BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 15 kwietnia 2007
Niedziela, po której (co za zaskoczenie) przyjdzie poniedziałek

 Siedzę już chyba z godzinę przy tym idiotycznym komputerze i gapię się bezmyślnie w monitor. Patrzę na jakieś przypadkowe głupstwa wyławiane z bajorka zwanego Internetem: obrazki z Georgii Południowej, fotki obnażonych panów, blog jakiejś pannicy z Akureyri, wyznania miłośników białych skarpet (i takie rzeczy się zdarzają)..., wszystko po to, by zrobić coś okropnego - mianowicie zabić czas. Nie mam dziś lepszych pomysłów. Nie ma mowy, bym mógł się dziś skupić nad czymś sensownym... Moje życie oblepił gnój, a jego warstwa zdaje się narastać. Znowu rozbrzmiewa wokół mnie słowo, od którego włosy stają mi dęba - brzmi ono "szpital". Tym razem przyszła kolej na matkę. Wykryto u niej coś niepokojącego i jutro ma zgłosić się do miejsca o wyżej wymienionej nazwie, gdzie mają ją gruntownie przebadać. Dopiero wczoraj mi o tym powiedziała, tak ogólnikowo... Robi mi się niedobrze. Niepokoję się i o nią, i o siebie, bo jeśli przyszłość szykuje mi "atrakcje", w jakich o tej porze zeszłego roku nurzałem się po uszy, to nie wiem doprawdy czy starczy mi sił. To wszystko jest nie na moje nerwy.

 Życie to ciąg historyjek, a każda z nich innego jest gatunku: wszystko zazwyczaj zaczyna się urokliwą sielanką, potem robi się melodramatycznie, a czasem nawet sensacyjnie, wreszcie przychodzi czas na toporny medical thriller.

 Jestem tak naprawdę człowiekiem na pogodę, na beztroskę, na śmiech - w takich warunkach zawsze funkcjonowałem bez zarzutu. Mrok mnie paraliżuje. Za delikatny jestem na bliskie spotkania z upiorami. Wtedy każdy krok powoduje nieznośny ból i muszę mocno zaciskać zęby. Wolę przeżywać cudze radości, sukcesy; z cudzymi nieszczęściami radzę sobie fatalnie, za bardzo mnie duszą.

 Przez lata udawało mi się wieść życie, bo ja wiem - jakiejś egzotycznej rośliny, wymagającej cieplarni, uwagi i troski, za którą, w nagrodę, radośnie rozkwitałem. Każdy dzień, bez względu na pogodę, był słoneczną niedzielą. Dziś natomiast pełno jest jakichś piątków, czwartków, wtorków i czego tam jeszcze, a ja zamieniłem się w zwykłą kapustę, która szczęśliwie może opłacić sobie pobyt na - zaraz, zaraz: Merkury, Wenus, Ziemia - tak, na trzeciej planecie od Słońca, i tyle.

 Potrzeba mi atmosfery szczęścia - bez niej nie potrafię żyć, coś mi się jednak zdaje, że limit owego szczęścia został wyczerpany. Teraz jest najwyraźniej czas na zmaganie się z ohydą i trudno nazwać to życiem... A za oknem kwitną drzewa, na różowo, na biało, i żółci się tak cudnie forsycja. I niebo takie błękitne. Świat jest taki piękny, urzekający i na pierwszy rzut oka zdaje się dziełem na wskroś doskonałym. Niestety, gdy przyjrzeć mu się bardziej wnikliwie, okazuje się czymś postawionym tak na słowo honoru. (Jeśli istnieje jakaś istota, która to wszystko skleciła, nie wiem, co jej przypisać: niedbalstwo, wyrafinowany gust nie idący w parze ze zdolnościami, bestialstwo?) Jest jak rozbity dzbanek posklejany przez kogoś biurowym klejem roślinnym - trzyma się kupy, ale nie sposób podać w nim herbatę...

14:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 kwietnia 2007
Ku pogodzie pocztówkowej

 Przedwczorajszy dzień przyniósł ze sobą ponure zachmurzenie i chłód. Nie wiem, czy taka aura jest dobra na odwiedziny cmentarne, dla Anny wydała się jednak jak najbardziej odpowiednia. Mówiła, że Adrian, jej brat i mój najlepszy przyjaciel, przyśnił jej się kilka dni temu. Uznała, że powinna go odwiedzić. I zaproponowała mi wspólny spacer. Ukrywając niechęć zgodziłem się. Przyjechała idiotycznie wcześnie, kiedy byłem jeszcze w porannej rozsypce, przyprowadzając na dodatek swoją córeczkę, która nazywa mnie wujkiem i bardzo mnie lubi. (To ciekawe, dziewczynka uwielbia kogoś, kto nie znosi dzieci. Z jakiego powodu ta radość na mój widok? Może ma to przyczynę w tym, że nigdy nie traktowałem jej jak małe dziecko, nie szczebiotałem nad nią jak stare podidiociałe ciotki, nie ciumkałem, nie dziamdziałem infantylnie... W każdym razie dziecina patrzy na mnie jak w obrazek, jest niespotykanie grzeczna i z najwyższą ostrożnością bawi się bibelotami, od jakich roi się w moim domu. {Czasem coś jej się wyjątkowo spodoba i rodzi się w niej chęć posiadania. Daje nieśmiałe sygnały. A ja, wujek okropny, jeśli stwierdzam, że rzecz nie grzeszy wartością, łaskawie owe sygnały dostrzegam.}). Zaparzyłem herbatę, żeby jakoś urozmaicić im czas oczekiwania na finał moich przygotowań do wyjścia. Dowiaduję się przy okazji o jakichś mało istotnych rzeczach. Kogoś tam widziała, ktoś gdzieś wyjechał, a ona sama wzięła sobie parę dni urlopu...

 Od dnia pogrzebu nie byłem na cmentarzu. I, prawdę mówiąc, wcale się tam nie wybierałem. I nie ma to nic wspólnego z jakąś próbą wymazywania czegokolwiek z pamięci. To nie jest możliwe. Wszystko, co stanowi jego pamiątkę, jest ze mną na codzień. Pamiątkę życia - jeśli tak można się wyrazić. Cmentarz nie ma nic wspólnego z życiem i jest miejscem dla mnie kompletnie niezrozumiałym. To okazywanie pamięci, zwłaszcza od wielkiego dzwonu, te prezentowane ludziom postronnym zamożności, odmierzane metrami kwadratowymi rozmaitych kosztownych skał, głazów, układanych wedle wskazówek kapryśnych mód nawiedzających wioskę. Nie pojmuję tego. Człowiek znika, i tyle. Nic nie jest w stanie go przywrócić. Staje się wspomnieniem, myślową zabawą. I nie ma jednego miejsca, w którym można by go odwiedzić. Znam setki miejsc, w których zbliżam się do tych, co odeszli. Cmentarze do nich się nie zaliczają - są bowiem tylko pozbawionym smaku rumowiskiem skalnym skrywjącym całą potworność pośmiertnej zgnilizny. Widać jednak ludzie koniecznie muszą coś po sobie pozostawiać. Chcą, by choć ich nazwy tkwiły na widoku, licho wie po co. Ja w każym razie wydam dyspozycję: po śmierci spalić i ładnie rozsypać na wietrze (tylko uwaga na oczy).

 Powiozła mnie swoim czerwonym autkiem ku nekropolii. Zrobiło się nieprzyjemnie, szare niebo popuściło na nas trochę wody. Odbyliśmy dość długą przechadzkę. Powietrze pachniało nawet całkiem przyjemnie. Stanęliśmy wreszcie nad grobem. Nie do wiary. Gdyby on mógł to widzieć. Pękalibyśmy ze śmiechu... Przyniosłem żonkile, Anka natomiast wydobyła z torby jakieś wielkanocne zabawki. Zaczęła to wszystko układać, coś tam wycierać. A dziewczynka z ochotą podpalała knot znicza, zużywając przy tym całe pudełko zapałek. Potem przyszedł czas na odegranie skupienia, ale niewiele z tego skupienia wyszło, bo obok doszło do gorszącej sceny. Jacyś ludzie wykonywali drobną pracę przy jednym z nagrobków i wszystko byłoby dobrze, gdyby na miejscu nie pojawił się właściciel sąsiedniej, połyskującej konstrukcji. Doszło do awantury, bo ów przybyły właściciel oskarżył pracujących panów o uszkodzenie jego ponurego skarbu. Pyskówka szybko się rozkręciła - mężczyźni wyzywali się od skurwysynów i chujów jebanych... I było po zadumie. Ot, cmentarz - śmierć zamieniona w bzdurę, podobną do tej, w jakiej ludzie pogrążają się z upodobaniem każdego dnia, tam, poza jego murami... 

 Nadeszła pora powrotu. Zostawiliśmy za sobą smutne resztki, nad którymi sterczał symbol religii, religii dekoracyjnej, rozkochanej we frędzlach, złotych niciach i pierścieniach, udającej z całej siły, że radzi sobie z ludzkim cierpieniem. Przykre to wszystko. Próżne są jednak wszelkie żale. Życie jest straszne. Jest sytuacją bez wyjścia. Jego koniec jest katastrofą. Jego przebieg to ciągłe ponoszenie strat. Śmiertelne w każdym momencie. Pociesza mnie jedynie, że potem nie ma już nic. W to wierzę z całą mocą. Bo gdyby miało być inaczej, sytuacja byłaby absurdalna ponad wszelką miarę. Poza grobem jest tylko jedno życie - to, w którym bierzemy udział. Ciągle to samo, choć w przeróżnych odsłonach i zmiennych dekoracjach... Wiara w prywatną nieśmiertelność mnie zdumiewa...

 Ponura wycieczka w ponury dzień. Anka mi dziękuje. Za co? Za to, że tak wiele pomogłem, wtedy... Wprawia mnie w zakłopotanie. Jakże mógłbym postąpić inaczej? Może wpadłbym w drugi dzień świąt? Będzie u mamy. Ucieszy się, gdy przyjdę. Niczego nie obiecuję. A tak w ogóle, co się dzieje? Zniknąłem tak jakoś. Cóż odpowiedzieć? Spadam na łeb. Boję się szaleństwa. Prawdopodobnie któregoś dnia się zastrzelę (dobre sobie, nie umiałbym chyba zdobyć broni palnej, kto wie zatem, czy nie będę zmuszony do działań mniej wytwornych). Co ja wygaduję? Nic, tak sobie ponuro żartuję. Nie ma obawy. Wszystko zawsze jest jak trzeba. Życie zawsze trwa dopóki jest możliwe. Ani chwili dłużej. Jedna rzecz tylko strasznie mnie boli. Przyszła kiedyś dziwna chwila, trudno powiedzieć kiedy... Naraz straciłem słowa, z którymi kiedyś wiązałem tak wiele nadziei. Odeszły. Z trudem na nowo uczę się mówić, pisać... Nie mam nawet możliwości, by ogarniający mnie smutek uczynić sobie drogim... Po prostu się duszę. Okropne to wszystko. Stworzenie świata jest sprawą kryminalną...

 Ponury dzień dobiegał wreszcie końca. Powiało nawet wiosenną wesołością. Przez chmury przebiło się słońce. Szło na pogodę pocztówkową. Potem nastała noc, już całkiem bezchmurna, oczyszczona wiatrem, z gwiazdami na wysoki połysk... Wiosna, wiosna. Choć tyle. Jeszcze trochę i wszystko się zazieleni. Jeszcze trochę i znów nadejdą czerwcowe świty...

 

 

Tak na marginesie. Skoro było cmentarnie... Oscar Wilde zapytany o to, jaki napis chciałby mieć na nagrobku, odpowiedział: Gdy będziemy już leżeć w naszych grobowcach z porfiru i gdy zagrzmią trąby Sądu Ostatecznego, odwrócę się i zawołam: Robbie, Robbie, udawajmy, że tego nie słyszymy!

/Robbie to naturalnie Robert Ross, przyjaciel i wykonawca literackiego testamentu Wilde'a/

19:27, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 kwietnia 2007
Rura

 W samą porę wróciłem wczoraj do domu. Jeszcze trochę, a miałbym w kuchni potop. Mieszkająca nade mną pani myła sobie spokojnie gary, bez świadomości, że wszystko, co znika w odpływie jej zlewu, w moim tworzyło mały gejzer. Gdzieś pode mną zatkała się rura. Zaalarmowana sąsiadka strasznie się przejęła. Zapewniałem ją, że nic wielkiego się nie stało, ale i tak przybiegła do mnie, by się upewnić tak na sto procent. Wyprzepraszała mnie kobiecina na dziesiątą stronę, zupełnie niepotrzebnie, bo skąd mogła wiedzieć. "Jutro przyjdzie hydraulik i będzie po kłopocie."

 Jak zapowiedziałem, tak się stało. (Czary czy co?) Zjawiła się ekipa dwuosobowa. Stary fachowiec z młodziutkim, czarnowłosym pomocnikiem. Stary znał się na rzeczy - rury były jego światem. Dowiedziałem się od niego zupełnie nisłychanych rzeczy o kanalizacji i wodociągach. Opisał mi też mnóstwo cudzych kuchni i łazienek. No i dowiedziałem się, do jakich wniosków doszedł ów fachowiec po wieloletnich obserwacjach: "Wie pan, ludzie to jednak gnoje są". Ach, wygadał się chłopina chyba za wszystkie czasy - miał w końcu cierpliwego słuchacza, który wtrącał tylko: co pan powie?, naprawdę?, nigdy bym nie przypuszczał. Wreszcie, po tej solidnej porcji informacji i garści refleksji o ludzkiej naturze oraz po wypaleniu stosownej liczby papierosów "Męskich" (poczęstował mnie nawet jednym i muszę powiedzieć, że ledwie uszedłem z życiem) przyszedł czas na pracę. Trzeba przyznać, zabrał się za przetykanie rury z wielkim poświęceniem. Solidnie się wypaprał. Przy okazji podenerwował się trochę na swojego pomocnika, który, ku mojemu zachwytowi, w ogóle nie przejawiał zainteresowania pracą. Zaabsorbowały go natomiast moje psy, które natychmiast go polubiły. On je głaskał, te stare rozbestwione pieszczochy, a one patrzyły mu w oczy z niebywałym zachwytem. Cudny, śniady młodzieniec, o pięknych, smukłych kolanach, czule przemawiający do małych zwierzątek. Miałem ochotę go ucałować. Uwielbiam ludzi, którzy, będąc w pracy, mają ochotę na wszystko, tylko nie na pracę. (Biedaczysko, musiał się jednak troszkę ubrudzić, i widziałem jak wielki ból mu to sprawiło. Mył sobie potem ręce bardzo skrupulatnie, sprawdzając czy nie zostały na nich jakieś wstydliwe ślady. A stary przetykacz ledwie przetartymi paluchami sięgnął zaraz po kolejnego "męskiego" cumelka). 

14:54, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »