BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 27 grudnia 2011
Starość nie radość

 Całkiem do dupy... Różne mi się kłopoty przyplątały i mogę spokojnie uznać grudzień za najgorszy miesiąc w roku. Czuję się, jakby mnie coś zjadło i wyrzygało. A na sam koniec jeszcze nas Niedźwiedź zaniepokoił. Psisko niestety nie robi się młodsze... A tu znowu problem. Tuż przed świętami weterynarz. I dziś też weterynarz. Byłem półprzytomny - jedna szamotanina i najdzikszy z możliwych skowytów... Niedźwiedź to najtrudniejszy z pacjentów. Istny obłęd... Wypadałoby u niego przeprowadzić zabieg, tylko wszystko byłoby dobrze, gdyby był tak z pięć lat młodszy. Dziś jest spore ryzyko, że mógłby się nie zbudzić z narkozy, o czym zostałem uprzedzony, jak również o innych możliwych powikłaniach, gdyby się nawet zbudził... No i mam przemyślenia - zaryzykować, czy dać mu pożyć tak jak teraz, z nadzieją, że jakoś to będzie... Ile można mordować staruszka?... Póki co, jeszcze się trzyma, czasem nawet dokazuje, choć mniej... Dziś ma dobry humor. A po samej wizycie dostał takiego napędu, że aż wpadliśmy w zadyszkę... No i jeszcze lekarstwo, które zażył, zadziałało z lekka pobudzająco - takie jego uboczne działanie... Martwi mnie, cholera, ten Niedźwiedź. Żywa pamiątka po dawnych czasach... Krótki jest ten psi żywot... I w ogóle życie bywa francowate... Bardzo mdłe są ostatnie dni. Ale już dość gadania, bo mi się chce płakać... Doprawdy, niektóre "atrakcje" życie mogłoby ode mnie odsunąć. Sam sobie dziś współczułem, kiedy musiałem leżeć w gabinecie na swoim psie, by cokolwiek można było zrobić dla jego dobra. To nie są rzeczy dla takiego przewrażliwionego pedzia.

18:26, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
niedziela, 25 grudnia 2011
...gjemme mig, gjemme mig, gjemme mig...

 Będę trochę przewrotny i w radosne święto wrzucę coś depresyjnego. Wlepię Obstfeldera, tego nękanego przez depresję i gruźlicę wędrowca, dla którego świat nasz był najmniej odpowiednim miejscem... Znów będzie wiersz z filmikiem, tym razem zrobionym profesjonalnie, z udziałem znanego aktora norweskiego Jørgena Langhelle recytującego utwór "Navnløs".

 Obstfelder, co jest jak ta tajemnicza samotna postać z obrazu Muncha "Wieczór na Karl Johan"...

 Tak więc film i wiersz. Film zimowy, sam wiersz raczej jesienny... (Dla potrzeb filmu został odrobinkę zmieniony - nie ma tam liści, tylko bezbarwna natura, tylko bezzieleń...)

Sigbjørn Obstfelder

"Bezimienny"

Ponura mgła opada na drzewa i trawniki,

z liści starła kolory, z trawy zieleń.

Płomyki latarni jak mroczne żółte źrenice -

żółte źrenice, co rozszerzają się tak osobliwie.

Nie ma nikogo, żadnych śmiechów ni westchnień na parkowych alejach.

Kaszlę. Mój kaszel brzmi jak charczenie upiora.

Idę. Moje kroki są krokami ducha.

Jednak w najciemniejszej alejce, gdzie nie świeci się żaden płomyk,

na samotnej ławce skrytej wśród drzew siedzi kurwa.

Jej blade oblicze kryje się za woalem, czarnym woalem,

pod nim oczy jej błyszczą niezwykle.

Ogarnia mnie melnacholijna, nocna radość

ze spotkania w ciemnościach, pośrodku nocy, człowieka.

Przysiadam się po cichu, w milczeniu odsuwam na bok woal,

zbliżam swe oczy do jej oczu, swoją duszę do jej duszy.

Kilka liści opada bezgłośnie.

Ostrożnie przykładam ucho do jej serca...

I wybucham płaczem, płaczę w jej chłodne rękawiczki,

płaczę i płaczę, nie wiedząc, z jakiego powodu ten płacz.

Nie odtrąca mnie.

Delikatnie osusza moje oczy.

Trzymam jej ręce w trwożliwym uścisku

i proszę ją ukryj mnie, ukryj mnie, ukryj mnie.

Ponura mgła opada na drzewa i dusze.

Z liści starła kolory, z trawy zieleń.

We mgle opadają czarne liście,

a na samotnej ławce, otulony ciemnością, siedzi bezimienny,

swą zbolałą twarz kryje na gorącej piersi,

swe zlęknione oczy chowa w miękkich dłoniach,

i nikt nie słyszy jego szlochania,

i nikt nie słyszy jej pocieszającego szeptu.

                       przełożył Kiljan Halldórsson

18:14, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011
Mocarz w kiecce

Vreiðr var þá Vingþórr

er hann vaknaði

ok síns hamars

of saknaði,

skegg nam at hrísta,

skör nam at dýja,

réð Jarðar burr

um at þreifask.

 O w mordę! Ktoś mi podpierdzielił młot... Każdego roku ta sama historia. Mocarny bóg Thor traci swój młot, którym tłucze po łbach niebezpieczne olbrzymy... Tak, to dlatego zimą cichną pioruny. Nadchodzi niebezpieczny czas, kiedy to ziemia całkiem jest bezbronna, zagrożona tym, że zawładną nią straszne olbrzymy. Jasne, jasne, że to jakiś olbrzym zakradł się cichaczem i zwinął śmiercionośnego Mjöllnira... A masz, ty zatroskany o ludzkie plemię osiłku! Już nie masz czym wymachiwać, nie masz czym krzesać hałaśliwych iskier...

 Loki!! - drze się Thor. - Straszna rzecz. Nie mam młota! Radźże, radźże, co robić?

 Loki to demon dziwaczny, raz zły, raz dobry, zmienny, nie przywiązany nawet do płci. Może płodzić i rodzić, pomagać i szkodzić. Śmigać po ziemi zwinną kalczą, bądź pokonywać wielkie odległości w powietrzu lotnym sokołem, może też się przyczaić w kącie ciemnym kosmatym pająkiem... Wiele może przebiegły Loki, i pomysłów ma bez liku... Tym razem pomocny jest i figlarny.

Thrym ma młot twój, gapciu umięśniony. I nie odda młota, póki nie dostanie od bogów ręki Freyji... A Freyja zła jak nie wiem co!

 Bogowie radzą. Thorowi głupio. A Loki skrywa coś wesołego. Już mu Freyja naszykowała fatałszków... Jest rada - dalejże posłać olbrzymowi upragnioną babę...

 Jakże stary motyw przebieranki... Zadrwijmy sobie ze złodzieja! Niech Thor założy z lnu welon weselny. Niechże ma i zdobny klejnot jaki. Dajmy mu jeszcze ten znak niewieści - kluczy pęk brzęczących. I niech kolana jego okryje suknia szykowna. A pierś niech krągłe kamienie ozdobią. A o czepcu szpiczastym też nie zapomnijmy!

 Powiedzą, żem wszeteczny - zabiadolił Thor. - Jakże tak?!

 Cicho - ozwał się Loki. - Od tego los świata zależy. Wkładaj łaszki i błyskotki, bo wnet olbrzymy ziemię w swe posiadanie wezmą, i waszym też Asgardem zatrzęsą. Ubieraj się, a ja będę, moja ty miła, twoją wierną służebnicą. I razem ruszymy do grodu olbrzyma!

 Ależ to dziewica - zdumiał się nieco Thrym. -  Kęsy bierze takie wielgachne. A ile miodu spić umie...

 Ach, Freyja osiem dni i nocy nie jadła. A tak jej spieszno do waszego łoża - wyjaśnił Loki za służebnicę przebrany.

 Niechże ucałuję usta ukochanej. O, a cóż to za ślepia!

 Bo przecie i tyleż nie spała, w niecierpliwości swej, cała w myślach o waszych ramionach w łożu olbrzymim.

 Do tego napatoczyła się siostara uboga olbrzyma i o posag panny jęła się dopytywać. - No, dalejże - może by tak dała miła jaką obręcz złotą, a ja wtedy pokocham, pokocham jak siostrę własną.

 Młot przynieście - rozkazał Thrym. Śluby będziem brać, z tą oto dużą panną. Na jej dziewiczym łonie złożymy straszny oręż Thora.

 Thor się zaśmiał! Jest zguba!! Oto i burza znów nad światem z piorunami!! Działa nasz stróż i obrońca...

 Poległ Thrym, i ród cały jego. I siostra chytra z życiem się rozstała. Naramienników ci się zachciało, obręczy złotych - a masz ty w łeb!!

 Tak to wrócił młot w ręce właściciela...

 Jak to wiele może zależeć od zabawnej przebieranki. Nie zawsze mocarz do siły się może odwołać... Czasem trzeba niewieściej kiecki. Nic jego męskość nie ucierpiała. Przeciwnie. Z jeszcze większą sympatią myślę o odważnym bogu...

 Wiecie już teraz, czemu zimą się nie błyska?... I dlaczego wiosną znów powracają burzliwe pomruki?...