BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 26 marca 2013
Strachy i nadzieje

 Strachy naturalnie muszą być. Czasem dobrze, gdy są, czasem jednak nieco przeszkadzają...

 Pomyślałem o lęku zawczasu. Dzień przed wypiską taty przygotowałem wolny pokoik, bo absolutnie nie chciałem go zostawiać samego. Tato oczywiście nie chciał sprawiać kłopotu, ale ja się uparłem, że pojedziemy do nas... No i masz ci los - tak się może porobić, że człowiek wpadnie prosto w gniazdo gejowskich żmij. :)) Ale nie ma strachu. Jak się geje ładnie zagnieżdżą, to tworzą przyjazne i dobrze zorganizowane miejsca. Rzec można -  prawdziwe oazy spokoju i pogody w ogarniętym padaczką mieście... W naszym przypadku jest to oaza nieco hałaśliwa, bo psy szczekają, ale pogody u nas nie brakuje, co teraz, w czasie ponurej i nieustępliwej zimy, ma szczególną wartość.

Cóż mogła powiedzieć miła pani doktor na koniec... Powiedziała, co trzeba zażywać (właściwie leki ma te same, tylko w jedym przypadku zostało zmienione dawkowanie i do tego zestawu dołączono jeszcze jedne pastylki), że trzeba się dobrze nawadniać, i pójść do speca od naczyń, bo mu w jednej z tętnic wykryli niewielkie zwężenie, które jednak nie zakłóca całej tej hemodynamiki. No i dodała, żeby po prostu na siebie uważać... I - tak, tak - to ostatnie zabrzmiało złowrogo. Jak tylko przekroczyliśmy próg szpitala i wyszliśmy na powietrze, tato zaraz zaczął na siebie uważać. Delikatny kieliszeczek ze szkła cienkiego jak płatek i na kruchej nóżce. Już nie opowiadał, że najlepiej będzie mu u siebie!! Świat okazał się większy, bardziej niebezpieczny i przytłaczający...

 Naturalnie pojawił się lęk. Obawa, że zaraz stanie się to samo. Z opisu wynika, że po upływie kilku godzin poczuł się jak - powiedzmy - studenciak przed ciężkim egzaminem. W szpitalu było inaczej, bo tam istniało większe poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że dwa kroki dalej siedzi fachowy personel. Mimo całego syfu, jakim jest nawet najschludniejszy szpital (to przecież miejsce najwyższej ohydy, niebezpieczniejsze nadto od najruchliwszych dróg i skrzyżowań), tam było pewniej. Ze szpitala trzeba jednak wyjść i po prostu żyć dalej...

Zatem żyjemy dalej. Z moim tatą pod jednym dachem. Tak więc wyzwanie. Bo tato to osobnik nieco trudny i delikatny, bardziej delikatny niż przypuszczałem... Trzeba było wykonać kilka uspokajających czynności. Natychmiast musiałem kupić nowy lek. Nie można było z tym zaczekać ani jednej zbędnej minuty, mimo że tabletkę miał zażyć dopiero wieczorem... Jak już zobaczył pudełko z odpowiednią nazwą, poczuł się lepiej... Druga rzecz - jak tylko znaleźliśmy się w domu, zaczął wydzwaniać do poradni... Dowiedział się o jakichś absurdalnych terminach. No, chyba że sprawa jest jakaś nad wyraz groźna, ale to trzeba przyjechać, uzgodnić, ktoś musi obejrzeć papiery, skierowanie. Podpowiedziałem mu, żeby tyrknął do swojej lekarki z centum medycznego, która się opiekuje jego stawami i próbuje na nim nowy, przynoszący sporą ulgę lek. No i nie było problemu - zorganizowała mu wizytę u specjalisty zaraz po świętach. I jeszcze go tam trochę popodnosiła na duchu. Żeby się tak bardzo nie bał. Spokojnie, można dalej żyć. W końcu ludzie przeżywają tragiczniejsze przypadłości, a potem funkcjonują jeszcze latami.

Pierwszy wieczór spędziliśmy na pogaduchach. Tato sobie przy okzaji pojadł (wreszcie jakieś jadło ze smakiem), nawodnił się, zażył, co trzeba, i w końcu senność powiodła go do łóżka. I spał jak anioł. Wreszcie w przytulnej atmosferze. Ale rano już zaczął wzrastać niepokój. Jakby miał zaraz paść... Jeszcze chwila i będzie panika. Jasne!! Pomyślałem o ciśnieniomierzu. Zaraz kupiłem aparat. Nie wiem, jak tam wypada dzień ojca, ale uzgodniliśmy, że to będzie w ramach prezentu. Tato przestudiował instrukcję. Potem załadowaliśmy baterie. I tato dokonał pomiaru. Wyszło świetnie. Cały niepokój prysnął... Ale oczywiście tylko na trochę. Bo może przyrząd jest popsuty... Naturalnie ja też musiałem sobie mierzyć ciśnienie. I Franio nawet się przyłączył... Wszyscy w normie... Może tak być? Q...a! Co my poradzimy, jak obaj z Frankiem nie cierpimy na nadciśnienie... I co poradzę na to, że tato ma dobre ciśnienie? Bierze tabletki, i już... Pani doktor powiedziała mu, żeby sobie ciśnienie kontrolował, i gdyby coś tam było za dużo, to sobie ma dołykać jeszcze pół tabletki...

Do tego doszło wymyślanie, cudowanie. A czy wszystko zrobili jak trzeba?... A to, a tamto, a siamto... - Źle się czujesz? - Bo nie wiem co mam robić? - A co chcesz zrobić? - No nie wiem. - Coś ci dolega? - Nic. Ale taki jestem... - Zestresowany...

Cały weekend upłynął w takiej dziwnej atmosferze. Aż w końcu zaproponowałem wkurzony, że się ubierzemy i pojedziemy do szpitala... Więc przestał. Trudno przekonać człowieka, by nie myślał o ciele, które razu pewnego zrobiło coś nieoczekiwanego. Niestety, przychodzą lata, kiedy takie rzeczy się dzieją. Ale nie znaczy to, że tak się będzie działo stale. A niebezpieczeństwa - wszyscy jesteśmy śmiertelni, łamliwi, i każdemu z nas może się coś przytrafić... Staram się tatę przekonywać, że trzeba znów nabrać  niezbędnej beztroski - wykonywać zalecenia lekarzy i mieć w tym jakieś poczucie zaufania, bezpieczeństwa. Wszyscy powinniśmy na siebie uważać, tyle że to uważanie na siebie nie może nas paraliżować... A na razie relaks, głaskanie psów - pieszczochów (ale się ucieszyły, gdy u nas zawitał - prawie cały czas u niego urzędują, merdają ogonami, podstawiają się do głaskania) i przede wszystkim zajęcie czymś głowy... Z jego domu przywiozłem mu trochę rzeczy. Wśród nich niedoczytaną książkę... Po przykrym przerywniku czas na kontynuowanie porzuconych czynności. A lektura nie jest zła - przynajmniej w pozytywny sposób zawraca głowę...

Dziś już jest lepiej. Tato z większym umiarem martwi się swoim ciałem. Na szczęscie nic się tragicznego nie stało. Choć tato oczywiście ciągle usiłuje siebie przekonywać, że coś się definitywnie popsuło. Tyle że nie pozostaje mu nic innego, tylko na rzeczy zupełnie normalne, które w żaden sposób nie mogą w nikim wzbudzić niepokoju, patrzeć w specjalny sposób... Ot - ostatnio przy rozmowie nie mógł przypomnieć sobie jakiegoś nazwiska. - O, widzisz? To przez to... Już mnie tym osłabił. Przecież każdy o czymś zapomina! Nie ma chyba człowieka, któremu się nie zdarza, że ma na końcu języka coś, czego w danym momencie za cholerę nie może sobie przypomnieć... Tak naprawdę u taty nie ma śladu po tym epizodzie. Widać tylko, jak bardzo jest wrażliwy... No, ale mężczyźni to strachajła. Mężczyzna lubi czuć się jak duch bezcielesny. Ciało jest fajne, dobre przy igraszkach, ale poza tym lepiej, żeby nie przeszkadzało... Kobiety chyba bardziej są w ciele zadomowione... W każdym razie tato jest jak ostrożny gość w kryształowej sali. Właśnie słyszę zgrzytanie rzepów. Tato mierzył sobie ciśnienie...

No, a na koniec, żeby tak było nieco po skandynawsku, taki utwór Georga Johannesena... To właściwie fragment cyklu pt.; "Ars vivendi" (to jakby takie nawiązanie do wcześniejszego cyklu "Ars moriendi" - tam były sposoby na śmierć, tu zaś na życie) podzielonego na siedem części, z których każda odnosi się do jednej z siedmiu cnót i dodatkowo sama dzieli się jeszcze na siedem części, których tytułami są kolejne dni tygodnia... Wybrałem coś z "Nadziei" (Håp)... Dziś jest wtorek, ale ja zdecydowałem się na "Poniedziałek", bo to mnie jakoś najbardziej zaintrygowało, tak przynajmniej na pierwszy rzut oka... No i niech sobie każdy coś tam pomyśli...

Georg Johannesen

Idioten kan virke full av håp

men han studerer bare sine tomme hender

Hans øyeblikk ser bunnen av Mimes brønn

 

En japansk haiku er tom som en hel verden

Greske epigrammer er røyksignaler bak lave fjell

Nyere vers er værmeldinger mellom to istider

 

Gutten med hjertefeil sang så vakkert

med de blå leppene: Sangene ble synlige

i gyldne drypp fra en lekk takrenne

  *

Idiota zdawać się może pełen nadziei

lecz on studiuje jedynie swoje puste dłonie

Jego spojrzenie sięga dna studni Mimira*

 

Japońskie haiku jest puste jak świat cały

Greckie epigramy to znaki dymne za niskimi górami

Nowsze poezje to komunikaty pogodowe między dwiema epokami lodowcowymi

 

Chłopiec z wadą serca śpiewał tak pięknie

niebieskimi ustami: Pieśni stały się widzialne

w złocistych kroplach kapiących z przeciekającej rynny

                                przełożył Kiljan Halldórsson

* Mimir (Mime) - mędrzec z mitologii nordyckiej, bóg albo olbrzym - jego pochodznie nie jest do końca jasne - który strzegł studni wiedzy. Odyn, by napić się wody ze strzeżonej studni, musiał oddać mu jedno oko.

20:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 marca 2013
Dzień drugi

 Zawsze człowiek czuje się zaniepokojony, gdy przychodzi do szpitala i miast pacjenta zastaje jedynie puste łóżko. Ale spoko - tato był tylko na badaniu, podczas którego przeglądano mu tętnice... Zaczekałem chwilę. Przyszedł. Podtrzymując sobie gacie od piżamy, bo mu guma poszła... Tak to jest, gdy człowiek w ogóle nie używa piżamy. Miał wprawdzie jedną w domu, która sobie leżała ładnie złożona w szafie - czas płynął i gumka zrobiła się jakaś taka wrażliwa... Stwierdziłem, że pójdę i kupię mu jakąś nową piżamę, ale tato miał na to jedną odpowiedź - A idźże, będziesz się wygłupiał. Ta jest dobra. Tylko zrób coś z tą gumą. - No i jakoś tam prowizorycznie udało się problem gumy naprawić... - Zastrzyk przywiozłeś? - Tato pamięta. Tym razem ma być w prawe nadbrzusze. Zgadza się. Tak, zastrzyk jest. Pani doktor kazała przekazać pielęgniarkom i schować do lodówki. Jeszcze musiałem jedną młodą panią doktor opierdzielić, zanim skontaktowałem się z właściwą lekarką... Państwo lekarzowie - zamknięci na dziesięć spustów za drzwiami bez zewnętrznej klamki. Było przed czasem, kiedy, zgodnie z wywieszką, można było zasięgać u nich informacji, ale ja nie przyszedłem po informację, tylko z informacją, więc zapukałem. Raz, drugi, trzeci... Wreszcie łaskawie otworzyła mi młoda dama - lekareczka, która z gniewną miną pokazała mi palcem na wywieszkę na drzwiach i bez słowa chciała mi zamknąć drzwi przed nosem. Wkurzyło mnie to i powiedziałem, że byłoby miło, gdyby nie zachowywała się jak gówniara i mnie nie traktowała jak gówniarza. - Słucham? - fuknęła śmiertelnie urażona moją uwagą jaśnie panieneczka. - To dobrze, że pani słucha. Mam do przekazania lek, proszę więc powiadomić o tym panią zajmującą się moim ojcem, panem takim to a takim. - Nawet nie musiała prosić, bo dość donośnie zabrzmiał mój głos, więc właściwa osoba wszystko usłyszała. - A, to pan. - Oczywiście wyszła do mnie. Chciała sobie rzecz obejrzeć, sprawdzić z kartą informacyjną dostarczoną jej dzień wcześniej. No i wszystko w porządku... Zgodnie z opinią tatowego reumatologa nie ma powodów do przerywania skutecznej terapii.

Muszę powiedzieć, że opieprzanie małych chamowatych zarozumialców sprawia mi przyjemność.

A tato czuje się dobrze. Nie ma śladów po tym przerażająco wyglądającym zdarzeniu. Wszystko jest w normie. Jeszcze coś tam mu będą jutro robić, no i planowana jest wypiska na czwartek... Zdaje się, że taki pobyt w szpitalu na obserwacji trwa właśnie cztery dni.

Tato jest cierpliwy i jakoś tam znosi tę mało atrakcyjną nowość (bo on się w życiu po szpitalach nigdy nie wylegiwał). I nie chce mi zawracać głowy. Twierdzi, że niczego mu nie brakuje. (- Kup mi tylko wodę. I zostaw mi trochę drobnych.) Jutro już mi kazał nie przychodzić. - No i co będziesz tak tu siedział? Jak coś będzie trzeba, to zadzwonię. - No więc umówiłem się z nim, że przyjadę po niego w dniu wypisu.. I pewnie ma rację. Przechodziłem obok sali, w której przy łóżku chorego stała jakaś żoneczka w sweterku i bereciku - miała taką minę, jakby się przyglądała leżącym na tym łóżku najdroższym zwłokom. Jak tak dalej będzie robić, to ten jej mężyk jeszcze bardziej się pochoruje...

Można sobie pomyśleć - wiek, więc ciało płata groźne figle... A tu na sali, gdzie leży mój tato, sami młodzi faceci. Jeden to w ogóle o wyglądzie nastolatka.

Brr. Szpitale to paskudztwo. Jak wróciłem do domu, to od razu wskoczyłem pod prysznic... Uff, a teraz czeka mnie jeszcze trochę roboty... Jak widać, bardzo ochoczo się do niej zabrałem... Najpierw pobawiłem się gierką, potem wlazłem na bloga... Ale mi się chce!!! :)) Chyba zastosuję jedną z moich ulubionych zasad, jaką wygłosił kiedyś Oscar Wilde, który, jak wiadomo, miał dość pogardliwy stosunek do pracy, a brzmi ona: Nigdy nie odkładam do jutra czegoś, co mogę zrobić pojutrze... Ja wprawdzie aż tak bardzo dalekich odłogów nie zostawię, ale czego nie musisz koniecznie robić dziś, możesz, człowieku, zrobić jutro.:))

Oby tylko wszystko było dobrze...

16:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 marca 2013
Złe przeczucia

Jakaś już zupełna tandetność upiorności. Dokładnie w piątą rocznicę śmierci matki myślałem, że tracę ojca. Gdybym był jeszcze większym kretynem niż jestem, zacząłbym wierzyć w jakieś pozbawione wszelkiego taktu znaki posyłane przez diabła... (tylko takie mogą być jakieś nadnaturalne istoty - niech się wyznawcy bogów nie łudzą - wszystko to rogacizna)

Prawie cały poprzedni tydzień targał mną jakiś niepokój. I jeszcze na dodatek rypały mnie korzonki. Byłem jak struty. Czułem się dziwnie. Jakbym przeczuwał, że stanie się coś złego...

Coś mnie tknęło, żeby odwiedzić w niedzielę ojca. Nie planowałem żadnej wizyty, myślałem, że spotkamy się dopiero w połowie nadchodzącego tygodnia, ale coś mnie pchało, żeby pójść, pójść, a nie tylko dzwonić. I poszedłem. Wszystko było w porzadku - tato zrobił herbatę, wygrzebał jakieś cistka, i tak sobie siedzieliśmy, gadaliśmy, zerkaliśmy na brzęczący w kącie telewizor. Minęły gdzieś ze dwie godziny. Miałem się już zbierać do wyjścia, poszedłem jeszcze tylko do toalety... I nagle usłyszałem przedziwny skowyt, po którym zapadła złowroga cisza, z której po chwili doszedł do mych uszu jakiś charkot. Wróciłem do pokoju i ujrzałem coś okropnego - ojcec leżał na kanapie z ustami pełnymi spienionej śliny, z zupełnie zmartwiałym spojrzeniem. Zero kontaktu. Nawet nie zdążyłem się zdenerwować. Udało mi się ułatwić mu oddychanie i wezwałem pogotowie. Cały czas do niego mówiłem, myśląc, że to już koniec. Zanim jednak nadjechała karetka, coś się zaczęło naprawiać. Tato powoli odzyskiwał łączność z otoczeniem. Najpierw spotkały się nasze oczy. O dziwo usiadł o własnych siłach. Zaczął mówić, powtarzając zupełnie niezrozumiałe słowo. I pomyślałem, że to dopiero dewastujący początek. Nie rozpoznawał mnie. Ale - co za szczęście pośród makabry - tylko chwilowo, bo jego stan stopniowo ulegał poprawie, tak że gdy wkroczyła ekipa ratunkowa, stawało się coraz bardziej logicznie... I do karetki poszedł o własnych siłach, z niewielką pomocą sanitariusza... A jakąś godzinę później, kiedy wkroczyłem do sali na oddziale ratunkowym i powiedziałem "dobry wieczór", już zza parawanu mnie poznał po głosie... -Michał? - Poczułem ulgę, gdy to usłyszałem. Już było dobrze. Tato leżał i czekał na wyniki wstępnych badań. Wszystko okazało się w normie. Tomograf nie wykazał niepokojących zmian, reszta też całkiem poprawna, jakieś tam cukry i inne rzeczy... Przyszła przemiła pani neurolog. Przeprowadziła wywiad - jak się pan nazywa, niech pan określi miejsce, w którym się znajduje, proszę powtórzyć za mną, że ruszyły oddziały strzelców i artylerzystów, czy coś w tym rodzaju. Poszło bezbłędnie. Potem pani porozmawiała ze mną, a wreszcie grzecznie mnie na chwilę wyprosiła... A potem powiedziała, że zatrzymuje tatę na kilka dni, by go poobserwować...

Dziś dalszy ciąg badań. Mózg pracuje ponoć prawidłowo. Było jakieś małe, chwilowe niedotlenienie, ale wszystko wydaje się w tej chwili w porządku. Tato mówi, pamięta wszystko, z wyjątkiem chwili, w której mu się to paskudztwo przydarzyło. Z mgły wyłaniają się dopiero panowie z pogotowia...

Dopiero wczoraj w nocy uległem zdenerwowaniu. Cały się rozdygotałem, naturalnie ogarnęła mnie bezsenność puszczona z papierosowym dymem... Znów wędrówki po szpitalnych korytarzach, znów leakrze... Co za parszywy los... I będę się teraz jeszcze bardziej lękać, martwić... No bo kto ma to robić - poza mną nie ma nikogo, kto by się mógł nim zająć.

Co za szczęście, że byłem na miejscu. Gdyby był sam, to cholera wie, co mogłoby się wydarzyć. Gdyby się zakrztusił, zatkał, upadł niefortunnie...

Coś arcypaskudnego ma dla mnie w sobie miesiąc marzec.

W jednej chwili wszystko się może wywrócić... Co za gówniane urozmaicenia... Dobrze przynajmniej, że ma mnie kto podrapać po udręczonym łbie...

14:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
środa, 13 marca 2013
The Next Day

Nex day po tym, jak sobie Misio kupił "Next Day". Połamany zresztą Misio, bo odezwały się moje korzonki, przez które w poniedziałek nie mogłem wstać z łóżka. To znaczy tak w ogóle to wstałem, ale po tak dziwacznych kombinacjach, że... No tak - cierpiałem strasznie, a jednocześnie krztusiłem się razem z Frankiem ze śmiechu... Ciało jest po prostu czymś tak głupim, że szkoda gadać - lepiej się pośmiać... W poniedziałek byłem przykurczonym staruszkiem. Ale we wtorek już było lepiej, choć nadal poruszałem się z zaciśniętymi zębami, a gdy wyjmowałem pranie z pralki, ugrzęzłem w pochyleniu i trochę mi czasu zajęło, nim powróciłem do pionu... - Gdzie będziesz łaził? Przecież sam mogę ci kupić... - Ale mowy nie ma. Misio miał zawsze święto, kiedy w sklepach pojawiały się nowe płyty Davida... Więc się sam powlokłem, a po drodze nawet rozliczyłem się w skarbówce, żegnając się przy okazji z pewną kwotą złociszów - zapłaciłem tak tradycyjnie, tak z takiej autozłośliwości - kazałem sobie w banku wypłacić banknociki, a potem ciepnąłem nimi w kasie myśląc o kilku najohydniejszych parlamentarzystach, którzy też przecież ze wspólnej kasy korzystają, i mówiąc sobie w duchu: - Naści, zryj, jeden z drugim.

A potem już David. Z ulgą walnąłem się na wyrko, wrzuciłem do bum - bum płytkę z kwadratem... No i... Hm. Najpierw tak słuchałem po cichu i coś mi się nie widziało, a raczej nie słuchało... Puściłem jeszcze raz, już tak na pół kamienicy. No i właśnie. Ta płytka jest trochę jak "Young Americans", w tym sensie, że jest ona do głośnego słuchania, bo wtedy dopiero ujawnia swoje zalety... Sporo różnych skojarzeń się obudziło. A pierwsza rzecz, o jakiej sobie pomyślałem, to "The World of David Bowie", bo tak jak tam, na płytce z zupełnie innej planety, tak i tu jest fantastycznie krótko. Bowie na "Next Day" puścił znakomitą serię z muzycznego automatu, którym doskonale potrafi się posługiwać... Kiedyś o "Lets's Dance" ktoś powiedział, że płyta ta jest jak sklep z elegancką konfekcją. "Next Day" też jest trochę takim eleganckim sklepikiem, gdzie wszystko jest świetnie skrojone. Na płytce jest 17 kawałków, godzina muzyki, i przy każdym kawałku nie sposób się nudzić. Nawet jak coś drażni, to tylko przez chwilę (mnie drażnią dwie rzeczy - "The Stars" - drugi singiel, który mi się kompletnie nie podoba - oraz "Valentine's Day"- raczej nie polubię tego kawałka). Ale poza dwoma małymi ślepakami jest naprawdę pysznie. Dwa pierwsze numery - bomba. "The Next Day" to Bowie, jakiego lubię. "Dirty Boys"- ktoś powiedział, że barowo, że zaraz się gdzieś tu Tom Waits pojawi... I miłe do posłuchania "Where are We Now?", które znamy już od stycznia, spokojne, nostalgiczne, berlińskie, w warstwie tekstowej kojarzące się z okruchami słów na "Low"... Jeszcze bym wybrał "Dancing Out in Space" - jakoś tak mi się od razu wokal skojarzył z czasami Tin Machine... Ciekawe jest "How Does the Grass Grow?"... Nieco podniośle i bardzo poruszająco jest w "You Feel So Lonely You Could Die" - Bowie pięknie to zaśpiewał (nawet chciałoby się, by ten numer był nieco dłuższy)... Ileż tu różnych momencików, przy których nawet kręci się łezka... Można powiedzieć, że Bowie jest jak zawsze... Kiedyś Visconti powiedział, że David musi mieć gdzieś ukryte coś w rodzaju portretu Doriana Graya. On się nic nie zestarzał - jest ciągle młody, ale z olbrzymim bagażem, zarówno życiowym jak i artystycznym, z czego może dzisiaj czerpać garściami. I czerpie, bo na "Next Day" słychać echa tych długich dekad, które ma już za sobą, na które patrzy sobie z dystansem. To jest niesamowity farciarz - natura dała mu fenomenalną twarz, oryginalny głos, mnóstwo talentów, które cudownie wykorzystał... Stary Bowie się objawił, Bowie jakiego dobrze znamy, ale jednocześnie nowy, świeży, pomysłowy, zaskakujący, z tym samym głosem, z tymi samymi wokalnymi możliwościami, do jakich nas przyzwyczaił - a tak się wszyscy bali słysząc na początku ten spokojny singielek z drżącym nieco wokalem...

Ekipa na "Next Day" jest sprawdzona. Nie ma tam specjalnych gości - są wypróbowani współpracownicy - znów więc mamy na basie Gail Ann Dorsey, jest Zachary Alford - stworzony do bębenków, który pracował z Davidem na trasie "Outside" i na płycie "Earthling", są gitarzyści: Gerry Leonard, którego pamiętamy z "Reality" oraz Earl Slick, który z Bowiem grał jeszcze na "Young Americans" i na mojej najukochańszej płycie "Station to Station", a także występował z nim w czasie "Serious Moonlight Tour", jest Steve Elson na saksofonie, którego pamiętamy z wielu płyt, m. in.: "Let's Dance", "Tonight", "Heathen"... No i oczywiście Tony Visconti, współproducent, który Davida zna od samych początków, od epoki "Space Oddity" i "The Man Who Sold the World" i który był współproducentem całej tej słynnej "trylogii berlińskiej", "Stage", "Scary Monsters" - zanim nastąpiła przerwa w ich współpracy, nagrali jeszcze w Berlinie niewielką płytkę z songami z Brechtowskiego przedstawienia "Baal", wydaną w 1982 roku. I na ponowne spotkanie trzeba było czekać aż do "Heathen". Ci goście pasują do siebie, świetnie się rozumieją. I mam nadzieję, że jeszcze coś nam sprezentują. (Ponoć Bowie ma jakiś niewykorzystany materiał, nad którym zamierza jeszcze w tym roku popracować.)

Zapowiadając "The Naxt Day", Visconti powiedział, że ta płyta jest taka bardzo "Scary Monsters". I rzeczywiście tak jest. "Scary Monsters" zamykało lata siedemdziesiąte, Bowie zerknął w przeszłość, rozprawił się z Majorem Tomem i powysnuwał nagrane tam piosenki z minionych lat, głównie z drugiej połowy kończącej się wtedy dekady... Tutaj też Bowie patrzy wstecz, ale tych dekad już jest więcej, tak że ta muzyczna wędrówka jest rozleglejsza, ale za to we wspaniałej pigułce... Można łyknąć... Wszysko, co było wcześniej, w moim życiu należy do czasów sprzed przepaści... Teraz słuchając tej nowej płyty jest tak, jakby nic się nie stało. Dobrze się w tym wszystkim poczułem.

I co jeszcze dodać, tak na gorąco... Okładka jest dość osobliwa, która mi się skojarzyła z pamiętanymi z PRL opakowaniami zastępczymi. Bo okładką "Next Day" jest właściwie okładka płyty "Heroes" z 1977 roku, tyle że tu tytuł "Heroes" jest przekreślony, a na twarzy Davida widnieje biały kwadrat z tytułem nowej płyty. I z tyłu jest to samo - kwadracik, jakby nalepka z tytułami piosenek umieszczona na tytułach z "Heroes"... A w kieszonce w skrzydełku opakowania krążka znajduje się paskudne papierzysko z tekstami i listą płac. To wszystko jest rozbrajająco brzydkie...

Jak to śpiewał David w 77 roku: we can be heroes just for one day... A teraz mamy "Next Day"... Takie rzeczy są nieuchronne...:))

14:16, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 marca 2013
O ponurej cudowności

 Coś można wpisać, żeby blog mchem nie porósł za bardzo... Stary, bezsensowny blog.

 Jak cudowność, to znaczy, że muszą być jakieś cuda. Tak by wypadało chyba. W ponurym świecie. Bo przecież świat jest miejscem dość ponurym, no i jeszcze te cuda, które się zdarzają, dotyczą zazwyczaj okoliczności już nawet więcej niż ponurych - bo to słyszy się o jakichś niezwykłych uzdrowieniach albo o tajemniczych sękach w lesie lub smugach na okiennych szybach, do których modli się ludzka masa upadłościowa. Rzeczy to zasmucające, bo lepiej w ogóle nie chorować i trzymać się z daleka od lekarzy, uzdrowicieli i świętych (ci ostatni to dopiero czereda ludzkiej ponurości [Tak swoją drogą, to co, jeśli uzdrowienie ześle nie jakiś ujęty w pobożnej ewidencji święty, ale jakaś - dajmy na to - zmarła a rozwiązła za życia ciotka chorego, do której ten w cichości serca się modlił po prośbie? Nie zgłoszona do urzędu pozostaje nieznana! Coś takiego to wielka strata. Jednak - przy takim zaniedbaniu - żadne zaświatowe moce nie znajdują odpowiedniego ucha, ucha na stosownym stanowisku, by przekazać wieść o duchu z niebagatelnymi umiejętnościami. Takie cuda już się nie zdarzają.]), i też lepiej, gdy człowiek bardziej może liczyć na siebie niż na zacieki na ścianach czy na sęki i smugi... To już jest bardzo smutne, gdy oparciem stają się widzenia wynikłe z porządkujących skłonności niektórych móżdżków. Tak, tak, ja nawet rozumiem takie móżdżki. Do takich porządkujących móżdżków zaliczał się i sam wielki August Strindberg, który wszędzie dopatrywał się znaków. Widywał a to rysy twarzy na pogniecionej poduszce, a to zacieki wróżące przyszłe scenerie życia, itd, itd... Sam to mam - wszędzie w plątaninie linii, kropek, plam dostrzegam rzeczy, które coś mi przypominają, tyle że ja stwierdzam jedynie fakt i nie doszukuję się w tym żadnych tajemnic. Jednak inni mają inaczej, i gdy tylko zobaczą coś, co im przypomina wizerunki, jakie można nabyć w sklepie z dewocjonaliami, natychmiast zatrzymują się przy takim lichym cudzie z głową pełną zaklęć i błagań.

Smutne cuda w smutnych życiach... Rzeczy całkiem możliwe, mimo że wydawać się mogą czasem niezrozumiałe, dziwne, zaskakujące...

Oczywiście bywają i cuda radosne. Kiedyś pewien dziennikarz i biograf Davida Bowie powiedział, że będzie to cud, jeśli artysta nagra jeszcze płytę. Już go dziennikarze żegnali, pisali już niemal nekrologi, a Bowie łaził sobie w kaszkiecie, dżinsach i polarku po Nowym Jorku z nową płytą w głowie. No i cud się wydarzył. Cud znalazł sobie odpowiedni moment, w chwili, gdy jeszcze pewne rzeczy są wykonalne... Większy cud oczywiście byłby wtedy, gdyby artysta umarł, a dopiero potem nagrał płytę, ale na takie rzeczy - obawiam się - liczyć nie możemy... No cóż - ponurość świata polega i na tym, że musimy poprzestawać na małym. Żywy artysta może się obudzić i zaśpiewać jeszcze, może nam przestać w końcu piszczeć w uchu i nawet w cudowny sposób można pożreć jakąś chorobę, jak to uczynił choćby organizm Michała Choromańskiego, ale martwy artysta już nie zaśpiewa, próchnicy zębów modły nie uleczą, ani też urwana głowa nie odrośnie...

Są sytuacje, w których cudów nie ma. Chociaż wszystko w człowieku mówi, że przydałyby się bardzo. Pożądane cuda nie przychodzą i mówi się wtedy, w swoim przekonaniu o pewnej jednak cudowności wszystkiego, że coś jakimś cudem się nie dzieje... Ja na przykład, kiedy widzę niektórych posłów z PiSu, dziwię się bardzo, że w chwili, gdy otwierają usta, nie spadają im na głowy lampy z sufitu. Powinny przecież spadać, a tak się jednak jakimś cudem nie dzieje.

Cudowny świat, a nawet wszechświat. Zadziwiający, wprawiający nawet w osłupienie. Ale w całej cudowności jest to jednak jakiś ponury banał. Słońca mocarne, planety z ich satelitami, a to wszystko pośród istnego wysypiska zwykłego gruzu. I czasem wpadnie nam do ogródka jakiś większy kamień. Jak ostatnimi czasy w Rosji. Zwykły, banalny, rozpędzony do szaleństwa kamol. I sru. Nadziemski wandalizm. Niebywała niestosowność - no bo jakże można tłuc ludziom okna w samym środku mroźnej zimy? I cała ta wzniosła cudowność życia pokaleczyła się tam w tak absurdalny sposób...

Ponoć cudowne są też kobiety, które mają dziś święto... Tak się mówi, i rączki całuje, i nózie może, do których się pada... (A jak nikt nie wiedzi - to w dziób... Jak to powiadał Oscar Wilde - Jeśli mężczyzna publicznie nadmiernie okazuje względy swojej kobiecie, można być pewnym, że ją bije, kiedy nikt nie patrzy.) Zawsze to głupio generalizować. Zawsze człowiek wtedy występuje z jakimiś uprzedzeniami... Gdybym ja miał patrzeć na panie przez pryzmat swych wspomnień na temat matki, musiałbym być okrutny, gadać o kłamliwości, oszukańczości, o braku empatii, o chamstwie... Są na szczęście i inne panie, choć dość odległe, bo nawet jeśli przekraczają nasze progi, to tylko po to, by pogadać, wypić filiżankę kawy lub herbaty, a potem sobie pójść... Panie są czasem potrzebne, mają nosa i podpowiedzieć potrafią, co zrobić... Z Franiem jestem w sumie dzięki kobiecie, która mi powiedziała, że jak wszystko spieprzę, to mnie kopnie w tyłek!! Miałem się nie wahać, i brać! A ja się wahałem, ale wziąłem, czego absolutnie nie żałuję.

Powiadają, że kobiety są bardzo tajemnicze... No, byli tacy, co się i na ten temat wyzłośliwiali mówiąc, że są tak tajemnicze, bo po prostu nic w nich specjalnego nie ma. Wilde nazywał je Sfinksami bez tajemnic. Baudelaire nie przewidywał dla nich żadnych niebios, bo żaden bóg nie miałby o czym z nimi gadać, a Strindberg nazwał krwawiącymi regularnie chłopcami, jakimiś niedorobionymi ludźmi... Złośliwości, złośliwości, strachy jakieś... Rzecz jest jednak rzeczywiście trochę niepokojąca. W jednej z gazet natknąłem się na tekst, w którym podano, że pewien psycholog o nazwisku Francis po swoich rozmowach z mężczyznami opublikował książkę pt.: "Wszystko, co mężczyźni wiedzą o kobietach", książkę dziwną, ponieważ między okładkami są ponoć tylko czyste strony... Jeśli to prawda, to rzecz jest dość ryzykowna i mało pochlebna dla obu stron. Może pan psycholog gadał tylko z jakimiś niedomyślnymi ułomkami albo takimi, którym potrzeby kobiet są obojętne (tu mi na myśl przychodzi taki lichy dowcip: Po co kobiety udają te swoje orgazmy, skoro nikt się nimi nie interesuje...). No i te kobiety - jeśli aż tak głęboko tajemnicze... Niestety, za nadmierną tajemniczością zwykle nic się nie kryje. Książkę o podobnej treści można by było stworzyć na temat cegły lub drewnianego pniaka... O tych rzeczach raczej niewiele można przecież opowiedzieć... No, szczęśliwie, o czym pan psycholog zdaje się zapominać, to i owo obie płcie o sobie opowiedziały, napisały, więc chyba nie jest aż tak źle... Wszyscy ludzie są trochę tajemniczy, zawsze tacy będą. Ale - żeby nie było takich pustych książek, trzeba coś o sobie powiedzieć. Najpierw poznać siebie, a potem z tym zaznajomić otoczenie. No, chyba że w środku sama tylko zawstydzająca lichota - kryje się więc za woal tajemniczości i stąd taka pusta księga... Jednak prtner(ka) zawsze powinien (powinna) czegoś się dowiedzieć, a nie tylko się domyślać. Człowiek, bez względu na płeć, ma łeb, a w tym łbie, obok mózgu, także paszczę, którą to i owo można wyartykułować... Oby tylko więcej niż marzenie o ilości zer za jakąś cyfrą na bankowym koncie.

Panie zdają mi się niekiedy bardzo niezdecydowane. Czasem nawet w drobiazgach. Nie dalej jak wczoraj na taką się natknąłem. Przy stoisku mięsnym. Chciałem kupić nieco padliny dla psów. Trochę mi się spieszyło. A tu przede mną baba, która napotkała na niebywały problem - miała przed sobą trzy identyczne kawałki wołowiny i na żaden się nie mogła zdecydować. Już za sobą słyszałem pomruki, że już pół godziny tak wszyscy stoją, mnie też już rzecz zaczęła denerwować, a baba po prostu się zawiesiła. W końcu nie wytrzymałem i ryknąłem na pół marketu: - Niech się pani, do jasnej cholery, na coś zdecyduje i idzie w końcu do diabła, bo mnie tu za chwilę formalnie krew zaleje!! - Pomogło - baba się zresetowała i błyskawicznie dokonała zakupu. - Wreszcie! - pomruk ulgi przeszedł przez narastającą kolejkę. A pani za ladą się uśmiechnęła. - To już trzecia taka klientka. Jest wpół do dziewiątej, mnie już głowa boli, a gdzie tam jeszcze do końca zmiany...

To było takie drobne niezdecydowanie, które mnie zawsze drażni, bo ja jestem po męsku zdecydowany, zawsze z konkretną potrzebą w głowie, bez skłonności do zawracania innym gitary. Żaden spec od handelku nie zwabi mnie nigdzie zapaszkami, kolorkami... Oni myślą, że jestem głupszy od nich, a ja po prostu zazwyczaj wiem czego chcę, więc nie ma mocnych... Tak, ale niezdecydowanie... Panie chyba nie zawsze do końca wiedzą, jak powinno wyglądać ich życie i jakie role powinny spełniać. Tu mi przychodzi na myśl siostra mojej śp. matki. Pani ta to kobieta wykształcona, z doktoratem, po całkiem udanej karierze, może bez jakichś przesadnych fajerwerków i osiągnięć, ale zawsze - przez wiele lat wykładała na uczelni, a więc cieszyła się pewnym prestiżem - słowem - niegłupia to kobieta, zdolna do samodzielnego życia, niezależna, ale jednak... Tak, każdy młody gejczyk przeżywał z pewnością te głupie chwile, kiedy u cioci na imieninach różne purchawki wypytywały go: a masz jaką dziewuchę (bo oczywiście chłopiec powinien mieć dziewczynę, dla zdrowia, jak uważała moja matka, raczej bez zastanowienia, no bo świadomie aż tak nisko wlec swoją płeć, tak ją wulgaryzować? - dziwna sprawa...), a kiedy się żenisz... Jeszcze wtedy siedziałem głęboko w szafie i nie byłem gotowy do wyznań, a poza tym atmosfera była raczej homofobiczna... Ach, fuj, paskudztwo... Nie, nie, zdecydowanie nie było to towarzystwo, w którym by można było opowiadać o cudownym szalecie i o dość dorosłych panach, wieść o których mogłaby moją mamę przyprawić o zawał i może jeszcze rany w przełyku po połknięciu - dajmy na to - kieliszka... Na pytania o dziewuchę odpowiadałem, że nie mam, bo po co? - Jak to? Tak mówisz, bo jeszcze tej jedynej nie znalazłeś. - Ale ja wcale nie szukam. Po co dziewczyna, po co żona?? (Już dość, że mój tato znalazł sobie żonę - kosztowna była to impreza, o czym niestety przekonałem się na własnej skórze, ratując po latach koślawego wdowca przed widmem komornika.) - I tutaj ciotka zaczęła mi wymieniać osobliwe rzeczy: - No jak to? Jak bez żony? Żona ugotuje, podstawi żarcie pod nos, posprząta, wypierze, da dupy... Słowem: kosztowna, pełnoetatowa prostytutka - kocmołuch. Wydało mi się to dość perwersyjne, ale nie do zaakceptowania... (I w końcu sam umiem posprzątać, ugotować, wyprać, wyprasować - żadna to filozofia)... Takie rzeczy mówiła pani doktor z uczelni... Pani, która bardzo się swoją posadą szczyciła, zarozumiale podnosiła łebek... A jeszcze żeby było bardziej skomplikowanie, to wszystko nie przeszkadzało jej mówić, że kobieta powinna tylko leżeć i pachnieć, a mężczyzna winien na nią tyrać i spełniać jej przyziemne kaprysy... Ale żeby sama pachniała, dbała o siebie, to nie... Mąż w końcu nazwał ją śmierdzącą pokraką. I umarł młodo i wesoło.

Mnóstwo dziwnych przekonań powpajanych się w człowieku kłóci. Trwa jakaś walka kocmołucha, karierowiczki i słabej królewny w płatkach róży. Ponure to jednak komplikacje.

Ciekawe, jaką książkę wydałby pan psycholog o paniach mówiących o panach. Być może, na skutek pokutujących przekonań, uznałby, że wystarczy broszurka... Wszak mężczyźni są tacy prości... Chociaż mogłoby wyjść, że rozmówczynie to prymitywy... Lepiej, żeby najpierw człowiek sam zaczął gadać. Panowie też powinni wreszcie powiedzieć, czego chcą, bo nie zawsze to robią, ciągle jeszcze powiązani w mentalnych gorsecikach. Albo człowiek wie, czego chce, albo jest głupi i poplątany. I raczej głupoty nie chciałbym uwznioślać pojęciem tajemniczości, skomplikowaniem i jakąś czarowną nieprzewidywalnością... Te rzeczy raczej na ołtarz czarowności nie zasługują. To zwyczajność. Bo każdy ma jakieś tajemnice, maski - nawet człowiek sam przed sobą maskarady urządza, by to, co uznaje za brzydkie bądź małe, pospolite i bydlęce jakoś udekorować, każdy ma jakieś wewnętrzne zawijasy, jakieś blizny, tarumy, jakieś własne myśli mało czytelne dla innych. W każdym są jakieś podpiwniczenia z pajęczynką, szambko ze zgniłym bulgotem, stryszki z rupieciami. I dobrze jest, gdy cały ten kram jest jakoś tam przejrzany... A nieprzewidywalność - samych siebie możemy zaskoczyć, na plus albo na minus, bo przecież różne niecodzienne sytuacje mogą się zdarzyć.

W tekściku, gdzie jest ten cały psycholog od pustej księgi, pani pisze, że jeszcze jest nie tak równo, że panie ciągle, mimo swych kompetencji, nie otrzymują najgodziwszych wynagrodzeń... Wszystko to wiemy... Ale pani, choć taka za równością, to jednak z zastrzeżeniem, że panie to jednak są takie wyjątkowe i niezwykłe, i że panowie nie powinni zapominać o manierach... A ja bym raczej proponował, by wszyscy nie zapominali o manierach (choć to nie zawsze jest łatwe). Nie sądzę, by kobietom należały się szczególne względy. Wystarczy zwykły szacunek dla wszystkich... A jeśli ktoś chce czuć się wyjątkowo... Do tego po prostu trzeba kochać i być kochanym. Te dwa stany sprawiają, że jesteśmy wyjątkowi, bez względu na zawartość majteczności... Pani chce, żeby panowie wiedzieli, że panie potrafią żyć pełnią życia bez ich udziału! I to bardzo dobrze! Bo nie ma nic lepszego i zdrowszego od związków tworzących się między ludźmi potrafiącymi żyć samodzielnie... I szczególne traktowanka, rąsie i troskliwostki zostawmy pewnym specjalnym relacjom. A poza tym kłaniajmy się ładnie, pomagajmy tym, którym pomoc potrzebna, niekoniecznie za majtusiowatym podszeptem... No, chciaż te trudno przepędzić... To dlatego ja chętniej pomogę chłopakowi niż jakiemuś dziewczynisku... No, takie rzeczy z człowieka wyłażą:

Kiedyś mi się tak przytrafiło - ktoś mnie w tramwaju postukał po łopatce - odwróciłem się i ujrzałem młodą pobladłą damę: - Czy mógłby mi pan pomóc, bo mi się słabo zrobiło. "No masz!" - pomyślałem... Poprosiłem jednego pana, żeby ustąpił pani miejsca. Pani usiadła. - Dziękuję panu. - Ujechaliśmy kawałek. Spytałem panią o samopoczucie. - Dziękuję, już mi lepiej. - Na pewno? - Tak, tak. - Więc wysiadłem na swoim przystanku i sprawa niemal uleciała mi z głowy. Byłem o tyle spokojny, że nie zostawiłem jej tam samej... A gdyby to był chłopak? Chyba bym się nie uspokoił, gdybym nie był pewien, że dotarł na swoje miejsce cały i zdrowy... Chłopiec to co innego. Kiedyś, pamiętam, w czasach studenckich, szedłem raz jeszcze przed zajęciami do kumpla do akademika. Już miałem wejść do budynku, gdy nagle jakiś studencina wypierniczył się na oblodzonym chodniku. Chłopak dosłownie pozieleniał z bólu. I ja też trochę pozieleniełem, gdy do niego doskoczyłem i obejrzałem mu kostkę. Nie było już mowy o żadnych zajęciach. Razem z jakimś tam jeszcze facecikiem przetransportowaliśmy go do budynku, żeby w cieple zaczekał, aż podjadę samochodem, bo oczywiście się uparłem, że zabiorę go na pogotowie. I zabrałem go, pełen troskliwości, zaczekałem, aż go opatrzą, i odwiozłem na miejsce zakwaterowania. Chłopak był trochę zakłopotany, bo tyle czasu straciłem. A ja oczywiście powiedziałem, że nie ma sprawy... Z całą paskudną szczerością wyznać mi trzeba, że zrobiłem do dlatego, że był ładny... Bydlę po prostu liczyło na nagrodę. Naturalnie nie żądałem żadnej nagrody, ale już natura człowieka wiedziała, co robić, jak postępować... No bo co - mówi w takich okolicznościach kosmaty duszek w głowie - a może jednak, kto wie, kto wie...?? Pamiętaj, świnko, o ptaku swym!! :))

Ach, wszędzie gdzieś jakieś ponurości, coś kudłatego zewsząd spogląda. A to rzuci kamieniem w Czelabińsk, to babci moherowej podrzuci widziadło i rozmarzy ją o końcu tego zasranego świata, skoro jej już lepiej być nie może, a to pomocną dłoń każe chętniej podać w porozumieniu z Erosem...

18:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 marca 2013
Rolf Jacobsen. Piasek

Coś by się przydało dorzucić do zaniedbanego bloga... Ale żebym to był w humorze... Wrrr. Właśnie sobie policzyłem, ile muszę zanieść do urzędu skarbowego... I homik płaci, a potem słyszy z pyska jakiegoś parlamentarnego nietoperza, że jest nieestetyczny!! Skandal!

Nie będę się rozpisywał. Pójdę w piach. Ale oczywiście nie aż tak, że oto zaraz zażyję truciznę, by dać zarobek grabarzom. Nie, nie, jeszcze trochę światu podokuczam swoją nieestetycznością. :->

Wlepię jedynie drobiazg z liryki norweskiej. O piasku.

ROLF JACOBSEN

"Piasek"

Jest ściśle określona liczba dla ziaren piasku na ziemi,

tak jak i na innych gwiezdnych światach ponad naszymi głowami

(być może taka sama na wszystkich), gdybyśmy tylko mogli ją znać,

lecz ważniejsze jest to, że liczba ziaren piasku

rośnie nieustannie i pustynie stają się coraz większe.

  

   Odrobina

   fioletu wmieszała się w róż zachodu.

 

Piasek jest biały jak mleko i delikatny

jak muśnięcie smyczkiem o struny skrzypiec.

Piasek całuje twoje stopy

i przecieka przez palce dłoni niczym czysta woda.

Deir el - Bahari, wzniesienia i doliny jak z brązu.

W Tebach, Asmarze umarłe miasta spoczywają w piasku.

 

Piasek to pokruszone góry i prochy wszystkiego, co kiedyś

istniało.

Piaszczyste diuny przemierzają gorące kraje jak pasy ognia.

Piasek pokrywa planety. Księżycowy blask to światło odbite od piasku.

Piasek to ostatnia rzecz na ziemi.

Uśpiony czas.

                           przełożył Kiljan Halldórsson

 

14:16, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »