest zorza polarna. Na srebrnej płytce ta zorza gra... Trochę - jak chce Garbarek -  ku pamięci o Tarkowskim, i trochę - jak chcę ja - ku innej pamięci...

 Wśród potknięć i nawet mordobicia płynie sobie życie... Siniaki na szczęście znikają... Może dziś wieczorem znowu puszczę "Hunky Dory"... No bo w sumie hunky dory...

15:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 listopada 2013
Uprzejmość XXVII

(To zaimprowizuję coś dalej...)

- Oj, pieprzysz, pieprzysz, bracie - obruszył się Vernick. - Za co człowiekowi chcą zapłacić, to z tego on żyje.

- A niech ci będzie. Choć ja i tak wiem swoje, co wypada, a co nie. No to bęc! I chyba coś zrobię do jedzenia. Ale jeszcze po jednym.

- Nie lejże tyle, bo przecież zaraz zaczniemy bełkotać - rzekł błagalnie Vernick.

- Za zdrowie juniora. Aleś ty podobny do taty!!

- Halldór Laxness żałował, że nie piszczymy do siebie jak ptaki. Moglibyśmy też pobełkotać - powiedział Timo ożywiony gorzałą. - Słowa są takie mylące.

- Ćwir, ćwir - zaćwierkał Vernick wychyliwszy kolejną bombę.

- Pi, pi, pi - odpowiedział Timo.

- Łiiiiiii, łiiiiiii - zakwiczał po świńsku Jan.

- To już lekka przesada - zganił Jana Paul.

- Ja tam uważam, że wszystko jasne - powiedział Timo.

- Poczekajcie tu, a ja czegoś nasmażę. 

- Niech ci będzie, chrum, chrum.

- Taki mój los, przyjechałem tu, by częstować głównie pederastów.

- Że mnie? - zawołał Timo.

- Vernick patrzy na ciebie tak marzycielsko. Miej sumienie...

- Uosobienie taktu - westchnął rozbawiony Paul.

 Vernick i Timo zostali sami w tym niby przedziale kolejowym. A z kuchni do ich uszu dolatywał brzęk jakichś garów. Wreszcie coś zasyczało.

 Timo obrócił się, by rzucić okiem na wiszące nad kanapą obrazki. Na pierwszym rozpoznał twierdzę Akershus mocno zarumienioną jesiennym słońcem. Na drugim ujrzał ośnieżone Longyearbyen - istna powódź błękitu plus różowa poświata na niebie. Pożegnanie ze słońcem przed zimą... Trzeci obrazek przedstawiał jakąś wyniosłą skałę - jedno z szaleństw północnej przyrody. Na czwartym zaś widać było biały łuk wyrastający z jakiejś czarnej hałdy. Coś islandzkiego. Na łuku widniał napis:

- Ég lifi... - Timo próbował odcyfrować inskrypcję.

- Ég lifi og þér munuð lifa - wyrecytował Vernick. - Ja żyję i wy też żyć będziecie. Siedemdziesiąty trzeci. Vestmannaeyjar. Popiół wulkaniczny przysypał wtedy między innymi tamtejszy cmentarz, który potem nadludzkim wysiłkiem został odkopany. Tylko górna część bramy wystawała z tego piekielnego popielnika. No i jeszcze nieboszczka Theódóra Jónsdóttir wznosiła się nad nim w postaci wyniosłego, białego anioła. Słynne swego czasu zdjęcie. Dla wierzących z pewnością jakiś znak... Ludzie mają skłonność do zaprzeczania. Z uporem na czarne mówią białe. Widzą, że jest śmierć, a mówią, że jej nie ma.

- Złowroga zapowiedź - to jeszcze nie koniec. - Timo zadumał się na chwilę. - Ledwo można wytrzymać w tym jednym życiu. A ludzie śnią o życiu wiecznym.

- Aż strach pomyśleć, o czym wtedy marzą... W każdym razie ogniste podziemie nie ośmieliło się pokryć swym brudem anioła... Gdyby tak wczytać się w bełkot natury, to można by było powiedzieć coś mniej budującego. Mały łuczek, biała tęczka waszych nadziei, niczym jest wobec czarnej straszliwości, niszczycielskiej, unicestwiającej. Możecie walczyć, lecz do czasu. Potem tylko ponury proch... Jeden biały anioł. Ktoś zawsze zostaje. Przypadek sprawia, że ma coś, co go wpisuje w mniej lub bardziej powszechną pamięć.

- Theódóra miała przydatnego anioła. Ty z Ljanem macie na przykład rozpisane na głosy dziecko...

- Tak, tak - zaśmiał się Vernick. - Pejzaż ludzkiej umarłej przeszłości jest jak wielkomiejski firmament. Garść gwiazd i zupełnie czarne tło. Jakie to straszne - dodał po przerwie.

- Co?

- To, co się stało. Mój Boże. Miałbym ochotę już się z tego wszystkiego wyplątać. - Mówiąc to przeczesał palcami dawno nie strzyżone włosy Tima.

- Nie wiem czy sam zdołam wrócić...

- Nie pomyślałeś o tym, że mógłbyś wrócić całkiem inny? I w jakiś sposób mocniejszy? Może doczytasz tę gównianą książeczkę i potraktujesz bardziej jako przestrogę...

- Ach, przestańmy, bo zacznę płakać.

- Może lepiej teraz? - powiedział przyciągając do siebie Tima.

Bardziej niż smutkowi poddał się teraz zapachom. Od starego człowieka biła świeżość, która sprawiła, że Timo pomyślał sobie o jakimś zalanym słońcem straganie pełnym orzeźwiających owoców.

 - Pachniesz owocowo.

 - Jeśli miałbym szukać dla ciebie jakichś porównań, musiałbym rozejrzeć się raczej w świecie fauny. I taki chciałeś iść do Ylajali?

- To był przypadek.

- Bądźże zawsze gotów.

- E tam. Myślałeś o jakiejś szansie dla nas?

- O tobie i Ylajali? Wykluczone.

- Nie. Timo i Timo.

- Odczytaj sobie coś po swojemu z tej cmentarnej bramy... Paal Brekke zastanawiał się kiedyś czy wtorkowy, chyba wtorkowy morderca, był też mordercą w poniedziałek... A po wtorku - wiadomo - środa... Kim jest wtorkowy morderca w środę? Może coś uda się jednak ominąć?

- Vernick! Zostaw chłopca i pomóż mi - zawołał Jan.

Między kanapami była pusta przestrzeń. Dla udawanej podróży w sam raz... Teraz Jan z Paulem zakrzątnęli się, by zwykły przedział upodobnić do miejsca w wagonie restauracyjnym. W międzykanapowej przestrzeni wylądował mało estetyczny, stary ogrodowy stolik z plastiku, by było na czym ustawić talerze, szklanki i butelkę.

- Obiadek u najbogatszego mieszkańca gminy - złośliwie odezwał się Paul. - Kupne hamburgery z zieleniną. I polska wódka.

- A co, ty jesteś z tych luksusowych mruczków, dla których jedyną rzeczą w życiu jest styl w rozumieniu barmańsko - kuchcikowo - kelnerskim?

- Co tam mruczysz? Żebyśmy się nie posrali.

- Tu jest lekarstwo. Junior, zajmij się butelką.

- Właśnie oglądaliśmy obrazki urozmaicające te twoje podróże.

- Tak, i co?

- Co to za góra?

- Aaa! - ożywił się Jan. - Grenlandia, Grenlandia. Storø. W zeszłym roku zrobiłem to zdjęcie.

- To już tam byłeś? - zdziwił się Vernick.

- Ach, bajka, bajka. Pływałeś kiedyś, juniorze, po grenlandzkich fiordach?

- Nie, nigdy - odpowiedział Timo.

- Tego się nie da opowiedzieć. Świątynia, świątynia!!

- Ach, więc to o to chodzi - wtrącił Vernick.

- A o cóż by innego... Wieże, wysokie sklepienia, gwiazdki złote, kolumnady, katedry jak góry... Ludzik przy tym - mały proszek. Ale ileż w tym obcości. Gówienko jesteś małe, ale o ileż mniej dotkliwe jest to uczucie w naturze, z której my sami... Słowem płyniesz, tęsknisz, chuj wie, za czym, płaczesz, mały, wielki, niebo najprawdziwsze nad głową, oparte o wiecznie wilgotne ściany, o skalny, niewymownie piękny i  przeraźliwy ogrom... Chcesz padać na kolana. Wiesz już niemal wszystko... Ten twój Laxness wiedział, co mówił... Co tam słowa... To się nie da... No, może tylko jedno... Ono nigdy mylące nie jest... Uwielbiasz... O kurwa mać!!!

- Wyrażenie na każą okazję. Zapewne Grenlandia się cieszy.

- Jedzcie, bo wystygnie!

Timo poczuł się zadomowiony w przytulnym przedziale. Zjadł już nieokreślone mięsko. Pochłonął też duży liść sałaty - choć nie chciał tej przywiedłej zieleniny, połknął ją, bo Jan zażądał, że i grass ma być zeżarty. Teraz, podpity i syty, zzuł buty i skulił się w kącie pod oknem. Vernick rzucił krytycznym spojrzeniem na jego stopy.

- Pan zalotnik - rzekł z politowaniem.

Lewą skarpetę szpeciła dziura na paluchu.

- A jeszcze rano jej nie było.

- To jest zalotnik?

- Taki, co sklepy demoluje.

- Jak sklepy? - dopytywał Jan.

- Tutaj zrobił demolkę.

- To się czarniawy musiał przestraszyć. Że może jakieś rasistowskie anse.

- Uspokoiłem go. Taka przykra niespodzianka spotkała tu Tima.

- Podoba ci się obraz? - spytał Jan juniora.

- Paul zauważył chyba, że jest strindbergowski.

- I dobrze zauważył. Timo gdzieś go widział i mi o nim opowiedział. Zrobiłem go nożem.

- Jest dziwny i jakoś smutny. Nie wiem czemu, ale pomyślałem o czekaniu... I o miłości, mimo tych strasznych drzew, jakby stworzonych dla wisielców...

- Ładna jest ta czerwień. Jestem z niej zadowolony - powiedział Jan.

CDN

16:24, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 listopada 2013
Stary człowiek i buty

 Dżdżysty dzień. A także wolny, spokojny. W sam raz na to, by zaszyć się w domu. Tak więc jestem zaszyty w swoim magicznym domu, w którym sam się rozgryza orzech. (Tak, tak, istnieją takie domy, istnieją, tyle że - tu muszę niestety niektórych rozczarować - są to wyłącznie domy gejowskie. Nie znaczy to naturalnie, że wszystkie inne domy są paskudne i złe, ale nawet jeśli są one przyjemne, to orzech sam się w nich nie rozgryzie, nie ma takiej możliwości...)

 W dżdżystą pogodę można usiąść i na przykład doklepać coś do bloga... O, jaki ten blog już jest stary... O jej, wszędzie coś starego człowiek napotyka... Co jednak poradzić...

 Listopad. A jak listopad, to znaczy, że znów mijają moje kolejne urodziny. Rocznice stworzyły już wcale pokaźną sumę, co mnie raczej nie umieszcza w nastrojach uroczystych. Trudno być poważnym. To raczej dzieci - wbrew pozorom - są poważne. Potem jakoś bardziej człowiekowi do śmiechu szczerego... A dalej co? Czyżby złości jakieś?

 Jak dobrze pójdzie, to może jeszcze pożyję i ze czterdzieści lat, chociaż nie wiem, czy taka myśl powinna nastrajać mnie optymistycznie - wszak Oscar Wilde powiedział kiedyś, że najbardziej żywotne jest to, co najbardziej pospolite... :)

 Uu, ciemność nadchodzi - tak się zrobiło pochmurno, że tracę z oczu klawiaturę. Trzeba cyknąć światło...

 No, lepiej...

 Tak, właśnie, złości, agresja... Jakiś czas temu przeczytałem gdzieś wywiad z jakimś tam profesorem od łbów, który opowiadał o zmianach pod czaszką, które mogą sprawić, że człowiek na starość staje się smutniejszy i jednocześnie agresywny. Podał między innymi przykład tych posmoleńskich czarnych mszy podpałacowych, w których głównie uczestniczą ludzie niezbyt młodzi, nazbyt za to zajadli, wulgarni, wściekli... (Swoją drogą to interesujące zjawisko - jakby narodziny nowej mrocznej religii, której wyznawcy, nie dorobiwszy się jeszcze własnych symboli, szafują obficie symbolami, dewocjonaliami chrześcijańskimi...)

 Czy ja też się zrobię zły? Kiedyś taki jeden mój sąsiad, z którym spotykam się często na psich spacerach, zagadnął mnie: - Zauważył pan, jak paskudni są ludzie? A już szczególnie okropne bywają stare kobiety. Coś nieprawdopodobnego... Tak, coś w tym jest. Dość często natykam się na stare, wulgarne, zaczepne awanturnice. Trochę to nieszczęsne istoty, zasługujące chyba na patrzenie przez palce, bo skoro to wina starzejącego się mózgu... Taka jedna nieszkodliwa nieszczęśnica mieszka nawet na moim piętrze - to rodzaj takiego małego, bezinteresownie złego kundla, który lubi szarpnąć za nogawkę - kiedy mija mnie albo Franka, musi szepnąć, tak dość teatralnie, jakieś przykre słówko... Najwyraźniej sprawia jej to pewną ulgę... Jak człowiek jest nieszczęśliwy, to nie lubi pogody.

 Cóż powiedzieć - cała nadzieja w tym, że nie przemienię się w starą babę. Bardzo na to liczę... Tak jak i liczę na to, że zaglądające tu panie się nie obrażą... No, pociesza mnie tutaj obserwacja Henryka Worcella, który zauważył, że panie zachowują jakąś szczególną, osobliwą sympatię dla mężczyzn, którzy niekoniecznie mówią o nich miłe rzeczy.

 Co dodać jeszcze... U mnie po staremu. Czyli w zasadzie dobrze. Bo nie że tam stara bieda, jak to mawiają narzekacze różni... Tak że byłoby miło, gdyby owe "po staremu" dalej sobie krzepło. Wprawdzie ten mijający powoli rok przyniósł mi jeszcze trochę strat oraz trochę niepokojów, niemniej ogólnie nie przedstawia się najgorzej... Ludzisko - jak każde inne bydełko - jest zbiorem kilku apetytów, i te apetyty udaje mi się zaspakajać, z czym jest mi bardzo przyjemnie. Znam jeszcze smak euforii - to najważniejsze. Wszystko jakoś ujdzie, mimo że o życiu jako takim nie mam najlepszego zdania. Drugi raz bym już nie chciał.

 U mnie po staremu. Można to też rozumieć bardziej dosadnie. No bo już trochę po staremu, a nie po młodemu... Ale ciało jeszcze gra. O ducha mniej mi chodzi - mój duch zawsze był dość stary, ale nie zapleśniały. Najważniejsze jest ciało bez głupich kaprysów i wygłupów. Jeszcze się ono nie wygłupia. I lata po mieście w trampkach... Jedna moja koleżanka uważa, że to mało poważne, gdy dorosły facet jest taki trampkowy... Mówi o powadze, a pokazuje cycuszki i chodzi na szczudełkach. Nie wiem czy męczenie swych kończyn można zaliczyć do powagi...

 Tak... Trampki... Przeżyłem już trochę lat, tego i owego doświadczyłem, ale żebym miał coś szczególnego do powiedzenia o życiu... Nie, nie... Dobrze mieć coś wygodnego na nogach... To chyba tyle... No bo co jeszcze o życiu... Jest ono ustawiczną walką z nieświeżością. To jest dość nużące, bo nieświeżość błyskawicznie przekształcić się potrafi w zastarzały brud, więc stale trzeba być czujnym... Życie to niezachwiane, uparte dążenie do gnoju... To w gruncie rzeczy kończy się gnojem, gnojem cmentarnego dołu, nad którym pali się te nonsensowne światełka dla duchów, pali się w dziecinnej wierze, trochę ośmieszającej życie (a już całkiem ośmieszające dla niego jest przekonanie, że owego ducha można zbawić poprzez demoralizowanie grupy dość - że tak powiem - kluskowatych mężczyzn...)

 Na szczęście nie muszę odpowiadać na kłopotliwe, dziecięce pytania o to, skąd się biorą dzieci. Gdybym musiał odpowiadać, nie wiem czy udałoby mi się odbiec do szczerości... Aż by mnie korciło, by powiedzieć okrutną, oskarżającą mnie samego prawdę: Z brudu, moje dziecię, z brudu lepkiego... W końcu wraca się w kolebkę, zatacza ponoć kółka, więc inaczej być nie może. Tak więc z brudu w brud. A ludzkość ponoć - przynajmniej tak uważał Witkacy - wyszła z bydła, by do bydła powrócić...

 Kiedyś natknąłem się na zdjęcie Ziemi zrobione przez sondę kosmiczną z orbity Saturna. Nasz dom widziany stamtąd jest maluteńką, niebieskawą kropeczką, koło której widać jeszcze mniejszą kropeczkę, kropuniuniunię księżyca... Wokół atramentowa, cicha przepaść zimna. Kogo obchodzi to ziemskie pierdolamento? Podejrzewam, że nikt na to nie patrzy i nikt o to nie dba... Musimy dbać o siebie sami. Iść przed siebie, najlepiej w wygodnych butach, bo zawsze to jedna męka mniej...

15:29, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (9) »