BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 21 kwietnia 2010
Świat mój jak woda w dłoni

 I cóż tu gadać. Tylu jest innych chętnych do gadania... Wokół dzieją się rozmaite wariactwa, za to u mnie porządek, ład, harmonia, niekiedy z lekką zadyszką... Układa się homikom. :)

 Nie trując niepotrzebnie znów zostawię wierszyk, wierszyk z wyspy, z której się ostatnio kurzy... I gdzie są takie miejsca, co się mogą skojarzyć z łapką wypełnioną wodą... Tak jak Njörðowi... (Tak właśnie trzeba - niech nikt nie odmienia: Njörðurowi, Njörðurem; Ólafurowi, Ólafurem, tylko Ólafowi, Ólafem...:))

NJÖRÐUR P. NJARÐVÍK

"EINS OG VATN Í LÓFA"

Eins og vatn í lófa

er veröld mín

 fjörður milli fjalla

 fjara sem birtist og hverfur

sól sem rís yfir tind

og týnist í skörðum

 myrkur sem skríður úr gjótum

 giljóttra fjalla

sjór sem er logn

og löðrandi brim

 fiskur flæktur í net

 fjöll og himinn

veröld mín

eins og vatn í lófa

"Jak woda w dłoni"

Jak woda w dłoni

jest mój świat

 fiord między górami

 plaża, co znika i znów się pojawia

słońce, co wstaje nad szczytem

i zapada w przełęczy

 mrok, co wypełza ze żlebów

 na górskich zboczach

morze, raz spokojne

raz spienione od fal

 ryba w sieć zaplątana

 góry i niebo

świat mój

jak woda w dłoni

            przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

--

A wasze światy są jak co?...

wtorek, 20 kwietnia 2010
Laki

 Ech, Islandia dała popalić. A to rypnięcie bankowe, a to wulkan... Można by zawołać - odpuść, bo wiemy, wiemy, że jesteś...

  Tak to się przyzwyczailiśmy do latania i gdy nagle wulkan zakopcił jak stary parowóz, przyszło zaskoczenie. Przyblokował się ruch. I mówi się - jeszcze nigdy tak nie było! Jasne! Ale jak historia latania rozrośnie się w wieki, to z pewnością będzie o czym gadać. Ileż trwa to nasze rozlatanie gorączkowe! Krócej niż sen niejednego wulkanu...

 Tacy jesteśmy zarozumiali, takie mamy techniczne zdobycze, od których coraz bardziej jesteśmy uzależnieni... Hm - co tam samoloty - wystarczy dziś zgasić nam światło, a zamienimy się w hordę pogubionych idiotów, kompletnie bezradnych...

 Natura płata figle, które trzeba pośród strat przeczekać... Zresztą - gdy jedni ponoszą straty, inni właśnie liczą zyski... Tak to już się kręci...

 Zapominamy często o żywiołach. I się potem dziwimy. I się denerwujemy... Tak, byłoby najlepiej, gdyby wszystko wokół zdechło i nie przeszkadzało nam w handelku.

 Islandia dymi od czasu do czasu. Taka jej uroda. Bywało, że dymiła o wiele potworniej. A najstraszniejszy kataklizm przyszedł w czerwcu 1783 roku, gdy buchnął Laki, wulkaniczny rozbójnik znajdujący się obok gleczeru Vatnajökull, niedaleko od Kirkjubæjarklaustur. W powietrze poleciały przeogromne masy pyłów i toksycznych gazów, a lawy wypłynęło dość, by rozlać się na powierzchni blisko 600 kilometrów kwadratowych. Spowodował bardzo wiele strat na Wyspach Brytyjskich, w krajach skandynawskich i w wielu innych miejscach, przyniósł klimatycznme zakłócenia i w Europie, i w Ameryce. A w samej Islandii wytruł domowe bydełko, zniszczył wszystkie uprawy, sprowadził głód, przyczynił się do śmierci blisko jednej czwartej ludności wyspy. Sytuacja była tak poważna, że rozważano nawet pomysł, by ewakuować pozostałych przy życiu i osiedlić ich w duńskiej Jutlandii...

 Z pewnością w tamtych warunkach odrzutowiec by sobie nie polatał...

 Laki. Lakagígar (Kratery Lakego). Oto ten okrutnik:

13:34, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
I tak oto...

płynie czas... Poszła salwa. Znak, że koniec...

 Widzę, że mój blog w weekend znów trafił na główną stronę gazety. To już trzeci raz. Znowu dzięki Islandii...

 Jakie mam przemyślenia po tym wszystkim?... Jest mi naturalnie przykro, bo nie lubię, gdy giną ludzie...

 Zdumiewające i fascynujące jest to, w jaki sposób u nas przeżywa się takie rzeczy - albo może lepiej powiedzieć - w jaki sposób się na takie rzeczy reaguje... Nie wiem, ile było w tym rzeczywistego bólu, a ile zwykłej, gapiowskiej ciekawości, tej samej ciekawości, czyniącej zbiegowiska, gdy ktoś wyskoczy z balkonu, wpadnie pod auto czy ulegnie jakiemuś innemu nieszczęściu... Słyszałem głosy, że oto dzieje się na naszych oczach historia... Ufff - ja tam mam gdzieś taką historię; wolę, gdy do historii przechodzą dni dobre, pogodne. Mam dość trumien we własnym, osobistym życiu, tak więc trzymam się od takich zdarzeń raczej z daleka i się nie jednoczę...

 My w sposób niesłychany potrafimy urządzać pogrzeby i czcić nieboszczyków. A tu już pojawiły się nastroje takie, że mój Franek stwierdził, iż byłoby najlepiej, gdyby ktoś na nas napadł, tak już z czystej litości...

 Oto historia! Taka z prawdziwego zdarzenia! Doczekał się ludek z cyfrowymi aparacikami! Poszły mowy - zbyt wiele nawet mów! Patetycznych, napuszonych, absurdalnych, niepotrzebnych... Było trochę tak, jakby witano bohaterów, których przejechała wojenka... Ale wojenki nie ma. Żadnej więc nie ma podstawy, by budować bajkę o męczeńskim rycerzyku.

 Już widziałem przebłyski radości - tak nam te trumny cudownie spadły i w Krakowie zrobi się królewsko! Historia! Przyjadą głowy koronowane i będzie jak kiedyś u Wierzynka... Wulkan spod Eyjafjallajökull jednak powiedział: dość!! i przekłuł balonik! Fantastyczny zbieg okoliczności... I zrobiło się lokalnie z domieszką barwnej egzotyki. Przy pięknej pogodzie, idealnej do latania, gdyby nie chmura drobniuteńkich cząsteczek z trzewi mej ukochanej wyspy...

 Ciekaw jestem czy ta najważniejsza trumna pozostanie w ciszy należnej śmierci, czy posłuży jako instrument... Chciałbym, żeby polityczni przyjaciele zmarłego prezydenta pamiętali, że im bardziej niedorzeczne będą tworzyli legendy, tym większy będzie rechot wokół tego nowego wawelskiego, nieszczęsnego sarkofagu...

 Ja jestem z tych złych patriotów, ale muszę powiedzieć, że nic mnie tak nie cieszy, jak mieszkanie w Polsce. Dobrze  zrobiłem, że trochę już lat temu zrezygnowałem z bycia emigrantem. Ech, ta nasza dusza - płytka, ale jaka szeroka!!!

 Ach, ci nasi zmarli, te trumny nasze, te kwiaty i świece, krzyże, orgie żałobne, dekoracyjne, te westchnienia uroczyste nad klęskami... Że też ciągle w nas to jest. Jak niezwykle jesteśmy gotowi, by w mgnieniu oka urządzić takie święta, jakbyśmy ciągle pełni gotowości ćwiczyli te wszystkie ceremonie. Niesamowite!

 Jakoś tak chyba w sobotę gapilismy się trochę wieczorem na tvn24. Spodobała mi się rozmowa z Jerzym Pilchem, który wyraził żal, że Czesław Miłosz nie przegrał jednak batalii o Skałkę. Bo zamiast leżeć w tak nieprzyjemnym miejscu, mógłby spocząć na przykład na pięknym cmentarzu na Salwatorze, gdzie powietrze, drzewa, ptaszki i towarzystwo całkiem niezłe, bo przecież leżą tam sobie i Wiesław Dymny, i prof. Kępiński, i Andrzej Wróblewski, i Stanisław Lem, i od niedawna też prof. Błoński... Doskonałe miejsce. Nie to co posępne krypty. Strach w czymś takim leżeć!!...

 Pamiętam jak pierwszy raz w życiu schodziłem do krypt wawelskich. Dzieciaczkiem wtedy byłem. Bałem się zejść, a gdy się już tam znalazłem, chciałem jak najszybciej wyjść na powietrze. Ubzdurałem sobie, że zaduszą mnie zaraz jakieś potworne wyziewy... Nie, nie - wyjątkowo ponure są takie miejsca, wyjątkowo...

 Może dowiemy się, że i za nasze grzechy poległ, dla nas, żeby nam było dobrze... Bo wiadomo, co się we łbach durnych urodzi... Wybrali mu miejsce... I nikt nie chciał się przyznać do pomysłu, nikt nie chciał otwarcie przekonać, dlaczego tam. Ale nie ma sensu się dopytywać... Znam przecież ten styl. I ani mnie to ziębi, ani parzy... W oczy mnie nie zakłuje. Bo i się wśród grobów nie kręcę... Bo na cóż mi stanie nad postaciami z naszej dziwacznej bajki. Na cóż też mi stać bezsensownie nad grobami poetów - wolę ich czytać...

16:09, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 kwietnia 2010
Wooops...

 No i poszły popioły. Z gorącej Islandii. Wulkan. Jeden z moich dobrych znajomych. Tuż obok niego rozciąga się sceneria najsłynniejszej sagi...

 Grunt to dobry humor. Już się nawet żart przy okazji erupcji pojawił na stronie Iceland Review. Rozmowa Wielkiej Brytanii z Islandią:

Britain: - Iceland are you crazy? Why did you send us volcanic ash? Our airspace has shut down.

Iceland: - What? That's what you asked for isn't it?

Britain: - NO! We said cash! Cash you dyslexic idiot. CASH!

Iceland: - Wooops.

--

 Wooops. Narobiło się. I w Polsce wstrzymano ruch lotniczy. I to akurat teraz. Taki zbieg okoliczności... Tu dopiero jest pole do popisów dla miłośników znaków. August Strindberg z pewnością nie przeszedłby nad tym do porządku dziennego... Zaraz pomyślałby o spadających na podłogę orderach, wiecznie poodwracanych flagach, piórach i mikrofonach odmawiających posłuszeństwa... I do tego jeszcze wulkan islandzki paraliżujący właśnie całą Europę... Zbuntowana materia!

 W sumie za to właśnie lubię życie. Za ten absurd. Nic nie staje w miejscu. Starszliwość miesza się z pogodą. I wulkan musi się wydymić... I bucha w tę naszą specyfikę... Najpierw było strasznie. Ale nie wytrzymano zbyt długo i zaczęło się robić głupio... I w to wszystko posypała się przyprawa w postaci treściwego wulkanicznego oddechu spod islandzkiego lodowca... Wiem, że jestem okropny, ale co poradzić - w patetyczną nabrzmiałość wpada coś, na co reaguję uśmiechem... Tak to już jest w życiu: karuzela potworności, głupoty, mądrości, śmieszności... A natura - tak, można znów przywołać Atterboma - natura to troll...

 Wooops...

13:52, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 kwietnia 2010
Zdmuchnięcie

kurzu... Bo się blog zatrzymał na chwilę i się przykurzył...

Tak się złożyło, że przez ostatnie dni łapałem trochę czasu jedynie późnymi wieczorami, a tych nie mam zamiaru trwonić na gędźbienie na blogu...

 Chociaż właściwie to teraz, kiedy mam trochę czasu, nie wiem, po co tu wszedłem... Bo tematu jakoś nie mam. Bo co - miałbym się silić na jakieś komentarze tego, co zaszło... Patos mnie nie wzrusza. Ponurej metafizyki nie uznaję - nie jest życie dla mnie aż tak daleko posuniętą zabawą w znaki i w krwawą ciuciubabkę... A wawelskie spory... Tego się spodziewałem i daleki jestem od jakichkolwiek podniet... Ponieważ nie jestem człowiekiem bez serca, na wieść o tym pomyśle wawelskim i o toczących się w związku z nim sporach po prostu parsknąłem śmiechem. Jest jak zwykle. Jest bezmyślnie. Albo myślnie, głupiomyślnie. Jacyś zapaleni wielbiciele i bogotwórcy, mitotwórcy skłonili ludzi, by już teraz oceniali życie prezydenta, kiedy jeszcze nie ostygł... Boję się przy tej okazji wulgarnej kampanii i głupkowatych licytacji - kto jest prawdziwym patriotą, a kto nie...

 Wszystko to jest wstrząsające. Bo wstrząsające są takie katastrofy. Ta jest szczególna ze względu na liczbę osób publicznych, znanych... Trochę życiorysów znalazło tam swój koniec... Nie ma jednak w tym końcu żadnego heroizmu, o jakim niektórzy z lubością się rozgadują. Nie każda tragiczna śmierć jest śmiercią bohaterską... Niektórzy ze zmarłych mają na swym koncie bohaterskie momenty albo i nawet całe życiorysy, tu jednak zginęli po prostu w strasznym wypadku... Szczególnie to tragiczne zdarzenie, bo można było tego uniknąć. Wszystko wskazuje na to, że zabrakło zdrowego rozsądku...

 Nie ma w tym żadnego planu. Trudno dwie podsmoleńskie tragedie porównywać. Naturalnie gdyby nie było masakry sprzed siedemdziesięciu lat, nie byłoby powodów, by latać do Smoleńska... Ale tej drugiej tragedii nie da się przemienić w żaden mit. I nie ma w tym żadnego znaku - gdy słyszę, jak podstarzali, łysi, misiowaci mężczyźni gadają, że jest w tym jakieś upomnienie, żeby byli na przyszłość grzeczni, to tylko wzdycham... Aż samolotami pełnymi ludzi ich bóg musi ciskać o ziemię, by wzbudzać w nich jakieś refleksje... Nie do wiary!

 Życie już tak ma, że się musi coś w nim dziać. A to co się dzieje, ma jakieś konsekwencje... Także i to zdarzenie może coś przynieść. Nie można tego wykluczyć. Być może sami Rosjanie zaczną na poważnie zastanawiać się nad własnym dramatem odkrywając prawdę o przeszłości, skoro już trzeba było wyjaśnić powód, dla którego na tamto smoleńskie, ledwie czynne lotnisko raz po raz przylatywały gromady polskich osobistości.

 Współczuję bardzo wszystkim, którzy stracili bliskich, przyjaciół, znajomych... Ale na jakiś ogromny patos mi się nie zbiera. Nie podnieca mnie cudza krew, ani ta przelana w bitwach, ani ta przelana w wypadkach. Życie przepełnia tragedia. Tak zawsze było, jest, będzie... Nad wszelkimi grobami pochylam jedynie głowę, więdząc, że za każdym stoi czyjś ból, czyjeś przerażenie, czyjś smutek, że z każdym zniknął jakiś wszechświat... I nie myślę nawet o wielkiej historii, która jest tylko wyolbrzymionym obrazem ludzkiego losu, spisem największych potworności, krwiożerczych awantur, wypadków... Historia mówi tyle samo, co jeden ludzki życiorys, niekoniecznie wielki...

 Szkoda wszystkich tych ludzi, tak nagle zatrzymanych na różnych etapach życia. Nie wiadomo też, kogo wspomnieć... Chociaż nie... Mam przed oczami postać Janusza Zakrzeńskiego, wspaniałego aktora... Ostatnio wcielał się w postać Piłsudskiego, ale ja najbardziej będę go pamiętał w roli Stanisława Ignacego Witkiewicza w filmie Grzegorza Dubowskiego "Tumor Witkacego". Był naprawdę znakomity!

15:39, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 kwietnia 2010
A ty czym się zajmujesz przez cały dzień? (Hallberg Hallmundsson)

 Jak tak dalej pójdzie, wyklepię tu może małą i chyba pierwszą w Polsce antologię poezji islandzkiej. :) Szkoda tylko, że owa poezja natrafiła na tak nędznego tłumacza!:)

HALLBERG HALLMUNDSSON

"HVAÐ HEFURÐU FYRIR STAFNI?"

- Hvað hefurðu fyrir stafni

allan liðlangan daginn?

- Ég hlusta á þytinn í laufi trjánna.

Ég horfi á könguló spinna vef sinn.

Ég gæti að fuglunum flétta hreiður.

Ég finn sólina verma mig.

Ég nem angan af þurru heyi.

Ég bragða nýtínd ber

af lyngi.

- En þetta eru allt saman sumarskynjanir.

Hvað um vetrarins löngu dægur?

- Þá geng ég oft út um miðjar nætur

horfi lengi út í stjörnugeiminn

og finn hve vesæll og smár ég er.

Þá læt ég þögnina svala mér.

Samt finnst mér stundum sem feigðin

kalli undan breiðunum mjallahvítum

er morgnar aftur.

Þá finn ég keim

dauðans í munni mér.

"CZYM SIĘ ZAJMUJESZ?"

- Czym się zajmujesz

przez cały długi dzień?

 - Bo ja wśród drzew słucham szeptu liści.

Patrzę, jak pająk przędzie swą sieć.

Doglądam ptaków wijących gniazda.

Czuję na sobie ciepło słońca.

Rozkoszuję się zapachem suchego siana.

Kosztuję świeżo zerwanych jagód

na wrzosowiskach.

- Jednak wszystko to są jedynie letnie wrażenia.

A co w czasie długiej zimy?

- Wtedy będę często wychodził o północy

i patrzył długo w rozgwieżdżoną przestrzeń,

odkrywając jak żałośnie jestem mały.

Nasycę się głęboką ciszą.

I jeszcze słyszał będę od czasu do czasu,

jak spod śnieżnej bieli woła głos przeznaczenia

o brzasku.

Będę kosztował smaku

śmierci w swych ustach.

              przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

--

 Przed nami wiosna i lato - kosztujcie więc smaków życia!! I bądźcie tak zajęci jak poeta!! :)

wtorek, 06 kwietnia 2010
Troll

 No to dobrze - wiosna może już rozpakowywać walizki. Witam jej forsycjowe żółcie z radością! Sezon zimowy Misio zakończył! Ze spokojem... Trzeba po prostu umieć się żegnać... A jeśli zima zdecyduje się jeszcze wpaść z krótką wizytą, nie obrażę się wcale... Zima w kwietniu przecież lubi jeszcze rzucić okiem... Bo jednak... Tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać...

 Podoba mi się dzisiejszy dzień - pochmurny, zimny, deszczowy... Doskonały do tego, by odpocząć po wielkanocnym wypoczynku... :)) Muszę powiedzieć, że jestem trochę zmachany... Lekkie zakwasy...

 Dobrze wrócić do domu. Rzucić się na własne wyrko... A rano wypić kawkę, łypnąć za okno... I podrapać się leniwie po głowie myśląc o czekającej robocie... Ale mi się chce!... Nie, dziś nic mi się nie chce robić sensownego... Franek do mnie zadzwonił z biura i powiedział, że u niego też jakaś taka leniwa atmosfera. Wszyscy są jeszcze bardzo świąteczni i dzielą się wrażeniami z rozmaitych wycieczek...

 Łaaaa - ziewam sobie. Pokręciłem się trochę po domu. Nastawiłem pralkę, bo się łachów nazbierało... Podlałem kwiatki... Zadzwoniłem do taty, u którego po staremu... No i klapnąłem przy biurku, zadziwiająco posprzątanym... Cisza błoga... Po aktywnych świętach, pełnych malowniczych słowotoków...

 Słowa płynęły wartkim strumieniem...

 Z mrówczym zapałem przywlokłem jeszcze troszkę kamyków, żeby upchnąć je w fundamenty swego odbudowywanego życia... Bo trzeba się starać, żeby było czarująco...

 A teraz jest cicho... Jestem z resztką swoich trolli... Mało mi ich zostało, bo więkzość wywędrowała do pokoiku córeczki mej doszywanej siostry... Nie tak dawno temu lubiła się nimi bawić... Była wtedy jeszcze szalenie nieśmiała. Prawdziwy brat jej mamy potrafił z nią dokazywać, ja natomiast talentów do zabawy z dzieciakami nie mam, co one instynktownie wyczuwają... Z tą dziewczynką było nie inaczej... Była totalnie skrępowana, gdy wpadała do nas ze swoją mamą, skrępowana, ale i zafascynowana... Patrzyła na mnie z niebywałą uwagą, słuchała mojej gadaniny z otwartą buzią, śledziła moje gesty. Musiała widzieć we mnie coś szczególnego... I ciągnęło ją do moich bibelotów... Porozumiewała się ze mną za pośrednictwem swej mamy. Szeptała do niej... A na słowa: Nie możesz mu sama powiedzieć?, odwracała się i zamykała oczy, by w ten sposób stać się niewidzialną... Wyjątkowo ją onieśmielałem. A ja, czując ciagle na sobie jej wzrok, wpadałem w jakieś dziwne zakłopotanie... Bawiła się trollami, oglądała książki - sporo zresztą dostała ode mnie książek pamiętających moje dzieciństwo... Sam nigdy nie będę miał dzieci, więc je lekką ręką podarowałem, żeby był z nich jeszcze jakiś pożytek. No i też wiele trolli powędrowało pod jej dach... Może dzięki nim złapie północnego bakcyla??

 Dziwna dziewczynka. Ponoć sprawia trochę kłopotów, panie nauczycielki się martwią, lecz mnie trudno w to uwierzyć, bowiem w moim towarzystwie jest aniołem. Najwyraźniej mam jakiś taki dziwny wpływ na dzieciaki, że momentalnie grzecznieją i stają się poważne...

 Teraz lody są przełamane, nie ma barier... Znalazłem z nią kiedyś temat... Ja, ona i jej mama wybraliśmy się raz za miasto, na łąki... Wyszperałem z głowy całą swoją botaniczną wiedzę o chwastach... Porwało ją. Co chwilę coś zrywała zmuszając mnie do wyjawiania wszelkich tajemnic nieszczęsnych roślinek... Potem przyszła kolej na drzewa... Zbieraliśmy liście w parku... Czułem się trochę jak tato. I z żalem myślałem, że przed nią jeszcze cały edukacyjny magiel, morze niszczycielskiego czasu i czające się gdzieś w oddali życie dorosłej kobiety... Ech, chyba dobrze, że nie mam własnych dzieci... Cudzym jakoś łatwiej objaśniać świat. Gdybym miał własne, umarłbym ze strachu o nie - daję słowo...

 Trolle. Ich liczebność na moich półkach zmalała, co mnie naturalnie nie martwi... Jeszcze trochę lat i sam będę wyglądał jak troll...

 Troll... To może być tytuł dzisiejszej notki! :)) A troll... Zaraz... Jest taki wiersz Atterboma w książce "Kwietniowa czarownica" Majgull Axelsson. Chwila... Mam ją tu gdzieś, na którejś z półek... ... Jest... ... Atterbom... Per Daniel Amadeus... To był wybitny poeta i historyk literatury, autor "Svenska Siare och Skalder". Czołowy romantyk szwedzki, przywódca i najwybitniejszy twórca grupy fosforystów... Wiersz z powieści Axelsson bardzo mi się kiedyś spodobał... Trolle mi go teraz przywiały do głowy... Celna rzecz:

Per Daniel Amadeus Atterbom

A ty, urodziwa cudowna naturo,

Czym jesteś, jeśli nie umajonym trollem,

Co zabija i pożera własne płody

Zwiedzione twoją okrutną pieszczotą?

Ty, co jesteś ich grobem i nagrobkiem,

Strzeżesz bram wieczności, Sfinksie

O obliczu dziewicy i lwich łapach,

Trwasz w ciszy z uśmieszkiem śmierci...

Dobrze więc! Uderz: ale nich się potem dowiem,

Dlaczego byłem i co mój świat znaczył!

--

 Natura ma rzeczywiście coś z trolla. Ma jego charakter. Nie da się ukryć... Tylko... Hm, my, my, z naszym głodem wiedzy. Dlaczego? Dlaczego byłem... Te tajemnice... Ludzkie tajemnice zawsze okazują się śmieszne... Czy gdyby tajemnica nad tajemnicami została rozwikłana... Strach pomyśleć... Zadowalam się już teraz odpowiedzią... Jestem, żeby kochać. Każdy inny powód... Nie, reszta to koszmarna, mrożąca krew w żyłach bzdura...

15:14, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »