BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 21 grudnia 2006
Inicjatywa

 Wprawić Kościół w prawdziwe zakłopotanie potrafią najskuteczniej chyba tylko jego wierni. Być może inicjatywa grupki posłów w sprawie intronizacji Chrystusa płynie ze szczerego serca, dobrze by jednak było, gdyby gorliwi wyznawcy i czciciele kandydata do tronu umieli jeszcze ruszyć trochę głową. Niestety - nie zadziałał rozum, nie zadziałała wyobraźnia, brakło zwykłego taktu. I znowu odbywają się idiotyczne dyskusje, znowu uwypuklają podziały - i znowu nadgorliwi i bardziej papiescy od samego papieża wierni ośmieszają wszystko, co - jak głoszą- gorąco kochają, raniąc tych, którym nie zbywa jeszcze na wrażliwości i smaku.

 Jak miałaby wyglądać dyskusja nad zaproponowaną uchwałą? I kto miałby głosować? Ta nieszczęsna gromada, w której roi się od notorycznych łgarzy, naciągaczy, cwaniaków i podstarzałych, obleśnych lubieżników?

 Niektórym ludziom wydaje się, że jak w swej uporczywie manifestowanej  pobożności coś uchwalą albo poklęczą przed obrazkiem - to wystarczy, że wtedy uda im się ukryć całą ich mizerię i zakłamanie. To doprawdy obraźliwe. Niestety - złożone rączki, figurki i groteskowe projekty to zbyt mało, by ośmielać się mówić o "wartościach" i prawić innym morały.

 

 Czasem zastanawiam się nad poczynaniami niektórych "luminarzy" naszego życia politycznego. Nie wiem, czy można ich jeszcze nazywać ludzmi grzesznymi, czy już tylko grubianinami. Ufam, że pomysłodawcy niefortunnej uchwały opamiętają się w porę. Jeśli tak się stanie, nie zasilą szeregów powyższych, a pozostaną jedynie osobami z grzeszkiem na koncie, grzeszkiem o imieniu głupota, z której można się przecież wyleczyć (przy odrobinie chęci, naturalnie).

15:55, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2006
Zza mgieł

 "Ostatnia... ostatnia chwila... Kto żyć nie umie - niech ginie... Darmo się całe życie siliłam, by pojąć sens życia... darmo się męczyłam, by na powierzchni utrzymać... Zawsze mnie życie na dno spychało... zawsze ci, co żyć umieją - byli na wierzchu... Ja nie umiem żyć... Kto żyć nie umie - niech ginie... Straszny, straszny jest Ból..."

 Marceliny Kulikowskiej ostatni zapisek w dzienniku pełnym bolesnych zwierzeń, skarg, żalu, gasnących marzeń; w portrecie duszy utkanym z melancholijnych zdań. Ostatnia chwila. O krok od wykonania "najkonsekwentniejszej myśli", od samobójczej śmierci. Jeszcze tylko kilka dni i strzał z rewolweru kładzie kres życiu, któremu zabrakło sił.

 Jakże charakterystyczny obrazek z "kraju modernistycznego cierpienia", z epoki - jak pisze Boy - "fałszywej literatury i prawdziwych trupów".

 Cmentarne akcesoria, trumny, kwiaty dziwaczne, konające, zmysłowość, sny o śmierci, budząca lęk przyszłość, niechęć i protest przeciw banalności i bezduszności zorganizowanej masy, pragnienia doznań niezwykłych, specjalnych, wznoszących ponad szarość codziennej egzystencji, melancholia, tęsknoty bez nazwy, księżyce w pełni, westchnienia, szały, ekstazy, piękno i tragedie... Dusze głębokie i wrażliwe, dziwne...

                       Dziwni my ludzie - młode lata nasze,

                       A myśli takie smutne, takie czarne,

                       Ironia usta tylko nam okrasza,

                       Miłe są uchu melodie cmentarne.

                       I wśród młodości, wśród życia, wśród siły

                       My, ludzie dziwni - tęsknim do mogiły.

 Tak portretuje swe pokolenie wspomniana już Marcelina Kulikowska, pokolenie ludzi niezwykłych, żyjących w takichże czasach, w dobie przełomu, wyłaniania się nowego świata, przeobrażeń w poglądzie na jego istotę i miejsce w nim człowieka.

 Stanisław Brzozowski pisał o rozpadnięciu się wszystkich światopoglądów: "Świat i życie rozpłynęły się ówczesnym ludziom w chaotyczny sen, w gorączkowe majaczenia." Pozostały ból i przerażenie. Był "tylko pył dusz miotanych i rozbijających się o siebie ponad otchłaniami." Jednak ten chaotyczny sen, te majaki i tańce nad otchłaniami okazały się wcale twórcze i owocne. Zaroiło się od pisarzy, od poetów, niestrudzonych badaczy i analityków człowieczego wnętrza. "Czasy, w których przyszło im żyć, nie potrzebowały następnego pokolenia bohaterów narodowych.  Zajęli się więc czymś może łatwiejszym, a równie efektownym i frapującym: własną duszą. Żyli w świecie swych wewnętrznych doznań." Geniusze i grafomani. Niekiedy śmieszni i kiczowaci, czasem dalecy w swym stylu od dzisiejszych gustów, niemniej ciekawi w swych poszukiwaniach, pragnieniach, szczerzy. Niektórzy pozostali na trwałe, są świetnie pamiętani, całe rzesze jednak skryły się gdzieś na obrzeżach legendy tamtych lat, uległy zapomnieniu, wypadły z powszechnej świadomości. O kilku z nich napisała przed laty w swej ciekawej książce "Kraj modernistycznego cierpienia" Agnieszka Baranowska. Skupiła się w niej przede wszystkim na kobietach, które w tamtym momencie historii literatury polskiej wkroczyły licznie i śmiało na scenę, by opowiedzieć "w prozie i poezji o swojej nie zrozumianej duszy", pisząc nie tylko o ich twórczości, ale także o ich losach, często trudnych, bolesnych. "Przyznaję - pisze - że wiele w tej literaturze było sztuczności, póz, mody, chęci epatowania filistra. Ale gdzieniegdzie stały za tym autentyczne tragedie ludzkie. Sugestywność pokoleniowych wizji była tak silna, że nie tylko życie wkraczało do literatury prawem przenoszenia autobiograficznych przeżyć na karty książek, lecz i literatura brutalnie potrafiła niszczyć ludzkie istnienia. Aby stwierdzić te zależności, aby dotrzeć - ponad modny krzyk pokolenia - w świadomość ludzi, którzy tworzyli wtedy swoje dzieła, trzeba sięgnąć nie tylko do książek." Autorka sięgnęła więc po wszelkie pamiątki pozostawione przez bohaterki i bohaterów swojej opowieści, po pamiętniki, ocalałe listy, relacje rodzin i przyjaciół. Czasem są to tylko okruchy, strzępki, iskry, jakie pozostawił niełaskawy czas...

 Dziewięć sylwetek wyłania się zza mgieł: Zofia Trzeszczkowska (pisząca pod pseud. Adam M-ski), poetka, pierwsza tłumaczka Baudelaire'a, uczestniczka wojny rosyjsko - tureckiej w 1877 roku... -- Przedwcześnie zgasła Kazimiera Zawistowska, o duszy jak "łąka chaotycznych kwieci", którą "czasem nęcą gwiazdy, czasem usta świeże", co "księżycowe ściele sobie leże i z niego w wir życiowych rzuca się zamieci"... --Maria Komornicka, niezwykle utalentowana pisarka, "wspaniała gwiazda nowej literatury", pogrążająca się z biegiem lat w chorobie nerwowej, manifestująca w swej twórczości dramatyczny konflikt między silną wolą życia a poczuciem kompletnej bezsensowności tegoż... --Maria Iwanowska - Theresita, co "żyła wyłącznie dziejami swego serca"... --Ewa Łuskina, skromna, szara, samotna pani pisząca utwory pełne zmysłowej namiętności, tragizmu i tęsknot za wybawieniem w ramionach śmierci, będąca razem z Theresitą pod przemożnym wpływem Przybyszewskiego... --Marcelina Kulikowska, co "celnym strzałem w serce skończyła swe porachunki z życiem"... --Ludwik Stanisław Liciński, autor znakomitych "Z pamiętnika włóczęgi" i "Halucynacji", bezkompromisowy cygan artystyczny, zbuntowany do granic przeciw społeczeństwu, obracający się często wśród złodziei, nożowników i prostytutek, pełen agresji i wściekłości do świata, interesująco sportretowany w powieści "Narcyza" pióra swej przyjaciółki Zofii Nałkowskiej... --Franciszek Pik - Mirandola - uroczy człowiek, którego życie stanowiło odwrotność drogi od nędzy do pieniędzy, pochodzący z zacnej rodziny, krewniak Ignacego Łukasiewicza, aptekarz, dziś bardziej pamiętany jako tłumacz niż oryginalny twórca. Jego dorobek translatorski jest imponujący. Mówi się, że kim w literaturze przekładów jest dla lekarzy Tadeusz Żeleński - Boy, tym dla farmaceutów jest Franciszek Pik - Mirandola. Sam cenię go za jego znaczący wkład w przyswajaniu polskiemu czytelnikowi utworów z cudownej skarbnicy literackiej, jaką jest szalenie bliska memu sercu Skandynawia (Mirandola przekładał dzieła tak wspaniałych twórców jak: Bjørnstjerne Bjørnson, Knut Hamsun, Selma Lagerlöf, Karl Gjellerup, Karin Michaëlis, Henrik Pontoppidan, Hans Christian Andersen, Verner Heidenstam)... --I wreszcie znana i przez wielu ceniona Maria Pawlikowska - Jasnorzewska - tworząca później, duchowo jednak bliska mieszkankom "kraju modernistycznego cierpienia" (Beata Obertyńska, córka Maryli Wolskiej uroczo sportretowała artystkę:"Draperie, szale, pelerynki, gazy, woale - całe w ćmy, motyle, koła czy wiry tęczowe - omotane malowniczo wokół kruchej, drobnej postaci, stąpającej ostrożnie na czarnych kopytkach lakierków o bardzo wysokim korku. Nie czuło się na niej mody. Przekształcała każdą na swój sposób, oryginalnie, dowolnie i wedle potrzeby. Robiła wrażenie kłębuszka jedwabiu, czegoś niesłychanie lekkiego, wiotkiego, czegoś, co właściwie powinno by stać pod szkłem jak okaz egzotycznego motyla, drogocenny, rzadki, nie do użytku."

 Duchy płynące na przelewającej się przez całą Europę fali smutku, złych przeczuć, nowych, niezbyt pocieszających odkryć, duchy malownicze, delikatne, nadwrażliwe, tragiczne, jakby trochę wyważone z osi, wyrastające ponad czeredę zwykłych fabrykatów natury, duchy, dla których mam tak wiele sympatii... Te przywołane powyżej mają dla mnie szczególną wartość, bowiem większość z nich mniej lub bardziej związana jest z historią i legendą mojego miasta, dzięki którym jest ono miejscem możliwym do zaakceptowania. Miło wszak mieć jakąś przeciwwagę dla dzisiejszych, coraz mniej czarujących czasów. Miło, gdy najzwyklejszy spacer może przemienić się raptem w niezwykłą i daleką podróż sentymentalną...

18:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 grudnia 2006
Jeszcze coś z Manna

 Skoro już zahaczyłem o Manna, zatrzymam się może jeszcze na chwilę przy jego wyznaniach, z pewnością wartych zastanowienia:

 "Nie chełpię się tym, bym posiadał religię. Ani mi to w głowie. Nie, wcale nie posiadam religii. Ale jeśli pod słowem "religijność" pojmuje się ową wolność, która jest drogą, a nie celem, która oznacza otwartość, delikatność, przyjaźń dla życia, pokorę, poszukiwanie, próby, wątpienie i błądzenie: drogą - jak powiadam - do Boga, a choćby i do diabła, ale na miłość Boską, nie tę zatwardziałą filisterską pewność posiadania wiary na własność, to być może, że i ja mam coś niecoś z takiej wolności i religijności."

 "Wierzę w to, co dobre, duchowe, prawdziwe, wolne, odważne, piękne i słuszne, słowem w suwerenną pogodę sztuki, tego wielkiego środka zbawczego na nienawiść i głupotę. To zapewne nie wystarczy. Trzeba może prócz tego także wierzyć w Pana Boga i w Pakt Atlantycki. Ale mnie wystarczy tamto."

14:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 grudnia 2006
Z listu Tomasza Manna

 Dziś "tylko" jedna myśl, cudza, pod którą chętnie się podpisuję. To wyznanie z listu Tomasza Manna napisanego kilka miesięcy przed jego śmiercią.

 Wolę określenie "natura" lub po prostu "życie" od "Boga", słowa, z którym się zwykło przecież mimo woli wiązać pewne ludzkie jednak nieadekwatne pojęcia moralne. Słowo "Bóg" jedynie zamąca umysł, dlatego lepiej mówić tylko o naturze, która wówczas, powiedziałbym, niemal w imię Boga, może zachowywać się całkiem nieodpowiedzialnie i w sposób nie mający nic wspólnego z moralnością. Łatwiej umrzeć z jej imieniem. Ale cóż pocznę z Bogiem, wedle jego uczynków i postępowania wobec tego, co się dzieje na świecie, absolutnie niepojętym i niezgłębionym? Nie, bym był zaprzysiężonym ateistą. To jest również śmieszne. Albowiem w końcu wyłania się kwestia ostatecznego pochodzenia natury i życia, całego niesłychanego kosmicznego urządzenia. Żaden człowiek nie odpowie na to pytanie. Żyjemy i umieramy wszyscy pod znakiem zagadki. Uczucie w tej mierze można, jeśli się chce, nazywać religijnym. Jest to słowo nieco pretensjonalne, ale bezsprzecznie świadomość beznadziejnej niewiedzy upodabnia się do swego rodzaju pobożności.

14:50, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »