BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 29 grudnia 2013
...at berget skal opna seg

 Świątecznie jest nadal... To znaczy urlopowo. Bezczynnie... Można sobie porozmyślać, ale nie wiem czy to taki dobry pomysł. 

 Nad mijającym rokiem nie chce mi się zastanawiać. Skreślę z chęcią tę nieszczęsną trzynastkę...

 Wkrótce stuknie 70 lat od śmierci Edvarda Muncha. Warto coś może o tym w styczniu napisać rocznicowo? Aż się nawet prosi taka kolumienka słów zwana uroczyście wierszem, może à la Lech Sokół, który napisał kiedyś o ostatkach a to Strindberga, a to Ibsena...

 Myślę o szalonej wprost pracowitości Muncha. Paćkał i dłubał zawsze, aż po kres. Nie brał nigdy urlopu. Nawet w najgorszych momentach życia nie ustawał w robocie.

 Na starość dawał nura w przeszłość. Coraz głębiej, głębiej... Najchętniej otwierał drzwi na hasło Løten...

 Czy na starość człowiek wraca w prabagno?... Stary już Ingmar Bergman po napisaniu "Niedzielnego dziecka" powiedział, że nigdy wcześniej tak mocno nie dotknął przeżyć z dzieciństwa... Ładnie - a jeśli mnie tak kiedyś najdzie takie mocne dotykanie? Musiałbym sobie chyba w łeb strzelić. Nie bardzo zachwyca mnie taka perspektywa...

 Co się jeszcze zdarzyć może? Obawiam się, że to, co najważniejsze, już się wydarzyło. To nie była wielka sprawa. Było to nie aż tak dawno temu, w znaczeniu kalendarzowym, choć bardzo dawno temu, gdy idzie o własne poczucie czasu... Wszystko było właściwe - wiek, miejsce, pora... Pod Oppdal, w środku jesiennej nocy, stałem sobie przy drodze, w zimnym, wilgotnym powietrzu. Byłem o krok od wyjaśnienia największych tajemnic Wszechświata. Chyba... Mam czasem wrażenie, że urodziłem się w zasadzie dla tej jednej, osobliwej chwili... Potem już musiałem stać się dorosłym człowiekiem, w tym uwierającym na rozmaite sposoby świecie...

 Bardzo bym zgrzeszył, gdybym oddał się teraz wielkim narzekaniom. Ale nasze szczęścia dzieją się jednak na najgorszym z możliwych światów. Bo ciągle coś kłuje, coś szarpie, ciągle trzeba się o coś martwić... Tyle lepszych światów daje się pomyśleć... W marzeniu, śnie tyle jest pomysłów na coś lepszego dla nas...

 Pod kolejnym numerem otwiera się nowy czas... Zawsze mi będzie miło, gdy się komuś zdarzy coś cudownego. I będę się cieszył, gdy i nam coś niezwykłego a pięknego się przydarzy...

 Był sobie taki poeta w Norwegii, co się zwał Olav Håkonson Hauge (1908 - 1994). Urodził się i umarł w tym samym miejscu, w Ulvik w Hordaland. W owym Ulvik, gdzie spędził całe życie, był sobie ogrodnikiem. Całkiem jednak światowym był człowiekiem - fascynowała go poezja chińska, nadto bardzo wiele tłumaczył na język norweski (m. in. Tennysona, Butlera, Browninga, Brechta), no i sam pisał wiersze, wchodząc w krąg pisarzy tworzących w języku nynorsk... Taki mały wierszyk mi się nawinął, o skrytym w nas śnie... Chyba dobra rzecz na Nowy Rok...

OLAV HÅKONSON HAUGE

"Jest taki sen"

Ukryty w nas sen,

że się coś cudownego zdarzy,

że się zdarzyć musi -

że się otworzy czas,

że się otworzy serce,

że się otworzą drzwi,

że się otworzy góra,

że wytryśnie źródło - 

że się otworzy sen,

że się wśliźniemy weń pewnego poranka

na fali wcześniej nam nieznanej.

                                           przełożył Kiljan Halldórsson

15:43, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 25 grudnia 2013
Bikkja i bakken

 Trochę taki psi wpis, co już podpowiada tytuł. Psi i z lekka skandynawski... Bikkja to po norwesku pies. Ładnie brzmi ten wyraz, o wiele lepiej niż hund... W ostatnim czasie, teraz, gdy nam się przytrafiło bolesne rozstanie, pomyślałem sobie o takim psie, który się urwał...

"Bikkja i bakken" (Pies na wzgórzu) to taki właśnie pies, co się urwał. Pędzi rozbrykany, z luźną smyczą, której nikt nie trzyma. Bikkja i bakken to pies z Holmenkollen... Kiedyś, jeszcze chyba w latach sześćdziesiątych minionego stulecia, w przerwie między zawodami w skokach narciarskich na Holmenkollen odbywały się różne ucieszne pokazy psiej sprawności. Z tego zwyczaju jednak zrezygnowano, ponieważ zawsze przy takiej okazji jakieś psy uciekały swoim właścicielom i biegały rozbawione po zeskoku. Gonitwa za nimi zwykle się przeciągała i zawodnicy musieli czekać na oczyszczenie z rozbieganych czworonożnych przeszkód miejsca ich lądowania... Te zabawne historie upamiętniła w rzeźbie - pomniku Elena Engelsen - artystka specjalizująca się w zwierzęcych postaciach - jej najbardziej znanym dziełem jest Tygrys sprzed Oslo Sentralbanestasjon (Tygrys w Oslo może wydawać się czymś niedorzecznym, ale nie jest to sprawa niedorzeczna, bowiem już od dawna miasto to nazywane jest własnie mianem tego wielkiego kota - kiedyś to przezwanie miało charakter pejoratywny i wzięło się z jednego z wierszy Bjørnstjerne Bjørnsona, w którym nazwał on to miasto właśnie tygrysem, tygrysem niebezpiecznym i złym, i był ów tygrys przeciwstawiony koniowi symbolizującemu bezpieczeństwo i pogodę życia na wsi, natomiast dziś tygrys ma raczej sens pozytywny, bowiem myśli się przy okazji tej ksywki o czymś prężnym, energicznym, ekscytującym...) Jej "Bikkja i bakken" to radosny kundel, zbieranina różnych ras pojawiających się kiedyś na skoczni. W rzeźbie zawarła całą uciechę, energię, zwinność i psotliwość naszych czworonożnych przyjaciół. W taki symboliczny sposób zwariowane psisko wróciło pod skocznię.

 No i właśnie ten urwany pies mi przyszedł na myśl... W końcu każdy pies musi nam się kiedyś wyrwać. Uchwyt smyczy wyślizguje się z dłoni, i poszedł... Już się go nie dogoni... Pozostają tylko radosne wspomnienia. Bo zwierzęta w ogóle pozostawiają po sobie dobre wspomnienia. One nie krzywdzą. Dla nich możesz być kimkolwiek. Ich przywiązanie nie zależy od człowieczego statusu, wykształcenia, portfela, urody i podobnych bzdur...

 Ostatnio muszę odbywać męczące rozmowy z okolicznymi psiarzami... Nawet jakieś nieznane mi panie z pieskami wypytują mnie o Niedźwiedzia... Bo pan przecież zawsze chodził z dwoma. Albo taki drugi pan z nimi chodził... Jak to ludzie obserwują... O Bogowie - nie dość że muszę o wszystkim opowiadać, to jeszcze przychodzi mi wysłuchiwać opowieści, czasem okropnie tkliwych... Ja jestem uczuciowy facet, ale tkliwości nie lubię... Żadne tam serduszka i rączęta, żadne tam kotki żegnające się pieskami itp... Ludzie mają nieznośną skłonność do uczłowieczania swoich zwierząt, co wcale im nie służy... Jeśli zapraszamy do swojego życia psy, to nie one mają się uczłowieczać, tylko my mamy po prostu stać się dla nich psami, mamy budować dla nich stadny porządek. One nie filozofują, nie myślą jak my... W jakimś sensie mają lepiej, bo trwają w naoczności, w tym, co tu i teraz... Schopenhauer, wielki psiarz, miłośnik pudli, zawsze powtarzał, że jeśli chcesz popatrzeć w oczy wieczności, spójrz w oczy swojego psa... To są zawsze te same oczy, niczym nie zmącone. To oczy, które nie znają śmierci...

 Przedwczoraj taka jedna pani mi się pożaliła, że też ma starego już psa, który coraz gorzej chodzi i aż strach pomyśleć, co będzie dalej... Gdyby jej przyszło go kiedyś uśpić... Nasłuchała się jakichś niestworzonych opowieści... Pocieszyłem ją, że gdyby do tego miało dojść, nie jest to takie straszne. Bo cała rzecz tkwi w naszych emocjach, które zwierzęta w sposób fenomenalny odczytują... Nie dzieje się nic dramatycznego, kiedy my sami jesteśmy już pogodzeni i spokojni. I dlatego ja chciałem, żeby koniec tej okropnej męki miał miejsce w domu, w spokoju, a nie w jakimś gabinecie, który zawsze zwierzakom kojarzy się z mało przyjemnymi zdarzeniami i gdzie też nasze nerwy bardziej się napinają... Uważam, że najlepiej prosić weterynarzy o kończenie męki zwierzęcia właśnie w domu... 

 Ciężka jest cena cywilizacji. Ucywilizowane zwierzę dożywa lat, których nigdy nie osiągnęłoby w stanie naturalnym. W związku z tym pojawiają się wszystkie problemy wieku starczego, tak jak u człowieka, który często też żyje nad wyraz długo... Niedźwiedź, w przeliczeniu na ludzkie lata był już niemal dziewięćdziesięcioletnim starcem. W końcu wysiadły utrudzone narządy - nerki, wątroba... Zamknął się już tylko w swoim niezrozumiałym bólu... Trzeba było puścić smycz...

 U nas na szczęście nie brak psiej radości - Budrek jest wiecznym szczeniakiem. Dorosły pies o wybitnie zabawowej naturze. Ale pewna pustka jednak jest... Ciągle z Frankiem patrzymy pod nogi, żeby nie nadepnąć Niedźwiedzia, bo on miał zwyczaj wylegiwania się w najbardziej uczęszczanych miejscach - a to w drzwiach do kuchni, a to koło łazienki - nie miał w zwyczaju ustępować, tylko trzeba było skakać nad nim... I jak tak się rozglądamy za Niedźwiedziem, to zaraz mamy świeczki w oczach... 

 Jeszcze gdy gasł Niedźwiedź, myślałem, że w nowego psa bym się już nie pakował, ale dzisiaj, sadzę, gdyby nie było Budrka, już myślałbym choćby o wycieczce do schroniska... Tak jak taki mój kumpel. Jak mu padł pies, to już nie chciał słyszeć o innym. Ale minął miesiąc i zadzwonił do mnie - Miśku, nie przejechałbyś się ze mną do schroniska? Bo ja jednak nie umiem bez psa... Pojechaliśmy... Ja oczywiście chętnie zabrałbym wszystkie... Kolega chciał małego psiaka, bo do takich był przyzwyczajony, ale moją uwagę zwróciła przecudna, wielgachna suka - kundlica. Całkiem młoda się okazała, bo ledwie czteroletnia... Kolega z początku nie chciał w ogóle gadać o tym dużym psiaku, ale się w końcu zdecydował... Można powiedzieć - wypłakałem ją... Poszła z nami. Mieliśmy trochę trudności, żeby zachęcić ją do wejścia do samochodu, ale w końcu uległa... Posiedzieliśmy chwilę na parkingu, żeby się trochę oswoiła z sytuacją... Koleś na mnie popatrzył - Niech cię cholera, Misiek... Ona jest taka wielka... Dzisiaj jest to jego najukochańsza psica. Jest taka wdzięczna, przywiązana i niebywale łagodna. 

 Życie płynie dalej... Ciągle coś w nim znika, ale z tym jestem już oswojony... Głupi ludzie grzęzną w gnojowisku cmentarzysk... Psy się ulatniają (przynajmniej te nie tak głupkowato uczłowieczone) - z luźną smyczą pędzą na swoje wzgórze - już nieosiągalne zostają w zawsze dobrym wspomnieniu... Zawsze dobre wspomnienie - jakże wielka jest ich przewaga nad ludźmi...

www.elenaengelsen.com 

16:00, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 grudnia 2013
W naszym domu puściej

 Wyrwa się zrobiła. Odszedł Niedźwiedź. Niestety z pomocą weterynarza, bo rozmiar cierpienia stał się trudny do udźwignięcia... Ostatnio właściwie sypiałem w psim legowisku. Koszmar... Czasem śmierć napotyka na jakieś trudności i nie może się dobrać do stworzenia w stosownym momencie. Bywa, że trzeba jej pomóc... Nie sądziłem, że będę musiał decydować o czymś takim, ale... Razem z Frankiem doszliśmy do przekonania, że nie powinniśmy pozwalać na dalsze, bezsensowne męki.

 Niedźwiedź powoli słabł. Przeczłapał już siedemnastą wiosnę życia. Do czasu nawet dość raźnie i z apetytem. W końcu jednak ciało odmówiło posłuszeństwa...

 Do dupy to jest urządzone. Psy żyją za krótko. Zbyt krótko jak na siłę naszych przywiązań... (No, ale i ludzie, bywa, żyją za krótko, niestety..)

 Niedźwiedź był żywą pamiątką po całkiem już zamkniętym czasie... Razem ze mną przeskoczył przez przepaść. A dziś też już jest przeszłością.

 Czasem trzeba decydować się na straszne kroki. Jak już oswoiłem się z myślą o eutanazji, napotkałem tylko na jedną przeszkodę nie do przebycia - nigdy nie zawiózłbym go gdzieś na śmierć, więc poprosiłem weterynarza, by tego całego uśmiercenia dokonał u nas...

 Teraz od czasu do czasu ryczymy... 

Na pociechę został nam jeszcze jeden psiak... Jemu tam jest bez różnicy... Budrek też jest trochę zza przepaści. Ale tylko trochę... Żyje sobie będąc w swych najlepszych latach. Bawi się piłką, żre z Niedźwiedziowej miski... Ale jest jakoś tam po psiemu czuły... Cały czas siedział przy swym cierpiącym koledze - prześladowcy. Ilekroć działo się coś niepokojącego, natychmiast wszczynał alarm...

 Niedźwiedź - wredne i kochane psisko...

18:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 grudnia 2013
Filiżanki i wiadra

 Może jakoś przyjemniej będzie, gdy się zmienią numerki w kalendarzu? Można naprawdę wpaść w jakieś przesądy, nakazujące wierzyć, że na przykład 13 to pech...

 Ostatecznie mijający rok nie był taki najgorszy, chociaż trochę nijaki i na dodatek dostarczający mi straszących dziwaczności, jeśli chodzi o tatę... Biedny człowiek, skupiony na swej kalekiej cielesności. Jeszcze nie taki stary - a już dziadzio z koszyczkiem lekarstw, które jakoś tam pomagają, pozwalając być chorym w znośny sposób... Tak sobie wędruje ten nieszczęśnik między neurologiem, kardiologiem, diabetologiem, reumatologiem... Ciągle go badają, od czasu do czasu wynajdując jakąś nową, spędzającą sen z powiek ciekawostkę... Teraz znów coś jest nie tak. A ja myślę sobie o dziwaczności tego ludzkiego losu.

 Zastanawiam się czy mnie też coś na starość pokręci? Pociesza mnie to, że nie dostrzegam w sobie taty. Zupełnie jesteśmy do siebie niepodobni. Nie mam go w rysach twarzy. W posturze też nie - on był zawsze wielki, ja zaś zaliczam się do chudzielców. On jest jak ktoś starannie wydepilowany, na mnie włos znalazł żyzne podłoże (odwrotnie mamy z głowami - jego włosy są gęstsze i mocniejsze, mojej głowie zaś nudzą się powoli ozdoby, sprawiam więc jej przyjemność i od czasu do czasu koszę wszystko do skóry, kładąc kres wszelkim fryzjerskim wygłupom, którym kiedyś z taką ochotą się poddawałem)... Patrząc w lustro widzę dziadka ze strony mamy, co jest dla mnie miłe. Coraz wyraźniej dostrzegam w nim też matkę - w tych śladach widzę zło, co już takie miłe nie jest... A babcia powtarzała kiedyś - nie patrz długo w lustro, bo zobaczysz diabła. Teraz wystarczy ledwie spojrzenie, a już mi się diabeł ukazuje. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej. No, w każdym razie spadek po dziadku daje nadzieje na zdrową długowieczność... Całe jego rodzeństwo dożyło pięknych lat. Imponujących lat... Tak więc, hm, jeśli uda mi się długie lata jakoś wypełnić treścią, nie będę specjalnie zagniewany na życie. Ale jeśli mam w sobie jakiegoś parcha...?

 Zejdzie się chłop z babą, by się wytarzać w sobie jak pies w zdechłej rybie, a potem masz człowieku... Ojciec jest zaskakująco podobny do swej matki. I cierpi tak jak ona na stawy. Nawet bardziej niż ona... 

 Jeszcze jak dziecię przyjdzie na świat zdrowe, można udawać, że nic się nie stało. Ale gdy tak od samego początku, nagle, rozlewa się cały ocean cierpienia w nowym istnieniu, to musi to stawać się trudnym do udźwignięcia ciężarem, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, z jak banalnej, dostępnej najlichszym nawet z lichych, uciechy ów ocean się rozlał. Zwykła, bura, okołoodbytnicza radostka. Pęd nie do odparcia, podobny temu, z jakim każdy nawet jeden nieborak szuka choćby okrytego pajęczyną wychodka, z jakim każdy nieborak sięga choćby po najzwyklejszą wodę. Jakaż to przyjemność, gdy paląca potrzeba znajdzie zaspokojenie. Drewniany sracz może nagle okazać się pałacem, zwykła woda ambrozją, pierwsza lepsza wyrypka poematem... I wszystko po to, by dalej wikłać się w pajęczynę zła...

 W łagodnym przebiegu choroby zwanej życiem nie tak łatwo człowieka zadowolić. W stanach upiornych zaś, każdy drobiazg cieszy, każdy najmniejszy postęp, każdy kroczek jest cudem, każdy bardziej rozbudowany bełkot najwspanialszą piosenką... Choć nie zawsze wszyscy mogą temu podołać... Nieprawidłowość, jakakolwiek, może jawić się jako jakaś obelga...

 Ze mną nie było raczej dużych kłopotów. Chociaż już jako dziecię dowiedziałem się od mamusi, że może byłoby lepiej, gdybym ja - debil, gdzieś się rozpłynął... Okazałem się wreszcie człowiekiem nieco innym... Zawsze się śmieję, że tato mnie zrobił, a potem się na mnie o to pogniewał. Pogniewał się i całkiem się schował za swój parawanik. Kiedyś nawet potrafił udawać, że mnie nie zna... Mama też się pogniewała - na zewnątrz stwarzała miłe pozory, poza tym wpijała się kłami w moją szyję... Wielki tato stłukł się jak delikatne naczynko. Mama w końcu, w okolicach mojej matury, dała nogę, co obaj z tatą przyjęliśmy z niekłamaną ulgą. Zawsze chciała przetańczyć życie. Trochę potańczyła... Nawet nie wiem, jak opisać to, w jaki sposób obeszło się z nią życie? Spadło na nią coś okrutnego, ale jakby jednak litościwie wyzwalającego. Umarła przedwcześnie, na skraju nędzy, którą starała się rozpaczliwie ukrywać.

 Został tato za parawanem. Samotny. Samotność nie byłaby może specjalnie dokuczliwa, gdyby nie ten zdrowotny upadek. Czasem potrzebuje pomocy. Może to być dla niego mało komfortowe, jeśli pomyśli, że oferuje mu ją bez szemrania człowiek tak kiedyś mu niewygodny. Los to doprawdy okropny dowcipniś... Dziwoląg z troską odnosi się do prawie że obcego człowieka, nie zawsze sympatycznego, któremu niemal nic nie zawdzięcza.

 Trzeba w życiu trochę szczęścia... Takich niezasłużonych nagród w tym całym nieszczęściu, w tym pechu, którego początkiem jest dzień narodzin. Ja trochę takich nagród dostałem i - szczerze mówiąc - może by mnie nawet nie było dziś wśród żywych, gdyby nie one... Wypada też więc i w cudzym życiu być takim drobnym szczęściem w nieszczęściu... Niech to będzie taki rodzaj spłacania długu względem samego życia, nie zaś konkretnej osoby.

 Ciekawe, jak by było, gdybym nie był tylko dziwny, ale na przykład od początku kaleki? Jak daleko posunęłoby się poczucie obrazy u rodziciela? Mężczyźni czasem wyskakują z oceanu nieszczęścia, umykają przed niedoskonałością, do istnienia której się przyczynili... Delikatne to twory... Dusza domagająca się troskliwego podziwu...

 W świecie wszystko wydaje się postawione na głowie. Pełno jest dziwacznych pozorów. Siła kryje kruchość, kruchość kryje zadziwiające siły... Mężczyźni, zwykle fizycznie silniejsi, kryją w sobie często dusze, co są jak jakiś fikuśny flakonik albo filiżaneczka z porcelany cienkiej jak płatek. Kobiety zaś wydają się delikatne - nawet te najbardziej mięsne sprawiają dla mnie wrażenie istot mogących rozleźć się w palcach - lecz jakże często ich dusza to emaliowane wiadro albo takiż garnek, niekiedy nawet pomalowany w kwiatki - jednak co gar, to gar... Flakonik wymaga podziwu i troskliwych muśnięć. Filiżaneczkę bierze się w dwa paluszki i pije się z niej robiąc z ust rozkoszny dzióbek. Gar też lubi być chwalony. Dobry gar, mocny gar, ładny. Można zabębnić chochlą o brzeg albo denko. Zamieszać nią do spodu. Poobijany, może być jeszcze do użytku. Trwa, znosi wlane weń ciężary, nawet zawiesiste pomyje, którymi los pochlapać czasem lubi.

 Czasem mi się wydaje, że mnie, przez jakiś kaprys, los obdarował garem, takim może w kwiatki, ale garem. Tak też bywa. Może to taki łaskawy dar? Skoro zostałem przeznaczony do tego, by lubić chłopów... Już dawno powinienem być rozbitą skorupką, a jakoś trzymam się kupy. Trzeźwy... Dom dzielę z kruchą duszą w dużym ciele. A jeszcze na dodatek kręcą mi się po głowie kłopoty męża mojej śp, matki. Jestem dodatkowo dochodzącą niańką, która jakoś zgarnia do kupy te wszystkie skorupki... Kiedyś tak krążyłem koło matki. Już przez wszystkich opuszczonej. Jej mąż miał to kompletnie w dupie, mimo że sobie przed tym całym Bogiem solennie przysięgali i owych przysiąg nigdy formalnie nie rozwiązali... A ja nigdy niczego nikomu nie przysięgałem...

 Byłoby lepiej, gdyby tato miał kogoś życzliwego, troskliwego na stałe... Ale on się zupełnie wyleczył ze związków.

 Oby tylko jako tako trzymał formę...

15:11, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 grudnia 2013
Bliskość

Jest czas, więc go wykorzystam wierszykowo.

Stein Mehren. Poeta miłości. Miłości i przyrody. Urodził się w Oslo w 1935 roku w rodzinie lekarza. W swoim rodzinnym mieście studiował filozofię i biologię. Kiedyś pracował jako przewodnik turystyczny i bibliotekarz. To utalentowany i lubiany poeta. No i płodny. Opublikował m. in. takie tomiki jak: Gjennom stillheten en natt (Poprzez ciszę nocy), Alene med en himmel (Sam jeden z niebem), Dikt for enhver som våger (Wiersze dla każdego, kto się odważy) czy Den usynlige regnbuen (Niewidzialna tęcza)... Jest także eseistą poświęcającym wiele miejsca rozmaitym niepokojom człowieka naszych czasów...

Taki wiersz dzisiaj...

 STEIN MEHREN

BLISKOŚĆ

Potrafię udźwignąć twój ból przez chwilę naszej wspólnej drogi

i przepełnić moją radość twoją

ale nie mogę żyć twoim życiem

ani umrzeć twoją śmiercią

Możemy wymienić spojrzenia i pieszczoty

Zamieniać słowa i dzielić nasze siły

ale ty to nie ja

a ja to nie ty

Lecz dzięki temu zdołamy dotrzeć do siebie

ażeby być sobą będąc razem

przez moment w przestrzeni czasu

                                  przełożyła Elżbieta Schjetne

15:51, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 grudnia 2013
Dać

 Wreszcie wichura sobie poszła. Wypogodziło się, wyniebieszczyło... Chociaż nie. Jeszcze chwilę temu, gdy byłem na spacerze, niebo pyszniło się błękitem, teraz jednak za oknem znów pojawiły się szare chmury. Może sypnie z nich śniegiem?

 Żadnych planów na dziś. I - co za szczęście - na jutro też żadnych. Mam taki trochę dłuższy weekend.:)) Tak - jak już jestem... Właściwie uruchomiłem ustrojstwo, żeby tam jedną pierdołę wydrukować, ale skoro już się okienko świeci... 

 Tylko o czym nadziobać? Że psia była pogoda? Może taka być. Podobnie jak mogą być takie pieniądze. Może więc o takich pieniądzach?

 Kilka dni temu słuchaliśmy rozmowy z jak zwykle przemiłą Anną Grodzką. Wśród wielu spraw pojawił się i temat gwarantowanego dochodu... Franek zaraz burknął, łącząc się z chórem przeciwników takiego pomysłu, że jak będą lekką rączką rozdawać pieniądze, to się ludzie zaczną staczać i nie będą chcieli pracować. Zaraz jednak przyznał, że gdyby mu spadał na konto - ot, tak sobie - powiedzmy tysiak, to przecież nie przestałby pracować, bo cóż można zwojować za tysiaka...

 No, ludzie może by i nie poszli wtedy do pracy za psie pieniądze, skoro już te psie pieniądze by mieli. Zapewne jednak poszliby tam, gdzie grosz byłby godziwy. Niekoniecznie wielki, ale godziwy. Sam o ludziach nie mam najlepszego zdania, ale akurat o ich apetytach, chęci dojścia do czegoś nie mam wątpliwości. Naturalnie, że zawsze będą tacy, którzy zadowolą się drobiazgiem, ale nie wróżyłbym, że ich liczba gwałtownie by wzrosła, gdyby każdy coś, tylko dlatego, że jest, dostawał. A gdyby dostawał ten i ów mniej zdolny, bez widoków na bogactwo, to może byłby i bardziej przydatny w świecie od zgnębionego, zaszantażowanego głodem wyrobnika tracącego bezpowrotnie swój czas.

 Pamiętam jak w dawnych czasach trochę sobie dorabiałem w markecie. Ot - żeby mieć dodatkowy grosz na wakacje. Podobne grosze zarabiały tam ciężko tyrające panie, tyle że nie na wakacje, lecz na to, by wnieść comiesięczne opłaty, by kupić coś dzieciom itd, itd... Zawsze miały mało. Kto wie - może byłoby lepiej, żeby równie mało miały za nic. Zyskałyby wtedy czas, który mogłyby ciekawiej wykorzystać. Mając też jakąś poręcz finansową pod bokiem, mogłyby sobie spokojnie poszukać czegoś lepszego, pieprząc w poczuciu wolności byle jaką chamownię.

 Niezbyt dużo mówi się o takich rzeczach. Najwyraźniej ciekawsze jest dziwienie się, że w grudniu jest śnieg, bardziej może pasjonująca jest psychoza Prezesa, bardziej zajmujące szukanie diabła w gender i sny o cipkach w walizeczkach pewnego klechy... 

 Pomysł jest piękny, trochę marzycielski... Ale chyba wykonalny, przy odrobinie dobrej woli...

 Myśl to nie nowa. Wsparta na czymś jeszcze starszym, mianowicie na normie chrześcijańskiej, głoszącej, że każdy ma prawo do życia, niezależnie od tego czy spełnia jakieś obowiązki względem społeczeństwa. Myśl nie nowa, którą wyrażał choćby Erich Fromm... Dać każdemu - bez względu na to czy pracują, czy nie - tyle, by mógł przeżyć, mając dach nad głową i pożywienie. My prawo to - powiadał - gwarantujemy naszym zwierzętom domowym, ale nie innym ludziom.

 Prawo do gwarantowanego dochodu mogłoby poszerzyć zakres ludzkiej wolności, mogłoby sprawić - pisze Fromm - że żadna osoba ekonomicznie zależna od innej (rodzica, męża, pracodawcy) nie będzie już musiała ulegać szantażowi śmierci głodowej; natomiast utalentowane osoby, które zechcą zmienić swoje życie, będą miały taką możliwość, jeśli zgodzą się ponieść ofiarę i żyć przez jakiś czas w ubóstwie.

 Pomoc bez upokorzenia. Bez tej zarządzającej biurokracji. Gwarantowany dochód nie wymagałby dowodów, że jakaś osoba potrzebuje kąta albo jakiegoś minimum żywnościowego. W takiej sytuacji żadna biurokracja, z nieodłącznym marnotrawstwem i naruszaniem ludzkiej godności, nie byłaby potrzebna do zarządzania programem opieki społecznej... Zapewne przyznawanie takich dochodów, bez upokarzającego udowadniana czegokolwiek, wymagałoby niższych nakładów niż ponoszone są na dzisiejszy system opieki społecznej.

Mówią, że lepsza jest wędka, nie ryba. Może jednak mając zapewnioną skromną rybę, ten i ów zyskałby w końcu wędkę ciekawszą, na być może grubsze ryby? Sam by ją sobie zrobił.

 Mówi się często, że ludzie są z natury leniwi... Tak, ja też tak mówię. Siebie nazywam strasznym leniem. Tyle że jestem takim leniem, który wiecznie coś robi. I, podejrzewam, niewiele różnię się od innych leniuchów.:)) Takimi dziwadłami są ludzie.

 Fromm powiada, że gadanie o lenistwie oraz o niewykonalności i niebezpieczeństwie myśli o dochodzie gwarantowanym to wyświechtana bzdura, która służy do uzasadniania oporu przeciwko wyzbyciu się poczucia władzy nad tymi, którzy są bezradni.

 Dziś nie jestem bezradny. Ale gdybym się stał bezradny? Aż trudno mi to sobie wyobrazić! Nie widzę siebie szukającego pomocy w jakimś urzędzie. Byłoby to dla mnie równie wykonalne jak piesza przechadzka na księżyc...

 Jest chyba o czym pomyśleć w kwestii takiego dochodu...?

14:10, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »