BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 25 marca 2014
Vilhelm Moberg. Kraina zdrajców

Rzeka. Płynie tak samo, jak płynęła za czasów, gdy nie było jeszcze królestw, śmiercionośnego żelastwa, gdy nie było przemocy i wojny.

 Rzeka płynie przez pola i lasy, obmywa kamienie i brzegi. Kwitną na niej lilie wodne, ryby pluskają się w jej falach, przelatują nad nią ptaki. Wiosną przemienia się w powódź, co rozzielenia trawy i wszelką roślinność na pastwiskach. Zwierzęta gaszą w niej pragnienie. Jesienią jej wody poruszają koła młyńskie, by była mąka na chleb. Rzeka służy ludziom i zwierzętom. Rzeka pokoju, której brzegi łączą mosty. 

 Od dnia Stworzenia kraina była niepodzielną całością. I nie było żadnych dzielących ludzi znaków granicznych. Dobra to była ziemia, tak dobra, że aż stała się przedmiotem sporu... Wyłonili się władcy, którzy coraz to nowe tereny chcieli obsikać i włączyć do stanu swego posiadania. Władza - bandzior. Tysiące młodych i zdrowych mężczyzn poszły do grobów tłukąc się o parcelę... To moje - mówił król Edmund. Takiego wała - to moje, i już, grzmiał Sven...

 Wojna, wojna - szczytne posłannictwo królów. Miło też pójść na łowy, jednak ukatrupianie zwierząt nie jest tak ekscytujące i doniosłe, jak ukatrupianie ludzi...

 Przyszedł jednak czas na pokój. Najbardziej na południe wysuniętą część Półwyspu Skandynawskiego podzielili królowie między siebie. I wyznaczyli granicę... Nudno się zrobiło, wszak pokój jest taki nieznośny. O ileż wspanialsze są rozboje, kradzieże, prześladowania, gwałcenie i mordowanie!!! Nuda, i niczego, co przysparzałoby władcom czci i chwały...

 Ludy wędrowały, znajdowały dla siebie osiedla, gdzie chcieli sobie spokojnie żyć. Władza im jednak na to nie pozwoliła. Porodziły się kosztowne państwa, podzielono ludzi... Nagle tu i tam powyrastały ludziom przed nosem granice... Przygraniczność stała się dokuczliwa i niebezpieczna. Tak się też przed wiekami dokuczliwie i niebezpiecznie zrobiło wzdłuż wytyczonej granicznej linii między Smålandią a Blekinge... Ludzie jednak jak dawniej pozostali niepodzielną całością. Nic ich nie obchodziło czy byli Szwedami, czy Duńczykami. Byli po prostu ludźmi z dwóch brzegów płynącej wody, ludźmi połączonymi mostem, przyjaźnią, miłościami, handlowymi interesami... Granica nie usunęła więzów krwi i mowy. Ufali sobie nawzajem, spotykali się, razem obchodzili święta, żenili swoje dzieci... W czasach panoszącej się zbrodni chcieli pokoju... Dla Gustawa I Wazy stali się ci przygraniczni mieszkańcy Szwecji zgrają zdrajców.

 Ciągle zawierano jakieś wieczne pokoje i zgody. Ale z wiecznym pokojem jest jak z wieczną miłością, o której śnią kobiety, które zawsze zapominają - tak przynajmniej twierdził Oscar Wilde - że przelotny romans znacznie jest dłuższy od owej wiecznej miłości... Wojna jest potężną boginią mającą wielu wyznawców... Pierwszy pokój, potem drugi itd, itd... Między nimi wojny... Kiedyś wiecznym pokojem miała stać się unia stworzona przez królową Małgorzatę... Niestety nadużycia władzy, jakie przyszły potem, wywołały niezadowolenie i wznieciły bunty... Unia traci sens, gdy ktoś w niej stara się wyrastać ponad innych jej uczestników... Wojny wróciły, a prymitywna bandyterka lazła przez granicę raz w jedną, raz w drugą stronę... Najbardziej cierpieli ci, którym los kazał mieszkać na południu Smålandii. Ciągle musieli komuś innemu składać przysięgi wierności, w zależności od tego, kto akurat miał przewagę. I tak to Vilhelm Moberg wyliczył przysięgi wiecznego zdrajcy: przyrzekłem wierność królowi Hansowi, potem przyrzekłem przyjacielowi chłopów Krystianowi II, potem Gustawowi, potem Fryderykowi, potem znów Krystianowi II, a potem jeszcze i Krystianowi III, i po raz drugi Gustawowi... Przyrzekam tak i przyrzekam, łamiąc ciągle dane kiedyś słowo...

 Vilhelm Moberg (1898 - 1973) opisał cały bezsens i okrucieństwo wojny sięgając do odległej już przeszłości swojego kraju. Jego Smålandia, w której się urodził, jest dziś miłą, sielankową krainą, której nic nie dzieli. I Blekinge, i Skania należą już od dawna do Szwecji i nikt się tam o nic już nie bije. Życie płynie bez przeszkód. Ile jest jednak takich miejsc na świecie, gdzie nic nie wydaje się pewne, gdzie władze starają się ludzi skłócać i dzielić, gdzie nieustannie utrudniają życie, gdzie bez wytchnienia starają się zwykłym zjadaczom chleba przeszkadzać.

 Vilhelm Moberg w "Krainie zdrajców" opowiedział o ludziach zapomnianych przez historię. O chłopach z przygranicznych terenów, z okolic Vissefjärda, żyjących w czasach Gustawa I Wazy. Opowiedział o ludziach, którzy zdradzili wojnę na rzecz  pokoju. Królewskie igraszki nie pozwalały normalnie żyć. Wojna niosła tylko głód, nędzę, gwałt, śmierć, chorobę... Koronowane głowy chwytały się za łby - prości chłopi i ich prości duszpasterze na moście, zapominając o wrogich państwach spotykających się granicami pośrodku rzeki, ślubowali przyjaźń i współpracę... Gdy tylko trzeba było, palili ognie, by ostrzec sąsiadów przed niebezpieczeństwem, i bili w dzwony. Za nic mieli królewskie rozporządzenia - nawet gdy groziła im śmierć, i gdy poznikały mosty, wspierali się po przyjacielsku...

 Wojna panowała radośnie. Wpędzała kraj w nędzę i długi. Gdy przygasała ta między królestwami, wybuchały konflikty wewnętrzne, a wśród nich najpotężniejszy bunt chłopski, na czele którego stanął Nils Dacke... Zemsta była straszliwa i przemaszerowała pożarem przez krainę zdrajców... Królewskie bezprawie było w porządku - walka o godne życie w spokoju, miłości, radości, dostatku była straszliwą zdradą.

 Moberg, dając garść obyczajowych obrazków, opowiedział o wydarzeniach z XVI wieku, o konfliktach królewskich, o początku reformacji w Szwecji oraz o prostych i mądrych przygranicznych gospodarzach, a także o księżyku zwalczającym w sobie erotyczne pokusy, o dziewczęciu (potajemnie spłodzonym przez księżyka, co raz jednak uległ) czekającym na oblubieńca (biedna - znalazła niestety tylko gwałciciela), o brutalnym wojaku Lassem, który zdradził pokój na rzecz wojny i który w końcu, bez nosa, oka, ucha i kilku palców, przemienił się w upiora...

 Moberg lubił pisać o zwykłych ludziach, takich ze wsi, z których sam się wywodził, urodził się bowiem w bardzo biednej, wielodzietnej rodzinie żołnierza i wiejskiego parcelanta. Musiał wcześnie myśleć o zarabianiu na własne utrzymanie - był i górnikiem, i robotnikiem leśnym. Nauki pobierał na ludowym uniwersytecie, a także w prywatnym gimnazjum. Parał się też dziennikarstwem, pisywał felietony i opowiadania o tematyce wiejskiej kryjąc się pod pseudonimem Ville i Momåla. Jako powieściopisarz zadebiutował książką "Rodzina Rasków", w której opisał znane sobie z dzieciństwa środowisko żołniersko - chłopskie. Bardzo się w swej twórczości opowiadał za życiem prostym i wsiowym, czemu dał wyraz choćby w cyklu powieściowym o Knucie Toringu. Kiedy przyszła wojna, Moberg podjął w swych książkach temat walki z przemocą polityczną i społeczną. Chętnie sięgał przy tej okazji po historyczny kostium, np. w znakomitej powieści "Jedź dziś nocą!" Najważniejszym dziełem w jego dorobku zaś są rzeczy poświęcone wielkiej emigracji zarobkowej do USA, która w drugiej połowie XIX wieku sprawiła, że wiele regionów Szwecji po prostu się wyludniło. Po bardzo wnikliwych studiach opisał to zjawisko, opowiadając o losach ludzi ze swej rodzinnej prowincji, o ich materialnej sytuacji, o ich podróży, budowaniu nowego życia w Ameryce, zdobywaniu nowej tożsamości... Powstał wspaniały powieściowy cykl: "Emigranci", "Imigranci", "Osadnicy" (Utvandrarna, Invandrarna, Nybyggarna), uzupełniony potem jeszcze książką "Sista brevet till Sverige" (Ostatni list do Szwecji)...Historia o emigrantach została sfilmowana przez Jana Troella. Obraz przyjęto z wielkim entuzjazmem - jest uważany za jeden z najznakomitszych filmów szwedzkiej kinematografii, z kilkoma nominacjami do Oscara na koncie... Tematykę emigracyjną postanowił Moberg jeszcze pokontynuować pisząc powieść "Twoja chwila na ziemi" o zamerykanizowanym Szwedzie pełnym nostalgii za wiejską rzeczywistością Smålandii... Obok powieściopisarstwa uprawiał też Moberg dramatopisarstwo oraz pisał eseje na tematy historyczne, z których wyrosło dwutomowe dzieło "Min svenska historia" (Moja historia Szwecji), pokrewne także dwutomowej książce Augusta Strindberga "Svenska folket", której autor ukazał historię Szwecji z perspektywy społecznych nizin... Moberg, zawsze tak bardzo zainteresowany maluczkimi, o których historia zwykle zapomina, opowiedział o ich losach na przestrzeni dwóch wielkich epok w dziejach swojego kraju - i tak tom pierwszy "Från Oden till Engelbrekt" traktuje o czasach od pogaństwa do chwili rozliczenia się z nadużyciami Eryka Pomorskiego, króla unii kalmarskiej; zaś tom drugi "Från Engelbrekt till och med Dacke" opowiada o czasach od rebelii Engelbrekta Engelbrektssona i szwedzkiej suwerenności do wielkiej rebelii chłopskiej Nilsa Dacke wymierzonej w politykę Gustawa Wazy, której echo pojawia się też i w znakomitej powieści "Kraina zdrajców"...

  Najemni i płatni żołnierze nie bali się Boga ani Szatana, lecz lękali się pokoju. W czasie wojny byli ludźmi niezbędnymi, w czasie pokoju nikt się nimi nie interesował. W czasach pokojowych nie przedstawiali sobą żadnej wartości. Musieli wówczas, każdy dla siebie lub gromadą, ruszać w drogę jak włóczędzy i szukać sobie pożywienia, jeśli nie chcieli zginąć z głodu.

 Ktoś, kto wynajmuje swoją rękę i swój miecz do użytku władców i panów, jest lumpem i zasługującą jedynie na pogardę szmatą.

 Wielce dziś spokojna kraina dawnych szlachetnych zdrajców. Po której nie wałęsają się już szmaty. Kamienia granicznego, o którym mowa w powieści nikt już nie znajdzie: został połupany podczas budowy nowego mostu na Potoku Sosnowym...

 A jednak Czerwony Kamień stoi jeszcze gdzie indziej na naszej ziemi...

 Kamienie na ziemi. I kamienie w sercach, i umysłach - dodałbym jeszcze.

 Oby jak najmniej tych kamieni, oby jak najmniej ludzi - szmat... Czy stanie się kiedyś tak, że znikną zewsząd na dobre?

Vilhelm Moberg, Kraina zdrajców, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1973.

16:05, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 marca 2014
Potwory

 W krótkim dość czasie przyszły nastroje dziwne. Przemowy jak z dawnych czasów, o których sądziliśmy, że odeszły, by już nie powrócić. Jakby zło nie mogło usiedzieć w swym ponurym kącie, jakby chciało się znów rozprzestrzenić. Łgarstwo, łykanie cudzych terytoriów, jacyś ludzie - szmaty pod bronią... Jaką to może wróżyć przyszłość? Może nie tę bliską, ale tę dalszą?

 Za sobą mamy wiek paskudny... Ostatnio, wróciwszy do Stanisławy Przybyszewskiej, zerknąłem tu i ówdzie do jej pisania... O swych czasach, w 1927 roku, kreśliła słowa do Antoniego Słonimskiego: Żyjemy w wieku potwornym na świecie potwornym, sami potworami będąc. Zło w niemożliwie wysokim natężeniu rozrasta się wszędzie - w szkolnictwie i w systemie dyktatury, w polityce celnej i w polityce Kościoła, w sądownictwie i w związkach zawodowych, w Genewie, w Mandżurii, w Paryżu, na Sumatrze. Wszędzie, wzdłuż, wszerz, wzwyż trójwymiarowe zło w nieskończonej liczbie postaci. Uciec przed nim nie można - panuje we wszystkich ugrupowaniach ludzkości, w wszystkich gałęziach ludzkiego zajęcia i dążności. Otacza każdy umysł sferyczną, nieprzeniknioną ścianą. Więc pozostaje nam albo patrzeć spokojnie - i zidiocieć, bo widok nad siły; albo walczyć. Skupić całą treść życia w siłę ciosu.

 Sformułowała też prawo wszelkiego postępu - 3 kroki naprzód, a 2 wstecz, w najszybszym tempie... Bywa też 20 naprzód, a 19 wstecz...

 Wydaje się, że zrobiliśmy już dwadzieścia dziarskich kroków naprzód... Chciałbym, aby nie przydarzyła nam się dziewiętnastka kroków innego rodzaju...

16:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 marca 2014
Stein Mehren. Przyjaźń

 Czego trzeba, gdy jest się już dużym chłopcem...

Stein Mehren

Przyjaźń

Czego szukam w przyjaźni

Prawie niczego, choć czegoś więcej

niż sam potrafię znaleźć. Ciągle szukam

choć już pociechy czy bezpieczeństwa

ani też pochwał nie potrzebuję

Tamto dostałem bądź skradłem w dzieciństwie

Wszystko to staram się dziś dawać memu dziecku

Jestem już grubo po czterdziestce

To nie czas na takie rzeczy

Moja samotność nie staje się mniejsza przez opieranie się

na kimś

 Czegóż zatem szukam

 Niosę ze sobą okruchy mądrości

 strzępki sensu, przypadkowe drobiny

 piękna, niepasujące do siebie kawałki

 To czego szukam to coś co współbrzmi z moimi

 odkryciami, szukam tych nielicznych i poruszających momentów

 gdy moje słowa i cudze słowa

 nagle trafiają w nas w ten sam punkt

 Widzę więcej niż mogę zobaczyć sam.

 Widzę!

                       przełożył z norweskiego Kiljan Halldórsson

16:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (7) »
czwartek, 13 marca 2014
Kanon o ptaku

 Żywcem nie ma o czym pisać! No bo cóż komentować? Gdzieś się zapodziała ogromna uskrzydlona rura zapełniona ludźmi... No tak. Można się podrapać po głowie i zmarszczyć czoło... Poza tym dzieją się kłopotliwe krymskie sprawy. Do przewidzenia to było. Choć czasem przewiduje się rzeczy, których jednak rozgryzanie przyprawić by mogło o ból głowy... A, wisz pan, ta dziwna mentalność! Monstrualna, mocarstwowo usposobiona dziadówka! Kraj w sumie miłych ludzi rządzony i kręcony uporczywie przez krótkowzroczną spryciulę. Tragiczna dziecinada. Na jaką to cholerę?

 Wiosna. No, to już może lepsiejszy temat. W zasadzie to trwa ona już w najlepsze. I byle tak wytrzymało...

 Pomyślałem o jakiejś muzyczce. Naturalnie będzie na skandynawską nutę, a ściślej - na islandzką i jeszcze na dodatek ludową... Taki kanon.

 Kanony to mi się kojarzą w muzycznym wychowaniem. Takim podstawówkowym. Bo kanony żeśmy śpiewali - a właściwie wyrykiwaliśmy je i wypiskiwaliśmy. Przerażający był to jazgot - dziewczęta skrzeczały i piszczały, chłopcy zaś wypuszczali ze swych gardeł istne dźwiękowe łamańce. A pani od muzyki szalała od tej całej kakofonii... Pani była osobliwa - przygrywała nam na fujarce, a właściwie na prostym drewnianym flecie. A gdy tym fletem nie przygrywała, waliła nim z wściekłością o blat biurka. Bo ciągle się na nas gniewała. Zdaje się, że ta szalenie kwiecista kobieta - kwiecista, bo lubiła przebierać się w taką łąkę - szmaciankę - bardzo była obrażona na swój los, który nie podarował jej estrady, tylko zapędził ją do parszywej edukacyjnej budy... Ach, ach, panie, panie, to upadek, to klęska! Żeby więc choć jakoś oszukać popapraną rzeczywistość, przebierała się za artystkę... Do tych kanonów jakoś się dziwnie przyczepiła. Chciała, byśmy ją w ten sposób zadowolili, ale, obawiam się, nie zdołaliśmy zaspokoić jej potrzeb w ramach tej jej perwersji... Bardzo, bardzo wściekła to była pani, która na dodatek miała osobliwy stosunek do dziewcząt, nazywała je bowiem krowami.

 No, ale dość wspomnień... Przenieśmy się na Islandię... Zwierzyniec islandzki jest i ubogi, i bogaty... Drapieżników wielkich tam nie ma - ot, polarny lisek sobie biega. Czasem tylko, bardzo rzadko, przybłąka się tam polarny, ledwo żywy miś. Poza tym jakąś tam mysz się znajdzie, no i oczywiście całą resztę, którą przywlekli ze sobą ludzie - konie, barany itd... Imponująca jest tam za to ptaszarnia! O, ornitologiczne to zjawisko. Szkoda nawet wyliczać gatunki tworzące tę skrzydlatą brać... Jedne znajdują tam stałą bazę, większość zaś decyduje się na pobyty sezonowe... Gdy wracają do swych lęgowisk, to się chce żyć. Bo to przecież natura pokazuje wreszcie swą lepszą twarz, przyjaźniejszą, łagodniejszą...

 No i tak, czekając na prawdziwą wiosnę, zaproponuję ludową śpiewkę. O kuliku. Mniejszym (Numenius phaeopus). I o siewce złotej (Pluvialis apricaria). :)Niech sobie zabrzmi tu ona głosami dojrzałymi, profesjonalnie ułożonymi... O, gdybyśmy tak umieli zaśpiewać naszej oszalałej, pokrzywdzonej nauczycieleczce, z pewnością jej flet drewniany poczułby ulgę, bo nie musiałby robić za pałeczkę do gniewnego, głuchego bębnienia.:)

)

Sá ég spóa

suð'r í flóa

syngur lóa út í móa.

Bí, bí, bí, bí.

Vorið er komið víst á ný.

poniedziałek, 10 marca 2014
Uprzejmość XXX

Suave mari magno... O jakże miło! A tam gdzieś, w uporczywych chybotliwościach podłoża rozpaczliwe chwytania się byle czego. Ustawiczny ratunek przed upadkiem i łapy umęczone, szorstkie... Szalejcie wichry! My zaś przepijemy za zdrowie ciał waszych utrudzonych. Do dna! I my się pochyboczmy! 

 Skromność staranna. Wyszukane i wymoszczone gniazdo samotnicze. Wymięta, lniana przebieranka... Kaprysy high life'u. Nie ma co pytać. Bo i po diabła! Ważne, że wszystko można... Timo niebezpiecznie zabrnął w wiarę we wszystko, co najfantastyczniejsze...

 Rozgadał się coś o powieściach z dawnych czasów... Romanse i dziwactwa. Wpierw jednak wypada zadbać o kasę. Musi jej być dużo, tak by nawet można było wyzwolić się od jakichkolwiek profesji.

 - O, całkiem, całkiem dandysowska sprawa - paplał coraz mniej posłusznym językiem. - Kultywowanie idei piękna we własnej osobie, zaspokajanie namiętności, czucie i myślenie. O, można by i pomyśleć o miłości - wszak ona możliwa jest jedynie przy pełnej kasie - w przeciwnym razie jest ona jedynie czymś prostackim, głupią orgią albo wypełnianiem obowiązków małżeńskich, czyli arcysyfem użyteczności. Ale nie, nie, tu nie ma miejsca na zawracanie głowy! Wszak pierwszorzędności, pierwszorzędności.

 Tak, a jeśli już zajęcie, to nie zawód... 

 - Ach, gadasz takie rzeczy na ziemi, na której powypisywano tyle rzeczy o czymś tak niesłychanym jak praca fizyczna - powiedział Paul.

 - Swoją drogą miło czasem poczytać o Izaku, który tak gołymi łapami udłubał sobie gospodarstwo - wtrącił się Jan.

 - Pod jednym wszakże warunkiem! Że na drugi dzień nie trzeba wstawać do okopywania kartofli.

 - Hm... Ma się rozumieć - zgodził się Jan z uśmiechem.

 - Jak się kopie ziemniaki, to pewnie i żonę trzeba mieć - zauważył Timo.

 - Tak, tak... Bardzo przykra rzecz. I śmiertelnie niebezpieczna... W ogóle przy kartoflach potrzebuje się ludzi. A to wszystko zobowiązuje do wzajemności... Brzydka sprawa, zasmucająca - wymruczał Vernick.

 - A Timo był ci potrzebny?

 - By go kochać na smutno, nie musiałem go mieć przy sobie. Tak na dobrą sprawę. Zawsze mógł odejść. Gdyby sobie gdzieś był, gdybym wiedział, że żyje... I tak był tylko wspomnieniem.

 - Co to w ogóle znaczy kochać? - zapytał Jan.

 - To prosta rzecz, niemniej dostępna tylko dla prawdziwych mocarzy, choćby i z przypadku. Kochasz, gdy nie przeszkadzasz.

 - Czemu ja sobie pomyślałem o miłości patrząc na ten malarski podarunek? - rzucił pytanie Timo.

 - Malowidło ci się spodobało... W takich czerwonych okolicznościach pewnie nie chce się przeszkadzać. A zresztą, chłopcy, zapijmy to wszystko na śmierć. Wreszcie!

*

 Pociąg - nie pociąg zatrzymał się wreszcie na stacji, na której wypadało wysiąść. Jak jednak wyglądała wysiadka i co po niej się wydarzyło, trudno pytać, bo spojeni pasażerowie po przebudzeniu się nie umieli sobie niczego przypomnieć. A w każdym razie Timo na pewno zgubił drobny fragment swego życia.

 Meeeee! Meeee!

 Osobliwy budzik przerwał pijacki sen Tima. Sen pod gołym niebem, dosłownie gołym, bo nie skrywała go ani jedna chmurka. Zanim jednak docenił uroki niebiańskich nagości, na ich tle ujrzał coś, co wprawiło go w przerażenie. Leżąc na plecach machał w popłochu wszystkimi kończynami jak przewrócony na grzbiet owad, nie mogący się pozbierać do ucieczki. Najwyraźniej jednak zjawa nie była aż tak niebezpieczna i odważna, bo widząc chaotyczną walkę człowieka ze swoją słabością, sama odskoczyła na bok w nie mniejszym popłochu.

 - Jezu! To koza!

 W pobliżu rozległ się śmiech Paula.

 - Zameczała mi prosto w twarz! Nie do wiary!

 Jeszcze bardziej nie do wiary okazało się miejsce ich tymczasowego spoczynku.

 - Cmentarz? - zdziwił się Timo patrząc na swe nogi oparte teraz na małym kamiennym krzyżyku ustawionym, jak się zorientował czytając wyryty na nim napis, na wieczną pamiątkę po jakimś zmarłym jeszcze przed wojną dziewczęciu.

 Z drugiej strony małego nagrobka siedział Vernick rozkoszujący się słonecznymi promieniami.

 - Umarliśmy. A cmentarz  to miejsce dla umarłych. Zaś teraz się obudziliśmy do nowego życia! Pierwszy poranek po Ragnaröku. Czas nam porzucić śmiertelne łoża! Patrz, jak wita nas słońce, a z nim słoneczny Baldr.

 - Będzie już dobrze?

 - Oby tak było - powiedział posmutniały nagle Vernick. Podpełzł po nagrobku do Tima i pocałował go w usta. - Czuć jeszcze gwałtowną burzą. Mężczyzno po walce! Cześć ci!

  Timo, lekko oszołomiony całą sytuacją, przyznał, że istotnie coś śmierdzi. Lekki wietrzyk przywiał ze sobą woń rzygowin... Usiadł wreszcie i oparł się plecami o plecy Paula.

 - Mały bałagan - powiedział patrząc na leżący w trawie obraz mający skłaniać do nieprzeszkadzania. W słońcu nie wyglądał jakoś imponująco. Sam był wręcz przeszkadzający.

 - Ale poranek jest piękny. Ludzie jeszcze śpią, a wtedy świat można sobie podpatrzeć, jego małe sekreciki. Patrzeć o poranku na dostojną ziemię, która sądzi, że nikt nie patrzy... To tak jakby zobaczyć dostojnika bez majtek... Niby twarz ta sama, ale wszystko jakieś inne...

 - Koza jednak nie śpi. Mam tylko nadzieję, że występuje tu ona jedynie w charakterze przypadkowego widza.

 Koza, żywiąc się w oddali cmentarnymi zielonościami, od czasu do czasu zerkała z zaciekawieniem na zmaltretowanych gości.

 - Jan wziął sobie do serca twoje słowa o tym, że zawczasu trzeba zadbać o pewne sprawy, żeby mogło być beztrosko. Jeśli masz pragnienie, w podarowanym przezeń plecaczku znajdziesz piwsko. Usiądź tu przy mnie.

 - Synnøve Stigen - przeczytał Timo.

 - Co?

 - Ta panienka. Żyła tylko czternaście lat.

 - I chwała jej za to.

 - Trochę jednak krótko. Wiem, w każdej chwili człowiek jest śmiertelny... Ale jak już żyje, to chce zazwyczaj, żeby to trwało jak najdłużej.

 - Kto wie, może w tych czternastu latach zawarło się tyle złego, że...

 - No tak... Może rzeczywiście... Wszystko jedno.

 Timo przeskoczył na drugą stronę grobu i usiadł koło Paula. Obok niego rzeczywiście znalazł plecak z piwskiem. Przyjemnie psyknęło. Timo szybko przyłożył butelkę do ust i zachłannie wydudlał jej zawartość.

 Spadła kolejna kartka z kalendarza, choć dzień nie minął. Trwał sobie w najlepsze zgodnie z bosko - astronomicznymi nakazami. Mały kościółek celował w czyste niebo swoją małą, ostrą jak ołówek wieżyczką. Licho wie, jak długo. Choć z pewnością krócej od w tym samym kierunku wznoszącego się w tle Bakken, skąd ruszyli, by znaleźć swoje zmartwychwstanie wśród grobów... Oprócz nich nikt jednak nie powstał. Synnøve, przyciśnięta kamieniem, uparcie odpoczywała... Po lewej stronie, na skraju zalanego morzem zapadliska, wtulona między wzniesienia, leżała sobie mała osada - cicha, jakby zawsze śpiąca, śpiąca jak tkwiący nad nią kamienny troll. Timo dostrzegł mały pawilon, w którym Bóg wie, jak dawno temu dał pokaz swoich niszczycielskich i recytatorskich zdolności. Przeszły dwie burze, Timowa i Szekspirowska... Zaśmiał się na to wspomnienie. Całkiem był z siebie zadowolony, że znalazł wtedy odpowiedni cytat. W tym swoim śmiesznym wzburzeniu.

 - Tak, tak - westchnął nagle Vernick. - Trochę jednak żal. Że jednak zawsze jest za krótko. Czy to lat czternaście, czy sto. Człowiek się jednak przyzwyczaja. Zawsze otaczałem czcią tę naturę. Chciałbym móc patrzeć na nią wiecznie. Chyba tego mi najbardziej żal... furet, værbitt, over vannet... - zamruczał na koniec na Nordraakową nutę.

 - O rety - jęknął Timo.

 Paul parsknął śmiechem i też sięgnął po piwo.

 - Ludzie czasem lubią się wadzić z naturą, buntować się przeciw niej. Bo do dupy, bo zarobaczywiała, śmierdząca, licha, niedoskonała, bo wszystko się w niej zmienia, bo wszystko musi się zestarzeć i umrzeć. Niezbyt cenił ją Wilde, a Beerbom gadał coś o wyzwoleniu szukając tworów doskonałych w sztuczności. Twór doskonały znalazł w kobiecie z jej wyszukaną sztucznością. Siła w barwiących tłuszczach, pudrach, w podrysowaniach... Ale to i tak rozpaczliwe oszukaństwo. Że niby jak bogowie możemy być od niej doskonalsi? Wilde lubił to, co nas od natury oddzielało, a jednocześnie podziwiał jej najwspanialszy wykwit, jakim jest chłopiec, który żadnych udoskonaleń nie potrzebuje. W zasadzie bez obaw można go rozdziać. Wilde w swoim dialogu Cyryla z Vivianem jednak zdobywa się na pojednawcze słowa. Nie, natura ma jednak sporo wdzięku. Dość się nagadaliśmy. Popatrzmy, jak Gwiazda Polarna w srebrze kąpie zmierzch... Zmierzchu wprawdzie nie mamy, ale i tak można popatrzeć, nawet pod gołą żarówką słońca, pod błękitem bez ozdób... Popatrzymy sobie na cmentarną kozę? Może nawet z zazdrością, bo ma ona gdzieś wszelkie niedoskonałości. Dla niej wszystko jest jak trzeba...

 - Jak trzeba - dodał jeszcze, gdy się już odwrócili, by patrzeć na kozę, popijając piwo. - Wszystko jak trzeba - powtórzył i pogładził Tima po twarzy. - Tylko na moich łapach już takie paskudne plamy. Szkoda, szkoda... Ale to przynajmniej znieczula. Bo cóż takie łapy... Choć czucie ich niezmienne. Jakby w nich mieszkał całkiem świeży duch... Cały dramat życia. Nic się nie zmienia i wszystko się zmienia...

 - Meee - powiedziała koza.

 - Żeby tylko nie wlazła w obraz - ostrzegł Vernick.

 - Zdajmy się na los. Wszystko jedno - powiedział Timo i oparł głowę na ramieniu Paula.

 Koza, jakby rozumiejąc obawy raczących się piwem mężczyzn, żywo ruszyła w stronę malowidła. Nie wzbudziło ono jednak w niej głębszego zainteresowania. Wróciła na swoje dawne miejsce, gdzie najwyraźniej wyrastało z ziemi coś smaczniejszego.

 - Nie wlazła - powiedział Timo. - Może to być jakiś znak?

 - Uznajmy, że to dobrze.

 - I tak trochę się boję.

CDN

 

16:43, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 marca 2014
Z kameralnego teatru Strindberga

 Chwilkę mnie tu nie było... No, to coś wpiszemy... Będę może mało poprawny dziś... Hm... August Strindberg - w sam raz na wigilię 8 marca, owego dnia poświęconego najstraszliwszej istocie w Układzie Słonecznym, a może nawet w całej Galaktyce, jeśli nie we Wszechświecie.:)

 Czy gdzieś jeszcze może być horror człowieczy? Chciałbym wierzyć, że wszędzie indziej światy nie są zbrukane wariactwem życia, a już w szczególności z ludzką świadomością. Wykluczyć jednak życia gdzieś indziej nie można. Sam Wszechświat już jest grubą przesadą, więc czemu tragedia ludzka nie miałaby się rozgrywać i na innych globach? Ta przesada w przesadzie! Te nerwy już do granic wyostrzone, te męki i rozdęte do granic apetyty, ta przeklęta świadomość śmierci...

 W swych uwagach do nauki o cierpieniu świata Schopenhauer powiada: "Wyobraźmy sobie, że akt płodzenia ani nie byłby potrzebą, ani nie miałby rozkoszy za towarzyszkę, lecz pozostawałby sprawą czystej, rozumnej rozwagi: czy w takim przypadku ród ludzki mógłby nadal istnieć? czy każdy nie współczułby nadchodzącej generacji tak bardzo, że wolałby jej oszczędzić ciężaru istnienia, a przynajmniej nie chciałby się zgodzić, że ma go jej nałożyć z zimną krwią?"

 Krew jest jednak gorąca. Brzuchy, zady, wymiona, kopytka, łapy i dłonie szlachetne, zęby w karkach zatapiane, malinki wysysane, włosy targane, ześlinienia i spocenia, obłapki gwałtowne i miłosne liturgie - bydlęce plątaniny... Góry tzw. miłości, w zależności od rodzaju bydląt, a to opiszczane, a to ogruchane, a to oćwierkane, a to omruczane, a to upoetycznione... I z tych zwałów, tych gór mięch rżniętych - mysz - na przekąskę dla sowy; wieczne lękliwe ocipienie antylopie i ucieczka przed lwimi kłami, kiedyś wreszcie nieskuteczna; albo człowiek - cierpiący najwięcej szkodnik, w swym bracie znajdujący największego drapieżcę, lichość zalękniona o przyszłość, z widmem końca zgniłego w drewnianym śpiworku.

 Cóż za nędza. Z siusialnianych rejonów wyciśnięta. Co za podłota... Martwiło to i Strindberga, martwiło, choć się nie wzbraniał przed włażeniem między kończyny potworów.

 Że potwory? Żaden to zarzut. Życie to przecież potwór. A my wszyscy to tylko ofiary własnych i cudzych popędów. A że istota najstraszliwsza - bo zawsze gdzieś na autostradach jej myśli (tak, tak - one mają tam w głowach autostrady, przez co ciągle muszą szumieć - mężczyźni zaś mają dukty leśne i ścieżynki, więc umieją milczeć, patrzeć godzinami przy ognisku przed siebie jak ten Hamsunowski Glahn, i myśleć o tym, że szyszka właśnie spadła z drzewa) jest obecna chętka na wydanie z siebie czegoś do niuniania, czegoś, czego los nigdy nie jest godzien pozazdroszczenia, czego los jest najstraszliwszy pośród fauny... Z matczynych rozkroków wypełza zło szczególne, czasem mniejsze, czasem większe, wśród nich różne tam Hitlerki, Saddamki, Putinki... Chyba Szymborska pisała kiedyś o małym Hitlerku - że był taki sam jak jak inne bobasy, nad którymi wypowiada się te wszystkie bezrozumne a gugugu i a tititi... Także Vilborg Dagbjartsdóttir wyrażała niejakie zdziwienie, że wszyscy władcy świata też z takich milutkich różowiątek się wzięły.

 Mówi się trudno - samice potwora szczodrze sypią dary... Bywa jednak, że ich dalsza rola okazuje się deptaniem darów, które rozsypują, że się tak wyrażę, wydalniczo.

 Patrzymy czasem w lustro sztuki, by znaleźć odbicie własnego życia...

 Sztuki kameralne Strindberga. Cykl utworów napisany specjalnie na potrzeby sztokholmskiego Teatru Intymnego - spełnienia marzeń Augusta o własnej scenie. Ach, ileż było podniecenia i znaków obiecujących. Współtwórcą owego teatru był August Falck, co dla Strindberga było znaczącą wróżbą. Bo przecież współpracownik był jego imiennikiem, a na dodatek miał nazwisko podobne do tego, jakie nosił bohater "Czerwonego pokoju" - pierwszej powieści Strindberga, która przyniosła mu upragnioną sławę!!!

 Strindberg w 1907 roku wreszcie stał się człowiekiem teatru pełną gębą. Zawsze o tym marzył. Kiedyś nawet myślał o karierze aktorskiej, ale na scenie długo miejsca nie zagrzał - szybko spadł do roli suflera i w swym młodzieńczym życiowym pogubieniu rychło musiał szukać innego dla siebie miejsca... Ciekawostką jest, że Siri von Essen po raz pierwszy ujrzała Strindberga właśnie na sztokholmskiej scenie! Pewnego razu młodziutka dziewczyna przyjechała z Finlandii do Szwecji i poszła przy tej okazji na "Marię Stuart" Bjørnstjerne Bjørnsona. W sztuce tej malutką rólkę miał właśnie August. Wygłaszał ze sceny chyba z tuzin słów. Nic znaczącego - właściwie sprawa znikoma, niewarta była nawet tego, by jego nazwisko widniało na afiszach... Nikt jeszcze nie wiedział, kto to August Strindberg. Siri von Essen nie miała pojęcia, że ujrzała swego przyszłego męża. Nie miała pojęcia, że kiedyś ten człowiek obrzuci ją publicznie błotem, nie wiedziała jaki będzie skandal, nie wiedziała, że czeka ją życie wieczne w charakterze żony tamtych czasów czyli, mówiąc brutalnie, ludzkiego oszukańczego strzępa bez zajęcia, bez sensu, molestującego na dodatek młode panienki i wprowadzającego jeszcze jego własne dzieci do - jak to się wyraził - lesbijskiej menażerii... Nie wiedziała owa przyszła nieudana aktorka, jaką rolę odegra w całej tej strindbergowskiej płciowej jatce...

 Wściekłość Strindberga nie miała granic. Ale też rzucił w twarz ówczesnemu życiu trochę bolesnych prawd, za co o mało nie trafił do więzienia. Czasem wygadywał rzeczy kuriozalne, tak że można popukać się w czoło. Ale czasem uderzał celnie - w społeczeństwo, w kościół, w politykę... Był zmienny. Niekiedy chciał trzymać się tradycyjnych podziałów. A niekiedy - w chwilach rozsądniejszych - nawoływał do zrywania kajdan, do wyzwolenia zarówno kobiet jak i mężczyzn.

 W pewnych sferach był rozumiany. Mężczyźni w jego nerwowych, przez co czasem niezbyt literacko wartościowych, opowiadaniach małżeńskich znajdowali swoje własne trudne sytuacje. I niekiedy doceniały go kobiety. Niejaka Victoria Benedictsson pisała: "Może on być jednostronny, temu nie przeczę, ale to, co mówi, to wielka zdrowa prawda. Małżeństwo jest niesprawiedliwe wobec mężczyzny w takich związkach zawieranych przez przedstawicieli klas średnich, gdzie kobieta jest zbyt dystyngowana, by pracować; to tam mężczyzna jest niewolnikiem. Wiedziałam to na długo przedtem, zanim Strindberg zaczął o tym mówić."

 Małżeńskie przygody Strindberga były nieudane. Sam nie zdobywał kobiet - to one zdobywały jego. Na nieszczęście te odważne nie były najwłaściwszym materiałem. A i on sam się nie sprawdzał... Jak zauważył słusznie ojciec Fridy Uhl - drugiej żony pisarza - Strindberg bardziej nadawał się do piedestału niż do małżeństwa... Ale ten lew się upierał... W jego późnym, kameralnym "Pelikanie" pada kwestia o małżeństwie - "Dziękuję, to nie dla mnie! Utrzymywać damę do towarzystwa dla młodych lowelasów, dawać nazwisko i pozycję kobiecie, uzbrajać swego najlepszego przyjaciela, a chciałoby się powiedzieć największego wroga, przeciw sobie... Nie, dziękuję." Hm... Patrząc w Pelikanową rodzinę, widzę moją rodzinę - dziś już szczęśliwie przepadłą... Mój ojciec przynajmniej, stwierdziwszy, w jaki gnój wpadł, obrączkując się w świątyni, nikomu by już małżeństwa nie zalecił. A Strindberg, chociaż pół życia przetrawił na atakowanie tej instytucji, wszystkim w koło małżeńskie życie zalecał, i sam się pakował w kolejne... Mężyk, żoneczka, dziateczki... Uparł się, i już!

 Powróciłem ostatnio do kameralnego "Pelikana"... Kiedyś sądzono, że pelikanica karmi swoje dzieci krwią własną. Uosobienie poświęcenia... Matka nad matkami. O, te poświęcające się matki i żony... Ileż to ja się nasłuchałem takich rzeczy... Kiedy  z czasem zobaczyłem, co pod podszewką się skrywało, ten "Pelikan" brzmi dla mnie zupełnie inaczej. Wielka Matka w negatywie - fałszująca rzeczywistość, kłamliwa, wampiryczna, złodziejska... Są zbrodnie, które karze kodeks karny, ale są też zbrodnie, za które przed sądem się nie staje... "Pelikan" jest dramatem przebudzeń... Sam się swego czasu przebudziłem, widząc, jak bardzo kiedyś stałem po stronie złej istoty... Po wszystkim już jakoś może spłaciłem dług wobec tego, który całe życie był pokrzywdzony, poniżany, także jakoś i przeze mnie... Mogłem się podzielić, zapłacić za ekscesy rodzicielki... Trochę sam się stałem pelikanem, ratując starego przed kłopotami...

 Dzieci Elizy z "Pelikana" zostały przejechane walcem. Mąż Elizy poszedł przedwcześnie w zaświaty, za jej sprawą... Ta się przynajmniej obudziła, choć zbyt późno. Mój "pelikan", mój życiowy potwór, nie przebudził się nigdy i taki nie przebudzony umarł. Syn Fryderyk przynajmniej po pijaku wygarnął wszystko Elizie. Ja zawsze byłem taktowny. Milczałem. Ale gdybym przemówił, wszystko naturalnie byłoby kłamstwem, obelgą... Zero ciepła, zero miłości... Tak w "Pelikanie" jak i w mojej świętej rodzinie... Nie, niczego mi nie brakowało - choć dziś mogę powiedzieć, że w zasadzie wszystko sobie kupiłem... Niczego mi w domu nie brakowało - poza miłością, poza szacunkiem... Byłem powłoką dla jakichś głupich majaczeń, fantazji - sam zaś - ja prawdziwy - byłem śmieciem, wartym kopniaka... Ale oczywiście wykarmionym krwią! A jakże, a jakże!!! Mamusia była taka biedna... Tanecznica... I najgorsze jest to, że nie można się nawet specjalnie gniewać. Po prostu nie mogła być inna. Tkwiła w jakimś śnie...

 O rodzinnych zbrodniach mówi się ochoczo. Zwłaszcza o sprawach najdrastyczniejszych, o mordobiciu, gwałtach... W ich cieniu są jeszcze inne zbrodnie, nie mniej dotkliwe - złodziejstwo, kłamstwo, nieczułość, szantaż, upokorzenie, plucie, wywoływanie poczucia winy, zabijanie ducha... Ledwo uszedłem z życiem z małżeńskiego bagna pewnego pana i pewnej pani...

 Uważajcie na siebie... Strindberg umarł już dawno temu, a i czasy się poodmieniały. Jednak jego ostrzeżenia ciągle są aktualne... I dzieci drogie - niech pilnują was dobre duchy... Bo ja wiem - elfy jakieś!!!

16:19, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »