BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 30 kwietnia 2008
Nowe krajobrazy

 Chciałoby się zawołać za Iwaszkiewiczem - jak pięknie planowano, komponowano dawniej miasta polskie! Jak mądrze i rozumnie grupowano budynki, jak ustawiano je wygodnie i estetycznie... Jakże rozkosznie czuje sie człowiek w otoczeniu stworzonym na jego miarę, gdzie nic go nie przytłacza, gdzie tak łatwo i o swobodny oddech i miłą przytulność... Jak pokracznie przy tym, co stare i troskliwie zachowane, wyglądają nasze nowoczesne budowle, liczne, śmieciowate konstrukcje, te gmachy będące raczej jakimiś osobliwymi, urządzonymi przy udziale lichej, kanciastej fantazji, składami materiałów budowlanych, zagracające dzisiejsze miasta, stanowiące ledwie prostacką demonstrację siły naszych oszałamiających możliwości, naszego panownia, w której trudno dopatrzeć się smaku... To ledwie pomysłowość, przy której proste słowo: ładne nie bardzo chce się przedrzeć przez gardło... Obok upiorów z wielkiej płyty rosną dziś wielopiętrowe stodoły, głupie, prymitywnie pomalowane klocki, pudełka albo zdumiewające twory, które, gdyby je zminiaturyzować, przypominałyby przedmioty służące nam do mycia naczyń, podgrzewania posiłków, odtwarzania muzyki, odkurzania... Ot - budowlane kościotrupy, których nie obleka żadne ciało... Doprawdy, prawdziwym odpoczynkiem dla oka są stare miasteczka, rozsądnie pobudowane, pełne urokliwego piękna, dalekie od niepotrzebnego przepychu, przyjazne dla zmysłów, w których człowiek chętnie, bez zastrzeżeń się zakochuje... Takim czarownym miejscem jest stary Sandomierz, co "ze swej wysokiej góry nad rzeką patrzy na południe i od strony Wisły wynosi się sylwetą przepiękną, prostą, wyraźną." Miasto czarowne, o bogatej historii, owiane legendą i dziwacznymi opowieściami, choćby takimi jak ta o podziemiach jezuickiego kolegium, gdzie "odkryte zostały liczne i rozmaite daleko rozciągające się zakręty piwnic, podziemne przejścia i korytarze, głębokie jedne pod drugimi ciasne karceresy, a w tych nagromadzone kości ludzkie, tułuby i kościotrupy stojące, pomiędzy którymi wiele czaszek rozpoznano kobiecych. Są to ślady niecnych intryg zgromadzenia Societatis Jesu, które w niedościgłych widokach, okrywając zbrodnicze swe czyny płaszczem religii, nie wzdragało się poświęcać licznych krwawych ofiar swym odległym rachubom." ------------------------------ Wieczne wydobywanie się na światło, w nadziei na spokojniejszą przyszłość... Szukanie pogody i krajobrazu... Miła wycieczka z Frankiem... Mogłem znów oddać pokłon memu niedawnemu zamiłowaniu do drogi, które musiałem porzucić ze względu na nieprzyjemne wypadki, jakie wypełniły ostatnie lata... Muszę powiedzieć, że, najpierw po krótkiej wizycie pod Tatrami, i teraz, po Sandomierzu, odżyłem... ----------- Uwolniony na chwilę od psiarni, którą łaskawie zajął się mój skłonny do burkliwości ojciec (Jezu, co sie ten człowiek napsioczył - a bo mu wyły, a przewrócić go chciały), mogłem oddać się beztroskiemu, wiosennemu łazikowaniu w miłym, coraz milszym towarzystwie... ------ Odegraliśmy z Frankiem zgrabnie rolę starych kumpli, bo niestety nie wszędzie możliwe jest przełknięcie wiadomości, że w znajomości naszej wykrystalizowało się coś znacznie przekraczającego ramy zwykłego koleżeństwa, tak że byliśmy powściągliwi i grzeczni, kiedyśmy korzystali z gościny Frankowej ciotki, która właśnie w sandomierskich stronach ma swe gniazdo... --------- Łagodne pejzaże, kojące i dużo spokoju pozwalającego złapać stosowny dystans do niekiedy przytłaczającej codzienności... Strony, które pamiętam z dawnych, dawnych lat: zabytki, Wisła, Pieprzówki... Jakieś strzępki odległych wspomnień zmieszane z Sandomierzem Iwaszkiewicza, którego duma rozpierała, bo miał lepszy papier listowy od pewnego lorda z The Importance of Being Earnest Wilde'a, którego zalety lady Bracknell badała, sprawdzając, jak wiele adresów zdobiło jego listowy papier. Z całą pewnością nasz pisarz stanowiłby lepszy materiał na zięcia rzeczonej lady, bowiem lord miał tylko dwa, zaś on kazał sobie wydrukować aż trzy: Warszawa, Kredytowa 8; Stawisko, poczta Brwinów i Sandomierz, Katedralna 5 - ulica, przy której ponoć pisanie szło Jarosławowi całkiem nieźle... To tam właśnie powstały: Lato w Nohant, Młyn nad Utratą, Zygfryd... ---------- Wyobrażałem sobie postaci, których urokom pisarz ulegał: Staś Piętak, jego bratanek Franek (żeby było śmieszniej), lekko pomylony i piękny (ten, którego urokom ja uległem, szczęśliwie pomylony nie jest), Roman Koseła, niesłychanie barwny człowiek, gawędziarz, w którym Iwaszkiewicz był rozkochany i o którym napisał: "Gdyby wszystkie opowiedziane przez niego dzieje złożyć do kupy, to musiałby żyć trzysta lat." No i chłopaki - akrobaci: Reinhold i Zbyszek... I wśród tych cieni, zabytków, w nadwiślańskim pejzażu ja i Franek, co też się czasem rozgadać potrafi, szczególnie, gdy rozmowa zejdzie na historię, którą się z pasją po amatorsku zajmuje. Bardzo mi tym imponuje i nawet wzbudza we mnie cień zazdrości, jak każdy obdarzony dobrą pamięcią, jaką ja sam niestety nie dysponuję. (Moja nieszczęsna głowa zdecydowała się na inne rozwiązanie. Z jakichś bliżej mi nie znanych powodów nabrała wstrętu do gromadzenia wiadomości i postawiła na pamięć wzrokową, tak więc z reguły mgliste mam rozeznanie w tym "co i jak", o niebo lepsze natomiast w tym "gdzie", i tak, pamiętając o owym "gdzie", mogę z łatwością odnaleźć wszystko na temat "co i jak", ciesząc się jednocześnie z ogromnych, pustych przestrzeni rozciągających się pod czaszką, które sobie mogę swobodnie wypełniać czymś bardziej ulotnym i fantastycznym). ----------------------- Rozwinęło się we mnie przyjemne i uspokajające poczucie zadomowienia. Przyjmuję to z wielkim ukontentowaniem. Coraz bardziej przekonuję się, jak w gruncie rzeczy absurdalnym pragnieniem była moja niegdysiejsza chęć emigracji, chociaż oddaję troche sprawiedliwość Miśkowi z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, którym powodowały nie tyle wizje lepszego pod względem ekonomicznym życia, co nadzieja na gruntowną przemianę wewnętrzną, jednak, jak słusznie powiada Horacy, wyjeżdżając klimat zmieniamy, nie siebie, tak więc pokładanie nadziei w zmianie szerokości geograficznej jest dość naiwne. Dziś nie żałuję, że zdecydowałem się jednak na porzucenie spektakularnej, pełnej uroczystego piękna Norwegii, czyniąc z niej miejsce jedynie do malowniczych powrotów, na korzyść zdecydowanie mniej spektakularnej Polski, którą, choć nie szczędzę jej krytyki, uznałem za swoje miejsce, jedyne na całej ziemi, w którym mogę mieszkać i przeżywać swój czas... Wprawdzie wraz z powrotem przyplątały się nieszczęścia, no, ale chciałem głębokich przemian, los więc się postarał... Teraz jestem zdecydowanie kimś innym. Gdzieś za mną pozostał ten dziwaczny chaos, w jakim kręciłem się przez lata, został tam też daleko gnój, bagienko, w którym się taplałem, została też urwana brutalnie miłość rozgrywająca się na dość szerokich planach, złota... Nauczyłem się, mam nadzieję, budowania... Jakoś udało mi się przedrzeć przez czas zdominowany przez smutną powierzchowność, a także przez to całe morze wypełnione cierpieniem i śmiercią - to ostatnie doświadczenie, paradoksalnie, jakoś uleczyło mnie z wielu lęków.../ Boże drogi, życie jest tak durne, że aż piękne.../---------------------- Bardzo się cieszę, że moje życie coraz bardziej zazębia się z Frankowym. To, co miało być przelotną przygodą, zamienia się w coś, czemu wróżę trwałość. Zależy nam. Leczymy swoje rany, odwalamy na bok ciężary naszych przeszłości...------- Muszę wymyślić kolor dla tego nowego czasu. Może nadeszła, po latach złotych, pora na zieleń? (Będziemy musieli kiedyś ten kolorystyczny problem przedyskutować - ot, choćby przy jakimś śniadaniu... Chociaż może nie przy sniadaniu, bo w jego trakcie nie powinno się poruszać nazbyt poważnych tematów)... To chyba zieleń jest kolorem nadziei? A ja mam dużo nadziei... -------- Pozostaje też kwestia pejzażu... Jakaś nowa oprawa, nowe upodobania, w sam raz na ten nasz troszkę melancholijny, nastrojowy spokój. Może trzeba dziś więcej otwartej przestrzeni, dali, przymglonych horyzontów, mniej zaś kuszących gór, których fantazyjność i przepych nadmiernie rozbudzają i ciągle kierują uwagę gdzieś indziej... Może pora więc na, bo ja wiem, zapuszczanie się w tereny dotychczas raczej pomijane? Krajobrazy nadwiślańskie i sama ta urocza Wisła, którą Żeromski porównał kiedyś do ptaka, "co skrzydła swe w postaci dopływów nad Polską rozciąga." Czas może więc i na mazowieckie niziny? I, kto wie, może ureguluję jakoś swe stosunki z morzem? Bo, prawdę mówiąc, nigdy się z morzem zanadto nie przyjaźniłem, mimo że przez lata było ono tłem dla licznych odcinków mojego życia, zawsze jednak odwracałem się odeń plecami albo stawałem bokiem, by ledwie kątem oka spjrzeć na ten czy inny obrazek... Nie skupiałem się na nim, bo bardziej przyciągała mnie ziemia ze swym urozmaiconym bogactwem. Woda raczej nie zalicza się do moich żywiołów. Ale może to zmienię?

poniżej ciąg dalszy

15:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
Nowe krajobrazy 2

 Mam wrażenie, że duch mi sie stopniowo oczyszcza. Patrzę sobie w lustrze prosto w oczy. Zniknęło gdzieś to potworne, przez całe lata gnębiące jak ćmiący ząb, poczucie winy. To, co się zdarzyło, a co związane jest z matką, z tą zmorą, która mi zaszczepiła tę bolesną chorobę i która wiecznie, z jakimś zupełnie niespotykanym, niezrozumiałym zapałem, usiłowała podkopać we mnie wszelką wiarę i zabić radość życia, w pewnien sposób mnie oczyściło i uzdrowiło. Do samego końca ładowała we mnie truciznę, ale zadziałał szczęśliwie system obronny i myślę, że pokazałem jej, na co mnie stać. Zrobiłem to, co powinien był zrobić człowiek cechujący się przyzwoitością. W każdym razie w lepszym stylu wyprowadziłem ją z tego świata, niż ona mnie do niego wprowadziła... Mój drogi ojczulek - połowicznie odzyskany (połowicznie, bo jednak do tego, żeby ze mną swobodnie pogadać, potrzebuje co najmniej pół litra wódki) wyraził uznanie dla mej postawy, postawy wobec tego - cytuję - skończonego chama. Tak że nie mam sobie nic do zarzucenia. Jestem w porządku... Mówi się, nie urodzi sowa sokoła, ale może nie zawsze się to sprawdza... Najwyraźniej chamstwo nie zawsze rodzi nowe chamstwo... W każdym razie Franek może być pewny, że bydła mu nie zrobię... I czuję ulgę. I nie jestem winny (pamiętam, Roman, co mi powiedziałeś, i tego się trzymam!).------------- Miniony weekend dobrze nam zrobił. Napawaliśmy się rozbudzoną wiosną (ach, jakże cudne są obecnie wieczory przepełnione ciężkimi zapachami rozkwitających krzewów!), prowadziliśmy absurdalne dialogi poprzetykane długimi chwilami milczenia... Raduje mnie to, że los podarował mi drugą szansę. Że obu nam ją podarował. Na niesamotność. To cenny podarunek, zwłaszcza dla takich ludzi jak my, bardziej chyba od innych narażonych na życie w osamotnieniu...--------- Jemu niezbyt się układało. Przez dłuższy czas żył trochę jak zając pod miotłą: praca - sterylne mieszkanie i stos biograficznych książek (trzeba przyznać, dość przerażające towarzystwo) plus jakieś tam tępe rozrywki. A ja - z planami życia na czarno albo i nieżycia... Ale się zmieniło. Ciemne i złote wspomnienia popakowane w paczkach, chaotycznie złożone w kącie, tak jak się składa wspomnienia... (Hm, czym jest życie? Ludzkie? Przychodzi na myśl filozoficzne pytanie: Czy przeżywane przez nas życie jest pasmem wydarzeń ze sobą powiązanych? A może są to tylko luźne obrazki, płytki mozaiki, z których dopiero my, dzięki swoim integracyjnym zdolnościom, tworzymy jednolitą całość, która daje nam poczucie tożsamości w zmieniającym się czasie?) Gdzieś tam są trupy dawnych Miśków... Jakieś dawne pragnienia, jakieś dawne spełnienia, co przychodziły znów do kogoś innego, często zaskoczonego... Hm, może lepiej nie oczekiwać...? Rację ma Beckett, którego Schopenhauer i Proust skłonili do stwierdzenia: "Pragnienia doznawane "wczoraj" właściwe są wczorajszemu "ja", nie dzisiejszemu. To, co chętnie nazywamy osiągnięciem, rozczarowuje nas w swej marności. Lecz cóż jest osiągnięcie? Tożsamość podmiotu z przedmiotem pożądania. Nim jednak coś takiego zajdzie, podmiot po drodze umiera, i to chyba nie raz."------------------ Jak dobre są zaskoczenia, to, co nie było śnione... Nowość w każdym calu... Jest dziś całkiem inaczej... Jest nowe życie, z nowym porządkiem, na nowym planie... ----------------------Kiedyś, gdy jeszcze trwał ten horror z matką, Franek zwierzył się swej koleżance, a właściwie od pewnego czasu naszej wspólnej koleżance, że czuje się taki bezradny, że nie bardzo wie, jak mnie wesprzeć, a przecież nie mógł zrobić niczego więcej ponad to, co zrobił... Pogoda w tamtym nieodległym czasie była wyjątkowo dobrze zestrojona z upiorną rzeczywistością: horyzontalne deszcze, uporczywy wiatr, ziąb... Ciepło mi sie robiło na sercu, kiedy wracając wieczorami, paskudnymi wieczorami, zdruzgotany sytuacją, patrzyłem na swoje okna... Palące się światło w domu, do którego wracasz - nie ma w całym świecie cudniejszego widoku. I ta radosna świadomość, że tam ktoś jest, że czeka na ciebie jakieś słowo, dotyk, że ci może ktoś kciukiem rozetrzeć łzę na pysku... W pojedynkę byłoby o wiele trudniej... ----------------- Dużo w nim przyciągającego ciepła, co ma swoją wagę dla kogoś takiego jak ja, dla kogoś, w czyim życiu nie wszystko zdarzyło się we właściwym czasie... Lata płyną, a ja w gruncie rzeczy nadal mam w sobie więcej z chłopca niż z... mężczyzny (uff, z trudem wystukałem to słowo)... Życie człowieka w zasadzie niewiele różni się od życia drzewa - od jednego roku życia drzewa, które z wiosną okrywa się radosną, połyskliwą młodzieńczą zielenią, potem cudnie rozkwita, daje jakieś owoce, a wreszcie jego zieleń starzeje się, matowieje, wreszcie przychodzi złocona jesień, po której pozostaje nagi, zimowy szkielet... Ale w życiu człowieka czasem występują bolesne zakłócenia... Tak jak u mnie... Moja wiosna miała więcej z zimy, a prawo pór roku jest bezwzględne i każdy musi przeżyć wszystkie okresy życia... Zbyt często byłem narażony na niechęć, zbyt często i przedwcześnie, kiedy nie umiałem się jeszcze bronić, byłem opluwany i zbyt często brakowało mi zwykłego ciepła i czułości... Nie przeżyłem należycie swojego dzieciństwa i pewnie już zawsze będę z wdzięcznością przyjmował to, czego mi wówczas zabrakło... I cieszę się, że znów mogę niekiedy poczuć się po prostu jak chłopiec... ------- Jakoś się uzupełniamy... On bardziej stoi na ziemi, chociaż może stwierdzenie, że obie jego nogi wyraźnie czują twarde podłoże, byłoby lekką przesadą, niemniej w moją rzeczywistość wnika coś solidnego, bardziej poukładanego, trzeźwego - a on w zamian dostaje coś, czego w gruncie rzeczy pragnie każdy człowiek i czego szuka często w tabletkach lub w butelce - odrobinę psychozy, tak dla równowagi... Mam nadzieję, że jako element baśniowy, staję na wysokości zadania... No i jest jeszcze to - obłapka, która w tych okolicznościach wyrasta wysoko ponad prymitywny, ratunkowy eksces... ---------------Kiedy żegnaliśmy się z jego gościnną ciotką, ta pogroziła nam żartobliwie palcem... Stare konie i tak luzem chodzą... Nic im się do żeniaczki nie spieszy... Co to z tymi ludźmi się dzisiaj dzieje... Takie fajne chłopy... Coż, tak to jest - fajne chłopy albo mają żony, albo swoich facetów - ale o tym ciotce nie powiedzieliśmy... -------- No, a teraz nadchodzi czas majówek... Pojutrze z psiarnią jedziemy na trochę w Beskidy... A pod koniec miesiąca ruszam wreszcie do Oslo... Zobaczę, co ujrzę z tej innej już perspektywy...

15:40, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 23 kwietnia 2008
To co, polecimy dalej z Dużym Księciem?

 Po męczącym przedpołudniu i pożywnym obiedzie czas się trochę zrelaksować. Blogowanie wydaje się być dobrym sposobem na relaks. Po żarełku umysł staje się ociężały, w sam raz dokonanie wpisu...

 Wracamy do Dużego Księcia. Nie wiem jeszcze, co nam dziś powie... Chwileczkę... Dwaj panowie, Aubrey i Książę pokrzepili się już cytrynówką (bo chyba ostatnio ją pili [nie chce mi sie sprawdzać i zdaję się na pamięć...]) i wyszli na dwór, by się nieco przespacerować...

- Jak to dobrze, że przestało padać. Powietrze takie rześkie i czyste... Ale wracając do sprawy - mam nadzieję, że skorzystasz z mojej propozycji. Zapewniam cię, że duch zamieszkujący skromną rezydencję mego dobrego znajomego, jest bardzo przyjacielski. Jego bytność na ziemi nie jest efektem jakichś niedokończonych spraw, mściwości czy innych małostkowych głupot - wynika jedynie z oczarowania. Tak utrzymuje Trevor. To duch dość świeżej daty, duch jego delikatnego brata, którego przez całe życie trzeba było chronić. Chociaż - prawde mówiąc - obrońcy okazali się rażąco nieskuteczni. Ach, ale tak to bywa - nasza największa ostrożność potrafi być narzędziem nieubłaganego przeznaczenia, którego oszukać w żaden sposób się nie da. Pewna wróżka przepowiedziała chłopcu- bo był to zawsze tylko i wyłącznie chłopiec - że czeka go tragiczna śmierć. Nie wiem, w czym wyczytała tę wstrząsającą przyszłość, czy były to karty, czy też fusy - ważne jednak, że ujrzała słonia!

- Słonia?

- To skłania mnie do stwierdzenia, iż przyszłość tę odczytała z fusów.

- Dlaczego akurat z nich?

- Drogi chłopcze, nie przypuszczam, by w kartach można było odczytać aż tak precyzyjnie przedstawiony scenariusz. Ja przynajmniej nigdy o czymś takim nie słyszałem. Fusy więc wydają się o wiele bardziej prawdopodobne. Ujrzeć słonia w fusach po kawie? Nic prostszego dla wyćwiczonego oka. Tak w każdym razie sądzę.

- A może szklana kula? Moja wizja była szalenie precyzyjna. Wymieniłem nawet nazwy ziół tworzących bukiet.

- Twoja wizja była wymysłem. I doskonale wiem, co chciałeś mi przekazać.

- Tak?

- Ale może pomówimy o tym później. Chyba że nie chcesz usłyszeć...

- Ależ naturalnie, że chcę.

- Och, mówisz to w taki sposób... Tymczasem rzecz jest zupełnie niesłychana i zabawna. Jak to, wołali domownicy, kiedy już ulatywały z salonu kadzidlane dymy i tajemnicze fluidy, nasz kochany Baldi, nasz słoneczny, marzycielski bożek miałby zginąć pod nogami słonia? Stratowany? Nonsens! Cóż za nierozsądna, oderwana od rzeczywistości wróżka! Odsądzano ją od czci i wiary. Wróżka jednak pozostała niewzruszona, pewna tego, co widziała i zażądała zapłaty za swą usługę.

- I zapłacili jej?

- W końcu to uczynili, bowiem czarownica zagroziła, że jeśli nie otrzyma pieniędzy, rzuci urok na ogród różany żony Trevora.

- Tylko tyle?

- Zapewniam cię, gdyby jej różom stało się coś złego, doszłoby do prawdziwego nieszczęścia, przy którym zadeptanie jakiegoś tam wiecznego chłopca, i tak zupełnie straconego dla świata, byłoby drobną igraszką niegodną wzmianki. Tak więc, dmuchając na zimne, wypłacono żądaną kwotę i uwolniono się od makabrycznej fantastki, jak o niej sądzono. Nikt poważnie nie traktował przepowiedni. Bo cóż to za bajania! Słoń? Tutaj? Jak? Skąd? Chłopiec nigdy nie oddalał się zbytnio od domu. Zadowalał się pięknem otaczającym jego uroczy dom, w którym znajdował przyjazne sobie dusze i tak bardzo potrzebną mu czułość, jaką zawsze okazywał mu jego brat... Najbliższy słoń, o jakim wiedziano, mieszkał w ogrodzie zoologicznym wiele mil stąd i nikt przy zdrowych zmysłach nie powziąłby podejrzenia, że to dobrze odżywione zwierzę, wiodące pełne rozrywek życie (sądzę, jeśli wolno mi wtrącić, że słoń to jedyne stworzenie, dla którego życie w takim ogrodzie przybiera charakter nieustającej rozrywki, ale nie będę dalej zgłębiał tematu, bowiem moje wyznania w tej kwestii wydałyby się chyba [przynajmniej niektórym osobom] dość dziwaczne) mogłoby nabrać ochoty na swobodę... Niepokój przyszedł dopiero po kilku latach... Przepowiednia, o której ledwie już pamiętano, odżyła nagle w umysłach najbliższych marzycielskiego Baldiego, kiedy ten wyraził niespodziewanie życzenie: Chcę pojechac do Indii! - Cóż to za pomysł! - wołał Trevor. -Tak, coż to za pomysł - wtórowała przerażona matka. - Mój Boże, obawiam się, że w Indiach prawdopodobieństwo spotkania ze słoniem jest o wiele większe niż tutaj. Nie mylę się, prawda? Ach, biedny chłopiec. Jego daleki krewny naopowiadał mu kiedyś historyjek o egzotycznych krajach i rozbudził w drobnym, wrazliwym młodzieńcu tęsknotę za wędrówką. Więcej, obiecał mu, że wkrótce zabierze go ze sobą w podróż do owych nieszczęsnych Indii... Trevor zawrzał, gdy się o tym dowiedział i odmówił kategorycznie pozwolenia na tak niebezpieczną przygodę, byłaby ona wszak lekkomyślnym kuszeniem losu... Wybił więc z głowy krewniakowi ten pomysł, choć tamten śmiał się z tej nieznośnej wiary w jakieś zabobony... Wróżka, czary mary... Zdumiewająca rzecz, o jaką nigdy nie posądzałby Trevora... Tak więc Baldi nie pojechał i wszyscy odetchęli z ulgą. Nadal najbliższym słoniem pozostawał ten żyjący w zoo.

ciąg dalszy poniżej

16:18, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
Lecimy dalej?

Pewnego razu stało sie jednak coś zupełnie zaskakującego. Było to w czasie, gdy wój-podróznik bawił właśnie w Indiach, sam na szczęście pośród tych wszystkich przerażających słoni, z których jeden na pewno zadeptałby ślicznego Baldiego (co do tego Trevor nie miał żadnych wątpliwości)... Do domu, o urodzie którego wkrótce się przekonasz, mój chłopcze, przybiegła jakaś wiejska baba... Krzyczała coś niezrozumiale i trudno było ją uspokoić. Wreszcie udało się ustalić, że powodem jej stanu było coś, w czym brał udział ich Baldi! - Ale co się stało? Na Boga! Niech pani mówi!... Kobieta wreszcie opanowała swe rozdygotane nerwy... Szła na stację, wybierała się własnie do miasta. By nie nadkładać drogi, wybrała skrót wzdłuż strumienia. I w pewnym momencie ujrzała coś, co wbiło ją w ziemię, oto bowiem słoń... Wszyscy poderwali się na równe nogi: -SŁOŃ??!! - Dobrze rozumiem, rozmawiacie o jakimś słoniu? - rozległo się pytanie zadane gromkim głosem. To lady Dunghill, która postanowiła złożyć niezapowiedzianą wizytę. - Mam nadzieję, że to nie ja jestem przedmiotem waszej ożywionej pogawędki... Nie, oczywiście nie ona była tym przedmiotem, mimo że jej monstrualne rozmiary mogły być w ten sposób ocenione... Słoń, rzeczywiście słoń, pojawił się nad strumieniem. Kobieta ujrzała go, jak, używając swej trąby, bawił się czymś wesoło... Wszyscy wybiegli z domu, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu tej zabawy... Słoń był tam nadal. Nie wyglądał jednak na rozbawionego. Był raczej rozczarowany, bo towarzysz zabawy, jakiego sobie znalazł, zupełnie się nie ruszał... To, co odkryto, było przerażające! Na brzegu strumienia leżał Baldi ze zmiażdżoną, wbitą w żwir głową. - Coś takiego - zawołała lady Dunghill. Nie uwierzą mi, gdy opowiem o tym pojutrze na balu. (Trzeba zaznaczyć, że lady Dunghill była zachwycona całą sytuacją, bo było to coś do jej kolekcji niezwyczajnych historyjek, jakimi raczyła swych gości). Krzyku było co nie miara! A Różana Żona Trevora, jako że jest dobrze wtrenowaną damą w starym stylu, omdlała na chwilę i opadła na ziemię, układając swe ciało w godnej i skromnej pozycji, pamiętając, by nie rozrzucać ramion zbyt dramatycznie i nie rozkraczać się nieprzystojnie. Oczywiście przyjechała zaraz policja, zjawił się także lekarz... Ten drugi ustalił ponad wszelką wątpliwość, że Baldi umarł, policja zaś szybko doszła, że słoń pochodził z cyrku, który rozbił obóz nieopodal... Niestety, skory do żarcików słoń, który nie miał wystarczającego nadzoru, wykradł się ze swej zagrody i udał na drobny rekonesans... Biedny, słoneczny Baldi... I w sumie biedny słoń, ofiara swej nieostrożności... Pozbawiony kontrolującego zabawę tresera poszedł na całość... Chciał się tylko pobawić, tylko pobawić, nad wodą, z prześlicznym chłopcem, na twarzy którego tak często lubił gościć czarujący rumieniec... Ach, drogi chłopcze, jakże zjawiskowy był to młodzieniec...

- A słoń?

- No cóż. Całe zdarzenie przyprawiło go o lekką konfuzję. Myślę, że nie smakowała mu kalacja tamtego feralnego dnia. Nie wykluczone też, że, ciągle gdzieś w głębi serca wstrząśnięty, położył kilka wieczorów... Taki wypadek...

- I czy teraz ten młodzieniec pojawia się z taką zdeptaną głową?

- Ach nie, jest piękny. Czarujący. Pozostał tutaj, by nadal sycić się refleksami światła, szumem drzew, widokiem obłoków... Ach, jakie to w sumie przykre... Nie wszedł w konfidencję z życiem... Nie chciał tego... Życie, to brutalne coś, przyszło do niego jednak, w postaci cyrkowego słonia... Lady Dunghill przywiozła tu nawet kiedyś swoje dziwaczne, stare przyjaciółki... - To tu, to tu się to stało... Ogromny słoń, największy, jakiego kiedykolwiek widziano - wołała rozkochana w monstrualnościach lady... - Ale że też tu - dziwiły się przyjaciółki. - Żeby nad tak niewielkim strumieniem. Niepojęte... A jeśli już zahaczamy o dom lady Dunghill... Jej mąż, ten śladowy pierwiastek męski w jej barokowym życiu, lubi tu czasem przyjeżdżać. Być może go poznasz. To może być dla ciebie cenna znajomość... Doprawdy, ten człowiek dał się tak przydusić... Żyje tylko po to, by spełniać kaprysy swej smoczej żony. Tak został zaprogramowany. Robi to, co powinien robić prawdziwy mężczyzna. Pewien uśmiechnięty mędrzec - a musisz pamiętać, że mądrość zawsze się śmieje, (tylko głupota stroi się w powagę, zaś miałkość i banał szuka obcobrzmiących zwrotów) - powiedział był kiedyś, że kobiety traktują mężczyzn jak ludzkość traktuje swych bogów - otaczają ich uwielbieniem i ciągle chcą, by coś dla nich zrobili... Doprawdy, kiedy mężczyzna odrzuca swą boskość i pragnie zostać człowiekiem, niemal zawsze spotyka się z zarzutem, że niewieścieje... Tak, czekam na ciebie u Trevora, w jego malowniczym domu... Doprawdy, że też nigdy nie zapuściłeś się do sąsiedniej wsi, by obejrzeć to urocze zjawisko...

- Najczęściej najmniej znamy swoje strony.

- Tak, niestety. Jego dom jest niecodzienny, w stylu, jaki oczarował jego dziada podczas pobytu własnie w tym kraju, o jakim mówiliśmy w barze. Koniecznie musimy tam pojechać. To jedyny kraj na świecie, w którym społeczeństwo składa się w 99 procentach z nieuleczalnych prowincjuszy. Trzeba przyznać, że ma to swój urok.

16:17, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Chciałbym...

 Chciałbym, chciałbym już dziś, droga Agnieszko, napisać impresję z Sandomierza, starałbym się przy tym być jak najbardziej czarujący, bo miałbym dla Ciebie coś w prezencie, na imieniny... Ale, serce mi pęka, nie mam nic, bo odpuściliśmy sobie wyjazd ze względu na paskudną pogodę i rzecz całą odłożyliśmy do następnego weekendu... Liczę, że wtedy będzie już ładnie, bo do sandomierskich okolic i Franka potrzebuję słońca, gdyż to dla nich najodpowiedniejsza oprawa, na nią w pełni zasługują... A zatem wszyscy musimy trochę poczekać...

 Kwaśno było trochę wczorajszego dnia. Miałem chwilowe obniżenie nastroju, może z powodu pogody... Snułem się z kąta w kąt, coś tam próbowałem robić, Franek zadawał pytania, na które nie ma odpowiedzi... W końcu poszliśmy obejrzeć sobie wieczór... I zjeść kolację... Nie mówiliśmy wiele, raczej oddawaliśmy się milczeniu, ale niezbyt pogodnemu i kolacja nie bardzo nam smakowała... -I jak? -Nie wiem, tak jakoś. - Aha... - Bo myślałem, że... - Nie, nie, nie ma powodu... - Bo gdyby... - Nie przesadzaj... - Na pewno...? - Mhm... Z pomocą przyszło nam wino... Włączyło śmiech... I jeszcze zjawił się stary znajomy, T. Z młodym, różowym, plastikowym (skąd się, cholera, tacy ludzie biorą?) towarzyszem, jak zwykle... Kolejny rozbudzony i wpatrzony... Miałem ochotę złapać młodzieńca za kołnierz, wyprowadzić na ulicę i poczęstować kopniakiem, dla jego dobra... No, ale... Tak, radosna zabawa, póki co... A potem będzie skowyt... T. jest oczywiście pełen swoistego uroku... Adrianowi bardzo się nie podobało, że miałem takiego znajomego, bo słusznie uważał, że to skończone bydlę... No, ale bydlę czasami się przydawało, bo miało zawsze rozbudowany zmysł organizatorski, a poza tym tkwiło w okowach przeintelektualizowania, co jeszcze jakiś czas temu, gdy byłem trochę bardziej dziecinny, robiło na mnie wrażenie... I tak... Bydlę potrafi się okrutnie zabawić cudzym kosztem. I ta skłonność do zabawy, boję się, jest nieuleczalna... Ciekawi mnie tylko, kiedy dla niego nadejdzie czas zapłaty... Co by jednak nie powiedzieć, ma człek pewien talent do wprawiania innych w ożywienie... Hm, zawsze, kiedy go widzę, przypomina mi się pewne zdarzenie sprzed kilku lat... T. lubi sobie wypić, alkohol sprawia jednak, że potwornie głupieje i dość na wyrost ocenia rozmaite sytuacje... Razu pewnego uczestniczyłem w drobnej bibce... Pewnien koleś się cieszył, bo wierszyki mu wyskoczyły w nakładzie zdolnym zaspokoić czytelnicze potrzeby w obrębie jednej, nieprzesadnie wielkiej klatki schodowej, ktoś tam jeszcze miał powody do radości... I wszyscy z kwadransa na kwadrans cieszyli się coraz bardziej i coraz bełkotliwiej - z wyjątkiem Adriana, który się w przelocie dołączył, ale nie pił ze względu na samochodzik... Zresztą nie był jakoś w zabawowym nastroju i niezbyt mu się towarzystwo podobało. A jak mu się towarzystwo nie podobało, to czasem potrafił postąpić ze mną jak z królikiem, czyli tak, jak miałem ochotę postąpić wczoraj z różowym chłopcem, tylko bez kopania po dupie... (Chociaż parę razy pokopaliśmy się trochę, tak w ramach dodania do sielanki nieco pikantnej przyprawy). Tak, tamtego razu królik powinien był być ewakuowany, co też się stało... I została też spełniona jego prośba, która dotyczyła kolegi, co raczył był sobie przysnąć. Trzeba było się nim zająć, żeby mu się znowu coś złego nie przytrafiło, tak że, wprawdzie niechętnie, anioł stróż pomógł niesfornemu królikowi zapakować denata na tylne siedzenie... I tak sobie jechaliśmy, Adrian zgłaszał pretensje, ja coś prychałem i... w pewnym momencie szał! Zakotłowało się z tyłu, wrzask okrutny się podniósł, a w końcu rozbudzony bzik rzucił się na szyję kierowcy i przez moment zrobiło się niebezpiecznie. Nagle poczuliśmy się jak zamknięci w klatce razem z oszalałym zwierzęciem, które, gdy przestało dusić, tłukło łapami na oślep i ryczało: skurwysyny, zdrajcy, gnoje... Co się okazało...Świr się przebudził i zobaczył za sobą taką kratkę, która oddzielała część pasażerską od bagażnika i to wzbudziło w nim przekonanie, że znalazł się wewnątrz radiowozu... Sporą chwilę zabrało nam uspokojenie pijanego szaleńca...  - Nigdy więcej nie chcę widzieć tego idioty! - zawołał wściekły Adrian. - Mógł nas pozabijać... No mógł... I idiota oczywiście mówił później, że niczego nie pamięta... A ja naturalnie zaraz o tym rozpowiedziałem, żeby się trochę z niego ludziska pośmiali... I do dziś mu to przypominam...

 I tak... Nocą kwasy jakoś się rozpłynęły... Dziś dzień znowu ponury i nie chce mi się nosa wystawiać na dwór, ale muszę jeszcze pojechać do kuzyna, bo ma jakąś pilną sprawę do obgadania... Może się przy okazji oddamy wspominkom... Kiedyś tam, w dzieciństwie, byliśmy prawie jak bracia, trochę później zresztą też, a dziś jakoś tak trudniej nam się rozmawia... Pewna obcość się między nami zagnieździła... Chciałbym, żeby było inaczej... Myślę sobie, że dużo w tym mojej winy... Jakoś tak gubiłem zawsze po drodze ludzi... Nie wiem, czemu... Czemu tak czasem stygnę... Spadek po mamie? Nawet temperaturę ciała mam podobną... Niemal zawsze dużo mniej niż 36, 6...

15:57, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 kwietnia 2008
Bo w sumie co... ?
 Nie ma to jak wolne przed południem. Strindberg zawsze to wychwalał, a ja czynię to za nim. Człowiek z rozkoszą szwenda się po mieście w poczuciu radosnej zbędności... Świat się kręci, a ja wyskakuję z niego, pakuję ręce do kieszeni, głowę unoszę wysoko, łapię w nozdrza (jest coś takiego? - nigdy nie wiem, w co tak naprawdę jestem wyposażony) zapachy wiosny... Miasto zresztą tętni życiem, ludzi mrowie, i też jakoś tak wielu biegnie sobie luzem... Więcej nas zatem, takich może do zastąpienia... No, i w gruncie rzeczy tacy jesteśmy, poza kilkoma arcydziełami, które na szczęście zrobiły swoje zostawiając nam wyborne pokarmy... Mniam... Tylko o co chodzi? Tak - a zatem... Dobre sobie... Co to ja chciałem? A - że do zastąpienia... Choć mówi się, że już po tym czy tamtym to nic, pustka... A ten i tamten - pstryk - gaśnie i... nic się nie dzieje... Ci zgaśli... Już się w ich miejscach roi od czegoś innego - ale w gruncie rzeczy... Że właściwie co - w gruncie rzeczy? I - było coś? A jak się gdzieś udam daleko? To kto mi powie? Bo cóż ja tam sam sobie mogę gadać? Co było? Nikt nie wie? To? Tak? Nie. O czymś podobnym nigdy nie słyszałem... Że ten i ów... Ja jakoś inaczej kombinuję... Pamiętam czy zmyślam? ---- Autobus mnie powiózł... Tłok, bo pożegnania dla tego i owego czas nadszedł... Bo autobus pędził ku pożegnaniom... Bliscy i przyjaciele... Kto bliższy? Jak to jest zazwyczaj? Kto zapłacze głośniej, a kto już myślami na sali sądowej? Koleś jakiś się przytarł... Nie lubię takich kolesiów... -----Wszyscy leeeżą. Większość leeeży. Mniejszość, ciągle jeszcze mniejszość, stoi, w pojemniku, jak słoiczek z przyprawą... W murowanej szafce... Też ich przyroda połknie, tylko póżniej, w epoce lodowcowej... Jessstem na cmentarzu... Bo wolna chwila, więc można się pofatygować... Pozbierać to, co zwiędło... Dużo już zwiędło... To, co zwiędnięte jest do wyrzucenia... Wyrzucanie... Na miejsce przeznaczone dla tego, co do wyrzucenia, do usunięcia... Takie miejsca są potrzebne, bo bez nich kłopot... Mama też bezpiecznie pod ziemią... Mama chciała być po wszystkim jak przyprawa... Ale ze względu na jej siostrę nie spełniłem jej życzenia... Bo jej siostra ma dziecinne wyobrażenia o śmierci i myśli, że człowiek martwy czuje... Mam nadzieję, że nigdy nie zwierzyła się z tego przekonania na przykład swoim studentom... Swoją drogą, ciekawe, co sobie wyobraża taka uspokojona... Jakie ma przemyślenia o odczuciach nieboszczyka, co leży w mroku nieprzeniknionym i ulega... procesom... ? ---- Kładę mamie różę na mogiłce. Jedną. Czerwoną jak krew. I uparcie zapalam znicz... Zapałki trzaskają w rękach wyrodnego... Wiatr się bawi i dmucha... Ale w końcu daje spokój... Pali się knot... Służę uprzejmie... - Bo dusza do pochówku jest jeszcze tutaj - słyszę fragment duskusji przechodzących pań... A więc tak to jest... Potem pewnie do Nieba... A plącze się wspomnienie... Plącze się... ---- Mama często mi się śni... Zawsze wiem, że umarła, ale nie dziwi mnie to, że z nią rozmawiam... Ale na jawie nie rozmawiam... Nad jej grobem w myślach jawią mi się strzępki, obrazki... Zazwyczaj to pewna noc, kiedy jechaliśmy samochodem bez celu... Lubiłem ją w takich okolicznościach, w tym całym "bez celu"... Chociaż tyle, że nam się takie rzeczy przydarzały... I wtedy pojawiają się łzy... Czy ona nie patrzyła tam, gdzie ja patrzę... ? W horyzont albo w niebo, Bóg wie czego wypatrując... Nic nie wiadomo...---- A przy okazji Adrian... Ależ mi oni urządzili jazdę... Ale w porządku... Los tak chciał... Niech mu będzie... Tak?... Dziękuję... Proszę bardzo... Nie ma za co... Masz coś jeszcze do dodania? I co ta głupia mina ma znaczyć? Dobra, spadam... Coś chyba poleje... ----- A teraz... Trzeba będzie spakować trochę drobiazgów... Potem iść na drobne plotki... Kto pod kim, kto z kim, kto mam kuku, a kto nie... A jutro o świcie uderzamy na Sandomierz... Całe wieki tam nie byłem... 
16:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Trup, kochaś i psie serce niestałe

 Dziś dotarła do mnie przykra wiadomość. Jeden z pijaczków, o którym kiedyś tam wspomniałem, zginął w jakichś niejasnych okolicznościach... To ten bezczelny i skończenie piękny typek, który brał pieniądze i nigdy nie dziękował. Właściciel jednych z najpiękniejszych oczu, jakie dane mi było oglądać... Ponoć znależli go gdzieś tam leżącego w nietypowej pozycji... Hm... Dopiero teraz poznałem jego imię... Pod sklepem żałoba... Szkoda, że tak się stało... Idę dziś późnym wieczorem na wino do znajomych... Pierwszą lampkę wypiję za tego nieszczęśnika...

 I co jeszcze. Niedźwiedź znowu zaczął dłubać w uchu i poszliśmy do weterynarza. Kurwa jego mać - znowu stan zapalny, znowu dłubanie, znowu smarowanie - tubka maści za jedyne pięć dych... Ocipieć można... Całe życie tego psa to jedno wielkie zapalenie ucha! Natura się uwzięła! I teraz znowu całe korowody, bo wyczyścić Niedźwiedziowi ucho to nie lada sztuka. Wszystko trzeba robić w łazience, bo tam jest pokój zabiegowy - w innym pomieszczeniu taka rzecz by nie przeszła. Ale w łazience Niedźwiedź jest trochę łaskawszy. Tak że po spacerze nie spuszczam go ze smyczy, targam pod wannę no i tam się nad tym stworzeniem znęcam... Cholera, Niedźwiedziowi nie wytłumaczę, że wizyty u pana, który wsadza do dupy termometr (oczy zwierzakowi na wierzch wychodzą, kiedy się to dzieje), wali igłą po karczychu, a także spacery do łazienki, by pogmerać w głowie oraz pakowanie do gardła tabletek, są dla jego dobra. Dla niego to gwałt! A on przecież taki niezależny, obrażalski - więcej, bydlaczek stara się ze mną mocować... Że niby on tu rządzi... Tak że czasem muszę pokazać pazur, żeby sobie przypomniał, gdzie jego miejsce... Te wszystkie chorobowe przygody spowodowały w nim pewne skrzywienia. I zrodziły nieufność. Nie wszędzie Niedźwiedzia można dotknąć, bo jebnie. No i niestety wychodzi na to, że jestem w jego oczach jakimś potwornym oprawcą... Ale tak się przyjemnie złożyło w życiu wodza - tego skurwysyna - niech mnie jeszcze raz pod włos spróbuje pogłaskać, albo mnie złapać za łapę - będzie jatka! Bo co sobie myśli! - że pojawił się kolega... Niech go cholera, tego Niedźwiedzia - Franek mu się tak spodobał, że kumple z nich jak się patrzy... Przychodzi do niego Niedźwiedź, podaje mu łapę, nadstawia się do głaskania, mruczy coś do niego, patrzy zalotnie, ogonkiem merda... A mnie ma w dupie... Do mnie się przymila, jak ma interes... Do michy trzeba dać! Wtedy Niedźwiedź jest taki kochany... A jak już sobie pożre, to idzie się poczochrać, a potem do Franka, na pieszczoty, bo on w niczym nie dłubie, do sali tortur nie prowadzi... I patrzy na mnie, jakby mi chciał powiedzieć: - No, upajaj się tą swoją władzą, uchogrzebie jeden!... Tak że mam teraz jednego osobistego pieska... Mój mały Budrek, szeregowiec, przytulaczek, który wiecznie na mnie wisi, sypia nad moją głową i czasem warczy takim śmiesznym, dziecinnym głosem na Franka... Mały, śmieszny, którym czasem okropny Niedźwiedź lubi się pobawić - a to przytłamsić, potrącić bokiem, a to dokonać czynu lubieżnego... To już pachnie drobną przesadą... Ludzie i psy - same samce... I podobne zabawy... Coś takiego, coś takiego... Drapię się po głowie z zakłopotaniem... ;)

18:01, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 kwietnia 2008
Mann i homoerotyzm

 No, no, trzeba w końcu zadbać o tego swojego, jak mu tam, bloga, zadbać dorzucając znów coś niedbałego, dorzucając nową plamę, paćkę ułożoną z wąskiego zasobu wyrazów... (Ach, za niedbałość tę winienem chyba ciągle przepraszać skromną gromadkę czytelników, która z niewyjaśnionych powodów zadaje sobie trud brnięcia przez to poletko chwastów zasiane przez dziwoląga, w towarzystwie którego same zapalają się świece i przy którym niejeden nadwrażliwy żywot doznał uszczerbku, przepraszać i pewnie obiecywać poprawę... Tak, tak - to pierwsze mogę czynić, lecz zapewnienie o poprawie musi pozostać niewypowiedziane, nie miałoby ono bowiem pokrycia nawet w cieniu zalążka chęci do takowej... Misio nie daje sobie dużo czasu na blogowanie, spieszy się, klepie z marszu bez żadnego planu, bowiem niczego wcześniej nie obmyśla, nie chce się też misiowi czytać narosłego uklepku, ale to wszystko ma bardzo zbawienny wpływ na żywotność - albo może nie tyle żywotność, co trwałość - tego osobliwego przedsięwzięcia, będącego trochę takim lekkim oddechem, przy którym misio - wytrwały wróg wirusa pracowitości - nie chce mieć poczucia, że wykonuje jakąś pracę!------------------------- Zastanawiałem się minutkę temu o czym napisać... Znów coś osobistego? Ech, może nie... W tej kwestii mogę powiedzieć tylko tyle: jest w porządku, jest spokojnie, jest Franek, są psy, nie wiszą w powietrzu żadne katastrofy - słowem - wypogodziło się... A zatem może znowu coś o kimś innym, obcym, ale mi bliskim... Kilka sylwetyek ze świata literatury pojawiło się na tym blogu - jeśli dobrze pamiętam: Ośniałowski, Sundman, Laxness, Oscar Wilde, H. Ch. Andersen, Maria Wine, Steinn Steinarr, Jonas Hallgrimsson... Czas więc może na kogoś, o kim mogę powiedzieć, że jest osobą, w jakiej spotkałem niezwykłego przyjaciela - tak, tak chyba mogę powiedzieć... Tym kimś jest Tomasz Mann - człowiek, który w swych książkach nazwał wiele z moich milczących przekonań, człowiek, w którym, choć żyję w innej epoce, odnalazłem istotę wyrosłą z podobnych fascynacji, podległą podobnym wpływom (widać, że nie zawsze pokolenia muszą być oddzielone od siebie przepaściami)... Być może Mannowi poświęcę wiele notek (wszak nie sposób opowiedzieć o tej mojej czytelniczej przygodzie w jednym blogowym tekściku) i ta będzie pierwszą, skupiającą się na jednym tylko utworze, który kiedyś wywarł na mnie wielkie wrażenie...----------------"Każdego ranka jeden krok naprzód, każdego ranka jeden ustęp - oto mój sposób pracy, w dodatku jedyny. Źródło tego leży w niezwykle żywym poczuciu odpowiedzialności za każde wybrane słowo, za ukształtowanie każdej frazy, w tym poczuciu odpowiedzialności, które wymaga bezwzględnie świeżego umysłu i które sprawia, że po dwóch godzinach pracy nie rozpoczynam już żadnego nowego ważnego zdania. Ale jakie zdanie jest ważne, a jakie nie? Czyż można z góry przewidzieć, jakie zdanie lub jego część w postaci motywu, nawiasu, symbolu, cytatu, związku? (...) Tak więc każde miejsce w książce staje się 'miejscem pracy', każdy przymiotnik - punktem, w którym musi zapadać rozstrzygnięcie. (...) Są autorzy, którym pisze się łatwo. Ja natomiast muszę zaciskać zęby i kroczyć powoli noga za nogą, ćwiczyć się w cierpliwości, spędzać pół dnia na wczasowaniu, kłaść się spać i wyczekiwać, czy nazajutrz rano przy wypoczętym umyśle osiągnie się lepszy rezultat. Ażeby dokonać czegoś wielkiego, dotrzymać wierności raz podjętemu przedsięwzięciu, nie uchylić się od niego, nie sięgnąć po rzeczy nowe, nęcące blaskiem młodości, potrzeba naprawdę pilności. Więcej potrzeba zaciętości, uporu, dyscypliny i samoujarzmiania woli wprost niewyobrażalnego..." Ta wielka pilność, ten duch rzetelności i obowiązkowości wyrastający z kupieckiego świata Lubeki, współbrzmiący z odziedziczonym po matce duchem fantazji, pozwolił stworzyć dzieła, bez których trudno byłoby wyobrazić sobie kulturalny pejzaż Europy... Wytężona, systematyczna praca, wolna od uniesień i gwałtownych natchnień, zrodziła jednak coś, co nie tylko niesie ze sobą ważne i złożone prawdy o ludzkim świecie, co nie tylko wypełnia refleksja o człowieku, o jego losie, naturze, przeznaczeniu, ale także wspaniałe słowa, które nie ulgły erozji, w których kryje się wiele lekkości, humoru i wielkiej sympatii do człowieka (mimo iż zdawał sobie sprawę z jego mrocznych instynktów, z jego duchowej i fizycznej nędzy, z uporem niestrudzonym ukazywał jego dziwność, wielkość, wpaniałość, wyjątkowość). I choć był twórcą tak niezwykle odpowiedzialnym, i choć pracował z mozołem, dorobek jego ukazuje, jak wiele tkwiło w nim pasji i twórczej radości, czasem nieokiełznanej, przez co niektóre jego dzieła zaskakująco się rozrastały... Buddenbrookowie -książka, która, na wzór norweskiej powieści kupieckiej (A. Kielland, J. Lie), miała być najwyżej stukilkudziesięciostronicowym dziełem, rozrosła się do prawdziwego monumentu; podobnie Czarodziejska góra, co miała być lekką odpowiedzią na Śmierć w Wenecji, równie jak ona nieobszerną, czy wreszcie Józef i jego bracia, absolutnie genialna rzecz, która rozrosła się do rozmiarów wielgachnej tetralogii... (Zdaje się, że jedynym dziełem, którego spora objętość została z góry zaplanowana, był Doktor Faustus). Nie znaczy to jednak, że Mann nie umiał nad sobą zapanować, o czym świadczy jego nowelistyczny dorobek (swoją drogą osobiście wolę to jego nieopanowanie, zawsze jednak tkwiące w obręczy doskonałości, dopracowania, kocham te jego fantastyczne dłużyzny, te medytacyjne wynurzenia, skłonność do niewiarygodnej precyzji...)---Pierwszą książką Manna, z jaką się zetknąłem, to byli Buddenbrookowie, zaraz potem zaś, od pierwszego wejrzenia zakochany w jego prozie, sięgnąłem po Śmierć w Wenecji, o której, korzystając z paru cytatów, napiszę słów kilka...

ale teraz mała przerwa - reszta niżej

19:08, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
Mann i homoerotyzm 2

 Tomasz Mann. Kto wie, czy jego nieustająca popularność - nawet trochę zadziwiająca, gdy weźmie się pod uwagę ciężar gatunkowy sporej części jego dorobku - nie wynika stąd, że jest on chyba ostatnim twórcą, którego ambicją było przekazywanie innym "spójnego, organicznego i całościowego obrazu człowieka."---- Biolog Jean Rostand powiedział kiedyś, że "panowanie nauki otworzyło epokę lodowcową w historii duchowej naszego gatunku" i wyraził obawę, czy nie spowoduje ona uszczerbku dla naszych podstawowych wartości. Żyjemy w epoce "panowania ilości" i rozdrobnionej nauki, postępującego procesu specjalizacji, w czasach, w których nikt właściwie nie zajmuje się człowiekiem jako rzeczywistością totalną - i na tym tle Mann jawi się jako ktoś zupełnie wyjątkowy. Żaden twórca dwudziestowieczny nie próbował w jak najszerszej skali przeżyć i wchłonąć duchowego dziedzictwa ludzkości. Mann podjął się tego zadania z wielka pasją i przez całe życie mierzył się z tajemnicą człowieka, patrząc na otaczający go świat, popadający z czasem w coraz większe szaleństwo, a także w studnię wieczności, w otchłań wieków... Zagadka życia, zagadka śmierci, czas, przeznaczenie, namiętności... Obcowanie z pisarstwem Manna jest niezwykłą doprawdy przygodą dla tych, co nie zrezygnowali jeszcze z zadawania wielkich pytań i stanowi też ogromną wartość, bowiem potrafi ono przywrócić uczucie sympatii, jeśli nie miłości do człowieka, mimo że jawi się on niekiedy, tak w codziennym życiu, jako dość nędzna istota, bytująca na dodatek w świecie, nad którym rozpościera się bezkres pogrążonego w milczeniu, obojętnego, zimnego kosmosu... Mann nigdy nie uległ zgorzknieniu, nie demaskował nicości człowieka i świata, i nie czynił też z literatury jedynie pustej gry intelektu wypranej z sensu i ludzkiej treści... Przedziwny Tomasz Mann - osobliwy twór natury, wydobyty z nicości na świat, żeby w wiecznie pogubionym ludzkim mrowiu zasiać ziarno ufności... ------------ Kim jest człowiek? Kim jest twórca? Kim był on sam? Te pytania powracały zawsze... ----- Gustaw Aschenbach - bohater "Śmierci w Wenecji" - pokonany przez namiętność, upokarzającą i uszczęśliwiającą zarazem, w wewnętrznym dialogu z Fajdrosem wyznaje: "Gdyż trzeba ci wiedzieć, że my, poeci, nie możemy iść drogą piękną, żeby nie przyłączył się Eros i nie narzucił się na przewodnika; ba, choćbyśmy byli nawet bohaterami na swój sposób i dzielnymi wojownikami, to jesteśmy jak kobiety, gdyż namiętność jest naszym wywyższeniem, i naszą tęsknotą musi pozostać miłość - to jest nasza rozkosz i nasza hańba. Widzisz więc teraz, że my, poeci, nie możemy być mądrzy ani godni. Że z konieczności schodzimy na manowce, z konieczności musimy być rozpustnikami i awanturnikami uczucia. Mistrzostwo naszego stylu to kłamstwo i błazeństwo, nasza sława i godność to krotochwila, zaufanie tłumu do nas w najwyższym stopniu jest śmieszne, wychowywanie ludu i młodzieży przez Sztukę jest zuchwałym i karygodnym przedsięwzięciem. Bo jakżeby miał być zdatny na wychowawcę ten, który ma niepoprawny i naturalny pociąg do przepaści." --- Przygoda Aschenbacha, ta historia upadku i ruiny duchowej znakomitego pisarza, będąca niejako kompromitacją pisarstwa gloryfikującego heroizm, godność, odpowiedzialność - jak to u Manna, twórcy pozbawionego daru stwarzania od podstaw nowych światów - osadzona jest pośród rzeczywistych zdarzeń, postaci i przeżyć, które nadały się świetnie do skomponowania utworu stanowiącego swoistą wiwisekcje artysty. "Śmierć w Wenecji" pełna jest bowiem rozterek, wątpliwości, pytań o role twórcy i sztuki, pytań, które pojawiały się u Manna zreszta do końca życia, zmagań między tym, który pragnie spełniać funkcję wychowawczo - społeczną a tym, który ulega sympatii do przepaści... Aschenbacha pociągnęła niespodziewanie przepaść - rozbudzona nagle zaskakująca namiętność, ta namiętność, która stanowiła składnik duszy samego Manna. -----------------Tomasz Mann napisał "Śmierć w Wenecji" dla wytchnienia, nieco zmęczony niefrasobliwym tonem "Felixa Krulla" (do tej powieści powrócił pisarz dopiero po 44 latach - powieści, trzeba dodać, w której wreszcie hochsztaplerstwo, o jakie Mann przez całe życie się posądzał, zyskało humorystyczną nobilitację [Mann  żywił nieustanne poczucie winy w stosunku do publiczności, społeczeństwa za to, że zwodzi je fałszywym blaskiem swojej erudycji, która była tylko nagromadzeniem wiadomości użytkowych i powierzchownych, szybko po spełnieniu swego celu ulatujących z pamięci {Mówiono o Mannie "poeta doctus", do czego on sam odnosił się z niechęcią - wolał raczej kpić z samego siebie, bo wiedział doskonale, jak wątłe były podstawy jego erudycji i jak wiele w nim było li tylko pozorów prawdziwej wiedzy. Wiadomości były mu potrzebne do jego pisarskich zamierzeń, ale bezinteresowna miłość wiedzy była mu obca. Był przede wszystkim artystą, nie uczonym. Na całe nieszczęście ludzie byli skłonni traktować go jak eksperta, bo jakoś nie przychodziło im do głowy, że pisarz, podobnie jak aktor, tylko na użytek uprawianej sztuki może stać się: a to muzykologiem, a to egiptologiem, medykiem, który jednak po pewnym czasie swe obciążające głowę wiadomości odrzuca niczym papierek po zjedzonym cukierku}, że, mimo swej dorosłości i mimo swego poważnego dorobku, był ciągle tym samym chłopcem z Lubeki bawiącym się w księcia]). Dzięki temu powstał utwór krańcowo odmienny, ukazujący tragiczniejsze i ciemniejsze aspekty jego osobowości... Nic nie zostało tam zmyślone - autentyczni są: przechodzień spotkany koło cmentarza w Monachium, ponury statek odpływający z Poli, sędziwy fircyk, podejrzany gondolier... no i Tadzio... Autor "Buddenbrooków" zwrócił razu pewnego uwagę na młodziutkiego Polaka, Władysława Moesa, zwrócił uwagę w taki sposób, w jaki zrobił to bohater jego opowieści, pisarz Aschenbach, co skłoniło matkę polskiego chłopca do otoczenia go szczególną opieką... --- Zafascynowanie męskimi urokami tkwiło u Manna od zawsze (głęboka chłopięca miłość do kolegi szkolnego oraz podobne uczucie, jakie odżyło w przyjaźni do Paula Ehrenberga) i w jego twórczości tu i ówdzie daje się to zauważyć, a przeżycie z Wenecji kazało mu zająć się tym zjawiskiem, szczególnie go uwypuklając... Jak pisze A. Rogalski: "(...) zainteresowania Tomasza Manna homoerotyzmem wiązały się najściślej i najsekretniej z tym, co można by określić jako istotę estetycznego przeżywania świata: skłaniała go ona do afirmacji namiętności homoerotycznej, jeśli namiętność ta współistniała z twórczością artystyczną lub jej towarzyszyła." A sam Tomasz Mann tak pisał w jednym z listów: "Nie dziwi mnie zupełnie, że pewne prawo natury (mam na myśli prawo przeciwieństwa płci) przestaje działać tam, gdzie - pomimo zmysłowości - natura odgrywa rolę niewielką, umysł natomiast znacznie większą. Nie widzę nic nienaturalnego w fakcie, że dojrzała męskość skłania się z czułością ku delikatnej i pięknej, ta zaś ku tamtej wyciąga ramiona; przeciwnie, widzę w tym wielki sens wychowawczy, wzniosły humanizm... Zresztą w dziedzinie kultury miłość między osobnikami tej samej płci jest niewątpliwie neutralna jak miłość dwupłciowa: w obu wszystko zależy od indywidualnego przypadku, obie mogą produkować chamstwo i kicz i obie zdolne są do najwyższych wzlotów ducha" W innym miejscu, mówiąc już o sobie, dodawał: "Jeśli o mnie chodzi, moje zainteresowania są niejako podzielone między obie dziedziny, które Blüher uważa za dwie podstawy społeczeństwa: rodzinę i związki mężczyzn. Z instynktu i przekonania jestem synem i ojcem, głową rodziny. Kocham moje dzieci, najgoręcej małą córeczkę, bardzo podobną do mojej żony. Francuz powiedziałby, że ją ubóstwiam - oto obraz 'mieszczanina'. Sprawy przedstawiają się jednak nieco inaczej, jeśli mowa o sferze erotyki, o niemieszczańskiej, duchowo-zmysłowej przygodzie. Zagadnienie erotyzmu, zagadnienie piękności tkwi dla mnie w pełnym napięcia stosunku życia i ducha... Stosunek życia i ducha to stosunek niezwykle delikatny, trudny, pobudzający, bolesny, przepełniony ironią i erotyką... Również i życie pragnie ducha. Dwa światy, które łączy stosunek erotyczny, mimo iż nie występuje tu przeciwieństwo płci, mimo iż jeden nie uosabia pierwiastka męskiego, drugi żeńskiego: oto życie i duch. Dlatego nia ma między nimi połączenia, tylko chwilowe, upajające złudzenie połączenia i porozumienia, wieczne napięcie bez możliwości rozwiązania... To jest zagadnienie piękności, dla ducha bowiem życie, dla życia duch jest pięknością... Duch, który kocha, nie jest fanatyczny, jest dowcipny, polityczny, zabiega o względy, a zabiegi te mają coś z erotycznej ironii..."

 Tomasz Mann... Co jeszcze dodać do tych pospiesznie wpisanych zdań, cytatów... Artysta - jaki ma być? Nieczuły i zimny - czy niosący pociechę i pouczenie? Komediant i szarlatan - czy poważny wychowawca? Analityk i diagnosta, a przy tym wirtuoz - czy naiwny, żywiołowy stworzyciel nowych istot? Sztuka - gra pozorów - czy też autentyczna rzeczywistość, prawdziwe ludzkie życie? Powaga, odpowiedzialność - czy przepaść? Raz jeden z ekstermów brał górę, raz drugi... Wieczne zmaganie, usiłowanie pogodzenia przeciwieństw, wieczna dyskusja... Czy to nie dobry wychowawca? Ten który usiłuje dociec? Który chce ukazać zawiłości człowieczeństwa, w tym własne wewnętrzne sprzeczności? Który niczego nie zabija?...

a poniżej jeszcze taki wiersz

19:07, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (13) »
WISŁAWA SZYMBORSKA - "Tomasz Mann"

Drogie syreny, tak musiało być,

kochane fauny, wielmożne anioły,

ewolucja stanowczo wyparła się was.

Nie brak jej wyobraźni, ale wy i wasze

płetwy z głębi dewonu, a piersi z aluwium,

wasze dłonie palczaste, a u nóg kopytka,

te ramiona nie zamiast, ale oprócz skrzydeł,

te wasze, strach pomyśleć, szkieletki - dwutworki

nie w porę ogoniaste, rogate z przekory

albo na gapę ptasie, te zlepki, te zrostki,

te składanki - cacanki, te dystychy

rymujące człowieka z czaplą tak kunsztownie,

że fruwa i nieśmiertelny jest, i wszystko wie

- przyznacie chyba same, że byłby to żart

i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,

których przyroda mieć nie chce i nie ma.

 

Dobrze, że choć pozwala pewnej rybie latać

z wyzywającą wprawą. Każdy taki wzlot

to pociecha w regule, to ułaskawienie

z powszechnej konieczności, dar

hojniejszy, niż potrzeba, żeby świat był światem.

 

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,

jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.

Mogłaby się sprzeciwić - i któż by z nas odkrył,

że jest obrabowany?

 

                              A najlepsze to,

że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak

z cudownie upierzoną watermanem ręką.

 

18:57, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2