BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 31 marca 2016
Strindbergowskie szczęście

 Tak tu wpadłem na chwilę... Oj - internet - wchodzę niczego nie szukając... Ale inni szukają, jak się przekonuję, także i tutaj - litości - gołych chłopów albo pończoch... Te pończochy mnie zaskoczyły... Że tu? Ciekawe, ciekawe... :))

 Szukał też ktoś czegoś o bliskości... Może ja o szczęściu? Szczęściem bywa też bliskość...

 Żeby tylko człowiek umiał żyć jedynie tym, co tu i teraz... Bez lęku. Bo lęki to zawsze z przyszłości nieznanej płyną przecież... Słuchałem ostatnio rozmowy z pewnym pastorem. On tak zalecał właśnie, by najbardziej żyć tym wszystkim, co tu i teraz. By to najbardziej pielęgnować. I nie zatruwać się tym, co nieznane... Przecież przed nami może być tyle jeszcze wspaniałości... Tylko że - łatwo powiedzieć...

 Z boku szepcze August Strindberg, którego rzeczywistość tak często boleśnie rozczarowywała. Ach, szczęście, szczęście - jak słodki owoc, w którym jednak niepokojąca pestka, z trucizną...

 "Gra snów"... Scena, gdy wchodzą Nowożeńcy. Mąż jest bezgranicznie szczęśliwy, tak ogromnie szczęśliwy, że chciałby zaraz umrzeć. - Dlaczego umrzeć? - pyta świeża żona.

 MĄŻ - Ponieważ w szczęściu kiełkuje zawsze ziarno nieszczęścia. Szczęście spala się zawsze samo, jak płomień... nie może płonąć wiecznie, musi zgasnąć. To przeczucie końca niszczy je w samym zenicie.

ŻONA - Więc umrzyjmy razem, natychmiast!

MĄŻ - Umrzeć? Dobrze! Boję się szczęścia, które jest zdradliwe!

----

 Ja, gdy jest mi dobrze, zawsze mówię, że aż mi się nie chce z tego powodu żyć... Bo życie to zmiany. Bywa przecież - jakże często bywa - że na gorsze... Gdyby się teraz nic już miało nie zadziać - byłbym uradowany, ukontentowany...

Aj, szczęście, szczęście... Kłopotliwa sprawa... Tak, tak - najfantastyczniejsze bywają w życiu przedszczęścia - czyż nie? Poczekalnie szczęścia, podniecające, o, jakże podniecające...

 No - można sobie pomyśleć... Co uważasz, poszukiwaczu?

 I zachęcam do lektury. "Gry snów"... Można znaleźć w tomie ze sztukami wspomnianego autora:

August Strindberg

"Dramaty królewskie. Dramaty liryczne"

Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1988.

10:21, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 marca 2016
Brzozowski, czyli lilia w nieczystościach

 Że się coś odradza? Nic tam... Odżywa, co żywe. A ze zdechu powrotu nie ma... A że jakieś cuda? Są - lecz te zawsze z piekła rodem. I tylko same możliwości pośród tęsknot za niemożliwościami miłymi...

 Nie, za przyjemnie to nie jest... I ja nie o życiu będę, a o śmierci. Na wiosnę. Choć jesień jej bardziej do twarzy...

 Marzec jakoś mi tak niesie śmierciowate myśli... W marcu umarł mój ukochany dziadek - kwiatów miłośnik. Umarł też największy potwór mojego życia, czyli matka. Umarła też jedna z moich najlepszych przyjaciółek - już dwadzieścia lat temu... Przedwiosenny marzec niosący często smutek... Źle się kojarzy.

 Od jakiegoś czasu myśli moje czernieją. Ktoś mi spłoszył w głowie kałamarnicę, i puściła atramentowy obłok... W związku z tym rocznicowe myśli płyną ku malowniczościom śmiertelnym...

 Lilia sprzed stu piętnastu lat... A nawet stu czterdziestu, bo i okrągłości urodzinowe w tym roku przypadają. Lilia, co to patrzyła na wód czarnych tonie, swoją białością przerażona, chłonąca zatrute wyziewy, omdlałe schylająca skronie... Klimaty Młodej Polski, naturalnie, prosto z "przybyszewskich" kręgów, w postaci najpesymistyczniejszej, wręcz katastroficznej...

 Stanisław Korab - Brzozowski słów na wiatr nie rzucał... Starszy brat Wincentego, Vincenta de Koraba... Tajemniczy, o nieznanym wizerunku, urodzony w syryjskiej Latakii, po to, by spektakularnie skończyć ze sobą w Warszawie... Tajemniczość, która, choć obecna w podręcznikach, z powodzeniem się wymknęła... Jedna z mieszkanek krainy modernistycznego cierpienia, Ewa Łuskina, wspominała go afektowanie pisząc o postaci "wyniosłej i kosmopolitycznej - głowa ostra i blada, z zastygłym stygmatem bardzo starej rasy i skupionej woli..." Nie było mu wygodnie - skarżył się więc, bo oparć było brak, bo pustki, bo próżnie. W takich warunkach trudno o miejsce, jeśli wszystko złe i cuchnące. Dobrze się zapowiadający poeta dotknięty skrajnym pesymizmem śmierć do siebie zaprosił:

O, przyjdź!

  O, przyjdź, jesienią -

Wdziej szatę lekką, białą, zwiewną,

  pajęczą;

Rzuć na hebanowe swoje włosy

  perły rosy

Lśniące zimnych barw

  tęczą.

  O, przyjdź, jesienią - 

Owiana skargą tęskną, rzewną

  żurawi,

W dal płynących szarych niebios tonią,

  tchnącą wonią

Kwiatów, które mróz

  krwawi.

  O, przyjdź, jesienią -

W chwilę zmierzchu senną, niepewną -

  i dłonie

Swe przejrzyste, miękkie, woniejące

  na cierpiące

Połóż mi skronie -

  O, Śmierci!...

 I przyszła śmierć. Ale nie jesienią, tylko wiosną, w kwietniu 1901 roku...

 Co było do spieniężenia, spieniężył. Do swojego lokum, przy Książęcej, gdzie mieściła się redakcja "Chimery", zaprosił gości na imprezę. Ponoć nastrój był koszmarny. Nad ranem gospodarz wyszedł. I już się nie pojawił. Został znaleziony martwy. Zażył truciznę.

 Jego brat, Wincenty, trochę taki nasz Rimbaud, w okołotrumiennym wierszu pisał o zmarłym bracie, że był poetą, od którego wszyscy stronili

"... nie mając ochoty

Być w kręgach jego myśli; więc w kącie komnaty, 

Sam jeden ze swym cieniem, dziwne poematy

Układał, pisząc węglem smutku i zgryzoty...

  Z domu wychodził rzadko - o słońca zachodzie -

  I w parku szedł, wśród kwiatów, pełen zimnej pychy;

  I rzędy drzew w alejach mruczały jak mnichy

  Egzorcyzmy, zgadując, że Złośnik w ogrodzie..."

Pewnie by się to spodobało i Sigbjørnowi Obstfelderowi... Tak zgaduję, bo zaraz o nim sobie pomyślałem...

 Duchy, duchy, sprzed wieku... Duchy, a wśród nich Ducha! Dagny Juel. I na swoje nieszczęście - Przybyszewska... Z ducha i z papierów urzędowych... Tajemnica - śmierci łańcuch... Brzozowski. W dniu jego pogrzebu na swój pogrzeb udała się i Dagny Juel. Wsiadła w pociąg, by pognać do Gruzji, w której leży do dziś... Prawdziwy zbrodniarz, to ten, co ją pchnął w tę podróż. Ten słabeusz o gasnącej sławie. Przybysz, którego żywot ukształtował się na prawdziwą opowieść grozy...

Książę Co - Co. Czyli Władysław Emeryk. Powiózł do Tyflisu rewolwer zmarłego Brzozowskiego... Z niego strzelił do Dagny. I do siebie. Kółeczko wielbicieli. Rozwichrzone głowy. I ledwo dorosła kobieta, która w tych początkach dorosłości wszystko miała już za sobą... Tajemnicza pani znad kieliszka, goła baba z obrazów Muncha, muza, pisarka, pianistka, tłumaczka, żona, matka - nagle bez niczego, bez perspektyw... Nagle wśród Polaków, których nie bardzo mogła pojąć... Ta Polska to był największy błąd...

 Historia Dagny to opowieść o tym, jak świat nagle przemienia się dla człowieka w pustynię... Najludniejsze nawet miasta były już jedynie fatamorganą.

 Jest w tym wszystkim miejsce na malownicze i zbrodnicze knucia... Śmiertelny krąg jest doskonałą pożywką dla fantazji. Choć zwykle najprawdopodobniejsze są najprostsze wyjaśnienia. Pieniądze, a właściwie ich brak, wiele mogą tłumaczyć... Duchy niezwykłe potrzaskały się o brutalne, wulgarne rafy zwykłej ziemskiej codzienności, które lubią pomijać kwestię ludzkich wyjątkowości...

 Ktoś po śmierci Brzozowskiego napisał w nekrologu gazetowym, że poetę zabrały nam ciężkie warunki materialne i zawód prawniczy, któremu poświęcać się był zmuszony... Rozterka się w jego duszy wytworzyła. "Pragnął swobody, pracy i tworzenia, życie nakładało nań swe nieubłagane pęta. Śmierć nagła przerwała tę walkę... Spokój jego popiołom!"

 No, spokój... Powtarzam i ja... Z lekką nutą zazdrości... Bo trochę zazdroszczę samobójcom...

 Się ludzie czasem nie wahają przy rozcinaniu węzłów...

 A ja dłubię i dłubię... Pamiętając o duchach sprzed wieku. I o innym świecie. Pamiętajcie i wy. O Brzozowskim, co się kochał w Dagny. I o samej Dagny. I całym tym kółku polsko - skandynawskim...

11:34, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 marca 2016
Z Pieśni Najwyższego z myślą o najwyższym urzędniku

 Urzędnik nie daje mi szansy. Wielkich liter w jego przypadku użyć nie mogę... Prześciga się ze złym czarodziejem. Słucha czarodzieja, i mówi, a właściwie drze się, bo ciągle dominuje wiecowość, choć władza już przecież przejęta, na całego i na cacy... (O jej - te opozycyjne przyzwyczajenia...)

 Ja z tych złych, drugiego sortu, z pedałów, cyklistów i futrzaków... No cóż - dowiaduję się... W krzykliwości... Zatem władza zdradza jakieś zalęknienie. Coś nerwy puszczają...

 Diabeł nie śpi - tak, czarodziej przypomina sobie o tym, ilekroć zobaczy swoje odbicie w jakiejś szybie okiennej albo w lustrze wody... W prawdziwe, szklane lustro i w blasku słońca chyba nie ma odwagi spojrzeć, oj nie... Bo diabeł to tak lubi nocą przemykać, światła słonecznego unika, bo inaczej jeszcze by się przestraszył siebie i jakieś pokuty zaczął czynić, po rozum przyszedłby do głowy... A on przecież chce hasać, sumienie, jego resztki, zakrzykiwać, zawywać po nocach... Auuuuu...

 Stworzył sobie figurę do podpisywania. Pozory poprawności bywają przecież ważne... Lud łyknął... Tak żeby -bardzo być może - utrzeć nosa pysze konkurencji... A że poszło w śmieszność i hańbę - to trudno - nie ma nic za darmo, najwyraźniej...

 Eddo - przyjaciółko. Pożółkłe twe kartki, stare, postrzępione... Trochę śmiechu, rubaszności i mądrości prostej... Dobre, proste rady Najwyższego...

(...)

orðum skipta

þú aldregi

við ósvinna apa.

Því at af illum manni

mundu aldregi

góðs launs of geta,

en góðr maðr

mun þik gerva mega

líknfastan at lofi.

...

Z durniem

udającym mądralę

słów ty nigdy nie zamieniaj.

Zły człowiek

nie zapłaci ci

za twą lojalność,

za to dobry

sławnym cię może uczynić

i lubianym pośród ludzi...

 Młody jesteś jeszcze, urzędniku. Jeszcze całe życie przed tobą. Długie może... Warto się teraz ośmieszać? I wieść potem owo długie, dalsze życie w ośmieszeniu i hańbie?... Tak, takim Odynem, takim Havą jest się dożywotnio... Ale urzędnikiem najwyższym jest się tylko na chwilę... Warto chyba pomyśleć o przyszłości... Diabeł ogon podwinie, i zostaniesz kiedyś sam...

środa, 02 marca 2016
Vilborg Dagbjartsdóttir w wolnym czasie

 To by może było najlepsze - porozsadzać niesforność po kątach, jak niegrzeczne dzieci... By coś uratować, uspokoić... Trudne sprawy, trudne decyzje, koszty...

Vilborg Dagbjartsdóttir

 "W wolnym czasie"

W wolnych godzinach, długich i nużących,

siadam do zabawy z ziemskim globem.

Powołuję do życia kraje bez policji i partii

i ścieram wszystko, co było pokusą dla pożeraczy.

Przeciągam huczące rzeki przez jałowe pustynie,

buduję na nowo kontynenty i rozlewam oceany,

dla przyszłości je chowam, tak na wszelki wypadek.

 

Kreślę i koloruję całkiem nową mapę:

Przetaczam Niemcy nad obfitujący w wieloryby Pacyfik

i pozwalam biednym uchodźcom

pirackimi łodziami przybijać  do ich brzegów

we mgle

marzącym o obiecanych ogrodach Bawarii.

W zamianie przesuwam Anglię w miejsce Afganistanu,

by jej młodzież mogła darmo palić sobie haszysz

dostarczany przez uprzejmy rząd Jej Królewskiej Wysokości.

Przemycam Kuwejt spod jego granicznych płotów i min

na Komory, wyspy

przyćmionego księżyca,

zachowując, rzecz jasna, naftowe pola.

Równocześnie, pośród wrzawy,

transportuję Bagdad

aż do dalekiej wyspy Tahiti.

Arabii pozwalam przycupnąć na jej odwiecznej pustyni,

aby chronić czystość krwi jej wielbłądów.

Wreszcie czas na powrót Ameryki

prosto w ręce Indian,

żeby oddać historii

sprawiedliwość, której tak długo brakowało.

 

Wiem, że zmienianie świata nie jest łatwe,

niemniej nie pozostaje nic innego.

 

                                                    przełożył Kiljan Halldórsson