BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 29 marca 2009
A za oknem deszcz (Duży Książę)

 Najwyższy czas chyba wrócić do Księcia. Nie bardzo wiem, co napisać, nie mam bowiem żadnego pomysłu, powinno więc pójść dość łatwo i szybko. Nie orientuję się za bardzo, na czym ostatnio się zatrzymałem, ale nie będę niczego szukał, bo przecież cała rzecz tak za bardzo kupy się trzymać nie musi.

 Luka. Przemierza amfiladę. Jest nieco zmartwiony, bowiem jedna z najcenniejszych rzeczy w jego kolekcji unikalnych wazonów uległa zniszczeniu, nie przetrwała miłosnego szału, w jaki wpadli Książę i jego cudny przyjaciel. Niesie teraz Luka skorupy, te marne pozostałości po drogocennym zabytku, nad którym, kiedy leżał sobie dobrze ukryty w glebie, zdarzył się nie jeden koniec świata. Tak to jednak bywa - światowe katastrofy potrafią ominąć rozmaite kruche i urocze delikatnostki, po to tylko, by stały się łupem zwykłej ludzkiej nieostrożności, by byle głupstwo rozprawiło się z historycznym cackem, które cieszyło jakieś dawno, dawno temu zgasłe oczy. Luka jednak pozbierał dokładnie wszystkie skorupki mówiąc sobie, że przecież jeszcze nic straconego, że wszystko można jakoś pozlepiać. Ba - doszedł w końcu do przekonania, że stłuczony przedmiot nabierze nowej wartości! Bo przecież życie trwa nadal. Z jego wzlotami i upadkami. Życie, które pozostawia ślady! Na wszystkim! I póki coś jest między nami, znaczy to, że owo coś ma swój los i nigdy do końca bezpieczne nie jest. Oto, nawet i w tym maleńkim wymiarze, dzieje się historia, która jest przecież niczym innym jak tylko ciągiem wypadków. I tak oto w żywocie pradawnego wazonu, w żywocie, którego niebanalną część wypełniło malownicze uśpienie, ocalające uśpienie, pozwalające przybyszom z całkiem innego czasu ujrzeć to samo piękno, jakim cieszyli się odlegli, nie znani już z imienia przodkowie, nastąpiło przebudzenie, przebudzenie do przygody, jaką jest pełne uczestnictwo w ruchliwym życiu ludzi, w całej tej nieostrożnej, niedbałej żywiołowości. Zatem po odnowicielskich zabiegach przedmiot odzyska swój kształt, kształt z pewnością pokryty bliznami, które stanowić będą dopisek do jego dziejów. I Luka będzie mógł powiedzieć, że oto i nasze czasy pozostawiły na nim coś, o czym może za lat sto ktoś opowie: Widzicie te ślady? To pamiątka, jaka pozostała po płomiennym romansie księcia - hm, jak on miał na imię - ach tak, księcia Aleksandra... Tak się stać może oczywiście, jeśli rzecz cała się kiedykolwiek wyda. Luka bowiem, póki co, niewiele sobie myśli. Książę już z rana zjawił się u niego z bardzo zasmuconą miną i powiedział: - Drogi mój przyjacielu, taki ze mnie gapcio. W porannym zaspaniu potrąciłem ten czarujący, cudnie rzeźbiony mebel ozdobiony tą kruchą drogocennością. Nawet nie wiesz, jak bardzo ubolewam nad tym faktem. To takie nieznośne, kiedy człowiek bezmyślnie potrąca rzeczy piękne i skazuje je na dalsze trwanie w niedoskonałości. Oferuję jednak pomoc. Zatrudnię najlepszych specjalistów, zdolnych przywrócić naczyniu dawną świetność. Jestem pewien, że uczynią wszystko co w ich mocy, by pamiątki po tym haniebnym zdarzeniu nie oszpecały za bardzo tego kosztownego zabytku. A teraz tylko proszę cię o wybaczenie... -- Luka naturalnie wybaczył Księciu, bo nie należał do ludzi ceniących nade wszystko martwe przedmioty, nawet jeśli ich wartość potrafiła wprawić w prawdziwe oszołomienie. - Ach, Książę - zawołał - czymże jest ta nieszczęsna historyczna skorupa wobec naszej przyjaźni! Żal mi wprawdzie mej perełki, człowiek jednak powinien pamiętać, że w każdej chwili nie takie rzeczy może stracić. Mówi się trudno. Świat się przez to nie zawalił, z tego co się przynajmniej zdążyłem zorientować... --- Idzie więc Luka ze skorupami. Mijając otwarte drzwi do pokoju Baldura przystaje na moment. Coś zauważył? Owszem. Zauważył Księcia obejmującego swego chłopca. Chociaż Luce są takie namiętności zupełnie obce, to jednak spojrzał na tę scenkę z pełnym przychylności uśmiechem. Uznał nawet ten widok za wzruszający. I być może, kiedy tak rzucił jeszcze raz okiem na pudełko ze skorupami, przeszło mu przez myśl, że widzi przed sobą rezultat czegoś bardziej poruszającego i niecodziennego... --- Luka, dostrzegając spojrzenie Księcia szybko odszedł w swoją stronę... Zdążył tylko mrugnąć porozumiewawczo. (No, powiedzmy jeszcze, że gdy zniknął nam z oczu, zachichotał po cichu pod nosem: - A to checa!) --- Książę obejmuje Aubreya. A Aubrey mocno obejmuje Księcia. Nie spieszno im do rozluźnienia uścisków. Chcą się nasycić bliskością, zapachami, ciepłem, dotykaniem. Chcą nasycić się czymś, czym nigdy nasycić się w pełni nie można. --- Znów się za oknem rozpadało. Słychać przyjemny, kojący szum. To wielka przyjemność być w takiej chwili w ciepłym pomieszczeniu, wśród obrazów, rzeźb i fotografii. Z jednego zdjęcia spogląda na wszystko uroczo niewierna Księżna, patrzy na rozkoszującego się swym chłopcem Księcia, na jego pierwszą zdradę, zdradę z kimś równie czarownym jak jej kochankowie. - Bije od ciebie takie ciepło, mój chłopcze - zauważa Książę i dodaje - Wiedz, że nigdy nie trzymałem w ramionach kogoś równie doskonałego. - Książę jest bardzo miły - odpowiada Aubrey. - Obiecaj tylko, że już nie będziesz płakał. - Trudno będzie mi to uczynić - przyznaje Aubrey. - Wobec tego zatrzymaj ten skrawek jedwabiu. Twoje łzy zasługują tylko na taki materiał. - Książę jest bardzo łaskawy. - Może teraz pójdziemy coś przekąsić? Tutejsza kuchnia potrafi być taka zaskakująca. Musimy zadbać o wszystkie przyjemności. Trzeba spotęgować słodycz tych dni ile się tylko da. - Jak sobie Książę życzy. --- Rozsupłani wreszcie z objęć ruszają do drzwi. Przystają jednak jeszcze przed portretem Baldura. - Jest coś zniewalającego w tym człowieku - mówi Aubrey. - Coś zniewalającego i przerażającego zarazem. Prawda, czasem niektóre zjawiska, choć wieje od nich grozą, urzekają do tego stopnia, że idziemy za nimi nie myśląc o niebezpieczeństwach. - Za tym portretem trudno byłoby pójść. Wisi sobie. - I chciałoby się przy nim trwać. - Tak jak ja chciałbym trwać przy tobie. - Co jednak nie jest możliwe - zauważa Aubrey. - Zależy jak na to spojrzeć. - Sądzi Książę, że będzie przypatrywał się memu szczęściu? Że coś takiego nastąpi? Po tym? - Nie mówmy teraz o przyszłości. - Zgoda. Szczególnie gdy ujrzałeś mnie zanim jeszcze wtargnąłem do twej sypialni. - Znowu do tego wracasz - mówi Książę z lekką irytacją w głosie. - Skupmy się więc jeszcze na Baldurze. - Widzę, że on cię wielce intryguje. - Jest takie islandzkie słowo heimskur. Dziś znaczy to po prostu głupi. A w dawnych czasach, jak łatwo się domyślić, słowo to opisywało kogoś przywiązanego do domu. Być może on był taki "heimski" - domatorski, lubiący ciepło pieca. Taki "heimski" to był młody człowiek, nierozgarnięty, trzymający się swoich kątów, ktoś taki, komu nawet nie nadawano imienia. Lecz, jak to bywa, w kimś takim ukrytym w domowych pieleszach potrafi kryć się coś zdumiewającego. Ktoś taki umie czasem oszaleć na bohaterską nutę. Być może i Baldur mógłby coś nam pokazać, gdyby nie ten groteskowy wypadek? Wiemy, że lęk potrafił wprawić go w szał.- Ach, te twoje stare sagi. - Książę wzbudził we mnie apetyt na góry w różowej poświacie. - Obiecuję, że kiedyś razem tam pojedziemy. Może nawet tego lata. - Jak Książę myśli, co potrafi wstrzymać człowieka, zamrozić go, pozostawić w niezdecydowaniu, które dopiero jakieś szaleństwo jest zdolne rozsupłać? Czy to aby głupota? Jakim trzeba być, by pozostać człowiekiem czynu? By stać się w ogóle kimś? Bez jakichś potwornych, zewnętrznych wypadków z ich bezwzględnymi wymaganiami, które niejako wymuszają na człowieku bezrozumność? Takie zdanie napisał kiedyś Dostojewski... "Nie potrafiłem stać się nie tylko człowiekiem złym, ale zgoła żadnym: ani złym, ani dobrym, ani łotrem, ani uczciwym, ani bohaterem, ani nędznym robakiem. Teraz zaś dokonuję żywota w swoim kącie, drażniąc siebie gorzką i na nic przydatną pociechą, że człowiek rozumny po prostu nie może na serio kimś się stać, kimś staje się jedynie głupiec." - Ech, chłopcze drogi... - Czy byłem równie piekny jako zjawa? - śmieje się Aubrey. - Nieziemsko wprost piękny! - woła Książę i przyciąga chłopca do siebie. Całuje go w skroń. Odurza go zapach jego wspaniałych włosów. Dochodzi do przekonania, że posiłek może jeszcze trochę poczekać. Roznamiętnia się. Gwałtowne pocałunki i pieszczoty. Książę rozpina w końcu spodnie Aubreya. - Cóż za godny podziwu szczegół - mówi. - Aubrey z rozbawieniem przygląda się swemu wyprężonemu przyrodzeniu. Książę nabiera na opuszek palca kropelkę śluzu. Cienka nitka płynu przerywa się, gdy unosi swój palec, by za chwilę wepchnąć go sobie do ust. Z rozkoszą i ze smakiem rozprowadza językiem po podniebieniu odrobinkę preejakulatu. - No - woła Książę, jakby zbudził się nagle ze snu - kilka przysiadów powinno pomóc. Resztę zostawmy sobie na potem. Mam ochotę na jeszcze jedną filiżankę kawy. Zapnij spodnie i chodź, Aubrey!

ciąg dalszy nastąpi

14:50, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 marca 2009
28 marca

 Taki dałem tytuł, bo jeszcze nawet nie wiem, co napiszę. No, naturalnie po wypełnieniu pustego pola tekstem mógłbym dorobić jakiś tytuł, ale jakie to ma w gruncie rzeczy znaczenie...

 Mam dzisiaj wybitnie leniwy dzień. Nic wielkiego nie zamierzam robić, nigdzie się nie wybieram, chociaż przez moment zastanawiałem się czy by nie pójść rozejrzeć się za jakimiś butami, odwidziało mi się jednak i postanowiłem rzecz odłożyć do poniedziałku. Nie poddałem się też namowom na wieczorne wyjście, bo jakoś nie mam rozrywkowego nastroju. A poza tym nie ma Franka, bo ten pojechał rano odwiedzić swoje rodzinne strony. (Kazałem mu jechać ostrożnie!! Bez żadnych szaleństw! I oczywiście usłyszałem, że jestem trochę przewrażliwiony. Ale jak mam nie być? Cholera - jak na moich oczach jakiś palant wjeżdża w krzaki... - Będę ostrożny - obiecał mi na odczepnego, dał mi buzi, i pojechał.) A ja się tak plączę po domu. Podlałem kwiatki, nastawiłem pralkę, ostrzygłem psa (Jejku, jaka to była radocha! Ten mój mniejszy piesek uwielbia wszelkie pielęgnacyjne zabiegi. Jest w siódmym niebie, kiedy go szczotkuję. Już sam widok szczotki wprawia go w radosne szaleństwo. Jak on się wykręca, podstawia, merda ogonem, pokazuje mi radośnie zęby. Strzyżenie też było frajdą. Obcinałem mu kłaki i opowiadałem mu, jaki to z niego będzie teraz śliczny piesek, co przyjmował z bezgranicznym psim zachwytem.), zjadłem obfite późne śniadanie, a przed chwilą zmieliłem trochę kawy, której cudny aromat wypełnił kuchnię i zaparzyłem sobie ten boski napój! Stwierdzam, że o ile bez papierochów można żyć, to bez kawy ani rusz. Bez mocnej, czarnej, gorzkiej kawy nie sposób funkcjonować! Po prostu nie sposób!!

 Tak przy okazji. Według powiedzenia mojej koleżnaki powinienem zaliczać się do ludzi inteligentnych, twierdzi ona bowiem, że ludzie dzielą się na tych, co są inteligentni oraz tych, co słodzą kawę. Boję się jednak, że w moim przypadku, a może też i w paru innych, to się nie sprawdza. Bo jakoś mam opory przed uznawaniem siebie za istotę inteligentną. A w każdym razie zachowuję w tej kwestii daleko idącą ostrożność. :)

 No i co? Piszę sobie przy kawie. Błogi spokój. Psy nażarte sobie śpią. Ten mniejszy pod biurkiem, ten większy zaś leży jak rozdeptana żaba w drzwiach i coś mu się chyba śni, bo energicznie porusza nosem i drżą mu łapy. A ja sobie piszę rozrywkowo. Piszę nie mając jak zwykle nic szczególnego do powiedzenia. Dorzucam tak tylko swoje trzy grosze do ogólnoświatowego głupiego gadania. Internetowa powieść rzeka. A nawet dwie - bo jest jeszcze Duży Książę, którego może jutro nawet pociągnę...

 Kjell Askildsen napisał: "Co godzinę, każdego dnia świat pozbywa się tysięcy matołów. Pomyśl, ile zmagazynowanej głupoty zostaje unicestwione w ciągu jednej doby? Wszystkie te mózgi, które przestają działać, to tam wszak głupota się mieści. I tak sporo zostaje, bo niektórzy zdążyli spisać ją w książkach. W ten sposób podtrzymuje się ją przy życiu. Dopóty, dopóki ludzie będą czytać powieści, nie pozbędziemy się głupoty. Pewne powieści, te, których jest najwięcej."

 Tak, a oprócz powieści są jeszcze blogi. Pewne blogi. I obawiam się, że mój zaliczyć można do kategorii tych pewnych blogów. Tak więc gdyby wczoraj ten pan jadący wozem terenowym... Byłoby mniej o jednego osiołka. Może by się jeden głupi móżdzek zmieszał z przemokniętą po roztopach ziemią... Już, cholera, tyle miałem szans. I wypadek mi się raz zdarzył, i samolot raz się popsuł, i kamieniem w ryj dostałem, i raz, w Ułan Bator, jakieś "wesołe" oprychy chciały się ze mną bić na noże o bagaż mój i moich przyjaciół... Lata temu to było. Dzikie jakieś było to miasto, na rozdrożu, biedne, odmienne od tego, jakie dziś można oglądać. Niemniej było to fascynujące doświadczenie. I oryginalne smaki, przypominające mi dzieciństwo. Raz odkryliśmy tam mały sklepik, w którym sprzedawano oranżadę w butelkach z takimi ceramicznymi zatyczkami na drucie, które ja pamietam jeszcze z lat siedemdziesiątych! I smak tego napoju! Identyczny z tamtym zapamiętanym z wczesnoszczenięcych lat... Drugą rzeczą były czekoladki. Kumpel twierdził, chyba po to, by nam obrzydzić konsumpcję, że ich nadzienie robiono na bazie kobylego mleka. Nie wiem, jak było w istocie, ale ich smak był wyborny. Pamiętam, że były opakowane w papierki na których widniał niebieski konik. Może więc rzeczywiście to nadzienie... Tak czy owak były to jedne z najlepszych czekoladek, jakie w życiu jadłem... Były oczywiście i inne wrażenia. Niektóre drastyczne. Zobaczyłem tam raz okropną scenę. Na moich oczach jakiś facet pobił kobietę do nieprzytomności. Wymierzył jej tak potworny cios, że ta padła jak martwa. Pamiętam, że nie bardzo wiedzieliśmy, jak się zachować. Baliśmy się wplątać w jakąś awanturę. Kobieta jednak leżała na drodze i chcieliśmy jakoś pomóc. Zatrzymaliśmy przejeżdżającą ciężarówkę. Kierujący nią facecik nie bardzo był zainteresowany całą sprawą, ale my uznaliśmy, że ta kobieta potrzebuje pomocy lekarza, do którego trzeba ją zawieźć... Nie wiem, co się z nią później stało. Kierowca niezbyt chętnie wziął tę zamroczoną kobietę, wrzucił jak rzecz do szoferki, i odjechał... Po tym wszystkim już nie miałem ochoty na wycieczki po dzielnicy, w której zamiast domów stały jurty...

 O, i jak zwykle przejścia. Od Askildsena do echa pobytu w stolicy Mongolii...

 Askildsen. Hm, on mi gdzieś tam ciągle siedzi w głowie. To wspaniały pisarz, jeden z tych, co pisze nie te pewne rzeczy, od których można zgłupieć. To pisarz, który, w odróżnieniu od wielu młodszych kolegów po fachu, używa do pisania głowy i rąk... Gdzieś, w jakiejś analizie jego twórczości znalazłem taką celną charakterystykę jego sztuki - kilka słów, które mówią wszystko i których nie trzeba nawet tłumaczyć: klinisk, asketisk, økonomisk, minimalistisk... Askildsen zostawia na papierze tylko to, co najważniejsze i okazuje się, że o życiu można powiedzieć wszystko używając garstki najprostszych wyrazów. Jest kimś podobnym do anonimowych twórców starych sag, którzy w zdumiewająco oszczędny sposób potrafili mówić wyczerpująco o ludziach. Askildsen, który o zwyczajnych sprawach mówi w sposób niezwykły. I szalenie przemyślany. Nie używa metafor. Chce, by każde zdanie, ba - każde słowo popychało opowieść do przodu. Askildsen nadto nie stawia na płodność - ktoś mu wyliczył, że jego literacki dorobek w skali roku to ledwie trzydzieści stroniczek... A co wyrasta z tych stroniczek, z małych opowiadań, krótkich opowieści, nowelek? Dramatycznie opisana prozaiczność. Samotność, starość, milczenie... Jego największe dzieło, książka uznana w Norwegii za najciekawsze wydarzenie w ciągu ostatnich 25 lat "Tomasza F. ostatnie zapiski dla ludności" nie pozostawia zbyt wiele złudzeń... Życie, które się kończy starością, gdzie nie ma już przyszłości, a przeszłość jest bez znaczenia - wszystko sprowadzone niejako do bzdury - garstka doświadczenia i trochę inteligencji. I ciągłe pytanie, nie odstępujące nas nigdy - jaki to wszystko ma sens? Dodatkowo w tym świecie, gdzie sypią się wszystkie wartości, gdzie już nawet nie jest elegancko...

 Ostatnio rzuciłem okiem na jego opowiadanie "Et deilig sted". Życie, w którym mówimy nie mówiąc nic. Milczenie pośród słów. Pozory, monotonia, złość i znużenie ukryte pośród uprzejmych zwrotów. Dwoje ludzi. Jakże ja to znam ze swojej rodziny. Pozorne bliskości, dwie istoty, a pomiędzy nimi czarna dziura. Nic. Przerażająca rzecz w przecudnym norweskim zakątku. Horror bez efektów specjalnych, w którym każda malowniczość potrafi budzić wręcz przerażenie. Piękne miejsca, letnie domki, rytuały, wywieszanie flagi, te same zwroty, powtarzające się spostrzeżenia... Koszmar istoty zwanej szumnie homo sapiens.

 Co jeszcze mógłbym dziś napisać? To że się cieszę domowym spokojem? Niech będzie - cieszę się domowym spokojem. Coraz bardziej i bardziej lubię osiadłość. W przyszłym tygodniu muszę jednak znów ruszyć tyłek, a Franek biedny zostanie kilka dni sam z psiarnią.

 No i mam nadzieję, że nikt mnie już nie będzie próbował rozjechać. Bo jak już zginąć, to jakoś tak fajnie, a nie w połamanym żywopłocie! Bo co to - ja gnój jakiś jestem? Przecież, cholera, jednak nie słodzę kawy!!!!! :)

14:49, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 marca 2009
Wjechał facet w krzaki

 Wjechał, wyjechał, pojechał. W nocy. Tak zrobił i to mnie zdenerwowało, bo gdyby rzecz zdarzyła się kilka seknund później, mógłbym podzielić los kawałka żywopłotu. Mało powiedzieć, że się zdenerwowałem - wściekłem się jak diabli, bo przecież - do cholery - głupi przypadek i mogłoby być po ptokach!

 Szedłem nocną porą z kundlami. Wzdłuż ulicy. I nagle ujrzałem kawałek przed sobą rozpędzony samochód terenowy, który przeciął wąski pas zieleni, chodnik, by utknąć w krzakach. Nie wiem czy prowadzący pojazd był trzeźwy, czy nie. No, w każdym razie nic się wielkiego nie stało. Ja tylko patrzyłem zdębiały na to zdarzenie, na to całe lądowanie w krzakach, na to jak facecik jakiś wysiadł, by obejrzeć swoje auteczko i na to, jak energicznie wydobył się z zarośli i ruszył dalej, nadal daleki od ostrożności.

 Szlag by trafił. Mała drobina czasu i mógłbym się razem z kundlami znaleźć na drodze tego idioty. Ot - życie. Gdybym jeszcze został zabity - to pół biedy - było, nie ma, koniec z nonsensem, z głowy, do odfajkowania, gdyby jednak zrobił ze mnie taki kretyn kalekę... Koniec. Dupa zbita... Człowiek nagle zmieniony w warzywko... I jak by to było? Miałem przez moment dość mroczne myśli. Bo by się Frankowi porobiło! Bo przecież jesteśmy taką małą wysepką, w dodatku jeszcze, w świetle obowiązujących norm, stanowiącą taką, można powiedzieć, parkę kolegów... To by było jakieś potworne obciążenie. Byłbym urządzony na cacy. Aż strach pomyśleć. Czy nas by ktoś wtedy wspomógł? Już wiem, jak to jest, gdy przydarzają się nieszczęścia - raptem robi się pusto. Za pierwszym razem przynajmniej po drugiej stronie były dwie bliskie i sensowne osoby, dzięki którym można było jakoś przetrwać - z mojej strony zaś wiało zimną pustką. Wszyscy gdzieś pochowani nagle po kątach, a rodzina - no cóż - przecież ja to zupełnie niepoważna sprawa, człowiek bez przeżyć... Za drugim razem było bardziej pusto... Pozostałby chyba jakiś przytułek .:)

 Ale nic. Nie ma się co czarnym myślom poddawać. Są i przyjemniejsze rzeczy. Na przykład nowe wyrko, które już zostało przetestowane. Zrobiło się ładnie, zapachniało nowością... Rzecz do spania i kochania funkcjonuje. Psy oczywiście też już po nim spacerują...

 Ech, łózio - to przecież najważniejszy mebel w życiu. Pół życia człowiek w nim spędza. I w nim też umrze... No, chyba że rypnę gdzieś pod płotem albo pod mostem, bo kto wie, jakie atrakcje szykuje mi jeszcze życie na tym kosmicznym gówienku zwanym szumnie Błękitną Planetą.

 Aj, Błękitna Planeta. Ufoludki, ufoludki, jeśli czytacie tego bloga, weźcie sobie do serca moją radę - omijajcię tę planetę, bądźcie jak najdalej od tego skurwysyństwa!

12:48, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 marca 2009
Bzdur kilka

 Jak człowiek jest troszkę uwiązany, a ma ochotę zrobić coś głupiego, to wskakuje na licho wie po co założonego przez siebie bloga, żeby coś wpisać.

 Czasu jednak nie wystarczy na jakieś dłuższe rozpisywanie się, nie będzie więc niczego o Islandii ani o Dużym Księciu, którego kiedyś wypadałoby, tak z czystej blogowej uczciwości, dokończyć, by mieć wreszcie powód do postawienia kropki.

 Co mogę dziś powiedzieć? Mogę powiedzieć na przykład, że życie w 95% składa się z zawracania głowy.

 Ten tydzień będzie dla mnie jednym wielkim zawracaniem głowy.

 W domu jest niewielki burdel. I chwilowo nie mamy za bardzo na czym spać, bo w sobotę rano ogołociliśmy sypialnię z umeblowania. Dozorca powiedział nam, żebyśmy wszystko, co chcemy wyrzucić, złożyli obok śmietnika, bo w poniedziałek miała przyjechać ekipa zbierająca nietypowe odpadki. Odpadki wszak zniknęły jeszcze tego samego dnia. Komuś przydały się sprzęty i porozkręcane wyrko, całkiem jeszcze przyzwoite. (Nieprzyzwoite było tylko to, że do tej pory stało w moim mieszkaniu - czułem niejaki dyskomfort używając tego samego mebla, na którym kiedyś z kimś innym... I teraz, kiedy już nie ma tego grata, czuję się o wiele lepiej. Dawno to powinienem był uczynić - to znaczy wywalić ten sypialniany sprzęt!)

 Gnieździmy się chwilowo w moim składzie makulatury na awaryjnym legowisku. I ciasno jest nieco. No, ale - i tak zawsze jestem w nocy przygniatany kochanymi kończynami, więc wielkiej różnicy nie zauważam.

 W środę przyjadą nowe mebelki.

 Ściany już są pomalowane. Głównie babrał się Franek. Bo ja miałem trochę innej babraniny. Za to przygotowałem dobre mięcho do żarcia. Bo my jesteśmy bardzo mięsożerni. I dobrze. Bo ja lubię mięsożerców. Bo chłop ma być mięsożerny, kudłaty, duży - znaczy wysoki, nie zaś skłonny do nadwagi!

 Mam taką miłą panią w sklepie dla trupożerców, która pamięta, że jestem miłośnikiem żeberek. I ostatnio, kiedy do niej wdepnąłem, już w progu usłyszałem - Niech pan patrzy! Prawda, że piękne? - Istotnie, żeberka były pierwszorzędne! Mięsne! 

 Ojciec mi truje. Zadzwonił do mnie. - Ty, bo mi się ponagrywali na sekretarkę. - Ponagrywali mu się ci od tej mojej matki. - Może byś do nich zadzwonił. - A ty co, nie odbierasz telefonów? - A pieprzę ich. - Ja takoż. Ale skoro do ciebie wydzwaniają... Ja się nie wychylam. Mają tylko mój stacjonarny, to mogą sobie dzwonić. Zresztą tak czy siak nie dzwonią. - Głupie to jest. - Nie wiem. Ale mógłbyś coś raz dla mnie zrobić i wybawić mnie z kłopotu. Powiedz im, że mnie nie będzie, co zresztą jest zgodne z prawdą. I mogą się nawet obrazić. Na święta też się nie wybieram, bo jedziemy na wieś. I mam swoje wydatki. Remont. A potem będą wakacje, na których zamierzamy trochę przetracić. W sroc więc kasy wywalać nie będę. (I co ja miałbym tam przytargać? Prom kosmiczny?)

 Franek mi coś przynudził: - Małemu może być trochę przykro... - Niech się dziecię uczy, że przez całe życie nikt nie będzie koło niego skakał. On jest tak rozbestwiony, że bardziej czeka nie na kogoś, tylko na coś, co mu ten ktoś przywlecze. A że może będzie przykro? Mnie przez całe życie było przykro, pół życia poszło mi w piach - no i co z tego? Wielkie rzeczy! A poza tym... To chyba że zaproponuję coś... Ja się pomęczę przy głupawym obiadku i wśród duszpastuszków, a ich może nakłonię na jakiś marszyk równości i flagi tęczowe? Zrobią coś symbolicznie dla nam podobnych. Pointegrujemy się.

 Cholera, mam być zawsze miły i do usług. Ja mam mieć dla nich czas.

 Oni dla mnie nigdy czasu nie mieli. 

 Bliscy. Doprawdy... Cóż to za bliskość bez cienia pozytywnych emocji... Krew - cóż to znaczy?

 Niech się odczepią. Rodzina - ileż potrafi być w tym słowie smutku, nieszczęścia, grubiaństwa...

 Misio lubi najbardziej, jak zapada zmrok i przychodzi czas leżakowania. Misio staje się wtedy mały. Ma tę swoją bliskość. I Misio chyba zawsze już będzie mały, jak każdy, który kiedyś, w dzieciństwie, nie czuł się bezpiecznie, nie uśmiechał się często, bał się swojego domu, czuł się zbędny i marzył o śmierci... Czasem chciałbym stać się taki mały, by móc zamieszkać u niego, tam, w tym dołeczku koło obojczyka, i trzymać się kurczowo jego szyi... 

15:11, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 marca 2009
Lars Lillo i wiosna

 No, nie widać tego za bardzo, nie widać! Franuś dziś rano odśnieżyć musiał to swoje waniliowe autko. (Kupuje jakieś okropne śmierdzielstwa, tak że już u nas w przedpokoju czuć ten zapaszek z autka, bo dobywa się z wiszących płaszczyków. A jak się wsiada do samochodu, to człowiekowi chce urwać już nie tylko nos, ale łeb cały. On jednak uważa, że tak jest ładnie, i nic nie poradzisz.:) I ziąb jest na dworze. Nie, nie widać wiosny.  Ale na moim biurkowym kalendarzyku widnieje czarno na białym, że dziś, o 12.45 rozpoczyna się astronomiczna wiosna. Tak więc cieszyć się wypada.

 Wiosna zastaje nas w lekkiej pracowitości, bo jutro wybebeszamy sypialnię. A co poza tym... Kuzyn się ze mną drażni, śle mi swoje relacje z zimowego byczenia się w Trysil, gada - żałujcie, żałujcie, lecz my jednak nie załujemy, bo sobie wszystko odbijemy latem, odgrażam się więc pogodnie temu sportowemu obłąkańcowi - niech no tylko zakwitnie wierzbówka!!

 Wrr - a w przyszłym tygodniu jeszcze rozprawa w sądzie. Już mi się chce spać na samą myśl. Ale nie ma co sobie psuć humoru. Wszak wiosna! I Misio przywita ją na swym blogu piosenką z jednej ze swych duchowych ojczyzn. Po norwesku.

 Prosta rzecz o tej miłej porze roku. Lars Lillo Stenberg. "Vår" (Wiosna)

A to, gdyby ktoś też chciał sobie pośpiewać:
Ja, så har det blitt vår,
så har det blitt vår i år.
Og våren den er en klisje,
den er en klisje, men hva gjør vel det.
Vår, tralala, vår, tralala, vår, tralala, vår,
tralala, vår i år.
Og halvliteren er veldig dyr,
men på utecafé er det nok folk som kryr.
Og gamle er gamle, og unge er unge,
og jeg er en hyggelig fyr.
***
 A po naszemu:
Tak, wiosna już przyszła,
Wiosna nastała w tym roku.
Wiosna - to banał,
Banał, lecz kto o to by dbał.
Wiosna, tralala, wiosna...
I choć za pół litra duuużo trzeba dać,
W knajpie od ludzi się roi.
Starzy są starzy, młodzi zaś młodzi,
A ze mnie jest miły gość.
*** Wszystkim Czytelnikom życzę wszystkiego dobrego. Na wiosnę! Kochajcie się! Bo - parafrazując nie będę owijał w bawełnę - miłość to nie wszystko, ale wszystko bez miłości to chuj...
13:02, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 marca 2009
Minął rok

 Dokładnie siedemnastego. Rok od śmierci mamy. Tak ten czas leci.

 W zasadzie udaje mi się coraz mniej myśleć o zeszłorocznych wypadkach. Unikam też nadmiernego oddawania się wszelkim innym wspominkom. I na cmentarzu też jeszcze nie byłem, ale to raczej ze względu na bardzo rozkapryszoną pogodę, a do tego jeszcze ten absorbujący rozgardiasz w domu...

 Nie wiem czy mam się czuć głupio, czy jest we mnie jednak jakiś nieludzki pierwiastek, ale przyznać muszę, że nie odczuwam jej braku. Nie tęsknię za bardzo. Raczej tak na zimno pamiętam. Wspomnienia same wracają, po czym na jakiś czas odchodzą.

 Nie oglądam fotograficznej dokumentacji jej rozrywkowego życia, jakie wiodła po opuszczeniu ojca - wszystkie albumy spakowałem do kartonu i upchnąłem w najdalszy kąt schowka.

 Wszystko jest w zasadzie bez większego znaczenia, skazane na zapomnienie, totalne zapomnienie. Nic nie przesiąknie dalej, bo żadnego dalej nie ma...

 Zawsze się śmieję, że jestem jak mały Hanno Buddenbrook, bo tak jak on mógłbym w rodzinnej księdze, gdyby taka istniała, pod swoim imieniem nagryzmolić grubą, czarną krechę, bowiem po mnie niczego już nie będzie. Wszystko zamilknie w międzygwiezdnej ciszy.

 Takie jest życie. Nawet całych rodów. Z ciszy w ciszę. Tak jak muzyka, która przylatuje znikąd, rozbrzmiewa przez jakiś czas, by zamilknąć.

 Jej przyjaciele się wykruszą, ba - już się powoli wykruszają. Ja też za jakiś czas umrę. Dalej zajdzie tylko synek jej siostrzeńca, który jednak ma szansę pamiętać ją jak przez mgłę. No i będą jeszcze jakieś tam poboczne postaci, dla których jednak była mniej ważna...

 Wszystko się rozproszy.

 O zmarłych ponoć źle się nie mówi. Niektórzy jednak łamią tę zasadę. Mój ojciec na temat mej matki nie ma nic dobrego do powiedzenia. Dla niego jego niegdysiejsza życiowa towarzyszka jest tylko wstrętnym chamem. To tylko ma o niej do powiedzenia. I nie chce już wracać do tematu swego małżeństwa.

 A dla mnie? Temat oczywiście istnieje. Zawsze będzie istniał. Pamięć o tej potwornej manipulatorce. O tym przedziwnym i zastanawiającym człowieku, który nieustannie starał się zatruwać moje życie, niszczyć moje radości, który drwił z moich uczuć, bawił się mną w czasach mej bezradności, powodował, że nie wiedziałem, kim jestem. Pamięć o tym moralnym oprawcy, którego stronę, co za przewrotność życia, trzymałem. Dzięki niej zrozumiałem ten przedziwny stan emocjonalny jakim jest miłość nierozerwalnie spleciona z nienawiścią.

 Pamiętam takie pełne złowrogiego napięcia sytuacje, kiedy miałem ochotę ją uderzyć. Naturalnie nigdy tego nie uczyniłem, bo gdybym to zrobił, musiałbym zaraz potem strzelić sobie w łeb.

 Wylałem z jej powodu morze łez. I ona też ich sporo wylała. To była zawsze jej skuteczna broń. Wiedziała, że jej łzy skutecznie rzucały mnie na kolana.

 Szybko straciliśmy do siebie zaufanie. Ona odzyskała je w ostatnich dniach swojego życia, wtedy, gdy musiałem ją oszukiwać i mówić, że będzie dobrze, wiedząc, że od przejścia na drugą stronę dzieli ją właściwie moment.

 Miałem kłopot z okazywaniem jej czułości. Okazałem jej najwięcej w ostatnich godzinach jej życia, kiedy była już nieprzytomna.

 Zawsze mogła na mnie liczyć. Na moje wsparcie. Ta świadomość mi pomaga. Nie mam przynajmniej poczucia, że jestem taką ostatnią ścierą.

 Mój homoseksualizm był czymś, z czym nie mogła się pogodzić.

 Ale uwielbiała się mną przechwalać. Tyle że jej przechwałki niewiele miały wspólnego z rzeczywistością.

 Była przeokropna, a jednocześnie fascynująca. Nosiła w sobie jakąś tajemnicę. Coś w swoim życiu ważnego pominęła. Czegoś jej brakowało. Ale nigdy tego nie sprecyzowała. Przy pozorach otwartości, towarzyskości pozostawała skryta.

 Mama była piękną kobietą. Szalenie zadbaną. Porównywałem ją czasem do szlachetnego kamienia w trochę przeładowanej oprawie. Zachwycająca, przyciągająca uwagę, pełna wyniosłego czaru... Kamień jest jednak zimny.

 Obawiam się, że nigdy nikogo prawdziwie nie kochała.

 Miała wspaniałych rodziców, którym najwięcej w swym życiu zawdzięczam, których dom jest moim najczarowniejszym wspomnieniem.

 Jej rodzice pokazali mi, jak powinien żyć człowiek. Moi rodzice pokazali mi, jak człowiek żyć nie powinien.

 Zawsze będzie dla mnie zagadką, jak z tak czarodziejskiego domu, jakim był dom moich dziadków, mógł wyjść w świat człowiek tak wewnętrznie pokręcony.

 Mój biedny tatko. Całkiem wyleczył się z kobiet. :) Miał pecha. Cokolwiek zrobił, wszystko, co miał najlepszego, poszło jak w kloakę.

 Gdybym nie znał innych kobiet, mógłbym wyrobic sobie bardzo złe zdanie o ich naturze. Bo z nimi bywa czasem wielki kłopot, bo czasem pewne ludzkie cechy to właśnie w nich osiągają zupełnie karykaturalne rozmiary, przez co bajania o ich czułości, wrażliwości mogą wydać się śmieszne. Bo jeśli budzi się w nich okrucieństwo, potrafi być ono bezgraniczne. Ich wulgarność bywa taka, na jaką żaden mężczyzna by się nie zdobył. Ich agresja wyrosnąć umie ponad wszelkie granice. Ich nieczułość zdolna jest zabić w nich najdrobniejsze cienie wyobraźni. Tak się zdarza. (I może się będzie nawet zdarzało częściej, bo kim one mają być w naszych realiach, skoro tyle sprzecznych rzeczy się od nich oczekuje - mają być przecież sprawne, dynamiczne, a jednocześnie święte jak papież przykazał, robić kariery, rodzić po bożemu dzieci i wyglądać jak dziwki... Połapać się w tym nie można. Nic, tylko popaść w karykaturę chuligaństwa.)

 Biedna mama. Dostało mi się od niej.

 Trudno mi się pogodzić z jej cierpieniem. Wściekam się o to na życie.

 Ale jest i jaśniejszy punkt. Tam, w ten ostatni dzień... Postawa Franka. Wtedy już chyba dobitnie się przekonałem, że on i ja to nie żarty. :)

14:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 18 marca 2009
Pod czujną strażą

 No, wczoraj miałem luz i ten luz wykorzystałem pracowicie. Zaraz po śniadaniu i po wyjściu Franka wziąłem się za malowanie łazienki. I dość szybko się z tym uporałem, bo w sumie miałem do pomazania niezbyt duży sufit i kawałki ścian ponad kafelkami. I muszę powiedzieć, że mi się bardzo, ale to bardzo przyjemnie gimnastykowało. Z głośników w pokoju dobiegał mnie przyjemny głos Helene Bøksle, a ja sobie po cichutku pracowałem fizycznie, pracowałem pod strażą czujną, bo moje psy usadowiły się w drzwiach do łazienki, by obserwować moje wysiłki malarskie. Za wiele się zresztą nie naobserwowały, bo szybko posnęły - no, ale psi sen nie wyłącza czujności, tak więc każdy szmer budził je na chwilę - sprawdzały leniwie czy wszystko w porządku i upewniając się, że tak właśnie było, znów zapadały w drzemkę. Słodko to wyglądało, bo położyły się jeden obok drugiego i oparły swoje pyski o próg. Taki sielankowy był to obrazek. Taki domowy. Piękna muzyka, najzwyczajniejsze w świecie psy i najzwyczajniejszy w świecie facecik z wałkiem do malowania. Najzwyczjniejszy spokój we własnej skorupce. I najzwyczajniejszy w świecie facecik dziwi się tylko, czemu wśród krewnych uchodzi za kogoś dziwacznego, za niemal wariata, za sprawnego inaczej... --- Franuś jednak nieco rozwiał moje złudzenia co do mojej normalności. O, żebym się tak nie zapędzał w tą całą najzwyczajniejszość. Bo taki zwyczajny to ja jednak nie jestem. I już po raz nie wiem który usłyszałem, że jestem jednak trochę dziwny, zagadkowy, inny, pokomplikowany, z niezwyczajnej bajki. A do tego jeszcze jakoś już wręcz upiornie wytrzymały. Bo ja wszystko muszę tak głęboko i intensywnie przeżywać i tylko można się domyślać, co mam w środku, domyślać się wyobrażając sobie świat podczas dość wietrznej pogody. Jestem zbyt wrażliwy, za wrażliwy na ten świat, ale mimo to trzymam się kupy. Tak więc wychodzi na to, że jestem jakimś ludzkim supełkiem z nerwami na wierzchu, pełnym sprzeczności duchem, w pewien zwariowany sposób łączącym dorosłego i odpowiedzialnego ludzika ze skaczącym i przepełnionym do szaleństwa emocjami nastolatkiem - kimś nie bardzo w guście brzuchaciejących tatusiów i starych ciotek.

 No w mordę - zeżarło mi pół wpisu! Kliknąłem zapisz - i góralu... Irytujące są takie sytuacje... W każdym razie w pożartej części nadwrażliwy Misio, który ponoć tak słodko umie się cieszyć, napisał, iż dał się po dobrym dniu namówić na małą imprezkę, na uczczenie św. Patryka. No i cóż - wróciliśmy do domu na leciutkim rauszu. I jakoś senność nie chciała nas ogarnąć, tak że pół nocy przesiedzieliśmy w łóżku z podkurczonymi nogami i z brodami opartymi na kolanach gadając sobie wesoło. Nie obyło się też bez łaskotek. Stały numer. :) Ech, drogi F. - mógłbym sparafrazować tytuł jednej piosenki i powiedzieć, że kocham go jak Islandię. :)

 Misio jest zadowolony, choć trochę niewyspany. Ale spać nie może, bo ma jeszcze trochę do zrobienia. Tak więc Misio teraz znika. Idę sobie zrobić kawę.... A, i mam jeszcze drożdżówkę jedną. Mniam! Zaraz ją pożrę!

 Ach, Misio musi się jeszcze przyznać do małego grzeszku. Misio palił wczoraj papierosy i troszkę się dzisiaj wstydzi. :/

14:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 marca 2009
Mkniemy

 Ubawiłem się dziś rano. Jak zwykle poszedłem do kiosku po prasę i gumę do żucia (bo teraz, kiedy nie palę regularnie, namiętnie żuję gumę i okrutnie zalatuję miętą). Musiałem chwilę zaczekać, bo przede mną kupowały coś dwie staruszki - jedna z nich miała laskę, druga natomiast podpierała się kulą. Kiedy chwiejne damy z podpórkami, ciut marudne, uporały się wreszcie z zakupami, jedna ozwała się do drugiej tymi słowy: - To co, Marysiu, mkniemy dalej! -- Parsknąłem śmiechem, kiedy to usłyszałem, a wtedy jedna ze staruszek odwróciła się do mnie i powiedziała: - Patrz i ucz się, młody człowieku, jaki na starość trzeba mieć stosunek do swojego stanu. Bo to przecież zupełnie niepoważne. -- Rewelacyjne panie. Zawołałem tylko: Brawo!! Jestem pod wrażeniem! -- Wesołe staruszki pomknęły. Krok za kroczkiem, krok za kroczkem...

 I cóż jeszcze. Tyle się nagadałem, najojczałem, a tu ani się człowiek obajrzał i... I - tadam! Mamy pomalowaną kuchnię! Fajnie wyszło. Dodatkowo zyskaliśmy jeszcze odrobinę przestrzeni, bo wywalilismy z pomieszczenia kilka gratów... Tak, Misio walczy ze swoimi sentymentami i odważnie pozbywa się niektórych rzeczy, żeby dla ostatniego aktu swego życia zaaranżować na nowo przestrzeń, żeby się choćby trochę oswobodzić... A pewien mój znajomy tylko na to czekał, bo juz od jakiegoś czasu miał chrapkę na parę staroci, które u mnie były tak trochę ni przypiął, ni przyłatał... I zjawił się z ekipą, by mnie nieco oswobodzić ze starych krzeseł, stołu i pradawnego kredensu, który świetnie się wpisze do jego nowego mieszkania - nowego - starego, bo od pewnego czasu zajmuje przestronne lokum w starym budownictwie, gdzie ma przecudną kuchnię z węglowym piecem, takim z blachą, na której można gotować... Chce facet, by było u niego tak przedwojennie. Lubi gość te klimaty. --- I u nas zrobiło się przestronniej, a Franek przywiezie dzisiaj nowy stolik i wypatrzone gdzieś krzesełka, które się mają ładnie zgrać z resztą.

 - Chodź, Miśku, chodź, weźmy się do roboty - powiedział w sobotę Franuś. No i się zwlokłem. I poszło na cztery ręcę. A ja się przy okazji bardzo erotycznie usposobiłem... Boże, jak ja go uwielbiam, kiedy jest w starej, popielatej koszulce, w spranych, poprzecieranych dżinsach. Jemu jest tak do twarzy w takim niedbałym stroju. I to tak odpowiada mojemu odpałowi, bo ja gustuję w pewnej niedbałości, powiedziałbym nawet - w takiej budowlanej niedbałości. (Ech, ludzie szukają podnietek w sklepach z dziwacznymi artykułami erotycznymi, a dla mnie rolę sex - shopu pełnią sklepy z odzieżą ochronną, gdzie pełno kolorowych kasków, flaneli, drelichów, nakolanników etc, etc. Nadto największą frajdę sprawiało mi zawsze patrzenie na facetów skaczących po rusztowaniach, układających kostki brukowe... Super chłopy! Coraz, cholera, ładniejsze! Mężczyźni, a nie jakieś wymoczkowate, pobladłe, ciastowate, poluzowane w stawach glizdy.) I widzę, że Frankowi pasowałyby rozmaite robocze ubranka. Niestety zazwyczaj występuje w marynarce i krawacie, w czym nie wygląda najkorzystniej. Zresztą krawaty i garnitury, w moim przekonaniu, najwspanialej prezentują się na istotach androginicznych - w innych przypadkach tworzą z człowieka zwykłą, skrępowaną, nieszczęsną sirotę. -- Ktoś mi kiedyś powiedział, że facet pod krawatem jest bardziej wiarygodny. Dobre sobie! Dla mnie człowiek z pętlą na szyi jest raczej zjawiskiem niepokojącym i zawsze chcę biec mu na ratunek... Przypomina mi się jedna z prac prof. Michaiła Stieblina - Kamieńskiego, znakomitego znawcy literatury staroislandzkiej, którą zakończył dość żartowbliwie opowiastką o tym, jak mu się kiedyś w pokoju w hotelu Saga w Reykjaviku ukazało widmo Islandczyka z epoki sag. Kamieński rozmawiał z nim trochę o literaturze - chyba, jeśli dobrze pamiętam, szczególnie podczas swej konwersacji skupili się na "Zbrodni i karze" Dostojewskiego - czym tylko zniesmaczył przybysza z zamierzchłych czasów i doprowadził do przekonania, że po jego śmierci ludzie zaczęli wypisywać jakieś zupełnie niedorzeczne bzdury. Zjawa w ogóle była bardzo zaniepokojona sytuacją ludzi w naszych czasach, bo oto dostrzegł, że niemal wszyscy zamykają się w jakichś okropnych puszkach blaszanych, by się w nich przemieszczać, a do tego jeszcze mężczyźni wiążą sobie pętle na szyi. Widać więc, że musi być z nimi bardzo źle. I cóż rzec - zjawa się nie pomyliła. Istotnie - jest z nimi bardzo źle!

 A zatem remont został rozpoczęty! Franek nabrał rozpędu i wczoraj jeszcze odświeżył kibelek. Ja się natomiast jutro zabiorę za łazienkę i zostanie jeszcze sypialnia, którą chcemy w ogóle na nowo urządzić. Ach, jutro, jak się wścieknę, to pomaluję jeszcze sufit w przedpokoju, który też trzeba trochę przemeblować. Wywalić starą szafkę na buty i kupić nową, powiesić nowe lustro, bo to stojące, zabytkowe już trochę, zupełnie nie pasuje - to wrąbię do swojej graciarni, której na razie nie zamierzam remontować - a wrąbię je tam, bo z tym przedmiotem rozstawać się nie chcę... To zmatowiałe już lustro stało kiedyś w domu moich dziadków. W nim się w dzieciństwie podziwiałem, tak namiętnie, że aż babcia wołała, bym tego nie robił, bo w końcu zobaczę diabła. -- No, diabła nie zobaczyłem - widzę w nim natomiast siwiejącego pomału starego pedała albo, jak to mówią - geja, chociaż ja tego słowa nie nadużywam, bo, szczerze mówiąc słowo gej mi się w ogóle nie podoba. Jest okropne. Okropne, bo drażnią mnie w ogóle wszyskie angielskie kleksy w naszym języku (ich nadmiar dowodzi tylko, jak ciągle i ciągle jesteśmy prowincjonalni), bo nie lubię angielskiego, którego nauczyłem się tak przez zęby, tylko dlatego, że jest przydatny. A poza tym pierwotne znaczenie tego słowa... Nie, to zbyt dla mnie infantylne. Ale jeśli już sięgać do obcych gęgotów, to sam wybrałbym miło brzmiące islandzkie słowo nazywające osobę o moich skłonnościach, które brzmi: hommi. --- Taa, od dłuższego czasu wiem już, co to pedał. Bo kiedyś naturalnie nie wiedziałem. Albo ściślej, moja wiedza była niepełna. Będąc jeszcz małym chłopczykiem nabrałem niejasnego przekonania, że wyraz pedał jest nieco pojemniejszy. Szedłem raz z mamą ulicą, na której spotkaliśmy jakąś jej przyjaciółkę. Owa przyjaciółka zaproponowała mamie, żebyśmy usiedli na chwilę w jakiejś kawiarni. - O tutaj możemy wstąpić. Tam co prawda są same pedały, ale to nic. -- Weszliśmy. Mama i jej koleżanka zamówiły kawę, a przede mną stanął pucharek z lodami. Kobity gadały, plotkowały, ja natomiast babrząc się łyżeczką w lodach, dokładnie lustrowałem całą salę. Ani pół pedałka tam nie było! A przecież wiedziałem, za czym się rozglądałem, bo w końcu śmigałem po parku na rowerku!! Wszystkie ściany przepatrzyłem z najwyższą dokładnością, ale na nich były jedynie jakieś mozaiki. Wreszcie nie wytrzymałem, i, by zaspokoić swoją ciekawość, z rozbrajającą dziecięcą swobodą zatrąbiłem: - Mamo, mamo, a gdzie są te pedałyyyyy??!!! --- Nie pamiętam tego momentu, ale ponoć na sali zapanowała jakaś dziwna cisza, którą po chwili zmącił rykliwy śmiech przyjaciółki mamy... Cóż, nie otrzymałem wtedy zadowalającej odpowiedzi i musiało upłynąć trochę czasu, zanim się dowiedziałem całej prawdy. I przekonałem się na własnej skórze, co to znaczy... A co znaczy?... Właściwie nic nie znaczy. Bo takie to rozdanie. Bo gdzieś tam, u swych początków, kiedy ustalała się moja istota, kiedy programowało się całe moje przyszłe życie, jakiś mały figielek natury nakazał mi w przyszłości czuć pociąg do własnej płci. W tak uformowany mózg mnie wyposażyła. I kiedy budzę się rano obok swego faceta, jest to dla mnie tak naturalne, tak zwyczajne, tak zgodne z moją najgłębszą potrzebą, jak dla kogoś innego, żyjącego w zgodzie z własnymi, przyrodzonymi pragnieniami przebudzenie obok ukochanej kobiety... A poza tym toczy się zwyczajne, ludzkie życie (a przynajmniej próbuje się toczyć - to może zabrzmi bardziej stosownie, gdy się weźmie pod uwagę rozmaite kłody, jakie świat nie wolny ciągle od uprzedzeń nam złośliwie stara się rzucać pod nogi). Raz na wozie, raz pod wozem...

 Teraz jest na wozie. I nawet nie przypuszczałem, że będzie mi jeszcze dane przeżywać to, co dziś przeżywam. Jeszcze nie tak dawno temu gotowałem się do dalszego życia uznanego za kompletną porażkę. A tymczasem malowałem sobie kuchnię razem z moim chłopcem... Chyba nigdy nie przestanę się dziwić. Że też życie jeszcze raz podało mi rękę! --- Szalenie się doń przywiązałem, do tego dobrego, spokojnego, zazwyczaj małomównego gościa. Jest dla mnie wszystkim. Jest tym właśnie, któremu chcę coś dawać i od którego chcę brać. Uwielbiam go, lubię go rozpieszczać, lubię go dotykać, patrzeć nań... I tak jakoś nam się kręci. Jesteśmy. Razem. Bo razem łatwiej iść przez rozmaite mroki życia. I jakoś się uzupełniamy. On jest bardziej tym od niezakręcania tubki z pastą do zębów i rzucania zwiniętych w kulę, wilgotnych ręczników na pralkę, ja bardziej od pamiętania, że się kończy masło...:)) On ma więcej rozumu, ja zaś rozumek mam malutki i myślę obrazkami. On ma więcej krzepy.

 Człowiek zawsze jest debiutantem. Debiutuje jako przedszkolak, uczeń, student, dorosły, a wreszcie jako starzec... Czeka nas też i starość. Być może się razem zestarzejemy. Dwa stare pedały... O matko! Może kiedyś i my, podpierając się laskami będziemy sobie spacerowali... I może usłyszę - Co, Misiek, mkniemy dalej... Chciałbym, żeby tak było.

15:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 marca 2009
Zeźlił się Misio, zeźlił

 Bardzo się zeźlił. I to jeszcze żeby było śmieszniej ku uciesze wielkiej!

 Poszlismy wczoraj z Frankiem trochę się rozerwać pod wieczór. Konkretnie poszliśmy do kina. Ja jak ten ostatni ćwok przy tej okazji przydzwoniłem podczas seansu komórą (Cholera, prawie nigdy nie biorę ze sobą telefonu, tym razem jednak miałem ją w kieszeni, przykładnie włączoną). Szybko ją wyłączyłem. Wcześniej tylko się zorientowałem, że dzwonił mój tatko. Kiedy tylko wyszliśmy na powietrze oddzwoniłem do niego. I cuuudowną odbyłem z nim rozmówkę. --- Tatko odbiera. Mówię - Że co? - Mówi on - Wydzwaniam do ciebie i wydzwaniam. - Mówię ja: - W kinie byłem. - A, no widzisz - mówi on. - Ciągle jeszcze. Wieści jakieś? - No. Dzwoniła do mnie siostra twojej matki. (No kurrrrdystan - MOJEJ MATKI. Facet, ojciec mój, mówi, że dzwoniła siostra MOJEJ MATKI!) - Ta moja matka, to zdaje się też twoja... - Dobra, dobra, nie wymądrzaj się. [Franek już się oreintuje i rozumie moje dokumentne wpierdolenie. Zaciśnięta pięść. To moja reakcja na wieść, że zjawia się coś, co wiąże się z moją śp. matką. Poklepuje mnie uspokajająco.] Zaprosiła mnie na komunię. - Komu, ko co? - No co, kutasie, ten twój idzie w tym roku. - Myślałem, że już był, czy jak? A zresztą co mnie to obchodzi. - Dałeś się wpierdolić, to teraz masz. - Do ciebie dzwoniła. - I powiedziała, że ty też masz się stawić. - Nie ma chuja we wsi. - Nie wiem, przekazuję. - W dupę niech się pocałują. Ty się wybierasz? - Taaa. Znasz bajkę o hipopotamie? - Coś jakby. Skoro się już przez ciebie komunikują, to powiedz im, że ja w maju wyjeżdżam. I nie zamierzam zmieniać planów. - Sam se do nich zadzwoń. - Kupiłem farby. Nie mam kasy. - Mówię jak jest. - Nigdzie się nie wybieram. Będą mi, kurwa, spotkania z bozią organizować. - Nie wiem, nie mieszam się. - Niech spierdalają. - No, to tyle. - Aż nadto. - Takie życie. - Tak? - Cze. - No, tego tam... Nara.

 Ale się kurwy mi z gęby posypały. Takie to są u mnie zwyczaje. Żeby się choć zająknęli przy mojej ostatniej wizycie. Nic! Dopiero opłotkami do mnie startują. I kto tu, psia jego mać, ma chyzia!? Nagle im pajac potrzebny. Z pełną powagą. Nagle im pedała trzeba. (A, niech se żyją te pedały. To przecież nieszczęśni, chorzy ludzie. Baaardzo dziękuję! Łaskawcy!) Pedał im potrzebny, ponieważ jednak wiedzą, jakie są pedała zapatrywania, przy takich okazjach, przy szopce, idą okrężną drogą. Jak żyła matka, to przez nią przyzywali pedała. A pedał szedł jak ten osioł dla świętego spokoju, żeby już się od swej mamusi nie dowiadywać, że jest zwyrodnialcem, matołem, bydlakiem, sukinsynem... Tak, rzec by można - oto są koszty nikłego życia towarzyskiego - gdy przyjdzie co do czego, sięga się po dyżurnego króliczka z kapelusza - a właściwie, w tym przypadku, po homika... Bo na bezrybiu...

 Dosyć tego! Mam ochotę zrzucić z siebie tę czapę pt. rodzina. Chcę zniknąć! Nie chcę ich nadmiernie ranić, więc nie rzucę im prawdy w oczy, tego, że kontakt z nimi sprawia mi wręcz fizyczny ból. Nie jestem żadnym zakładnikiem. I nie chcę mieć bliskiego kontaktu z tym, co mi nienawistne. Nie chcę tego wszystkiego, co zbyt mocno wiąże się z matką. Kiedy rodzina jest z daleka, przeszłość tylko mnie gdzieś tam ćmi, gdy są jednak blisko, wszystko mnie prawdziwie boli. A nie chcę tego bólu. Nie jestem aż takim masochistą. Nie chcę grzęznąc w środowisku, dla którego jestem kimś śmiesznym, kalekim, niepełnowartościowym. Oni - oni naturalnie są w porządku, są prawidłowi, ich życie jest wywalone brzuchem do góry - ja natomiast... Ja ze swoim życiem do nich przyjść nie mogę, ja jestem z jakiegoś bagna... Ich skojarzenia idą wyłącznie w jednym kierunku. Małe ramki świństwa, w których z pewnością zamyka się moje bytowanie... Ścierwo do obśmiania fiutem po migdałkach łaskotane... (Mogę sobie wyobrazić ich swobodne rozmówki, bo się podobnych nasłuchałem na temat takiego jednego wuja, który nie ma żony, tylko kolegę)... Ale teraz znów jestem potrzebny. Ja jestem znów potrzebny na święto, na nowobogacką fetę... Więzy rodzinne. Ale kiedy siedziałem po uszy w nieszczęściu nikogo z nich przy mnie nie było. No, jedynie ciotka pomogła mi załatwić dobre miejsce dla mamy - a potem uciekła ze wstrętem. I tak naprawdę był przy mnie tylko Franek. Nawet stary... On się uaktywnił, kiedy się zorientowałem, że matka od paru ładnych lat siedziała w jednej wielkiej czarnej dupie finansowej. (Ja mam do dzisiaj dziwaczne telefony. Wypatrzyli mnie gdzieś w starszych książkach telefonicznych i niuchają jacyś dziwni ludzie za kasą. Ciągle kogoś spławiam.) O ironio - gdyby nie zwyrodnialec - zdechłaby jak zwierzę. Przekonała się, ile warci są ci, z którymi tańcowała, a ile ten, którego miała za nędzną wypluwkę ze swego krocza... Nie chcę mieć już z tym nic wspólnego. Mam dodatkowo na co przepuszczać kasę. I mam już dość wydatków wynikających z faktu przynależności do rodziny. Niech to wszystko spłynie. Już na szczęście ci wszyscy miłośnicy mamy się odczepili. Najpierw były porywy żalu, domaganie się spotkań, ale, drogą naturalną, wszystko rozeszło się po kościach i każdy dalej wiedzie swoje życie bez potrzeby dalszego nękania mojej osoby. Kochasia mamy też ostatnio spławiam, bo już nie mam siły do tkwienia w bolesnej przeszłości.

 Franek się pyta. - I co, nie pójdziesz? - Nie. - A jak by matka żyła? - To pod obstrzałem wyzwisk bym poszedł. Bo taka tradycja jest... Jezu, żeby to jeszcze pobożni ludzie byli. Ale to bluźniercy. Gdy jednak przychodzi pora... I dzięki temu żyje sobie kościół, ta zepsuta, zdemoralizowana, rozzuchwalona, zakłamana huba.

 Trochę smutno, jak się Misio naburmuszy, nachmurzy. Ale jak się wkurwi!!! Jak się wkurwi, to się okazuje, że jest wzorowym kochankiem! To jest z nim jazda! Na 102! Tak że wychodzi na to, że dobrze by było, gdyby mnie tak ktoś wpieprzał, powiedzmy, co drugi dzień. Ale ja mówię - ostrożnie, ostrożnie, bo coś takiego mogłoby się obrócić przeciwko mnie. Ktoś by przedobrzył i mogłyby nastąpić jakieś niemiłe zaburzenia, problemy z erekcją... A cóż wart chłop, któremu nie staje? Takiego to już tylko zaprowadzić do weterynarza i uśpić.

 Okrężną drogą, z trzeciej ręki, zostałem zaproszony. Z wyprzedzeniem. Mam się naszykować. I szykuję się. Ostrzę sobie zęby - to się jeszcze zobaczy: albo na Pomorze, albo na Beskid, bo kumpela zaprasza... O, i tam możemy pojechać, bo tam jesteśmy postrzegani jako fajni faceci, do rzeczy, jako normalni ludzie ze zwykłymi radościami, życiowymi kłopotami... I to rozumiem, i tak ma być... Jak się radować, to z tymi, z którymi warto to robić. Pośród akceptacji, z otwartością, wśród przyjacielskich gestów, nie zaś głupkowatych uśmieszków, niedomówień... Mam już dość roli rodzinnej osobliwości, przygłupa, dziwoląga...

14:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 marca 2009
Złe rzeczy i co za sto lat...

 Takie mi się zdanie przypomina z "Drugiego manifestu surrealizmu" André Bretona: "Najprostszy akt surrealistyczny to wyjść na ulicę i strzelać w tłum na chybił trafił." To tak przy okazji nagłośnionych ostatnio masakr - jednej chyba gdzieś tam w Alabamie i drugiej w Niemczech.

 Jakże koszmarne musi być to przeżycie - idziesz sobie na przykład do szkoły i nagle, w środku zupełnie zwyczajnego dnia znajdujesz się pod obstrzałem szaleńca. Nagle leje się krew, nale pada dobrze znany ci nauczyciel, nagle przekonujesz się, że twoi przyjaciele, tak pełni wigoru, życia, są jak najbardziej śmiertelni, i że ty sam, w każdej chwili możesz zginąć w tak zupełnie absurdalny sposób. Nagle totalna klęska, nagle cały porządek życia się wali w gruzy...

 Zastanawiam się nad ludźmi, którzy w jednym momencie stają się eksplodującą bombą siejącą wokół siebie śmierć i zniszczenie. Jakie cierpienie kieruje tymi ludźmi, jak przpastna samotność? Jak długo byli potrącani, jak długo ktoś deptał ich godność...

 Bawią mnie zawsze podawane w podobnych przypadkach informacje, że zabójca pochodził przecież z normalnej, dobrze sytuowanej (to się najczęściej bardzo akcentuje) rodziny - tak jakby status materialny stanowił gwarancję normalności, poprawności...

 Sam pochodzę z tzw. dobrze sytuowanej rodziny, z domu przykładnie inteligenckiego... Hm - no właśnie - inteligenckiego, i chciało by się rzec: czytaj: pogardliwego, zimnego, wyniosłego, aroganckiego (spoooro czasu zajęło mi ścieranie z siebie tego czarownego "polorku" pochodzenia)... I pewnie gdybym wyszedł z pistoletem na ulicę i załatwił parę osób, gadaliby to samo: chłopiec z dobrej rodziny. Bo rodzina z pozoru była dobra: radio, stylo, daktylo - ale patrząc z bliska na gniazdko założone przez moich rodziców, każdy szybko by się zorientował, że była to gustownie przystrojona, poniklowana i złota patologia... Tak się zastanawiam czy w tamtym potwornym zimnie, bezuczuciowym bajzlu, w swej samotności, pośród nieustannego ośmieszania, obrzucania błotem, nie popełniłbym w końcu jakiegoś szaleństwa, gdybym tylko posiadał bardziej delikatną konstrukcję? Wprawdzie prześladowały mnie myśli o zniszczeniu, ale chciałem raczej zniszczyć siebie w mniej spektakularny sposób - po cichu, na boku, głównie po to, by ukarać swoją matkę... Było więc w tym coś z chęci zemszczenia się za swój podły los.

 Szczęśliwie jakoś mi się udawało trzymać. Pomagały przyjaźnie, i być może też to, że pozostawałem we wszelkich bydlaczych stadach w ostrej kontrze... Ciota budziła szacunek, nie pozwoliła zrobić z siebie ofiarnego kozła. I ciota zawsze sypała gromami, ilekroć była świadkiem maltretowania słabszych. Nie znosiłem szkolnego bydła - ja, skrajny, wewnątrzsterowny indywidualista, zawsze w oporze wobec chamstwa czy to swych rówieśników, czy pedagogicznego ciała (to drugie nazywano problemami wychowawczymi) - wściekły na to całe urabianie dla potrzeb naszej nieszczęsnej, infantylnej cywilizacji.

 Każde bydło stosujące jakąkolwiek przemoc, rozkoszujące się mobbingiem, każde bydło krzywdzące swoje dzieci powinno się liczyć z tym, że może sobie wychować potwornego mściciela, który przejedzie po wszystkich jak zwariowany kombajn, który zanim zniszczy siebie, zniszczy jeszcze trochę innych żywotów.

***

 Pozwolę sobie jeszcze na na kolejny norweski akcent. Tak przy okazji Hamsunowskiego roku. To będzie piosenka do wiersza Knuta Hamsuna, piosenka, która, przyznać muszę, sprawia, że mi trochę wilgotnieją oczy. Bo Hamsun to dla mnie czarowne wspomnienie młodości, tego jej urokliwego skrawka, w którym miałem go za towarzysza, dzięki któremu odwracałem się od gnoju, w jakim przyszło mi żyć, dzięki któremu udało mi się też w życiu spełnić kilka pięknych marzeń... To taka trochę melancholijna rzecz o tytule "Om hundrede aar er alting glemt" (Za sto lat wszystko będzie zapomniane)... To taka rzecz o życiu, naszych walkach, zmaganiach, bezradności... I co w takiej sytuacji... Co warto, skoro i tak wszystko uleci i pójdzie w zapomnienie? Czy zrezygnować i się utopić? Tylko czemu, skoro i tak wszystko ma być zapomniane? Może jednak mimo wszystko lepiej dalej żyć, upajać się, napisać książkę... Choć za sto lat... 

 Czy wszystko zostanie zapomniane? Po stu latach? Knut oczywiście nie został zapomniany. Razem ze swymi starczymi błędami. Choć już opadły emocje. I mimo wszystko wielbię go za jego wielki artyzm, za jego miłość do życia, jego dionizyjskie upojenie. Mogę mu tylko podziękować za jego sztukę.

 Lumsk. "Om hundrede aar er alting glemt". Piękna piosenka.

14:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2