BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Barr

Udało się!! Także i w tym roku! I to jak!! Jeszcze chwilę temu było łyso, aż tu nagle przyroda zwariowała! Wszystko w kwieciu! Aż duszno od zapachów wieczorową porą! Mniszek, wiśnie, jabłonki, nawet bzy... A wszystko to z miłości, zaskakująco nieśmiałej miłości...

Tak, tak, wszystko trzeba wyjaśnić. Skąd, co, jak?? By wiosnę wytłumaczyć po skandynawsku, trzeba oczywiście sięgnąć po staroislandzki tekst... Naturalnie nie odmówię sobie oryginalnych wstawek, bo strasznie lubię te literki:

Freyr, sonur Njarðar, hafði einn dag setzt í Hliðskjálf, ok sá um heima alla. Hann sá í Jötunheima ok sá þar mey fagra, þá er hon gekk frá skála föður síns til skemmu. Þar af fekk hann hugsóttir miklar...

Rzecz to niezwykła - Frey, który tak się pyszni swym klejnotem, zdawać się może kimś bezwstydnym, lubieżnym... A tu nagle tylko takie nieśmiałe popatrywanie, rumieniec może, tęsknota i smutek miłosny... W innych miejscach Eddy znaleźć można inforamcje sugerujące, że świat bogów był raczej mało przyzwoity, natomiast pieśń o wyprawie Skirnira "Skírnismál" opowiada o pewnej nieporadności boga, a także o głębokich uczuciach... Można w związku z tym przypuszczać, że wymieniona pieśń nie jest zbyt stara - to znaczy oczywiście jest bardzo stara, ale wszystko wskazuje na to, że powstała w czasach, gdy pogańskie wierzenia traciły już swoją moc i znaczenie... Pieśń ta, bardzo prosta i przejrzysta, pełna liryzmu, wydaje się być bardziej produktem średniowiecznej kultury dworskiej niż ludowej twórczości z epoki całkiem jeszcze żywych bogów, i przede wszystkim nie takich nieśmiałych... Jest to więc dalekie echo mitu o niebiańsko - ziemskiej schadzce, bardzo miłe, przypominające jednak, jak bardzo przesądni byli dawni Skandynawii mieszkańcy, jak mocno wierzyli w zaklęcia, w przekleństwa, moc runów - dużo tu takich rzeczy, dużą znajomością przedmiotu wykazał się nieznany autor...

Było to tak, że razu pewnego Frey, syn Njorda, usiadł na tronie Hlidskjalfie, by się rozejrzeć po wszystkich światach. Kiedy zaglądnął do Jotunheimu, jego uwagę przykuła przepiękna dziewczyna, która szła ze świetlicy swego ojca so spichlerza. Freya smutek wielki ogarnął, gdy tak patrzył na to cudo... Bardzo się martwiono o stan ducha boga, aż wreszcie zatroskany ojciec poprosił sługę, by wybadał, co też tak smuci jego syna, co też za tęsknoty ciężkie go trawią... Tak, tak, dodała Skadi, matka Freya, wypytuj go tak długo, aż ze wszystkiego ci się wyspowiada. I jak państwo poprosiło, tak Skirnir uczynił. - Ty, któryś jest księciem bogów, powiedz, powiedz, co cię skłania do tego, by samotnie w pustej sali siedzieć, cóż za smutki ciężkie spychają cię w cienie odosobnienia? Lata chłopięce spędziliśmy razem, druhem mym jesteś, ufać więc sobie winniśmy, zdradź zatem, z jakiego powodu to wszystko? - Widziałem ją, widziałem - wyszeptał przejęty bóg - ukochaną moją ujrzałem w Gymira grodzie. Jakże lśniły jej ramiona! Ach, na cały świat i morze pada ich blask! Kocham do szaleństwa to dziewczę, kocham miłością, jaką nigdy jeszcze nikogo nie kochałem. Ale nikt nie chce, byśmy się pobrali! Nikt, rozumiesz, mój drogi Skirnirze, mój ty jasny przyjacielu! - Skirnir długo się nie namyślał i zaraz rozpalił się w nim entuzjazm i silna wola działania. Frey wszak nie może trawić czasu w smutku i tęsknocie: - Daj mi konia, abym mógł przez czarodziejski ogień skoczyć, daj mi miecz, który sam się do ciosu wznosi i bić olbrzymów ród będzie!! - Tak! - zawołał bóg rozgorączkowany w swych rozbudzonych nadziejach: - Dam ci konia, byś przez czarodziejski ogień się przedarł, i miecz, co się sam do ciosu wznosi! Mądry jesteś, dobrze więc ci służyć będzie! - I tak pognał Skirnir w świat oszronionych Thursów... Gdy zajechał przed gród Gymira, ujrzał psy zajadłe, pianę wściekłą toczące, co dostępu do bramy strzegły, skierował tedy rumaka swego ku wzgórzu, na którym pastuch siedział. - Powiedz no ty, pasterzu, jak rozmowę zacząć z dziewicą, gdy psy dostępu bronią? - Człowieku na koniu - odrzekł pasterz - widmem żeś chyba jest jakim, albo śmiercią naznaczony, zapomnij, że mówić będziesz z córką Gymira! - Już mi tam od widm nie przygaduj! Z góry przeznaczony mój wiek! Temu, komu pilno, rady patrzeć trzeba, a nie narzekaniom się poddawać. - Aż się ziemia zatrzęsła od Skirnirowego gniewu, co wywabiło ciekawską Gerdę, Gymirową córkę. - Niechże więc wejdzie niecierpliwy gość, uraczmy go naszym najprzedniejszym miodem. Choć się boję, czy jakiego niebezpieczeństwa na dwór nie wpuszczam, czy nie zbójca to jaki... Jakżeś się przedarł przez czarodziejski ogień? - Od Freya przybywam. W imieniu jego o rękę prosić pragnę. I jabłka szczerozłote przynoszę ze sobą, co, spożywane, bogom młodość wieczną dają. - A cóż mi tam jabłka starość odpędzające? To mnie do Freya nie przekona! - Dam ci tedy złotą obręcz. Osiem równie ciężkich z niej kapie w każdą dziewiątą noc. - A co ty tak z tym złotem?! Jabłka, obręcze. U mnie złota dostatek, daj więc spokój z tym mamieniem błyskotkami. - Spójrz więc, Gerdo, na ten miecz wąski, runami ryty, głowę ci zetnę, jeśli zgody twej nie usłyszę. - Ty się chyba doigrasz. Gymir tu zaraz przyjdzie i coś czuję, że do walki dojdzie. - Pod tym ostrzem ugnie się stary! - zawołał zuchwale Skirnir. - A ciebie rózgą czarów dotknę i ujarzmię wedle mojej woli... - I tu jął Skirnir wymieniać straszliwe przekleństwa i grozić, jakie to runy szkodliwe wyryje: Jadło będzie ci śliskim płazem, dziwolągiem się staniesz, w sidłach złych mocy nędzny żywot powiedziesz, gniew Najwyższego cię dosięgnie, u bramy trupów mieć cię będzie olbrzym w podziemiu, kozi mocz pić będziesz, bo innego napoju nigdzie nie znajdziesz, choroby kobiece na cię sprowadzę... - Dość już, dość! - krzyknęła błagalnie Gerda. - Bądź więc już pozdrowiony i przyjmij kryształowy ten puchar pełen starego miodu. Nie myślałam, że syna Wanów obdarzę swą miłością. - Jakimi słowy, Gerdo, poselstwo me każesz mi zakończyć? Kiedy to synowi Njorda się oddasz?...

Najważniejsza sprawa dla Freya. I ważny dla zwykłych ziemian skutek uboczny tych zabiegów miłosnych i zaślubin wymuszonych złowrogimi runami i przekleństwami - WIOSNA... Czeka się na nią długo, czeka, aż wreszcie wybucha - liście, kwiaty, nadzieja urodzaju. Oto niebo w osobie boga płodności łączy się miłośnie z oporną ziemią... Barr - gaj, gdzie rozkwita wiosna w sercu boga i skąd niesie się dla nas radość tejże, radość ze światła, ciepła, z wszystkiego, co przyjaźnie życiodajne...

Te właśnie słowa usłyszał Frey:

Barri heitir,

er vit báðir vitum,

lundr lognfara;

en eft nætr níu

þar mun Njarðar syni

Gerðr unna gamans.

Barr zwie się,

jak to obaj wiemy,

gaj cichy;

tam za dziewięć nocy

Njordowemu synowi

Gerda radości użyczy.

Ach, nocy dziewięć... (Tu taka drobna informacja - dawni Skandynawowie mierzyli czas nocami. Mówiło się za dwie noce, za trzy... Nie tak jak dziś, kiedy to wszyscy liczymy dniami - za dzień, za dwa... I może lepiej liczyć nocami? Dni jakoś przelatują. Dwa dni -  to mało. Dwie noce -  znacznie więcej - trudno w nocy coś robić, wszędzie cisza, a w niecierpliwym oczekiwaniu sen nie chce zamknąć powiek... Frey miał przed sobą nocy aż dziewięć... )

Löng er nótt

langar ro tvær,

hvé of þreyjak þrjár?

Oft mér mánaðr

minni þótti

en sjá half hýnótt.

To właśnie powiada Frey. Że noc jest długa. A dwie noce to już w ogóle... Jak ja zniosę trzy? Często miesiąc zdał mi się krótszy, niż ta noc pełna tęsknoty...

Ale jak się czeka, to się i człowiek, i bóg doczeka. Zawsze trzeba trochę cierpliwości. Minęły wszak ciemności, śniegi i mrozy trzaskające są już wspomnieniem... Ptaki wszystkie mówią, że Frey posiadł już Gerdę... W gaju Barr, albo, jak chcą niektórzy, na łące, czy na ogrodzonym polu, bo gdzies takie echo pobrzmiewa w imieniu ukochanej. A Barr bierze się od staronordyckiego wyrazu oznaczającego zboże...

No to co - nieśmiały bóg już zaczął... Tak więc niech inni też się biorą za sianie... Panowie - Freyowie - płodni, smutni kochankowie. Stroić się w uśmiech i brać w obroty swe Gerdy... Ponoć ma być nas coraz mniej. Więc może trzeba coś z tym zrobić, odwrócić trend... Żeby było jeszcze ludniej... No i przecież ZUS czeka w swych pałacach na kolejne fale frajerów... Do dzieła więc... Tylko kto to mówi?:)) Pan wygodnicki, który na płodność patrzy z boku i trzyma się od niej z daleka... Ale trudno. Troski jednak żywić mogę różne... No i że co... Że tego i tam... I już. Z gejowskim pozdrowieniem - Kiljan :-þ

piątek, 27 kwietnia 2012
Wieczór na ulicy K.

 Ależ się opuściłem... Co poradzić. Chwilę temu potworek zwany życiem postanowił siąść mi drobną zmorą na piersi. Trochę mnie to kosztowało. Ale nic to. Mam się uparcie świetnie i głowy nie zwieszam... Nawet fakt, że zostałem wesoło okradziony, nie zniszczył mego humorku. No trudno... Ważne jest, że kwitną drzewka, rośnie trawa, Niedźwiedź uparcie, mimo wieku, myśli o miłości... Tak, tak, takich rzeczy trzeba się trzymać... Miłość może i jest przereklamowana, ale jakoś tak z nią raźniej... Niedźwiedź pośród wiosennych odurzeń czuje się lepiej... Nie inaczej jest ze mną... Pani Czubaszek mówi, że bez miłości da się jakoś żyć. Ale i z miłością też jakoś wiele spraw można pogodzić... Może to drobiazg, ale zawsze to milej, jak jest z kim wypić poranną kawę... I się kręci. I ładnie pachnie. Wdycham różne powietrza, przygotowuję swój nos na jaśminowe uderzenia... Jeszcze trochę i znów będzie czerwiec... Zamierzam dożyć do tej pory. To postanowienie nawet niektórych cieszy... Ciepło się zrobiło. Młodzi przedstawiciele płci pięknej pokazują swe włochate nogi... Dużo plusów... No tak, ale ja miałem w zasadzie napisać coś o nienawiści. Bo tak siedząc przy komputerku pomyślałem o Strindbergu... Kwiecień jeszcze mamy. W kwietniu, sto lat temu, August Strindberg był na swoim ostatnim spacerze po Sztokholmie. W brzydkiej pogodzie. W padającym śniegu... Potem już rak żołądka nie pozwolił mu opuścić łóżka... Niemal równocześnie z nim, w oddali, umierała jego pierwsza żona, Siri. Jeszcze zdążył przesłać na jej pogrzeb wieniec z białych lilii... Niezwykły gest, biorąc pod uwagę symbolikę tych kwiatów. Tyle było przecież wcześniej jadu, oskarżeń, nienawiści... No tak, ale to nie o tej miłości - nienawiści nawet miałem pisać - na nią przyjdzie jeszcze pora... Myślałem o Auguście i Dagny... Ale jeszcze mi się przez myśl przewijają wiersze pani Bogumiły Jęcek, które miałem ostatnio ze sobą w niewielkiej podróży... Malowanie słowami, malowanie farbami... Nadawanie zjawiskom niecodziennych barw, albo gra słowem, językowymi regułami; nadawanie nazw, skojarzenia, porównania... Jedno może się spalatać z drugim. Ze słów mogą rodzić się obrazy, z obrazów słowa... Myślę, że gdzieś tam, licho wie, gdzie, malarz Munch cieszy się z naszej poetki... Tak jak kiedyś cieszył się poeta Obstfelder, że z jego poezji, czy jakiejś takiej muzycznej prozy, zrodziła się obietnica malarskiej ozdoby... No właśnie. Dagny... Zawsze można znaleźć jakieś zazębienia... To właśnie pośród kongsvingerskich lasów Munch usłyszał wiersze Obstfeldera. Być może właśnie na werandzie "Zacisza", rodzinnego domu Dagny Juel, choć co do tego nie ma absolutnej pewności... To zresztą nie takie ważne. I tak wiemy, że ta trójka pozostała w przyjaźni, chociaż przyjaźń to była krótka, bo i Sigbjørn, i Dagny odeszli tak wcześnie. Dagny była tłumaczką Obstfeldera na niemiecki, Munch miał w nim bratnią duszę, co czuła podobnie... W tomiku wierszy "Czarne koronki" moją uwagę przykuł utwór o "Wieczorze na Karl Johan"... Iluż tam bohaterów można znaleźć... Naturalnie to sam Munch, ten ciemny, na środku ulicy, prący pod prąd, z drżeniem, w siódmych potach, jak można wyczytać z jego zapisków... Widz ma wrażenie, że pozbawiony wyrazu tłum zaraz wypadnie z obrazu, by go bezlitośnie podeptać. To więżniowie norm, tłoczący się potworni średniacy, eleganccy... Kapelusze, cylindry... Miasto, niemiłosierna, "paskudna Kristiania". I samotność tego innego. Strach... Do tej czeredy o pustych twarzach dobrze pasuje zdanie Ludwika Stanisława Licińskiego: To ludzie zbyt słabi, by iść samopas, tłumami prą naprzód i wyją, przeklinają, zębami i obuchami miażdżą wszystko, co nie z nich wylęgłe... Innym bohaterem może być Knut Hamsun i ci wszyscy jego bohaterowie chętnie idący gdzieś indziej... Patrząc na ciemną sylwetkę myślę o Hamsunie z "Głodu". Człowiek bliski zagłady. Wykluczony, pozostawiony bez wsparcia, dla którego nie było najlichszej posady. Łazi, robi z siebie widowisko, nie ma pieniędzy, więc jest niepotrzebny... Coś się wreszcie musi wydarzyć. Światła Kristanii wreszcie zostają w tyle... No i oczywiście łazik Obstfelder... To samo poczucie samotności, strachu. Ciągłe poczucie braku oparcia w rzeczywistości, wyobcowania, strachu przed dużymi skupiskami ludzi. Obstfelder to człowiek pozostawiony samemu sobie. Wiecznie szukał swojego miejsca, pędził od kraju do kraju. Robił imponujące spacery. Potrafił na przykład wyjść ze swego berlińskiego lokum, by pójść piechotą... do Paryża... W Paryżu Munch zrobił jego portret, jeden z najlepszych w karierze. Uwiecznił na nim te dziwne i piękne oczy poety, którymi patrzył na ten świat, na którym znalazł się przez pomyłkę... Obstfelder był wielkim entuzjastą twórczości Muncha, o którym długo pamiętała siostra malarza, Inger, któregoś razu wypędzona w środku nocy z łóżka przez brata, bo pan Obstfelder musiał się wyspać, a akurat nie miał gdzie tego zrobić... Poeta miał w sobie wszystko to, czego Munch panicznie się bał: gruźlicę (jakże Munch drżał ze strachu przy tych wszystkich swoich przeziębieniach - to na pewno coś strasznego, to z pewnością te przeklęte płuca!!) oraz, pod koniec życia, żonę - trudną, złą żonę, która źle traktowała śmiertelnie już chorego męża i ponoć niezbyt często trzeźwiała... Nie miał Obstfelder szczęścia w miłości. I wcześnie zgasł ten bardzo płodny artysta. I żeby jeszcze było smutniej - jego jedyna córka przyszła na świat w chwili, gdy jego samego oddawano już ziemi... I ilu jeszcze bohaterów można by było znaleźć. Ilu jest takich, co identyfikują się z tą ciemną postacią, takich, co czują się opuszczeni, niezrozumiani, których paraliżuje strach, nieśmiałość, ilu jest wykluczonych, samotnych pośród tłumu... Ilu takich, co już tylko marzą o tym, by zniknąć... No i też ilu gniewnych, pokłóconych z całym światem, ilu takich, co to niczego sobie podyktować nie pozwolą... Samego siebie też czasem tam dostrzegam. W jakimś sensie jestem człowiekiem z marginesu. Tyle że jest to ten margines raczej pachnący i syty... Ale jednak. A jeszcze jest i czas... Mijam znajome mury, idę znajomymi ulicami, ale ludzie już jacyś tacy mniej znajomi, jacyś inni... Już mi się nie chce krzyczeć, że świat jest mój... Już jakaś inna młodość to wykrzykuje. A ja rozumiem coraz mniej... Ilu różnych ludzi można znaleźć w tym jednym Munchowym człowieczku, któremu z tłumem nie po drodze... I gdzieś tam koniec bez światła... Choć to pewnie nie taka beznadzieja... Dla Hamsuna za ciemnym fiordem, którym umknął, rozpostarło się jeszcze długie, barwne życie... Przed Munchem jeszcze dużo było cierpień, jakże jednak twórczych... W końcu osiadł w "paskudnej Kristianii", która potem wróciła do historycznej nazwy Oslo... W Oslo Munch już stawał się dobrem narodowym... I był ulubieńcem miejscowych taksówkarzy... A ja... Z pewnością coś Misio z marginesu jeszcze wywinie... :)). A teraz pozwalam sobie na drobne znorweszczenie wiersza o Karl Johan...

Bogumiła Jęcek

"Aften på K. gate"

Mitt hjem er en utslokt vulkan;

som et tre og fjell.

 

Langs bygningene og de varme vinduer, den lengste

gaten. Flest mennesker - det passerer meg

 

murer med gule ansikter - kalde

lykter på fortauene. Jeg går

 

midt i gaten; gjennom den fiolette

røyken, mot enden uten lys.

15:48, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »