BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 26 listopada 2015
Zapowiedzi

 To się tak przed ślubem daje - tak? Jej brzuszysko rośnie, on klnie po kątach... Już im się ryżem sypać na szczęście szykują, już mu się ona w kretyńską bezę przebierze i twarz z przodu głowy umaluje jak dziwo jakie - Królewna Śnieżka powiatowa... Zawsze mnie przerażają takie obrazki... Ach, płci piękna - twe nierozsądne zabawy...

 No tak, ale co ja tu gadam... Po porannej kawie... Tak patrzę, i trudno uwierzyć... Ja już tak dziewięć lat bloguję z doskoku... Wiele z tych lat stworzyło najbardziej ponury czas w mojej wizycie na ziemi... A miały być tylko papierosy i kawa - czasem coś mocniejszego... No - od bidy - jest i kawa, są i procenty, choć niestety nie sama tylko wyższościowa obserwacja... Zniknęły papierosy. Tak zdecydowały - one... Człowiek jest taki bezwolny... I jeszcze ta miłość! - Jak człowiek zgodny z własnymi pętami, danymi od bogów, to poczucie wolności ma że hej!! - Bogowie karzą, gdy się im sprzeciwiamy. Ja się nie sprzeciwiam, więc mnie od czasu do czasu ratują... Jestem zdziwiony i mam motyle w brzuchu, które pielęgnuję...

Zapowiedzi... Trochę jeszcze pociągniemy, może... Biały ekranik często kusi, by go czymś zapełnić... Na pewno trzeba się uporać jakoś z Uprzejmością... Chciałem też zawsze sam napisać coś o Sigurdzie Fafnesbane... Myślę, że to będzie dobre miejsce... Wprawdzie to takie damsko - męskie, ale... To dobre siedlisko dla zła, przecież, a zło takie ładne - nie ma się co oszukiwać... No, to po swojemu coś naklepię... W ramach swej miłości do Eddy... Tej literackiej prababki.

Jest jakiś blogowy plan... Na ten rok dziesiąty. :))

10:03, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 listopada 2015
Okruszek staroskandynawski IX

 Cóż pozostaje w tej rzeczywistości naszej, w której nic nowego się nie dzieje... Widzimy tylko postęp skundlenia - nocne harce nietoperzy i wampirów... Co zostaje? Patrzeć i nazywać rzeczy po imieniu...

 Prosta rada, z czasów dawnych, z Eddy stareńkiej... Prostota najlepsza.

Ráðumk þér, Loddfáfnir,

en þú ráð nemir,-

njóta mundu, ef þú nemr,

þér munu góð, ef þú getr -:

hvars þú böl kannt,

kveð þú þér bölvi at

ok gef - at þínum fjándum frið.

 

Tobie radzimy, Loddfafnirze,

radę naszą przyjmij, -

na dobre ci to wyjdzie,

pożytek z niej zyskasz -:

jeśli tylko znajdziesz gdzieś zło,

złem to w przekleństwie nazywaj

i wrogom swoim nie dawaj spokoju.

 

Po prostu...

środa, 11 listopada 2015
Patriota zakłopotany i wspominki islandzkie

 Patriota to dziś słowo ukradzione i opanierowane w nieczystościach... No ale może wypada sobie jednak je wziąć z powrotem, nie dać sobie tak go wykradać... Ja jestem z tych zakłopotanych, tych też, co nie lubią słuchać trąb i święta obchodzą... szerokim łukiem, bo po co się narażać...

 Dziś parady. A wczoraj wampiriady czas - jak zwykle... Gdy spływa mrok wieczorny - blasfemiczne spacery... Nieczyste sumienie jednego Niedźwiadka, co spłynęło trucizną w bezlik głowowych pustaci... Bardzo osobliwa sprawa...

 Ster jak zabawka... Nie wiem, jak na to reagować. Nie jestem specjalnie zaskoczony ministerialną listą, bo wiem, z jak kłamliwym zbiorowiskiem mamy do czynienia, tyle że... Czy to świadomość, że nie ma wyjścia i że pod stopami pochyłość, bezlitosna prostota równi pochyłej? Upiór dziewiętnastego wieku sam już wyczuwa przesadę?... Prosto w gruzowisko... Ciekawe, co z tego się urodzi, co wyrośnie na truchłach wszystkich tych dotychczasowych sterników? I ile to będzie lat? Pełne cztery, czy może tylko dwa... To jakoś samo spłynie, bez wielkiej piany, czy ulica pomoże i zrobi kipiel, a potem litościwie wyjmie korek z odpływu dla pożegnalnego zawirowania?

 Patrzę trochę na wszystko jak na gabinet osobliwości albo salon strachów w wesołym miasteczku... Gromadę raczej trudno posądzać o szczególną rozumność. Choć oczywiście potrafi być w miarę rozsądna. Częściej jednak gromadę można skłonić do krzyku, do kwiku, wywołać w niej panikę, podczas której wszyscy przykładnie się tratują... Ale żeby zmowa, przebiegłość?... Puścić wariata - niech se polata? Rzeczywistość okołosterowa wygląda dzisiaj tak, jakby personel zakładu dla obłąkanych nabrał przekonania o daremności swoich wysiłków, postanowił więc uciec, otworzywszy wcześniej wszystkie drzwi i kraty, tak żeby pensjonariusze mogli się bez przeszkód wydostać na zewnątrz, a wszystko to w nadziei, że problem sam się rozwiąże, że zwariowana czereda albo zgubi się gdzieś w lesie z kretesem, albo utopi się w najbliższej rzece, albo też porozjeżdżają ją ciężarówki na pierwszej napotkanej autostradzie... Ciekawe zjawisko do obserwowania... Osobliwości wyściubiają nosy, wdychają powiewy świeżego powietrza... Jakie stroją miny... Aktorskie zgorzkniałości pławią się w patosach...

 Istnieje szansa, że w wieku XXI pochowamy ostatecznie wiek XIX... Zatrzaśniemy ziejący odorem grobowiec, gdy stanie się prawdziwie dokuczliwy... Wiek tamten pasjonujący - owszem - a co się z niego wylęgło!... Warto o tym pamiętać. Ale niekoniecznie pląsać z duchami...

--

Czas płynie. Nawet najbardziej uparte epoki muszą odejść... Odchodzą też ludzie - ci odwrotnie - umykają nazbyt często przedwcześnie... Całkiem niedawno pewna rozmowa uświadomiła mi, że jedna z urokliwszych osób w moim życiu już prawie od dwudziestu lat nie chodzi po ziemi... W marcu minie dokładnie dwadzieścia lat... Tak, tak, często znajomych szukałem wśród osób ode mnie starszych, więc świat mi przedwcześnie zaczął pustoszeć... Chociaż ona nie była jeszcze stara... Ja miałem dwadzieścia parę, ona była po pięćdziesiątce... Mogłaby jeszcze żyć i żyć... Islandia była płaszczyzną cudownych porozumień. To były urocze chwile, w uroczym czasie, kiedy Polak na Islandii był jeszcze zjawiskiem niecodziennym - był to taki rara avis, rzadki ptak. Ona była Niemką, z Prus Wschodnich, z miasta Immanuela Kanta, w którym tuż przed wojną się urodziła... Życie zawiodło ją do Islandii, w której się zakochała... Przegadaliśmy wiele godzin, w jej towarzystwie zwiedziłem prawie całą wyspę... Miała ogromną wiedzę - w sezonie często się nią dzieliła z turystami, bo była też przewodniczką... Fantastyczna, niesłychanie przyjacielska, ciepła osoba, dobra znajoma z Reykjaviku, bez której jest już tam dla mnie całkiem inaczej... Miejsca robią się pustawe, taka to kolej rzeczy... Po Muthe została mi miła pamiątka - coś najmilszego, co może być prezentem - książka - stare wydanie Sagi o Njalu, coś z prywatnej półki... Na pamiątkę naszej znajomości... W przedmiocie o uroczym zapachu, jaki tylko mogą mieć stare książki, pulsuje życie - miłe wspomnienia i pradawne, cudowne średniowieczności... Sporo się od niej nauczyłem... Myślę sobie, że to jest straszna niesprawiedliwość - bogowie bywają tacy niełaskawi dla prawdziwie cudownych istot, kochających istot - Muthe uwielbiała ludzi, no i uwielbiała Islandię... Mam wrażenie, że właśnie ta Islandia była jej prawdziwie wielkim, tym jedynym wielkim doświadczeniem życia, o jakim mówił wspomniany w poprzedniej notce Oscar Wilde... To doświadczenie się powtarzało i powtarzało. Islandia nigdy nie mogłaby się jej znudzić. I wielka szkoda, że trochę mało czasu dostała na tę przygodę, na ukochanych ludzi i ukochaną, czarowną wyspę, o której mogła opowiadać bez końca...

14:33, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2015
Tajemnica życia

Nie, nie, nie należy spodziewać się rewelacji... W każdym razie nie szukajmy w niewidzialnościach. To bzdury, które w niczym nie pomagają...

Czas Skorpiona. Czas urodzinowy dla mnie. Urzędowo zapisany moment tej wydalniczej tragedii... Tajemniczy proces zrobił swoje... Ale to nie te tajemnice... To coś dla nauki, a ta nie budzi żadnych uczuć... (Jeszcze tego by brakowało, żeby miała budzić... To już by było niedorzeczne!)

Dawno, dawno temu... Tak się zwykle zaczynają bajki malownicze... No, ale i tragedie mają swoje początki - coraz siłą rzeczy odleglejsze... Pewien chłopiec i pewna dziewczyna... To jest już wystarczający przepis na nieszczęście. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą akty seksualne... Niech im bogowie przebaczą... Chłopak i dziewczyna... Niewinnie to brzmi, niewinne są pyski drapieżników... Okazało się, że jednak podłe kreatury, marny sort. Musiało być romantycznie. Ciotka kiedyś wspominała, że było to rypalstwo na księżycowym westchnieniu, przegryzane czekoladkami... To uzupełnia receptę całkiem złowrogo... O miłości nie ma co gadać - ja już pamiętam tylko złość, nienawiść, wstręt i nieodpowiedzialność... Sporo zapłaciłem za cudze, przeterminowane namiętności...

Kiedyś czytałem o chłopaku, który swoją rodzinę podał do sądu w oczekiwaniu odszkodowania za poniesione krzywdy... Bardzo mi się to spodobało... Uwierzyliśmy w tak daleko idącą świętość rodziny, że właściwie wyjęliśmy ją spod wszelkiego prawa, czyniąc zeń doskonałe siedlisko zniewolenia, poniżania, gwałtu, brutalności, zniewagi i poczucia absolutnej bezkarności... Za drzwiami wolno mi wszystko!!!...

Ja już się nie zemszczę. Matka już w głębiach mrocznego Helu. Ojciec pogrążony w trzeźwej wściekłości... Jestem mu pomocny. To go gniewa. Bo to takie smutne, że trzeba korzystać z uprzejmości tego nieszczęsnego pedała...

Mówi się trudno. Nic by się nie stało, gdyby mnie nie było. Ale skoro już jestem... Przynajmniej prastarzy bogowie nordyccy znaleźli we mnie kolejnego przyjaciela. Więc moje życie nie jest takie całkiem bez sensu...

Może być przecież całkiem przyjemnie... Można nawet czasem nadrobić przyjemne zaległości... Ostatnio jednemu chłopcu po trzydziestu latach wyznałem, jak bardzo mi się kiedyś podobał, jak bardzo zasługiwał na mój podziw... Skojarzył mnie, co mnie nieco zaskoczyło, bo wydawało mi się, że byłem dlań niewidzialny, z całkiem innych kręgów. Ja go skojarzyłem również, co mnie zupełnie nie zaskoczyło, bo zawsze pamiętam o zachwycających chłopcach... Chłopiec - dziś już mężczyzna, ale o chłopięcej sylwetce, takiej samej. Twarz mu życie porysowała, chyba nie wszystko poszło jak trzeba - niemniej pozostał zachwycający... Kiedyś cudownie grał w piłkę nożną. Był nadto nieziemsko wulgarny i brutalny. Fascynowałem się nim iście po dziewczyńsku, bo to przecież dziewczęta kochają wulgarności i dzikie siły - chcą tylko, by nie obracały się one przeciw nim samym. Bardzo troszczą się o uczucia, tyle że zwykle o własne - tak więc nie ma większych przeszkód dla potworności... Mnie ta dzika i piękna potworność urzekała i niosła w sfery erotycznych fantazji... Pewnie gdybym mu wtedy wyznał, co czuję, dostałbym po ryju... Ale dziś T. to uprzejma łagodność... Sam mnie zaczepił w przybarowym zwisie, a ja mu opowiedziałem, jak bardzo mi się podobał i jak często go obserwowałem... - Naprawdę?? - Tylko nie wiem czy dobrze uczyniłem, tak po namyśle... Czy nie dotknąłem jakiejś wrażliwej struny, której drgnienia mogą sprawiać ból... Mogło być o wiele piękniej... Ale cóż, życie zwykle się nie udaje...

Moje też w zasadzie byłoby nieudane, gdyby nie kilka osób i gdyby nie możliwość patrzenia od czasu do czasu na północne niebo... Bo te czarne cienie, ten atrament, który w każdej chwili gotów jest zalać mi mrokiem cały mózg... Czasem bardzo trudno mi w sobie wysiedzieć, ze sobą wytrzymać... Tylko ja wiem, jak cholernie uwiera mnie to życie, ten dar od wariatki i czegoś nieokreślonego...

Ale zawsze jest coś... Coś jedynego... Oscar Wilde ma absolutną rację powiadając, że w życiu możemy mieć co najwyżej jedno wielkie doświadczenie, a tajemnica życia polega na tym, by doświadczenie to powtarzało się jak najczęściej...

13:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 listopada 2015
Nobel i lopapeysa

Listopad śliczny... Na półkuli północnej zawsze, zawsze śliczny, bo słońce nie jest zbyt nachalne, nawet gdy pogoda - wiadomo przecież, że wszystko co ludzkie najlepiej prezentuje się w półcieniach, półmrokach... A już noc!!

 Poza tym - święto umarłych... Niektórzy dobrze, że nie żyją. A co do innych - no tak, szkoda, że nie żyją...

Dalsi umarli są często jacyś bliżsi... I szkoda, że ich nie ma... Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy mijając Gljúfrasteinn, czułem mocniejsze bicie serca, bo mieszkał tam jeszcze mój ulubiony pisarz...

Ponieważ blog jest trochę skandynawski, więc przypomnę o jednej rocznicy krągłej, skandynawskiej - w tym roku minie 60 lat od chwili, kiedy to w Sztokholmie z królewskich rąk Halldór Laxness odebrał Nagrodę Nobla... O pisarzu już tu wielokrotnie opowiadałem, zatem nie będę się rozpisywał... Powiem tylko, że dla mnie twórczość Laxnessa jest wspaniałym przykładem tego, jak sprawnie i atrakcyjnie można opowiedzieć o uniwersalnych sprawach nie wychodząc poza ramy lokalności. Islandzki do szpiku kości pisarz czytelny jednak wszędzie... W swoim pokoleniu bez wątpienia największy twórca skandynawski. Kiedyś i u nas bardzo lubiany... Niekoniecznie był kochany w swoim kraju, bo bardzo się angażował w rozmaite polemiki i spory polityczne, ideologiczne - przeszedł ciekawą drogę duchową, ocierając się i o katolicki klasztor, i fascynację komuną... Kiedy jednak otrzymał nagrodę, spory ucichły. To było wielkie święto dla mieszkańców wyspy - były wiwaty i tryumfalne ognie. Wyróżniono w końcu wielkiego odnowiciela islandzkiej literatury (planowano początkowo przyznać nagrodę jednocześnie dwóm pisarzom z Islandii - Laxnessowi i Gunnarowi Gunnarssonowi, ten drugi jednak okazał się trochę zbyt kontrowersyjny, bo w niektóre swoje rzeczy wplótł treści, które spodobały się w hitlerowskich Niemczech, tak więc dla spokoju tylko Laxness dostąpił zaszczytu...)

Laxness to ciągle ważna postać. Dziś już pomnikowa. Tu i ówdzie trochę może już pokryty patyną - związany ze swoim czasem i z minionymi kryzysami ma jednak do powiedzenia coś i dzisiejszemu czytelnikowi - bo w końcu opowiada o ludzkim losie, o jego walce o godność, wolność, o nierównych przeciwnikach, z jakimi musi się zmagać, o człowieku kariery i jego osobistych niepowodzeniach... Laxness - nierówny, zmienny, poważny i roześmiany... Dobry przykład patrioty, który obok powagi potrafi się ze swego kraju i jego tradycji porządnie pośmiać... Zmarł w 1998 roku. Przeżył cały wiek i prawie cały wiek pisał... Nie można przecenić jego udziału w kulturze islandzkiej i w ogóle w skandynawskiej... Po Snorrim to bez wątpienia największy Islandczyk...

W cieniu wielkich mężów żyją żony... Nie mogę nie wspomnieć przy tej okazji pani Auður Sveinsdóttir Laxness, żony pana noblisty, zmarłej w 2012 roku... Żona, matka, babka, gospodyni, menadżerka, nauczycielka rękodzieła... Współtworzyła kiedyś w Islandii kobiecą prasę, uczyła ludzi dłubać, dziergać... Dzierganie ma w Islandii kilkusetletnią tradycję, do niej doszło tworzenie charakterystycznych swetrów z nieprzędzonej wełny lopi - lopapeysa... Niektórzy chcą widzieć panią Auður jako pierwszą damę tych wzorzystych swetrów... W połowie ubiegłego wieku, kiedy to z rodzimymi łaszkami coraz bardziej zaczęły konkurować rzeczy z importu, trzeba było znaleźć dobre miejsce dla lokalnej wełny... I powstały te wzorzyste sweterki o jednakowych przodach i plecach (o ile oczywiście nie są zapinane na zamek)... Może to nie nasza bohaterka wpadła na pomysł takiego wykorzystania lopi (chyba w latach dwudziestych ktoś coś już próbował z niej robić), ale na pewno bardzo się przyczyniła do rozwoju tej wełnianej twórczości - zaprojektowała mnóstwo wzorów dla tego charakterystycznego i ciepłego odzienia... Przeróżne rzeczy, całe sagi można opowiedzieć wzorem okalającym szyję...

Wielka literatura i ciepłe swetry, bez których dziś nie można sobie wyobrazić Islandii... Znakomite pamiątki pozostawili po sobie państwo Laxnessowie!

14:07, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »