BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 31 marca 2010
Po prostu

 - Ale bierzecie ze sobą psy? - spytał mnie tato z nadzieją w głosie... - Tak, bierzemy. - No to dobrze... Taak, wielka ulga! Gadałem wczoraj z tatą. Przy okazji powiedziałem mu, że się w święta nie zobaczymy, bo jedziemy trochę na tzw. natury łono. - No to dobrze, co się będziecie dusić w mieście. -- Tylko te psy go zaniepokoiły. Ale spokojnie - nie jedziemy daleko, zatem psiarnia może się zabrać... (Te psy to bestie samochodowe. Kiedy wychodzę z nimi na spacer i gdy mijamy nasze zaparkowane autko, zawsze przystają i patrzą na mnie pytająco. Wiecznie mają nadzieję na jakąś rajzę. Wystarczy otworzyć drzwiczki, a one myk - myk, i już siedzą obok siebie na tylnym siedzeniu rozanielone.)... Nie żeby tato nie lubił psów - bardzo je lubi, tylko uważa, że moja psiarnia jest niewychowaną hołotą, do której on nie ma po prostu siły...

 I co tam jeszcze. No, tatko się zaszczepił. Za miesiąc weźmie drugą dawkę. A potem będą mu dłubać w łokciach... No i dobrze, choćby ze względów estetycznych. Przynajmniej będzie mógł założyć coś z krótkim rękawem... Nawet mi się pochwalił, że pani doktor, oczywiście za pozwoleniem, cyknęła trochę fotek... Taka naukowa pamiątka - facet dwuręczny, a jednak czterołokciowy... Doskonały do kolekcji osobliwości... Ja sobie tylko wyobrażam, co będzie tuż po tym zabiegu... Już zresztą tato się dopytał, czy mu pomogę w razie czego... - Jasne... - Tak to się człowiek sypie na starość - stwierdził z westchnieniem. - Tam się zaraz sypie. Zrobi się remont i będzie jak trza! I żadna tam starość nie radość! Bo i wesołe jest życie staruszka... -- Zresztą jaki tam z niego staruszek... Żal tylko, że ten mój tatko nie miał za wesołego życia, kiedy był młodszy i sprawniejszy. Ale może mieć pretensje tylko do siebie. Trzeba było życie łapać za ryj, a nie nadstawiać swojego do złapania... (Dziwnie się jednak w tym życiu plecie... Mojego tatę łupie w kościach, a jego ojczym jest super sprawnym dzeiwięćdziesięciolatkiem!!! Owdowiały dziadzio jeszcze sobie nawet panią przygruchał!!!! Jakąś dzierlatkę po siedemdziesiątce!:))

 No tak, ale ja właściwie z innego powodu tutaj... Tak już kiedyś zajrzałem w studnię czasu, by się przejechać starym tramwajem... Coś tam napomknąłem, lecz jakoś ochoty brakło, by rzecz rozwijać... Tak mnie natchnął Paweł Głowacki, któremu się czasem zdarzy coś fajnego napisać... I przyszedł mi od razu na myśl mój taki autobusowy kolega...

 PG zestawił dwa zdarzenia ważne w historii Krakowa, zdarzenia z 16 marca 1901... Wtedy to puściło się pierwszy raz w tany "Wesele" Wyspiańskiego i wtedy też na ulicach pojawił się pierwszy elektryczny tramwaj... Tramwaj ruszył uroczyście, byli zaproszeni goście i był naturalnie ówczesny prezydent miasta pan Józef Edward Friedlein... Ruszył tramwaj zgrzytając i pewnie też strasząc tryskającymi złowrogo iskrami... U PG jednak nie jest tak uroczyście. Bo to już był wieczór i ludność zaszła do teatru, by uczestniczyć w legendarnym zdarzeniu kulturalnym... Dwie się w marcu legendy urodziły: teatralna i tramwajowa...

 Słusznie, że się PG nie silił na ustalenia wnikliwe. Czy to ważne, kto prowdził przez wieczorne puste ulice ten "galeon dotąd w Galicji nieznanej cywilizacji komunikacyjnej"? Niech to będzie taki Nikt, jakiś Henio, co jechał Floriańską, gdy wszyscy byli już na widowni, gdy się kurtyna Siemiradzkiego podnosiła, a hejnał płynął nad cichym Rynkiem. Pewnie wcześniej, przed pierwszą jazdą, ów Nikt miał równie wielką tremę, co aktorzy, dyrektor Kotarbiński i sam Wyspiański. A może nawet większą... Nadszedł wreszcie czas! Henio musi iść do roboty. "Żona poprawia mu szalik, wsuwa w kieszeń bułkę z salcesonem i szepcze: byle by cię tylko prąd nie popieścił, robi znak krzyża. I idzie Henio. Jest dzielny. Jeszcze nie wie, co znaczy samotność motorniczego." Potem jedzie, zgrzyta, iskrzy. Pusto. Nikt nie wsiada, nie wysiada. Tylko koty zerkają... Może tak było, może nie - jednak, tak czy owak, toczyło się wtedy obok zwyczajne życie zwyczajnych ludzi. Jak zawsze. Po prostu. Życie bez widowni, życie anonimowe, bez większych chęci, by tak strasznie zaistnieć, tak się odcisnąć, zapisać... Może wtedy, w tamten marcowy wieczór, o 19, nie jechał tramwaj pusty Floriańską, a może jechał... W każdym razie PG sobie widzi oczami wyobraźni Henia prowadzącego tę komunikacyjną nowość, tego pradziadka krakowskich tramwajów elektrycznych, prowadzącego jeden z nowych wagonów z sanockiej fabryki... Nikt Henia nie oglądał, jednak "w Heniu brak desperacji Herostratesa"... Ten Henio, ten Nikt z 1901 roku, nie dławił swej anonimowości, nie napsocił głupio... I to budzi szacunek... Do diabła z nieśmiertelnością!! PG podoba się umiar Henia! Henio sobie jedzie. Ciągle sobie Henio - Nikt jedzie, ulicami, w kółko... Zanurzony w normalnym życiu... O którym warto pamiętać... Warto pamiętać, że poza teatrem jest jeszcze na świecie noramlne życie. "Nawet wtedy, gdy na afiszu prapremiera "Wesela" Wyspiańskiego - a cóż dopiero dziś, gdy na afiszach dzieła Zadary bądź Klaty! (...) Gdzieś opada kurtyna, brawa słychać. Lecz daleko, tak daleko, że bez znaczenia. Za to bułka z salcesonem - pycha. Aż chce się żyć."

 Ten Henio - Nikt tak mi pasuje do pewnego mojego kolegi... Kolega jeździ autobusami. Dużymi, przegubowymi... Jego rodzice zawsze strasznie chcieli, żeby był takim "KIMŚ". Żeby poszedł na studia, robił może potem jakieś oszałamiające interesy... A ten - figa! On se poszedł do woja, on se narobił praw jazd wszelakich... I teraz jeździ autobusami... I mówi - a co ja się będę wikłał, a na co mi to, a po diabła brać se na łeb tyle niepotrzebnych rzeczy... Tu mam sprawę czystą - wsiadam, jadę. Idzie o to, by ludzi bezpiecznie zawieźć, przywieźć. Potem wracam do domu i mam święty spokój... Zwyczajny koleś, sympatyczny, szczęśliwy, który po prostu kocha to, co robi. Obok wielkich światów, nie pragnący oklasków, ukłonów, głosów, zaszczytów... Mała życiowa frajda! Jego własna. Bez pazurów. Bez widowni...

15:27, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 marca 2010
Z wiosną

 Jakoś się w tę wiosnę wpycham. Układam się jak duch, który zstąpił do nieco przyciasnego ciała. Jeszcze się nie w pełni dogadujemy... Ale tak to jest w życiu... Zawsze mi się w chwilach niewygodnych przypomina biblijno - tomaszowomannowy Józef w studni, który sobie znajduje dobrą pozycję, by jednak w miarę komfortowo przetrwać gnój i ciasnotę, w jakiej się znalazł... Nic w końcu nie trwa wiecznie i nadchodzi zawsze taki czas, gdy daje się wreszcie rozprostować kości... Wszystko się układa, naciąga odpowiednio, rozgrzewa, dociera...

 Księżyc wiosenny, przedwielkanocny zaświecił i uśmiechnął się pocieszająco. Pozdrawiam go jak zawsze z serdecznością, ba - z uwielbieniem! Sam jeszcze nie jest zbyt rozbudzony. Dopiero przeciera oczy, a jego twarz nie lśni najczyściej... Objawił się ostatnio moim oczom w mglistym, tęczowym nieco kręgu, jakby jego senna głowa spoczywała na poduszce... Budzimy się razem. On ze mną, ja z nim... Jesteśmy przyjaciółmi... Los sprawił, że jestem poniedziałkowym chłopcem, tak więc los sprawił, że mym opiekunem jest zawsze trochę zdziwiony księżyc... Księżyc zaskakujący, bawiący się w chowanego, raz pyzaty, to znów skryty, łypiący na świat zza czarnej kotary, a innym razem całkiem niewidoczny, każący na siebie trochę poczekać... Wypatrywany zjawia się zawsze, choć nie o stałych porach... Nieraz chce zuchwale konkurować ze słońcem i płynie przez dzienne błękity podobny do kulki dmuchawca... Nastrojowy kolega, który - jestem tego pewien - kocha swego poniedziałkowego chłopca... Musi kochać swego chłopca. Bo to z pewnością jego zasługa, że sam mogę kochać...

 Ja i księżyc... Obaj ulegamy zaćmieniom... Tak nam się zdarza... Ciemniejemy złowrogo... Jednak zaraz wraca nam blask, bo lubimy, by się wokół nas srebrzyło.

  Rozpycham się w wiośnie łokciami. Zrobiłem trochę porządków. Umyłem okna czym utorowałem drogę promieniom słonecznym do naszego gniazdka... Nawet na biurku zapanował niespotykany ład!!! Zrobiło się czysto i schludnie. Można swobodnie na nowo bałaganić...

 W niedzielę rano zajrzałem też na cmantarz. Trochę tak ze względu na rocznicę, trochę na święta... Zaniosłem umrzykom trochę kwiecia i światełek. I oczywiście dałem drapaka...

 Snuły mi się wspomnienia sprzed dwóch lat... Krótki wypad do Oslo... Już po wszystkim... Nie lubię latania samolotami, bo siedzenie we fruwającej rurze jest dla mnie przesadnie absurdalne, ale wtedy oderwanie się od ziemi przyniosło mi chyba największą radość. Byłem wreszcie ponad chmurami, po latach przyziemnych aż do bólu, kiedy to ledwie mogłem oddychać zanurzony w najgorszym błocku...

 Człowiek może być zawsze tylko w jednym miejscu. Inne miejsca czekają sobie w uśpieniu. Wracają do życia, kiedy znów przekraczasz ich granice... Wszystko w nich jest normalne. Trwa jakiś dalszy ciąg czegoś, co wyłania się z mgły, z nocy, zza zamkniętych powiek... Życie takie jak zawsze - ruch, geszeft, powietrze, słońce - jedno całe, okrągłe na górze, drugie rozbite na delikatnych falach fiordu...  Pośród tamtej wiosny spadłem na ziemię, oszołomiony, wypełniony sobą w rozmaitych odsłonach życia, po drugiej stronie przepaści, z nowym, rozkwitającym powoli uczuciem, z niewidocznymi dla innych gruzam, po jakich stąpałem... Miasto sobie żyło, jak zawsze, jak każde inne - z pojazdami zazwyczaj na miarę czasu, z ludźmi nie zawsze na miarę czasu, z jakimiś drogowymi wykopkami, z pracą... Jedni w pośpiechu, inni na turystycznym luzie... Ja się wrzuciłem w nawias. Szedłem w bąbelku wspomnień, z duchami, z ustami wypełnionymi czekoladową słodyczą, jeszcze nie powitany, bo nie chciałem żadnych lotniskowych objęć i okrzyków... Samotne spacery po Oslo zawsze były i zawsze będą moją największą przyjemnością... To są moje piękne, najintymniejsze momenty... Raczyłem się słodkościami, bo tak już mam, że gdy przybywam do jakiegoś miejsca, natychmiast muszę zjeść coś słodkiego!!! Niezmiennie pierwszym punktem jest miejsce, w którym można kupić czekoladę albo ciastko! Chociaż czekolada jest najlepsza... Idziesz sobie potem. W garści masz tabliczkę rozkoszy. Gryziesz, językiem rozprowadzasz po podniebieniu uległą, lepką masę, której smak czyni cię najbardziej beztroskim duchem. Krok twój staje się lekki, na ustach wykwita uśmiech, na który - zdarza się - inni miło odpowiadają... Chociaż wtedy nie było mi aż tak lekko. Targało mną. Do oczu napływały mi łzy... Bo tak to już jest - kiedy się wraca, zawsze wokół ciebie wypływają ci, co umarli - łącznie z tobą - tym sprzed lat, z tym, który szczęśliwie wiedział jeszcze znacznie mniej...

 Ogrom na zewnątrz. Przed tobą, za tobą, ponad tobą. A w tym niezmierzonym wszechświecie ty, też jako wszechświat, pęczniejący, muszący pomieścić się jednak w tak niewielkiej kapsułce, jaką jest jeden malutki człowiek. Ogrom fantastyczny, nie mniej dziwny, w maleńkości... Tak mi się wydaje, że wtedy na powrót udało mi się prawdziwie znów zachłysnąć chwilą... To był taki dobry nowy początek... Po łzach, po rozpaczy... Potrzebne mi to było! Miasto, woda, szpilkowa zieleń... I tamte rozmowy... I ten mój jedyny krewniak, który potrafi wrzeszczeć radośnie na mój widok!!

 Banalne rzeczy - radość, czułość, piękno miejsc - twoje własne raje i twoje własne duchowe labirynty sprawiają, że na życie nie można się gniewać... Niestety - żyć to znaczy zgadzać się też na zło, na to zło, którego w żaden sposób nie da się usunąć.

 Zajrzałem kiedyś do książki - wywiadu z Barbarą Skargą, która miała przecież o wiele więcej powodów do tego, by gniewać się okrutnie na życie, na istnienie. Ona nie miała żalu. "Dlaczego miałabym mieć żal do życia? Do kogo mam mieć żal? Kto włada tym życiem? Życie rozwija się samo, czy tego chcę, czy nie chcę. Można się tylko zastanawiać nad nim, czy ma jakiś sens." Zaraz naturalnie pojawiło się pytanie czy życie ma jakiś sens. "Nie wiem, czy ma sens" - odparła i dodała: "Leszek Kołakowski mówi, że trzeba koniecznie wierzyć w jakiś sens życia. Ja się z tym nie zgadzam. Jestem bardziej pesymistycznie niż on pod tym względem nastawiona."

 Też nie wiem, czy życie ma sens. Nawet nie bardzo by mi się chciało silić na jakieś umysłowe, śmieszne igraszki, po to, by wmawiać sobie, iż cokolwiek, co mi się przydarzyło miało jakieś znaczenie, było potrzebne... Nic nie wydaje mi się potrzebne. Żadne życiowe przeszkody, żadne próby, żadne śmierci... Aż tak zarozumiały zresztą nie jestem, by rozgrywające się nieszczęścia wpychać w jakiś wspaniałomyślny plan skonstruowany po to, bym był taki czy siaki... Wszystko po prostu się dzieje, a ja patrzę na to trochę jak na film... Raz przerażający, raz śmieszny, raz wzruszający... I żyję, tak jak umiem najlepiej... Tak się człowiek natyka - a to na jakieś miejsca, to na koszmar, a to na chłopaka, co się umiał postarać, by stworzyć jakieś razem...

 Chyba od tamtej wiosny, od tamtej krótkiej podróży, krótkiej, a jednocześnie chyba strasznie długiej (bo cóż tam czas zegarkowy czy kalendarzowy), zacząłem się powoli odklejać od poprzednich rozdziałów życia... Mam jednak dużo szczęścia... Tak się przydarzyło...

 Ciąg malutkich punkcików... Każde jedno teraz było do przeżycia... Mnóstwo się z nich pogubiło... Miały widocznie małą moc, by utkwić w pamięci... To zresztą nie jest takie ważne...

 Przed nami święta... Na które ruszamy w plener... Posłuchamy sobie znów szeptów przyrody... Jej tajemniczy język jest nieprzekładalny, a jednak wiele można zrozumieć... Co tam jednak słowa... To nie w nich żyjemy... Bo gdybyśmy tylko w nich żyli, życie stałoby się bardzo ubogie...

 Wiosna... Ciepło. Słońce... Wkurzyłem się wczoraj na swoje włosy. Skosiłem je. Niech znów zaczynają wzrastać. Jak wiosenna trawa.

15:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
niedziela, 28 marca 2010
Nic

 Dziś trochę poezji. Mrocznej. Tak na kolanie przetłumaczonej...

 Steinn Steinarr

  "Ekkert"

Þú situr enn við gluggan

og senn er komin nótt,

og úti er niðamyrkur,

svo annarlega hljótt

og senn er komin nótt.

Þú strýkur þreyttri hendi

um hár þitt þunnt og grátt

og þú ert gamall maður.

Þér líður máske í huga

ein minning, sem þú átt,

og þú ert gamall maður.

Svo finnur þú um andlit þitt

fara kaldan súg.

Þig grípur óljós hræðsla.

Þú horfir út í myrkrið

og hvíslar:

Hver ert þú?

Og holur rómur svarar:

Ekkert, ekkert.

 "Nic"

Siedzisz ciągle przy oknie,

wkrótce nadejść musi noc,

na zewnątrz gęsty mrok

tak dziwnie cichy,

wkrótce nadejść musi noc.

Zmęczoną dłonią gładzisz

swe włosy, cienkie i szare,

starcem jesteś już.

Może w głowie twej

samotne błądzi wspomnienie,

starcem jesteś już.

Na twarzy swej nagle

czujesz chłodny wiew.

Ogarnia cię niejasny lęk.

Wpatrujesz się w ciemność

i szepczesz:

Kim jesteś?

A głuchy głos odpowiada:

Nic, nic.

   przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

sobota, 27 marca 2010
Górka się rodzi

 Pozostanę jeszcze przy wulkanie i znów zamieszczę tu ruchomy obrazek:

(teldinn)

 Pogoda wyładniała. I zaczął się ruch w turystycznym interesie. Bo ludzie chcą popatrzeć, zbliżyć się, na ile to możliwe...

 Rodzi się nowe wzniesienie. I potrzebna jest dla niego nazwa. Pojawiają się propozycje. Np: Fimmvörðufjall... (Góra Pięciu Kopców)

 I lawa sobie płynie. Szuka najlepszej drogi, zmienia korytka...

14:18, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 marca 2010
Surt i Las Thora

Surtr ferr sunnan

með sviga lævi,

skínn af sverði

sól valtíva:

grjótbjörg gnata,

en gifr rata,

troða halir helveg,

en himinn klofnar.

 Różne to sobie prawdy krążą po świecie. O dziwnym życiu Ziemi. Wiele o nim mają do powiedzenia geolodzy, sejsmolodzy, wulkanolodzy. To naturalnie bardzo pasjonujące, ale może nie aż tak malownicze, nie tak barwne jak to, co kiedyś wyczarowała sobie ludzka wyobraźnia nie bardzo skażona pogłębioną wiedzą o przyrodzie... Tak przy okazji wulkanicznego spektaklu w Islandii przyszło mi na myśl, by się trochę zapuścić w świat nordyckich mitów...

 Pieśń "Völuspá" z pradawnej Eddy, będąca najciekawszym i najbogatszym żródłem informacji o dawnych bogach i demonach opowiada o powstaniu świata, olbrzymów, bogów, karłów, wszelkich potworów i ludzi i stanowi jednocześnie pesymistyczną przepowiednię głoszącą totalną zagładę, po której jednak - tu zjawia się promyk nadziei - zmartwychwstanie słoneczny i łagodny bóg Baldr, a świat się na nowo zazieleni i nastanie piękny czas, w którym zapanuje dobro.

 Przytoczona powyżej strofka, jest jedną z tych, które mówią o zmierzchu naszego świata, o totalnej bitwie bogów i ludzi z olbrzymami i wszystkimi złymi siłami, w której nie będzie ani zwycięzców, ani pokonanych, zginą w niej bowiem wszyscy! Owa strofka powiada, że z południa (a zatem z Muspellu, z krainy ognia) nadchodzi Surt niosący płomienie (języki ognia zostały tu nazwane poetycko giętkimi gałązkami, którymi Surt ma wszystko zamieść szerząc katastrofalne pożary) i że miecz bogów błyszczy niczym słońce, że skały się kruszą, że wszystko co żywe idzie drogą śmierci i że niebo się rozrywa...

 Kim jest Surt? Surt jest najzajadlejszym wrogiem bogów. Jest podziemnym olbrzymem - demonem ognia, władcą Muspellu... To bardzo islandzka postać, powiązana z groźną, acz widowiskową aktywnością wulkaniczną tej geologicznie młodej wyspy... Nic dziwnego zatem, że gdy na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku na skutek potężnej podmorskiej erupcji wulkanicznej z fal oceanu wyłoniła się w pobliżu Islandii nowa wyspa, nazwano ją Surtsey, czyli Wyspą Surta - władcy ognia. (Dobrze jest zlokalizowana - na południu:))

 Dawni Islandczycy obserwując swoją ziejącą od czasu do czasu ogniem wyspę  i doświadczając trzęsień ziemi zapewne wyobrażali sobie, że koniec też będzie takim wulkanicznym zdarzeniem...

 Surt przypomina o sobie. Stale. Jego królestwo - wypełnione ogniem podziemne otchłanie - żyje. Surt jest i ciągle gdzieś rozpala swoje ogniska... Ciepło jego krainy było potrzebne, bo stopiło kiedyś lód dając światu wodę ( z kropli spływających z ogrzanego lodowca wyłonił się też Ymir, praojciec Thursów, a nawet krowa Audumula, która karmiła Ymira i wylizała w międzyczasie w lodzie postać boga imieniem Buri - dziadka Odyna...) I będzie potrzebne, według wierzeń, w czasie ostatecznej rozgrywki... A na razie jesteśmy trochę straszeni, trochę oczarowywani...

 Demon znów wykazał się złośliwością... Bo tak demony już mają, że są złośliwe, a czasem nawet niebezpieczne i okrutne... Tym razem rozkraczył się ze swoim ogniskiem na popularnym szlaku turystycznym wiodącym ze Skógar do jednego z najpiękniejszych miejsc w Islandii, do Lasu Thora - Þórsmörk - odizolowanej od reszy świata doliny o specyficznym klimacie i niebywałej urodzie, całkiem jak z czarodziejskiego snu. Rozkraczył się w przejściu pomiędzy lodowcem Eyjafjallajökull i jego większym kolegą Mýrdalsjökull...

 Cudna dolina, ofiarowana Thorowi - temu, którego w Islandii otaczano szczególnym szcunkiem, przyciąga od lat wielu ludzi swoim pięknem, idyllicznymi miejscami i cieszącą oko roślinnością kontrastującą z lodowatą surowością i dzikością wznoszących się ponad tym boskim zakątkiem gór. I przyciąga też tych, co lubią kroczyć śladami bohaterów przeczytanych książek... Las Thora, Thorsmork, warto odwiedzić, by pobyć trochę w miejscu, gdzie żyła jedna z postaci Sagi o Njalu... Jedna z najpocieszniejszych postaci z tej prastarej powieści... Ową postacią jest Bjorn zwany Białym. To w jego domu schronienie znalazł Kari, który przysiągł pomścić śmierć Njala i jego bliskich... Pełen komizmu Bjorn był takim tchórzliwym chwalipiętą. Jednak okazał się przydatny i pomógł rozprawić się z grupą morderców, na których Kari polował... Bjorn już nie miał wyjścia. Musiał się wykazać. (Jego żona nawet się odgrażała: - Jeśli zawiedziesz Karego, to nie masz dostępu do mojego łóżka. I moi krewniacy już zadbają, jak podzielić nasz majątek...)

 Pradawne czasy... Ale jakże bliskie... Ciągle ci sami ludzie... Taki życiowy obrazek z Thorsmork sprzed tysiąca lat... Bjorna poznajemy, kiedy przybywa doń Kari. Dowiadujemy się, że był wnukiem kogoś, kto kiedyś był niewolnikiem oswobodzonym przez Asgerd - matkę Njala i Holta - Thorira. Bjorn miał żonę, co na imię miała Valgerd... Wyszła za Bjorna, bo ten miał pieniądze. Nie kochała go za bardzo, ale mimo to urodziło im się trochę dzieciaków... Jakoś im się w życiu uklepało... Trochę była złośliwa ta Valgerd... Biedny Bjorn potem prosił Karego - Teraz ty musisz być dla mnie przyjecielem, kiedy spotkamy moją żonę. Bo przecież ona mi nie uwierzy!!... Kari potwierdził, że Bjorn był bardzo użyteczny i pomocny... A potem zadbał, by nikt nie wyrządził mu krzywdy... Bjorn bardzo zyskał w oczach innych dzięki przygodzie z Karim...

 No i tak zeszliśmy z Surta ognistego do zwykłych ludzi z sagi... Tak, wszystko przez ognisko, przez fontanny żaru z gorącego królestwa wrogiego bogom olbrzyma, który nie tak dawno temu wybudował sobie wyspę...

 Wyspa Surta

http://pl.wikipedia.org/wiki/Surtsey

środa, 24 marca 2010
I jeszcze raz wulkan

 Całkiem świeżutka rzecz... Ładnie...

 

(kadamatful)

16:05, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
Tato się szczepi, a ja śnię o zasysaniu drażetek

 Urwanie parasola... Bo tato się szczepi i jest to dla niego taka przygoda, że aż dostaję zawrotów głowy. Tato przeżywa. I naraz odkrył we mnie dobrego słuchacza. Opowiada mi przez telefon o swych medycznych perypetiach... Bo będzie miał mały zabieg... Męczy go reumatyzm i mu się guzki porobiły przy łokciach... Nie wiem - to są jakieś takie guzki reumatoidalne... (Chyba jakoś tak na to mówią - w każdym razie tego rodzaju nazwami posługuję się bez entuzjazmu, bo zawsze szczycę się tym, że zaliczam się do bardzo wąskiej grupy, która wcale się nie zna na medycynie... I czuję się z tego powodu bardzo, ale to bardzo szczęśliwy!!!) No i chirurgiczka mu powiedziała, że mu to usunie. Na miejscu, w przychodni. Tylko wcześniej musi się zaszczepić na żółtaczkę... Mam wrażenie, że tato jest tym niesłychanie podekscytowany... Tak mu się złożyło, że do tej pory nie miał żadnych zabiegów chirurgicznych (babranina ze stopą to w końcu pikuś - guzki natomiast to już coś), więc na stare lata ma jakąś emocjonującą nowość...

 No, a moja jawa jest mniej ekscytująca... Ot, takie tam problemy dnia codziennego, a właściwie to nawet brak problemów... Ta wiosna tylko mi nie podchodzi... Ale pomału przywyknę i odzyskam, sądzę, energię... Jednak generalnie nie mam powodów do narzekania i cieszę się, że jeszcze stary pedał może potaplać się w szczęściu... :))

 Sen za to mnie dziwaczny nawiedził... Od pewnego czasu sny nie zaprzątały mojej pamięci. Lecz teraz zapisało mi się w głowie kilka dziwacznych strzępków... Nocą - o bogowie - odwiedził mnie mój pierwszy chłopak - M... A właściwie to ja go odwiedziłem i zostałem ciepło przyjęty... Skąd mi się on napatoczył?? Ani go ostatnio nie widuję, z czego tamten z pewnością się cieszy, bo nie musi fioletowieć w mojej obecności i odwracać wzroku, ani też o nim nie myślałem... A jednak się pojawił... We śnie byłem w dość nieciekawej sytuacji, bo nie miałem się gdzie podziać. Brakowało mi z jakichś powodów dachu nad głową... I trafiłem do M., który prowadził osobliwą działalność... Żył ze swoją mamą (cudowną zresztą osobą, która mnie zawsze bardzo lubiła i którą ja też lubiłem i zazdrościłem jej bardzo przyjacielowi) i z całą hordą ludzi w jakimś przeobszernym i zagraconym baraku... Istna komuna... Miejsce to było dość niezwykłe... Nie wiem, jak to nazwać - ci ludzie z M. na czele tworzyli jakiś ośrodek dla dzieci... Czy rodzaj przedszkola, tyle że całe mnóstwo dzieci, z jakimi się tam spotkałem, nie zajmowało się zabawą, tylko sprzątaniem trawników na mieście ( nawet pomagałem w tym sprzątaniu!! - dzieci zbierały wesoło papierki, ja zaś szedłem z odkurzaczem ulicą i bawiłem się w zasysanie leżacych wzdłuż krawężnika kolorowych drażetek, które zresztą były jedynym barwnym elementem tego sennego przywidzenia utrzymanego w bardzo szarych i burych tonacjach... [heh - to sprzątanie ma nawet pewien związek z rzeczywistością... obudziło moje wspomnienie z czasów PRL... w szkole średniej raz zostałem z resztą klasy uprowadzony przez MPO na przedwiosenne prace społeczne w postaci zamiatania ulic - kompletny idiotyzm - ja nie chciałem sprzątać, bo nie uśmiechało mi się brudzenie swojego ubranka, czym nawet wzbudziłem gniewy... jeden zapalony kolega chciał mnie z tego powodu pobić!!!... {wrrrogi był ze mnie element...:>}])... M. okazywał entuzjazm... Przymilał się... I spaliśmy w jednym łóżku... Dużo było światła w tym śnie. Aż za dużo. Noc była jaskrawa. Jak dzień polarny... Rozebrał się... Cały gotowy wpakował się do łóżka... Dotykał mnie. W nogach naszego posłania ktoś leżał. Koleś jakiś. Nie mogę do teraz uzmysłowić sobie, kto to był... Twarz znajoma, ale... W każdym razie koleś był okropnie wściekły. Chciał, żebym się wyniósł. Darł się do M.: - Co on tu robi!? Wypierdol tego gnoja!!... M. chciał, żebym był, ja się wahałem... Bo myślałem o pieniądzach... Tam się chyba trzeba było dzielić wszystkim ze wszystkimi... Nawet we śnie objawiłem się jako gad, który - oj nie - nie odda wszystkiego... Misio luuubi mieć swój sekretny woreczek z kasą... Na takiego świętego się nie nadaję, co by miał wszystko rozdać... :))... Obudziłem się zdziwiony. Szczególnie tymi objęciami z M., jego pieszczotami... Jego wesołą erekcją... Takie echo się ozwało... Taki był, jak kiedyś, na początku... Po tym przepięknym wybuchu... ... Ech, tak się teraz zastanawiam, co on sobie myśli, kiedy w jakiejś chwili jego wspomnienia sięgają tych naszych czasów... Mamy przecież za sobą naprawdę przewspaniałe momenty... Czy czegoś żałuje? On, teraz zawikłany w małżeństwo, dziecko... I co sądzi o sobie z czasów, kiedy zaczął mnie tak podle traktować... Raptem przeszedł potworną metamorfozę, uległ ludziom, którzy budzili we mnie przerażenie... Nic wtedy nie rozumiałem... Było mi tylko strasznie przykro... Ale niczego się nie dowiem, bo on przecież nigdy do mnie nie podejdzie... Powstał mur... Nie zaspokoję swojej ciekawości, co mnie jednak specjalnie nie matwi... To czasy zaprzeszłe... Które z sobie tylko znanych powodów odwiedziły mnie we śnie, w absurdalnych okolicznościach... Takie to bywają sny. Krążą po nich bohaterowie innego snu - jawy...

13:52, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 marca 2010
Zniżka

 Dobrze, że chociaż wulkany wybuchają... Bo mnie się dla odmiany na wybuchy nie zbiera... Przyszła wiosna. A ja się zapadam w mały dołek. Za ciepło się zrobiło i nie mogę się przyzwyczaić... A tak było przyjemnie, tak się fantastycznie zakopałem w okrycia, puchy... Wieczory były takie zaciszne, ciemne i naerotyzowane... A teraz światło mnie razi, z żalem zrzucam grube ciuchy... I nie chce mi się przestawiać... Ale jakoś trzeba jednak będzie się dostosować do nowej pory...

 Zimę pożegnaliśmy w sobotę. W plenerze. A potem wieczorną wódeczką... A nocą, w niedzielę, wróciliśmy do domciu... Powietrze rewelacyjnie pachniało, świeżo, łagodnie... I padał deszcz. W pewnym momencie to była nawet ulewa... Przydała się, bo tyle pozimowego brudu zostało do zmycia...

 A tak poza tym to sobie radośnie koresponduje ze mną pewien urząd. W jednej takiej gminie załatwiam takie tam sprawy. Ależ machina pisarsko - pocztowa poszła w ruch... Znaczki, pieczęcie - wszystko po to, by mnie uprzejmie informować o postępach... Huk nikomu niepotrzebnej roboty... Pieczęcie okrągłe i podłużne, podpisy, sygnatury - wszystko, od czego z pewnością można się uzależnić!!! I tak jestem od długiego już czasu informowany: że wiedzą i jest OK, że się przymierzają, że już jest postanowienie - i że wreszcie - skoro już postanowili - wydali korzystną dla mnie decyzję, którą mi dziś przecudowny pan listonosz przyniósł... (Ach, nowy listonosz do mnie przychodzi - niezwykle sympatyczny facet. I jaki ładny!! Tak ładny i przyjemny, że człowiek mógłby wpaść na pomysł, by, nie czekając na urzędowe pisma, samemu wysyłać do siebie listy polecone, żeby móc widzieć go częściej... Nawet moje psy go polubiły.)... Bogowie, ile to wszystko trwało! No, ale jakoś poszło... Jeszcze dwa tygodnie, żeby moc stosowna na rozstrzygnięcie spłynęła i można działać dalej... (Ach, te moce urzędowe, te siły tajemne, te znaki niezrozumiałe, te godła srogie - ptactwo nie z tego świata, powagi iście kapłańskie, zawiłości prawne w paragrafach zaplecione w jakichś stanach onirycznych, władza upojna, wtajemniczeń szczeble... Opary nad moczarem... I papierzyska, papierzyska... Dzikie marnotrawstwo... I nawał zajęć, których nie sposób nazwać pracą...)

 Oj, ta wiosna... Ponoć wszystko się budzi, roznamiętnia... A u mnie w tym roku jakoś inaczej... Przeczuwam zniżkę formy... Może początek tej pory trzeba po prostu przespać... Żeby nie być za bardzo marudnym!!

 Do kina się wybieramy... Taaak mi się chce, jak cholera... Ale czego się nie robi dla swojego chłopca... Jak chłopiec tak lubi plątać się po kinach... (Jak on to robi, że potem pamięta, co oglądał... Ja mam z tym zawsze problemy:))

 O tak, napisałbym jeszcze o wielu rzeczach... Ale mnie wiosna przydusza... Tak mi przysiadł w głowie pierwszy wąskotorowy elektryczny tramwaj krakowski, co się na ulice miasteczka wytoczył w szesnastym dniu marca lat temu 109 i mi się skleił z kolegą autobusiarzem i jego prostą filozofią życia... Ale nie ma pogody na gadanie... (Że też jeszcze potrząsam tym blogowym zgniłkiem:)))

14:59, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Ogniście (islandzka erupcja)

 Islandia znów zaziała ogniem. Bo tak Islandia już ma...

 Południowe partie jej ciała drżały ostatnio. Gdzieś tam w środku, bardzo głęboko. Pod czapą lodową Eyjafjallajökull...

 Przebudziło się... Piekiełko się malowniczo rozwarło w Fimmvörðuháls...

 

 Groźna i niezwykła rzecz... Takie przylodowcowe wybuchy potrafią powodować ogromne powodzie...

Jeszcze tu zostawię linki dla zaciekawionych:

 http://www.icelandreview.com/daily_news/?cat_id=16908&ew_0_a_id=359671

 http://fugato.net/2010/03/22/location-of-the-fissure-on-fimmvorduhals-eyjafjallajokull/

13:41, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 marca 2010
Uczesany (powierzchownie)

 Już taki się dzisiaj obudziłem. Zupełnie uczesany.

 Znów mam na głowie narastający problem. Wściekle narastający, tak więc gdy się budzę rano, zazwyczaj "przyozdabia" mnie coś zupełnie niesłychanego, z czym nie tak łatwo sobie poradzić. Moje włosy są zupełnie nieposłuszne. Wiją się, jak im się żywnie podoba. Już się skręcają za uszami, na szyi, już wariują robiąc nieporządek, odzwierciedlający doskonale to, co kryje się pod moją czaszką... I Franio naturalnie jest z tego powodu zachwycony. Znowu ma chłopca z loczkami... Trzeba będzie jednak coś z tym wreszcie zrobić - czyli znowu skosić... (Nie obciążam teraz zbytnio swojego fryzjera, który kiedyś mi wyznał, że moje kłaki są pewnym wyzwaniem...)

 Idzie wiosna, trzeba więc porządnie ołysieć. I mieć spokój na długi czas. Bo już mnie zabawa z włosami nie kręci... Zresztą to już i też nie te włosy... Ech, jak patrzę na stare fotografie, to widać na nich ogromne matamorfozy. Długie kłaki, półdługie, czesane na wszelkie możliwe sposoby... I trochę też na nich dzikiego nieładu... Moi nauczyciele w szkole średniej dostawali szału na mój widok...

 Kiedyś bawiłem się w zmienianie kolorów. Ale i włosy same z siebie z biegiem czasu poszły w zmienność. Gdy byłem mały, włosy miałem proste i niemal całkiem białe. (Moja mama nawet przechowywała pukiel tych moich pierwszych włosków... Mam nawet te włosy, w kopercie... [Ech, ta mama z pamiątkowymi włosami i z "Arturem" schowanym na dnie blaszanego pudełka - cóż to było za piękne odkrycie, piękne, bo ukazało mi, że nic się nie zmieniłem, że mimo swojego wieku jestem ciągle tym samym kretynem...{Niesamowita była ta chwila, kiedy czytałem znalezisko... To było w domu mamy, chwilę po jej śmierci... Wszystko wyglądało jeszcze tak, jakby żyła, jakby tylko wyszła... Zapadał zmierzch, a ja przy herbacie /albo kawie - nie pamiętam już/ siedziałem pogrążony w lekturze...} ]) A potem zaczęły ciemnieć. Coraz bardziej, coraz bardziej... I w którymś momencie zebrało im się na skręcanie. No i powoli wraca im chętka na biel, tyle że to już jest biel innego rodzaju, którą się nazywa siwizną... Już je powoli bierze...

 No, ale wracając do narastającego problemu... Dziś jakimś cudem wstałem uczesany. Drogą miłego przypadku znalazłem o poranku wspaniale ułożone kudły, tak że od razu mogłem pokazać się ludziom... Nawet Franio zaraz zauważył, że to, z czym się obudziłem wygląda olśniewająco, tak że spokojnie spojrzałem w lustro (bo gdy siano nie skoszone, to zazwyczaj zmierzam doń z niepokojem, gdyż nigdy nie wiem, co w nim zastanę).

 Uczesany witam wiosenną pogodę. Bardzo się ociepliło... Jakoś specjalnie za wiosną nie tęsknię, ale skoro już nadchodzi, to trudno - i to trzeba przeżyć... W domu i tak jest zimowo. Przedpokój jest pułapką i złodziej by się nie przedarł - w półmroku zabiłby się na naszych porozpieprzanych buciorach i nartach, o które sami się radośnie potykamy... Jeszcze ich nie chowamy, bo w Wielkanoc palnujemy większy wypad mając nadzieję, że nie zjawi się coś złego, co wytopi w diabły wszystkie śniegi... Tak uparcie uczepieni jesteśmy zimy...

 Kółka się zamykają. Wczoraj minęły już dwa lata od śmierci mamy... I pewnie wypadałoby pójść na cmentarz, chociaż prawdę mówiąc wcale nie mam na to ochoty... Jak tam jestem, to tylko kładę kwiatki, palę te absurdalne świeczki i zaraz zwiewam, uciekam jak najprędzej... (Heh - ostatnio dowiedziałem się, że zbyt skromnie prezentuje się grób mojej mamy... Tak twierdzi to całe paskudztwo zwane rodziną... Ale cóż - jest mi przykro, że nie mam wsiowego gustu i że w ogóle nie potrafię bawić się śmiercią. Powiedziałem tylko, że nie widzę przeszkód - jak ktoś ma ochotę, może tam sobie postawić nawet coś w rodzaju Tadż Mahal. Mam to dokładnie gdzieś... Ale to z pewnością nie nastąpi... Pamiętam dobrze jak jej siostra z drżeniem trzymała się za kieszeń obawiając się, że może będzie musiała ponieść jakieś koszty związane z chorobą mamy... Na szczęście ją uspokoiłem, bo miałem na ten horror kasę... Odczuła ulgę i uciekła jak najdalej od problemu...)

 Życie się toczy... Pedał ze mnie szczęśliwy. Mam radochę. Mam dobry nastrój. Ciało nie zawraca mi głowy głupstwami. Cerę mam dobrą, choć o nią nie dbam. Bogowie - chcę, by było tak zawsze!!!!... Kończy się jedna z najlepszych zim w moim życiu. A może nawet najlepsza!!

 Jestem niezwyczajnie zwyczajny. Przeszedłem przez tyle już czasu... Poprzetrącany, ale nie złamany... Może dlatego, że nauczyłem się być  mazgajem... Swobodnie przepłakałem, co było do przepłakania... I gdzieś w środku pozostałem nietknięty...

 Nie nabyłem jakiejś szczególnej wiedzy. Gromadzenie wiedzy mnie zresztą nie interesuje, bo  nigdy nie miałem przesadnych skłonności do wiary w zabwienie płynące z zewnątrz... Może nabrałem trochę mądrości, ale i tego nie jestem pewien... Starzeję w pogodny sposób, w świecie, który powoli zmienia się w ten twór tajemniczy, jaki znajdowałem w dzieciństwie... Przychodzi czas, kiedy podróże coraz bardziej będą powrotami...

 I co jeszcze... Nie podkreślam tego, że jestem Europejczykiem - może robiłbym to, gdybym miał poczucie, że jestem znikąd... Jestem trochę Słowianinem, trochę Germańcem... Moja Europa nie jest zbyt wielka. Gdybym miał wyznaczyć cztery punkty pomocne przy zakreśleniu jej granic, umieściłbym je w następujących miejscach: w Jakobselv, w Hornstrandir, na południu zaś jeden gdzieś tak w Żywcu, a drugi - najdalej w Bieszczadach, mimo że tam bywam dość rzadko, ale mam kilka fajnych ogniskowych wspomnień stamtąd, no i jest "Deszcz w Cisnej" Krystyny Prońko:)... Reszta właściwie mi zwisa, ale nie ma problemu, mogę jeździć też i za granicę swojej Europy... Wywiewało mnie czasem dość daleko... I nawet to mile wspominam, zwałaszcza niebywałe rosyjskie przestrzenie... I Mongolię z jej obłokami...

 Choć bywają tacy, co chętnie by mnie wtrącili do piekła, Bogom wszystkim dziękuję, że podarowli mi życie pedała... Nie geja, bo w niego się nie przemieniłem, ale najzwyklejszego w świecie pedała. Będę im już zawsze życzył za to wszystkiego dobrego i będę poświęcał im pierwszy kufel piwa, pierwszy kieliszek wódki, a nawet kieliszek wina (chociaż picie tego trzeciego jest dla mnie od pewnego czasu czymś skrajnie nieznośnym)...

 Coś mi dziś przypadkowo uczesało głowę... To bardzo miłe ze strony przypadku... Przypadki czasem mnie lubią... Czasem dobrze porządkowały mi życie... Moje drogie, taktowne przypadki, które pozwalają ciągle mej duszy żyć w kolorowym nieładzie...

16:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2