BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 28 grudnia 2008
Dziewięć

 Chyba to już mój ostatni tegoroczny wpis. Bo w przyszłym tygodniu raczej nie będzie okazji ani do blogowania, ani w ogóle do żadnych spacerów po internecie.

 Hurra! Przed nami jeszcze tyle dni beztroski! I przed nami Natura, zima, górskie pejzaże, spotkanie ze starymi znajomymi.

 Wkrótce ruszamy. Z całym cyrkiem. Bo psiarnia też się załapuje. Urwanie parasola. Dzicz! Nie miał chłop kłopotów, zorganizował sobie zoo!

 To co - do przyszłego roku nr 2009!

 Trzymajta się, Czytelnicy! Wszystkiego dobrego! GODT NYTT ÅR!!!

      

13:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 grudnia 2008
Nierdzewnie

 Usiadłem tak w chwili przedłużającego się świątecznego nicnierobienia przy komputerze. I choć już zacząłem pisać, nie bardzo wiem czy coś z tego wyniknie, tyle mi się bowiem rozmaitych myśli nawarstwiło, że, by je opisać, potrzebowałbym raczej tony papieru i hektolitrów atramentu... Tak, wczoraj zresztą sięgnąłem nawet po atrament. Krótka notka Romana mnie zmobilizowała. Napisałem wreszcie długo odkładany list... A dzisiaj jestem ciągle jeszcze w świątecznym nastroju przy świecącym okienku, być może na dłużej... Pomyślałem na samym początku, że sieknę dalej coś o Aubreyu i Księciu, że im ulżę, bo wydaje mi się, że jednak panowie powinni się dopaść i ostro wytarmosić, może nawet i na skórze ubitego tygrysa, ale wstrzymam się z tym do przyszłego roku - bo co tam, niech jeszcze trochę pocierpią, niech ich jeszcze potrawią płomienie... (Oj, Luka, coś mi się zdaje, że jakiś supercenny a prastary wazonik z twojej kolekcji nie przetrwa nieostrożnej miłosnej eksplozji!)

 Co tu powiedzieć... Takie wigilie, kiedy człowiek sam powoli zapada się w półcienie średniego wieku, tracą blask - nie ma w nich miejsca na wielkie uniesienia, błogie dreszcze... To tylko dzieci potrafią odkrywać magię takich chwil, chwil, kiedy gwarno i tłoczno przy stole, gwarno i radośnie, kiedy - jak to u mnie było - nawet rodzice zaczynali mówić ludzkim głosem, i to jeszcze przed północą... A dziś... Uświadamiam sobie dobitnie, że nieubłagany czas gna przed siebie i bezustannie nas z czegoś bądź kogoś okrada, pozostwaiając milczącą pustkę... Przepadł ciepły dom moich dziadków, ta przestrzeń, w której kiedyś tam odbywały się najczarowniejsze wigilie... Z pewnością o tamtych wieczorach wspominałem już na blogu, więc nie będę się powtarzać i powiem tylko, iż kłuje mnie boleśnie świadomość, że z towarzystwa, które wówczas zasiadało do stołu, pozostały niedobitki, rozproszone dziś i względem siebie coraz bardziej obojętne. Nie ma już miejsca i tych ludzi potrafiących jednoczyć.

 Naturalnie w wigilijne popołudnie wdepnąłem do ojca. Z życzliwością. Tatko mnie przeprosił za swój nieuzasadniony gniew. Po prostu miał zły dzień, źle się czuł... Nie mam do niego żalu i nie zamierzam organizować mu życia. Akceptuję jego wybory. Chciałem tylko, żeby ten parszywy rok nie kończył się zupełnie absurdalnym gniewem... Pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego. Rozstaliśmy się w zgodzie. Ciągle sobie obcy.

 A przed południem zajrzałem do mamy Adriana. Wyszedłem naprzeciw jej przesądom. Ona uważa, że w wigilijny poranek pierwszą ujrzaną osobą powinien być mężczyzna - bo baba to nieszczęście! A nie daj Boże stara - to nieszczęście do kwadratu!!! A zatem stanąłem na wysokości zadania - objawiłem się z brodą i z flachą dobrego koniaku. - To co, będziemy pić cały rok? - Mam taką nadzieję! - odrzekłem.

 No a wieczorową porą urządziliśmy sobie z Frankiem prawdziwą rybną wyżerę. Byliśmy po niej tak syci, że ledwo mogliśmy się ruszać... I były też upominki. Ja postawiłem na coś łatwopalnego, papierowego... On natomiast, co mnie wzruszyło - postawił na trwałość i nierdzewność... Skurwiel, tak sobie zaplanował. Żeby mnie pod gwiazdą wieczorną oznakować... - Wiem, że zrezygnowałeś z ozdób, ale... Przyjmij. Zdobyłem się na nadludzki, prawdziwie nadludzki wysiłek, żeby się nie popłakać. Bo dość już płaczu, wszystko jedno, jakiego... Dość łez, bo w ostatnich latach, w całej tej pieprzonej dekadzie, wylałem ich ponad miarę...

 Dużo myślałem o tym, co było. Mógłbym znów snuć opowieści, ale jakoś nie mam dziś zapału. Nie ma zresztą sensu wracać ani do przebrzmiałych cudowności, ani do tych strasznych śmierci i cierpienia - tej wielkiej zniewagi, jakiej dopuszcza się to coś, co nas do życia powołało. Zwracam się ku temu, co teraz, do cudowności dnia dzisiejszego. Z nieustanną wdzięcznością... Lekki dreszcz przerażenia, jakie wywołać potrafią pytania w rodzaju: co by było, gdyby... Gdyby jego nie było... Kim byłbym w tej narastającej pustce, pośród tego ubywania? Bezsensownym, niknącym w cieniu, żyjącym po nic samotnym, starzejącym się pedałem?

 Gałązka mego rodu usycha. Jestem ostatnim, kolebiącym się na wietrze listkiem. To trochę przygnębiające uczucie. Po mnie nie będzie już nic. Zalegnie cisza. Gdzieś tam, przede mną, jest ostatni dół... Przytłaczająca świadomość niknącego w cieniach przeszłości tłumu... Wywodzę się z jakichś ludzi. Większość z nich pozostaje bezimienna. Moja wiedza o mych przodkach sięga raptem XIX wieku. O całej reszcie mogę snuć jedynie domysły. Śnić o ich życiu mając jedynie wiedzę o historycznym tle, o planie, na jakim rozgrywały się żywoty minionych pokoleń, tych sprzed lat 200, 300, 400, 500 itd, itd... Cienie. Bezimienne. O zapomnianych  życiorysach. Lemury. O wielkich, upiornie lśniących oczach. Patrzą pytająco. Cóż zatem? Nasze wysiłki, zapobiegliwość, sny o przyszłości, radość z potomków... Życie, życie, życie, niestrudzenie płodne, wstrzykujące w siebie w rozrodczym zapale to, czym sam lubię czasem być spryskany po gębie. U mnie już zaprogramowana czystość, rozkosze wyprane z płodności. Ostatnie, dyndające ogniwko. Maciek zrobił, Maciek zjadł. :) No, i podzielił się z kochasiem...

 Są miliony rzeczy, o których bym chciał napisać, szkoda jednak trochę czasu. Niech się rzecz rozwlecze może po innych notkach. Może więc dziś o jeszcze tylko jednej. Też o rzeczy nierdzewnej...

 Od śmierci dziadków pałaszuję zupy tą samą łyżką, której używałem będąc dzieckiem. Bardzo się ucieszyłem, kiedy w trakcie likwidacji ich mieszkania znalazłem ją w kredensie. To szczególna łyżka. Łyżka z takiego - nie wiem, jak się to nazywa - z takiego wojskowego niezbędnika (?). W przeszłości musiał być do niej doczepiony widelec. Tak sądzę. Bo na jej rączce jest taki gruby haczyk. Toporna to rzecz i wyróżniająca się. I pewnie dlatego zawsze chciałem nią jadać. Gdyby ta łyżka umiała mówić!! Dziadek przeżył z nią piekło wojenne. Jadał nią niewyobrażalne rzeczy, w czasach, gdy najzwyczajniejsza cebula potrafiła przynosić dziką wprost radość.

 Dziadek. Człowiek, który do śmierci żył w cieniu końca świata. Człowiek, któremu wojenna zbrodnia skradła młodość. Człowiek, który mnie uświadomił, że życie jest straszne.

 Razu pewnego babcia podała na śniadanie zupę mleczną, przy której strasznie grymasiłem, bo pływały w niej kożuchy. W pewnym momencie dziadek nie wytrzymał, walnął pięścią w stół i zrobił mi najpotworniejszy wykład na temat kuchni w hitlerowskim obozie. Opowiedział mi, czym jest głód. Chryste - jak mi było wstyd. Było mi wstyd i czułem dzikie przerażenie! Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi! Uwierzyłem wtedy, że każdą żyjącą istotę, także i mnie, czeka gdzieś katastrofa! Że cierpienie wpisane jest w nasz życiorys. Że do każdego przyjdzie straszliwe zło. Że spokój za oknem, to tylko pozory. Krztusiłem się i żarłem ze łzami w oczach te wszystkie kożuchy.

 Świąteczny barszczyk też jadłem swoją wojskową łyżką. Łyżką, która przypomina mi o możliwym zawsze i wszędzie głodzie. Nie wiem czy to wpływ tamtejszej dziadkowaj połajanki, ale nieustannie wkurzają mnie ludzie, którzy marnują jedzenie. Mój Franek wykazuje w tym względzie dużą beztroskę i wściekam się trochę na niego. Sam uważam, że człowiek powienien mieć dokładnie tyle, ile jest mu potrzebne. Niektórzy jednak chcą mieć więcej. Bo nadmiar zawsze można wyrzucić.

 Dziadek i jego wojenne opowieści. Słuchałem ich z rozdziawioną buzią przejęty światem, który w niczym nie przypominał tego, w jakim sam żyłem, przejęty i zdumiony do tego stopnia, że zadawałem czasem zupełnie niedorzeczne pytania: Dziadku, a czy wtedy świecił księżyc? A lasy były w lecie zielone? Nie różniły się od dzisiejszych? A jak wyglądały chmury? - A dziadek odpowiadał ze spokojem, wcale nie zaskoczony moją dociekliwością: - Chmury? Były takie jak dziś... Muszę powiedzieć, że z niejakim trudem dawałem temu wiarę. Nie umiałem sobie wyobrazić np: człowieka zakatowanego na śmierć, nad którym unoszą się niewinne obłoki, takie same, jak te, w których sam doszukiwałem się podobizn rozmaitych ziemskich zjawisk... Nie, to jednak musiało być jakieś inne niebo!

 Pamiętam te niezwykłe pogaduchy dziadka w jego podmiejskim ogrodzie. Lipcowe noce, światło naftowej lampy, którą zapalaliśmy nie tyle po to, by zrobić niecodzienny nastrój, ale dlatego, że w domku (który niestety kilka lat temu ktoś podpalił) nie było prądu...

 Dziadek był zapalonym ogrodnikiem. Miał cudowne podejście do roślin. Szczególnie kochał mieczyki, które też należą do mych ulubionych kwiatów. Rosły u niego najprzedziwniejsze odmiany, przepiękne: białe, łososiowe, purpurowe, czerwone, żółte, różowe, fioletowe... Zawsze z radością witam mieczykowy sezon. Obok nieco złowrogiej łyżki są te niezwykłe kwiaty, w których zaczarowane jest wspomnienie o tym, w którym straszliwe doświadczenia nie zabiły miłości do życia.

 Boże drogi, jak zawsze cieszył go najdrobniejszy nawet kiełek wyrastający z zasianego przezeń nasionka... Cieszył się jak dziecko...

 Szkoda, że już nigdy nie będę mógł pójść z nim do lasu, patrzeć, jak wysiewa do inspektów przyszłe, zielone, delikatne życie, wspinać się z nim po czereśniach i grać w durnia... Szkoda.

 

15:20, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 grudnia 2008
Można się przeciągnąć

 Tak, można, już można się przciągnąć. Wszystko dopięte na ostatni guzik - upominki zakupione, gniazdko w jako takim ładzie, barwne stroiki na grobach, w skarbonce trochę mniej miedziaków... Misio był grzeczny i pamiętał o żywych i umarłych...

 A teraz spokój. Można się powoli oddawać świątecznym nastrojom.

 WSZYSTKIM INTERNAUTOM ZABŁĄKANYM W TE STRONY ŻYCZĘ POGODNYCH I SPOKOJNYCH ŚWIĄT!!! :-)

 A na okrasę dzisiejszego wpisu dodam jeszcze muzyczkę. Nagranie z 1977 roku. David Bowie i Bing Crosby. Peace on Earth/Little Drummer Boy:

15:54, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Baldr - Baldur (Duży Książę)2

No tak - obiecałeś na Gwiazdkę Agnieszce! Więc teraz siadaj i opowiadaj dalej... Nie ma więc rady. Trzeba coś na poczekaniu wystukać, bo przecież Gwiazdka tuż tuż...

 - Jesteś już. Proszę, proszę, cóż za nienaganność stroju! - Wyczuwam drobną nutę ironii - zauważa Aubrey. - Popatrz, mój chłopcze, jak Luka o nas dba. Jego wyobraźnia musi być chyba trochę za bardzo wybujała, skoro zdecydował się podrzucić nam wino pod drzwi - mówi Książę i podchodzi do małego stolika, by obejrzeć butelkę. - No, drogi chłopcze, wypada nam chyba skosztować tego napitku. - Jak Książę uważa. - Zajmiesz się tym? Albo nie, sam naleję... Wino to w gruncie rzeczy paskudna rzecz, lecz ludzie umówili się, że jest inaczej. Kiedy się nim upijają, twierdzą, że robią to z klasą. No? Smakuje ci? - Prawdę mówiąc jest takie sobie. - Tym lepiej. Nie można wiecznie trwać w doskonałości. --- Chwila milczenia. Panowie sączą powoli wino. Książę uważnie przypatruje się Aubreyowi, który stoi wbity w kąt obok wielkiego, białego kaflowego pieca. - Niepokoisz mnie trochę. - Dlaczego? - pyta Aubrey. - Za często się chowasz. Jesteś jak mały ptaszek, który szuka przytulnej ciasnoty. --- Aubrey prostuje się o odstępuje o krok od pieca. - Tak Książę uważa? - Obserwuję cię uważnie. Zauważyłem też, że lubisz kucać, podciągać kolana pod brodę... - To coś znaczy? - Z pewnością. Ale dość o tym. Tam, za tymi drzwiami kryje się portret. Pewnie się rozczarujesz, bo ja tak buduję napięcie, zupełnie jakby tam, w sąsiednim pomieszczeniu, wisiał na ścianie jakiś nieziemski cud... To trochę tak jak z "Krzykiem" Muncha - człowiek pędzi ulicami w gorączce, pomny potęgi malarskiej wizji, spodziewający się czegoś w formacie wieżowca, i nagle staje oko w oko z w sumie niewielkim obrazkiem... Tam też jest w sumie niewielki obrazek przedstawiający po prostu pięknego mężczyznę.... Widzę, że wino ci jednak smakuje. Chcesz jeszcze? - Poproszę... Książę... - Co takiego? - Książę zdaje się być momentami bardzo surowy. Nie podobało mi się to, co usłyszałem w sypialni. O tym moim różowym przyjacielu, jak Książę raczył go nazwać. - Chcesz kontynuować ten temat? To okropne. Ten przemądrzały gryzipiórek wszystkich obraża. I jeszcze wścieka się, że wszyscy wokół parzą się jak psy, bo sam nigdy tego nie robił. Ciągle o tym gada. I ta tęsknota za wielką miłością. A właściwie za ubóstwianiem. Mówią, że prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, gdy kochamy tych, co nie są nam do niczego potrzebni. Nie wiem jednak czy można stawiać ludziom aż tak wygórowane wymagania. Może różowy kolega znalazłby przepojoną miłością troskę wśród jakichś sióstr serdecznych, boję się jednak, że i tam nie byłby w pełni zadowolony, bo przecież takie serdeczne siostry nie świadczą usług seksualnych. A nawet gdyby, to przecież byłyby to kobiety... Oj, całą jego tęsknotę można sprowadzić do kilku mało wyszukanych słów: ogrzej mnie, zapłać mi, obciągnij mi, a ja ci w nagrodę opowiem o niemieckiej filozofii. Cała jego tęsknota, zawoalowana jeszcze dodatkowo w wyobrażeniach o doskonałym ojcostwie. Jakże kochałby i czcił, i wychowywał idealnie... Taki sen kogoś, kto, by kupić kilka bułek na śniadanie, potrzebuje farmakologicznego dopingu. Ileż tam aptekarskiego i lekarskiego znawstwa. Całe poematy o lekach i wstrząsających diagnozach, wygryzmolone, podejrzewam, z perwersyjną wręcz przyjemnością. Pastylki na pastylkach, całe stosy buteleczek leków zastępujących ten jeden, nieosiągalny medykament, któremu na imię Sponsor. Ach, zmiłowania, ludeczkowie!!! Ale dość już o tym. Tych, co ślimaczą się nad własnym losem należy walić po pysku. Choćmy lepiej obejrzeć Baldura! --- Książę otwiera drzwi i razem z Aubreyem wchodzi do sąsiedniego pokoju. - Oto i Baldur, którego zagniótł słoń. Prawda, że zachwycający? Niezwykle szlachetne rysy, nienaganna sylwetka, doskonałe proporcje. I te zdumiewające oczy!!! Niezwykle tajemnicze, nieprawdaż? - Tak - potwierdza Aubrey. - Czyż nie byłby doskonały jako postać Baldra? - Tego słonecznego boga? - Owszem! Widziałem kilka wizerunków, wzystkie jednak były nazbyt kreślarskie. Ale ten... - Baldr... Bóg jasności. Dobry Bóg. I martwy. Zabity strzałą z jemioły przez ślepego brata, któremu pomógł w tej straszliwej zbrodni dziwny i przewrotny Loki. Po klęsce totalnej świat ma się odrodzić. Będzie to świat bez zła. I Baldr wtedy zmartwychwstanie. I da początek nowym, bezgranicznie szczęśliwym pokoleniom... Niektórzy uważają, że w tej opowieści widać wpływy chrześcijańskie, ale to raczej zbyt daleko idące przypuszczenie... - Bo co? Bo świat zawsze jawił się ludziom jako niedoróbka? Bo kiedyś musi być, cholera, lepiej... - Musi być... Zastanawiające to... - Co? - Jakże chętnie piękno utożsamiamy z dobrem. W szlachetnych rysach chcemy dopatrywać się odbicia duszy równie pięknej i nieskazitelnie czystej. - Myślisz o weneckim portrecie? - No, powiedzmy... Zachwycająca, szlachetna, zniewalająco urodziwa twarz Zła. Albo obezwładniająco cudowna twarz wielkiego lęku, lęku, który jest kolebką zła. - Jak zatem wyobrażasz sobie Baldra? - Jest rudy, ma rzadki zarost. Jest przeciętny. Jest zwyczajny. Kochany nie za urodę, ale za miły charakter, za dobroć... Boże drogi, pomyśleć, że zabił go słoń. To potworne. - O czemu? Każda śmierć jest potworna. A tu, w tej potworności, doszedł taki w gruncie rzeczy barwny element. Słoń na wagarach. Lady Dunghill (co za nazwisko - z trudem przechodzi przez gardło! - uparta i wściekle dumna jest ta kobieta!!) była zachwycona. Trąbiła na wszystkich przyjęciach o tym niecodziennym zdarzeniu. - Ale coś się tu nie zgadza - zauważa Aubrey. - Co się nie zgadza. - No bo słyszałem, że Baldur był młodszym bratem Luki. A przecież ojciec Luki... - Ach - wzdycha Książę (i dodaje na stronie - Kiljan, no co jest? - Co? - pyta swym zaświatowym głosem Kiljan znad swej srebrzystej klawiatury. - Jak jest z tym Baldurem? - Powiedzmy, że to brat przyrodni. Mama na starość się puściła, potem urodziła, co ją wykończyło, i tak Baldur znalazł się pod opieką swego starszego brata. Pasuje? - Niech będzie, co zrobić - wzdycha Książę. - Jeszcze coś? - Wolałbym, żebys bardziej panował nad tą naszą rzeczywistością. Coraz mniej mi się to podoba. I niepokoi mnie to, w jaki sposób każesz mi patrzeć na Aubreya. Od pewnego czasu nie poznaję siebie! - Spokojnie, Wasza Wysokość!) - O! - woła Książę. - Widzę, że Luka ma tu malutką podobiznę Księżnej! Spójrz, Aubrey, czyż ona nie jest zachwycająca? Kiedy jestem daleko od niej, zaraz za nią tęsknię. Ona jest jednak taka wzruszająca! Jedyna! - Jedyna? Przecież ona... - Jest rozwiązła. Szalenie. Ale jej chłopcy są zawsze piękni i domyci. - Mówi to Książę z takim spokojem - obrusza się Aubrey - Czasem też się denerwuję. Kiedy koło jej romansów zaczyna się robić szum. Ale w gruncie rzeczy... - Książę jej wybacza? - Ależ naturalnie! Wybaczanie to największa rozkosz, na jaką człowiek może sobie pozwolić. - Zdradę? - Księżna wspaniale wykonuje swoje obowiązki i nie jest żadną zdrajczynią. Przeceniamy cały ten seks. Księżna zaczęłaby mnie zdradzać, gdyby wpadło jej do głowy opowiadać na przyjęciach o tym, co noszę pod szlafrokiem w środowe poranki. Drogi chłopcze, ona oddaje się czemuś, czego nie znam. Ja zaś wiodę życie, któremu ona sama, przypuszczam, podołać by nie mogła. I nie bardzo chcemy się poświęcać. Bo oczywiście ja się nie poświęcam rezygnując z czegoś, czemu nigdy się nie oddawałem. Gdybym był wielkim cnotliwcem z parszywą i rozpustną przeszłością, wtedy mógłbym nawracać, potępiać nawet. A tak... Nie wypada, drogi chłopcze... Przypominasz sobie pustelnika Hieronima? - Hieronima? - Tak, Hieronima... Ludzie mają skłonność do wpajania innym rozmaitych prawd. Tak się jednak jakoś dzieje, że to, co wpajamy innym, dla nas samych staje się bezużyteczne... Pewna księżniczka wybrała się do pustelnika. Obiecała sobie, że uwiedzie świętobliwego mieszkańca pieczary. Kiedy dotarła na miejsce, brodacz jaskiniowy zaczął ją nawracać. Bardzo potępiał jej postępowanie, jej rozwiązłość. Ona nie pozostała mu dłużna i rozpostarła przed nim wielce kuszący obraz wystawnego życia. I co się stało? Pustelnik, mimo oporów, wyraził wreszcie chęć ruszenia z księżniczką do Aleksandrii. Udał się tam jednak sam, bowiem tak jak on został zachęcony do skosztowania bogatego życia, tak ona uwierzyła w jego opowieści o Bogu i jego Synu i postanowiła porzucić rozpustę, przepych i zbytek. Efekty były opłakane! Ona, nawrócona umarła z głodu na pustyni. A on umarł z rozpusty. --- Chwila milczenia. Książę wzdycha i kręci głową. - Niedobry z ciebie chłopiec. - Dlaczego? - Tak cudnie pachniesz pomarańczami. (Na stronie - Chcesz, Kiljanie, abym stracił głowę? Tak?--- Kiljan milczy.) Mój Boże, jaki ty jesteś piękny... --- Zbliża się do Aubreya i dotyka jego włosów. - Luka nie lubi takiego sztywniactwa. Tak, dobrze zawiązany krawat to pierwszy sukces w życiu mężczyzny... Ale tutaj nie wypada być tak skrępowanym - mówi Książę i uwalnia szyję Aubreya z fantazyjnej pętli. Chłopiec jest wyraźnie podekscytowany. Oddycha głęboko. Drży. Wreszcie zdobywa się na odwagę i roztrzęsionymi rękami stanowczo rozprawia się z guzikami swej koszuli, które rozsypują się z trzaskiem na lśniącej posadzce. - Skoro zalecany jest luz - mówi. - No, nie popadajmy w przesadę... --- Książę nie może się oprzeć - wierzchem dłoni wędruje wzdłuż mostka, w górę, ku szyi... Wreszcie chwyta chłopca za brodę, lekko unosi jego głowę i nagle wpycha mu do ust serdeczny palec, głęboko, aż po samo gardło. Aubreyowi oczy zachodzą łzami. Szarpią nim odruchy wymiotne. Książę pomaga sobie drugą ręką. Lekko dociska dolną szczękę, tak by znaleźć oparcie dla pierścienia. Wreszcie wyjmuje palec pozostawiając w ustach Aubreya swoją kosztowną ozdobę. Kiedy próbuje odsunąć się od chłopca, ten osuwa się na ziemię i oplata rękami jego nogi. - Co ty wyprawiasz? Wstań natychmiast. - Nie! - woła Aybrey. - Ty płaczesz? Co za idiotyzm. Puszczaj. --- Na to wszystko wchodzi do pokoju Emma. - O, to ty, Emmo. - Podano do stołu - powiedziała. - Świetnie - rzecze Książę. - Co mu się stało? - pyta Emma wskazując na Aubreya. - Nic takiego - mówi i uwalnia się z kłopotliwych objęć. - Przecież on jest półnagi! - Może tylko ćwierć. - Co Książę zrobił temu chłopcu? - rzuca gniewnie Emma i podbiaga do spłakanego Aubreya. - Chyba popełniłem jakieś głupstwo - mówi Książę i szybko wychodzi z pokoju. --- Aubrey zaczyna krzyczeć, wyć. Gwałtownie odpycha bezradną Emmę, która nie może wyjść ze zdumienia, gdy na jej oczach młodzieniec wypluwa na swoją dłoń pierścień. Hałas słychać w całym domu. - Co się dzieje? - pyta Luka. - To ten twój Aubrey? - Emma się nim zajęła. - Oooo - obrusza sią Luka. - Emma nie potrafi zajmować się ludźmi. Co się stało? - Sam zobacz. --- Książę i Luka stoją w drzwiach pokoju z portretem Baldura. Wzburzona Emma wychodzi. Patrzy nienawistnie na Księcia. - Trzeba go jakoś uspokoić, bo gotów jeszcze wypłoszyć stąd wszystkie duchy. - Masz ich tu więcej? - pyta Książę. - O, nie pytaj. - Hm, troszkę mu chyba przechodzi. - On ma porwane ubranie - zauważa Luka. - Istotnie. - Coś ty mu zrobił? - Podarowałem mu pierścień. W dość niekonwencjonalny sposób. - Kim jest właściwie ten Aubrey. - To pamiątka po Howardzie. Pozwalałem mu na wiele. Łowił perły w zakamarkach miasta. Roiło się od nich w pałacu. Szybko mu się nudziły te perły. Biedne dzieci, dla których potem szukałem miejsca. Większość nie skorzystała z mojej pomocy. Ten jest ostatni. Żebym tylko umiał się powstrzymać... Po co ja tu w ogóle przyjechałem? Co było wymówką? Ach, miód! Zamawiam u ciebie ogromny słój. Księżna się ucieszy. Kiedy karmię ją miodami z Nasturcjowej Doliny, zaczyna mówić do mnie wspaniałe świństwa w języku jakiegoś straszliwego plemienia... Pyszota. A co robi!! (Tu, jako że jest to blog dla dzieci od lat 5 do 105, Książę nachyla się do ucha Luki, by nikt z postronnych nie usłyszał o pomysłowości kochliwej Księżnej. I niech wystarczą zawołania typu: Coś takiego! Doprawdy! Nie wierzę! Ach, że też Księżna nie chce tu do nas przyjechać! Świat nie widział!!!) Cudowna! - pieje jeszcze Książę, już normalnym głosem... - Trzeba jednak coś z nim zrobić - mówi Luka i pokazuje na ciągle płaczącego Aubreya. ---- Książę staje obok młodzieńca. - Wstań!! Natychmiast! --- Kiedy to nie skutkuje, chwyta go za marynarkę i stawia do pionu. - Koniec przedstawienia. Przez ciebie nikomu nie będzie smakowała dziś kolacja. - Co ze mną będzie? - pyta Aubrey. - Nie rozumiem. --- Aubrey wzdycha. - Obetrzyj łzy. - Tak. - Myślę, że powinieneś się położyć. Odprowadzę cię. Poproszę potem Emmę, by podała ci coś smacznego. --- Kiedy są już pod drzwiami do sypialni, Aubrey rzuca się Księciu na szyję. - Nie zostawiaj mnie. Powiedz, że nigdy mnie nie zostawisz! - Co? - pyta zdumiony Książę. - Kiljan - woła jeszcze poirytowany - co to ma znaczyć, do cholery!!!!! Odbiło ci?

cdn

16:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
sobota, 20 grudnia 2008
Namawianie

 Zajrzałem tak do tego świecącego wynalazku biurowego, żeby rzucić okiem na pocztę i przy tej okazji wstąpić postanowiłem na bloga. No i skoro już tu jestem, to coś dopiszę, tak szybciutko i sobotnio.

 Mniam! Brzuszki mamy już pełne i teraz sobie trawimy. W oczekiwaniu na wieczór, który postanowiliśmy dziś obejrzeć. Mam ochotę wlać w siebie po zmroku trochę procentów. Tak dla zdrowotności. :)

 Wow, wow, wow - przedświąteczna ruchawka. Dziś rano telefon. Dzyń, dzyń! Podnoszę słuchawkę. - Cześć! - rozległ się głos siostry mojej mamy. - Cze! Co tam? - Słuchaj, co się dzieje z twoim ojcem? - Z moim ojcem? A co? - Bo, proszę ciebie, zadzwoniłam do niego wczoraj wieczorem, bo chciałam zaprosić go na wigilię, a ten na mnie dosłownie z pyskiem! Normalnie mnie opierdolił! - Hehehehehe! - Co? - Ja nawet nie miałem zamiaru rozmawiać z nim o świętach, a ten na wszelki wypadek gniewnie mnie uprzedził, że sobie tych bzdur nie życzy. - I co będzie? - Nic nie będzie. W końcu świętowanie nie jest obowiązkiem. Jakieś tam wspólne jedzenie ryby... - Ale ty, mam nadzieję, przyjdziesz? - Przykro mi, ale nie. - Jak to?!!!!! Będziesz sam? - Nie. - To z kim? - Mam kogoś, z kim chcę spędzić te święta. - A chyba że tak...

 Cóś się chyba trochę pogniewała. Ale co poradzić. Tatko jakiś zły... Rety - on na wigilii przy jednym stole z siostrą swej niegdysiejszej żony, tego największego chamstwa, jakie go w życiu spotkało! Tego by chyba nie zniósł. On już się dawno z takich uroczystości wypisał. Tylko w ostatnie dwie wigilie poszedł na ustępstwa i zawitał u mnie, w chwili, gdy, z jego punktu widzenia, sytuacja się oczyściła... Ale widać było po nim, jak wiele kosztował go ten wysiłek... A ja? Doprawdy, jeszcze jedno posiedzenie w arcyluksusowym salonie kuzyna (bo tam pewnie zostałbym zawleczony) i, Bóg mi świadkiem, wyrosłyby mi włosy na plecach, o ile nie coś gorszego... Tak że namówić się nie dałem. Może innym razem. Wtedy, gdy całe, świeże jeszcze nieszczęście zasnuje się trochę mgłą. Bo teraz, obawiam się, mogłoby być nazbyt żałobnie, a tego właśnie chciałbym uniknąć. Chcę być w takich okolicznościach z kimś, kto jest mi drogi. Nie chcę być sam wśród tych, co drodzy mi nie są.

 Tak więc namowy mam już za sobą.

 A teraz ja namówię do czegoś.

 Are Kilvær. Norweski artysta. Z Mosjøen. Interesujący. I właśnie namawiam do obejrzenia jego akwareli. Tak dla relaksu. W chwili wytchnienia w tej całej przedświątecznej gorączce...

 http://www.galleria.no/ipub/pages/nettgalleri/are_kilvaer/akvarell.php

 Zachęcam też bardzo, bardzo gorąco do obejrzenia kolekcji starych norweskich kartek świątecznych:

 http://tjenester.kulturnett.no/quiz/playgallery.php?quizID=85

13:16, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 grudnia 2008
Kwaśno, ale z kwiatami

 No, tak właśnie - kwaśno, a momentami nawet gorzko. I dodatkowo pochmurno i wilgotno. Kwaśno, bo wczoraj chciałem być miły, dobry i uczynny, a zostałem nieprzyjemnie wyproszony. Papcio mój drogi zakomunikował mi, że w chwili obecnej nie jestem mu potrzebny i żebym łaskawie zajął się swoimi sprawami... No cóż - nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko zastosować się do niezbyt uprzejmie wygłoszonej rady. Zapomniałem wczorajszego późnego popołudnia, że luźna krew, krew bezalkoholowa wybitnie nam nie służy. Zabrakło tej płynnej podstawy ocieplającej, usposabiającej przyjacielsko... Lecz, nie, nie, aż do takich poświęceń zdolny nie jestem, bo przecież, mój Boże, by podtrzymywać te nasze relacje we względnej pogodzie, musiałbym być notorycznie pijany, i taki też musiałby być mój ojciec... Nie, dość przyjaźni na dopingu. To niezdrowe...

 Zatelefonowałem do niego, by się dowiedzieć, co słychać. Usłyszałem, że jest przeziębiony i że bolą go gnaty. Wpadłem więc do niego, bo pomyślałem, że może czegoś potrzebować. I momentalnie pożałowałem swej decyzji, drzwi otworzył mi bowiem potwór cały naburmuszony, wściekły, Bóg jeden wie, z jakiego powodu... Jak zwykle obrażony na cały świat, nieszczęsny i dodatkowo smarkający... Nie, nie, niczego nie potrzebuję - rzucił mi opryskliwym tonem... Spytałem, skąd ten gniew. Coś się stało? Gniewa się o coś na mnie? Coś złego zrobiłem? - A co cię to obchodzi?... Chimeryczny tatuś. Panieneczka biedna z piwnym brzuchem... Bądź tu człowieku normalny...

 Nie, nie - absolutnie nie życzy sobie żadnych świąt. Ma to w dupie. Nic go nie obchodzą te pierdoły. Takie jest jego trzeźwe podejście. I w porządku. Na pijackie podejście czekać nie będę. A o co chodzi - nie wiem... Chociaż nie - on jest przecież dla mnie zerem. Jakie on ma dla mnie znaczenie?... I w sumie. Co my o sobie wiemy? Jeśli nawet coś gdzieś dotarło, to w stanie dającym nadzieję, że może litościwie urwie się film, i będzie po krzyku.

 Wyszedłem od niego maksymalnie wpieprzony. On jest zerem, on się nie liczy, zawsze miałem go za nic... Taa... Trzeba było, kotku, wyrosnąć ponad zero... Boże drogi - a kim ja dla niego byłem?... Gdzie był wtedy, kiedy go potrzebowałem? Co dostawałem od niego? Śmiech, drwinę - w najlepszym razie. Zazwyczaj była obojętność... On chce mieć święty spokój. Chce być sam. Zatem będzie sam. A ja tylko pragnę, by żył jak najdłużej i cieszył się w tym życiu dobrym zdrowiem. Pragnę tego dla siebie, bo nie chcę mieć kolejnych przygód. Bo jestem ostatni, więc przypadła mi rola grabarza i bardzo bym chciał rozłożyć jakoś całą rzecz w czasie. Chcę być jak najdłużej niepotrzebny!

 Teraz już mi wściekłość przeszła. Rozumiem. Rozumiem jego pokręcenie. On też wyrósł w drwinie. I tak mu się porobiło, że chce po prostu przeczekać. On zawsze chciał po prostu przeczekać życie. Odbębnił już swoje, potulnie, zdominowany przez wściekłą, mściwą, nieczułą babę, zadeptany, przez mamusię traktowany protekcjonalnie, ukryty we własnej tajemniczej skorupce... Kiedy patrzę w jego oczy, zdaje mi się, że mówi: Niech się już to wszystko skończy... Paskudna rzecz.

 Dawno temu starszyzna się naradzała - jak zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa... I wymyśliła srogiego Boga, który gniewnie nakazuje, by czcić swych rodzicieli... Tak - tylko weź, k..., człowieku, i czcij. Weź i czcij. Tatusia. I mamusię.

 Teraz nadchodzi czas świąteczny, więc będzie się bredzić o rodzinności, o ciepełku i o tym, że są wśród nas tacy, co w magiczny wieczór będą sami. Biedne staruszki i staruszkowie. Tacy samotni, opuszczeni przez wyrodne dzieci. Mało kto pewnie pomyśli, że może w niejednej staruszce i niejednym staruszku siedzi zwykłe bydlę.

 Wdzięczność. Że karmili i ubierali przez czas jakiś? Taki obowiązek. Sam na świat się nie prosiłem... Hm, mało mam w sobie miejsca na wdzięczność. Owszem - dali mi to i owo. Tylko że jeszcze do tego spluli mnie i obrzucili gównem. Miałem obowiązek być szczęśliwy. Za wszelkie życiowe bóle dostawałem po pysku. Kiedy osiągałem radość, chlapali we mnie gnojem, bo jej powody nie były po ich myśli, a szczególnie nie po myśli mamy, bo ojciec, już dobre i tyle, często rezygnował z zabierania głosu, lecz jego postawa zawsze pełna była niepochlebnych treści... Ale ok, bywałeś, staruszku, taktowny. To twój plus.

 Chce być sam - będzie sam. Ze swoich krewnych też zrezygnował. I to też nawet rozumiem. Bo ja też się ku temu skłaniam. Już mi nie pasuje rola śmiesznostki, rodzinnej osobliwości, półidioty, strasznego dziecka i czego tam jeszcze.

 Człowiek na święto, to człowiek, który z radością chce być też tym kimś na codzienność. Nie jestem na jego codzienność. Widać zbyt dużo wywołuję zakłopotania. Tak na trzeźwo. On zresztą nie chce mieć nikogo na codzienność. sam sobie wystarcza.

 Ratuję się, jak mogę. Walczę z gnojem zapamiętanej rodzinności, upycham po kątach swoje obsesje. Po to, czego brakowało kiedyś, trzeba sięgać samemu. Ciągle chcę się cieszyć. Uparłem się, że żadne fochy nie zepsują mi nastroju. I bogom wszelkim, wszystkiemu, całemu metafizycznemu badziewiu świata składam pokłony za tego, który chce być koło mnie w dni powszednie i świąteczne.

 Naburmuszona złość niech się kisi sama.

 Mam ochotę w ten ponury dzień obsypać wszystko i wszystkich kwiatami. Mimo wszystko! I jeśli ktoś tu zajrzy, niech czuje się obsypany. Dla was dziś kwiaty! I Czajkowski. To jeden z moich ukochanych utworów:

14:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (11) »
wtorek, 16 grudnia 2008
Popier...

 To żem wczoraj potop zrobił. Lodówka się zeszczała. Zawsze, gdy się rozmrażała, woda z roztopionego lodu spływała sobie do pojemnika, a wczoraj poszło jej jakoś bokiem. Sama sobie stała, rozdziawiona, i szczała roztopami. I jak przyszliśmy do domu, trzeba było zacząć od porządków. Jeszcze do tego wszystkiego nie domknąłem szafki, w której są warzywa, a to jest dla Niedźwiedzia sygnał, że nadeszła pora sadzenia. Co za manię ma ten pies - gdy tylko zobaczy ziemniaki, natychmiast zaczyna je roznosić po całym mieszkaniu. Zupełne psie dziwactwo. I po takiej akcji przychodzi pora na wykopki, czyli wydobywanie płodów rolnych a to zza kanapy, a to zza regału, a to z zakamarków naszej świątyni rozkoszy... (Nie zawsze zresztą zabawa kończy się na ziemniaczanych wykopkach, bo do tego dochodzą czasem zbiory np. cebuli, a bywa, że i trafia się prawdziwa kampania buraczana, co nie jest zbyt sympatyczne, bo taki przygryziony burak ćwikłowy to i owo poplamić potrafi.) Tak też było wczoraj wieczorem - musieliśmy przejrzeć wszystko, by nas wśród figielków nie zaskoczyła jakaś bulwa  czy inny, nadprogramowy, korzeń. --- Szleństwo jest z tymi psami. Dzicz, jaskinia warzywna... I ja w tym wszystkim dzikus numer jeden, bo postanowiłem się nieco zapuścić i przemieniłem się w brodacza. Trochę tak ku przyjemności tego swojego... Co poradzić, lubi te kudły na ryju. A zatem - masz, bierz, baw się. --- O, i jakie to szczęście, że mi kłaki na głowie odrastają! Sama radość.  Można już lekko palce zatapiać. --- Bo jej, co się nasłuchałem o tym swoim łysym łbie: że mi jakieś skurwysyństwo przez to na twarz wyłazi, że mnie zamkną za wygląd... (Kiedyś znów kazałam się ślicznie ulizać. Ładnie wyszło. Efekt wysiłków fryzjera nazwałem marzeniem czołgisty. I co? Usłyszałem od psiapsióły, żebym coś z tym zrobił, bo wyglądam, jak ktoś, kto się urwał z... Hitlerjugend... Bogowie! Chociaż grubo po trzydziestce usłyszeć, że jednak jugend!!! To jednak było budujące. Młodość jeszcze nie wypłowiała. I kondycja nie najgorsza. I brzuch płaski, więc nie trzeba biec do lustra, by sobie ptaka obejrzeć... {Rety, mój ojciec już wtedy, gdy miał tyle lat, co ja teraz, był potężnym brzuchaczem, wielorybem, olbrzymem - i do tego tak dupowatym, że, kurwa jego mać, jeszcze dziś mam ochotę dać mu w zęby.}) Będę zatem włochaty. Na Gwiazdkę. Szkoda tylko, że te kłaki już nie takie... Rok temu o tej samej porze miałem jeszcze fajny, ciemny zarost. Ale, niestety, po tym tańcu śmierci, który porwał mamę, broda mi posiwiała. Niemal natychmiast. 

 No i tak zeszło z lodówki na brodę.

 I o czym tu pisać? Jest miło. Jest dobrze. O czym więc gadać? Bo co tam się na zewnątrz dzieje? Tak już poza mną?

 Serek topiony znów zgłosił veto. PSL wymyślił ustawę o zawodzie aktora... Paranoja. Żeby siedzieć i takie bzdury wygadywać... Reżyser nie powinien przeklinać... Ale się pan Kazimierz Kutz ubawił - on, człowiek, który klnie najprzedniej na świecie! Fantastyczny człowiek. Ilekroć o nim pomyślę, zawsze mi się przypomina Anna Dymna, którą pan Kazimierz wspaniale postwił do pionu po jej trudnych przejściach, w czasie, gdy przestała być już wiotką dziewczyną - powiedział jej jakoś tak: No, wreszcie jesteś jak baba - dupa, cyce!

 Przeczytałem dziś w "Dzienniku" krótką rozmowę z Beatą Tyszkiewicz, w której powiedziała: Czy ja przeklinam? Dama pije, pali, przeklina. W tej sytuacji tracę grunt pod nogami jako dama. --- Ach, pani Beata - ile w niej wdzięku. Ginący gatunek prawdziwych dam.

Taaa - najpierw człowiek musi mieć k l a s ę! Gdy ją już ma, wtedy dopiero przychodzi czas na picie, palenie, przeklinanie, pierdolenie... Dziś niestety pozostaje to ostatnie. Świat tak beznadziejnie hołocieje. Nie potrafimy grzeszyć pięknie. I w tym wszystkim, czemu ludzie zawsze się oddawali, a co wymieniłem powyżej, stajemy się coraz częściej po prostu najzwyczajniej w świecie wulgarni. I to źle.

15:46, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
niedziela, 14 grudnia 2008
Nie wiem, kim jestem

 Straszną i zasmucającą przygodę miałem dziś z samego rana.

 Wstałem wcześnie, narzuciłem na grzbiet łachy i poszedłem z psiarnią pobiegać trochę po parku. Ach, rześki, lekko mroźny poranek, dobry na kilka głębokich oddechów, deko skrętów i skłonów, szczyptę podskoków... Odprężony, radosny przywołałem w końcu rozbrykaną psiarnię, by wrócić do domciu, gdzie michy sympatyczne i żarełko dobre... Hm, szedłem sobie tak do domu, z lekkimi przeszkodami, bo się Niedźwiedziowi zachciało pokopulować trochę z mniejszym kolegą... - No, krew zalała! Co za bydlę! Wiecznie się pakuje na tego małego, tłamsi go, i to najchętniej na ulicy. Ostateczna zgnilizna w psim wydaniu! - Szedłem sobie i myślałem: Ech, życie, aleś ty cudne!

 - Jak dobrze, że pana widzę - usłyszałem zbliżając się już do swojej uliczki. - Rozejrzałem się i spostrzegłem zupełnie mi obcą, starszawą panią. - Pan mieszka w tamtym budynku. - Tak - odpowiedziałem, coraz bardziej zdziwiony, bo oto stanąłem oko w oko z dość niecodzienną sytuacją, gdyż pani towarzyszył staruszek i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewien szczegół, bowiem, o ile pani prezentowała się bez zarzutu: płaszczyk, na głowie zaś fikuśny kapelutek, obecny obok niej siwy pan odziany był zupełnie nieodpowiednio - wokół grudniowa poranność, ze trzy kreski pod zerem, a na dziadziusiu ledwie buciki, spodenki i cieniuchna koszula! - Bo ten pan się zgubił - poinformowała mnie pani. Ale mam wrażenie, że on jest z pana domu. (Doprawdy, ja nie potrafię pokojarzyć ludzi z domami, nawet w mojej najbliższej okolicy, jednak inni, widać, są bardziej spostrzegawczy. Jaszcze jak ktoś ma taką wyróżniającą się psią hołotę! Chciaż - coś mnie niepokoi. Coś... Może ja w ogóle wyglądam nazbyt charakterystycznie? --- Kiedyś wpadła do mnie znajoma. - Cholera, nie mogłam do ciebie trafić! Dopiero mi dzieciaki wskazały drogę... - Jakie dzieciaki? - No takie. Z ulicy. Opisałam cię i zaraz padło: Aaa, to ten. To tu pani skręci. Ostatni budynek. - Jaki ten? - No, taki. - Śmaki, robaki, co nie? :) A ja myślałem, że wymykam się wszelkim opisom... Ale tak, tak, coś jest nie tak z moim wyglądem... Raz szedłem ulicą i naraz usłyszałem: Ee!!!! Wikinguuuu!!! Odwróciłem się, by zobaczyć tego Wikinga, lecz okazało się, że to ja nim byłem. Kumpel na mnie zawołał. - Ludzi nie poznajesz, pędzisz jak mały samochodzik, i jeszcze z taką miną, jakbyś miał za chwilę wykończyć całe miasto... Pomyśleć - ja, Miś serdeczny, lizadełko, przytulaczek, brat ciepły - a tu taka mina bezwiednie uformowana... Niepokojące to, bardzo!) Staruszek popatrzył na mnie błagalnie przekrwionymi oczami, jakby chciał powiedzieć: - Pomóż mi! Powiedz, że wiesz, kim jestem! - Problem tylko w tym, że ja tego człowieka nie znam. Rozpoznaję swoich sąsiadów, niektórych znam bliżej, ale ten pan... - Bo ja już chodzę z tym panem, szukam. On pamięta tylko, że mieszka w mieszkaniu numer sześć. --- Tak, i szukaj człowieku mieszkania numer sześć! Przy mojej uliczce jest takich pewnie kilkadziesiąt, a idąc głębiej w miasto, są ich setki, tysiące. - On jednak musi być z pana domu, bo ma klucz pasujący do bramy! --- Kurwa mać - psy mi się plątały, darły mordę, srać mi się zachciało, a tu jeszcze lekko odziany dziadzio. - Wejdźmy do klatki schodowej - zaproponowałem - i coś spróbujemy ustalić. Bo ten człowiek nie może tak stać na mrozie. - Ale na pewno pan go nie poznaje? - Przysięgam, widzę tego człowieka pierwszy raz w życiu! --- Sprawdziliśmy - rzeczywiście, wśród jego kluczy jeden pasował do bramy. Ale to jeszcze nie był żaden dowód. Bo w sumie te dupiane domofony i zamki... Pewnie taki klucz pasuje do połowy bram na ulicy. --- Poleciałem odstawic psy i uderzyłem do sąsiadki, wredanwej baby, która zawsze mruczy coś za moimi plecami, doskonale jednak poinformowanej zgredziochy; żmija wie, kiedy wychodzisz, kiedy wracasz, kto cię odwiedza, co jadłeś... Zaskoczyła mnie pani sąsiadka bardzo, bo raptem okazała się miła, troskliwa i przejęta. Potwierdziła niestety moje słowa - nie, ten pan tu nie mieszka. I w ogóle go nie zna! Zaprosiła nas jednak do środka, zrobiła herbatę. Zacząłem rozmawiać ze staruszkiem. - Pamięta pan swoje nazwisko? Imię? --- Nic. - Kojarzy pan coś? Okolicę? Cokolwiek. -- Znowu nic! Człowiek zachował mowę, tylko nie potrafił niczego o sobie powiedzieć! Totalna amnezja. - Byliśmy tu pod szóstką, ale nikt nie otwierał! - rzekła pani w kapelutku. - Tylko skąd pewność, że mieszka pod jakąś szóstką? A może to 66, 26, 56...? Nie ma się o co zahaczyć. Mieszkamy tu w okolicy, a nikt z nas go nie kojarzy! --- Wyglądało to tak, jakby go u nas wysadziło figlarne UFO! Facet spadł z nieba. O mroźnym świcie. W koszulce. Zero dokumentów, tylko jakieś klucze. --- Nikt w całym budynku, nawet w mieszkaniach z szóstką w numerze, nie zgubił dziadzia. Nawet pod samą szóstką, gdzie mieszka od niedawna młode małżeństwo: szalenie miła dziwczyna i przepocieszny chłopak, który zawsze się raduje i na wszystko mówi super. Dobijałem się długą chwilę. Mocne śpiochy! Otworzył gostek słodziutko rozczochrany, zaspany. Zrobił wielkie oczy, gdy usłyszał moje słowa: Cześć! Błagam cię, powiedz, że ukrywasz w mieszkaniu dziadka! - Co? - Nie mieszka u ciebie żaden starszy gość? - Jeden dziadek mi umarł, drugi mieszka w Sopocie. Ale o co chodzi? - Powiedziałem co i jak. - To raczej mało prawdopodobne, by dziadzio przeszedł przez Polskę  w samej koszuli. Teleportacja też chyba w rachubę nie wchodzi. A poza tym - ta wiadomość pogrzebała wszelkie nadzieje - mój dziadek z Sopotu jest łysy jak kolano! --- Wróciłem do sąsiadki. - Nic! --- Nic. Dziadzio kompletnie zakręcony, przestraszony, bezradny. - Trzeba szukać dalej - zawyrokowała pani od kapelutka. - To szaleństwo. Potrzebna jest jakaś większa pomoc. Bo my się tu naradzamy, a ktoś może odchodzi od zmysłów. Trzeba chyba powiadomić policję. Powiedzieć, że błąka się starszy człowiek, który nie wie, kim jest, skąd jest, który nie ma pojęcia, gdzie się znajduje... - Naprawdę nie wie pan, skąd wyszedł? A może chociaż kiedy? Było jasno? - Tak. - Jest pan pewnien? - Nie wiem. - A gdzie pan spędził noc? Pamięta pan? W mieszkaniu? - Nie wiem. - Ja go u siebie w kamienicy na schodach spotkałam - powiedziała pani w kapelutku. - A może ktoś pana tu przywiózł? - Że jak? - Jechał pan czymś? --- Pan nie umiał na to pytanie odpowiedzieć. Zupełnie nie wiedział, jak się znalazł w naszej okolicy. - Niczego pan tutaj nie poznał? - Nie. --- Sąsiadka poparła mój pomysł z policją. - To najrozsądniejsze wyjście. Bo może ktoś już nawet dał znać o zaginięciu? Diabli wiedzą. --- No i w końcu kobita złapała za słuchawkę.

 Nie wiem, jak się cała sprawa zakończyła. Mam nadzieję, że jednak coś się udało ustalić. Może policja miała już jakieś sygnały, które pozwoliły trafic na dobry ślad...

 Straszna rzecz! Ta nasza świadomość, że my to my! To poczucie, że wszystko w nas jest solidne, spójne, i że tak już pozostanie... A tymczasem w jednej chwili możemy stać się bezimienni, o nieustalonym pochodzeniu, bez pamięci. Dorosły, siwowłosy noworodek... Kim jestem?

14:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
sobota, 13 grudnia 2008
I liznę po krowiemu

 I co, Misio się snuje sobotnio z kąta w kąt. Znowu mam weekend odfrankowiony. Bo kochanieńki pojechał do rodziny. Żeby mieć z głowy. Wizyta przedświąteczna. Z głosem usprawiedliwiającym planowaną nieobecność na rodziny łonie w dobie świątecznej. No, żeby nie gadali. I pasuje. Dooobry chłopczyk, dobry.

 A ja w rozbebeszeniu. Nigdzie się dziś nie wybieram, bo mam trochę roboty, którą zapełnię sobie wieczór. A póki co, tak się nieco ślimaczę. Podlałem kwiatki, nakarmiłem bydełko domowe, czworonożne, byłem przed chwilą na przechadzce, zjadłem bardzo późne śniadanie. A jeszcze wcześniej, z samego rana, wybrałem się do marketu na małe zakupy. I już myślałem, że ryknę ze śmiechu, bo nieszczęsny mój były, pradawny pieszczoszek znów się na mnie natknął. Ma facet pecha. Biedaczysko! Jak zbzikowany kameleon przybierał barwy opakowań, na których tle akurat się znajdował. "Oj, będziesz musiał, bracie, zmienić chyba sklep!" - pomyślałem. Jestem pewien, że gdybym podszedł i doń przemówił, zabiłby mnie. W takich okolicznościach, podejrzewam, w jego rękach nawet serek topiony mógłby okazać się śmiercionośną bronią. Hm, tyle lat minęło, a tego tak trzyma... Nie przypominam sobie nikogo, kto okazywałby mi większą niechęć. Doprawdy.

 Teraz sobie tak myślę - a może by go tak trochę nastraszyć? Wiem - ufarbuję sobie włosy na zielono, udekoruję się kosmetycznymi mazidłami i taki wyskoczę któregoś dnia zza regału: - Uuuuaaaa!!! Patrz! To ja! Upiór twojej przeszłości! Twój homoseksualny koszmar! Łaaaaaa!!! - A potem liznę go po twarzy obleśnie, krowiaście. - Muuuuuuuuuu!!!

 Tak, dekorowanie się kosmetycznymi mazidłami... Będąc jeszcze pierzącym się młodzieńcem lubiłem różne przebieranki. (Bardzo pożyteczna rzecz! Bo można opanować na przykład pewną sztuczkę - chodzenie w najabsurdalniejszym nawet obuwiu, jakim są szpilki. Ha, to jest jak jazda na rowerze - nauczysz się, i zostaje. Nie tak dawno temu u koleżnaki (biedne stworzenie - cóż za nózie, jaki rozmiar!!) znów spróbowałem i poszło całkiem gładko! Biegać nawet w tym można. Ach - i to zestawienie: szpila, skarpeta i kudłata noga! :)) Lubiłem przebieranki i malowanki. I, niestety, kiedyś narobiłem sobie kłopotów. Czasy późnej podstawówki to były. Zakochany w sobie królewicz, zapalony onanista, twarz cudnie gładka i milutka, lustereczko oraz czerwienie, zielenie, błękity, brązy, czernie i co tam jeszcze z mamusinej szufladeczki z mazidłami, pędzelkami, szczoteczkami, wacikami. Istne malarskie seanse sobie urządzałem przed pójściem do szkoły. (Chodzenie do budy popołudniami to był wielki błąd, bo dzieciak pół dnia siedział sam w domu i potrafił urzeczywistniać przedziwne pomysły!) I cóż - po jednym takim artystycznym zdarzeniu niezbyt dokładnie się umyłem... Przez pewien czas miałem przesrane! :)

 Wrrrr! Mama patrzyła na rosnącego w jej domu idiotę z podejrzliwością  i niepokojem. Zawsze, cholera, wiedziała, kiedy grzebałem w jej szafie!

 Ach, przeklęty dzień, w którym przyszedłem na świat!

 Bogowie - nie umiem sobie wyobrazić moich rodziców pochłoniętych igraszkami, w efekcie których zjawiłem się na powietrzu. Ale wiem, czemu tak jest, wiem, bo nigdy w życiu nie widziałem między nimi najdrobniejszych nawet przejawów czułości. Nigdy. Ci ludzie utrzymywali wokół siebie temperaturę, w jakiej z powodzeniem można by było przechowywać zwłoki.

 I cóż jeszcze. Wczoraj późnym wieczorem odbyłem niepokojącą rozmowę z pewnym znajomym. Zawsze się przejmuję, kiedy w kimś życie zaczyna budzić przerażenie. Cholera! Że też zawsze znajdują się ludzie, którzy uważają, iż jestem najlepszym materiałem na powiernika. Przejmuję się cudzymi kłopotami, ale wolę, absolutnie wolę tę trudniejszą dla wielu sztukę - szczerą radość z powodu czyichś sukcesów i szczęścia. Jestem na tyle osobny, że przychodzi mi to bez trudu.

 To tyle sobotniego gadania. Bogowie drodzy, jakoś tak zaglądanie na bloga i dodawanie doń notek weszło mi w krew. Niezbyt to kłopotliwe ani też czasochłonne, niemniej - hm - myślę czasem, że trzeba by było coś z tym jednak zrobić! Dwa lata to chyba już lekka przesada. Już mnie kilka razy korciło, by kliknąć: skasuj! Lecz jakoś nie mam sumienia. Ale... No, niech będzie - to w końcu miło robić coś całkiem za darmo. O, a nawet z dopłatą, bo przecież co miesiąc trzeba wysupłać trochę miedziaków na ten cały internet. 

 No, dobra, gaszę już to ustrojstwo, ustrojstwo, które nieustannie mnie wkurwia, wkurwia, bo mój móżdżek zupełnie nie pojmuje jego istoty. W takim świecie przyszło mi żyć. Jak widzę młotek, obcęgi, ciupagę - wiem, o co chodzi. A to? Świci, mrucy, goda... O dupę rozbić. :)

 No, zdumiewająco wytrwali i cierpliwi czytelnicy - do następnego razu! Hej!

14:13, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 grudnia 2008
Faun

 "Bóg jest ogniem w głowie. Żyję do czasu, dopóki mam ogień w głowie. Mój puls to trzęsienie ziemi. Jestem trzęsieniem ziemi". Niżyński

 Troszkę mi się tu po biurku plączą materiały o Wacławie Niżyńskim. Patrzę na zdjęcia z zamierzchłych czasów. Na młodzieńcze piękno. Na taneczne, niekiedy zachwycające pozy...

 Delikatny, wrażliwy, wściekle uzdolniony, rozdarty między seksualnymi orientacjami. "Bóg tańca podziwiany przez miliony i zakładnik seksualny mecenasów sztuki". Doskonały materiał na szaleńca. I szaleństwo poznało się na materiale. W wieku trzydziestu lat ten wspaniały twórca nowoczesnego baletu wpadł w obłęd. "Schizofrenia okazała się wierniejsza od kochanków, rodziny, wielbicieli. Nigdy nie dała mu uciec."

 Co się spełnia w naszym życiu? Czyżby marzenia? E, gdzie tam! To ledwie plany. Gdzieś pojechać, coś zobaczyć, przeżyć. Na to wszystko można zarobić. Dobre jest też szczęście, które, gdy nam sprzyja, zsyła na naszą drogę życzliwych przyjaciół, jakich każdy przecież chce mieć. Plany i pragnienia - wszystko w kręgu spraw do spełnienia, ziszczalnych. Zazwyczaj. A marzenia, prawdziwe? To drogie tęsknoty, których w żaden sposób zaspokoić się nie da. One krążą wokół rzeczy niemożliwych.

 Rzecz, która nigdy się nie zdarzy. Bo nie ma powrotu do czasów zaprzeszłych. I chcieć sobie tylko można. Tylko tyle.

 Chciałbym. Chciałbym cofnąć się do 1912 roku, do ówczesnego Paryża, by zobaczyć na własne oczy Niżyńskiego w "Popołudniu Fauna", zobaczyć to, co uleciało, przeminęło... Naturanie widziałem realizację jego choreograficznego pomysłu, choćby w filmie o jego życiu i karierze, ale o ileż cudowniej byłoby zobaczyć właśnie jego, na żywo, tam, w Théâtre du Châtelet, jego, boga tańca!

 Młody Faun, zmożony żarem upalnego dnia. Pogrywa leniwie na flecie, je winogrona. W pewnym momencie dostrzega nimfy zdążające do kąpieli w pobliskim jeziorze. Jest wyraźnie zaciekawiony. Nimfy na widok dziwnego młodzieńca pierzchają spłoszone. Po chwili jednak wracają. Faun tańczy, stara się je ośmielić. Nie za bardzo mu się to udaje, bowiem nimfy znów uciekają. Z wyjątkiem jednej. Ta najśmielsza i najbardziej ciekawa pozostaje i nawet pozwala się dotknąć, lecz gdy Faun chce ją objąć, ucieka gubiąc szarfę. Faun jest zmartwiony. Znajduje jednak porzuconą szarfę. Bierze ją tkliwie w ramiona, jak żywą dziewczynę, wraca na pagórek, gdzie wcześniej grał na flecie, tuli sie do niej i znajduje zaspokojenie swej miłosnej tęsknoty.

 Pierwsza prawdziwie samodzielna próba twórczości choreograficznej. Niezwykle śmiała jak na tamte czasy. Zachwycająca. To ożywiony ruchem antyczny fresk, dwuwymiarowy, z frontalnym ustawieniem korpusu, a profilowym nóg, rąk i głowy tańczących postaci, poruszających się po liniach prostych niezwykle prostymi, kanciastymi ruchami. Taneczne ornamenty z greckich waz przeniesione na scenę, w które tchnięto życie. Cudne przedstawienie budzącego się młodzieńczego erotyzmu, nieporadnego... Ach, cóż to były za czasy, jakże wtedy można było szokować! A dziś, jakie to w gruncie rzeczy niewinne... Co się wtedy, w 1912 roku, działo! Po premierze rozpętała się burza protestów i polemik, które podzieliły publiczność, krytykę, środowisko artystyczne, a nawet polityczne, na dwa obozy.

 I jeszcze ten ostatni występ. Z pewnością byłoby to przeżycie. Antoni Kępiński w swej książce "Schizofrenia" zamieścił relację z tego wydarzenia: "O określonej porze wszyscy się zebrali i czekali na występ, który się odwlekał. Gdy żona zapytała artystę, co zamierza zatańczyć, krzyknął na nią gwałtownie, co mu się nigdy nie zdarzało: 'Milczeć! Powiem, gdy nadejdzie czas. To są moje zaślubiny z Bogiem." Po chwili wszedł na podium i zwrócił się do obecnych słowami: "Pokażę wam, jak my artyści żyjemy, cierpimy i tworzymy." Siadłszy okrakiem na odwróconym krześle i oparłszy się rękami o poręcz, wpatrywał się w zebranych (...) Wszyscy milczeli jak w kościele. Czas upływał. Musiało to trwać około pół godziny. Publiczność zachowywała się tak, jak gdyby była zahipnotyzowana (...). Kiedy żona wyszła, by naradzić się z lekarzem, ponieważ spostrzegła, że dzieje się coś niedobrego, Niżyński zaczął tańczyć, wspaniale, lecz przerażająco. Rzucił wzdłuż pokoju kilka zwojów czarnego i białego aksamitu na kształt wielkiego krzyża. Sam stanął u szczytu figury z rozpostarymi ramionami jak żywy krzyż - "Teraz zatańczę wam wojnę, z jej zniszczeniami, cierpieniami i śmiercią. Wojnę, której nie zapobiegliście i dlatego jesteście też za nią odpowiedzialni". (...) Wydawało się, że wypełnia on salę przerażoną, cierpiącą ludzkością. Wprowadził nas jakby w trans. Wszystkie jego gesty były dramatyczne, monumentalne; wydawało się, że płynie ponad nami. Wszyscyśmy siedzieli przerażeni, wstrzymując oddech, dziwnie zafascynowani, jakby skamieniali. Czuliśmy, że Wacław przypomina jedną z jakichś potężnych istot, owładniętych dominującą siłą, jak tygrys, który wyrwał się z dżungli i może nas zniszczyć w każdej chwili. A on wciąż tańczył, wirując w przestrzeni; urzekał widzów swoją wizją wojny i zniszczenia, stawiał ich twarzą w twarz z cierpieniem i przerażeniem, walczył wszystkimi mięśniami, błyskawiczną szybkością, zręcznością eterycznej istoty, by uciec przed nie uniknionym końcem. Był to taniec o życie przeciwko śmierci." Ostatni taniec. Występ, który zapoczątkował u Niżyńskiego ostrą schizofrenię.

 Staram się wyobrazić sobie to zdarzenie. I tęsknię za niemożliwym. Za rokiem 1912.

 Zawsze mnie wzrusza ten łaciaty kostium. Czarujący.

15:45, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2