BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Wybraniec i wielbiciel mężczyzn

 To już się tak prawie majowo zrobiło. A właściwie wcale nie prawie. Bo maj już mamy w całej krasie: wszystko rośnie, zakwita, nawet trawę już zaczynają kosić... No i ja wreszcie mam błogi majowy spokój po zupełnie zdziczałym tygodniu, którego końcówka dodatkowo upłynęła mi w drodze; cały wczorajszy dzień spędziłem w samochodzie, tak więc chwilowo ogarnął mnie przesyt i zupełnie nie mam ochoty na jakiekolwiek przemieszczanie swej zacnej osoby... Czas się pobyczyć w miejscu i jedynie w psim towarzystwie, bo mężyk mój się rankiem wylogował z domu i pojechał zajrzeć do swojego zapadliska. Nawet proponował, żebyśmy pojechali razem, ale ja tylko jęknąłem błagalnie: Please!! Daruj Misiowi!! Bo Misia jeszcze jeden kilometr przejechany w aucie z pewnością by zatłamsił... W końcu możemy się gdzieś wybrać na poniedziałek i wtorek, korzystająć z wydłużonego luzu...

 O, myślę sobie - morze wolnego czasu przede mną, ale to przecież szybko zleci i znowu powróci dzień powszedni, który potrafi się wlec upierdliwie... A na dodatek nie dość, że się wlecze ta cała powszedniość, to jeszcze ja się w tych smolistych dobach nie umiem pomieścić... Tak więc jest rzecz, której niektórym zazdroszczę. Tak mi wyszło po drobnym namyśle! Bo w zasadzie nie mam czego zazdrościć. Czuję się Misiem szczęśliwym, zadowolonym, któremu tylko często brakuje czasu. I właśnie zazdroszczę takim, co mają czasu bez liku... Myślę na przykład o takich, co potrafią tkwić pod pałacem prezydenta... Tam chyba nie tylko gromadzą się obsceniczne emerytki, ale też całkiem młodzi ludzie... Bogowie, ja, nawet gdybym chciał, nie mógłbym sobie pozwolić na takie przepuszczanie czasu przez palce, bo tyle różnych obowiązków na mnie spada. A gdy już udaje mi się wygospodarować jakieś godziny, to znów okazuje się, że jest wiele ciekawego do zrobienia - bo wypada coś przeczytać, gdzieś pójść... Nie można też zapominać o płytkich przyjemnościach. :)) No i też w swobodnej chwili można coś na bloga wrzucić... Na większe pierdoły czasu już brakuje. I pewnie dlatego jednak nie narzekam, nie czuję się pokrzywdzony, w przeciwieństwie do tych, co chyba nie bardzo wiedzą, co z sobą począć. Tak więc czekają oni, aż im się znów objawi dziecię podstarzałe, Jego Aberracja Jarosław Jedyny, by im opowiedzieć, iż ich niedola i krzywda to nic, jeno wynik morderczych spisków ruskich, a może też i niemieckich, czy jakoś tak. W każdym razie winni są gdzieś na zewnątrz... I manna uporczywie z nieba nie spada!! Hańba!

 Przyjemności. Płytkie są najciekawsze, ale raczej nie nadają się do opisów. Pozostają mniej płytkie... Jak na przykład jakieś podczytywane kątem książeczki... Ostatnio z lubością odczytuję po parę zdań "Wybrańca" Tomasza Manna. Już któryś raz do tego wracam, do tej ślicznej, rozbrajającej, szlachetnej literackiej perełeczki, tak wdzięcznie spolszczonej przez Annę Linke. Niektórzy wielbiciele Manna właśnie tę powieść stawiają na pierwszym miejscu, to starcze arcydziełko... Opowieść o Gregoriusie, opartą na eposie średniowiecznego poety Hartmanna von Aue, zakorzenionym we francuskiej legendzie, Mann streścił wcześniej w XXXI rozdziale "Doktora Faustusa", ale że temat był niezwykle pociągający, postanowił go bardziej wykorzystać... Takie czerpanie z innych to nic u Manna nowego - on takich właśnie podniet potrzebował, by wplatać w istniejące już treści swój własny, nader skąpy materiał życiowy, który w dużej mierze obracał się wokół młodzieńczych przeżyć i wielkiej, rozciągającej się na całe życie tęsknoty za tym, co nader często spotykało się z potępieniem... Mann stawiający mosty nad przepaściami. Ten, co w życiu pozatrzaskiwał wszystkie drzwi kryjąc się w gmachu o pięknej fasadzie, w literaturze otwierał rozmaite furtki...

 Maria Dąbrowska w swych "Dziennikach" nazwała Manna pisarzem wręcz nieludzko wyrozumiałym... Poczyniła słuszne spostrzeżenie, że w "Wybrańcu" ukazał coś w rodzaju postawy artystycznej Knuta Hamsuna, tylko na wyższych piętrach pisania... Jakież tam odchyły od moralnych norm, jakie zbrodnie... A tu raptem wyniesienie, korzyści, tyle dobrego... Przychodzi mi na myśl Hamsunowa Inger, oszpecona dzieciobójczyni... Nie spotyka się z potępieniem. Jest zrozumienie dla troski, która równie oszpecone zajęczą wargą dziecko nakazuje zamordować. Jest natomiast pokuta - więzienie, z którego Inger wraca bogatsza o rozmaite umiejętności i wiedzę... Cywilizowani ludzie wiedzieli, co robić, by kobieta nie rodziła nieustannie jak zwierzę, mieli też chirurgię zdolną naprawić niedoskonałości... Inger, mimo potknięć, zdrady, ostała się jednak jako porządna pani na Sellanro... A Mannowy Grigors... To dopiero historia, owoc kazirodczej miłości, puszczony potejemnie w beczułce na wody Kanału Angielskiego i oddany w ten sposób samej tylko woli Boga, trafia na wyspę, gdzie znajduje opiekę u jej mieszkańców i świątobliwych braciszków... Złe rzeczy się jednak nie kończą, bo ocalony, gdy dorósł, poszedł w objęcia własnej matki... Aż mu się przyszło w jeżyka jakiegoś zamienić w pokucie, gdy się okazało, jakaż to straszliwa tajemnica okrywała jego poczęcie (ach, co to była za akcja gwałtowna i krwawa nawet - jeszcze ojciec kochanków nie ostygł, a tu takie namiętności, że aż wierny pies zawył, za co dobrze wyposażnony Willo poderżnął mu gardło [Mann, przebrany za opowiadacza w mnisim habicie, któremu obce były i wielkie nieszczęścia i wielkie szczęścia, jest uroczy w swym zgorszeniu bardziej skoncentrowanym na zabójstwie psa niż na igraszkach rodzeństwa... no bo przecież, ach, to chuć taka, okowy wykolejonej natury...]) i że jest on kochankiem własnej matki... Można by się spodziewać rzeczy najstraszniejszych, mroków potępień i piekielnej smoły... A tu jednak rozdzwoniły się wszystkie dzwony Rzymu... Ucieszna rzecz. Pięknie napisana... I sugerująca, że nawet największe odstępstwa od jakichś ustalonych przez ponurych ludzi norm, nie mogą człowieka przekreślić, człowieka, który, bywa, kręci się wśród konfliktów między własną naturą a duchowymi aspiracjami... Wśród takich kręcił się sam Mann i kręciła się jego twórczość, raz opowiadając się za wyrzeczeniem, raz za poddaniem się swojej naturze... Niezwykły Mann - odnoszący się z równą sympatią do życia z jego niesamowitościami i dziwnymi skłonnościami, jak też i do śmierci, którą nieustannie wabił...

 I jeszcze trochę o innej rzeczy. O wielbieniu mężczyzn, ale inaczej (inaczej niż się może wydawać, bowiem wielbicielowi mężczyzn wcale na mężczyznach nie zależy...)... Moi bogowie drodzy, zawołałem, gdym zajrzał czas jakiś temu do zapisków Eliasa Canettiego, do jego "Charakterów"... Miałem takie zadatki na wielbiciela mężczyzn!!!!! Ale jakaś siła odwiodła mnie od wielbienia ich, pozwalając mi jedynie ich po prostu kochać... W łonie byłem niespokojny. Rosłem w kruchej mamie jak potwór. Nie bardzo chciałem wyjść na świat. Trzeba było mnie wyszarpywać z przytulnych mroków. Darłem się ponoć wyjątkowo. Byłem wściekłym dziecięciem, którego nie dało się karmić piersią - mama mi opowiadała, iż tak żarłem po cycach, że aż dostawała regularnej sraczki... I tu nagle takie rzeczy!!! Canetti pisze, że wielbiciel mężczyzn wiele mąk przysporzył matce, gdy wydostawał się z jej łona. I że gryzł ją potem bezzębnymi dziąsłami... Ach, bogowie - co za szczęście, że nie posunąłem się zbyt daleko!. Bo potem taki wielbiciel mężczyzn tłucze się ze wszystkimi... U mnie było nieco lepiej. Nigdy nie umiałem się bić, potrafiłem jednak być bardzo agresywnym młodzianem. Brak techniki nadrabiałem brutalnością. Kilku chłopców, którym przyszło na myśl, by mnie brzydko przezywać, zerwało w papę butem, a jeden kubełkiem na śmieci (na szczęście plastikowym i bez kantów)... Ale sam, to tak pewnie dla sprawiedliwości, też obrywałem - raz nawet kamieniem w twarz, co się skończyło wizytą w szpitalu... No i w napadzie szału zaatakowałem raz swojego ojca, czego do dziś się wstydzę... Ale to były pojedyncze wybryki... Bardziej walczyłem na słowa... W szkołach miałem złą opinię, trochę na wyrost... Dla niektórych byłem potworem, którego wiecznie zapisywano w jakiejś czarnej księdze, co mnie naturalnie śmieszyło, bo kto przy zdrowych zmysłach przejmowałby się takimi straszydełkami... Byłem wrogiem szkoły... I zawsze miałem poczucie, że mi są one niepotrzebne. Do podstawówki zostałem wcielony, bo okazało się, że byłem jakąś niemal państwową własnością. Do szkoły średniej poszedłem dla mamusi i tatusia (żebyś choć tę maturę miał). A na studia się przeszedłem, bo przeszedł się na nie chłopak, w którym byłem zakochany... Z czasem łagodniałem, brała górę pewna łzawość mej natury, wrażliwość... Im bardziej miałem zęby, tym mniej chciało mi się gryźć... Wielbiciel mężczyzn utrzymuje się na powierzchni... Ja też, ale tu już podobieństw coraz mniej... Trochę więcej się nauczyłem od wielbiciela mężczyzn, bo wielbiciel, gdy ledwie obejrzał mecz bokserski, nauczył się tego, czego potrzebował. Wielbiciel dostrzega tych, którym powodzi się dobrze, innymi gardzi... A ja mam pewną słabość do przegranych, chociaż bardziej do tych, którzy mają odwagę przyznać się do własnych win... No i nie lubię broni, którą fascynuje się wielbiciel mężczyzn... Strzały zabijają, strzały to coś poważnego... Wielbiciel mężczyzn w młodym wieku został milionerem. Jeszcze tu i ówdzie dochodziło do wojen, jeszcze tu i ówdzie byli mężczyźni, którzy chcieli się bić!! Tam, gdzie pokazała się szansa zwycięstwa, zbroił najemników i udzielał kredytów. Tam, gdzie wybuchała wojna, zjawiał się natychmiast!! Wszystkich dowódców znał osobiście. Żadnych przekonań nie przyjmował do wiadomości, pozostawiał to słabeuszom. Ten, kto potrafił dobrze się bić, o nic więcej się nie troszcząc, mógł na niego liczyć. Wielbiciel mężczyzn jest przekonany, że nic się nie zmieni. Dopóki istnieć będą mężczyźni, godni swojego imienia, będą się ze sobą bili. Wiadomo przecież, że za dużo jest na świecie ludzi, a mężczyźni są po to, żeby niepotrzebnych likwidować... Ufff - dzięki wam bogowie, że mimo zadatków, nie stałem się wielbicielem mężczyzn. Typem, z którym nie wiadomo, co zrobić... Człowiekowi aż się ciśnie na usta: zrobić porządek... Tyle że przecież musiałby być wielbicielem mężczyzn, kimś o równie marnej reputacji, jak ci, których chciałby zwalczyć... 

18:17, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
piątek, 22 kwietnia 2011
Pięćdziesiąty pierwszy

  Steinn Steinarr nawiązał kiedyś w swej twórczości do Pieśni Pasyjnych Hallgríma Péturssona. Owych pieśni jest 50. Steinn dopisał 51...

STEINN STEINARR

Passíusálmur nr 51

Á Valhúsahæðinni

er verið að krossfesta mann.

Og fólkið kaupir sér far

með strætisvagninum

til þess að horfa á hann.

 Það er sólskin og hiti,

 og sjórinn er sléttur og blár.

Þetta er laglegur maður

með mikið enni

og mógult hár.

 Og stúlka með sægræn augu

 segir við mig:

Skyldi manninum ekki leiðast

að láta krossfesta sig?

  Trudno doprawdy coś przerymować z islandzkiego, zwałaszcza tak a vista... Zanotowałem tak:

 PIEŚŃ PASYJNA NR 51

Na wzgórzu Valhusahaed

ukrzyżowali człowieka.

By popatrzeć na to,

na autobus wszyscy pędzą,

szybko, bo czas ucieka.

 W blasku słońca i upale,

 obok morza gładkiego, niebieskiego

przystojnego widzą męża,

z czołem wysokim

i złotowłosego.

 Wtem dziewczynka zielonooka

 zadała mi pytanie:

Czy się człowiekowi nie znudzi

to całe krzyżowanie?

                       przełożył Kiljan Halldórsson

środa, 20 kwietnia 2011
Oscar w ładnej szacie

UCZEŃ

 Gdy umarł Narcyz, ulubione jego źródło z czary słodkiej wody zamieniło się w czarę łez gorzkich. I Oready szły, płacząc, przez gaje, by pocieszać je i śpiewać nad nim. A gdy spostrzegły, że źródło z czary słodkiej wody zamieniło się w czarę łez gorzkich, rozpuściły włosów zielone warkocze i jęły wołać do źródła. I mówiły:

 - Nie dziwno nam, że tak Narcyza opłakujesz, bo piękny był.

 - Czyż Narcyz był piękny? - zapytało Źródło.

 - A któż o tym lepiej wie od ciebie? - mówiły Oready - o nas nie pamiętał, a do ciebie się zalecał, leżał na brzegu twoim i wpatrywał się w ciebie, i w zwierciadle twojej wody piękność swoją oglądał...

 A Źródło powiedziało:

 - Ja kochałem Narcyza dlatego, że gdy na moim brzegu leżał i wpatrywał się we mnie, w zwierciadle jego oczu oglądałem siebie, własną piękność widziałem.

                                                                          Oscar Wilde

 No, taki zgrabny poemacik prozą nieśmiertelnego, czarującego Oscara... Jeden z wielu wybranych tekstów, jakie ukazały się chwilę temu w ładnym tomie "Twarz, co widziała wszystkie końce świata".

 Wilde'a zawsze warto przypominać. By kolejne pokolenia czytelników mogły być oczarowywane.

 Wilde - zabawny i mądry...  Bardzo go lubię, bo jego życie to prawdziwe dzieło sztuki, zawierające w sobie wszystko, od sielanki po prawdziwą tragedię, bo ma w sobie mądrość, dobroć, a jednocześnie zło i głupotę... Podjął niezwykłą grę z życiem i przyjął wszystkie konsekwencje takiego wyboru. Najpierw były wielkość i fantastyczne powodzenie, a potem niebywale upokarzający upadek, który zniósł bardzo mężnie... Był odważny, bawiło go prowokowanie. Gardził pracą, co nie przeszkadzało mu w dobie największego powodzenia zarabiać krocie. Był rozrzutny, hojny. Na swojego chłopca wydał fortunę; romans z Bosiem w epoce purpury i kości słoniowej kosztował tygodniowo tyle, ile przeciętny ówczesny Anglik wydawał na życie przez cały rok!! 

 Dziwne moce się w nim objawiły i gdy tylko znalazły sposobność, pchnęły go w przepaść. Gdyby nie prywatna awantura kochanka z ojcem, włos nie spadłby mu z głowy, bo choć prawo dalekie było od przychylności względem homoseksualistów, nie było wcale nadużywane. Przyjaciele radzili, by nie wdawał się w głupią bijatykę, on jednak nie posłuchał. Zupełnie jakby chciał zakosztować upadku... Gdy został oskarżony, pół Londynu zwiało do Francji, choć do wakacyjnego sezonu było jeszcze daleko...

 Mógł doprowadzić człowieka do białej gorączki. Gdy po więzieniu znalazł się we Francji, zaczął rozrzucać nędzne resztki pieniędzy - nakupił jakichś ozdobnych pierdół, oznajmiając, że jak się już ma pauperyzować, to przynajmniej z klasą... Wielkość stała się bezpańskim psem wiernym swoim namiętnościom. No i dał spokój paskudnym Anglikom - nie dożył XX wieku. Bo gdyby dożył - oznajmił - Anglicy nigdy by mu tego nie darowali...

 Piękna to była katastrofa! Na amen unieśmiertelniająca i przyczyniająca się też do poważnej dyskusji o homoseksualiźmie... Jego życiorys stał się bardziej niezwykły od jego dzieł, no, ale w końcu dziełom podarował ledwie talent, życiu zaś swój geniusz, który sparawił przy okazji, że ujrzano, jak bydlęcą, obrzydliwą twarz mieli ci, co nazywali siebie przyzwoitymi i moralnymi...

 Historia napsuła jeszcze sporo krwi... A dziś już są tylko duchy. Wiecznie olśniewający Oscar i reszta wściekłych i pokrzywdzonych, wśród których najbardziej żal biednej Konstancji...

 Wielcy się ostają. I tak ostał się Oscar, który co jakiś czas powraca. Teraz mamy w jedym tomie wybór jego opowiadań, poematów prozą, bajek oraz esejów...

 ...Wykształcenie jest wspaniałą rzeczą, lecz dobrze jest przypomnieć sobie od czasu do czasu, że nikt nas nie może nauczyć tego, co jest godne wiedzy. Poprzez rozchylone zasłony widzę księżyc podobny do przyciętej srebrnej monety. Gwiazdy oblepiły go na kształt pozłacanych pszczół. Niebo jest twardym, wklęsłym szafirem. Wyjdźmy w noc. Myślenie jest cudowne, lecz przygoda jest cudowniejsza. Kto wie, może spotkamy księcia Florizela i usłyszymy z ust pieknej Kubanki, że nie jest tym, czym się wydaje...

Oscar Wilde, Twarz, co widziała wszystkie końce świata, PIW, Warszawa 2011.

14:24, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 kwietnia 2011
Ekman i inni

 "Człowiek pragnie być kochany. Z braku miłości - chociaż podziwiany, z braku podziwu pragnie wzbudzać strach, a jeżeli nie osiągnie nawet tego, pragnie wzbudzać chociaż wstręt i pogardę, chce poruszać ludzkie uczucia. Dusza wzdraga się przed próżnią, chce kontaktu za wszelką cenę."... Ot, takie mi się zdanie nawinęło z "Doktora Glasa" Söderberga, do którego zerknąłem, tak w związku z zakupioną niedawno nową książką Kerstin Ekman "Praktyka morderstwa", splecioną z owym "Doktorem"... Tak, no w sumie celnie powiedziane... Tak mi pasuje to do niektórych obserwowanych ludzi - skoro już nic, to rzucę się między was, moi mili, jak obrzydliwy paw, jak rzyg wstrętny, by jakoś wami poruszyć, bo poruszać wami mam nieprzepartą ochotę... Wieczne brzydkie kaczęta...

 No, ale książka... No i sama pisarka... Jedna z lepszych w szwedzkiej przestrzeni. Twórczyni m. in. bardzo poczytnych kryminałów...

 Trochę się posypało kryminałków z Północy, polski czytelnik zdaje się je lubić, co bardzo mnie cieszy, bo myślę sobie, że mogą być one zachętą do sięgnięcia po północne książki innych gatunków, może też i po przykurzoną klasykę... Północne pisanie ma swój kolejny dobry czas. Nawet jeśli kojarzy się głównie z kryminałami i thrillerami. Bo też i te kryminały często są kawałkami dobrej, wnikliwej prozy, z której można wynieść coś więcej niż tylko przeżycie jakiejś sensacyjnej przygody czytelniczej, są one bowiem, mimo licznych przerysowań, lusterkiem, w jakim odbijają się tamtejsze społeczeństwa, w którym widać rzeczy odbiagające od wyidealizowanych obrazków, jakimi otacza się często zamożną i uporządkowaną, prorównościową Skandynawię. Bo i tam daleko jest do różowości, bo i tam mieszkają: brutalność, upokorzenie, przeróżne patologie, bo i tam żyje po prostu zło... Nie jest to kraina samej tylko szczęśliwości.

 Potrafią te ksiązki poruszyć, potrafią oskarżać, obnażać, uderzać z siłą, tak jak uczynił to choćby thriller Islandczyka Steinara Bragego "Kobiety", który ukazał się tuż przed kryzysem - tak się złożyło, że gdy przyszła choroba, była już gotowa diagnoza... Pełna zła powieść poruszyła wiele poważnych spraw, opowiedziała o degradacji finansjery, o upadku moralnym, alkoholiźmie, o degradacji obu płci, o tym, że choć kobiety sięgneły po wysokie pozycje, relacje władzy nie prezentują się nadzwyczajnie, że nawet w Islandii życie może być straszliwą pułapką, że kobieta może być towarem, że wiele zdobyczy feminizmu zawodzi... Jakiś gnój się zrobił - tylko majaczący na horyzoncie Snæfellsjökull jest taki jak zawsze... Sąsiedztwo przyrody magicznej, baśniowej Islandii... Różowiejący lodowiec widziany z okien potwornego apartamentowca zdaje się jakiś taki bardziej odległy niż kiedykolwiek... I jest pytanie - w co się staczamy i czy jest jakiś widok na happy end... W książce go nie ma. Nie ma recepty.

  Można by mnożyć nazwiska, zacząć od wielkiego klasyka powieści kryminalnej, Norwega Svena Elvestada, który publikował pod pseudonimem Stein Riverton, by dojść do dzisiejszych sensacyjnych znakomitości z niezwykle pracowitym i niestety przedwcześnie zmarłym Stiegiem Larssonem na czele... Sam się specjalnie nie pasjonuję tego typu literaturą, chociaż na niektórych autorów patrzę z zainteresowaniem, przede wszystkim na Islandczyków, wśród których wybili się bardzo ciekawi twórcy, jak: Arnaldur Indriðason, Yrsa Sigurðardóttir, Árni Þórarinsson, Ævar Örn Jósefsson czy mroczny Stefán Máni... Wszyscy oni składają się na interesujące zjawisko, tym bardziej interesujące, że ich kraj nie może "poszczycić" się jakąś wybujałą przestępczością - tam jednak trup ściele się gęsto, ale tylko na kartach książek. Może zaskakiwać ta skłonnośc do opowaidania historii kryminalnych, minej się to jednak wydaje dziwne, gdy się pomyśli o wielkich tradycjach, jeśli idzie o sensację, bowiem Islandczycy mają we krwi, obok zdolności do sprawnego rymowania, opowiadanie kryminałów, wszak przecież już prastare sagi są opowieściami sensacyjnymi, pełnymi zabójstw, zajazdów, a największa spośród nich, saga o Njalu Spalonym, zawiera w sobie nawet elementy prawdziwej powieści sądowej!!... Tak więc tu całe wieki nordyckich dziejów przemawiają...

 Wśród skandynawskich twórców prozy kryminalnej ważne miejsce zajmuje wspomniana na początku Szwedka Kerstin Ekman, aktywna już od bardzo wielu lat, u nas znana od niedawna... Ta członkini Akademii Szwedzkiej wykładała kiedyś na uniwersytecie ludowym, potem zajmowała się krytyką literacką, aż wreszcie sama zaczęła literaturę wzbogacać... Na początku były właśnie kryminały, ciekawe, połączone zawsze z trafną charakterystyką środowiska społeczno obyczajowego i niezwykle wnikliwym psychologizmem... (Polski czytelnik zna chociażby jej wczesną powieść "Dzwon śmierci", niepokojącą, mówiącą o tym, jak ładwo życie może stanąć na głowie, jak niespodziewanie człowiek staje twarzą w twarz z wielkimi problemami, jakimi nigdy wcześniej nie zajmował swojej głowy. Wypadek, zacieranie śladów, milczenie, narastający niepokój, ciemne instynkty, kłamstwa rodzące dalsze kłamstwa... Rzecz, której się nie zapomina, w której Ekman fantastycznie i z wielkim zrozumieniem zanurzyła się w męski myśliwski świat, w męską psychikę...) Swoją pozycję ugruntowała w latach siedemdziesiątych trzytomowym cyklem powieściowym, którego akcja toczy się w małej gminie w Sörmland ("Häxringarna", "Springkällan", "Änglahuset"), który bardzo często porównuje się z autobiograficznymi powieściami Svena Delblanca... No a my teraz mamy jej najnowszą powieść - "Praktykę morderstwa", która jest ciekawą zabawą literacką, bowiem autorka zręcznie swoją historię splotła z "Doktorem Glasem" Hjalmara Söderberga... Pamiętamy tę powieść, spóźnioną, bo jakoś tak się dziwnie złożyło, że wraz z modą na literatury skandynawskie na początu poprzedniego stulecia, akurat Hjalmar do nas nie zawitał, i dopiero w ostatnich latach zdobył on sobie sympatię polskiego czytelnika, trochę okryty patyną, ale też i dotytkający spraw aktualnych, jak choćby problem eutanazji... No i nie można oczywiście zapominać po prostu o jego talencie, może nie zawsze równym... (chociaż Hjalle, w którym sto lat temu młodzi Szwedzi byli absolutnie zakochani, ma w sobie coś takiego, że wybacza mu się wszelkie niedoskonałości)... Doktor Glas, zniechęcony do życia i ludzi, samotny lekarz myśli o wielkim czynie, wyzwalającym z poczucia niemocy, izolacji. Wielbi kobietę, współczuje jej i uwalnia ją przy pomocy śmiercionośnej tabletki od męża, pastora zresztą... To taka zbrodnia bez kary... Wielki czyn się zdarzył, ale niczego to nie zmieniło... Jego życie całkiem ominęło... U Ekman postacie ożyły. Sam Söderberg ożył na marginesie. A bohater Ekman stał się pierwowzorem powieści Hjallego. Bardzo się różni od Glasa. I historie się rozchodzą... Choć książki są podobne, bo obie mają formę dziennika...

 Interesujące są takie zabawy, które sprawiają, że książkowi bohaterowie dostają jakieś nowe życie, inne... No i jak to u Ekman - robi się gęściej i gęściej... A przy tym jest i o losie kobiet, o władzy mężczyzn nad ich ciałem, o ich nadużyciach...

16:41, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Uwolnienie gazów

 No, wiatr zelżał, więc można się było przewieźć na rowerkach. Rozpoczęliśmy wiosnę! Zima została porzucona! Opadła na podłogę razem z moim zimowym futerkiem, które kazałem fryzjerowi kilka dni temu obciąć... Wiosnę z żółtymi kwiatuszkami witam z zupełnie gołą głową. Niech sobie teraz na nowo zarasta. Z wesołością...

 Po rowerowej wycieczce był dobry obiad, potem trochę mądrej lektury. Aż wreszcie zrobiliśmy sobie, bardzo zaciekawieni, mały przegląd wydarzeń rocznicowych...

 Moim zdaniem balonik już pękł. Uwolnił trochę zgniłych gazów, i tyle. Więcej już nic się nie da... Jasne - stały element - obolały Prezes, czyli obraz moralnej degradacji... Wystąpienie... Od razu sobie PRL przypomniałem!... No i polityka chodnikowa... Jakieś osobliwe przywiązanie do bruku. Na tym bruku powinniśmy go zostawić... Społeczeństwo wykazałoby się patriotyzmem najwyższej próby, gdyby spowodowało przy urnach wynik wyborów pozbawiający Prezesa mandatu posła... Pozostałoby mu szaleństwo w prywatności z hałaśliwą otoczką tych, co tęsknią za dyktatorem... I pisałby sobie dalej swoje raporty... A my mówilibyśmy z rozbawieniem: cóż za niezwykły magiczny realizm...

 Pan Prezes bardzo by chciał się dostać do historii. Osobiście mogę Prezesa uspokoić, bo już sobie zapewnił w niej miejsce jako doskonały przykład polityka, któremu w rękach wszystko przemienia się w próchno. Podobnie jest zresztą z jego śp. Bratem... Cóż o nim będzie opowiadała historia, poza tym że zginął w okropnej, bezsensownej katastrofie: że miał swoją wizję, swoje marzenia i że był kompletnie nieskuteczny... No i że był odrzucany przez znaczną część ludzi, przez tych, co mieli dość patriotyzmów składających się z podniosłych deklaracji i z podniecania się cudzą krwią i grzebania w szufladkach ze starymi resentymentami ... Są tacy, i jest ich większość, którzy już doskonale krew przetrawili, a resztki pozostawili w ciszy, po prostu w ciszy, jaka należna jest śmierci (cmentarze to nie miejsca na polityczne kampanie)... Dzisiaj nie ma czasu krwi, jest czas pracy, dobrej dyplomacji, płacenia podatków, dbania o przyrodę, budowania własnego szczęścia... Zwyczajność pokojowa...

 A ostatnia katastrofa: może ludzi czegoś nauczy, choćby tego, że trzeba więcej rozumu, przestrzegania zasad, że zawód wykonywany musi mieć jakąś etyczną otoczkę, że nie można stawiać na bylejakość...

 I cóż jeszcze - męczeństwa się tu nie da wprowadzić... W każdym razie nie na trzeźwo... I bohater nienajlepszy się wyłania. Przypominają mi się słowa Jana Klaty z wywiadu udzielonego kiedyś tam Dużemu Formatowi, z którymi się zgadzam... Klata nie chciałby, żeby jego dzieci, były jak ten "bohater", by zasadą swojego działania uczyniły teorię podejrzliwości, by dzieliły ludzi na prawdziwych i nieprawdziwych, nie chciałby, żeby nie umiały do końca realizować swoich pomysłów... Ten "bohater" z pewnością za jakiś czas nie miałby już komu podać ręki w kościele... Komu potrzebny taki wzór??

 Ten "bohater" i jego zły cień straszący w naszym życiu publicznym... Komu ten może podać rękę?... Jeden i drugi - mistrzowie destrukcji, braku zaufania... Tylko skłócać  i skłócać... Tylu znakomitych ludzi tak bezsensownie straciło życie, a tu jeszcze wśród ich cieni odbywają się gorszące spektakle i rozbrzmiewają głosy domagające się wyniesienia na wyżyny tego "bohatera"...

 Prezes działa po swojemu. Chce zdobyć salon. Ale że nie ma w sobie niczego, co potrafiłoby podbić zdrowe serca i umysły, robi w nim kupę. Na samym środku... I rzeczywiście - zgadzam się z Prezesem - trzeba się przebudzić, nie odsuwać się, tylko po prostu zostać w salonie i go posprzątać - kupę wyrzucić, zmyć podłogę, a łobuza wytargać za ucho i wyprowadzić na kuchenne schody... Bo na razie się odsuwamy, mówimy, że jesteśmy znużeni, zdegustowani, a Prezes kradnie, kradnie przestrzeń, kradnie nawet żałobę... Wprawdzie sreber i obrazów nie ukradnie, bo jednak na to nie ma szans, ale szkoda, że przy swoim żelaznym elektoracie nie pogrąży się tak zaraz w prywatności...

15:36, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Islandzka bieda

 To coś o biedach, ze szczyptą poezji... O starych biedach, z dawnych czasów... Wiadomo, jak to było kiedyś, gdy człek bardziej zależał od kaprysów natury, jak to bywało, gdy kończyła się zima, a wraz z nią zapasy, jak się z utęsknieniem czekało na lepszy czas. Głód zaglądał w oczy... A tu jeszcze niepogoda... Islandczycy nie mieli łatwego życia. Zawsze musieli się zmagać z żywiołami, z kaprysami klimatu, z niebezpiecznym morzem, w które ci, co pozostawali na lądzie, wpatrywali się z nadzieją i niepokojem o bliskich... Jak morze było łaskawe, było co jeść i pojawiały się pieniądze...

 Islandzka biedota. Z niej wywodził się Jón úr Vör (1917 - 2000). Poeta samouk z Vatneyri nad Patreksfjörður, który wychowywał się w ubogiej rodzinie rybackiej jako przybrane dziecko.

 Jón zadebiutował w latach trzydziestych publikując na łamach radykalnego pisma "Rauðir Pennar" skupiającego postępowych pisarzy opowiadających się przeciwko unii Islandii z Danią. Zabłysnął wtedy, lecz potem nieco przybladł, bowiem jego pierwsze tomiki z wierszami nie bardzo mogły konkurować z jego obiecującymi debiutanckimi publikacjami. Przełom w jego karierze literackiej nastąpił dopiero wraz z ukazaniem się tomu "Þorpið" (Osada rybacka), który stanowi swoisty pamiętnik życia wewnętrznego autora. Jón powrócił w tym tomie do czasów swego trudnego dzieciństwa i nakreślił w nim pełne prostoty obrazy z życia biedoty islandzkiej. Poczynił też znaczny postęp, bowiem zerwał z tradycją, pisząc wiersze z pogranicza prozy poetyckiej.

 Jón úr Vör często skupiał się na najzwyczajniejszych ludzkich sprawach i dawał im czasem wzruszającą poetycką oprawę. Wydał m. in. takie tomy jak: "Vetrarmávar" (Zimowe mewy), "Mjallhvítarkistan" (Skrzynia królewny Śnieżki), "Gott er að lifa" (Dobrze jest żyć)...

 Proste rzeczy, podstawowe, niezbędne... Dziś nie odczuwamy zazwyczaj braków z nimi związanych. Mamy się w co odziać, mamy co jeść, jest nam ciepło. I często też robimy wszystko, by uniknąć ciężkich ręcznych robót w celu zdobycia środków do życia - wolimy się fizycznie nie przemęczać i mieć gładkie ręce... U Jóna ręce nie są gładkie, a wszystko, co niecodzienne, nie zalicza się do zjawisk nazbyt olśniewających... Wydarzeniem jest świąteczny frykas, porządna świąteczna kąpiel, nowa koszula, czy też błyszczący świeży łupacz późną zimą... No i ciepło spracowanych rąk... Tak to bywało... Tam i gdzie indziej... Tu przypomina mi się, jak Stanisław Lem, wspominając swoje dzieciństwo, opowiadał o radości, jaką sprawił w domu jego ojciec, przynosząc coś wtedy niecodziennego, a mianowicie puszkę z brzoskwiniami w syropie... Takich rzeczy się nie zapomina... Dziś chyba trudniej zachować w pamięci smaki, zdarzenia, gdy wszystkiego zazwyczaj mamy pod dostatkiem, i żadna tam świeża ryba czy brzoskwinia nie robi większego wrażenia na dzieciaku...

 "Útmanuðir", czyli końcówka zimowego okresu. Z tomu "Þorpið". W moim nieudolnym spolszczeniu.

JÓN ÚR VÖR

Z KOŃCEM ZIMY

Pamiętasz ten długi

bezmleczny zimowy czas,

rybę nadpsutą,

lichego moczonego dorsza,

źródło

z prostą piosenką cieknącej wody,

łodzie w szopach

okryte jutowym płótnem,

owce na plaży,

przemarznęte stopy,

i wieczory długie jak wieczność,

często pełne niecierpliwego oczekiwania

na pogodę

i coś świeżego do ugotowania.

Pamiętasz

pewien wieczór, tuż przed zmierzchem,

jak stałeś z przybraną mamą na plaży,

patrząc z obawą na pusty zmrożony brzeg,

na fiord

i w górę ku niebu -

spodziewałeś się małej łódki zza przylądka,

która nie nadpłynęła.

Po zmierzchu ciemność, odgłosy burzy,

milczenie,

łzy na poduszce,

sen w łóżku zbyt dużym.

Pamiętasz 

radość pośrodku nocy,

gdy zbudził cię dotyk

spracowanej dłoni,

jej grzbiet, tak miękki i ciepły,

gładził cię po policzku.

Twój przybrany ojciec

- pocałował cię, kiedy objąłeś go za szyję,

jego wąsy wciąż były zimne i pełne morskiej wilgoci.

O poranku niebieski zębacz

leżał na zmarzniętym progu,

a słońce rozświetliło srebrnołuskiego łupacza

i szczęście w domu biedaka.

                    przełożył Kiljan Halldórsson

niedziela, 03 kwietnia 2011
Spisany

 O rany, jakby mnie ktoś po łbie trzepnął... I żeby to choć był kac... Ochota mnie wczoraj wieczorem na gorzałę wzięła, ale gdy łyknąłem jednego, przeszły mi pijackie chęci. Tylko się zamuliłem. Albo raczej domuliłem, bo zamulony już jestem, tą wiosną całą słoneczną... Jestem rozsypany i scalić mogła by mnie jedynie porządna śnieżna zadymka... Ścięła mi się od ciepła owsianka pod czaszką, którą medycy w jakimś roztargnieniu mogliby nazwać mózgiem. Coś czytam, ale niczego nie rozumiem, patrzę, ale wszystko mi gdzieś umyka, niczego nie chwytam... Jedynie muzyka jakoś znajduje do mnie dostęp. Wwierca mi się w uszy i dostarcza mi trochę energii, powoli mnie ładuje... Że z wiosną znów nam ubywa lat? Nie wiem, nie wiem - mnie ocieplenie raczej postarzyło - więcej bym spał, nie mam zbyt wielkiej ochoty na seks... Tylko apetyt mi dopisuje... Franio daje mi jeszcze tydzień. Na następny weekend zapowiedział rowerową wycieńczkę.

Marudny się zrobiłem i z deka nadgniły, ale sobie zadaję drobne kary. I tak wczoraj rano przetarłem okna. Użyłem do tego płynu kupionego w sklepie dla ubogich - nie podam jego nazwy - każdy, kto przysłuchuje się od czasu do czasu bąkom puszczanym przez Prezesa ustami, zorientuje się, do jakiego sklepu zaszedłem... (Tak, ale żeby było jasne - nie zachęcam do dalszych nasłuchiwań, bo to może być nieprzyjemne, bowiem Prezesowi ulatują z ust nie tylko bąki, wszak bywa, że wypada z nich także rzadka kupa, co jest oczywiście dość przykre... Sądzę, że jego wystąpienia telewizyjne powinny być oznaczone czerwonym kółkiem... {Swoją drogą- jakże szczery potrafi być Prezes, gdy się nieco rozpędzi - tak pięknie przyznał się, komentując słowa Małysza, że jego brata upamiętnianie na chodniku jest zwykłą polityką... Z pewnością pan Adam nie rozumie się na takiej syfiastej polityce, bo przecież nie jest on człowiekiem zdemoralizowanym...} A tak jeszcze przy okazji zakupów Prezesa, może nawet pierwszych w życiu {lepiej późno niż wcale} - gdybym był właścicielem sklepiku, do którego zbliżałby się Prezes ze swymi Błaszczakami, rezygnując z 55 złotych, stanąłbym w progu i gromko zawołał: Wypieprzać mi stąd, i to już!!)

No i tak pośród rozbrajającej wiosny umyłem okna. Przejaśniało.

A dziś włączyłem poobiednio komputerek. I naszło mnie, żeby się spisać, co by mi się po domu nie wałęsał jakiś rachmistrz - moje psy nie lubią domokrążców... Nie wiem czy to takie potrzebne - wszędzie nas gdzieś zapisują, peselują na dziesiątą stronę, odnotowują naszą obecność, i jeszcze się nie mogą doliczyć... No, ale się spisałem, nie kryjąc przy okazji oburzenia! Bo do diabła, jeśli ktoś chce wiedzieć, jakiej jestem płci, powinien mi dać jakiś sensowny wybór! Zawsze mówię, że do odpowiedzi na takie pytanie potrzebuję co najmiej szesnastu możliwości. Jest przecież tyle odcieni rozmaitych... Ale cóż - skoro dali mi tak ograniczone pole manewru, zaznaczyłem, że jestem mężczyzną, a właściwie, że byłem nim, bo trzeba opisać , zdaje się, swoją sytuację z dnia 31 marca... Tak więc serce mam lżejsze. Niech będzie, że w tamtym nieodległym czasie funkcjonowałem jako stuprocentowy samczyk. No bo dzisiaj... Nie, dzisaj jestem zupełnie bezpłciowy, zupełnie... Doprawdy, zawartość majtek bywa niekiedy bardzo myląca...

Wypytany o numerki, posłałem swe wyznanie do urzędu... Ech, te numerki, jak w kolonii karnej... No tak, Schopenhauer tak nazywał właśnie świat. I mówił, że powinniśmy bliźnich traktować jak przyjaciół w niedoli... Ale sam filozof był chyba czasem daleki od takich przyjacielskich i współczujących gestów... Niezbyt piękni ludzie miewają bardzo piękne myśli...

15:44, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 kwietnia 2011
Podbijanie świata

 

Steinn Steinarr

AÐ SIGRA HEIMINN

Að sigra heiminn er eins og að spila á spil

með spekingslegum svip og taka í nefið.

 (Og allt með glöðu geði

  er gjarna sett að veði.)

Og þótt þú tapir, það gerir ekkert til,

því það er nefnilega vitlaust gefið.

PODBIJANIE ŚWIATA

Podbijanie świata jest jak gra w karty

z miną przemądrzałą i nosem pociąganiem.

 (I wszystko w poczuciu szczęścia

  chętnie w zastaw oddane.)

Chociaż przegrywasz, nic to nie znaczy,

bo to przecież tylko złe rozdanie.

               przełożył Kiljan Halldórsson