BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 30 grudnia 2009
Kilka słów na koniec roku i mała przejażdżka po Oslo

 Kilka słów. Dobre sobie. Znając siebie wyroją mi się tysiącami. Te słowa. Na całe szczęście jednak nie zaprzątam sobie głowy myśleniem, więc owe wyrojenia nie są specjalnie czasochłonne... Palce same piszą...

 Wypadałoby jakoś ładnie zakończyć kolejny rok, tu, na z lekka dychawicznym blożku... Nie wiem czy mi się to uda. A nawet jeśli nie, to już sobie postanowiłem, że zwrócę się o pomoc do norweskiej piosenki...

 Mam dobry nastrój. Taki jest teraz czas, że wpadam w drobne ekstazy, czuję nieprzyzwoitą lekkość i tchnę - co mnie trochę dziwi - zupełnie dzikim optymizmem. Mam parę, dużo pary, którą od czasu do czasu puszczam beztrosko w wesoły gwizdek. Bo tak wypada przy świątecznej okazji.

 Jutro już ostatni dzień w roku. Gdybym się miał pokusić o jakieś pobieżne podsumowania, to powiedziałbym, że to ostatni dzień roku całkiem udanego. Tak, w sumie był to fajnie przeżyty czas. Tak więc mogę go swobodnie zaksięgować po stronie z nagłówkiem: "Nie żałuję"!

 W tym roku sywlka spędzimy w mieście. Kroi się impreza dość huczna, ale z Frankiem nie jesteśmy pewni czy chce nam się brać w niej udział, tak że istnieje możliwość, iż zaszyjemy się w domu, by oddać się jakimś pogaduchom przy koniaczku i z całą pewnością też temu całemu, wisz pan, seksowi. :))

***

Cosik z innej beczki. :)

"Tatry! wy niezgłębione otchłanie Prawiecznej niewiadomej Duszy! / strażniki piekła mego, grozicie krawędźmi skał! / Księżyc tu mnie rozskrzydla i więzy moje kruszy, / tu idę w Dantejski szał! / Tu zapada wzrok mój w czeluście Gehenny, / szumią nade mną puszcze olbrzymiej Nietoty; / Murań w koronie, jak Sezam tysiącpromienny, / obłoki lotne - hufiec Cherubimów złoty! / Tu jestem z mą zagadką (...) - / Wchodzę w ciemne komory, gdzie złoto krwi pleśnieje w cieniu... / Mam tysiąc zamków, a każdy jest księgą coraz głębszych znaczeń - / i żyję w wiecznym płomieniu"

To naturalnie Tadeusz Miciński. Z "Nietoty" ładnie wydanej. Prezent od Frania, który podczytuję. I odgrażam się swemu darczyńcy. - Jak pojedziemy na narty, to będę ci to, chłopaku, czytał całymi nocami! GŁOŚNO I WYRAŹNIE!!! :)

***

 Wczoraj wieczorem włóczyliśmy się po mieście. Z ciemnym  piwem w naszych organizmach. Pysio mi się śmiało i miałem ochotę pozdrawiać wszystkich napotkanych ludzi. Bez specjalnego powodu byłem w siódmym niebie... Franuś stwierdził, że czasem za mną nie nadąża... - Co ty tam jeszcze masz w środku? - O, gdybym to ja umiał powiedzieć!!! Zresztą o to samo mógłbym jego zapytać... Cóż można wiedzieć o drugim? Być może to właśnie ciągle trwająca tajemniczość przyciąga nas do siebie, fascynuje... Każdy kosmos jest taki ogromny! A każdy człowiek to przecież wszechświat niezmierzony.

 Wracając zajrzałem do skrzynki na listy. Zwykłe wieści o tej porze - informacja, że od Nowego Roku w górę idą woda, wywóz śmieci i takie tam... Trochę więcej nas będą kosztowały nasze amory pod prysznicem. :)) Obok tych informacji znalazłem kilka spóźnionych kartek ze świątecznymi życzeniami (a ja w tym roku całkiem zapomniałem o wysłaniu kartek, zdobyłem się natomiast na napisanie długo odkładanego na bok listu...) oraz list. Koperta zaadresowana niezbyt precyzyjnie dziecinną ręką. Otworzyłem ją i trochę zdziwiła mnie jej zawartość... Dostałem list od swojego chrześniaka. Na zeszytowej kartce w kratkę narysował dla mnie choinkę. I napisał, że kochanemu wujkowi życzy wesołych świąt... Że też mu to wpadło do głowy! - I co teraz? - spytałem Franka. - Jak to co? To bardzo miłe. Tak się postarał, sam wykonał rysunek. Może chce, żebyś o nim pamiętał... I tak to, cholera, jest - dorośli wygadują na mój temat niestworzone rzeczy, a dzieciak przesyła mi obrazek i nazywa "kochanym wujkiem". Może kiedyś zaprzyjaźnimy się ponad głową potwora zwanego rodziną??? Wiem, że mnie bardzo lubi. Ja też go lubię... - Ale nie będziesz się rozklejał? - Nie, idę z psami - powiedziałem. Poszliśmy razem. A potem gawędziliśmy w łóżeczku... Jest taka rzecz, którą uwielbiam robić - kładę się tak, by mieć pod głową jego brzuch, do którego przytykam ucho. W ten sposób słucham tego, co do mnie mówi i czuję się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na całej planecie, jak wybraniec. Zamieniam się w maluszka, którego płynący z brzucha głos rozkosznie kołysze. Zdarza mi się w takich momentach przysypiać. Mam wtedy poczucie absolutnego bezpieczeństwa... A kiedy przestaję odpowiadać, budzi mnie łaskotanie...

 Heh - i do dziś lubię być głaskany po głowie... Pieszczoch ze mnie straszny. Nie wyleczę się z tego, oj nie! :))

***

 To co - wypada może zakończyć roczek blogowy piosenką. Coś po skandynawsku. Mała nocna przejażdżka tramwajem po Oslo?

 Lars Lillo już gościł na moim blożku i dziś z przyjemnością dorzucę coś jeszcze, bo kocham te jego piosnki, tak jak kocham małe Oslo - miasto, w którym spotkało mnie wiele przyjemności, wiele dobrych rzeczy...

Det er grålysning og ikke en lyd i byen

og jeg er på vei hjem, til en oppredd seng.

Lille Oslo er en egen planet.

Alle gatene er forskjellige land,

hvert strøk en verdensdel (...)

 Już świtać zaczyna i cicho jest w całym mieście. Ciągnę do domu, do łózia, przez Oslo, co jest jak osobna planeta. Każda ulica to inny kraj, każda dzielnica - inny kontynent... Naspawany jestem i idę na Bygdøy allé. Mój jedyny cel - dojść do domu i położyć się. Jednak zanim to uczynię, muszę koniecznie zobaczyć, że wstaje słońce, a razem z nim człowiek. Muszę to zobaczyć, żeby móc potem spokojnie i dobrze przespać cały dzień...

Og jeg er ganske full,

og jeg går midt i Bygdøy allé,

og mitt eneste mål er å komme hjem og sove.

Men før jeg gjør det

er jeg nødt til å se

at solen kommer og at menneske står opp.

Da er jeg trygg, da kan jeg sove godt hele da'n (...)

 

(charfoxt)

Wszystkim Czytelnikom życzę Szczęśliwego Nowego Roku. I udanych powrotów z sylwestrowych zabaw!!!

14:39, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Od wróżb do opiekuńczych smoków i ptaszydeł

 Nieee, jakie tam po świętach!! Święta trwają w najlepsze! Bo wszystko, co przyjemne należy sobie w miarę możliwości wydłużać!! Przyjemność to jedyna sfera, w której nie dopatruję się możliwości popadnięcia w przesadę...

 Bardzo fajny czas, którego nawet nie popsuł mi posępny tato... (Ach, i szczęśliwie też uniknąłem wizyty u swej dawnej "teściowej", bo gdzieś wybyła na rodzinny spęd, tak więc ograniczyliśmy się jedynie do telefonicznych życzeń...) Naturalnie tato nie przyszedł do nas, bo do tego potrzebowałby przynajmniej jednej spożytej półlitrówki, a to z kolei nie bardzo by mi się podobało... W wigilię to ja go odwiedziłem. I to nawet z ugotowanym rano barszczykiem. Pogadaliśmy o paru neutralnych sprawach, pożyczyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i śmignąłem wreszcie Frankowym pojazdem z powrotem do domu, na rybkę, którą dopakowaliśmy nasze świątecznie usposobione żołądki... I wymieniliśmy się podarunkami... He, he - Franek przywalił mnie księgą tajemną. Tatr. Micińskiego. I teraz nie mam wyjścia - muszę to znane mi jedynie z fragmentów dzieło przeczytać... Nie wiem czy przebrnę. Ale może wypadałoby. Tak ze względu na przyjaźń z Witkacym, który szalenie Micińskiego przecież cenił.

 W pierwszy dzień świąt zwalili się znajomi. Jeden koleś już lekko naspawany, huczący na całą klatkę schodową, że przybieżeli itd, itd... No i tak - czym chata bogata... A chata przeważnie jest bogata, bo Misio dba, żeby niczego nie brakowało... (Ach, jakie człowiek potrfi przechodzić przemiany... W dawniejszych czasach było inaczej, a teraz jestem kimś, kto robi swojemu chłopcu  śniadanka, prasuje mu koszule i stara się, żeby dom był miejscem ciepłym... I mam cholerną satysfakcję, bo to, co sam usiłuję budować, jest tak kontrastowo odmienne od tego, co pamiętam z domu rodziców, domu paskudnego, zimnego, straszliwego... I niech watykańskie Belzebuby nie wymądrzają się na temat życia, miłości i rodziny...)

 Bardzo sympatycznie było. Śmieszne pogaduchy przy butelce wina i żarełku, kilka ataków regularnej głupawki, parę brzdąknięć na gitarze...

 W pewnym momencie koleś jeden tak dumał, dumał, i wydumał... - Ej, ty, Miśku, podobno wróżysz z kart... O rety - ręce mi opadły: - Kto mu nagadał takich rzeczy?... - Dobra, dawaj, dawaj... Nie ważne, kto cię zadenuncjował. - W święta się nie wróży - próbowałem się ratować. - Ale przecież my jesteśmy wyjątkowi! Nic nam nie może zagrozić. - Skoro tak, to po co wróżby... - Nie było siły. Poszedłem więc z niechęcią po kuferek mojej mamy nieboszczki pełen kart. Tarot oraz zwykłe karty do gry, zupełnie czarodziejskie, zawsze służące jedynie do wróżb. Rzeczy w sumie okropne, bo przywodzące na myśl te rozdziały życia, o których wolałbym nie pamiętać...

 Pełne skupienie? Nie bardzo. Bo raz po raz przeszywały powietrze jakieś zabawne komentarze... Franek już wyczuwał jakieś tajemne moce... - Tak, tak, to się czuje. Od razu człowiekowi robi się ciepło w kroku. - Nie, nie, nic z tego nie będzie - zawołałem. - Będzie, będzie - dobry czarodziej i w hali fabrycznej zadziała - usłyszałem. - Tak, atmosfera już się zagęszcza... Fluidy jakieś, czy jak to tam zwą... - Nie wiem, o co chodzi...

 Opowiadam koledze o tym, co zdołałem wyczytać z kart... Koleś myśli, myśli, po głowie się drapie... - No nie, to co ty mi pierdolisz? - O co ci chodzi? - To takie wróżby? Przecież dobrze wiesz, że za kilka tygodni lecę na miesiąc do Londynu. I mi gada, że mnie czeka jakaś niewielka podróż! - No dobra, ale tutaj to też jest. - Aha, i jeszcze żebym uważał na kogoś. Na faceta jakiegoś. To nic nowego! Wokół przecież same rozklekotane emocjonalnie psychole... Może dodam jeszcze do talii mój dowód osobisty, to będzie bardziej ekscytująco...

 Biedny ja - cóż mogłem mu powiedzieć? Przepowiedzieć datę śmierci, podać numery, żeby mógł wygrać w lotto? Opowiedzieć o księciu z bajki? Kolega był trochę rozczarowany... Wytłumaczyłem mu jednak, że życie to bzdura i banał i że karty niczego poza banałem nie przewidują... W każdym razie ostrzegłem go, by uważał na kogoś ze swego otoczenia, na kogoś, kto nie życzy mu dobrze i chce mu zaszkodzić...

 Oj, pierdoły, pierdoły... Jasne widzenie: Na świętego Prota będzie słońce albo słota... :))

 Karty mojej mamy nieboszczki... Jedne są prezentem ode mnie. Przywiozłem jej kiedyś talię z Reykjaviku. Bardzo piękne, ozdobione islandzkim godłem, na którym srożą opiekuńcze duchy tej wyspy... Islandia ma prawdziwie czarujące godło, związane z legendą... Jak sobie przypominam, kiedyś duński król Harald Sinozęby pogniewał się na ludzi z Islandii, bo sobie kpili z jego rodaków - wysłał więc czarownika, by wybadał, gdzie na wyspie znajduje się najdogodniejsze miejsce do lądowania dla jego wojów. I udał się czarownik pod postacią wieloryba w podróż do brzegów Islandii, gdzie spotkała go niemiła niespodzianka, bo wszędzie, gdzie się zjawił, odstraszały go opiekuńcze duchy tego odległego, samotnego kraju. Na wschodzie był to uskrzydlony smok, na północy złowrogie drapieżne ptaszysko, na zachodzie przeraźliwie nabzdyczony wół, a na południu wielgachny facet ze śmiercionośnym drągiem... Czarownik nie miał najmniejszych szans, by wypełnić swą misję i musiał uciekać... I tak legenda przetrwała wieki... Przetrwała, by zamienić się, w chwili, gdy odradzało się niezależne islandzkie państwo, w malownicze godło z opiekuńczymi istotami...

 

 I to tyle na dziś od Misia...

 Życzę wam całego roju opiekuńczych duchów!!!!

15:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 grudnia 2009
Narvesens Postkortsamling

 Nie, dzisiaj nie będzie obszernego wpisu, bo jestem nazbyt ociężały, świątecznie ociężały. Ale tak zajrzałem poobiednio do netu, więc przy okazji coś tu jednak wrzucę zamykając się w ramach misyjnych...:)

 Jeśli się tu zabłąka jakiś internetowy spacerowicz -  miłośnik starych fotografii, pocztówek, który przy okazji lubuje się w klimatach norweskich, to zachęcam go, by w chwili światecznego przesytu powędrował trochę wśród starych obrazków powstałych w latach 1897 - 1917:

http://www.narvesen.no/kultur/ 

15:13, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009
Z przyjemnością

przepuściłem wczoraj trochę kasy. Poza tym z przyjemnością nie zrobiłem żadnych świątecznych porządków - jedynie dziś rano zdobyłem się na uruchomienie odkurzacza. Z przyjemnością też nie zabiłem ryby... Ryba jednak poległa. Bo bawię się czasem w tradycjonalistę - po prostu w ten czas nie może zabraknąć karpia... I cóż mogę powiedzieć - przepraszam rybę za ten drobny kłopot... Ryba poległa szybko, zaraz też straciła głowę i flaki... Zatrzymałem się koło stoiska z rozdowcipkowanymi i trochę zmarzniętymi prawdziwkami. Jeden z rumianą, ludową twarzyczką, drugi zaś... Drugi to był okaz rozkoszny... Wyłowili rybę z przenośnego stawu, zważyli. Zapłaciłem. A zabijaka ukrył się za przegródką, by dyskretnie dokonać morderstwa... W tym czasie okaz rozkoszny zaczął zmagać się z foliową siatką. Nie mógł jej rozewrzeć, by wpakować do niej zwłoki, co jego rubaszny kolega skomentował: - Od razu poznać, że dawno baby nie widzioł! - Jednak powiodło się - ryba została zapakowana... Ach, ta moja odwieczna słabość do chłopaków z ludu! Ten, co "baby nie widzioł", od razu mnie zachwycił. Było w nim coś zniewalającego. Stał tam w przybrudzonych portkach, w starej, uwalanej rybim śluzem kurtce i wełnianej czapce, stał i olśniewał swoją twarzą pokrytą gęstym, czarnym dwudniowym zarostem, z oczami jak dwa węgielki z niewielkim, figlarnym zezem. Wzruszająco piękny okaz... Tak, rybę przytargałem - żeby ją zjeść i żeby pozyskać łuski, ponieważ pozwalam sobie też na bycie przesądnym... (Ech, do diabła z racjonalizmem - jest zawsze cechą nudziarzy... Przestawię się chyba wkrótce całkiem na wiarę w tajemne moce gwiazd i różnych innych rzeczy, naukę pozostawiając na uboczu, bo jej nieszczęście polega tym, że wszystko, co ma do powiedzenia o człowieku i świecie, jest nieskończenie ponure i przygnębiające...) No i łuski już są. Mają swoje miejsce w portfelu. Dla Franka też przygotowałem dwie. Zawinąłem je w dziesięciozłotowy banknot i dam mu jutro. Żeby była kasiora!:))... Tak... Łuski rybie i gwiazdy szczęśliwe... Wczoraj, łażąc po sklepach, pomyślałem sobie: K..., Misiek, ale ci dobrze! Jestem mimo wszystko nieskończenie szczęśliwym typkiem. Cieszę się ze zdrowia, cieszę się, że jestem pedałem - tak właśnie!, cieszę się, bo mogę się dziwić, cieszę się, bo jakoś tak niesamowicie wszystko, póki co, w życiu mi się samo wygładza, cieszę się, że stoję na dwóch nogach!! No i to, że jestem dla kogoś tym najwspanialszym! Dlaczego? - tego nie wiem. I się nie dopytuję, tylko przyjmuję ten fakt z wdzięcznością... Cieszę się, bo nic nie zabiło we mnie małego chłopca. Nie czuję żadnego wieku... Nie wiem - może tajemnica tego tkwi w byciu homikiem? Moje życie do dziś przypomina nader często coś na kształt wakacji! Łapię się ciągle przy takiej właśnie myśli - jestem, po tylu dekadach, nadal chłopakiem na wakacjach!! Mimo że się parę razy przejechał po mnie walec życia... Tak, ludzie w moim wieku często chyba robią podsumowania półmetkowe, ja jednak na coś takiego nie potrafię się zdobyć. Nie byłem nigdy nastawiony na jakieś zadania. Przede wszystkim szukam nastrojów, ciągle... Jestem na swojej pięknoduchowskiej wyprawie. Ryzykownej - ale co tam... Nie bardzo nawet staram się ustalać, kim jestem... Może najbliżej mi do tych wszystkich moich ulubionych menelików... Tak czuję, że niewiele mnie od nich dzieli. Różnica polega tylko na tym, że ja mam trochę więcej pieniędzy. Ale tak poza tym... Ot, pyłek mały... W trochę bardziej komfortowych warunkach... Ludzie mi czasem mówią, że jestem jakiś inny, odklejony... Franek też tak uważa... Że jestem  jakiś... Ale ja nie wiem... W ogóle mało wiem... I mimo zacnych szkółek nie mam śmiałości, by nazywać siebie człowiekiem wykształconym... Nie, to przecież śmieszne...

 Jednak coś dobrego się mną opiekuje. Coś chce, żebym żył i czuł się szczęśliwy. I zawiadamiam o tym z przyjemnością!

 Wesołych Świąt!

14:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Wreszcie w domu!

 Bogowie! Zima się rozgościła, mróz się wściekle rozsiarczył, a mnie właśnie w ten czas przyszło czołgać się przez Polskę, wściekać na przymarznięte koleje i tupać nóżkami pośród tęsknot za ciepłym domkiem. Ale nic - tak mi wypadło. I w końcu - było, minęło, i już się tak bardzo na zimę nie gniewam, która teraz, w łagodniejszej już postaci, pysznie się prezentuje za oknem pod niebem błękitnym, cała w czystym, czerwieniejącym już słońcu. Jednak gdy się dowlokłem w pobliże swego gniazdka, byłem wściekły i zziębnięty, i wanny sparagniony, wskoczyłem więc zniecierpliwiony w taryfę, by jak najszybciej zrealizować to swoje proste marzenie... Najpierw jednak musiałem paść na podłogę, żeby się z rozradowanymi kundlami przywitać - to już jest stały rytuał; pazury, jęzory jak cienkie plasterki szynki, radośnie, acz z wyczuciem wbijane w nadgarstki kły, no i naturalnie całkiem mezozoiczny jazgot. Bestiarium w euforii. Stado znów w komplecie!!! Hurra!!!! A potem Frania witanie - pokurczonego, w polarku... He, he - ciepły domek! Ponoć przez dwa dni kaloryfery grzały na pół gwizdka i wszystkie pomieszczenia zmieniły się w chłodziarkę. - Dobrze, że choć w pracy mogłem się porządnie zagrzać - zauważył. - Biedny Franio - sam z psiarnią na głowie w domu ostygłym... I wreszcie wanna, moja dobra i niezawodna przyjaciółka, domowe źródełko gorące. Tajałem pośród niebiańskich rozkoszy. Znowu byłem czysty i ciepły... (Dobrze, dobrze, gdy się człek rozgrzeje! Od razu poprawia mu się samopoczucie, choćby i dlatego, że owo rozgrzanie jego męskości przywraca rozsądne rozmiary :)) A gdy się jeszcze błogo taplałem w wodnej gorącości, Franio wziął się za kuchenną babraninę. Dłubał swoimi kochanymi łapskami w pieczarkach i serku żółtym, z czego urosła cała góra małych zapiekanek, które bardzo lubię chrupać... Sama przyjemność, która każe mi myśleć, że to bardzo fajna rzecz mieć dobrego męża. :))... Zwykle to ja dbam o żarełko, bo mnie czas na to bardziej pozwala, ale i on wyskakuje od czasu do czasu z jakąś przyjemną kulinarną pierdółką... Cudne łapy, krojące chleb w pajdy, obierające ziemniaki na kwadratowo... Z czujnym Niedźwiedziem przy boku oczekującym na jakiś nadprogramowy kąsek... Dobrze, gdy jest stół, dwa zajęte krzesła i coś do schrupania... A jeszcze jak są wokół kundle wpatrujące się w swym drapieżnym napięciu na nasze pochłaniające żarełko pysie, pełne nienażartej nadziei, że może coś nam upadnie... W takiej atmosferze czuję, że życie ma jakiś sens. Może niewielki, ale jednak... Kiedyś mi się wydawało, że coś takiego już mi się więcej nie przydarzy. Miałem pełno wątpliwości, myślałem, że się poprzewracamy, widziałem jedynie czarną dziurę... Teraz się czasem śmieję, że ważne jest, by wyczuć jeden dobry moment, by wiedzieć, kiedy swojemu chłopakowi dobrać się odważnie do skarpet, tak żeby uratować i jego, i siebie... Jak sobie przypominam, byłem potwornie załamany, zrobiłem jakąś drobną, acz wściekłą demolkę, a po chwili poczułem się lekko skrępowany, bo to jakoś tak dziwnie jest, kiedy raptem ktoś uwalnia twoje stopy z rzeczy, w których biegałeś cały dzień po mieście... Jakże wielka była moja ulga, kiedy usłyszałem, że po całodziennej gonitwie moje stopy rozsiewały aromat... świeżych ogórków!... Nie, takich drobiazgów się nie zapomina. Nigdy!

 I co... Święta nadchodzą. Jutro muszę się wybrać na jakieś grubsze zakupy. Musimy się przygotować na świąteczny nalot, bo znajomi nam nie odpuszczą. Skorzystam z Frankowego pojazdu i zrobię sobie rajd po mieście. Tak, bo Franuś jutro będzie niezmotoryzowany za sparawą zaplanowanego opłatka w gronie swoich współpracowników, co należy pochwalić, bo zawsze warto mieć w pamięci zasadę: Byłeś na opłatku, weź taksówkę... :)

 I co tam jeszcze... Tato zdrowieje. Stopa mu się dość dobrze goi... Właśnie do mnie niedawno dzwonił. - Pierdolona służba zdrowia! - huknął mi w słuchawkę. - Miałem iść do chirurga do kontroli, to mi cipa w rejestracji powiedziała, że już się limit wyczerpał i że jak chcę wizyty, to proszę bardzo - prywatnie, za kasę.

 Tak to jest. Człowiek, jak jest chory, potrzebuje doktora. Ma jednak zazwyczaj coś trochę innego - służbę zdrowia... Może gdyby, przynajmniej w tych drobniejszych sprawach, istnieli tylko doktorzy, byłoby lepiej i taniej??

15:29, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 grudnia 2009
Dostać w ryj

nie jest miło. Mogę podać rękę panu Silvio Berlusconiemu, bo coś mnie teraz z nim łączy. Wiem, co czuć musi, bo sam przeżyłem taką sytuację, tyle że ja nie dostałem po twarzy metalowym modelem świątyni, a jednynie ordynarnym kamieniem rzuconym z taką siłą, że przebił mi na wylot policzek. Jak tylko zobaczyłem zdjęcia włoskiego premiera, natychmiast przypomniałem sobie chwilę, kiedy mnie jakiś oprych w podobny sposób urządził. Aż się cały trzęsę... Nagle potężne uderzenie. Nawet chyba nie czułem wtedy bólu. Przynajmniej na początku. Nie bardzo wiedziałem, co się stało. Dopiero widok koszuli całej we krwi uzmysłowił mi, że zostałem ranny. I pamiętam dobrze ten ohydny smak krwi, która wypełniła mi usta. I jakieś takie obrzydlistwo wymacane językiem, jakby cała masa drobnych, luźnych żyłek. Fe!! Zostałem naturalnie zgarnięty przez pogotowie i wylądowałem w szpitalu u chirurga. Jak usłyszałem, że będą mi zszywać dziób, chciałem stamtąd uciekać. Bałem się jak diabli! Chciałem, żeby mnie przynajmniej uśpili, ale mnie nie posłuchali. Uczęstowali mnie tylko jakimiś zastrzykami i musiałem, całkiem przytomny, tkwić na stole pod prześcieradłem, widząc kątem oka tylko maleńki skrawek otaczającej mnie rzeczywistości przez dziurę wokół zszywanej rany... Dali mi coś usypiającego dopiero po zabiegu... Zasnąłem jak anioł. Obudziłem się na drugi dzień. Jakiś chłopak puszczał pawia do emaliowanej nerki... A inny chłopak, pełen niebywałej życzliwości - rodzaj takiego troskliwego, przejętego cudzym losem przylepka - dał mi swoje lusterko. Jezu!! Zobaczyłem w nim coś starsznego! Po mojej ówczesnej młodziutkiej, uwodzicielskiej twarzyczce nie było śladu... Chirurdzy jednak doskonale zreperowali mi ryjek - została tylko malutka szramka. (Co ciekawe mieli więcej roboty w jamie ustnej, bo tam najwięcej spustoszeń poczynił rzucony przez gnoja kamień)... Mając takie doświadczenie bardzo współczuję Berlusconiemu.

 Skoro już tak zahaczyłem o osobę publiczną, to może jeszcze o jednej, z naszego podwórka...

 Szkoda mi senatora Piesiewicza. Cholera - jakże niebepiecznie mieć zamiłowania do niecodziennych figli będąc osobą publiczną, bo to i groźba zetknięcia się z szantażystami, i z goniącymi za tanią sensacją podglądaczami... Chodzi się wtedy po dość cienkim lodzie... W moich oczach naturalnie Piesiewicz nic nie traci. Trudno zresztą, żeby tracił - teraz właściwie interesuje mnie jeszcze bardziej!

 Najlepiej by było, gdyby wszystko się od razu samemu ujawniało - to najlepsza szczepionka na szantażystów. No ale cóż - w społeczności skłonnej do świętych oburzeń trudno by było uzyskać głosy przy wyborach.

 Najohydniejszym wynalazkiem człowieka jest coś, co się nazywa grzechem. Popełnianie ich strasznie potrafi ludzi rozgniewać. A popełniający je wbija się w nieznośne poczucie winy. Byłoby o wiele czyściej, gdybyśmy zapomnieli o grzechach, które oczywiście najchętniej lokuje się w sferze erotycznych potrzeb człowieka, bo w nie najłatwiej uderzyć, a zaczęli się poważnie zastanawiać nad wiodącym sobie wśród nas niezakłócony żywot grubiaństwem. Jeśli zaczniemy potępiać grubiaństwo, wtedy będzie większa szansa na uporanie się z szantażystami, hienami i wszelkiej maści gnojami, których jedyną frajdą jest podejmowanie rozmaitych prób niszczenia ludzi.

14:33, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 grudnia 2009
13 grudnia

"Od Łucyi dni dwanaście policz sobie do Wilii, patrz na słonko i na gwiazdy, a przepowiesz miesiąc każdy." Tak to ludowa mądrość podpowiada w ten dzień, od którego, jak uważano, przybywać zaczyna dnia: "Święta Łucyja dnia przyrzuca."

 Dzień Łucji niesie nadzieję pośród mroku. Święto to szczególnie uroczyście obchodzone jest w Szwecji jako dzień światła. Ma bardzo malowniczą i nastrojową oprawę w postaci pochodów biało odzianych dzieci niosących światło, którym przewodniczy dziewczynka z koroną ozdobioną płonącymi świecami na głowie. A ponadto - jak na święto przystało - je się specjalnie na tę okazję przygotowane pyszne żarełko.

 Dobrze teraz, w chłodzie grudniowym, w czasie krótkich dzionków, pomyśleć, że wkrótce, dzień po dniu, po troszeńku będzie nam przybywało światła, co oznacza, że mamy już z górki, że powolutku zmierzamy ku wiośnie. Z tym optymistycznym nastawieniem zapalę dziś wieczorem świecę.

***

 13 grudnia. No, u nas kojarzy się ten dzień znacznie gorzej. Tak jak wtedy i dziś jest niedziela. Tamta była zaskakująca, bo w telewizorni nie nadano "Teleranka". Zjawił się w niej natomiast generał ze swoim pamiętnym przemówieniem.

 Byłem wtedy chłopaczkiem. Wczesna podstawówka. Pamiętam, że tamten dzień był mroźny, że było trochę śniegu. W domu wyczuwałem jakieś napięcie. Rodzice mojej mamy, jako że mieszkali niezbyt daleko, szybko się u nas zjawili, by przedyskutować sytuację. Nikt jeszcze nie orientował się, co tak naprawdę się wydarzyło. (O co biega? Że co - jakaś wojna? I co teraz?) A dla mnie cała sytuacja była w jakiś sposób podniecająca. Bo coś złowrogiego się stało. Jednak gdzieś daleko, bo kiedy tak przysłuchiwałem się chaotycznym rozmowom dorosłych, patrzyłem w okno, za którym kompletnie nic się nie zmieniło - panował spokój zimowy, nie widać było żadnych czołgów, suk, milicjantów... Ale oczekiwałem czegoś niesamowitego - ot, myśli złego, trochę pokopanego dziecka, liczącego, że rozpętają się jakieś straszne siły i rozniosą jego prześladowców...

 Czas godziny milicyjnej. Jej absurdalność. Nagle człowiek na kilka nocnych godzin stawał się więźniem miejsca, w którym przebywał. Kto na przykład zasiedział się gdzieś u znajomych a nie miał przepustki, musiał zostawać na noc. Przewrotnie powiem, że było w tym coś pozytywnego - ta sytuacja zbliżała do siebie ludzi. Tak, ludzie byli bliżej siebie. Także w najdosłowniejszym sensie - nie było niczego w tv, wokół pełno ograniczeń, dodatkowo jeszcze zdarzały się przerwy w dostawie prądu, ludzie więc zaczęli kochać się na potęgę, w wyniku czego nastąpił czas prawdziwego wysypu dzidziusiów.

 Patrzę na tamte czasy mając na uwadze swoją ówczesną dziecinność. Z tej perspektywy tamta rzeczywistość nie miała w sobie jakiejś przesadnej grozy. Była raczej zaciekawiająca. I też nieco śmieszna, bo mój tato musiał chodzić do biura w kolejarskim mundurze. (Zresztą nie zawsze chodził pracować do biura. Ojczyzna wzywała go czasem na inne odcinki - zmuszano pana inżyniera do odśnieżania torów!)

 Potem przyszły te lata szarości, marazmu, lata bez wątpienia stracone. Bida, poczucie ugrzęźnięcia w mętnym bajorze, emigracja wielu wartościowych ludzi... Czas tamten zostawił po sobie wiele ofiar - nie tylko tych, którzy stracili wówczas życie, ale także tych, którym połamano życiorysy, kariery... Dla mnie jednak lata osiemdziesiąte są epoką, do której mam sentyment, bo to przecież był czas dojrzewania, odkrywania tylu uroków życia... Otoczenie może i było szare i tchnące beznadzieją, ale ludzie mieli w sobie całe palety kolorów...

 W zasadzie nie oceniam tamtego czasu. Żadnych kategorycznych sądów nie wypowiadam. Na samego generała patrzę po prostu jak na człowieka tragicznego, dla którego czas stanął już dawno temu. W tym jego trudnym i momentami dramatycznym życiu przyszło mu odegrać taką, a nie inną rolę. I dziś, po blisko trzydziestu latach, zmuszony jest tkwić w epoce, kiedy podejmował tamtą decyzję. I będzie w niej tkwił do momentu, gdy jego życie ostatecznie się zamknie. To już jest w pewnym sensie karą.

 28 lat to jest ledwie mgnienie oka. Czasem mam wrażenie, że trzeba wielkiego czasowego dystansu, by dostrzec minione zdarzenia w bardziej klarownym świetle. Bo dziś w jego snopie jest jeszcze mnóstwo wirującego i przesłaniającego widok pyłu.

14:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 grudnia 2009
Christine Istad

 Dzisiaj przybywam tu na bardzo krótko, tak tylko, by znów zaprosić czytelników na małą internetową wycieczkę artystyczną. Czasem tu zachęcam do zapoznawania się ze skandynawskimi zjawiskami ze świata sztuki i z przyjemnością dorzucę znów coś urzekająco barwnego - coś w sam raz na rozjaśnienie grudniowych szarości.

 Christine Istad. Artystka urodzona w Szwecji (1963), pracująca i mieszkająca w Norwegii.

 Mnie zafascynowały jej fotografie. Popatrzcie zatem! Mam nadzieję, że i Wam się spodobają...

www.christine-istad.no

14:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 grudnia 2009
Krótki raport

 Trochę rzygotliwy będzie.

 No tak, zaraz wybieram się na obiad, a tu mi się zebrało na pisanie o rzyganiu.

 Można powiedzieć - psiej opowieści ciąg dalszy. Niedźwiedź musiał coś gdzieś zeżreć, bo się pochorował. O czwartej nad ranem dość charakterystyczne dźwięki nas zbudziły. - O rety, któryś gdzieś pompuje - powiedział Franek. - To Niedźwiedź! - Wstałem. Jezusie!! Cały przedpokój w pawiach. Bojowy chrzest całkiem jeszcze nowej wykładziny. Kurna - od ciemnego poranka sprzątanie na całego...

 Ale teraz jest już dobrze. Myślałem, że trzeba będzie iść znów do weterynarza, jednak przeszło mu już i przed chwilą poprosił mnie stanowczo o żarcie. No i się nażarł, poszalał potem trochę ze swym młodszym kompanem, wygląda więc na to, że się sprawa cała rozeszła po kościach. Chwała wam, bogowie!!

 I tak sobie rzygotliwie zaczęty dzień płynie. Rano jeszcze drobna sprzeczka, kawa i można było się zabrać za robotę.

 I zeszło do wczesnego popołudnia. Do małej przerwy na bloga i na obiad.

 Dobrze jest. I musi być jeszcze lepiej. Martwi mnie tylko jedna rzecz - ostatnio znów zacząłem dużo palić. A już było tak świetnie, czułem się przynajmniej częściowo uwolniony... Papierochy to paskudny przeciwnik, nie tak łatwo go pokonać.

13:56, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 09 grudnia 2009
Ku zimie

człowiek człapie powoli. Ponoć ma się nawet ochłodzić i sypnąć śniegiem. To by się nawet przydało, bo teraz jest tak szaro, błocka pełno i lepka wilgoć wisi w powietrzu.

 Rano wybyłem na długi spacer z kundlami, na łąki, skąd wróciłem niemiłosiernie ubabrany i jeszcze na dodatek lekko podgryziony przez Niedźwiedzia. Bo Niedźwiedź musiał się wczołgać pod zeschnięte chwaściory, spod których wylazł cały oblepiony jakimiś czepliwymi nasionami, liśćmi... Chciałem go trochę oczyścić, a ponieważ on jest niedotykalski, więc mnie ostrzegawczo dziabnął. Ten pies jest po prostu uosobieniem wredoty. Dopiero w domu, w łazience dał się oczyścić, co mu się bardzo nie podobało, trzymał się jednak umowy, że w łazience robimy różne zabiegi pielęgnacyjne, przecierpiał więc ten moment, naturalnie zły i naburmuszony...

 Ech, ten Niedźwiedź... Jego charakterek jest niemal koci. Nie lubi, gdy ktoś mu się wtrąca w jego psie sprawy i można go pogłaskać wtedy, kiedy on ma na to ochotę. Często gapi się przez okno albo leży i o czymś intensywnie rozmyśla. Obcych lubi trochę ponabierać. Wszystkich zawsze ostrzegam, żeby nie dali się zwieść jego słodkim oczkom i proszącym mruknięciom. On tylko czeka, żeby do niego pociumkać, czeka, bo ma nadzieję, że uda mu się złapać kogoś zębami za nos. Słowem - ciumkasz i po twoim ryju! :) Tylko w stosunku do Franka jest prawdziwie przyjacielski. Ja zaś jestem jego najlepszym kolegą tylko wtedy, gdy trzeba napełnić michę i iść na spacer.

 Grudzień jest, póki co, szalenie zabłocony, o czym szczególnie przekonałem się na łące. Ale spacer o grudniowym poranku dobrze mi zrobił. Myśli mi się snuły bardzo składne, po których naturalnie nie ma już śladu. Myśli zawsze najchętniej się zjawiają, kiedy wiedzą, że nie ma w danej chwili żadnych możliwości, aby je utrwalić... Piękne myśli pośród bagiennych mlasków...

 Jakoś nawet cieszy mnie ten grudzień. Trochę się u mnie uspokoiło i nabieram już świątecznego humoru. Teraz, kiedy nie grożą mi już spotkania przy stole z rodzinną bałwanerią, która dupsko mi obrabia, święta są czymś, na co niecierpliwie czekam.

 Trzeba nadrobić stracony ostatnio czas, stracony na niepotrzebne nerwy, na gniew, na zmęczenia wszelakie... Święta postanowiliśmy spędzić w domu, w spokoju (względnym, bo kilku znajomych się odgraża, że zrobią nam nalot), przy jakimś dobrym żarełku (muszę wreszcie skorzystać z przepisu na eklerki!!!), muzyce i czymś mocniejszym (trzeba tylko zaopatrzyć barek, bo tak rzuciłem okiem wczoraj po pustawych butelkach i jęknąłem tylko: oj, bida, bida pośród szkła!!).

 Zima idzie. Wykrakałem sobie kiedyś ponurą jesień, co się w stu procentach sprawdziło, a teraz wróżę sobie pogodną i spokojną zimę, z którą łączę trochę rozmaitych nadziei. Chciałbym pewną rzecz do końca zrealizować, dopieścić w trakcie nadchodzącej pory roku. Sądzę, że mi się uda, że nie opuści mnie entuzjazm.

 Święta. Naturalnie nie ulegam żadnym świątecznym gorączkom. Patrzę z dystansem na infantylnych Mikołajów, na pierdoły po sklepach, na budzące litość handlowe galerie, na handel-cizie w kosztownych fatałaszkarniach... Ludzie jakoś tak poddają się świąteczności wg sklepikarskich gustów... (No tak, ale jakby przestali się poddawać, to znowu byłoby nieszczęście, bo wielu starciłoby tę całą - jak jej tam - pracę...) Ja lubię stonowaną skromność i prostotę, taką, jaka panowała w domu u mojej babci - święta u niej były doprawdy najczarowniejszymi momentami w roku. Zawsze je będę z czułością wspominał. Magia nie kryła się wtedy w prezentach, w tandetnych przepychach, ale w jakiejś odświętności którą sprawiały nie spotykane codziennie zapachy, zapadający mrok za oknem, w przedziwny sposób zupełnie odmienny od wszystkich innych zmierzchów... Wszystko co znane stawało się naraz nowe, każdy przedmiot, każda twarz... Nawet stary parkiet skrzypiał odświętnie...

 Jest grudniowo, więc może przydałby się jakiś grudniowy wierszyk? Jón úr Vör (1917 - 2000). Taki poeta, a także księgarz i trochę dziennikarz z Islandii. Samouk wychowany w biednej rybackiej rodzinie jako przybrane dziecko. Nad zatoką Patreksfjörður... Zamieszczę tu takie odległe echo jego utworu.

Jón úr Vör

"Grudzień"

Zimowa panna

o warkoczach długich

jak sznury huśtawki

dla aniołów.

Sieje drobne

rodzynki

po obejściach.

Cukrowe serce,

złoty placek,

lukrowane ciastko,

przy blasku gwiazd

świąteczny chleb.

W górze

jak owce na nadbrzeżnych pastwiskach

obłoki pośród zorzy.

                     przełożył Kiljan Halldórsson                                                                               

 
1 , 2