BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
wtorek, 31 marca 2015
Hering

Ludzie pogrążeni w jednej sytuacji nie przestawali być ludźmi różnych sfer. Te różnice stwarzały dystans, utrudniały współżycie. Jedyne, co tu ma sens - to siła fizyczna, wytrzymałość i celowy wysiłek ciała. Wszystko inne - wrodzona i robiona wytworność, wrażliwość, nawyki, zwyczaje i polor uprzywilejowanych - działa jak demonstracja. Razi i śmieszy, wreszcie staje się pospolitą słabością i wyczerpaniem.

To z "Zieleniaka" Heringa, ze zbiorku jego opowiadań, gdzie trwa koniec świata, upodlenie, pożoga. Okrucieństwo, które staje się codziennością. Zagłada, która w pewnym momencie traci całą swoją straszliwą niezwykłość, która staje się straszliwą zwykłością. Ginące getto w Warszawie, dzieci - koty przemycające żywność, potworność i zniszczenie, które staje się fundamentem dla zwyczajnych ludzkich interesów, dla zysku...

 Trzy opowiadania skreślone tuż po wojnie, w Łodzi, w latach 45 - 46. "Zieleniak", "Ślady", "Meta". Docenione swego czasu, częściowo opublikowane, znalazły się nawet na krótko w wypisach szkolnych. Ale pisarz - ich autor - pozostał właściwie nieznany. Bo porzucił pióro. I tylko taki maleńki, ale znaczący dorobek pozostał.

 Do Ludwika Heringa (1908 - 1984) dochodzi się przez Mirona Białoszewskiego. Gdy się szuka tego wszystkiego, co było dlań, że się tak wyrażę, napędem. Hering to ważna postać w życiu Białoszewskiego. I jest on jakby odwrotnością Mirona, odwrotnością Mironowego "sukcesu wycofania się".

 Jego sylwetkę przybliża Tadeusz Sobolewski w swojej książce o Mironie.*) Jawi się w niej jako człowiek naznaczony straceńczym poczuciem bezsensu życia. Załamanie wywołała w nim samobójcza śmierć ojca. Żył napiętnowany nieszczęściem, często zapadał w milczenie, nie odzywał się. Również uświadomiony sobie homoseksualizm usytuował go w pozycji człowieka, który się musi kryć. Dreptało za nim nieustannie samobójstwo. Przymierzał się kiedyś do skoku, ale wyobraził sobie, jak przebija się przez szkło...  (Skąd ja to znam... Widać jednak, że z myślą samobójczą można jakoś się zaprzyjaźnić i przeżyć z nią długie życie...) Nie skoczył ani niczego innego sobie nie zrobił, ale z czasem jednak coś w sobie ukatrupił. Zabił artystę. W pewnej chwili przestał pisać i malować. Był szalenie wrażliwy. Był tragiczny. "Cokolwiek wyemanował z siebie, stworzył, uważał za niewiele warte. Jego krytycyzm wobec własnej twórczości wyniakał stąd, że miał o sobie niskie mniemanie... Miał za sobą młodzieńcze zapaści, z których wydostał się dzięki Józefowi Czapskiemu. Mimo wszystko jednak niewiele po sobie zostawił. Wiary w siebie nie nabrał. Pokonała go depresja. Ale inspirował innych.

Ledwie trzy opowiadania. Pozostał - w przeciwieństwie do Mirona - człowiekiem etatowym. No i współtwórcą Teatru Osobnego. I coraz bardziej oddalał się od słów. "Józio Czapski zawsze czeka na listy od Ludwika - pisze Miron w dzienniku. - Choćby z przekreślonymi zdaniami i byle jakie. Niech tylko będzie jakiś znak. A Ludwik coraz z tym gorszy. Tak się lęka własnych słów nieodpowiedzialnych. Czy tylko nieodpowiednich."

 Teksty zostały przypomniane. Hering został przypomniany w dość obszernym posłowiu do owych tekstów oraz w wydanym w 2012 roku dzienniku Mirona... W tekstach, w opowiadaniach, pozostał ten świat trudny do pojęcia, z dymem nieustającym, z piekielnym pożarem w tle, z życiem, które potrafi być szokujące w obliczu takiego zniszczenia... Wszystko to przyszło z rzeczywistości, z rzeczywistości okrutnych czynów i równie okrutnych myśli, samych nawet ofiar.

Każda prawie rodzina po aryjskiej stronie była dotknięta nieszczęściem i żałobą, i to było niewątpliwą zbrodnią Hitlera - ale jeśli chodziło o Żydów, Hitler był wykonawcą wyroku boskiego. Czy mogło być inaczej? W oknach sklepowych wisiały - drukowane przez Niemców z pietyzmem złotymi literami i oprawione w urzędowe ramki "złote myśli" księdza Trzeciaka o zgubnej dla ludzkości roli Żydów. (...) Na słupach wisiały afisze z plugawymi wizerunkami jakby żywcem przeniesionymi z "Przewodnika Katolickiego". Na murach przykościelnych nie pobladły jescze napisy: "Śmierć żydom - Polska musi być katolicka. Pisane często ręką pielgrzymów z miejsc świętych. Słowo stało się ciałem. Nie wszędzie doszedł głos szlachetnego kaznodziei (kto czytał "Verbum"?) - ale wszędzie dobrnął "Rycerz Niepokalanej", który głosił między innymi cudami także ten, że Żydzi nie mają duszy. (...) Spełniały się tylko pobożne życzenia. Ludzie drętwieli w podziwie: "Tylu królów było - tylu prezydentów i żaden nie dał rady, a On sam jeden..."

 Ludwik Hering, Ślady, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.

--

*)Tadeusz Sobolewski, Człowiek Miron, Znak, Kraków 2012.

 

14:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 marca 2015
Uprzejmość XXXVII

Odpad. Tak musiał Timo o sobie myśleć. Głupi przypadek. Co się musi naturalnie jakoś skończyć.

Vernick siedział często w bibliotece. Popalał cygaro i zajmował nieznośny mózg muzyką płynącą ze słuchawek. Ze ściany patrzył Munch z kościtrupią rączką... Pasowałaby wokół niej mgiełka miękkich tkanek - ta przyszła zgnilizna ledwie zarysowana na rentgenowskich zdjęciach... Człowiek musi się rozpłynąć ze wszystkim tym, co w jego istocie bywa ładne i pożądane... W każdym razie do czasu...

 Timo postanowił nie przeszkadzać Vernickowi. Zaczął nawet sądzić, że nie ma o czym mówić z tym tam skończonym pisarzem. Czy przypadkiem nie zasługiwał on na to, by dostać w łeb? Póki co to tylko Timo został tu obity... Powinien się spakować. Tak myśli, ale tego nie robi. Tylko czeka.

Znów ulokował się przy parapecie, zadomowiony, jakby już w pełni gotowy na dozgonny drewniany klasztorek...

Ksiżężyc, księżyc... Pisanie musi być czymś niesłychanie męczącym, trudnym. Dłonie są wolniejsze od głowy, a głowa bywa taka niecierpliwa... To chyba Dostojewski w jednym ze swych pierwszych literackich wypracowań wyraził taką myśl, że fascynujące jest samo myślenie o pisaniu. Ze samo to przeżycie wystarcza. Chodzisz sobie w mroku i wszystko obmyślasz. Nic tylko lać to wszystko atramentem na papier. To jednak nie jest takie proste. To jest właściwie okropne...

 Mija czas. Ból musi jakoś ustąpić. Czas oczywiście nie zawsze jest lekarzem, dobrym lekarzem. Niekiedy bólu nie da się wyleczyć... Marie wróciła już ze szpitala. Po to, by być w pojedynkę. Z tym swoim życiem, za które ludzka głupota ją samą obwiniła... Że też ośmieliła się kiedyś przyplątać, płynąc z pukawki najeźdźcy, wpływając wprost w łono zdradzieckiej kurwy. Gdy dorosła, próbowano zrobić z niej wariatkę... Za to, że ośmieliła się być.

 To niebezpieczne, gdy człowiek zaczyna rozmyślać. To nie dobrze, gdy człowiek myśli, zwłasza w złości. Mózg w ogóle nie służy do myślenia. To jakaś uboczność, to skutek chorobliwego rozrostu, chorobliwej przesady. Mózg pomaga jedynie uniknąć śmierci, zdobyć żarcie i partnera, by z nim pokopulować. Dla mózgu dość przeszkód jest na świecie. Musi jednak często mierzyć się z przeszkodami wymyślonymi, storzonymi po wściekłym zastanowieniu się... Ją i jej przyjaciela chciano wyeliminować. Ale się niu udało. Pozostali tym brudem wśród pelmienia, które jakoś się wreszcie uspokoiło. W zaciszu było im dobrze. Wszystko jednak, tak czy owak, musiało się zakończyć. Przypadek? A może jednak porachunek - bardzo dalekie, ciche echo z mrocznych, wojennych czasów... A Timo tylko znalazł się w złym miejscu... Póki nie ma żadnych tropów... Może tak być, może tak pozostać. Nie wszystyko przecież daje się rozsupłać. I bandyci miewają szczęście.

 Marie zjawiła się z drwiąco pysznymi truskawkami. To pierwsze w tym roku. Kupiły z Inger kilka pudełeczek przy drodze. Aromat, smak - wszystko to samo co zawsze, bez względu na wydarzenia. Okrucieństwo milczącej natury. Nigdy nie wyczuwającej nastroju. Można by było wsypać jeszcze kilka łyżeczek cukru i zmiażdżyć wszystko w kwaśnej śmietanie... Tak Timo lubił w dzieciństwie... W ustach zapanowałaby ta sama wielka radość.

 Tylko smaki, tylko pyszoty i wszelkie miłe podrażnienia. I łyk za łykiem - wody i powietrza, i kęs za kęsem jedzenia... Wiedzieć jak najmniej o tym, że się jakoś bardziej żyje. To nieporozumienie. Ta podczaszkowa papka nie jest żadnym wykrywaczem prawdy. Nic się nie wyjaśni... Jak najmniej się babrać.

 Wspomnienia, którymi nie można się podzielić, szybko znikają, a nawet jeśli nie, blakną i tracą znaczenie, i chciałoby się je strząsnąć z siebie...

Dużo księżyca pozostałoby do przerobienia, do przetrawienia, gdyby Timo poczuł się przymuszony do jakiejś pracy nad odnalezionymi odpadkami... Okno, cisza, nic... Góra jeszcze, zmiennolica. Same resztki pośród malowniczych dekoracji... Timo zawsze trafiał w jakieś końcówki. Aż zaczął wierzyć, że stanie się ktróregoś dnia świadkiem końca świata... Kawałki - wszyscy nie do pary... Można by było zacząć od Marie z beznadziejnie dobrymi truskawkami...

 Inger opowiedziała o spalonym kościele i jeszcze o spalonym domu. To była jeszcze jedna rozbita para. Czasy nieszczęsnych jedynych żywicieli i ich żon z potomstwem. Morze miast żywić, pożarło żywiciela. Żywiona najwyraźniej uznała sytuację za beznadziejną. Podpaliła dom, a w nim siebie i dzieci... Dużo złej energii na tym ziemskim grzbiecie. Miejsce dość dobrze zasiedlone przez upiory. Chyba pełne już zniecierpliwienia. Ci, co tu osiedli, może jeszcze mogą liczyć na miejsce, ale nowych nikt już sobie nie życzy...

 Idź dalej, i żyj. Pędź. Nie myśl tak! I wcale o nas nie pamiętaj... O nas, o upiorach. Pogódź się z nieszczęsną sytuacją. A potem umrzyj. Tylko bez rozpaczliwych wariactw.

 Nie zejdę na psy - pomyślał Timo. - Nie stać mnie na to. - Muszę więc umrzeć - powiedział z radością, bo przecież jeszcze śmierć nie patrzyła mu w oczy. Pomyślał o niej jak o czekającej go przygodzie. - To nie nastąpi jutro... Tak być już teraz w żałobie po sobie samym... W żałobie wszystko wypada, żałoba skłania wszystkich do patrzenia przez palce... Smutek podszyty radością...

 Vernick znów siedział utopiony w muzyce. Chyba rzeczywiście się utopił. Timo zaszedł do niego. Myślał o pożegnianiu. On tylko patrzył. Patrzył. Gdy Timo zdjął mu słuchawki, nie nastąpiła żadna zmiana... Nie słyszał, nie widział, nie czuł? Ciepły. Po prostu, zwyczajnie ciepły czy jeszcze ciepły?

 Timo nigdy nie wiedział, co trzeba robić. Co wypada? Tak często chciał krzyczeć, a gryzł tylko pięść. Chciał eksplodować, a czasem tylko płakał do poduszki.

 Wyszedł i skrył się w swojej pustej paczce... Co się będzie działo? Czy Inger widziała, jak od niego wychodził i jak czmychnął do sąsiedniego pokoju?

 Wsunął się pod koc. Spać! Spać!

 - Paul. Paul! Co ci jest? Paul!! - To Inger. Znalazła go...

 "Czy założyłem mu słuchawki z powrotem? Człowiek traci naraz tyle szczegółów!"

CDN

14:21, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 marca 2015
Uprzejmość XXXVI

 - Zimna łapa, co?

 Timo oparł się o ścianę. Aż go zamroczyło. Nisse patrzył na niego z miną zabawowo nastawionego drapieżnika.

 - Wybierasz się gdzieś?

 Ruchliwa góra mięsa już na czymś innym skupiła uwagę. Rzuciła właśnie na podłogę dużą torbę podróżną, do której miała zamiar coś zapakować, coś, co kryło się w szafie.

 Timo przypomniał sobie, po co chciał wybiec. To ten zakapturzony chłopiec. Mała rozmówka z upiorem. Bo że był to upiór, nie miał najmniejszej wątpliwości. Wcale nie wierzył w upiory, w tych jednak okolicznościach postanowił zmienić zdanie. Być może tutaj natura czyniła jakieś wyjątki. Po tylu różnych manifestacjach trzeba było się poddać.

 Nisse był nad wyraz ruchliwy. Po złodziejsku ukrył w torbie jakiś duży przedmiot. Potem wrzucił jeszcze do niej trochę ubrań i szybko skierował się do wyjścia. Przystanął jednak obok Tima - najwyraźniej był dokuczliwie usposobiony. Timo postanowił się bronić.

 - Bijesz jak baba. I wali od ciebie szczyną.

 - Spierdalaj - syknął cicho Timo.

 - Pięknie. I słyszę to u siebie. Bardzo się rozgościłeś. A poza tym lekceważysz sobie poważne zaproszenia.

  - Mogę sobie wyobrazić powagę sytuacji.

  - Świetnie, kutasie. Na jakiś czas znikam. Ale nie powiem na jak długo. Nie znasz dnia ani godziny - poinformował Nisse i zdzielił Tima przez łeb.

 Timo rzucił się na osiłka.

 - Dobrze, dobrze - zaśmiał się Nisse i strząsnął z siebie nieboraka. - Ale i tak plus, żeś potrafił zdemolować sklepik.

 - To jakoś nie współbrzmi z tą najnowszą morską tejemnicą. Czyżby względy ideologiczne nie...

 - Coś ci się pomieszało?

 - Z jakiego innego powodu mogłaby ucieszyć cię moja demolka?

 - Nie będziemy ze sobą gadać.

 Nisse wyszedł. Na zewnątrz pozostał też upiór. Czy może już się rozwiał? One wszak nie są rozmowne. W gruncie rzeczy pozostawały równie dokuczliwe jak Nisse. Wszystko się tu przeciw niemu sprzysięgło. Raz za razem był straszony, zwykle w mało wybredny sposób.

 Nisse uruchomił samochód i odjechał, szybko, jak najszybcej... Ruch, ruch. Ludzie ciągle się ruszają, działają. A w tym jest ogromna dokuczliwość.

 Nic, tylko pakować się i zmykać.

 Czy Inger też nabrała tego przekonania? Czy cały czas patrzyła? Timo dostrzegł ją w uchylonych drzwiach do kuchni. Stała tam z wytrzeszczonym okiem. Niezbyt pasująca do towarzystwa. Timo zresztą też nie pasował. Timo nigdzie w zasadzie nie pasował.

 Gdzie Paul? Katował się Haydnem? To zabawne - robić coś nieznośnego tylko po to, by wydłużyć czas. Niczego nie  można robić bezkarnie. Życie trwa jakby dłużej, lecz ta męka...

 Paul nie ma już zajęcia. A coś jednak trzeba robić. Człowiek niby nic nie ma przeciwko umieraniu, ale jakoś tak ma nadzieję, że śmierć uda mu się oszukać... Przecież jak będę coś robił, to śmierć nie śmie się przybliżyć. Liczymy chyba, że śmierć odznacza się taktem... Umrzeć w trakcie koncertu albo przy dobrej robocie, tak ni w pięć, ni w dziewięć? Ale przecież ludzie często tak właśnie umierają. Paul opowiadał, że brat zaginionego z ojcem sąsiada umarł w jakiejś ponurej pornonorze, w zaspermionej piwniczce, na plastikowym krzesełku, przed ekranem pełnym pracowitej nagości. Z pewnością był tam bardzo zajęty. Z racji wieku może nawet rozpaczliwie zajęty? Smutna śmierć. Smutne są też drogi, którymi się idzie za pożądaniem... Rodzaj rozrywki. A rozrywki i przyjemności to sprawa śmiertlenie poważna.

 - Chyba cię nie uderzył? - Inger wreszcie wyszła z ukrycia.

 - To nic. - Timo zatrzymał się na schodach.

 - Czy on mógłby ich zabić? Jakoś całkiem prawdopodobne mi się wydaje...

 - Nie kazano mu się nie oddalać?

 - Nic mi o tym nie widomo. Może masz ochotę na kawę?

 Timo na nic właściwie nie miał ochoty, ale nie chciał odmawiać. Najwyraźniej Inger potrzebowała jakiegoś towarzystwa.

 Kawa już była zaparzona, tylko nalewać.

 - Czy dla pani też jest przykry? Nisse.

 - Nie. Właściwie mnie nie dostrzega.

 - Nadziałem się na niego. Pędziłem na spotkanie z upiorem. Dziwnie rozmowny się tutaj zrobiłem. I właśnie na rozmowę liczyłem. Chociaż teraz nie wiem, o czym miałbym z nim gadać.

  Inger parsknęła śmiechem. Timowi śmiech ten się udzielił.

 - Chyba dobrze, że taki temat się nasunął.

 - Że absurdalny.

 - Tak chyba najlepiej.

 - Nawet nie wie pani, jak jestem jej wdzięczny.

 - Nie powiesz mi chyba, że to chłopiec, co zdążał do Nyrud.

 - Nyrud? Więc tam jechał? Ach tak, coś sobie przypominam... Życie jest okropnie podstępne. Posuwa się do niesłychanych rzeczy, byle trwać w jak największej liczbie przejawów...

 - Tu mu się nie udało.

 - Tak, ale sami sobie szepczemy: - Długo i wśród zmian! Byle nie wieczność, nie teraz... Tak więc uciekać... Teraz sobie pomyślałem, że może dobrze jest trafić we właściwy moment. Jeśli ten tu tak chodzi z psem na myśli, to lepiej trafił brat tego tam, poszkodowanego, umierając w kinie porno. Niech Paul może tak często nie słucha tego całego Haydna...

CDN

15:43, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2015
Fenrir na spacerze

I przyszło na Północ. Zaćmienie. W górę popatrzyła zaciekawiona Islandia, popatrzyły wysepki z Farerczykami, Skandynawia, i nawet my, tu trochę poniżej, zerknęliśmy... Łaskawa jest ostatnio natura, bo to i księżycem się trochę pobawiła nad naszymi głowami, a ostatnio nawet kazała i u nas poświecić aurorze borealis... Bardzo ładnie...

Mój Boże, ja widzę! Tak to zawołałem po Castorpowemu. Bom się gapił poprzez kości. Bo sobie wziąłem Frankowy nadgarstek na kliszy rentgenowskiej i przezeń gapiłem się na nadgryzane słońce. Bardzo to było malownicze i nawet takie końcowoświatowe. Grobowy widoczek, memento, a tu jeszcze gaśnie słońce...

Kiedyś słońce zeżre wilk. Fenrir, co go spłodził Loki razem z olbrzymką Angrbodą. Bogowie go kiedyś związali, tak dla pewności, dla bezpieczeństwa. Podejrzliwy był potwór... - Tak, chcecie mnie uwięzić. - Ale gdzie tam. To taka zabawa. Patrz, jakie wątłe te sznurki... Istotnie, sznurki - właściwie nitki, jak od pająka. Związali nimi dziecię Lokego. I się okazało, jak są one mocne. Fenrir się chciał ubezpieczyć. Tyr się poświęcił. Gdy wiązali wilczysko, to kazało sobie wsadzić w pysk czyjąś łapę. - Jak będzie coś nie tak, odeżrę! No i odżarł. I Tyr pozostał bogiem jednorękim.

Fenrir. Ciągle, jak widać, związany. Jeszcze nie czas Zmierzchu Bogów... Ktoś go tylko na spacer wyprowadził. Popróbował znów dysku świecącego, tak dla żartów, dla postraszenia... On dobrze wie, że kiedyś się uwolni, bo takie jest jego przeznaczenie... Hm, ci, którym się nie wiedzie i którzy życzą światu źle, znów muszą czuć się rozczarowani...

Ja jestem oczarowany!:)

13:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 marca 2015
Birgitta

 Wierszowo... Birgitta Jónsdóttir. Islandzka poetka, polityczka, posłanka, liderka Partii Piratów.

 Birgitta Jónsdóttir

 Puszka Pandory

 Nigdy nie jesteśmy sami

 wybieramy samotność

 ale nigdy nie jesteśmy sami.

 

 Gdy otwarta jest

 puszka Pandory

 to jest poruszenie.

 

 Puszka Pandory

 nie jest tym co twierdzą inni

 tylko tym w co sam wierzysz.

 

 Widzę puszkę Pandory

 jako otwarcie

 jako wyzwanie.

 

Zobaczyć wszystko to

co chcesz ukryć

przed samym sobą.

 

 Objąć ciemną stronę

 by pozwolić jej zmieszać się z jasną stroną

 by skończyć wreszcie

 z poczuciem rozdwojenia.

                                   przełożył Kiljan Halldórsson

środa, 18 marca 2015
Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę

To znaczy - jestem jak najbardziej rozkręcony, ale mam na myśli rozkręcenie blogowe...

W sumie to jestem wzruszony - bo taka miła zima się przydarzyła. Pooddychałem, pojeździłem na deskach - wreszcie tak do wiwatu. Byliśmy to tu, to tam. Tu - wśród naszych gór. I tam - czyli na Północy - kilka dni nieprzytomnie przegadanych, w Oslo (albo, jak mawia ostatnio Franek, w Ośle... To tak w związku z pewnym osiłkiem, którego poznaliśmy kiedyś i który nam opowiedział, że robił kiedyś w Tromsie... - Co? Gdzie?... A tak, chodziło mu i Tromsø... Nawet mu tam pół palca urwało. Ozdobny człek!)

Kwiecień zaraz. Przyleciały szpaki. Pięknie gwiżdżą.

Kwiecień wybieram. Jest taki wierszyk, Bjørnsona. Kiedyś go tu przerymowałem. Lubiła go Dagny Juel. Mimo wszystko szczęściara. Tak -  myślę o rozkręcaniu się, a tu mi się wplątuje ktoś, kto się w miarę nieźle wykręcił, z wszystkiego... Ale - można i o tym w ramach rozkręcenia... Wykręcenie się to w końcu szalenie ważna rzecz - wręcz decydująca o szczęściu...

Ale o tym kiedy indziej. Idę słuchać szpaków...

14:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 marca 2015
Uprzejmość XXXV

 Szara świnia, w którą zmienił się przyjaciel... Timo stał przy oknie kartkując książkę w poszukiwaniu stosownego fragmentu. Jednak niezbyt się starał i szybko odrzucił papierowego potworka nie znalazłszy poszukiwanego miejsca...

 Pogoda znów się zmieniła. Przyszedł chłód i ciężkie chmury, z których raz po raz padało. Wiatr ciskał czasem kroplami deszczu o okienne szybki. Krople rysowały na nich drobne wielokropki. Tak wiele by jeszcze mogło się zdarzyć, gdyby nie... Mało kto w życiu stawia na końcu jedną stanowczą kropkę. Mało kto może sobie na coś takiego pozwolić. Większość musi się liczyć z tym, że wszystko zakończy się wielokropkiem...

 Timo znów sięgnął po książkę. A to co? Nie ma żadnych średnich klas. Żadnych lekko średnich, bardziej, mniej średnich. To tylko dziadowskie wymysły, bo dziad dziadowi nie równy. Bo dziad lubi dokopać dziadowi, przed dziadem się nastroszyć, dziadowi ubliżyć, dziada nastraszyć... W chmurach takie rzeczy się nie zdarzają względem dziadów. Wysoko w chmurach kryje się końcówka łańcucha pokarmowego. Tworzy go garstka zjawisk, którą bardziej od przyrodnika mógłby się chyba zainteresować jakiś demonolog... Bo przyroda jest niżej. Niżej są same dziady. Wcale nie muszą być śmierdzące i nieustannie domagające się zasiłku. Wystarczy, że stale potrzebują pensji, wystarczy, że ich życie skolonizowała praca, że muszą się spieszyć. Wystarczy, że aby się cieszyć życiem, lwią część tegoż muszą beznadziejnie roztrwonić. Pół biedy, gdy człowiek kocha swoje zajęcie - wówczas żyje pośród miłych poczuć, nawet jeśli nie na wszystko może sobie pozwolić. Ile jest jednak radosnych trzeźwych dziadów?... Ponaddziadowa sfera wcale nie musi być czysta i wymuskana. Bytowanie w niej może upływać w syfie - ważne jest tylko to jedno, podstawowe bogactwo, a mianowicie czas. CZAS! Czas, którego nikt nie ukradnie, nie rozbabrze, nie zeżre...

 - O jej - jęknął Timo. - Czy to pocieszające, że jestem dziadem na równi z właścicielem lwiej części mojego czasu? Choć teraz mój czas mu się wymyka. Dalej jednak będę dziadem...

 W mroku pochmurnego popołudnia nawet i paczka drewniana, goła, surowa, może stać się miejscem przytulnym i ciepłym. Timo otulił się rękami, żeby było jeszcze przyjemniej...

 - W jednym kawałku, na dużej połaci suchej podłogi. Odpychający myśl o lekkomyślności. Jestem pewny, że...

 Timo senior sam też mógł być jedynie dziadem. Czekała go tylko dziadowska zwyczajność. A jednak przechytrzył życie. Dzięki uprzejmości. Dobroczynność krzyżuje tyle ponurych planów. Jednak w pokrzyżowaniu nadal jest ponuro. Przynajmniej tyle - może sobie pomyśleć bóstwo ponurości... Jaka wspaniała wielkoduszność kobiety, że tak po prostu pozwoliła mu odejść, a właściwie tutaj zostać. Pozwoliła mu się uksiężycowić. Choć naturalnie nie miała o tym pojęcia... Został jakby poza klasą, jakąkolwiek. Poleciał na księżyc wyrażony po islandzku. Czemu tak? Dla językowej elegancji? I stokrotki. Oszaleć można, pomyślał sobie Timo wertując tym razem zapiski ojca... Tu nie ma problemu. Żadnych niespodzianek - zawsze trafi się właściwie - na księżyc i w stokrotki... Oto tata...

 Jeśli nie mogę żyć, to muszę przestać żyć. - To znowu Vernick. - Gardła sobie jednak nie poderżnę. Ale mogę się jakoś naszykować. O, jakbym się przymierzał do trumny. Umrę przygotowany, dopasowany. Powoli, dokładnie, z rozkoszą nawet, z takim miłosnym motylem w brzuchu.

 - Miłosne motyle. Tak samo może być w wychodku... Ciało się wyraża, ale ma bardzo ograniczone możliwości. Z takim motylem człowiek nie myśli o najgorszych rzeczach... Sracz to dobre miejsce na twórcze pomysły. Chwila odseparowania - rzeczywistość wściekłych niespełnień jest niby to daleko. A na randce gubi się cała wiedza o małżeńskich ponurościach... Żyje się z motylami zapominając o śmierci, o bólach, chorobie... Ale w końcu... Słyszą moje szepty? - zastanowił się Timo.

 - Stokrotkowa posypka. Był sobie tato. Inaczej. Zupełnie inaczej. Która kobiecina by mu tak dała... Matka mu dała. Ale nie chciała patrzeć. Zniknęła w mlekowozie... Ale czemu mnie nie zostawiła? Tylko kazała mi zniknąć? Człowiek jest, a jednocześnie wiecznie znika.

Nexø. Ogromny płynął księżyc. Tajemnicze światło nasycone dziwną siłą, ogarniało całą okolicę pajęczyną chłodnych promieni magnetycznych. Promienie przenikały do posłań ludzkich, trwożyły śpiących, wnosiły nerwowy niepokój...

 - Czy nie on powiadał, że kobiety zjadają cudze życia razem z kośćmi? Przynajmniej w pewnych sferach. Może u dziadów nadśrednich?

 - Za dużo zachodu... Tyle przeszkód jest na świecie, że nie sposób myśleć o księżycu. A jak się już człowiek na dobre spotka z księżycem, to mu się już żyć nie chce... Ależ sobie pożył w tym nieżyciu... Kochał się nawet z Kaligulą, a jego przyjaciel wcale nie przemienił się w szarą świnię...

 - Czy to go bolało? Czy płakał sobie w tym drewnianym klasztorku? Że tak tylko ten księżyc?

 - Ten, co nie zmienił się w szarą świnię... No tak... Ale już trup? Szare dość świństwo... Tak, tak... Szanował tę nicość. Pozwolił na pracowite nic... Tak miał nawet usta pełne cytatów. Przywoływał Maxa Broda, Gombrowicza. Mówił o niewypowiedzianym cierpieniu. O pracy koniecznej a niechcianej. O upokorzeniu i przygnębieniu. I smutnych powrotach do domu. Do dalszego odmierzania czasu. - Sztuka może już być tylko sprowadzona do zwykłego hobby uprawianego z zegarkiem w ręku. Nawet odpoczynek w takich pracowniczych warunkach jest udręką, udręką liczenia czasu. Timo był mimo wszystko artystą. Choć spsiałym. Doszczętnie. Stworzył jednak księgę, która w pustocie może być całkiem zajmująca. Zwykle książka to kit do zapychania pustych egzystencji.

 Pusty Timo czytał księżycową pustkę Tima. Pomału.

 Księżyc mógłby sobie jeszcze poświecić. Ale może zaniepokojony człowiek brał górę? Musiało tak być. Nic się nie skończyło...

 Ta przeklęta niepewność. To zupełnie jakby zakochać się w kurwie. Rzecze Ole Jastrau z Kopenhagi.

 - Z Ko -pen -ha - gi. Tak... Niemal wszyscy muszą kochać się w kurwie. Tak po prostu, po dziadowsku. Mało kto może spaść na psy. Luksus to właśnie możliwość zejścia na psy. Do tego trzeba sporych pieniędzy. Dziad na psy nie zejdzie. Dziad zawsze zostanie dziadem, chyba że jakiś cud...

 Najważniejsze są pieniądze. Otwierają wszystkie drzwi i pozwalają nie otwierać swoich.

 Coś rozkazało Timowi porzucić papierzyska i zwrócić się w stronę obrazu zakrywającego dziurę w ścianie. Zapalił przesuszonego papierosa. Wreszcie. Chociaż... Spodziewał się czegoś ciekawszego. Ledwie nikły zawrót głowy po krótkim powstrzymywaniu się. I po obrazie spodziewał się czegoś ciekawego, lecz w tej mieszkalnej drewnianej paczce przedstawiał się mizernie. Infernalne malowidło. To prawda. Gorące. Aż człowiek patrzył z troską na łatwopalny budulec, do jakiego owo piekło zostało przytwierdzone. Żar i zwęglenia. Czy to stosowna przykrywka dla śladów tego całego suicidium? A jeśli ojciec też?... Samobójcy pewnie idą do piekła. Takie chyba przeważają wierzenia? Dzieląc je, Timo musiałby pokładać wiele nadziei w Nissem. Ale nie podzielał takich wierzeń. Zresztą... Zawsze słyszał o Bogu jako o panisku. Czymże jest zbawienie jeśli nie wielkopańskim gestem wobec sponiewieranego...

 Wrócił do okna. Miał już dość piekiełka. Rozejrzał się za czymś, co mogłoby posłużyć za popielniczkę. Niczego takiego jednak nie znalazł, uchylił więc okno, by pozbyć się niesmacznego kłopotu. Papieros pofrunął z deszczem i znikł wśród źdźbeł trawy.

 - Nexø? Znowu? - mruknął wróciwszy do powieścidła. - Człowiek z biegiem czasu zmienia się w śmietnik. - Zadziwiające odkrycie - można nie nudzić się nic nie robiąc. Naturalnie! Ma się rozumieć!!

 - A to co? Co? - Wzdrygnął się na widok szarego człowieka szukającego czegoś w trawie, dokładnie tam, gdzie upadł papieros. Pojawił się tak niespodziewanie, znikąd! Szary przeciwdeszczowy płaszcz z nad wyraz obszernym kapturem, w którym ginęła mała głowa.

 - Pan coś zgubił? - zawołał Timo kładąc się na parapecie, powodowany ciekawością.

 Człowieczek spojrzał w górę. Jasna, wręcz lśniąca twarzyczka w pieczarze za dużego kaptura. Jakaś sierotkowatość całej postaci. Oczy prawie bez tęczówek, jakby je ktoś ugotował. (Czy gotowane oczy blakną??)

 - Pozbyłem się raz psa!

 - I co z tego?

 - Chciałbym mu coś wyjaśnić. Ale boję się, że już go nie spotkam - odpowiedział kaptur. - A to ty! - zauważył po chwili, jakby trochę zaskoczony.

 - Ja? Czyli kto?

 - Przecież widzę, że Timo!

 Timo szybko zeskoczył z parapetu. Poczuł nieprzyjemne bicie serca. Trochę się przestraszył, niemniej ciekawość zwyciężyła. Wybiegł z pokoju na schody, na dół, do drzwi.

 Nagły podmuch wiatru. Wilgoć. Zimna łapa. Głośne plaśnięcie. Prosto w czoło. Mocno!

CDN

13:57, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »