BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 30 listopada 2014
Nothing has changed

Everything has changed... Po angielsku, bo to tak trochę w związku z Davidem Bowie. Trochę...

Się blogersko zaniedbuję. No bo tak żyję ostatnio na przyspieszonych obrotach. Choć dzieją się też rzeczy powolne. Bo powoli schodzę w cień... Smuga jego zawisła nade mną. Tego cienia. Początkowo było to przerażające. Teraz jest to już raczej śmieszne. Choć i trochę gorzkie.

Trochę pracuję, trochę się znietrzeźwiam, trochę umykam w świat duchów, trochę borykam się z rozmaitymi, nieodłącznymi od życia kłopotami. I w zasadzie jestem szczęśliwy, przez co nie mam upodobania w hałasie. Jak powiedział Hjalmar Bergman - człowiek szczęśliwy nie potrzebuje się radować. Zwłaszcza głośno.... Chociaż może moja próżność winna się radować głośno. Po tym co usłyszałem od pewnego młodzieńca... Wyszło na to, że w pewnych oczach jestem kimś wymarzonym... Tak, tak, miło jest zabytkowi, że dla niezużytej świeżynki jest atrakcyjny i duchem, i ciałem... Smutne jest natomiast to, że czyjeś uczucia i sny są niczym ta kula, co to trafia w płot... Zapewniam Frania, że nic mu nie zrobiłem... Bo on oczywiście zaraz - Aleś mu coś musiał zrobić... O tyy! Ale chłopiec sam się jakoś drasnął... Ładny, zachłanno- i smutnooki zarazem. I całkiem nie na te pomyje szumnie zwane życiem. Bo świat to takie diabelsko kunsztownie wykonane koryto, w które bóg wlał pomyje. Czasem  te pomyje rodzą delikatne kwiatuszki. Aż dziw... Tyle że ja nic na to poradzić nie mogę. Jestem tylko porzuconym przez inne elfy elfem. Nie jestem ich wysłannikiem dobroczynnym.

 Tak swoją drogą... Coraz piękniejsza jest ta młodość. Męska naturalnie. I aż strach pomyśleć, co to będzie dalej...

 Za moich czasów... I tak dalej... Oj tak... Dobrze, że choć czasy te brzmią dobrze... Na przykład Davidem (Oj, ależ Londyn kiedyś tworzył ludzi!!)... David mnie skłonił, żebym kupił tę nową składankę. Ot, kolejne takie Changesbowie. "Nothing has changed". Nic się nie zmieniło w tej stałej zmienności. Głównie kupiłem te dwie płytki (jest jeszcze chyba trzypłytowa wersja, bogatsza o garść kawałków, m. in. o te z niezbyt udanej, niewydanej płyty "Toy"), ale ja akurat natknąłem się na tę dwupłytową) dla nowego kawałka "Sue" -o tak, bardzo mi się ta jazzowa nuta spodobała i muszę powiedzieć, że miałbym ochotę na cały album z taką nutą i w takim klimacie. A, no i jeszcze jest numer z czasów "Aladdin Sane" - "All the Young Dudes" w wersji studyjnej, której wcześniej nie słyszałem (bardzo mi się podoba). A poza tym cała fura innych przebojów... Gdyby to ode mnie zależało, to to very best of Bowie wyglądałoby nieco inaczej. Wywaliłbym trochę ogranych i obtłuczonych kawałków, a dałbym coś z songów Brechta, jakiś kwiatuszek z "Labiryntu", może też "Girls" po japońsku... No, ale tak czy owak jest to pyszna wycieczka w czasie. Kolejna już. 

 Czas przeszły. Muzyka zawsze kieruje mnie do jego dobrych punktów... Tak że można polubić takie wycieczki za mgły. Choć wolę wycieczki za mgły gęstsze, skrywające czasy całkiem już umarłe... Umarłym można zazdrościć. I też można ocenić, kto tak naprawdę miał szczęście, co może postaram się rozwinąć w przyszłej jakiejś notce.

 Dość często korzystam z tego luksusu we mgłach. Dobrze, że nie muszę tak stale dostrzegać tego, co dzieje się dziś. Mogę sobie być jak ten Laxnessowy Grindvikingur w Kopenhadze. Ja też tak sobie kroczę szybko, a w jakimś osobliwym rytmie, jakbym pragnął podkreślić swą nieposzlakowaną zacność. Wyraz mojej twarzy też musi często być daleki od wszystkiego, co mnie otacza - miasto ze swymi wieżami i ludzką ciżbą, wszystko daleko... W ogóle cała teraźniejszość przestaje dla mnie istnieć... Jedna jest tylko różnica - nie noszę zużytej odzieży i zawsze mam dobre i czyste buty. Mam natomiast zużyty plecaczek, z którym się nie rozstaję. Więc jednak nie odbiegam za bardzo.

 A dziś byłem obecny tu i teraz. Poszedłem ładnie zagłosować... A teraz siedzimy w domu. W swoich kątach. Za oknem wiatr wschodni, zimny jak cholera, że aż nie chce się nigdzie wyłazić...

15:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 12 listopada 2014
Obejść

wypadało. Święto. Łukiem szerokim. A właściwie to niczego nie obchodziliśmy, tylko objeżdżaliśmy, bowiem usiedliśmy na rowerowych siodełkach i pognaliśmy w nieodległe od naszego domu wioski. Ciche, utopione w kolorowych jesiennych liściach. I w jasnościach iście wiosennych.

 Poza tym co? Trwa jeszcze kampania. Jedna się jeszcze nie skończyła, a tu słyszę, że Prezes Tysiąclecia zaczął już następną... Podał bezbarwną postać do odstrzału. Porażka powinna być dotkliwa. To chyba wszystko tak dla wyciszenia tych nieznośnych komentarzy dotyczących podróżników. Prezesowe misie... Jaki Prezes, takie przyjemniaczki. Wybrańcy. Dzieci prawie, ledwie wyklute z młodzieżówek. Nawet jakieś szkoły pokończone - tylko że wszystko, co szkoła podaje do wiadomości, niepielęgnowane, umyka. Siano w głowie, pewien rodzaj bitności, miny przemądrzałe. Już sądzili, że ustawili się na całe życie. A tu taka mordercza wpadka. I śmiech nieustający od wielu już dni... Przed panami teraz wyzwanie. Jeszcze trochę i trzeba będzie się zmierzyć z rynkiem. Może jeszcze z wyrokiem jakimś na karku.

 Smutne to. To dziadowanie wybrańców. To łaszenie się na każdy pieniężny drobiazg. Zakłamane łachy. I takie łachy być może w naszym ustawodawczym gronie stanowią większość.

 Na wsi cisza za to złota... Oczarował nas wczoraj gawron, który rozkoszował się orzechem i sam do siebie gadał. Klekotał, mlaskał, coś wymrukiwał - fantastyczny. Nawet się nie spodziewałem, że gawron może mieć tak bogaty słownik. W jego gawroniej głowie był jakiś ład. Gdy słucham ludzkich klekotów, daleki jestem od myśli o ładzie. Tak jakby ludziom przez pyski wiały wichury o bardzo jelitowym rodowodzie. Patrzysz - twarz. A to jednak dupa... U gawronów zaś wszystko na miejscu.

13:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 listopada 2014
Ziggy Stardust Motion Picture

Nie, nie, pikczerów pełnych czerwieni nie będzie - te sobie można obejrzeć na tych wszystkich jótjóbach... Film tak niemal leciwy jak sam Misio. Pożegnalny koncert Davida - Ziggy'ego... - No, David, no! - wyły panienki, kiedy usłyszały, że więcej grania nie będzie. Myślały pewnie, że Bowie rozstaje się ze sceną. Ale Bowie, jak wiadomo, się nie rozstał i jest z nami do dziś. Pozostał przy muzyce z prostych powodów - ona okazała się dlań najłatwiejszą drogą do sławy i ogromnych pieniędzy. Pozostał też, bo w końcu narobiło się fanów i wściekłych wrogów, więc trudno byłoby ich opuszczać... Mógłby dać nura w inne dziedziny sztuki, bo przecież to człowiek wielu talentów. Człowiek, który nie do końca wie, czego chce, także w muzyce, która doń przylgnęła. I z tym jest mu do twarzy. Zniewalającej twarzy.

 Franio mi zrobił upominek urodzinowy. Wydłubał w sklepie muzycznym podrasowaną przez Tony'ego Viscontiego wersję tego albumu, tej ścieżki dźwiękowej do tego pikczera... 

 Pamiętam obrazki, pamiętam album, mający kiedyś raczej wartość dokumentalną, archiwalną. To był ostatni album Bowiego wydany przez obrzydłą artyście wytwórnię RCA. Był rok 1983. Bowie spektakularnie zadebiutował w barwach EMI płytą "Let's Dance". Na tej nowej fali powodzenia chciała też skorzystać stara wytwórnia. I wydała materiał z 1973 roku. Dość kiepskiej jakości. Chociaż niektórzy twierdzili, że to album o wiele lepszy od tragicznego "David Live". Było to ponadto w tamtych czasach jedyne oficjalne wydawnictwo zawierające numer Velvet Underground "White Light/White Heat", który David lubił śpiewać na koncertach...

 Po latach ten dwupłytowy album dostał świeżości. Tony Visconti stanął na głowie, by te archiwalia zabrzmiały przyzwoicie...

 Czterdzieści lat po uśmierceniu Ziggyego czuję się podstarzały, ale przy dźwiękach ciężar podstarzałości znacznie maleje. Słuchamy sobie do podusi wczesnego, odświeżonego Davida. O rety, już wtedy stałem na dwóch nogach... I nawet jeszcze stoję... Oj tak, tak... Można poszybować w myślach w czasie... Moje ukochane kawałki... Oh! You Pretty Things. Changes. Time...etc, etc... Jest też i wspaniały numer Brela "My Death"... Kiedyś go tu umieściłem - Tu - tam, gdzieś w przeszłości, chyba jeszcze gra - późniejszy David, David z czasów Earthling 

 Franio stara się, by mi było przyjemnie. I chce, żeby było ładnie... Kiedyś mnie strasznie skrzyczał, gdy zobaczył, jak piję wódkę prosto z butelki... - I nawet się, k..., nie skrzywił... Masz ci los! Co się dzieje, do jasnej cholery?? - Sorry, ostatnio rzeczywiście za mało mówiłem. Czarna dziura już mi nogi zasysała. Chwilowo ratowałem się gorzałą, żeby w ogóle móc cokolwiek zrobić... Trudno samemu pić wódkę z kieliszeczka. To byłaby przesada, a ja przesady staram się unikać... I staram się, by inni się nie martwili za bardzo. To pewnie błąd... Ale już jestem grzeczny.

 Jestem grzeczny, jem dużo ryb... I chyba tyle na dziś... Następnym razem będzie o tym, że prawdziwe szczęście mają ci, co umierają w porę... :)

14:47, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 listopada 2014
Trotzig

 To może coś dziś wpiszę. Żeby sobie jakiś przyjemniaczek nie pomyślał, że teraz właśnie ktoś pali świeczkę dwa metry ponad moją padliną skromną... Jeszcze żyję, choć tak się porobiło, że jest to już życie człowieka śmiertelnego.

 Znalazłem czas, zatem klepię... Zrezygnowałem ze świętowania. Nie łażę po cmentarzach, albo smętarzach... Smętarz mi bardziej odpowiada... Do niego wiedzie - że się posłużę słowem Zegadłowicza z "Uśmiechu" - brama szeroczysta z czarnym krzyżem na wierzchu. Przez olbrzymie - nikiej stodołowe - wrota widać było pod górę idącą aleję kasztanową, grobowce, nagrobki, krzyże - cały ten pośmiertny splendor ozdobny, mający wyrażać pamięć ludzką o zmarłych oraz zadokumentować tęsknotę za wiecznym trwaniem; - niechaj choć imię i nazwisko złocone ostaną i daty - a jeśli złoto czas wymyje? - takie szare, lecz czytelne trwać będzie, a jeśli i to wieki zamażą? - no to... -- Na te bzdury patrzeć mi się nie chce. Za dużo już tych trupów. Poza tym pamięć mam dobrą - ba - niektórzy tacy byli za życia, że po śmierci umieją tkwić w człowieku niczym pozwijane w kłębki jadowite żmije. Uaktywniają się od czasu do czasu, syczą, kąsają, plują trucizną. Trudno więc bawić się w zapominanie. A refleksje, zadumy nad lichym życiem ponoć typowe dla tego dnia... Ja dumam nieprzerwanie, od dawna. Można powiedzieć, że mam to od dziecka. Zaraz chyba, jak tylko zostałem pobity pierwszy raz w tym całym swoim rodzinnym domu, zacząłem się zastanawiać. Już wszędzie się zrobiło niebezpiecznie. Wszędzie czyhało zło. Wścieklizna i pobicie to zawsze jest dobry punkt wyjścia. No bo kto by się chciał zastanawiać nad czymś dobrym? Dobry świat nie pobudziłby nikogo do myślenia. Świat pobudza ludzkie głowy, przynajmniej niektóre, bo jest zjawiskowym tryumfem zła. Bo trzeba pamiętać, że zło zawsze zwycięża. A to, co dobre, zawsze plącze się gdzieś pod nogami złego, kopane, karane... Zły ma lepiej, sowicie bywa bowiem nagradzany.

 Naturalnie w swych rozmyślaniach do niczego nie doszedłem. Nic nie wiem. Orientuję się jedynie, że umyka czas. I tak z tym czasem stałem się raptem człowiekiem śmiertelnym... Wprawdzie zawsze gdzieś tam wiedziałem, że żywe umrzeć musi, ba - nawet młodość wczesna upłynęła mi na nieustannym grożeniu sobie śmiercią, ale jakoś tak nie do końca wierzyłem w ową śmierć. Straszyłem się, ale wiedziałem, że nie umrę. Ale teraz już wiem, że umrę. I to akurat teraz, kiedy postanowiłem być człowiekiem bez nałogów. Dziwna sprawa! Zaiste dziwna!

 Chwilowo mi wszystko poszarzało. Zrobiłem się tylko rozbuchany erotycznie. Ale też jakoś tak na szaro... Tak, tak, tak... Skorzystałem też z wolnego czasu i postanowiłem spróbować z codziennym rauszem alkoholowym. Też jednak wyszło jakoś szaro... Śmiertelność zmusza mnie do przebrzydłej pracowitości. Do roboty nad sobą. Muszę sobie wypracować nowy humorek. Mam nadzieję, że mi się to uda.

 Czuję się dziwacznie po drugiej stronie cienkiej linii... Od tego nie ma ucieczki - będzie coraz gorzej. Coraz drobniejsze rzeczy będą cieszyły człowieka. O - jak to powiedział kiedyś Poniedzielski - w pewnym wieku człowiek bardziej cieszy się z orientacji w terenie niż z orientacji płciowej... Zaczną nas kiedyś bawić kompletne głupstwa, którym dziś nie poświęcamy najmniejszej uwagi...

 Kiedyś mówiłem, że z biegiem czasu jest coraz cieniej, bo szybko kończy się okres pierwszych zdarzeń. Potem następuje ciąg powtórek. Dzieją się jednak nowości i później. Chociaż są one liche... Ja na przykład po raz pierwszy przestraszyłem się siebie. Chciałem iść na miasto, żeby załatwić kilka spraw, lecz w połowie drogi zawróciłem. Wpadło mi do łba, że jak pójdę dalej, to padnę, a jak padnę, to jakiś poczciwy osioł zacznie mnie ratować. Byłem na siebie zły o to tchórzostwo. Uciekłem do domu. Roztrzęsiony. Nic mi się nie stało, wcale nie padłem, ale targał mną strach... Chciałbym, żeby mi się to nie przydarzało więcej. Wprawdzie miałem kiedyś napady paniki, ale to było coś innego...

 Czytałem ostatnio dużo Birgitty Trotzig. Birgitta. Zmarła nie tak dawno, w 99 rocznicę śmierci Strindberga. Birgitta i jej istoty zwinięte w kłębek wokół jakiejś strasznej ciemności, albo wokół bólu... To była fenomenalna pisarka, o takich zatroskanych oczach... Pamiętam jak kiedyś mi się spodaobał Sillanpää, który w zajmujący sposób potrafił opowiadać o ludzkim prymitywie. Coś podobnego znalazłem u Trotzig. Coś podobnego, a nawet lepszego, bardziej poetyckiego. Jakieś ledwo żarzące się świadomości, milczące cierpienie, umysłowe i fizyczne pokraczności... Trotzig jest oskarżycielska. Więcej zastrzeżeń ma jednak do Boga niż do ludzi. Człowiek wybór ma niewielki. Albo - albo. Albo otwartość wobec życia, co wpędza w metafizyczną udrękę, albo izolacja, która zmienia człowieka w żywego trupa... Byle jak poczęci, byle jak znikający. Poniżenie i śmierć. Łatwo w tych prymitywnych nieszczęśnikach odnajduję siebie. W gruncie rzeczy wszyscy owinięci jesteśmy wokół jakiegoś mroku, kryjemy lęki, bóle... Każdy jest takim lichym zwierzątkiem. Bywają ludzie bardziej skomplikowani - umieją wiele zagadać, urządzić się wygodnie, pustkę opakować w styl, ale gdzieś tam w głębi tkwi ta nędza życia, postępujący rozkład, tak typowy dla wszelkiej nędzy, ta wgryzająca się w nas śmierć, i ta wgryzająca się w otoczenie śmierć, która czyni tak dziwną, tak straszną pustkę...

 I ta wgryzająca się śmierć... Najpierw drobne oznaki, nikłe niezwykle. Długi czas spokoju. I znów mały znak. Nikły. Zwątpienie zaczyna narastać w duszy. Wszystko staje się cięższe. Czy to jednak tak? Oznaki tak drobne, tak błahe... A potem więcej ich. Więcej i częściej. Może to urojenie? Wciąż wszystko odwrotnie można sobie tłumaczyć. Byle tylko coś innego od tego, o czym próbuje się nie myśleć. A życie idzie, mija, pędzi coraz szybciej... Serce bije śmiertelnie, łomocze po nocy, a ciało zalewa, nie wiadomo dlaczego, zimny pot strachu... W którymś momencie już wiadomo, że wszystko potoczyło się źle. Już tylko można się upić...

 Zatem cyk! :)

15:32, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »