BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 29 kwietnia 2009
Ciągle pada (Duży Książę)

 I cóż ja, biedny, mam zrobić? Mogę oczywiście, jak bóg jakiś srogi, zrzucic plagi rozmaite, kazać rozszaleć się żywiołom, zmieść wszystkich powołanych do życia ludzi z powierzchni ziemi, wyzabijać wszystko, jednym cięciem, jedną decyzją, ale sumienie mnie jakoś męczy... Nie, żebym darzył swych bohaterów jakąś przesadną sympatią, żeby mi na sercu leżały ich losy, ale... Cóż poradzić - Agnieszka domaga się, bym okazał im łaskę, bym nie wyrządzał krzywd, bym nie uśmiercał, przynajmniej jeszcze nie teraz, swych bohaterów. Zwraca się do tej wyższej instancji, do tego, który zamieszkuje niebo unoszące się nad głową Księcia i jego towarzystwa oraz jego wszystkich poddanych. Zatem - tu drapię się po głowie w poczuciu swej nie lada potęgi, ale i gołębiej łagodności, nakazującej mi wyjść naprzeciw prośbie i powściągnąć swe niszczycielskie zapędy...:)

 Aubrey zapina spodnie. - Zmieńmy coś może! - woła nagle Książę i znów staje w drzwiach. - Tak bym chciał cię widzieć w błękitach. Przebierz się, proszę, w coś błękitnego. Nie masz błękitnej koszuli? - Aubrey kręci przecząco głową. - To nic. Ja mam. Wisi w mojej szafie. Bądź więc tak dobry... - Nie będzie na mnie trochę za duża? - To nic, mój chłopcze - mówi Książę i wchodzi do pokoju. - Tak mnie jakoś ten deszcz nastraja... - Jak? - pyta Aubrey. - Sam nie wiem... W takich sytuacjach trudno o słowa. Łatwo natomiast o gesty i czyny - odpowiada obejmując znów swego chłopca. - Pocałuj mnie - mówi Aubrey. - Naturalnie... Po chwili Książę znów zwraca uwagę na obraz. - Sądzisz, że mógł być przyhamowany mądrością? A to piękno? - A czy to piękno...? - Co chciałeś powiedzieć? - We wszystkim są jakieś granice. Szpetota w którymś momencie może stać się interesująca, piękno zaś może przybrać taki rozmiar... - Że aż będzie odpychające? Zatem mądry i odrażająco piękny. Doskonale! - Jakież to szczęście, że sam mądrością nie grzeszę... - Nie pleć głupstw. Cudownie się zapowiadasz. - Nie za późno na zapowiadanie się? - Nigdy nie jest za późno. - Zresztą jaki to ma sens... Do diabła... Osobliwy, nawet dość bezczelny sposób na to całe radzenie sobie. Wszyscy tam, moi koledzy i koleżanki, trzęsą tylko portkami o swoją przyszłość, o swoje miejsce, zatroskani o to, by sobie przy okazji za bardzo nie poplamić rąk... Bezmyślność wysrywa nas na świat, i radź sobie człowieku! Rzygać się od tego chce. - A to co znowu? - Jak widzę kobiety, które szczebioczą o swoich ciążach, mam ochotę je batożyć. - No tak. Rzeczywiście, jest w tym coś potwornego. - Tego raka można tylko w jeden soposób wyleczyć, wyleczyć poprzez wymazanie z człowieczyc zasiedziałej w nich chęci do zabawy lalkami. - W co się więc mają bawić dzieci? - Ach nie wiem, nie wiem... Bardzo się zawsze bałem - dodaje po chwili Aubrey. - Nawet nie wyobraża sobie Książę, jaką męką było i jest dla mnie życie. Żałuję, że nie miałem dotąd odwagi, żeby się zabić. To takie żałosne. Cała wartość życia... Cóż to za wartość, skoro utrzymuje ją tylko strach? Widać, mimo deklarowanej niewiary, wiele jeszcze we mnie pozostało... To zresztą niezwykłe - w niewierzących kołacze się często coś, w co tak zwani wierzący zdaja się powątpiewać. Zauważył Książę, że najbardziej czepiają się życia ludzie wierzący? Z jednej strony posypują sobie głowy popiołem, powtarzają, że wszystko to jeno proch, pył, marność, że prawdziwe życie dopiero ma przyjść... Ktoś tam im złożył wielką, marzycielską obietnicę! Wierzysz? Wierzysz? To masz! Jak w banku! A jednak... Ten proch to jedyne, co pewne. Modlą się więc o jeszcze trochę czasu. Gotowi są nawet wentylować trupy, byle nie składać ich do grobu! Tak bardzo przywiązani są do życia, do ciał, do ich posiadania. Ich wyobraźnię zaludniają nadprzyrodzone istoty z lepszych światów, ale chyba bardziej opanowani są przez przekonanie, albo mocne podejrzenie, że potem nie ma już nic, a oni chcą być, trwać w niezmiennej postaci. Boją się, boją się przeraźliwie nicości, a ukrywają to opowiadając o godności i prawie do życia. Wyraża się to nawet w ich zdumiewającym, biorąc pod uwagę ich klekotania o życiu jako o cennym darze, pragnieniu, by utrzymywać karę śmierci, bo uważają śmierć za coś najstraszliwszego. A przecież karę winien człowiek raczej przeżyć, tu... Prawda? Zadziwiające - chcą zapewniać zbrodniarzom komfortową śmierć, zupełnie jakby myśleli, że sami odejdą w jeszcze cudowniejszych okolicznościach... A ja? Mówię, że potem nie ma już nic. To moja wielka nadzieja. Nadzieja. Ale nie pewność. Tak brzydzę się życiem, a tu jeszcze wkrada się niepewność - bo jeśli potem jednak coś jest? Jeśli ten ostatni, największy ból przylgnie już do mnie na zawsze? Nie ból od zadanego ciosu, ale ból tej samotnej, wyjątkowo samotnej chwili, w jakimś dole, na jakimś poddaszu albo nawet we własnej sypialni... Brakuje nam pewności. Tamci boją się zniknięcia, ja boję się potworności dalszego ciągu. Mam może tylko jedną przewagę - nie sądzę, bym chciał się kiedykolwiek ratować za wszelką cenę.  Ze spokojem przyjmę śmierć, która zechce zadziałać na własną rękę... Póki jednak jestem zdrowy, muszę brnąć przez czas... Zawsze się bałem. I ciągle miałem i mam poczucie, że postępuję wbrew sobie. Nigdy nie chciałem stąd wyjeżdżać. Ale musiałem. Bo musiałem być kimś. Tak postanowiono w domu... Właściwie już dawno powinienem był tutaj wrócić. Bo nie udało mi się. Ale jakoś było mi wstyd. Mimo wszystko. Bo zawiodłem. Bo te wszystkie cholerne oczekiwania. Wolałem więc zniknąć. Gdzieś w miejskich zakamarkach. Miałem nawet nadzieję, że mnie zabiją... To, co najlepsze, poszło na sprzedaż. - Domyślam się, ze to, czym się tutaj tak zachwycam... - Nie ucierpiało nic, prawda? - Tak ci było wszystko jedno? - Chciałem się gdzieś zesypać. Po prostu. Na ostre cięcie nie było mnie przecież stać. Pomyślałem, że ktoś mnie wyręczy. W międzyczasie miałem trochę uciechy. Panowie potrafią czasem tak ładnie bawić. Było mi wszystko jedno i o tyle dobrze, że mogłem przez jakiś czas, nie wiedziałem, jak długi wprawdzie, być pewnym jutra... Było mi przecież wszystko jedno... Raz przysnąłem na mrozie... Ktoś mnie obudził. Zostałem niepotrzebnie ocalony. Powiedziałem sobie - szkoda, no cóż... Po jakimś czasie wziął mnie sobie Howard. Howard z wieży, który lubił, podobnie jak ja, poezję. Opowiadał mi, że zajmował mieszkanie, gdzie przed wiekami żył mag. I jeszcze mi mówił: "Nie zaniedbałeś się! O nie!" Tak mówił. Prowadziliśmy tzw. pasjonujące rozmowy o literaturze. On przykładał wielką wagę do oczytania. Wierzył, że to jakoś podnosi wartość człowieka... Nie był w tym głupstwie odosobniony... - Więc po co to? - Po co? By być nagim. - Nagim? - Człowiek nie jest nagi, gdy zdejmie ubranie. Jest nagi, gdy czyta. Nie jest wtedy istotne, kim jest i co posiada. Właściwie go nie ma. To dobry sposób na choćby chwilowe zduszenie własnego życia. Ale lepsi się od tego nie robimy. Zresztą... Jak ktoś potrzebuje tej całej lepszości, wielkości, to po prostu w to wierzy. Wierzy, że przyswojone powieści, zasób cytatów, łacińskich sentencji, kurs filozofii, gdzie się człowiek zaznajamia z tym dość pokracznym zestawem uspokajających werbalizacji, czynią go człowiekiem prawdziwym, wyższym i dają uprawnienia do okazywania pogardy. I chce być nauralnie z tego powodu doceniany i dobrze opłacany, bo przecież ma poczucie, że wykonał jakąś wielką, udoskonalającą pracę. Ludzie nazywają czasem taki śmietnik głowowy mądrością. Taki człowiek to jednak zlepek innych ludzi. Sam staję się takim zlepkiem. Ponieważ poza uprawianiem seksu niewiele potrafię, poszedłem w to podniesione do rangi nauki plotkarstwo. Będę rozprawiał o innych ludziach. Grzebał w ich życiorysach i dodawał treści pozostawionym przez nich myślom. I udawał, że coś wiem. - Mówisz zupełnie okropne rzeczy. Myślisz, że samo opowiadanie o życiu - w taki czy inny sposób - jest czymś niepotrzebnym i bezużytecznym? A nawet objaśnianie tego, co opowiedzieli inni i budowanie na tym własnych refleksji... - Bajki, bajki... - By być nagim. - Niech więc zostaną też nagie bajki, bez bzdurnych dobudówek. Karen Blixen powiedziała, że współczesny człowiek potrzebuje czarów. Po co jednak upierać się, że można z nich robić coś równie doniosłego jak matematyka. - Tobie się po prostu nic nie chce. To zresztą dość niezwykłe, bo człowiek, któremu niewiele się chce, nauczył się siedmiu języków... - W których nie mam za wiele do powiedzenia. - To się jeszcze okaże. - I tak nie wiemy nic. I nigdy się niczego nie dowiemy. Babrzemy się tylko w faktach. Śmieszni, dziecinni, jednostronni (na zaniedbaną drugą stronę mamy rozmaite wyciszające medykamenty i szpitale psychiatryczne), niezmiennie średniowieczni, bezustannie tańczący w takt muzyki wygrywanej przez potężne, zewnętrzne moce. Bo łaska zawsze przychodzi z zewnątrz. I wszystko jedno, co wejdzie w miejsce dogorywającego boga - choćby pieniądz albo świat... Taki to człowiek naszego cywilizowanego świata, by już użyć nieszczęsnego cytatu z Junga, by się nie wysilać: pilny, trwożliwy, nabożny, spokorniały, przedsiębiorczy, zachłanny i gwałtownie uganiający się za dobrami tego świata: własnością, zdrowiem, wiedzą, technicznym mistrzostwem, publicznym powodzeniem, władzą polityczną, podbojem. Nasze największe ruchy, działania? To tylko próby zagarnienia pieniędzy albo własności innych i ochrony swoich własnych. A nasz umysł jest głównie zaprzątnięty wymyślaniem odpowiednich izmów, które służą skrywaniu rzeczywistych motywów i zdobywaniu większych łupów... Ech, a mogłem tu zostać... Tęskniłbym, pisał marne wiersze... Tak jak ten, tam na stacji. Chyba kiedyś nie traktowałem go poważnie. Teraz mu chyba zazdroszczę. On ma, tak sądzę, przynajmniej jeszcze marzenia. Ma za oknem skarpę, która latem bujnie porasta chwastami. I ma tory, po których jeżdżą pociągi - w jeną stronę do misteczka, do czegoś na jego zaakceptowaną miarę, w drugą - do wielkiego świata, który jest nie do przyjęcia dla kogoś, kto chciałby wydorośleć... Ja zostałem tam. I szedłem sobie na rozmaitych smyczach. A kiedy nadarzyła się okazja, wziąłem skrzętnie przechowywane w teczuszce papierki, by podbać jeszcze o to, czego nie zaniedbałem... Mama by się wreszcie ucieszyła... A ja jak to wiotkie drzewo, uparcie przez kogoś podpierane... Chciałbym wiedzieć, jaki jest sens tego wszystkiego, chciałbym, jak każdy, któremu los podaje upierścienioną dłoń... Człowiek nabiera podejrzenia, że kryje się za tym jakaś myśl. Ale jaka? Przez kogo pomyślana? W tym dziwnym świecie, gdzie fikołki natury sieją zniszczenie, gdzie się w szaleństwie morduje... - Powiedz, do cholery: przepraszam! Powtarzaj to kupując kwiaty, pijąc szampana. - Co? - Cóż możesz poradzić na kataklizmy? - No tak, cóż... Zresztą... - O co ci chodzi? - Ciągle pada. Pewnie będzie padało przez cały nasz pobyt. Opłakana sprawa. - Aubrey! - Wspaniały, równoległy świat. Ostoja prawdziwa. Dobrze urodzeni. Baśniowi w swej czarownej nieokreśloności - w odróżnieniu od tej zwykłej, też czasem luksusowej, tyle że żałośnie pracowniczej... Kosmiczny zakład pracy... Na prąd. Czy to nie zabwane, tak swoją drogą... - Co? - My i dzicy, ci, co się jeszcze ostali w amazońskich lasach. Gdyby nas przyrównać do młynków na kawę... My jesteśmy tymi elektrycznymi, oni tymi na korbkę... Jesteśmy tacy cudowni, potrafimy rozwiązywać problemy, w których piętrzeniu jesteśmy niezrównani, i tak cudownie służymy efektom  naszej pomysłowości. I tyle się ciekawych rzeczy uczymy, i mamy papier, który wyjałowił naszą pamięć. Jedno jest pewne - my nie przetrwamy. Nawet nie musi nam w rękach wybuchnąć żadna straszliwa bomba - wystarczy nam zgasić światło, by zamienić nas w masę niezdolnych do życia kretynów. Bo my nie wiemy już nic, tamci natomiast wiedzą wszystko, co niezbędne, by przetrwać. W razie katastrofy nadzieją na dalsze życie człowieka są ci najpierwotniejsi... Co mamy do przekazania nagusom z lasu? Możemy im powiedzieć tylko, że są... bezrobotni... Czemu byłem taki głupi, taki słaby? Czemu nie nająłem się do rąbania drzewa? Czemuż ukazała mi się potworność ziszczonego snu? Zaraz przystroję się w błekity, w których ponoć mi do twarzy. Jestem taki uwielbiany! Przez mieszkańca zaświatów... Takie jest to moje parszywe kochanie... Idiotą jestem... To z myślą o tobie, te papierki w teczuszce, to błyszczenie zachwycające jakiegoś tam Åkerbloma... - Już mi się w głowie miesza. - Świetnie, to tak jak mnie. Zaraz będę dla ciebie błękitny. I wypijemy jeszcze jedną kawę. - Nic już nie wiem. - Wiesz, doskonale wiesz. - Aubrey wychodzi, by się przebrać. Książę jeszcze raz rzuca okiem na obraz i zaskoczony spostrzega pewną zmianę - coś się bowiem stało z twarzą Baldura; zjawił się na niej trochę łobuzerski uśmieszek. Zaniepokoiło go to trochę. - Ty też wiesz, że wiem? - powiedział do obrazu. - Ale gdy nie padną słowa? Gdy się ich nawet w duchu nie wypowie...? - Baldur uniósł lekko brwi.

ciąg dalszy nastąpi 

14:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 kwietnia 2009
O, ty moja flacho cudna(Eggert Ólafsson)

 Tak, trzeba coś chyba skrobnąć islandzkiego, żeby sobie ten blog zasługiwał nadal na bycie ciekawą stronką o Islandii. (A w nawiasie jeszcze dodam, że trzeba też pouśmiercać w końcu bohaterów "Dużego Księcia", żeby wreszcie ze spokojem uczynić z tego notatnika odłóg.)

***

 Oscar Wilde powiedział, że mężczyzna powinien być zawsze zakochany i dlatego nigdy nie powinien się żenić. Coś w tym jest. W zakochaniu człowiek uroczo zakwita, ma ciągły szmerek w głowie, popełnia cudowne szaleństwa, pędzi przed siebie tanecznym krokiem, wzdycha do księżyca, rozkosznie tęskni, staje się czarodziejem, bywa, że nawet kleci wiersze i w swoim uczuciowym rauszu przyjaźnie patrzy na świat. Czasem oczywiście i zranienia człek może doświadczyć, więc i łzy się pojawiają, i westchnienia smutne, i cierpienie nawet wielkie - kto jednak rozsądny i kto na własną rękę życia i świata szpecić i obrzydzać sobie nie chce, wnet ociera łzy, otrząsa się i, jeśli tylko nadarzy się okazja, wybiega z otwartymi ramionami ku nowej miłosnej przygodzie, za nic sobie mając wspomnienia o niedawnych ranach i nie przejmując się zbytnio możliwością otrzymania nowych razów... Wszystko to mogą być głupstwa - ale czymże byłoby życie bez popełnianych głupstw - jakimże nędznym, posępnym, suchym mozołem by się stało... W głupstwach tyle jest uroku, zachwytów, uniesień, błogostanów... Dobrze tylko pamiętać, by głupstewka w głupocisko potworne się nie przemieniło... Bo daj się człowieku przywiązać łańcuchami, daj się obiektowi swych westchnień zagnieździć w swym życiu nazbyt głęboko, daj mu się rozzuchwalić papierem z pieczęcią, a wnet ci się bezwstydnie objawi w rozdeptaniu, już jako właściciel, który na swoim w niedbałość łatwo popada. I wymagania już podlejszej natury się zjawiają - a tu więzy silne, a tu prokurator nad głową, a tu wampir u szyi, a tu to o jedno słowo za wiele wypowiedziane... Jakże już daleko od szczebiotów słodkich, a jak blisko do okropnych epitetów. Już wątroba boli, już flaki się przewracają, już niestrawność - i jakie straty, upokorzenia, jaka przeprawa na widoku, gdy się pomyśli o zerwaniu łańcucha! Co za cena straszliwa do zapłacenia zostaje, gdy człowiek sam zanadto przyssie się do źródełka swych rozkoszy w swym upojeniu sądzący, że się ten stan wspaniały na zawsze utrwali i nie zechce się nigdy w nic innego, gorszego przemienić... Za późno przychodzi refleksja, że lepiej łykać wszystko po troszeczku, dla smaku...

 Tak jest i z piciem. Zrób sobię z butelki czułą kochankę, nigdy nie rób z niej żony! Z wódką dobrze się zaprzyjaźnić, dobrze czasem oddać jej władanie nad naszą głową, miło zajrzeć do pełnego jej kieliszka i odprężyć się przy nim, zabawić, odczarować złą rzeczywistość, zgubić przy niej zmęczenie, zaśpiewać pod jej wpływem, zaślinić się nawet, zabawić w dobrej kompanii, zapomnieć o gniewach, pogodzić się z kimś w jej obecności... Człowiek idzie do niej na schadzkę, choć wie, że to się czasem może przykro skończyć, bo kac na drugi dzień, bo się zrzygać czasem można (nawet na różowo, jak mi się to zeszłego roku przytrafiło) albo sobie gdzieś na schodach kolanko obtłuc - ale co tam to wszystko wobec jej dobrych, kołyszących wpływów... Córka Ingmara Bergmana, Linn Ullmann, w swej debiutanckiej powieści napisała takie celne zdanie o piciu: Chodzi o to, by być trzy drinki przed pijaństwem i dwa drinki za rzeczywistością. To dobre podejście do alkoholu. Tego warto się trzymać... Bo brać sobie flachę za żonę... No, można się z nią ożenić, ale do tego trzeba mieć talent. Jeśli człowiek umie w takim związku zatrzymać czar życia, jeśli umie dobrze życie przyprawiać, by miało swój smak i nie traciło świeżości - wtedy to ma sens i nawet warto ponosić duże nieraz koszty.

 Naturalnie pijaństwo też może pobudzać do twórczości, może nawet uczynić z człowieka prawdziwego miłośnika życia. Ach, cudowni hulacy, pijaczkowie - radośni, dobroduszni, przyjacielscy, rozkochani w świecie, liryczni.

 Pieśni biesiadne i pijackie. Także w Skandynawii mają swoje wspaniałe tradycje, a jednym z czołowych twórców tego gatunku sztuki był żyjący w latach 1740 - 1795 Szwed Carl Michael Bellman, syn zubożałego urzędnika kancelarii królewskiej. Różnych rzeczy próbował w swym życiu ów pan Bellman - a to studiował w Uppsali, a to chciał rozpocząć karierę urzędniczą, próbował też pracy w handlu, wreszcie jednak dorósł, zmądrzał i poddał się swemu nalepszemu talentowi stając się pisarzem. A przy tej okazji dał się też uwieść atrakcjom ówczesnego Sztokholmu - znakomitego miejsca dla wszelkiej maści amatorów rozrywkowego życia. Otoczył Bellmana swą opieką król Gustaw III, jednak hulaszczy tryb życia poety sprawiał mnóstwo kłopotów, bowiem miłość do gorzałki ciągle spychała go w choroby i niedostatek. Co tam jednak życiowe kłopoty wobec tak rozweselającej i wygładzającej wszelkie nierówności kochanki! --- Bellman pisał satyry, parodie biblijnych tekstów, dobroduszne i czasem rubaszne opisy życia, był też pierwszym twórcą uchodzącym za piewcę Sztokholmu i otaczającej go przyrody... (Sztokholm zresztą ma nawet szczęście do pisarzy i dodać muszę, że patrzę przychylnie na to miasto właśnie dzięki pisarzom, wolę je bowiem przetworzone przez pisarskie głowy [myślę tu choćby o Siwertzie, Söderbergu, Fogelströmie, Strindbergu], bo jakoś w bezpośrednim kontakcie z tym miejscem nie popadałem w przesadne zachwyty, ale to może dlatego, że moje dwie wizyty były bardzo krótkie.) Jego czołowym zaś osiągnięciem były "Fredmans epislar" (Listy Fredmana) - zbiór przeszło osiemdziesięciu utworów, rozmaitych, (w skład których weszły też pijackie i biesiadne pieśni), kompozycyjnie połączonych w całość przez występującą w tytule postać - zegarmistrza dworskiego, zubożałego przez pijaństwo i kontakty ze swoją wesołą kompanią. Uzupełnieniem zaś "Listów" stał się zbiór "Fredmans sånger" (Pieśni Fredmana) - pełen autobiograficznych wątków. Trzeba też dodać, że Bellman był nie tylko tekściarzem, ale także twórcą melodii i wykonawcą swoich utworów. Poeta szalenie kochał życie i straszliwie brzydziła go śmierć, był pełen fantazji, skory do sprośności, ale też pełen elegancji i wzniosłości. Stał się poprzez swoją ludyczną twórczość szalenie popularny, a w dobie romantyzmu był wręcz postacią kultową, uhonorowaną pomnikiem w sztokholmskiej dzielnicy Djurgården.

 Wplótł się Bellman - ten chyba największy wykwit pijackiej poezji, który miał swoich uczniów, a także licznych kolegów po fachu i porzedników, rzecz jasna, rozsławiających życie i radosne wprowadzanie w organizm procentów. Wśród nich znalazł się i islandzki poeta i przyrodnik Eggert Ólafsson (1726 - 1768) - postać bardzo znacząca w historii Islandii. --- Eggert pochodził z bardzo starego i zamożnego rodu. Kształcił się w szkole klasztornej w Skálholt, a potem na uniwersytecie w Kopenhadze. Później, razem z lekarzem Bjarnem Pálssonem odbył na zlecenie króla duńskiego badawczą podróż po Islandii, przy tej okazji stając się pierwszym zdobywcą wulkanu Hekla i lodowca Vatnajökull. Plony tej wyprawy złożyły się następnie na monumentalne dzieło Eggerta - napisaną po duńsku książkę "Reise igiennem Island", pozostającą przez długie, długie lata najpopularniejszym w świecie zbiorem informacji o tej wyspie, zbiorem - warto dodać - do dziś posiadającym dużą wartość. --- Obok działaności naukowej oraz publicznej zajmował się Eggert także poezją, o której na ogół sądzi się dziś, że jest przebrzmiała i bez większego polotu. Pozostaje jednak Eggert ważną postacią w literaturze, której dorobek wywarł później duży wpływ na islandzkich romantyków. Ale pamięta się o nim głównie jako o wybitnym działaczu na rzecz narodowego i ekonomicznego odrodzenia Islandii. Eggert za życia cieszył się w swym kraju ogromną popularnością i wiązano z jego osobą wielkie nadzieje i kiedy 30 maja 1768, pół roku po swym ślubie, utonął razem ze swoją żoną w zatoce Breiðafjörður w trakcie przeprowadzki barką do nowej posiadłości, w kraju zapanowała prawdziwa rozpacz... --- Eggert, ten wielce oczytany poliglota, rozkochany w starożytności, nie omieszkał w swej twórczości zahaczać także o ucieszną stronę życia związaną z Bachusem. Był jednak w swych zchętach trochę powściągliwy, bo jakkolwiek dostrzegał w alkoholowych uciechach pozytywne strony, pamiętał, że wymykając się spod kontroli, mogą przysporzyć wiele kłopotów. I tak w jego "Drykkjuvísur" Zwrotkach o piciu poznać można wszystkie stadia zauroczenia procentowym napitkiem, tą wielką namiętnością, która, gdy utrwali się i stworzy nazbyt ciasny i intensywny związek, przeradza się w coś niezbyt malowniczego... Najpierw jest oczarowanie, oszołomienie, zakochanie, wielka miłość wreszcie, potem zaś - jak to w życiu bywa -  czas słonej zapłaty - za uniesienia i śpiewne zaloty... Flaszka na początku przyrównywana jest do kochanki, jest nawet lepsza, słodsza od kobiety. Przysysanie się do flaszeczki smakuje lepiej od najsłodszych kobiecych ust, a jej zawartość jest nawet porównywana do odżywczej zawartości damskich piersi. Ach, lepiej nawet biedę cierpieć, niedostatki wszelkie niż zrezygnować z butelki... Miłość się wszak rozwija, związek krzepnie i zaczyna się robić nieciekawie, bo w końcu od tego związku głowa robi się ciężka, wszystko w żołądku się przewraca i trudno na dłużej utrzymać w nim jedzenie... Nie - już flaszka nie jest cudną kochanką! Już się usta układają, by wyrzec brzydkie określenie: hóra, czyli kurwa... Tak, jest już przewrotną, paskudną zdzirą... --- Warto więc pamiętać, by starać się, żeby to, co kochamy, nigdy nam nie zbrzydło. By być tylko w wódeczce słodko zakochanym, a nie z nią ożenionym... --- A jak pamiętana jest pieśń? Śpiewa się naturalnie tę zwrotkę, dokładnie drugą, czasem też trzecią, w której butelka lepsza jest od kochanki, i piosenka ta funkcjonuje pod tytułem będącym pierwszą linijką w zwrotce: "Ó, min flaskan fríða!" --- Zapewne wszyscy, którzy oglądali kiedyś film "Cold Fever" Fridrika Thora Fridrikssona pamiętają nieco absurdalną scenę, jak wkurzony na taksówkarza Hirata łapie w zadymce okazję. Jedzie do Reykjaviku na pace ciężarówki razem z męskim chórem, który śpiewa w śnieżycy ten właśnie utwór... A potem jeszcze pada nieśmiertelne pytanie: "How do you like Iceland?" Hirata ma na to jedną odpowiedź: To bardzo dziwny kraj... --- Jak to jest podniośle zaśpiewane!

Ó, min flaskan fríða!
Flest ég vildi líða,
frostið, fár og kvíða,
fyrr en þig að missa;
mun ég mega kyssa
munninn þinn, þinn, þinn,
munninn þinn, þinn, þinn,
munninn þinn svo mjúkan finn,
meir en verð ég hissa.
środa, 22 kwietnia 2009
Stały pobyt w krainie szczęśliwości

 No i jakoś się kręci. W poniedziałkowy ranek znów się pałętałem po sądzie. Ale poszło szybko i, co ważniejsze, pomyślnie. Jedna bzdura odpada. Doskonale.

 A w weekend odbyło się to całe spotkanie z upiorami. Takie knajpiane, piwne, skrzyknięte przez jedną z koleżanek, która jakoś tak nie może się obejść bez dawnych koleżanek i kolegów. Taka jakaś ciekawska jest. No i dość sporo ludzi wyszło naprzeciw jej nieustającej ciekawości. Kompletu wprawdzie nie było, ale... 

 Wrażenia mam w sumie pozytywne. Cieszy mnie to, że w zasadzie wszyscy fajnie sobie w życiu radzą, są nie najgorzej ustawieni. Naturalnie podczas takich spędów ludzie wolą się raczej przechwalać i też ja wpisałem się w odpowiednią tonację, obwieszczając, że całe moje życie to: nieustający romans, stały pobyt w krainie szczęśliwości i jedno wielkie pasmo sukcesów. Bo też i cóż miałbym gadać. Że mi się życie w mijającej dekadzie z lekka obsunęło w dziurę czarną? Po cholerę? Ma być dobrze, i koniec.

 Usłyszałem kilka miłych słów - szczególnie od swoich koleżanek, co tym bardziej mnie ucieszyło, bo znaczniejszą wagę przywiązuję do tego, co na mój temat mają do powiedzenia kobiety (Tak to już zresztą ze mną, cholera, jest, że, choć na kobiety patrzę całkiem aseksualnie, wolę je od mężczyzn, wolę ich towarzystwo, wolę z nimi rozmawiać, bo w nich jest więcej, bo ja wiem, jakiejś lekkości i cudownie jest je bawić - to była i jest moja wielka przyjemność! Tak że naturalnie zaraz się między nie wkręciłem, bo z moimi kolegami nie bardzo było o czym gadać, odkryłem w nich bowiem jedynie chłopskie spięcie, nudę, duchotę...) - a mianowicie że nic się nie zmieniłem! No, oczywiście czas też na mnie coś tam wyrył, ale pozostałem tym samym Miśkiem - jajcarzem. To samo, jakby się czas zatrzymał! No cóż - powiedziałem tylko, iż sam nie czynię nic, by czasowi w czymkolwiek dopomagać. A poza tym, kiedy idę do ludzi, to zawsze przybieram pogodną, jajcarską twarz, nawet gdyby się waliło. A gdy przestało się walić, to tym bardziej nie ma powodów, by się chmurzyć.

 Czas nas jednak zmienia, ale w sumie jest jeszcze łaskawy. Koleżanki wyrosły na przyjemne kobity - niektóre nabrały trochę ciała, porosły im cycki, stały się mamami, a chłopaki - większość to tatusiowie; u niektórych trochę przerzedziło się owłosienie, tu się gdzieś brzuszek zaokrąglił... Ale z wyglądu całkiem do rzeczy... Jeden tylko zmienił się w coś naprawdę gorszego od tego, co widziałem przed laty... To dziś wielki pan dyrektor -  brzydki, nalany nudziarz i przy okazji jakiś taki drętwy erotoman. 

 Dało się zauważyć, że wewnątrzgrupowe sympatie przetrwały, bo po pewnym czasie potworzyły się kółka porównywalne do tych z lat szkolnych. Zadziałało dawne przyciąganie, także na mnie, i po wstępnych chichotach z paniami, zlądowałem grzecznie na właściwym miejscu, koło R., który się zjawił jeszcze przede mną i, jak mi oznajmił, wypatrywał mnie z nadzieją. - No tak - Misiek i jego przyjaciel - znowu razem... -- Jeden kumpel rzucił: - Przecież oni zawsze nami gardzili... -- Odpowiedzieliśmy na to uśmiechem...

 Hm... Tło jest jednak ważne. W sobotę lubiłem swego "przyjaciela". Nawet z tym jego pieprzonym wyrazem twarzy, którego nigdy nie potrafiłem rozszyfrować. Naturalnie znów się wyróżnialiśmy - nieustępliwą młodością, bezczelną beztroską, stanowiącą jakąś okropność w obliczu tych wszystkich uwikłań w małżeństwa, dzieci, w cały ten życiowy kramik, który nam jest najzupełniej obcy... Ach, bo też co my? Co my wiemy o życiu, o dżunglowej ściółce i podszycie, dla nas przecież zielone czubki drzew i jaja rajskich ptaków... Takim to dobrze...

 Aj, jeden koleś się wychylił i przykurzył trochę osobistym smrodkiem - właśnie jest w trakcie sprawy rozwodowej... Nooo, jak ładnie... Cholerstwo... Zastanawiam się, czy takie związki z urzędową pieczęcią nie powinny zostać uznane za uciążliwy przeżytek. Bo przecież to jakiś koszmar. Ludzie się decydują na wspólne życie, a potem coś się pieprzy - i nagle sąd... Zupełna niedorzeczność... Ja jestem szczególnie nieprzychylnie nastawiony do tego rodzaju więzów, bo mam w pamięci swój dom rodzinny i całe to rozzuchwalone chamstwo zawiązane pod złożoną Bogu przysięgą... Właśnie chamstwo, bo gdyby nie było tej przysięgi, może jakoś inaczej, bardziej przyjaźnie, mimo wszystko, bym to nazwał... -- Odrażające jest to, z jaką łatwością ludzie wyrzucają z siebie słowa. Ale tak to jest - słowa przecież nie mają dziś żadnego znaczenia, żadnej wagi, i dlatego, z zupełną obojętnością, bez poczucia powagi chwili, tak dla obyczaju, przysięgamy... Ja bym tak jednak nie potrafił... Jedno, co mogę komuś przysiąc, co mogę komuś obiecać, to to, że będę się z całych sił starał... Tylko to, będąc poważnym, można obiecać. -- Związek ludzi z urzędowym papierem... To dobre dla kogoś, komu świta w głowie wykorzystywanie innych... Znaleźć nieboraka i przylgnąć doń hubą albo jemiołą... -- Może takie urzędowe praktyki miały sens w czasach, gdy częściej młodym ludziom starsi organizowali życie, z myślą o interesach, o pozycji... Wiązano ludzi, którzy się nie kochali, w atmosferze mocno osadzonych zasad... Takie małżeństwa były chyba trwalsze - bo raz że surowe otoczenie, dwa - jakieś kiełkujące przyzwyczajenie, szacunek albo po prostu gest rezygnacji... Ech, niech więc tak będzie - bo jednak dzieci, bo bezpieczeństwo itd, itd... Ale dziś, gdy coraz więcej ludzi chce niezależności, gdy się chce żeglować przez życie na własnych zasadach... To po cholerę te papiery, a jeszcze nie daj Boże jakieś przedślubne umowy, takie na wszelki wypadek... OK - ograniczone zaufanie - w porządku, niech się tli w człowieku, ale po co od razu tak ostentacyjnie z nim występować? Po cholerę w takiej sytuacji ślub? Po co ten urząd, po co buty państwa w domowym, życiowym zakamarku? -- Ja na szczęście przed ślubnymi problemami nie staję. I chyba nawet nie chciałbym stawać, nawet gdyby w kraju nad Wisłą coś się odmieniło i takim jak ja pozwolonoby na legalizowanie związków przed urzędasem... W każdym razie z mojej strony nigdy nie padłaby propozycja wzięcia udziału w takiej uroczystości... Nie, jakoś wolny jestem od tęsknot targania kogokolwiek przed nawet taki świecki, urzędniczy ołtarz... Mam niechęć do wszystkiego, co jest przypieczętowane wizerunkiem jakiegokolwiek rozcapierzonego drapieżnika. Jestem zwolennikiem kociołapstwa, ze wszystkimi związanymi z nim trudnościami... Małżeństwo jest zwykłym miłosnym rozbójnictwem. -- Z Frankiem chyba nigdy nie gadaliśmy o takich rzeczach, o tym, czy gdyby była taka możliwość, pobieglibyśmy do urzędu... --- Nieee, papier, pieczęć, rejestracja... To zaraz wprowadza jakieś niekorzystne zmiany. Już coś człowiek posiada, już nabywa, już mu się coś zdawać zaczyna... Nie, to tylko demoralizuje człowieka. Żadne takie!  

 Koleś się będzie rozwodzić. Ale ja już rozwodzić się nie chciałem, nad niczym, i gdzieś tak po sześciu kwadransach postanowiłem się ulotnić, bo pakowanie się we wspominki wydało mi się czymś śmiertelnie nudnym. Poza tym nie miałem w sobie ani kropli alkoholu; nie bardzo mi się chciało z nimi akurat pić czegoś z procentami, zamówiłem więc sobie jedynie szklankę soku z czarnej porzeczki. (- Misiek! Co, ty abstynentem sie stałeś?) No i się wymknąłem wśród protestów. - Poczekaj, poczekaj - usłyszałem. R. - Masz już dość? - spytał. - Zdecydowanie. - Ja w sumie też. Pójdziemy gdzieś? -- Ja powiedziałem, że idę do domu... Ale on chciał pogadać. Bo w sumie tak się miło zrobiło. -- Wymknęliśmy się jak po maturze. (Mamusie, po rozdaniu świdectw dojrzałości wymierzonej znajomością powieści, których nikt przy zdrowych zmysłach by nie czytał oraz kilkoma zadaniami z matematyki i pytaniami - w moim przypadku - z geografii, urządziły poczęstunek dla pedagogicznego ciała i prześladowanej młodzieży, z jakiego natychmiast uciekliśmy bez pożegnania, w poczuciu, że opuszczamy dom wariatów. Potem jednak poszliśmy do innego domu naukowych uciech... Jednak... Omal się przez niego przy tej okazji nie udusiłem cukierkiem, bo po tym, jak złożyliśmy na uczelni papiery, on, takim upewniającym się tonem zadał mi pytanie: Chyba dobrze zrobiliśmy? Bo będzięmy się dalej intelektualnie rozwijali... Przegiął już z tym intelektualnym rozwojem... Ja i rozwój intelektualny! Dobre sobie. Nie byłem i nie jestem przejawem życia intelektualnego. Bycie intelektualistą nie jest czarujące. W zasadzie człowiek powienien unikać skrajności, przesady. Intelektualista to skrajnie niepoważne zdarzenie przyrodnicze. A gdy się jest skrajnie niepoważnym, trudno robić rzeczy poważne, takie jak na przykład zdejmowanie spodni, przeżywanie orgazmów...  Mnie na szczęście to nie dotyczy - bycie elementem baśniowym zawsze dobrotliwie wykluczało w moim życiu nawet cień możliwości zabrnięcia w tak nieseksowny kanał. 

 Zaprosił mnie do siebie. Bo nie chciałem iść z nim do innej knajpy. I jak ten ciul ostatni poszedłem. Nie wiem, po jakiego diabła!--- Klatka schodowa. Duża, stara. Po której kiedyś biegałem z wywieszonym ozorem. Jak pies. - Daj łapę! - Dawałem. - Leżeć! - Leżałem... Hm, chciałem jeszcze coś przeżyć z tamtej atmosfery zza przepaści? -- Ciemny dom. Bałaganiarski. Przygnębiający widok z okien. Znajome zapachy. Jakiś czas temu stamtąd uciekłem z mocnym postanowieniem, że już nigdy, a tymczasem... -- Wyjął z lodówki napoczętą flaszkę. Wziął trochę sera. Wodę mineralną. Bez gazu. Useidliśmy w jego nieśmiertelnym pokoju, w przystani Piotrusia. On pod ścianą, na materacu, ja na krześle, okrakiem, obejmując oparcie... Chciał się ze mną napić wódki... Pogadaliśmy trochę. Dowiedziałem się nieco więcej o jego losach, o jego poszukiwaniach, o paru egzotycznych podróżach... Coś z nim jest nie tak... Hm... Nie wiem czy mam go żałować... On nie powie, że spieprzył sprawę... Ma tysiąc wytłumaczeń, spod których wyziera jednak człowiek niespełniony i samotny... Ale tak to jest z Piotrusiami - oni fascynują, ale na krótką metę. Mogą mieć nawet wokół siebie tłum, jednak pisana jest im raczej samotność. Chyba że znajdą kogoś ze stalową cierpliwością. Piotruś oczywiście uwielbia siebie i siódme niebo osiąga, gdy inni podzielają jego namiętność. Tyle że Piotrusie to demony, w pewnym momencie zaczynają więc straszyć. --- A ten zabawny demon? Życiowy eksperymentator - kosztuje wszystkiego, potem zmyka albo bywa odpychany. I znów musi szukać. Tyle że z wiekiem jest coraz trudniej. Tak że już chyba mniej jest chętnych chłopców i dziwczynek, z którymi można by było poigrać, nie specjalnie się z nimi licząc. Tej młodej kobietki, którą bawił się jak małym zwierzątkiem, już nie ma. Jej fasynacja była nader efemeryczna. A on potrzebuje widowni... Widziałem koło niego sporo młodzików, takich ząbkujących erudytów... Trochę niezwykła kompania - niemal identyczna z tą, jaka krążyła koło niego, kiedy sam tracił mleczne ząbki... Może jemu się wydaje, że cofa w ten sposób czas? --- Dużo w nim tajemnicy. Momo towarzyskości pozostaje człowiekiem straszliwie skrytym. Trzeba więc go czytać tak między wierszami. Gdzieś tam w środku widzę ogromne pokłady smutku. Koło niego będzie się robiło coraz ciszej. Tylko szaleniec mógłby pomyśleć o sensownym życiu przy jego boku. --- Ciekaw jestem, w co bym się wpakował, gdyby kiedyś nie zniknął... Pewnie bym brnął w jakieś gówno. W ogóle siebie nie szanowałem. --- Wypiłem trzy lufy. Przepiłem wodą. Przy okazji jeszcze się dowiedziałem, że kiedy, po latach, chciał się ze mną skontaktować, brał pod uwagę możliwość, że owego kontaktu już nie nawiąże. Wyszło to trochę tak, jakby chciał z ciekawości sprawdzić czy jeszcze żyję. I co - no proszę! - jeszcze nie popełniłem samobójstwa! Trochę mi przykro z tego powodu! Ale cóż - tak łatwo się nie umiera. I nie wiem, ile jeszcze pociągnę. Jestem podobny do dziadka, a on pochodził z bardzo długowiecznego rodu. (Jestem podobny do ojca matki, ale też - to już jest mniej przyjemne - do samej matki: mam jej oczy, i gdy się golę, patrzę na siebie jej wzrokiem, i zastanawiam się, kiedy zacznie mnie to przerażać!) Tak że może dociągnę nawet do setki... Straszna perspektywa. Życie jest tak potwornie długie. Zbyt długie. Ja chodzę po świecie blisko czterdzieści lat i mam wrażenie, że już trzysta razy obszedłem ziemię na piechotę... Dawno, dawno temu ktoś w moim wieku był już stary... I tak było chyba lepiej. Czterdzieści lat to wystarczający czas na to, by wszystko przeżyć, zobaczyć, czegoś się dowiedzieć, a potem zapomnieć... Nasze czasy są epoką ludzi starych, starych już za młodu nawet, bo przecież trzeba myśleć o okopach, o dalekiej przyszłości, a to gnie kark, skutecznie ucisza... Jeden, wielki, rozrośnięty wiek przedemerytalny. Choć udający przedszkole... Średniowiecze - to była epoka ludzi młodych, zdrowych, krzepkich...

 - Ten twój to trochę taki milczek - dowiedziałem się. - No tak, ten mój ma taką dobrą cechę - gdy nie ma nic do powiedzenia, to nie mówi. W przeciwieństwie do mnie. --- Kiedyś, gdy spotkaliśmy się u naszej wspólnej znajomej, dobrze sobie Franka obejrzał. - I jak wam się żyje? - Tak jakoś wzruszyłem ramionami. - Normalnie. Ja w każdym razie mam przy nim życiowy odsap. Wyleczyłem się ze świrów. Najwyższy czas zsiąść w końcu z karuzeli.

 R. był bardzo uprzejmy, bo gdy gotowałem się do wyjścia, poprawił mi kołnierzyk. - W sumie ładnie pachniesz - zauważył... Doprawdy! Zalatywałem najzwyklejszym dezodorantem... Okazując cień sympatii ubodłem go w tę jego boską klatę, tak jak to kiedyś robiłem. Zaśmiał się. Rąsia, rąsia. Jego uścisk dłoni był jak zawsze przesadnie mocny. A ja musiałem go jeszcze klepnąć w brzuch. Dobry brzuch... Ciągle dba facet o ciało. Piękne ciało. - Zdzwonimy się? - Nie ma problemu. --- Z ulgą znalazłem się na powietrzu. --- I wreszcie dom! Psy były wyprowadzone, choć chciały mnie oszukać... Franek zerknął znad osławionej książki Zyzaka i był zaskoczony, że wróciłem trzeźwy...

 Nie za dobre są jednak takie spotkania... Jakoś wolę ludzi, których nie znałem w ich szczenięctwie. Człowiek lepiej się wśród nich czuje. Taki jest wtedy bardziej bez wieku... Ani młody, ani stary - po prostu bez wieku...

15:55, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Poduszki, ręce w kieszeniach, Oslofjord...

  Tak się źle nastawiłem, a w sumie było uprzejmie, od ręki i już w czwartek do południa uwinąłem się z paroma urzędowymi sprawami. Wkurzające jest tylko jedno - czasem wymagają od człowieka jakichś papierów, odpisów, więc trzeba się fatygować i jeszcze dodatkowo za to płacić. Tu świstek, tam świstek i za każdy dać trzeba niemal tyle, ile się średnio zostawia w księgarni kupując książkę. Nie dość, że ciągle odpala się państwu jakąś dolę, to jeszcze przy takiej okazji trzeba supłać po urzędach miedziaki. I, Boże drogi, gdzie się człowiek obejrzy, tam jakieś biura, jakieś bzdury urastające do niebotycznych kompetencji, tabuny ludzi wykonujących psu na buty zdatną robotę.  Ale nic - już po biurokratycznej wyciecze. Chociaż czekają mnie jeszcze inne urzędowe "przyjemnostki", bo w poniedziałek znowu się będę musiał plątać wśród ponurości sądowych korytarzy. Fe! I co jeszcze - spotkałem się z upiorami przeszłości. Nawet mi się pić z nimi nie chciało. Przy okazji zawitałem w domu mego niegdysiejszego... Nie wiem, po co... Dziwny jakiś jestem. :)

 Tak, ale ja o czymś innym... Niewielki skok w niedaleką przeszłość... No tak, tylko czy mi się chce... Może, tak jakoś na skróty, urywanymi zdaniami... Mała impresja... Powinienem sobie może najpierw szykować w głowie te wpisy, lecz jestem nazbyt leniwy, więc nigdy tego nie robię, bo tego już by było za wiele, jednak... A więc tak na gorąco o rzeczach już nieco wystygłych... Gdzieś tam trochę mnie będzie może pośród towarzystwa duchów z innej, dość mi drogiej historii, z bohaterami, którzy mi od dawna towarzyszą... Jak by ich tu wszystkich pomieścić  w tej skrótowości i zazębić, tak by się stworzył układ kółek kręcący się z moimi własnymi doświadczeniami, smutkami, bólami i zawsze podszytą melancholią radością... Zwracając się ku towarzystwu duchów, zahaczę może o nieodległą jeszcze Wielkanoc, o Wielkanoc i "Wielkanoc"... A zatem na początku niech będzie ten zupełnie niemożliwy, trudny, szarpany prześladowczymi maniami typ - August Strindberg i zdanie ze wspomnianej sztuki: "Spójrz! Pełnia księżyca! To księżyc wielkanocny! I teraz wiesz, że słońce jest wciąż z nami, choć to księżyc rzuca blask!" No właśnie. Mimo mroku, cierpienia, udręki, jest iskierka nadziei na spokój, ukojenie, dobro, ciepło... Słońce zawsze gdzieś tam jest i jeszcze nam ładnie zaświeci. Po mroku musi w końcu nastać jasność... Sam teraz czuję wyraźnie ciepło słonecznego dnia, choć jeszcze nie tak dawno temu wydawało mi się, że już na dobre zalała mnie ciemność... Wspomnienie tej ciemności sieje wprawdzie niepokój, ale - cóż rzec - jak w tym samym utworze zauważa Strindberg: "Całe życie jest okropne! Ale mimo to musimy być zadowoleni"... W sumie to nawet sobie tego zdania nie musiałem przypominać. Nie, nie trzeba sobie go powtarzać. Zadowolenie samo sobie powraca. Każe wkładać ręce do kieszeni i w geście radosnej dumy unosi brodę wysoko. Choć na chwilę, tak by zapomnieć o porozrzucanych pod nogami przeszkodach. --- Oslo to doskonałe miejsce do trzymania rąk w kieszeniach. Wcale ich się nie chce stamtąd wyciągać... Muszę przyznać, zdecydowanie, że to skupisko rozmaitych budowli ulokowane wśród całej tej borealnej przyrody nie ma zbyt poważnego oblicza. To zawsze jednak było i jest dla mnie miejsce na niebieskie migdały, na beztroską przechadzkę, właśnie na bezczynnie w kieszeń wepchnięte ręce, na kieliszek czegoś dobrego, na półsen, tak że dla mnie życie w tym mieście byłoby możliwe, gdybym mógł sobie na to wszystko pozwolić w pełnym wymiarze. Na to jednak potrzebna by była fortuna, a takiej raczej nie zbiję, pozostają zatem jedynie momenty beztroski czy czegoś - w moim przypadku - bardziej złożonego - takiego powiedzmy beztroskiego zatroskania. Bo naturalnie w tych wszystkich półsnach, w patrzeniu na wodę mnożą się przeróżne pytania podszyte niepokojami, ale tak to widocznie musi być z takimi, co obrali sobie dodatkowo życie na ślizgawce, gdzie o wywrotkę nie trudno... A do tego jeszcze niezbadane wyroki losu, co potrafi być niekiedy tak idiotycznie okrutny, bezwzględny. Ej, zresztą - jak to jest z tymi życiowymi ścieżkami - czy sobie je wybieramy, czy raczej zostały dla nas wybrane? Bo w końcu - jaki charakter się ulepił, taka i jego ścieżka. Leci człowiek, leci przez życie i wiele mu się zdaje... Świadomość... Jak to Schopenhauer pisał - zwykła świadomość, nie oczyszczona przez filozofię, myli natychmiast wolę z jej przejawem i coś, co tylko jej przysługuje, przypisane zostaje jemu; powstaje przez to pozór bezwzględnej wolności jednostki. I dodaje, iż słusznie powiedział Spinoza, że gdyby rzucony kamień miał świadomość, wierzyłby też, że leci dobrowolnie... --- Co tam jednak... Niby cienki lód, niby tylko pajęcze nitki do schwytania, a na nogach jednak buty i twarda ziemia pod nimi... Coś jednak solidnego... Ech, tupnąć raz, dwa - nic nie będzie, a nawet jeśli, to póki co jednak można trochę przystnąć w dziwnej może pewności, że nic się nie stanie... Nie teraz, jeszcze nie teraz... Można więc wzruszyć ramionami i bardziej na chłodno popatrzeć na coś, co mogłoby pewnie i w panikę wprawić... Nad tą dziwną wodą, gdzie niektórzy dla swych smutków znajdowali wyraz... Tak, smutek może stać się drogi... Melancholia. Nad tą wodną gardzielą, pośród lesistych wzgórz, domków, urokliwych miasteczek... Także ta odmalowana, w której kiedyś tam szalenie się zakochałem, która nawet w miniaturowej postaci tkwi w czarnych ramkach na moim biurku wśród innych obrazków, melancholia, co wyszła spod pędzla mistrza Muncha... --- A więc jest już drugi. Kolega wspomnianego wyżej szwedzkiego artysty. I czas przychodzi na innych jeszcze - tak by się wśród nich przemknąć, dobrnąć do gruźlicy i zawrócić jeszcze nad mający w sobie coś smutnego i urzekającego Oslofjord... Zgasłe już dawno hałasy wesoło - smutnej kompanii, artystycznej gromady w końcu XIX stulecia... Zawsze mi się ona w tamtych okolicznościach jawi przed oczami wyobraźni, pełna bliskich mi nazwisk, które kształtowały tamtą niepokojącą, czasem trochę groteskową, malowniczą epokę... --- Oto ożeniony z Norweżką Przybyszewki zjeżdża do Kristianii. Tryumfalnie. Towarzyszy mu długi, czarny Norweg - jego przyjaciel Edvard Munch, przepełniony strachami człek, który już na swym koncie ma prace, jakie później zwane będą arcydziełami... Jedna z życiowych wycieczek Smutnego Szatana - tym razem z "Czarnego Prosiaka" pod północne niebo... Nie może obyć się bez przyjęć, gorących dyskusji, tęgich popijaw, libacji... Zachowały się relacje świadków. W tym Jensa Thiisa - znaczącej figury w norweskiej kulturze, która swój żywot ukoronowała posadą dyrektora Galerii Narodowej w Oslo... Noc biała. Najpierw obowiązkowo wizyta w "Grandzie", potem wycieczka do utalentowanego Edvarda Gabriela Finne, młodziutkiego literata, przed którym pozostawało niestety niewiele lat życia... Szaleństwa, picie, muzyka. Wśród nich przedziwny, przepełniony niepokojem i niepewnością, ciągle szukający jakiegoś oparcia w życiu Sigbjørn Obstfelder, autor słynnej noweli "Liv", a także wierszy, gdzie tak wiele strachu, poczucia wyobcowania, samotności, pisarz, który do piśmiennictwa norweskiego wlał sporo niepokoju, także tego związanego z cywilizacyjnym postępem, z rozwojem techniki hamującym, w jego opinii, formowanie się człowieczej psychiki, pisarz, o którym mówiono, że był najbardziej uczuciowym poetą Północy, pisarz, który zawsze marzył o tym, by być muzykiem, czego jednak nigdy nie zrealizował; grywał co prawda na skrzypcach, ale tylko tak po amatorsku, dla przyjaciół, na imprezach... Grał także tamtej białej nocy, na przemian z Przybyszewskim, który zasiadał do pianina, by oszałamiać słuchaczy muzyką Chopina, graną w jakimś straszliwym natchnieniu... Po białej nocy, biały ranek... Powrót pierwszym pociągiem do Kristianii... Na czele pijanej czeredy grający na skrzypcach Obstfelder... Droga prosta... Przed siebie, pod uniwersytet i pobliski zamkowy wzgórek, gdzie przyszedł czas rozstania... No, jeszcze Przybyszewski coś dodał do wspomnienia Thiisa, ale trudno orzec czy to prawda - w każdym razie miał jeszcze paść strzał z rewolweru. Strzelającym był ponoć Jappe Nilssen, któremu przyszło na myśl, by wyprawić "Polskę" w zaświaty... A Jappe... Tak, a Jappe jest na moim biurku, bo to on siedzi smutno zamyślony nad fiordem pod żółto-niebiesko-zielonkawym niebem na obrazie "Melancholia"... --- No tak, ale trzeba nam przecież dotrzeć jakoś do gruźlicy... Częściej się wtedy umierało za młodu, częściej miał człowiek w tamtych czasach okazję, by się przekonać, jakże wszystko jest niestałe, ulotne, jak wszystko potrafi naraz zgasnąć... I Finne odszedł szybko, i ten wiecznie niespokojny, przenoszący się z miejsca na miejsce Obstfelder miał za niedługo umrzeć... I jego, w wieku 34 lat, w 1900 roku wyrwała z życia bezlitosna, panosząca się wtedy gruźlica... Ludzie częściej obcowali ze śmiercią, która ochoczo zaglądała do domostw zabierając rodzicom dzieci czy rodziców dzieciom... --- Munch powiedział, że bez strachu i choroby jego życie byłoby jak łódź pozbawiona steru. Lęk go naznaczył, z niego rodziła się jego sztuka, poprzez nią dawał wyraz stanom swego ducha... Nieszczęścia ukształtowały jego artystyczną drogę. --- Gruźlica, tak powszechna w XIX wieku nie oszczędziła też rodziny artysty - zabrała mu matkę, kiedy miał ledwie pięć lat, zaś kiedy był nastolatkiem na suchoty zmarła jego siostra Sophie, która liczyła sobie ledwie piętnaście lat. A potem jeszcze, w wieku dwudziestu sześciu lat, stracił ojca, po czym, kilka lat później, brata Andreasa. W świetle tych zdarzeń nie dziwi więc jego pełna obaw i lęku postawa. --- Najgłębszą ranę w jego sercu pozostawiła śmierć Sophie, która rzuciła głęboki cień na jego dzieciństwo i młodość, a umierające dziecko stało się powaracającym w jego malarstwie motywem... W 1885 roku przystąpił do pracy nad obrazem "Chore dziecko", obrazem, który, podobnie do innych jego ważnych prac, doczekał się wielu wersji... Arcydzieło i wyrosłe wokół niego szkice... Jedna z pereł Nasjonalgalleriet...

 ciąg dalszy poniżej

14:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
Poduszki, ręce w kieszeniach, Oslofjord... (2)

Czasy tzw. "putebilder", czyli obrazów poduszkowych. Tak nazwał Munch okres, gdy w sztuce skandynawskiej pojawiły się obrazy z chorymi, umierającymi dziećmi. Wynikało to ze wspólnoty doświadczeń - wszyscy, którzy poruszali w swych "poduszkowych pracach" ten bolesny, tragiczny temat mieli śmiertelnie chore siostry: i Munch, i znakomity Christian Krohg, i Hans Heyerdahl, i kilku jeszcze innych malarzy... Munch jednak na tle swych kolegów po fachu zaprezentował coś szczególnego, bowiem jego "Chore dziecko" nie stanowi ani popisu malarskich umiejętności, ani też nie jest jakimś malarskim pomnikiem. Jest niczym niedbały szkic sporządzony rozcieńczoną farbą... Przedziwny to obraz. Tak jak przedziwne, niezrozumiałe w swej brutalności jest życie... I szczególnie obcowanie z tym obrazem nie jest łatwe, tak jak nie jest łatwe obcowanie z umieraniem i tak jak nie łatwo istnieć pośród najprostszych, a jednak najtrudniejszych pytań, pytań o życie, o jego sens, o sens i znaczenie cierpienia... Plama składająca się z chaotycznych pociągnięć... Jakby zapowiedź obrazu, życia z dopracowanymi szczegółami, detalami... Dziecko - które jest takim mglistym zaczątkiem dojrzałego człowieka, dziecko - życie jeszcze nie wykrystalizowane... No właśnie - a to dziecko? Miast szykować się na dorosłość, nabierać wyraźnych rysów, miast dojrzewać do życia, dojrzewa do zapadnięcia się w mgłę jeszcze bardziej tajemniczą od ludzkiej, ziemskiej przyszłości... Człowiek u progu życia, jak mgiełka, już musi zaniknąć... Wydaje się, że jeszcze trochę, a twarz dziecka zleje się z tłem, z poduszką, która, co osobliwe, jest żródłem światła na tym obrazie. To ona rozjaśnia mrok, to niejako dzięki niej widzimy pokój, stolik, butelkę z jakimś lekarstwem, pochyloną obok łóżka kobietę... --- Umieranie dziecka - szczególnie okrutne zdarzenie. Stramy się przecież, by dzieci, przynajmniej do jakiegoś czasu, wierzyły, że życie jest dobre, bezpieczne, przyjemne, tymczasem, gdzieś tylnymi drzwiami, wchodzi nieszczęście, by dotknąć istotę, którą chcielibyśmy z całą mocą chronić... Dookoła jest ciemno i próżno w nią rzucać rozpaczliwe pytania. Świeci tylko zwykła poduszka. Wkrótce zostanie tylko ona i łóżko... Zwykłe łóżko, które wygląda strasznie tuż po tym, jak zostało już na zawsze opuszczone... Pozostaje tylko bezradne: dlaczego... I samotność, w jakiej zawsze przeżywa się wszelki ból, przerażenie, smutek... ---Samotność, wszędzie obecna, czająca się śmierć, uwikłanie ducha w ciało, które jest potwornym więzieniem, z którego wyjście też wydaje się czymś potwornym. Wszystko tak wyraziście przedstawione w "Nocy w St. Cloud". Mrok pokoju, smuga księżycowego światła... Światło pada na podłogę i rzuca na nią cień okna w postaci podwójnego krzyża, który jest symbolem śmierci... Człowiek uwięziony, zatopiony w życiu, gdzie musi przeżyć wiele smutku, gdzie musi wiele stracić, w tym dziwnym świecie o urodzie nie licującej z naszą nędzną, przerażającą sytuacją... Bo jakże tak? Tak cudnie przecież patrzeć na zmierzchy, przyglądać się wodzie, patrzeć na skąpaną w słońcu zieleń lasu, siedzieć na skałach i wdychać morskie powietrze, słuchać muzyki fal, obserwować statki albo wszelkiej maści pływadła kołyszące się w marinach... Wszystko jest takie piękne, miast jednak cieszyć, czasem wzbudza tylko zadumę, smutek, bo skąd w tym zachwycającym klejnocie tyle zła, nieszczęścia, czemu ciągle mącić coś musi spokój? Piękno niekiedy wręcz prowokuje do tego, by obok zachwytu i zdumienia przeżywać także duchowe cierpienia, z których istoty twórcze czerpią materiał do swej pracy, dzięki której - to duża pociecha - zrobić się może trochę lżej na sercu, a sam smutek staje się czymś - nawet można powiedzieć - cennym, tak w myśl Wilde'owskiego powiedzenia: Znajdź wyraz dla swego smutku, a stanie ci się drogi... Szukamy swoich miejsc - na stałe albo na jakiś czas, miejsc, by w nich mieszkać albo by do nich wracać, albo by o nich pamiętać... I by szukać natchnienia... Skoro już znaleźliśmy się w otoczeniu duchów tamtej epoki, na Północy, nie może zabraknąć Oslofjordu, który tak ładnie w słońcu umie zamigotać, nad którym przyjemnie posiedzieć i się pogapić w dal w którymś w urokliwych miejsc: czy to stojąc na krawędzi samej stolicy albo w przemiłym Drøbak, gdzie gardziel zatoki, strzeżona przez wzniesioną na niewielkiej wyspie twierdzę Oscarsborg, jest najwęższa czy w jednym z ulubionych miejsc Edvarda Muncha - w Åsgårdstrand... Szczególnie latem wszystkie te miejsca posiadają wiele czaru, kiedy powietrze jest jak kryształ i słońce okrywa blaskiem wszystkie detale krajobrazu i te otoczone zielenią budyneczki, kolorowe domki (a szczególnie te białe z czerwonymi dachami, które lubię najbardziej), jakże typowe dla tamtejszych miasteczek i osad... Miejsca inspirujące, przyciągające twórców, dobre na milczenie, tęsknoty... Można zasmucić się wielce nad Oslofjordem... Kiedyś cichymi wieczorami ulegał tam inspirującym, głębokim smutkom Przybyszewski, który spędził wraz z Dagny czas jakiś w niewielkim Filtvet (Ta berlińsko - skandynawska przygoda była w sumie najciekawszym momentem jego życia, także tego twórczego, choć sam Przybyszewski starał się później umniejszać znaczenie tamtego okresu, ale to tylko dlatego, że był człowiekiem słabego charakteru i ulegał Jadwidze Kasprowiczowej, która była chorobliwie zazdrosna i nie chciała słyszeć niczego pozytywnego o dawnych czasach swego męża, a w szczególności o tragicznie zmarłej Dagny. Choć i wcześniej o Skandynawach pisał "Polska" nieprzychylnie, pogniewany był bowiem o to, że nie chciał się z nim spotkać król nordyckiej krytyki Georg Brandes). A trochę dalej na południe, w Åsgårdstrand koło Horten, malował swoje melancholijne obrazy Munch... Munch prawdziwie polubił tę miejscowość i przez całe życie do niej wracał, kupił tam nawet z końcem XIX stulecia mały domek, który stał się chyba jego najbardziej ulubionym letnim mieszkaniem (artysta zresztą później nabył także i inne dobra nad tym samym akwenem, mającym w sobie jakiś magnetyzm). Ciche, letnie, jasne noce, przedziwne światło, głębsze od dziennego i coś takiego w powietrzu, co potrafi tłumić dzwięki... Światło jasnych nocy... Jakże Munch potrafił je malować... Jak na moim ulubionym portrecie Inger, pozostającym dziś w bergeńskich zbiorach... To jeden z obrazów z Åsgårdstrand. Młoda kobieta w białej sukni, nad wodą, spokojną, siedząca pośród głazów. Tak jak na smutnym obrazie z chorą dziewczynką i tutaj światło zdaje się płynąć z samego wnętrza. Wszystko zdaje się świecić własnym światłem, jak to bywa własnie takimi nocami. I woda, i różnobarwne głazy, i suknia, i twarz młodej kobiety, kobiety poważnej, zamyślonej... Ten obraz należy do tych dla mnie o wiele bardziej przejmujących od najsłynniejszego, szalenie dynamicznego i dosadnego "Krzyku" - tej malarskiej opowieści o przerażającej samotności ludzkiej istoty w świecie, w naturze. (To też pomysł znad Oslofjordu - wstrząsające wspomnienie ze spaceru po Nordstrand). O wiele bardziej niesamowity nastrój ma dla mnie ten spokój pośród kamieni. Ten obraz ma w sobie wielką delikatność, ale równie poruszające refleksje o samotności potrafi wywołać... --- Można powiedzieć, że Munch wiele zawdzięcza klimatom znad tej morskiej zatoki wiodącej do norweskiej stolicy. Munch w zasadzie nie był pejzażystą, ale potrzebował krajobrazu, był on dla niego niesłychanie ważnym elementem - za jego pomocą ujawniał bowiem swoje wewnętrzne stany, emocje... Domy, uliczki, kamienie, drzewa, woda - to wsztstko było dlań pobudzające, inspirujące, stanowiło doskonały materiał do artystycznego przetworzenia. Bez Oslofjordu i Åsgårdstrand nie byłoby "Fryzu życia"- tej wielkiej malarskiej próby opowiedzenia o wszystkich aspektach ludzkiego istnienia. O niebie i piekle, po których sam twórca przechadzał się przez całe życie, czasem będąc na krawędzi obłędu. --- Doprawdy, im dłużej żyję, tym bardziej osobiście przeżywam jego sztukę... Moje niegdysiejsze, bardzej mi bliskie od tych vestfoldzkich, kamienie w Straumen i mój ówczesny rozpaczliwy stan ducha pośród graniczącej z upiornością ciszy... I głębokie cienie unoszące się nad moim własnym istnieniem... Munch napisał kiedyś o tym, jak bał się własnego cienia, jak podchodząc do lustra widział swoją własną twarz ducha, i dodawał: "Wiodę życie w towarzystwie zmarłych: mojej mamy, mojej siostry, mego dziadka oraz mojego ojca - z nim przede wszystkim. Moje wspomnienia w najmniejszych detalach powracają do mnie"... Tak, właściwie nic dodać, nic ująć! --- Na jego obrazie "Dojrzewanie" widać nagą dziewczynkę, której ciało nabiera powoli kobiecych kształtów. Za nią znajduje się potworny, olbrzymi cień, który przywodzi mi na myśl ogromną, porośniętą długimi, czarnymi włosami głowę. Ten kudłaty potwór kiedyś się zwróci do niej twarzą, straszliwą twarzą, z całą pewnością... Ten potwór to samo życie. --- Jednak pośród cieni są i jasne, słoneczne plamy. Powracająca dziecięca beztroska. Jakaś pogodna niedbałość wpychająca ręce w kieszenie... Tak, lepiej tam je trzymać, ile się tylko da - bo dzięki temu mniej niepotrzebnego zamieszania... Miałem ręce w kieszeniach... A z tyłu mały, prastary plecak zielony i w nim kilka nowych książek... Myślałem sobie, jak to dobrze mieć niewiele... Mało w sumie do szczęścia potrzeba... No, może gdybym częściej mógł mieć ręce w kieszeniach... Ale co tam! Nucić sobie można, jak Przybysz, że za sto lat... No właśnie. Tylko te krajobrazy trwają... Tyle człowiek ma, co się nimi nacieszy... --- Ci, co żyją, zdrowi są szczęśliwie. Żywym zrobiłem małą niespodziankę, która ich ucieszyła... Krewniak, ten słowiańsko - germański mieszaniec, ma w sobie sporo entuzjazmu i dobre uczucia sprawiają, że wciąż piękieje. Widać tego właśnie potrzebował - czarno - srebrnej, dojrzałej damy... Ich widok sprawia radość... Umieją się fantastycznie kłócić, co traktuję jako dobrą wróżbę... I niech tam rozmaite cienie... Że jeszcze raz przytoczę słowa Strindberga: "Całe życie jest okropne! Ale mimo to musimy być zadowoleni!"

                                                    

14:13, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
środa, 15 kwietnia 2009
I po świętach

 Tak zajrzałem tu do siebie... Nuda, nic się nie dzieje. I chyba się szybko nie zadzieje, bo jakoś mnie do pisania nie ciągnie. Takiego jakiegoś poważniejszego pisania.

 Zaciek w kuchni wygląda mało zachęcająco. Taki się żółty zrobił. Paskudztwo. Franek rano przeżuwał kanapkę i gapił się na zniszczenia. - I co? Kiedy się bierzemy za malowanie? - Jęknąłem z niechęcią. - Znowu. - No, bo to brzydkie jest. - Brzydkie. Ale może do maja wytrzymamy, co?

 Jutro i pojutrze czekają mnie załatwienia rozmaite w paru urzędach. To coś, czego nie znoszę. Bo Misio nie jest specjalnie rozmiłowany w praktycznej stronie życia.

 W sobotę idę na spotkanie z towarzyszami mojej niegdysiejszej licealnej niedoli. Nie wiem, co oni tak się lubią od czasu do czasu gromadzić - ale dobra - pokażę im się. Ponoć ma być niemal cały komplet, ale trudno mi w to uwierzyć.

 Słońce wyjrzało. Przed chwilą wleciał przez okno ogromny, puszysty trzmiel, grubcio taki. Pobuczał wiosennie i poleciał sobie dalej.

 Pani z kiosku z gazetami mi się rano pożaliła, bo jej córka nie chce dalej studiować. Wyraziłem przypuszczenie, że to chyba nie jest wielka tragedia. - No ale wie pan, zawsze to studia. - Nie wiem, sam nigdy nie chodziłem do szkoły... - Ee, żarty sobie pan stroi. - Nie zupełnie - odpowiedziałem - bo już prawie nic nie pamiętam, zatem... No, ale jak córka studiować nie chce, to niech nie studiuje. - I co, będzie stała za ladą? - To źle? Ważne, żeby była zdrowa i szczęśliwa w życiu, jakie sobie sama, po swojemu urządzi, ze studiami czy bez.

 I co jeszcze. Chyba znowu mi się coś okropnego śniło, ale nie wiem co. Franek mi tylko powiedział, że strasznie mną w nocy telepało. Ponoć trochę mną poszarpał i mi przeszło. Niczego jednak nie pamiętam. A on się trochę martwi. Uważa, że z jego Misiem nie wszystko jest w porządku. Misio natomiast uważa, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Gorsze rzeczy bywały.

 No, i tyle chyba dzisiaj, bo Misiowi nie chcę się więcej blogować. Zatem do nastepnego przeczytania. :)

13:28, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Demon

 Żeby było z lekka nieprzyzwoicie, powiem, żeśmy się nieco dziś rano popryskali. Wprawdzie nie skorzystaliśmy przy tej okazji z wodociągu, nie wiem więc czy można to podciągnąć pod tradycję lanego poniedziałku, jednak - biorąc pod uwagę świąteczną aurę, bazie i żonkile w wazoniku - ta zwyczajna dla nas rzecz nabrała dodatkowego wymiaru, tak więc można chyba powiedzieć, że mimo wszystko wyszliśmy naprzeciw obyczajom... Potem zresztą przyszedł czas na prysznic, więc i woda się polała...(Tym razem z siteczka na końcu rury, a nie z kuchennego sufitu... [Jejku, co się mnie sąsiadka naprzepraszała. Już któryś raz z kolei. Zadeklarowała nawet, że pokryje koszty remontu, ale powiedziałem ,żeby dała spokój. Zdarzył się wypadek, i tyle. W końcu nie zrobiła tego celowo.])

 Rowerów jeszcze nie wypchnęliśmy na powietrze, bo pogoda taka niewyraźna i po śniadaniu poszliśmy jedynie z psami na długi spacer. A potem wróciliśmy do chaty, żeby się znowu trochę zagrzebać w nasze własne drobne sprawki. Być może jeszcze pod wieczór się gdzieś wybierzemy. Ale to się zobaczy.

 Niezbyt ciekawa rzecz. Znowu miałem zły sen. I znów miałem przywidzenia. Co ja sobie takiego w łeb wbiłem, że powracają do mnie takie potworności? Znów przyśniła mi się mama, która mi oznajmiła, że została zamordowana. Tym razem pojawiła się w moim śnie będąc w dobrej formie. Rzuciła mi na stół receptę, receptę wielką jak kartka ze ściennego kalendarza. Były na niej jakieś nazwy leków. Ponoć te właśnie specyfiki ją zabiły. Oprócz niej spotkałem też innych zmarłych, w tym moich dziadków. Wszystko to działo się w jakimś dziwnym mieszkaniu, szalenie wysokim, o ogromnych oknach. Nie pamiętam teraz więcej szczegółów. Za wyjątkiem jednego, bo ten przedarł się do jawy. Poczułem nagle, że coś ciągnie mnie za rękę, ciągnie za rękę zębami. Tak jakby jakieś zwierzę usiłowało przebić kłami kołdrę, by mnie pogryźć. Wybudziłem się całkiem i znów ujrzałem tę samą postać - dziwaczną - ni to człowiek był, ni zwierzę. Z jednym otwartym, ogromnym, okrągłym okiem. Nie byłem tym przerażony. Właściwie patrzyłem na tę zjawę z zaciekawieniem. Obserwowałem, jak się kurczy, by po chwili zniknąć...

 Wygląda to tak, jakby mnie nawiedzał jakiś demon. Zachowuję jednak spokój. W nocy, kiedy mara się rozwiała, wtuliłem się we Franka i zapadłem w już spokojny sen. Na szczęście się nie obudził. Na szczęście, bo może zacząłby się w końcu poważnie o mnie niepokoić, a ja nie chcę robić zamieszania... Da się w końcu żyć widząc od czasu do czasu istoty, których normalnie się nie spotyka...

 Są jeszcze i inne upiory. Upiory przeszłości. I z nimi też się zobaczę. Dałem się namówić koleżance na spotkanie z ludźmi z mojej klasy z liceum. Boże, po tylu latach... Pójdę, mimo że specjalnie za takimi rzeczami nie przepadam, nie odwiedzam żadnych "naszych klas"... Ale zaspokoję ciekawość... Niech będzie. Do tej pory w takich spotkaniach nie uczestniczyłem, o co ponoć niektórzy mają jakiś żal... Bo co ten Misiek taki ważny! No tak, ale pierwsze spotkanie, jak się dowiedziałem, było wtedy, gdy mieszkałem w Norwegii, a na późniejsze nie poszedłem, bo miałem jakieś pilne sprawy... Ale teraz już obiacałem, że się pojawię...  Nie wiem czy to ma większy sens, bo z lwią częścią ludzi widziałem się po raz ostatni dwadzieścia lat temu, kiedy byliśmy jeszcze takimi dziciakami, cóż więc nas dzisiaj może łączyć... Tylko te wspomnienia, jakim sam się przecież mogę oddawać, bez towarzystwa uczestników dawnych zdarzeń... Będą mamusie, tatusiowie... Hm - zdaje się, tylko ja i ten nieszczęsny R. pozostaliśmy młodzi, roztrzepani, bezdzietni, wyluzowani... Znowu się na niego natknę... Nie tak dawno temu spotkaliśmy się u naszej wspólnej znajomej. Wypytywał mnie o Franka. Tak jakoś posępnie pokiwał głową, gdy się upewnił, że ja i F. żyjemy razem pod jednym dachem... Co za choleny typek - myślę sobie... Po trzynastu latach odezwał się dając mi do zrozumienia, że chciałby odnowić kontakty. Walić w ryj, cholera! Ale nie, niczego mu nie wyrzucałem - w odpowiedzi na jego sygnały dałem mu jedynie do zrozumienia, aby trzymał się z daleka od mojego domu. I robi to. Spotykamy się, jeśli chce tego kapryśny przypadek. Na neutralnym gruncie.

 Dziwne bywają nieraz relacje między ludźmi. Czasem nie zdajemy sobie sprawy, jakie potrafimy rozbudzać nadzieje, jaki ból powodujemy itd, itd... Byliśmy kiedyś tak blisko i niczego się o sobie nie dowiedzieliśmy... Za mało było w nas odwagi... A już na pewno we mnie... Ale -było, nie ma...

 I jeszcze co... A może jeszcze piosenka

 David Bowie. Live. "Knock on Wood"

Knock On Wood (David Bowie)

Miłego świątecznego popołudnia.

15:23, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 kwietnia 2009
Lana niedziela

 Właściwie powinienem być wściekły, zdruzgotany, ale jakoś nie potrafię. W zamian jestem szalenie rozbawiony...

 Obudziłem się przed piątą. I ujrzałem zaskakujący obrazek - Franka wciągającego spodnie! O tej porze! - Dobrze się czujesz? - zapytałem. - Nie śpisz już... Misiu, mamy problem. - Franku, o piątej rano ludzie nie mają problemów. - A jednak. Zobacz do kuchni... -- Nogi się pode mną ugięły, kiedy tam zajrzałem. Nie przesadzę, kiedy powiem, że w kuchni po prostu padał deszcz!! Zostaliśmy dokumentnie zalani!

 Franek pobiegł na górę. Słyszałem, jak łomotał w drzwi sąsiadki. Bez skutku. - Cholera, co tam się stało? Przed śmiercią nie zakręciła wody? -- Już miałem dzwonić po jakąś ekipę, ale coś mnie tknęło, żeby wystukać numer do tej cholernej sąsiadki, u której wiecznie występują jakieś awarie. Odebrała. - Witam. Dobijamy się do pani, bo nam się woda leje na głowę. - Ach, to wy. Bo ja się bałam otworzyć... - Kobieto, masz w kuchni potop. Zaraz tam idę na górę. - Dobrze, dobrze. 

 Jezu - u niej wszystko w wodzie. Latała jak głupia wołając: - I co ja mam zrobić, co zrobić? -- Wpadłem na genialny pomysł i przekręciłem zawór odcinając dopływ wody do kuchni. Wszystko było jasne. Woda lała się jak diabli spod wodomierza. Jacyś spece tuż przed świętami wymieniali u niej to urządzenie, no i, jak widać, za bardzo się nie popisali...

 Nie miałem siły się denerwować. Na suficie jeden wielki zaciek. Na jednej ze ścian podobnie. Cała nasza robota na nic. Kuchnia na powrót kwalifikuje się do remontu. Ubaw po pachy!

 Tak że mieliśmy dziś laną niedzielę. I już o świcie trzeba było zakasać rękawy i brać się za ścierę. Taka piękna katastrofa!

 I co poza tym. Zimno dzisiaj. Siedzimy w domu. Każdy w swoim kącie. Leniuchujemy. Żremy słodkości. Gotować nam się nie chce. Bo mamy wiadro sałatki, za którą zresztą zostałem pochwalony.

 Moja rodzina się nie ujawnia, co mnie cieszy. Pewnie są obrażeni, co jest mi na rękę.

 Ujawnili się natomiast dzisiaj znajomi mojej mamy. Otrzymałem propozycję wyjazdu na imprezę, ale grzecznie odmówiłem. Może innym razem. - Ale musimy się spotkać. Obiecaliśmy sobie przecież, że będziemy utrzymywać kontakty. Nawet nie wiesz, jak bardzo nam zależy... Tak, nam jak nam... O tym, jak NAM zależy, powiedziała mi ta pani, która mnie kiedyś omal nie zgwałciła przy żeliwnym zlewie... Kiedyś opowiadałem o tym Frankowi. - A ona stara jakaś jest? - Nie, nie taka znów stara. To taka dojrzała, zadbana pani, której wpadłem w oko. Sygnały, jakie wysyła, są bardzo czytelne. Myślę, że ta polonistka liczy na to, że mnie w końcu zaliczy... - A ciebie to oczywiście bawi. - Trochę. Chociaż pod zlewem za ciekawie nie było. :) I najdziwniejsze jest to, że jej wcale nie przeszkadza fakt, iż jestem homoseksualistą.

 Święta, święta. I święty spokój. Po potopie... O w mordę! :))

13:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Kjell Askildsen "Cudowne miejsce"

przekład z norweskiego Kiljan Halldórsson

- Nie jedziesz trochę za szybko?

- Nie - odpowiedział.

Chwilę potem zjechał z głównej szosy na wąską i krętą drogę wiodącą w dół nad fiord.

- Zazieleniło się.

- Tak.

- Droga jest jakby węższa - powiedziała.

- Nie jadę szybko.

Zauważyła, iż ma poczucie, że nie wszystko jest takie jak być powinno. Zawsze to robiła, ilekroć dojeżdżali do letniego domu i wielkiego dębu, pod którym zwykli zostawiać samochód. Nic nie odpowiedział. "Kiedyś może będzie miała w końcu rację"- pomyślał tylko.

Zaparkował samochód. Pomógł jej założyć plecak.

- Idź już - powiedział.

- Zaczekam na ciebie.

- Dogonię cię.

Dołączył do niej w połowie stromej, zarośniętej drogi. Stała tam i czekała na niego.

- Jest ciężki? - zapytał.

- Nie - odrzekła.

Poszli dalej. Po kilku minutach ich oczom ukazał się stojący poniżej dom. Zwolnił; ostatnie metry zwykła pokonywać pierwsza.

Popchnęła furtkę.

- Ktoś tu był - zauważyła.

- Co?

- Zostawiłam kamień na słupku. A teraz go nie ma.

- Tak, tak - powiedział. - Musiał go ktoś zabrać. Było w nim coś szczególnego?

- Nie. Zwykły kamień.

Zatrzasnął za sobą furtkę.

- Nie podoba mi się to, że ktoś tu był.

Nie odpowiedział. Spojrzał na okrytą kwiatami jabłoń.

- Popatrz na jabłoń.

- Tak - powiedziała - czyż nie jest piękna?

Poszła dalej. W kierunku drzwi. Zdjęła plecak. Podążył jej śladem. Obok jej plecaka położył ręczny bagaż i sięgnął do kieszeni po klucze.

- Otworzysz? - spytał.

- Ty otwórz.

Przekręcił klucz i wszedł do środka. Położył swój plecak w kuchni na podłodze i przeszedł do pokoju. Otworzył okno i zatrzymał się przy nim, by popatrzeć na fiord. Zawołała na niego. Przyszedł.

- Bądź tak dobry i zawieś flagę.

- Teraz?

- Chcę, żeby ludzie widzieli, że tu jesteśmy.

Spojrzał na nią, a potem zabrał resztę bagażu i znów wszedł do domu. Flagę znalazł w szufladzie komody.

- To była zawsze pierwsza rzecz, jaką robił tato - powiedziała. - Wciąganie flagi.

- Tak, wiem o tym.

- Nie masz nic przeciwko temu?

- Widzisz przecież, że przyniosłem flagę.

Poszedł pod maszt.

*

Siedzieli przy kuchennym stole. Właśnie zjedli. Patrzyła przez okno na gęsty las.

- Czy to nie cudowne miejsce?

- Tak - odpowiedział.

- Nie sądzę, by ktoś mógł pochwalić się wspanialszym miejscem.

Nie odpowiedział.

- Chciałabym tylko usunąć tamte zarośla. Aż do skraju lasu.

- Po co?

- Bo byłoby tak... Nic przez nie nie widać.

- One nie są na naszej działce.

- Nie - przyznała - mimo to... Tato zawsze je usuwał.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu.

- Co będziemy jutro robili? - spytała.

- A musimy coś robić?

- Nie, nie wiem - powiedziała. - Wycieczka łodzią? Na przykład do Ormøya.

- Tu jest wystarczająco dobrze.

- To prawda. Tak, zatem zostajemy, co? Poza tym i tak jest tu sporo do zrobienia.

- Jutro odpoczywamy.

- Trzeba jednak opróżnić klozet.

- Nie ma pośpiechu - powiedział.

- Nie. Ale trzeba to zrobić.

*

Stali na przystani. Słońce chyliło się ku zachodowi.

- Jak ja kocham to miejsce - powiedziała.

Milczał.

- Tam, właśnie tam wpadłam do wody.

- Tak. Opowiadałaś już.

- Musiałam mieć wtedy ze cztery lata.

- Pięć - uściślił.

- Tak, być może, że pięć. Uderzyłam głową o tamte kamienie i miałam głęboką ranę nad uchem, i gdyby nie tato... Co to było?

- Chyba jakieś zwierzę.

- Nie, to ktoś wołał.

- Nie, to bardziej przypomina jakieś zwierzę.

- Chodźmy już - powiedziała.

Szli pod górę w stronę domu.

- Musimy pamiętać o opuszczeniu flagi.

- To nie jest konieczne - zauważył.

- Zawsze to robiliśmy.

- Tak, wiem o tym.

- Jest taka reguła, która mówi, że tak trzeba robić - powiedziała.

- Wiem.

- Chciałabym, żebyś ją opuścił, Martin. Bo jeśli nie, ja to zrobię.

- Dobrze już, dobrze. Zdejmę ją.

*

Kiedy wszedł do domu, powiedział:

- Otworzę butelkę wina.

- Dobrze, otwórz.

Usiadła na sofie.

- Dziekuję, wystarczy - powiedziała, gdy napełniał jej szkalnkę.

Sobie nalał dwa razy tyle i usiadł przy oknie.

- Tata zwykle tam siadał - oznajmiła.

- Tak, słyszałem już o tym. A gdzie siadywała twoja mama?

- Mama? Ona... Dlaczego o to pytasz?

- Tak tylko... Skål.

- Myślę, że zazwyczaj siedziała tu, na sofie.

Sączyła wino drobnymi łyczkami. Milczeli. Przesunął krzesło nieco do tyłu, by mogła bez przeszkód widzieć fiord. Pił.

- Tak tu cicho.

- Ktoś stoi, tam, na cyplu - powiedział po chwili.

Wstała i podeszła do okna.

- Patrzy w tę stronę - zauważyła.

Otworzyła okno.

- Po co otwierasz?

- Żeby zobaczył, że ktoś tu jest.

- Bo co?

- Żeby się trzymał z daleka. Widzisz? Już go nie ma.

Zamknęła okno i wróciła na swoje miejsce.

Spojrzał na nią.

- Dlaczego na mnie tak patrzysz?

- Po prostu patrzę - odpowiedział. - Skål.

Opróżnił szklankę, a potem wstał i podszedł do stołu, by dolać sobie jeszcze wina.

ciąg dalszy poniżej

17:43, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
Kjell Askildsen "Cudowne miejsce" (ciąg dalszy*)

- Zamknąłeś drzwi?

- Nie.

- Nie mógłbyś ich zamknąć?

- Jak będziemy szli spać. Zawsze zamykaliśmy tuż przed pójściem na spoczynek.

- Ale dziś zróbmy wyjątek.

- Dlaczego?

Nie odpowiedziała. Wstał i wyszedł do sieni. Otworzył drzwi i spojrzał w górę na furtkę i las, a potem zamknął je i przekręcił zamek. Przystanął na kilka sekund w półmroku. Słyszał tylko swój oddech.

*

- Martin?

Wszedł do pokoju.

- Myślałam, że wyszedłeś.

Nic nie powiedział, tylko nabrał do ust sporą porcję wina. Spojrzała na zegarek.

- Chyba zaraz się położę - powiedziała.

- Tak, zrób to.

- A ty?

- Jeszcze nie. Przyjemnie tu posiedzieć i popatrzeć na fiord.

- Prawda? Prawda, że to cudowne miejsce?

- Owszem.

Spojrzał na nią.

- Patrzysz na mnie tak dziwnie.

- Tak myślisz?

Wzięła szklankę i dopiła resztę wina.

- Żałuję, że jestem taka zmęczona. To pewnie przez to świeże powietrze.

- Tak - powiedział. - Po prostu idź się położyć.

*

Spała. Zdjął ubranie i wsunął się pod kołdrę. Była odwrócona plecami. Po chwili położył dłoń na jej biodrze. Westchnęła cicho z niechęcią.

Pozwolił spoczywać swej ręce na jej biodrze. Miał wzwód. Przesunął dłoń nieco niżej. Jej ciało zadrżało gwałtownie jak rażone prądem. Przyciągnął rękę do siebie i odwrócił się na drugi bok.

*

Poszedł do samochodu po linkę. W drodze powrotnej przystanął przy furtce i rozejrzał się po okolicy. Podniósł z ziemi kamień i położył go na słupku. Wreszcie ruszył. Minął dom i poszedł na dół do szopy na łodzie. Leżała na przystani i czytała. Powiesił zwiniętą linkę tuż po okapem, a potem usiadł i opierając się o ścianę patrzył na fiord. Kilka minut później podszedł do niej. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.

- Czy nie jest cudownie?

- Gdzie?

- Tu.

- A tak, owszem.

- Nie wziąłeś drugiego materaca, żeby poleżeć na słońcu?

Nie odpowiedział. Popatrzył w górę na dom:

- Jaskółki jeszcze nie przyleciały.

- Teraz jest czas ich powrotu, mogą więc tu przybyć w każdej chwili.

- Jeśli w ogóle przylecą. 

- Przylecą na pewno. Zawsze przylatują. Kiedyś tato je dostrzegał, kiedy tylko przylatywały. Rok po roku wlatywały pod tę samą dachówkę.

- Tak, mówiłaś mi to już kiedyś.

- Swego czasu ludzie wierzyli, że kiedy jaskółki wybierały czyjś dom, by się w nim zagnieździć, przynosiły szczęście jego mieszkańcom.

- Tak.

Ruszył w górę, w stronę domu.

*

Siedział na leżaku pod jabłonią i patrzył na las. Nagle usłyszał jej głos. Wołała go głośno, tak jakby coś się stało. Podniósł się i zszedł na przystań. Stała odwrócona plecami do fiordu.

- Co jest?

Machała do niego ręką.

- Znów tam był, człowiek, na cyplu.

- I co z tego?

- Wołałam na ciebie, tak żeby wiedział, że nie jestem tu sama.

Popatrzył na nią.

- Boisz się, że tu przyjdzie i cię weźmie?

- Martin!

Nadal na nią patrzył, a w końcu odwrócił się i odszedł w kierunku domu.

*

Właśnie zjedli. Niebo po zachodniej stronie przysłoniły ciemne chmury i niskie słońce skryło się za nimi. Siedziała na sofie i czytała, on zaś stał przy oknie i obserwował fiord.

- Otworzę wino - powiedział.

- Dobrze.

Wziął swoją szklankę i usiadł na krześle przy oknie.

- Widzę, że naprawdę lubisz tam siedzieć - zauważyła.

- Tak.

Czytała dalej. Po chwili spojrzała znad książki:

- Opuściłeś flagę?

- Tak.

- Na pewno?

- Nie.

- To dlaczego powiedziałeś, że tak?

Nie udzielił odpowiedzi. Po chwili zaś oznajmił:

- Jutro pojadę do miasta i kupię proporzec.

- O nie, tylko nie proporzec. To jest takie... Nigdy nie mieliśmy proporca.

Milczał.

Odłożyła książkę, wstała i wyszła do kuchni. Słyszał, jak otworzyła, a potem zamknęła drzwi wejściowe. Zapanował spokój. Wychylił szklankę i podszedł do stołu, by znów napełnić ją winem, po czym usiadł i dalej patrzył na fiord. Po chwili wróciła. Usłyszał hałas wysuwanej i wsuwanej szuflady. Weszła do pokoju i usiadła na sofie.

- Skål.

- Skål.

Wypili.

- Zdjęłam flagę. Przykro mi, jeśli myślisz, iż sądziłam, że to jest twoje zadanie.

Milczał.

- Zawsze to wcześniej robiłeś. Nie wiedziałam, że masz coś przeciwko temu.

Milczał.

- Wiedz, że nie robiłam tego nigdy wcześniej. Zawsze robił to tato. A potem ty. Nigdy nie byłam tutaj sama.

- Nie, wiem o tym.

*

ciąg dalszy poniżej

17:42, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2