BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 31 marca 2007
Przedświąteczne odszczurzanie

 Pierwsza wiosenna pełnia, a więc Wielkanoc za pasem. Wczoraj, a może przedwczoraj - strasznie trudno idzie mi lokowanie w czasie zdarzeń nieodległych - wierni nabożnie spacerowali pod oknami z podniosłą piosenką na ustach. (Czy można mieć piosenkę na ustach? Sam już nie wiem. Ale tak, wszystko dlatego, że tracę powoli resztki rozumu.) Szli z otwartym ogniem eskortowani przez policję. Było jak zwykle widowiskowo. Strumyk ogników podążających za przewodnikiem. Od razu zrobiło się świątecznie. Świąt wprawdzie nie obchodzę, ale jakoś nastrój się udziela. Chociaż... no tak, pewnie i tym razem stłamszę zębami ugotowany na śmierć symbol życia skrupulatnie poświęcony; to za sprawą mojej mamy. Ona przechodzi sezonowe nawrócenia. Za tydzień, w Wielką Sobotę, popędzi z żywnością otuloną w koronki do kościoła. Tak dla tradycji. A po południu wparuje do mnie z hałasem, z jajeczno-kiełbasianym darem. O bogowie! No i jescze pewnie trzeba będzie odbębnić jakąś nasiadówkę z krewniakami... Tak, coś się szykuje na poniedziałek. Coś... Popołudnie żywych trupów.

 A póki co porządki. Wiosenne porządki. Rano słońce trzasnęło mi po oknach ostrymi promieniami i obnażyło na nich makabryczny brud. Musiałem już coś z tym zrobić. Ściera poszła w ruch. Rozpędziłem się w tym porządkowaniu aż miło. Moje gniazdko zalśniło. Odkurzone, odrobaczone, odszczurzone. Poradziłem sobie nawet z balkonem... Balkon. Cholera, lubię dokarmiać ptaszki. Nie mogę powiedzieć, by one jakoś szczególnie odwdzięczały się za moje dobre serce. Srają, diabły, gdzie popadnie. Pobawiłem się więc dziś trochę w zbieracza guana. Okropność. Na przyszłą zimę zamknę chyba stołówkę. Nie ma rady. (Do licha, jakie plany - na przyszłą zimę. Nie wypada, zbieraczu gówna, to nieprzyzwoite.)

16:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 marca 2007
Dziecko (Steinn Steinarr)

 Pora coś napisać. Hm... tylko co? Jakieś osobiste głupstwa? E, nie, nie dzisiaj. Za oknem jest zbyt ładna pogoda. Może więc jakiś wierszyk? Tak, dlaczego nie? A zatem wierszyk. Tylko jaki? Może coś z mojej ukochanej Islandii? Niech będzie. Na początek garść informacji o poecie. Steinn Steinarr (właśc. Aðalsteinn Kristmundsson) przyszedł na świat w 1908 roku. Pochodził z rodziny proletariackiej. Nie miał pełnego wykształcenia. Długi czas był bezrobotny. Zadebiutował (1934) tomikiem wierszy "Rauður loginn brann" (Palił się czerwony płomień). Pisał w nim o bezrobociu, głodzie, nędzy robotników, pełen wiary w rewolucję i przyszłość ludu. Do zagadnień społecznych powracał także w późniejszej twórczości, choć już bez głębszej wiary w radykalną zmianę krytykowanej rzeczywistości. Nie brak też w jego dorobku liryki osobistej, często zabarwionej nihilizmem. Opublikował m. in. "Spor í sandi" (Ślad na piasku), "Ferð án fyrirheits" (Podróż bez obietnic), "Tíminn og vatnið" (Czas i woda)... Zmarł 25 maja 1958 w Reykjaviku.     Jakiś czas temu natknąłem się na jego wiersz "Barn" (Dziecko). Podoba mi się jego urzekająca prostota. Utwór opowiada o tym, jak niepostrzeżenie mija czas, jak nas zmienia, i jak nam samym trudno to dostrzec. Ciągle właściwie jesteśmy dziećmi, przez całe życie, choć inni sądzą inaczej... Byłem małym dzieckiem bawiącym się nad brzegiem morza... Wtedy, gdy inni nie mieli co do tego wątpliwości. I wtedy, gdy dziewczęta z blond włosami kusząco szeptały widząc we mnie młodzieńca. I wtedy, gdy inne, roześmiane dzieci zawołały: dobry wieczór, staruszku, dobry wieczór...

         BARN

Ég var lítið barn

og ég lék mér við ströndina.

Tveir dökkklæddir menn

gengu fram hjá

og heilsuðu:

Góðan dag, litla barn,

góðan dag!

          Ég var lítið barn

          og ég lék mér við ströndina.

          Tvær ljóshærðar stúlkur

          gengu fram hjá

          og hvísluðu:

          Komdu með, ungi maður,

          komdu með!

Ég var lítið barn

og ég lék mér við ströndina.

Tvö hlæjandi börn

gengu fram hjá

og kölluðu:

Gott kvöld, gamli maður,

gott kvöld.

                    STEINN STEINARR

czwartek, 22 marca 2007
Dni z Oskarem (chaotyczny ciąg dalszy)
Trudno byłoby znaleźć drugiego twórcę literatury mogącego stanąć z autorem "Portretu Doriana Graya" w zawody, jeśli idzie o sławę, a także życiową katastrofę. Jego życie, któremu, jak zapewniał, oddał swój geniusz (dla dzieł zachował jedynie swój talent) ułożyło się w nieprzeciętną i wstrząsającą opowieść, prawdziwie grecką tragedię w dziewiętnastowiecznym kostiumie.
wtorek, 13 marca 2007
Dni z Oskarem

 Ostatnio nic nie robię, tylko choruję. To nie jest dobre. Wolę nic nie robić i nie chorować. A wszystko przez to, że mamie udało się wyciągnąć mnie na koncert. Miała wolny bilet, bo jej przyjaciel nie dał namówić się na wyjście, jakiś czas temu uległ bowiem drobnemu wypadkowi, złamał rękę i najwyraźniej jest zdania, że obnoszenie się ze swoim kalectwem to gruba niestosowność. Tak - podstarzały fircyk, co zawsze musi być doskonały. Bywalcy, nawet mu nieznani, pod żadnym pozorem nie mogą oglądać go w takiej niedyspozycji, z czymś tak trywialnym jak gips na ręce! W końcu, Boże drogi, ludzie jego pokroju nie łamią rąk!  Niektórzy bywalcy jednak pozwalają sobie na o wiele większe niestosowności - pozbawieni wyobraźni pakują się wszędzie, nawet wówczas, gdy noszą w sobie jakąś zarazę. Siedziałem właśnie koło takiego kulturalnego bydlęcia, które przez cały wieczór pokasływało i chrząkało. Doprawdy, miałem w pewnym momencie ochotę wstać i wyrżnąć go w ten zainfekowany ryj. Oczami wyobraźni już widziałem siebie rozbieranego przez parszywego wirusa. I nie pomyliłem się. Dwa dni później byłem gotowy. Znowu, do cholery...   W sumie jednak wieczór był udany. Już dawno nigdzie nie pokazywałem się ze swoją mamą, chętnie więc skorzystałem z okazji. Bo w końcu, czemu nie? Nasze kontakty tak bardzo się rozluźniły... Ma to jednak swoją dobrą stronę, bo jeśli przebywamy razem, zawsze towarzyszy nam świąteczny nastrój - jemy zazwyczaj coś wyszukanego, na sobie mamy takież stroje i robimy mnóstwo ceregieli, przez co chwila staje się nad wyraz podniosła. Nie ma mowy o awanturach, wśród których żyliśmy w czasach, gdy jeszcze, z ledwie obecnym ojcem do spółki, usiłowaliśmy tworzyć coś na kształt rodziny, a z czego wyrosło coś ponurego, monstrualnego, karykaturalnego (tak, po tego rodzaju szkole sam mogę też tylko tworzyć karykaturę życia). Rzecz jasna już nigdy nie uda nam się odbudować głębszej więzi, nie pojawi się zaufanie - popełniliśmy wszyscy zbyt wiele błędów, o naprawieniu których nie ma nawet co myśleć - nie zmienimy się. Bywa jednak tak, że gdy ludzie opróżnią już wszystkie kubły z pomyjami a ich pomysłowość w wyszukiwaniu kolejnych obelg osiągnie granicę swych możliwości, następuje pogodne, podszyte rezygnacją zawieszenie broni. Rodzi się cierpka przyjaźń. Przynajmniej z mojej strony jest ona przesycona cierpkością, bo w niej jeszcze pewnie pali się ten żar matczynej miłości, przed którym czasem człowiek ledwie uchodzi z życiem... Z pewnością martwi ją wielce, że nie miałem ochoty robić w życiu tego, na co sama ochoty nie miała. Tak to bywa. I coż poza tym. Z pewnością dla każdej matki obraz dziecka staczającego się w przepaść stanowi największy ból jej życia. Tak, tak, to śmieszne życie, jakim jestem, skończy się straszliwie. W każdym razie takie mam przeczucie... Ona naturalnie broni się przed tym na swój sposób. Żyje w fikcji. Ciągle mnie sobie jakoś pocieszająco wymyśla. To oczywiście drażni. Ale nic na to poradzić nie można. Zazwyczaj udajemy, że wszystko jest w porządku. Ja - ten prawdziwy - ledwie istnieję. Najważniejsze, że zawsze może liczyć na moją pomoc. Udało jej się wycisnąć z siebie kogoś z sumieniem. Choć tyle. Nie dla takich zło jest przeznaczone. Najmniejsza krzywda wyrządzona komuś zawsze spycha mnie w mrok piekielnych wyrzutów. I byłoby doskonale, gdyby mojego nieszczęścia nie traktowała... hm, żeby go w ogóle nie traktowała. Życie nie bierze się z wydumania, więc nie ma sprawy. Skoro się pojawia, musi się rozwinąć, lepiej lub gorzej, na dłuższy czas albo tylko na chwilę. Wszystko jedno... Zanim poszliśmy się ukulturalnić, zaprosiłem ją do siebie na naparstek pobudzającej kawy i nasze ulubione bezy, po które specjalnie pobiegłem wcześniej na drugi koniec miasta. Para znajomych po idiotycznych przejściach. Przy nieopatrznym dotknięciu kwestii drażliwych nastawiam się na milczenie. Ani słowa. Dziś możemy jeść razem ciastka albo pójść na wódkę z jej przyjaciółmi, którzy z jakiejś dziwnej przyczyny mnie uwielbiają, co ją niezmiernie cieszy... I poszliśmy w drogę... Jak się okazało po nowego wirusa... Ją też nieźle dopadło. No i cześć.

 Przeczekiwałem smarkanie w towarzystwie Oskara Wilde'a. Przekartkowałem opowieść Parandowskiego "Król życia", powróciłem też do przepięknej i wnikliwej biografii pióra Hesketha Pearsona oraz do tomu listów samego Wilde'a "Nic nie mogło być inaczej" i książki Trevora Fishera "Oskar Wilde i Bosie. Fatalna namiętność". Tak, ale o tym może później... Dziś nie chce mi się już pisać, bo nic się jakoś nie klei... Nawet nie przypuszczałem, że prowadzenie bloga to taka nużąca rzecz. Podejrzewam, że tego rodzaju działalność jest dobra dla ludzi ciągle czymś zajętych, mają oni bowiem zaskakującą zdolność do znajdowania czasu na wszystko. Ja nie jestem człowiekiem zajętym, nie mam więc zbyt wiele czasu do wygospodarowania. Dyscyplina jest zjawiskiem najzupełniej mi obcym...

 Zatem o Oskarze napiszę jutro. Albo za miesiąc.

14:51, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »