BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 31 marca 2008
Wyrazy

 Hm... No tak - w zasadzie nie mam nic do powiedzenia i naturalnie jest to wystarczający powód, by trochę postukać na klawiaturze i umieścić coś na blogu. Rzecz zupełnie zwyczajna i powszechna. Języki w każdym zakątku świata się rozwiązują i palce, coraz wprawniejsze, żwawo przebiegają po ozdobionych literami klawiszach, często poszukując słów onieśmielających, których zadaniem jest zbudowanie barwnego, wzorzystego parawanu mającego skrywać pustkę... No, ale ja pustki skrywać nie mam zamiaru i po słowa onieśmielające nie będę sięgał, bo w moim wieku takie rzeczy już po prostu nie przystoją... Niech więc nadal dudni pustka bez żadnych osłonek, niech będzie goła, niech się nie przyobleka w szatki żadnej tam tajemniczości, bo tajemniczość to zawsze sukienka pustki, bo zagadkowość skryta w zawiłościach to po prostu nic! A ja jestem sobie takie nic, co bawi mnie niesłychanie.... -------- Czuję się... tęgo! I dużo mogę, bo mało, coraz mniej, chcę. I jestem niezwykle podekscytowany, gdyż podejmuję nowy wysiłek, a jest nim kolejne podejście do życia, kolejne, które jest jednocześnie ostatnim (pisze to tak lekko, bowiem płonie we mnie wiara, że tym razem będzie dobrze). ---- Moje ciało jest sprawne. Nie poświęcam mu wiele uwagi. Czasem wprawdzie wysyła ono jakies sygnały, zgłasza, że coś może jest nie tak, skoro jednak w takich momentach parskam pogardliwie i wzruszam ramionami, szybko rezygnuje, wiedząc, że nie mam ochoty na głupie cackanie się. Ciesz się, durne, wulgarne, zbudowane z syfu ciało, że cię ciągle zaszczycam swoją obecnością! Ciesz się i schowaj głęboko swe skłonności do płatania figli, nie staraj się mnie niepokoić, wyprowadzać z równowagi, bo to po pierwsze nie jest dziś takie łatwe, a po drugie nie jest to zbyt grzeczne - bądź więc, me ciało, nadal gościnne, okaż swą wdzięczność i pozwól mi cieszyć się rozkoszami, zaś swe jakieś tam ordynarne wątroby, nerki, korzonki i chuj wie, co tam jeszcze, zachowaj dla siebie! Zrób to koniecznie, bo w przeciwnym razie będziemy musieli się rozstać, gdyż zamieszkiwanie grata wymagającego bezustannych napraw zupełnie mnie nie interesuje. ------ Czuję się dobrze. Mam poczucie, żem wolny. A czym jest wolność? To nic innego jak szerokie pole beztroski! I, broń Boże, nie chcę przez to powiedzieć, że nie trapią mnie żadne kłopoty, żem wolny od obowiązków - chcę natomiast powiedzieć, że jakoś udało mi się połapać za mordy rozmaite potwory, z jakimi przyszło mi żyć na tej dziwacznej planecie - osobliwym tworze, na którym zaistniały idealne warunki do tego, by na jego powierzchni wytworzyła się cienka warstewka tego czegoś, co dwunożne istoty na wieki już jaskiniowe nazwały życiem... ---Potwory, potwory, strachy rozmaite szalejące, spychające na skraj obłędu, dały się jednak obłaskawić! Niektóre z nich uległy całkowicie - same uniosły łby i dały sobie poderżnąć gardło, inne zaś, choć splotły się nierozerwalnie z moją duszą, pozwalają mimo wszystko żyć, żyć pośród tworzonych przez nie ograniczeń, których żaden przecież człowiek do końca wyzbyć się nie jest zdolny. Ważna w tym wszystkim jest zgoda, zgoda na samego siebie, zgoda ze sobą, jaka przychodzi, jaka przyjść w końcu musi, kiedy się człowiek samego siebie nauczy, pozna. ------------ Wszyscy mi ostatnio mówią, że świetnie wyglądam. Widać po tym straszliwym maglu wykluł sie nowy misio! Misio, co, kurwa, jest nie do zdarcia! Mam tylko teraz wrażenie, że zachowuję się jakoś tak mało stosownie do okoliczności... Z jednego dna wpadłem zaraz w drugie, a tymczasem... Pojechałem niedawno do przyjaciółki razem z biednym, osieroconym kotem (Cholera, ma zwierzę lekkiego pecha! Mama wzięła kicię ze schroniska dla bezdomnych zwierząt. Ponoć kicia miała wcześniej bardzo nieprzyjemne życie i trafiła do schroniska w złym stanie. Została jednak wyleczona i znalazła wreszcie dom i troskliwą opiekunkę. Tyle że tą opiekunką za długo się nie nacieszyła. Znowu stała się sierotką z wiszącą nad nią w dodatku groźbą przeniesienia się w świat zdominowany przez moją niezbyt, mówiąc najdelikatniej, przychylnie nastawioną do kotów psiarnię. Kiedy emocje opadły, postanowiłem kotu zorganizować jednak jakieś sensowniejsze życie. Wiem, że u przyjaciółki będzie jej dobrze, ale nie ukrywam, że rozstanie z nią było dla mnie trochę przykre, a właściwie bardzo przykre, bo aż się popłakałem. Ten kot wydawał rozdzierające serce dźwięki, kiedy zapakowałem go do koszyka i wyniosłem z jego domu... Na szczęście w nowym miejscu szybko się uspokoił, obszedł wszystkie pomieszczenia, obwąchał, a potem przyszedł do mnie, połasił się, zamruczał... Ode mnie dostała kicia solidną wyprawkę: furę żarcia i tyleż żwirku - tak na dobry początek w nowym miejscu... I cóż powiedzieć - z chwilą wywiezienia kota mieszkanie mojej mamy ostatecznie umarło i z tego powodu oczywiście także musiałem się posmarkać. I w sumie to może dobrze, że tak smarkam. I to całkiem jawnie. Już dawno przestałem wstydzić się łez i smarków. Nie ma się co oszczędzać! Jak ktoś głupi, to niech się dusi... Tak, ale zaraz, bo się rozpisuję...). Psiapsiółka naturalnie przejęta, bo ja daję upust swojemu wzruszeniu, ale generalnie... -Trzymasz się? Jak sobie radzisz?... Cholera, radzę sobie, trzymam się, żyję... I przez całe to umieranie starałem się jako tako żyć. I jakoś dziwnie rozpacz sąsiadowała u mnie z najzwyklejszą w świecie pogodą i humorem, bywało, że wisielczym, ale zawsze... I teraz też tak jest - pojawiają się łzy, łkanie, ale nie brak też radości i przyjemności. Słucham muzyki, czytam, piszę, żrę ciastka, czasem miast schodzić po schodach, zjeżdżam po poręczy, uprawiam seks - choć może to określenie nie oddaje w pełni rzeczywistości, bowiem to, co się aktualnie dzieje, jest już właściwie miłosną liturgią... Trzymam się! I ciesze się, że jestem znów chudzielcem. Została dosłownie połowa z tego, co było! I mam wielkie poczucie lekkości. I jakoś się cieszę tym swoim życiem: francowatym, pogmatwanym, rozjebanym na kawałki... W tym swoim rozdwojeniu, z duszą, w której chłopiec tkwi obok starca mającego poczucie, że żyje już bardzo długo, a nawet trochę zbyt długo... Żyję sobie z coraz głośniej brzmiącą nutką lekceważenia swojej osoby. Zaciekawiony i gotów na wszelkie niespodzianki. I niech sobie życie walczy o moją pustą, przygłupią duszyczkę. Widać, że jeszcze mu się chce, dla jakichś tam swoich celów, które specjalnie nie zaprzątają mej głowy... ---------Aaaaaach!!!!!!!!!!! Misio pooddychał sobie wreszcie górskim powietrzem!!! Ech, jakże cenne są te drobniutkie rozkosze, najcenniejsze właściwie! Wczorajszy dzień był wręcz doskonały! Tak że nieco wypocząłem, psiarnia się wyszalała za wszystkie czasy, a Franek miał nagły przypływ wymowności... -----A dziś? Ociupina prozy życia. Miałem rano do załatwienia trochę urzędowych spraw, wylądowałem też na pół godzinki w szmatławcu, żeby obgadać parę drobiazgów z kumplem... Przy okazji spotkałem pracującą tam koleżankę, koleżankę z czasów, gdy usiłowało nas doszczętnie już zdeprawować coś, co szumnie nazywa się szkołą... Już się rozniosła wieść o moim kolejnym nieszczęściu, a zatem wyrazy współczucia, ble, ble, ble, smutna minka numer pięć... Ale do diabła z minkami numer pięć! Wolałem posłuchać, co tam nowego... No i po staremu. Mąż gania za piłką, urwisy rosną... Super! Ech, dumna mama dwóch synów. I, jak zawsze, dowcipna mama... Ach, i w ogóle to musimy się spotkać jeszcze, pogadać dłużej. - Świetnie, świetnie - mówię więc. Pod warunkiem tylko, że nie będziemy pili piwa! No i tak... Faaajna koleżanka! I bardzo szczególna w moim śmiesznym życiu, bo to jedyna kobita na całej kuli ziemskiej, z którą się przespałem - a właściwie więcej, z którą sypiałem przez jakiś czas... Uwiodła mnie, cholera jedna, i urządziła mi niezłą ścieżkę zdrowia! Byliśmy przez kilka miesięcy szalenie barwną, najbarwniejszą parą na roku... Boże drogi... Wszyscy się potem dziwili, że nastapił rozpad, bo sprawialiśmy wrażenie ludzi świetnie do siebie dopasowanych... Do dziś mam bolene poczucie, że potwornie ją zraniłem. Rozwaliłem nasz związek gwałtownie, bowiem sytuacja była nie do zniesienia. Nie mogłem dłużej oszukiwać siebie i jej. I, nie wiedząc, jak postąpić, zachowałem się jak ostatni cham i gówniarz... Jednak, prawdę mówiąc, każde wyjście z takiej pogrywy byłoby nieprzyjemne i wstrząsające. Ta przygoda generalnie w ogóle nie powinna była się wydarzyć... Ale cieszę się, że ona nie żywi do mnie wilkiej urazy. Co ciekawe, po latach sama do mnie zadzwoniła. Odszukała mnie i nawiązała kontakt. Chciała się ze mną zobaczyć... Ponoć, kurde, mnie nie można zapomnieć!... I po tych latach dowiedziała się, co było przyczyną tej katastrofy, tego okropnego uderzenia i odtrącenia, jakiego doznało jej uczucie... Ale świetnie, że umieny, jak wtedy, ryć ze smiechu... I cóż, mnie chyba wstyd związany z ta sprawą zawsze będzie gdzieś podgryzał delikatnie, ale przynajmniej na starość (jesli jej doczekam) będę mógł sobie powiedzieć, że nie byłem w życiu taki jednostronny... -Tak, to jednak prawdę ludzie tu i ówdzie gadali. Nie były to żadne wredne plotki. - Nie, nie były to plotki. ----------- Wpadłem też dziś na cmentarz. Niech sobie mamcia nie myśli! Będę jej świecił znicze... Postałem trochę nad jej świeżym grobem. Mój Boże - dwa tygodnie temu jeszcze rozmawialiśmy ze sobą. I powiedzieliśmy sobie: cześć! I już niczego nie zdołamy nadrobić. Ale, szczerze mówiąc, nigdy byśmy tego nie zrobili... Oj, grzej się przy płomieniu, duszo nieczysta! Rozpierdoliłaś mi psychikę, droga mamciu, ale i tak Cię lubię! Obryzgałaś mnie błotem, a ja nie pozostałem Ci dłużny... I wodocznie tak musiało być... Mówi się - trudno... Nie wiem czy wypada palić papierosy na cmentarzu (Pieprzyć to - nie rzucam palenia! Rozkopciłem się przez ostatnie kłopoty na nowo i odkryłem w tym ponownie przyjemność. A poza tym są ludzie, którzy nie potrafią sobie wyobrazić Miśka bez błękitnego dymka. I wreszcie - na Boga - przecież ja wpadłem na Ziemię na papierosa, kawę, wódeczkę, na obłapkę i po to, by od czasu do czasu wyrecytować jakiś wiersz... I Miś jest wystarczająco mądry, by nie wymyślać sobie dodatkowych powodów swej bytności na trzeciej planecie od słońca![No - szkoda tylko, że zamiłowanie do palenia obniży moje notowania u Romana - chyba że on wielkodusznie pokusi się w moim przypadku o zastosowanie taryfy ulgowej :)]), ale, kurde, przyjść do matki i nie zapalić? Do tej starej papierośnicy?... Jeszcze nie tak dawno temu, w styczniu, odwiedziła mnie i pierwszą rzeczą była prośba o cumelka. Zakomunikowałem jej, że rzucam palenie i nie mam papierosów... - Pieprzysz! - zawołała. - Nie wygłupiaj się. A ja nie kupiłam fajek. I co będzie? Skończyło się na tym, że wyćmiła mi cały przydział zachowany na czarne godziny... ---- Nie potrafiłem ukryć uśmiechu, kiedy tak stałem przy obsypanym wieńcami grobie.

mała odsapka - ciąg dalszy poniżej

17:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (16) »
Wyrazy 2

 Nic mi mama nie zostawiła. Poza gratami, z którymi nie bardzo wiem, co zrobić, totalnie nic. Zero. Okrągłe. Ten fakt mnie jednak nie martwi ani nie złości, szkoda tylko, że owo zero ma taką nieciekawą oprawę. Och, gdybym otrzymał na piśmie komunikat o wydziedziczeniu, to przynajmniej mógłbym się pochwalić znajomym, a tak... Nawet gdyby mnie chciała wydziedziczyć, to... No nie, no po prostu pękam ze śmiechu. Bo to wszystko w sumie jest śmieszne. I na dodatek zgodne z moim przekonaniem, że człowiek niekoniecznie powinien zabiegać o to, by coś po sobie pozostawiać. Rozwaliła wszystko, aż miło! Do pewnego momentu była dobrze prosperującą osobą, a potem coś się stało... Nie wiem, co... Gdzie przepadł cały majątek? Na co? Jaka burza wszystko zmiotła? Nic w każdym razie nie zostało. I umarła praktycznie jako nędzarka, która umiała niemal do końca stwarzać pozory... O ja cię chrzanię... Wierzyć się nie chce. I dalej parskam ze smiechu! Po prostu. Bo to niezłe jajca!---- Ajjj, są ludzie, którzy wiedzą, kiedy odejść... To niemal jak Søren Kierkegaard, który, zapadając na swą ostatnią "chorobę na śmierć", 2 pażdziernika 1885 roku, dokładnie w tym dniu, kiedy wyczerpuje się pozostawiony mu przez ojca kapitał, trafia do szpitala, gdzie wkrótce umiera...------------Po wizycie na cmentarzu (Do licha, czas płynie i nekropolie zaczynają się zapełniać znajomymi i bliskimi... Jedni pomarli na starość, Adriana i mamę pożarły straszne choroby, kilka osób zgubiła brawura, a też są i tacy, co ulegli tej damie w czerwieni, którą i ja, odkąd pamiętam, dostrzegam nieustannie kątem oka...) pojechałem do mieszkania mamy, które z wolna likwiduję, gdzie zdarzyło się, na skutek dziwacznego przypadku, coś z lekka upiornego i komicznego... Sporo tam jeszcze rozgardiaszu: pudła pełne książek, porozwalane papiery, wory ze śmieciami... Pierwszą rzeczą, jaką dziś ujrzałem, gdy wszedłam do pokoju, był papier leżący na stole, na którym dostrzegłem napis poczyniony ręką mamy. Był to liścik skierowany do mnie, jaki kiedyś tam napisała na odwrocie jakiegoś urzędowego pisma: "Musiałam wyjść na godzinę. Zaczekaj na mnie." Taaak... Zaczekaj. --- Ech, życie, co się raptem urywa, często w pół zdania... Ale czy ono się kończy? I czy się zaczyna? O cudzym tak możemy powiedzieć, chociaż nieobecni wciąż zaludniają naszą wyobraźnię... Ale my sami? Gdzież się zaczęliśmy? Nasz początek nie ukazuje nam się we wspomnieniach. Nie ukaże nam się także nasz koniec, nie wzbogaci on naszych przeżyć... U początku i u kresu ta sama tajemnica... Takie to życie - tajemnicze, niezbadane, nieokreślone, co nie ma początku ani końca... Jakie miary i normy można wobec niego stosować? Nauczyłem się patrzeć na nie oczami Knuta Hamsuna... Życie, które objawia się nagle na ścieżce pośród trzęsawisk, jak Izak z "Markens grøde", co przybył licho wie skąd... Życie, które nie ma też końca... U Hamsuna jest ciągły ruch i bieg strumienia życia, ale gdzie płynie ten strumień... Jego powieści się kończą, ale wyczarowane w nich życie biegnie gdzieś dalej, ku tajemnicy... Można tak wyliczać książki i ich zakończenia: "Misteria" - Szły dalej w milczeniu, przytulone do siebie; "Głód" - ...spojrzałem ku miastu i pożegnałem Christianię, połyskującą światłem niezliczonych okien; "Pan" - Nie dręczy mnie żadna troska, a tylko rwie tęsknota, pragnienie ucieczki - dokąd, sam nie wiem; "Bennoni" - Wałęsam się tu powoli i obojętnie; "Stłumiona harfa" - ... i jadę znowu na wyspę. "Błogosławieństwo ziemi" - A teraz nastał zmierzch, wieczór już...--------------- Przygnębia mnie nieco ta cała wyprowadzka resztek po mamie, to zacieranie śladów... Ale cóż, trzeba to jakoś przebrnąć i żyć dalej w tym naszym głupim świecie... Szkoda tylko, że on taki głupi. I szkoda, że coraz młodsi ludzie żywią coraz więcej potwornych lęków... Ten nasz świat rozumu! Pochlebiamy sobie, że jesteśmy na szczytach jasności, a tam w środku prawdziwy a niepokojący gąszcz. Myślimy, żeśmy wygnali bogów, co ciemnotę straszyły, ale jednak oni ciągle nami władają, bośmy jedynie ze słów - cieni wyrośli... Świat fobii i natręctw, znerwicowany... "Bogowie, powiada Jung, stali się chorobami; nie Olimpem włada teraz Zeus, ale splotem słonecznym, tworząc okazy dla przychodni lekarskiej lub mącąc mózgi polityków i dziennikarzy, mimowolnie rozpętujących wówczas umysłowe epidemie"... To tak na marginesie...

No, coś się rozpisałem. Już mi się dalej nie chce... Bo nic się od początku nie klei... Czołem! Albo łukiem brwiowym! :)

17:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (8) »
czwartek, 27 marca 2008
Lenistwo

 Oj, straszne lenistwo mnie ogarnęło. Wychodzi na to, że mam drobny kryzys energetyczny. Na szczęście jednak zapanował spokój. Ale w tym spokoju czeka mnie mnóstwo rozmaitej roboty, a mnie się nic nie chce.

 I tak... Szczęśliwie pogrzeb mam już za sobą... Była kupa ludzi i byłem ja - całkiem osobno. Żeby uchronić się przed jakimś chlipaniem i wyrażaniem współczucia, przybrałem odpowiednią pozę, która, nawiasem mówiąc, niesłychanie zafascynowała Franka (ech, stał sobie z boku, w oddaleniu i pożerał mnie wzrokiem)... Mam takie wystudiowane pozy i miny, bardzo skuteczne, które onieśmielają... Kawał zamkniętego w sobie lodu. Król śniegu. Piękny i niedostępny. I na dodatek ogolony na łyso. I jeszcze cierpiący, ponieważ król śniegu absolutnie nie ugiął się przed kaprysami pogody... Ech, doprawdy, jestem jak Marlene Dietrich, która była zawsze gotowa na najwyższe nawet cierpienia, byle tylko dobrze wyglądać... No i ja też cierpiałem, bo nie miałem zamiaru dostsowywać w ostatnim momencie garderoby do kapryśnej aury, której się nagle uwidziało, by z wiosny zrobić zimę... - A wiej sobie, wietrze, padaj sobie, śniegu ty biały - powiedziałem...

 Widok mamy w trumnie był dość wstrząsający. Poszedłem pierwszy do sali pożegnań i poprosiłem, by nikogo więcej nie wpuszczano. Stałem sam przy zwłokach, przy ciele, które kompletnie zniszczyła oszalała choroba, przy twarzy, w której rysach z trudem odnajdywałem tak dobrze mi przecież znaną osobę... Przygnębiający widok... Wychudzone oblicze, ledwie czaszka powleczona cienką skórą, krok od strupieszenia... Kazałem w końcu zamknąć wieko i dopiero wówczas pozwoliłem wejść tym, którzy chcieli się z mamą pożegnać...

 Nie chciało mi się z nikim gadać w ten dzień. Przywitałem się tylko z nielicznymi i generalnie wszystkich omijałem szerokim łukiem, tak że różne takie ciotki-klotki i wujki-chujki oblepili mojego biednego papę...

 Ojjjj... I mama leży już sobie w mogile, przysypana ziemią i kwiatami... Kiedyś, jeszcze w czasach mojego dzieciństwa, ten okropny człowiek powiedział mi - dając do zrozumienia, jak podłą jestem kreaturą (kurwa, urodzony podlec ze mnie) - że kiedy umrze, to pewnie nawet na grobie nie zapalę świeczki. (Boże drogi, matka od zawsze straszyła mnie swoją śmiercią, od kilku dekad umierała na raka [i wykrakała sobie], ponieważ, jak sądziła, wcale jej nie kochałem). Doskonale pamiętam to jej przypuszczenie, teraz więc przyszedł czas na zmianę zdania - od teraz zaczynam lubić cmentarze! Od czasu do czasu będę nawiedzał jej grób i wzniecał na nim prawdziwe pożary. W pięty jej pójdą te świeczki!

 Teraz pozostał jeszcze bajzel do uprzątnięcia... O rany, jaka to była nieodpowiedzialna osoba... I tak, im dalej w las... Doprawdy - ten człowiek niesłychany umarł w najwłaściwszym dla siebie momencie! O rany, rany...

 I coż poza tym. Jadę na weekend w Tatry. Muszę się trochę naładować i poobcować z urokliwą przyrodą...

 I chcę jeszcze skoczyć do Oslo. Do mojego ukochanego miasta, z którym mam drobne porachunki. Ale z tym wstrzymam się do przełomu maja i czerwca... Będę chciał tam pojechać sam. Planowałem tę podróż już wcześniej, ale nowe potworności mnie zatrzymały... Trochę się obawiam tej wizyty, ale jest ona niezbędna do uporania się z przeszłością...

 A teraz nic mi się nie chce...

15:32, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 26 marca 2008
Artur z blaszanego pudełka IX

X - łagodnie Wstań, Arturze. Przespacerujemy się.

ARTUR - do siebie Boże, co mnie tu jeszcze czeka? (do X) To ty?

X - Naturalnie.

ARTUR - I po co te strachy, ta maskarada?

X - Czy naprawdę musisz tak siedzieć?

ARTUR - Muszę - nie muszę, chcę - nie chcę - jakie to ma tutaj znaczenie? Skoro powodujesz, że znikają krzesła, to możesz równie dobrze popychać mnie naprzód, podrzucać jak piłkę, bądź zamienić w kamień.

X - Owszem, mogę wyczarowywać stoły, bryły złota i parę innych bzdur, ale człowieczego ducha mogę jedynie prosić, by zechciał coś uczynić, by posłuchał mej przestrogi, by postępował rozsądnie.

ARTUR- Więc mogę decydować?

X - Oczywiście.

ARTUR - A co by sie stało, gdybym odówił wstania?

X - Odmówił? Komu odmówił?

ARTUR - Tobie.

X - Mnie? Mój drogi, będę postępował stosownie do twojego zachowania. Naturalnie możesz tu tkwić, nie myśl sobie jednak, że będę siedział przy tobie.

ARTUR - Nie?

X - Jeśli się przekonam, że twoje postanowienie jest niezłomne, po prostu odejdę.

ARTUR - Odejdziesz?

X - Tak. Pauza. Pewnie, jesteś przyzwyczajony do ciemności, do mroku bezgwiezdnych, pochmurnych nocy, ale to nie to samo... tamto to nie cemność piekielna.

ARTUR - Piekielna?

X - Rozejrzyj się. Wokół jest tylko czerń. Ani jednego świecącego punktu, nic! To ciemność najgłębszych jaskiń. W niej traci się wszelką orientację. Gdy odejdę, zniknie ten wątły płomień, zniknę ja, zniknie głos... Pozostaniesz sam, sam na zawsze. Wyobraź sobie - wieczność w ciemności, bez najmniejszej szansy na spotkanie kogokolwiek! To jest piekło. Jesteś w piekle!

ARTUR - z niedowierzaniem T o jest piekło?

X - Wszyscy trafiacie tutaj.

ARTUR - Wszyscy...

X - W każdej chwili naświecie umierają tysiące - sądzić więc można, że to całe piekło wypełnia tłum. I tak jest w istocie. Ale czy dostrzegasz tu kogoś poza mną? (Artur rozgląda się wokół) Pusto, co? takie właśnie jest piekło! Wiodą przezeń niezliczone drogi, które nigdy się nie krzyżują. Jeżeli spytasz, ilu było takich, co nie chcieli podążyć za mną - odpowiem - wielu... Bardzo wielu! I nie wiem, co się z nimi dzieje. I nigdy się tego nie dowiem! Niekiedy ludzie opowiadają, że przeżyli piekło... Tak, niektóre opowieści brzmią rzeczywiście przerażająco, ale nawet jeśli życie jawi się jako pasmo bezustannych trosk, jeśli jest wypełnione po brzegi jedynie uczuciem odrzucenia i braku nadziei na pomoc, jest jeszcze coś - śmierć - wyzwolicielka, która rozcina najbardziej zapieczone węzły, gasi ból, pragnienia, rozpacz, złość... Trzeba się jednak poddać śmierci do końca. Umrzeć w całości! Póki co, martwe jest twoje ciało. Leży ono już w jakimś dole i zaczyna powoli próchnieć. Ale Artur ciągle jeszcze - że się tak wyrażę - żyje! Żyje jednak już poza granicami ziemskiej rzeczywistości. Znalazłeś się u kresu, ale by mieć go za sobą, powinieneś iść za moją radą. Bo jestem ostatnią osobą, z którą możesz mieć sensowny kontakt.

ARTUR- nieco zaskoczony Sensowny kontakt? Czyli że jednak mógłbym nawiązać jeszcze jakieś kontakty? Niesensowne, ale jednak!?

X - Nnnoo...

ARTUR - To jak w końcu z tym jest, co?

X - Zanim oddamy się dalszej rozmowie - pytam raz jeszcze - wstajesz?

ARTUR- Już dobrze, już dobrze. Wstaje.

X - Ale nie rób takiej miny, jakbyś był przymuszony do sprawiania mi przyjemności. Jeszcze raz powtarzam - możesz postępować zgodnie ze swym pragnieniem.

ARTUR- Siada z powrotem. No to może ja chcę zostać.

X - wcale nie chcesz.

ARTUR - No tak, w sumie masz rację. Wstaje. To jednak dość pocieszające...

X - Co masz na myśli?

ARTUR - Widać, że sami możemy się skazać na piekło, na tę straszną pustkę i zapomnienie, i wcale nie dokonujemy tego za zycia.

X - No widzisz. A teraz chodźmy!

 Idą przez chwilę w milczeniu. Zdaje się, jakby szli jakimś kamiennym korytarzem, bo ich kroki odbijają się głośnym echem.

ARTUR - Cóż to, wędrujemy jakimiś lochami?

X - Bardzo lubię echo. Ty nie?

ARTUR - Bo ja wiem? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Echo to echo... Czasem rozlegało się po lesie. Niekiedy niosło ze sobą ostrzeżenie, dzięki czemu mogłem w porę zmienić kierunek i tym samym uniknąć nieprzyjemności. Mówiliśmy jednak o czymś innym...

X - Tak, tak... Zatrzymują się. Wybór... To prawda, tylko tutaj można podjąć ostateczną decyzję...

ARTUR - Kim są ci, co pragną pozostać w ciemności?

X - tak naprawdę to trudno powiedzieć, kim są... Szczerze mówiąc nie potrafię udzielić jakiejś sensownej odpowiedzi. Dlaczego chcą tkwić samotnie obarczeni pamięcią o tym wszystkim, co przeżyli, czemu chcą na zawsze zachować swe imię?... To prawdziwa zagadka. Jakos tak dziwnie zostali ukształtowani.

ARTUR - Tak ukształtowani...

X - Nic do nich nie dociera. Nie przeraża ich pustka. W jakiś niezrozumiały sposób czepiaja się wszystkiego, by niczego nie zmieniać, by pozostać tym, kim są. I cóż, muszę szanować ich postanowienia. Pozostawiając ich własnemu losowi odczuwam żal, ale niestety nic nie potrafię zrobić dla takich duchów.

ARTUR - Hm...

X - Indywidualna nieśmiertelność.

ARTUR - Dość nieciekawa.

X - Prawda? Lepiej więc umrzeć.

ARTUR- Ale co to tak naprawdę oznacza? Co dalej?

X - Dalej? Nie będzie Artura. Wrócisz tam, skąd przyszedłeś.

ARTUR - Co!?? O czym ty mówisz?!

X - Spokojnie.

ARTUR - Ale co to znaczy??

ciąg dalszy poniżej

19:23, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
Artur z blaszanego pudełka X

X - Gasi świecę Uspokój się i popatrz.

ARTUR - Co?

X - Rozejrzyj się.

ARTUR - Patrzy wokoło i budzi się w nim zachwyt Boże, jakie to piękne!

X - Prawda?

ARTUR - Gwiazdy! Jak miło znów je widzieć!

X - Rozpoznajesz jakieś konstelacje?

ARTUR - z roztargnieniem Nie wiem, nie wiem. Nie znam się na gwiazdozbiorach.

X - To niebo widziane z półkuki północnej.

ARTUR - Zachwycające. I jak jasno świecą! Są nawet jakby większe!

X - Patrz tam! Mała Niedźwiedzica. Ją chyba poznajesz?

ARTUR - O tak, tak, widzę ją! I Gwiazdę Polarną!

X - A teraz popatrz tam.

ARTUR - Coś takiego!...

X - Księżyc. Prawda, że uroczy?

ARTUR - Tak blisko! Zupełnie inaczej wygląda z tej odległości. Nie przypomina już zimnej i obojętnej twarzy. Piękne to! (po chwili milczenia) Tylko czemu mi to wszystko pokazujesz?

X - Co, znowu masz jakieś podejrzenia?

ARTUR - Nie... No... Ale...

X - W końcu byłeś wędrowcem. Czemu więc trochę nie powędrować? Tym razem jednak w stronę gwiazd i księżyca... Teraz to takie proste...

ARTUR - Tak... proste...

X - A teraz patrz w dół. Całkiem. Wprost pod swoje nogi.

ARTUR - Wielkie nieba!

X - To właśnie Ziemia!

ARTUR - Więc trak to wygląda?

X - Tak właśnie.

ARTUR - z lekkim uśmiechem Taka mała lśniąca kula zanurzona w atramentowej czerni... Dość to idiotyczne.

X - No cóż...

ARTUR - I pomyśleć, że tam, na tym osobliwym balonie może mieszkać... moje dziecko. Może bardzo cierpi? Przeklina?

X - Nie troszcz się o takie rzeczy.

ARTUR - Łatwo powiedzieć. A jeśli...

X - Nic to nie da.

ARTUR- Ta myśl jednak krąży... Bo tak bym chciał się przekonać. Być może pomóc.

X - Pomóc? O czym ty mówisz?

ARTUR - Gdybym mógł tam teraz powrócić... Teraz. Wspominałeś przecież...

X - O czym takim wspominałem?

ARTUR - Skoro można decydować...

X - Masz na myśli powrót do świata zywych? Chciałbyś powrócić tam jako Artur?

ARTUR - Tak właśnie!

X - Są tacy, co wracają... wszystkim pokazuję Ziemię, by mogli rzucić okiem...

ARTUR - No to jak? Najpierw pokazujesz mi gwiazdki, księżyc, że niby to tak dla mnie, że skoro byłem wędrowcem...

X - Nie, nie, nie, gwiazdki i księżyc to co innego.

ARTUR - Acha! A po co ta Ziemia? Żeby kusić? Rzucić w pułapkę?

X - No, widzę, że pojmujesz, w czym rzecz. Że nie warto.

ARTUR - Nie wiem.

X - Skoro twierdzisz, że uciekający wpadają w pułapkę...

ARTUR - Uuu... uciekający?

X - No.

ARTUR - Ja nic nie wiem. Tak mi się tylko powiedziało.

X - Mam obowiązek to czynić.

ARTUR - Co?

X - No to.

ARTUR - Ach, żeby nikt niepowiedział, że stosujesz przymus?

X - Powiedzmy.

ARTUR - I co teraz zrobić? Bo jednak...

X - Arturze, lepiej trzymaj się mnie! lepiej iść do celu.

ARTUR - Ale co to jest?

X - Już ci chyba powiedziałem?

ARTUR - Właśnie!

X - Właśnie.

ARTUR - Mam wrócić do punktu wyjścia?

X - To właśnie. Nie ma nic lepszego. I wierz mi - wszystko będzie dobrze! Byłoby z twej strony nierozsądnie, gdybyś zburzył wszystko jedną głupią decyzją! Gdybyś teraz powrócił na Ziemię, skazałbyś się znowu na włóczęgę. Byłbyś leśnym duchem... I tylko byś patrzył, i nie miał na nic wpływu, i pałętałbyś się jak śmieć po tych samych ścieżkach, którymi chodziłeś za życia. I nie sądzę, by ktokolwiek chciał przywołać takiego zapomnianego ducha. Pauza. Zdarzają się tacy, co wybierają powrót i, o zgrozo, uważają, że to dość zabawne! Bo można przecież straszyć, hałasować po młynach, zaglądać nocą do ludzkich siedzib i zakłócać ich spokój... Są też tacy, co twierdzą, jakoby na Ziemi pozostawili wiele niezałatwionych spraw. Nie dociera do nich, że śmierć wszystko ucina... Oni tkwią w przeświadczeniu, że jeszcze wiele można zrobić... I co? Miotają się, wyją z rozpaczy, dręczą żyjących, pchają się do ich wnętrz... I szczęście, gdy znajdzie się ktoś, kto jest w stanie pomóc im wydostać się stamtąd...

ARTUR - Jakiś wywoływacz duchów?

X - Ktoś w tym rodzaju.

ARTUR - A jak się już stamtąd wydostaną?

X - Znów się tu pojawiają, przyznając, jak wielką pomyłkę popełnili. A ile to czasem trwa, zanim się tu na powrót zjawią!

ARTUR - Ile?

X - Zależy. Może być sto albo tysiąc lat. A ty byś się pewnie nie doczekał na wybawcę...

ARTUR - Bo co?

X - A kto by cię z lasu wywoływał? Siedziałbyś w jakiejś dziupli albo na skrzyżowaniu jakichś zapomnianych ścieżek.

ARTUR - przedrzeźniając W dziupli, w dziupli...

X - Jeśli jednak chciałbyś rzucic okiem na to, co już za tobą...

ciąg dalszy poniżej

19:23, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Artur z blaszanego pudełka XI

ARTUR - z ożywieniem Czy to możliwe?

X - Naturalnie. Chodź!

 Wchodzą na leśną polanę. Soczysta zieleń, śpiew ptaków, wszystko w pełnym rozkwicie.

ARTUR - No! No!

X - Zadowolony?

ARTUR - Owszem. Zadowolony.

X - To dobrze.

ARTUR - Możemy tu trochę posiedzieć?

X - Proszę bardzo.

 Siadają na trawie.

ARTUR - Las! Bierze głęboki oddech Nie ma jak las! Kładzie się. Lubiłem leżeć na zimnej, mokrej trawie. Leżeć tak i wdychać rześkie, ostre powietrze poranka. Marzyłem wtedy, żeby zawsze było lato, bo mógłbym wtedy kłaść się tak o wiele częściej i nigdzie sie nie spieszyć... Ale północne lata są takie krótkie... Ledwo się człowiek zdążył nacieszyć, a już trzeba było gnać w poszykiwaniu dobrego schronienia na zimę.

X - Drogo opłacałeś te swoje drobne przyjemności. I czy nie za drogo?

ARTUR - To znaczy?

X - No... Nie czułeś się chyba najlepiej, gdy w ostateczności - a tych ostateczności było pewnie dużo - musiałeś wstąpić do świata, od którego uciekłeś, po kawałek chleba?

ARTUR - No cóż... takim wizytom często towarzyszył strach.

X - Strach?

ARTUR - Ja się bałem, ponieważ oni się bali.

X - A cóż tacy włóczędzy mogli zrobić?

ARTUR - No właśnie nic. I to było takie podejrzane. Trudno było ludziom pojąć, jak można tak bezustannie wędrować, włóczyć się po lasach. Gdybyśmy choć dokonali jakiejś zbrodni i chronili się, by uniknąć stryczka... Ale żeby tak? Łazić, nie mając potrzeby umykania przed wymiarem sprawiedliwości? Bawić się bez widocznego powodu w zbiega? O, nie, nie! Za tym musiało kryć się coś strasznego, coś poważniejszego od pospolitego przestępstwa. Większość prędzej była skłonna współczuć prawdziwym zbrodniarzom... Bo my... Nas traktowano niemal jak wysłanników piekieł zdolnych zatruć powietrze, wodę w studni i sprowadzić wszelkie nieszczęścia... I albo rzucano nam z lękiem ochłapy - tak na wszelki wypadek, by uniknąć ewentualnych niebezpieczeństw, albo sypano przekleństwa i bito po grzbiecie. Nie byliśmy ludźmi. Nie krępowały nas ideały nieruchomości, więc... Tylko oni byli uczciwi, praworządni i tylko oni, ci przykuci do swych miejsc, wiedzieli, co to jest porządna praca! A ja przecież także umiałem porządnie i uczciwie pracować!

X - No tak, oczywiście, miałeś zajęcie w branży tytoniowej.

ARTUR - O, nie tylko w branży tytoniowej.

X - Tak, wspominałeś też coś o kamieniołomach.

ARTUR - siadając obok X O, właśnie, właśnie! praca, która daje pieniądze! Albo jako kara! Łapią cię i posyłają do kamieniołomu! Żebyś miał nauczkę! Żebyś wiedział, co trzeba! Nie, nie! Ja potrafiłem pracować! Nawet podczas wędrówki! czy ty wiesz, ile lasów wykarczowałem? Ile wykopałem rowów? Ile łąk osuszyłem? Ile pól oswobodziłem z kamieni?

X - Już dobrze, dobrze. Nie unos się tak. Poklepuje Artura po ramieniu.

ARTUR - Ach, wcale się nie unoszę, tylko mówię. I powiem jeszcze jedno!

X - Co takiego?

ARTUR - Nie pracowałem dla zysku. Bo po co? Udowadniałem tylko co poniektórym, że stać mnie nawet na wielki wysiłek! Gdybyś widział ich miny, kiedy odmawiałem zapłaty! Nie mieściło im się to w głowie! Tak harować za miskę strawy i kąt w szopie? Coś niesłychanego! Co ze mnie za człowiek? - pytali. Dlaczego tak żyję? Czemu tak postępuję? Jak ich to nagle zaciekawiało!

X - I coś im odpowiadał?

ARTUR - drapiąc się w głowę Co im odpowiadałem? Że widocznie jestem bardziej wrażliwy.

X - Bardziej wrażliwy?

ARTUR- Tak jakoś jest, że świat ma dużo pochlebstw dla bogaczy, zaś dla ciężkiej pracy, dla trudnych zawodów rezerwuje sobie pogardę... Większość jakoś to wytrzymuje, daje sobie z tym jakoś radę... Większość... Ale niektórzy nie wytrzymują...

X - I idą w las?

ARTUR - Na przykład idą w las. Można powiedzieć - podejmują strajk. Nie strajk z ekonomicznych czy społecznych powodów, ale strajk wobec całej zasady, wobec całej udręki związanej z żądaniem, by człowiek bezustannie pracował!

X - Rozumiem. To taka odmowa uczestnictwa.

ARTUR - Tak jest. Odrzucenie świata coraz bardziej oszalałego na punkcie wydajności, bez przerwy wirującego w pogonie za rezultatami.

X - Jednak w sumie, jak by nie patrzeć, to taki przeskok z jednago rodzaju mordęgi w inny.

ARTUR - Aa!... Na to już nie ma rady. Każdy w życiu musi się utrudzić i pogłówkować... I zresztą mówiliśmy już trochę o tej sprawie.

X - No tak, no tak.

ciąg dalszy poniżej

19:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Artur z blaszanego pudełka XII

ARTUR- Czas, droga - to wydało mi się najlepsze. Życie, w którym pragnienia i konieczności zostały sprowadzone do absolutnego minimum. Pauza I tak sobie teraz myślę, że i tacy jak ja mogli się do czegoś przydać. I to nie tylko sobie nawzajem. Wielu zobaczyło, że byliśmy zdolni do pracy, do pomocy, a mimo to wcale nie zabiegaliśmy o to wszystko, wokół czego toczyło się ich życie. I może pomyśleli sobie czasem czy przypadkiem świat nie popadł w przesadę w swym zapobiegliwym ubóstwianiu gonitwy i mordęgi, czy nie za wiele rzeczy człowiek kładzie sobie na kark, czy życia nie zatruwa zwykła choroba czynu, kryjąca się pod wykoślawionym imieniem honoru pracy...? Gdyby może ludzie umieli się jakoś inaczej poumawiać? Pauza Milczysz?

X - Nie chcę ci przerywać.

ARTUR - Ale ja już właściwie skończyłem.

X - Ach tak.

ARTUR - Pewnie myślisz, że wygaduję same głupoty.

X - Dlaczego?

ARTUR - Gdybym był mądrzejszy... Jakoś za życia człowiek o tym nie myślał. Dopiero teraz tak coś przychodzi do głowy... Ziewa. I męczy ją. I pewnie ciebie też już nieźle wymęczyłem...

X - Ależ nic podobnego!

ARTUR - Pewnie lepiej nic nie mówić. Bo po co? Pauza Najchętniej to bym się zdrzemnął.

X - zaskoczony Co?

ARTUR - Zdrzemnął. Nie wiesz, co to znaczy drzemać?

X - Ale żeby duch odczuwał senność? Nigdy z czymś takim się nie spotkałem!

ARTUR - To znaczy, że co - duchy nie sypiają?

X - Dotąd myślałem, że nie.

ARTUR - Zatem jestem pierwszym śpiącym duchem!

X - Na to wychodzi.

ARTUR - A to dopiero!

X - I zamierzasz tu spać?

ARTUR - Chociaż troszkę.

X - Chociaż troszkę... No dobrze.

 Artur wyciąga się wygodnie na trawie i zamyka oczy, zaś X siedzi obok i dłubie w ziemi znalezionym patykiem.

ARTUR - Otwiera oczy, unosi lekko głowę i nasłuchuje. Słyszałeś?

X - Co takiego?

ARTUR - To słonki! Siada. To słonki ciągną! O, patrz!

X - No to może i my pociągniemy?

ARTUR - Co?

X - Pójdziemy już? Czy jeszcze masz ochotę pospać?

ARTUR- Wiesz, że bardzo je lubiłem?

X - Je?

ARTUR - Słonki.

X - Ach, słonki. Ja też je polubiłem. Choćby dlatego, że wyrwały cię z drzemki.

ARTUR - A, to może ty tak to urządziłeś? Specjalnie?

X - Prawdę mówiąc nie chciało mi się tak siedzieć i czekać, aż się wyśpisz. W końcu dość miałeś czasu na sen, kiedyś był wśród żywych.

ARTUR- Śmieje się. Też prawda.

X - No, to przygotuj się na spacer. Na długi spacer.

ARTUR- Ech... Piękne miejsce. Wstaje.

X - Zobaczysz, jaki piękny jest ten las.

ARTUR - Pójdziemy lasem?

X - Tak, pójdziemy lasem. Aż do samej rzeki.

ARTUR - Do rzeki?

X - Do rzeki.

ARTUR- No to niech się dzieje, co chce. Idziemy.

Wychodzą.

                                                                   ***

 Nad brzegiem rzeki. Kamienista plaża. Jest dość ciemno - świecą jedynie gwiazdy i księżyc. Woda jednak nie odbija ich światła i jawi się jako czarna otchłań, a jej obecność zdradza tylko leniwy plusk. Wchodzą Artur i X.

X - Tylko uważaj na tych kamieniach. Łatwo tu upaść.

ARTUR - Uff, ale się zmęczyłem.

X - Zaraz sobie odpoczniesz.

ARTUR - I co, to już?

X - Co, już? Wyciąga zza pazuchy piersiówkę.

ARTUR - No, dotarliśmy do celu?

X - A tak, jesteśmy na brzegu rzeki. Podaje Arturowi piersiówkę. Masz, pokrzep się.

ARTUR - Pije i krztusi się lekko. To wódka!

X - Prawda, że zaraz inaczej się robi, gdy człowiek sobie łyknie?

ARTUR - Bo ja wiem? Oddaje butelkę. X bierze mały łyk i chowa ją. Jakaś dziwna ta rzeka.

X - siadając na kamieniu Tak, jest trochę dziwna.

ARTUR - Siada obok. Właściwie to ją tylko słychać. Zupełnie jakby przed nami była przepaść.

X - Bo też i jest to przepaść, przepaść wypełniona wodą. To taka rzeka bez dna. I, jak już zauważyłeś - dziwna to rzeka, bo na przykład nie można pokonać jej w pojedynkę. Gdybyś do niej teraz wskoczył, natychmiast by cię wypluła na brzeg.

ARTUR - To rzeczywiście niezwykła rzeka.

X - Tak, jej wody mają też wiele innych właściwości, o których zresztą sam się przekonasz.

ARTUR - A czy coś w tej rzece żyje?

X- Żyje? No co ty?

ARTUR - No tak, tak. Jakże coś by tu mogło żyć.

Pauza.

X - To co, jesteś gotów? Bo jeśli tak, to ruszamy.

ARTUR - Czym?

X - Wstaje. Tą oto łodzią. Na brzegu pojawia się łódź wiosłowa.

ARTUR - No tak - czarodziej.

X - Wsiadaj.

ARTUR - podnosząc się Może najpierw trzeba ją zepchnąć na wodę?

X - Sam się tym zajmę.

ARTUR- Nie, nie, jeszcze potrafię zepchnąć z brzegu łódź!

X - Wcale w to nie wątpię. W końcu nie ma w tym niczego skomplikowanego. Jednak z tą łodzią to nie taka prosta sprawa.

ARTUR - Ee, głupie gadanie. Podchodzi do łódki i zaczyna się z nią mocować, ta jednak ani drgnie. Co, u licha! Ciężka jak głaz!

X - A widzisz? Wsiadaj.

ARTUR - Gramoli się do łodzi. Ty oczywiście zepchniesz ją do wody jednym palcem.

X - Jeśli chcesz, żebym to zrobił jednym palcem - proszę bardzo. Którym mam to zrobić? Kciukiem?

ARTUR - Siada. Niech będzie kciukiem.

X - No to kciukiem. Spycha łódź, po czym wchodzi na jej pokład, siada, a następnie sięga ręką pod ławkę i wydobywa stamtąd porcelanową skarbonkę-świnkę. Gdy nią potrząsa, słychać grzechot monet.

ciąg dalszy poniżej

 

                                             

19:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Artur z blaszanego pudełka XIII

ARTUR - z uśmiechem No proszę!

X - Z fałdów swej szaty wydobywa srebrną monetę. Poznajesz? Martwiłeś się, że zgubię.

ARTUR- Coś mało ich tam w tej śwince.

X - A, bo tutaj wrzucam szczególne pieniążki.

ARTUR - A cóż w tym takiego szczególnego?

X - W samej monecie nic. Ale otrzymałem ją od ducha, którego polubiłem.

ARTUR - To w takim razie niewiele było tych sympatycznych duchów.

X - O, wiesz, ile mam takich świnek? Całe sterty.

ARTUR - A, chyba że tak.

X - Wrzuca monetę do skarbonki. Pod ławką znajdziesz ciepły błam. Może się przydać, bo im dalej od brzegu, tym chłodniej.

ARTUR - To spraw, żebym nie odczuwał chłodu.

X - Tego niestety uczynić nie mogę. Przykro mi.

ARTUR - W takim razie trudno.

X - Spluwa w dłonie i chwyta za wiosła. Zatem w drogę!

 Przez chwilę płyną w ciszy.

ARTUR - Wydobywa spod ławki błam i okrywa się. Rzeczywiście, robi się coraz chłodniej.

X - Teraz ciepło?

ARTUR - O tak. Daleko płyniemy?

X - Mamy jeszcze kawałek przed sobą.

ARTUR - Ale pewnie nie będę mógł cię zmienić?

X - Zgadłeś. Tylko moje ręce mogą poruszyć te wiosła.

ARTUR - A wydają się takie lekkie.

X - O tak, one są bardzo lekkie. I to nie sprawa wioseł, ale wody.

ARTUR - Zanurza dłoń w wodzie, lecz na znak X szybko ją z niej wyciąga. Wydaje się normalna. I nawet nie taka zimna.

X - Tylko żeby ani kropla nie dostała ci się do ust.

ARTUR - Nie wolno jej pić?

X - Wolno. Ale nie teraz. To niestosowna pora.

ARTUR - Coś by mi się stało?

X - Właśnie.

ARTUR - Rozumiem.

X - Doskonale. Pauza. O czym myślisz?

ARTUR - O czym? O tym, że ciągle nic nie wiem.

X - I pewnie spodziewasz się, że pozostawię cię bez żadnych wyjaśnień?

ARTUR - Dotychczas nie dowiedziałem się zbyt wiele. Tyle tylko, że podróżuję ku całkowitej smierci. I, jak sobie przypominam, ową całkowitą smierć nazwałeś powrotem do... Powrotem właściwie do punktu wyjścia! To tak jakbym zataczał koło!

X - Tak jest.

ARTUR - Jednak dobiegnę do mety, która jest startem. Więc co dalej? Kolejna runda, tylko z inną metryką?

X - To niezupełnie tak.

ARTUR - Zatem jak?

X - Na wszystko przyjdzie pora.

ARTUR - Tak, tak, ja tam pewnie znowu pójdę. Tylko po co? Co ja tam będę robił? Nie po to uciekałem, nie po to rezygnowałem z wszelkich tak zwanych dóbr, żeby tam teraz wracać!

X - Nie denerwuj się tak.

ARTUR - No jak mam się nie denerwować?! Łatwo ci mówić!

X - Masz, napij się jeszcze. To ci dobrze zrobi. Podaje Arturowi piersiówkę.

ARTUR - Tak, jak ktoś kłopotliwy, to go najlepiej spoić.

X - Bierz, duchy nie upijają się tak szybko.

ARTUR - Widać u duchów wszystko jest jakoś inaczej. Raczej nie sypiają, z trudem się upijają i zazwyczaj nie dokuczją im zęby. Pije. Brrr, niedobra! Bierze jeszcze jeden łyk. Mm! Paskudztwo.

X - Możesz ją sobie zatrzymać.

ARTUR - Ciekawe, kto ci podsyła alkohol?

X - Nikt mi nie podsyła.

ARTUR - Na Boga, przecież to jakieś wariactwo.

X - Niech i tak będzie.

Pauza.

X - No? I co, rozmyślasz dalej?

ARTUR - No pewnie! A coś myślał?

X - Ach...

ARTUR - Mnie się wydaje, że tam, na tej kulce, cośmy ją wcześniej sobie z góry oglądali, sprawy idą w złym kierunku.

X - Tak uważasz?

ARTUR - Nie tylko ja. Pauza. Kiedyś towarzyszyłem w drodze pewnemu wędrowcowi... Przeszliśmy razem spory kawał drogi... Podziwiałem tego człowieka - o wiele lepiej przygotowanego do podróżowania, bardziej zorganizowanego i posiadającego wiele zdolności, których - szczerze mówiąc - trochę mu zazdrościłem. Był chyba przyrodnikiem, bowiem znał się doskonale na zwyczajach  zwierząt i orientował się świetnie w nazwach i właściwościach niezliczonych roślin... Ale nie o tym chciałem mówić. Hans - bo tak miał na imię - twierdził, że świat jest areną walki człowieka z człekopodobną małpą. A taka małpa jest zła, chytra, bez humoru... Bywa też czasem pojętna, dużo się może nauczyć i niekiedy wiele dokonać, ale nigdy nie zada sobie trudu, żeby stać się człowiekiem. Będzie zawsze, jak zwierz, starała się wszystkich przechytrzyć, oszukać, wykorzystać, a jeśli trzeba, także podeptać. Mówił też, że wszędzie coraz więcej małpiego bełkotu i wrzasku, że świat w miejsce zasad otrzymuje małpie przepisy, a prawo moralne przegrywa z prawem zysku... I nawet jeśli ludzie wywalczą dla siebie coś dobrego - małpa zaraz to psuje. Pauza. Ponura była też jego wizja przyszłości. Oczami wyobraźni widział mrowie istot uwikłanych w obłędną krzątaninę, istot jakby stworzonych na fabrycznej taśmie według jednego schematu. Uważał, że coraz bardziej liczyć się będzie młodość, łatwa do urobienia, do przekształcenia w dobrze funkcjonujące kółka zębate coraz bardziej skomplikowanych maszyn, a niezaradność i starość będzie się odrzucać, jak odrzuca się wybrakowany bądź przeterminowany towar. Zresztą wszystko zostanie sprowadzone do konkurującego z sobą towaru - także człowiek! Ten będzie dobry, którego zawartość, czyli umiejętności, okażą się smakowitym i pożywnym kąskiem dla wymagającego i wszechwładnego potwora, co zwie się Rynek! Jeśli strawny, jeśli gładko przejdzie przez wstrętny gardzioł, dostanie posadę i środki na spełnienie podyktowanych wcześniej pragnień. Po prostu będzie sobie kupował coraz wymyślniejsze i zbędne przedmioty, jakie mu ów potwór zaoferuje. Coraz dziwniejsze zajęcia, coraz dziwniejsze zależności, coraz szybszy bieg! Dokąd? Ku przyszłości: piękniejszej, lepszej, wygodniejszej... A przecież w przyszłości każdego czeka starość i śmierć... Starość, ta starość, którą ma się zmiatać w kąt razem z innymi odpadkami, z biedą... Ciężka sprawa... Jeśli przepowiednie Hansa się sprawdzą... Jaki będzie starzec przyszłości? Po życiu okradzionym z czasu, ze zmaltretowaną duszą... Chodząca zbędność? Zanim więc się człowiek stanie stary, to co? Co z tą nieszczęsną, małą, spętaną, szantażowaną istotką? Będzie się dwoić i troić, by się w porę okopać? By w czasie, gdy na jej miejscu pracować będzie już nowe zębate kółko, mieć trochę środków na zakup troskliwej opieki? Jakież to wszystko straszne! I ja miałbym tam wrócić? I co? Brać udział w kolejnej odsłonie tego zwariowanego spektaklu? Przecież, do diabła, w końcu odmówiłem wzięcia udziału w poprzednim! A więc jakim prawem!? Nie zgadzam się na to!

X - Już dobrze, dobrze.

ARTUR - Nie dobrze! Ja nie chcę znowu zstąpić do piekieł! Nie mam zamiaru kręcić się tam jak jakaś potępiona dusza walcząca o każdy kęs, o jeszcze odrobinę czasu jakiegoś ponurego i zapracowanego życia! Nie chcę!

X - Chyba pokazałem ci piekło?

ciąg dalszy poniżej

 

19:22, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Artur z blaszanego pudełka XIV

ARTUR - Jakiś inny jego poziom. Wyższy.

X - Albo niższy.

ARTUR - Nie, nie, ziemskie piekło jest niższe, jest samym dnem.

X - Ach, to niech będzie. Dno. Jest się od czego odbić.

ARTUR - O.

X - Więc sobie już ustaliliśmy.

ARTUR - Tak, ustaliliśmy.

X - A zatem...

ARTUR- A zatem - wiesz co? Jak już tak ma być, to, cholera, niech się stanę prawdziwym diabłem!

X - Że jak?

ARTUR - Bo w piekle jedynie diabły, te mocne, zdolne, pomysłowe i rogate duchy mają jakąś zabawę, bo umieją zagrać melodię, do której cała masa przeciętnych chętnie im zatańczy! One wiedzą, co zrobić, by wszystko wirowało bezustannie w niszczycielskim tańcu! Łódź dobija do brzegu. Czemu nie wiosłujesz?

X - Jesteśmy już u kresu.

ARTUR - Już? Rozgląda się. Nic się ten brzeg nie różni od tamtego.

X - A no widzisz. Tak to jest.

ARTUR - Tak...

X - Czas wysiadać, Arturze.

 Wychodzą na brzeg.

ARTUR - I co dalej?

X - Nic takiego. I nie będzie bolało.

ARTUR - Chociaż tyle.

X - Naprawdę cię polubiłem. Podróż w twoim towarzystwie była dla mnie przyjemnością.

ARTUR - Ech, tak tylko mówisz.

X - Nie, mówię, co myślę i czuję. I chętnie bym z tobą jeszcze pobył, pogwarzył, lecz niestety, przyszła odpowiednia pora i będziemy musieli się rozstać. I już nigdy więcej się nie zobaczymy...

ARTUR - No, ale jak mam powrócić?

X - Zaraz twym oczom ukażą się drzwi.

ARTUR - Drzwi?

X - Tak, drzwi. Przejdziesz przez nie i będzie to równoznaczne z twoim unicestwieniem. Artur przestanie istnieć definitywnie. Staniesz się... Nie, nie...

ARTUR - Coś się plączesz.

X - Chcę ci to jakoś jasno opisać.

ARTUR - Słucham, słucham.

X - Człowiek to dość specyficzna istota, mająca przed sobą wiele dróg i mnóstwo możliwości, także po śmierci... To echo, którym się staje ma możliwość jakoś się utrzymać, podsycać... Jak już jednak ustaliliśmy, tutaj każda niezgoda na moje propozycje wiedzie bezpośrednio do nieszczęścia, do niewyobrażalnych cierpień... Lepiej zatem odpuścić i - że się tak wyrażę - rozpuścić. Stać się niczym.

ARTUR - Niczym?

X - Ale też wszystkim, bo twą energię wchłonie źródło, które każe żyć zwierzętom, ludziom, roślinom, które rządzi ruchami planet i gwiazd. Moc zgromadzona z źródle ciągle tworzy nowe byty, przybiera nowe kształty...

ARTUR - Więc nie jest tak źle! Koniec i kropka!

X - Kropka.

ARTUR - Ale z drugiej strony...

X - Co znowu?

ARTUR - Trochę smutno, że zupełnie nowi i czyści będą musieli pić piwo, jakiego im poprzednicy.... I tak dalej, i tak dalej....

X - Nie przejmuj się tak. Kto powiedział, że muszą wypić wszystko? Zrobią, co będą uważali za stosowne. Może coś poprawią? Zmienią? Wiadomo? No, ale teraz już trzeba się rozstać. W jego dłoni pojawia się blaszany kubek, do którego nabiera trochę wody z rzeki. Za tobą są drzwi.

ARTUR - Ogląda się i dostrzega je w smudze białego światła. Skoro już czas, to...

X - Tak. Naciśnij klamkę. Artur wykonuje polecenie. I pchnij. Mocniej. Trochę ciężko chodzą.

 Artur otwiera drzwi i zalewa go oślepiające światło. X przybiera znów postać eleganckiego młodego mężczyzny.

X - Śmieje się. Poznajesz mnie?

ARTUR - Czary mary?

X - Tak, czary mary. Stań w progu. O tak. A teraz weź ten kubek i wypij jego zawartość do dna. Dzięki tej wodzie Artur przestanie istnieć. Czy Artur ma jeszcze jakieś pytania?

ARTUR - A gdybym nie wypił?

X - Chcesz się ze mną droczyć?

ARTUR - Ale powiedz.

X - Pij. Lepiej nie zanieczyszczać czyjegoś życia.

ARTUR - Dotyka wody językiem. Ma smak alkoholu.

X - Pij.

ARTUR - Jak Boga kocham - wódczana rzeka! Pije.

X - I nie uroń ani kropli.

ARTUR - Oblizuje się. Dziwna. I co teraz? Jakoś nic się nie dzieje.

X - Zacznie się dziać, gdy oddasz mi kubek.

ARTUR - No to niech się dzieje, co chce! Żegnaj, mój przyjacielu. Dziękuję za wszystko.

X - Żegnaj.

 Artur oddaje kubek i znika. Drzwi zamykają się i wszystko ogarnia nieprzenikniona ciemność.

                                                                ***

 Indiańska wioska gdzieś w brazylijskiej dżungli. Młoda, półnaga kobieta kołysze na rękach niemowlę.

KOBIETA - tuląc do siebie dziecko Maisi, maisi pui ce'nim mais tete maisi.

                                                       FINIS OPERIS

No i takie to, kochani a podziwu godni Czytelnicy, rzeczy potrafią urodzić się w głowie nastolatka... Mam cichą nadzieję, że więcej takich pamiątek nie odnajdę...

19:22, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 24 marca 2008
Artur z blaszanego pudełka IV

Pauza

X - Hm. (jakby się ocknął) Może skosztujesz czegoś słodkiego? Chcę, żebyś przed wyruszeniem w drogę najadł się do syta.

ARTUR - Mamy gdzieś jechać?

X - Popłynąć. Ale nie ma obawy. I pośpiech nie jest potrzebny. Tortu?

ARTUR - Wolałbym nie.

X - Dlaczego? Jestem pewien, że to bardzo dobry tort.

ARTUR - Po słodkim bolą mnie zęby.

X - W tej chwili możesz o tym zapomnieć. Żaden fizyczny ból ci nie grozi. Co innego pozostałe dolegliwości: tęsknota, strach i wszelkie inne uczucia... Nakłada sobie kremu. Trudno mieć na takie rzeczy jakiś wielki wpływ. Ale ty chyba nie czujesz jakiejś wielkiej tęsknoty? Ani strachu?

ARTUR - W sumie budzi pan zaufanie.

X - Miło mi to słyszeć.

ARTUR - Choć nie bardzo wiem, czemu?

X - No, bo co takiego się dzieje?

ARTUR - No mówię - nie wiem. Wygląda pan jak książę, a mimo to zasiada ze mną do stołu pełnego smakołyków... I rozmawia pan... A jestem przecież tylko włóczęgą, któremu tam, gdzie wędrowałem, ktoś taki jak pan nie poświęciłby tyle uwagi i nie potraktował jak człowieka. A jeśli już, to tylko po to, by powiedzieć, iż trzeba mnie na nowo wychować.

X - I wychowywali?

ARTUR - Jak dałem się złapać policji.

X - Ciągle musiałeś uciekać...

ARTUR - Nie, nie tak znowu ciągle. W moim kraju jest wiele miejsc do ukrycia się. (z nostalgią w głosie) Gdy teraz wspomnę tamten czas, kiedy byłem zdrów, kiedy niosły mnie nogi...

X - Budzi się tęsknota.

ARTUR- Tak jakby.

X - Hm.

ARTUR- Dziwne, co? Biedak tęskniący za światem.

X - Rzeczywiście byłeś takim biedakiem?

ARTUR- A czym?

X - Kim.

ARTUR - Kim, kim...

X - Tak się tylko zastanawiam. Bo weźmy na przykład czas. Włóczędzy - choć nie tylko oni - mają go przecież wyłącznie dla siebie. A to chyba dużo?

ARTUR - z uśmiechem Taaak, wolny, zasobny w czas włóczęga. Wolny jak ptak... jeśli idzie o obieranie kierunku wędrówki. Bo pod innymi względami... Ptak czerpie z darów, którymi obsypuje go natura. Czerpie z nich bez żadnego skrępowania. Głóg nie prawi morałów jemiołuszce, gdy ta obrywa jego owoce. Pauza. A ponad to cóż ptakom szkodzi wiatr i słota? Gdy chłód doskwiera, zbierają się w gromady i mkną daleko na południe. Te zaś, co zostają, wcale się nie martwią - ich ciepła odzież wyrasta im przecież ze skóry. Pauza. A włóczęga? Ptak nielotny, wędrujący z kosturem, licho odziany, w życiu którego każdy drobiazg może okazać się groźny. Weźmy taką odzież. Szybko się niszczy. Choćbyś nie wiem jak o nią dbał - i tak diabli ją wezmą. A im masz jej mniej, tym bardziej jesteś wystawiony na złośliwość przypadku. Zbiegasz w gąszcz, by umknąć z drogi przed konnym patrolem... i trach! Bezwzględna gałąź, niczym hak, wbija się w materiał, a ty, mknąc byle dalej od oka funkcjonariusza, swoją własną siłą wspomagasz figlarkę. Jesteś ocalony, ale z wielką dziurą w łachmanie, która stoi otworem dla deszczu, wiatru i mrozu. A pożywienie... Pewnie - latem łatwiej, w lesie pełno malin, jagód, moroszek, na porębach dojrzewają poziomki... Lato to piękny czas. A gdy urodzaj, to i ręka gospodarzy bywa szczodrzejsza. I człowiek inaczej patrzy wtedy na świat. Rzeczywiście czuje się bogaty i wolny jak jaki cesarz. Idzie się żwawiej... Ile to ja widziałem! Całe bogactwo przyrody! Nawet król nie odwiedził tylu miejsc w swoim kraju, co ja, bo i on nie jest przecie panem swego czasu. Taak, wolny, zasobny w czas włóczęga. Tak! Pauza. Mimo wszystkich przeciwności, niewygód, połajanek mogę powiedzieć, że życie miałem piękne. Gdy człowiek już się nasłuchał kazań, gdy dostał po grzbiecie kijem albo gdy zniósł jarzmo pracy w kamieniołomie, mógł spokojnie oddalić się w las, gdzie czuł się silny, szczęśliwy, niezależny. I sam...

Krótka pauza.

X - I sam...?

ARTUR - I sam sobie szedł dalej. Bo o kimś na stałe do pary nie było co marzyć.

X - Nie było co marzyć?

ARTUR - No bo na cóż by się zdało to moje szczęście i całe to moje malinowo-poziomkowe bogactwo, gdybym chciał na przykład oswobodzić tę pasterkę, o której byłeś łaskaw mi przypomnieć, co odcięta od świata miała tylko pracować: wypasać, doić i wyrabiać ser. O, tam, na górskim stoku, mogliśmy cieszyć się sobą. Mieliśmy wszystkiego w bród. Mogliśmy zaspokajać wszystkie nasze potrzeby. Był dach nad głową. Lato się jednak skończyło i trzeba było odejść, by nie spotkać gospodarza, bo gdyby się dowiedział, że jego robotnica podejmowała na jego koszt gości, mógłby ją wypędzić, a wtedy...

X - A wtedy?

ARTUR - A wtedy - włóczęga. To jednak nie jest zajęcie dla kobiet.

X - Tak sądzisz?

ARTUR -Mhm.

X - A czego im brakuje?

ARTUR - Nie wiem. Nie ta natura. Chyba.

X - I nigdy nie spotkałeś wędrującej kobiety?

ARTUR - Właściwie... Nie, no były takie, co podobnie jak ja zamieniały się w nieziemskie zjawy: jakieś budzące lęk zielarki, błądzące po wioskach staruszki opuszczone przez synów, którzy jechali gdzieś daleko szukać dobrobytu i przepadali... No i w mieście. Moim rodzinnym mieście... Stolica... Wielkie kościoły, gwarne ulice, gmachy, królewska rezydencja, ruchliwy port pachnący rybami, potem i wielkim światem... Obce bandery i nazwy okrętów... To też był swego rodzaju las... A czym bardziej na południe, tym stawał się gęstszy i bardziej mroczny... Tam koczowała sterana, chora i pijana bieda. I ja się tam właśnie wychowywałem... Och, ale co ja tak gadam! Mówię o jednym, a za chwilę o czymś innym...

X - Ależ mów, mów! Jedz, pij i opowiadaj. Chętnie cie wysłucham. Jak żyliście w mieście?

ciąg dalszy poniżej

16:07, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3