BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
środa, 29 kwietnia 2015
Zupa przy sralni

 Tytuł niekoniecznie apetyczny... Ale to życie, co nie zawsze jest apetyczne. A za nim idzie literatura. Zwykłości niezwykłe... Żeby nie było, że tak jakoś wabię na pskudztwo... Bo ludzie często lubią, ale...

Byczenie się. Takie sobie zrobiłem malutkie wakacje. Solo. Franek na trochę wyjechał, wyszło słońce, a ja wyszedłem na balkon, i nie bardzo mi się chciało z niego wracać... Sprowadzałem sobie żarełkowe gotowce (Jacy ładni chłopcy śmigają po mieście z żywnością. To mnie szalenie cieszy. Ja wiem, ja jestem okropny, seksistowski, i nic na to nie poradzę. Jeśli jem coś na mieście, to tylko tam, gdzie koło stolików kręcą się panowie - nie da się z tym nic zrobić - nie lubię, gdy jedzenie podają kobiety, i lepiej też jest, gdy jedzenia nie przyrządzają... Tak więc śmigli chłopcy, na szczęście, przytargali papu z miasta...). I chmieliłem się duńskim piwem. Przy okazji zrobiłem sobie wycieczkę w Białoszewskiego... Tak go na powrót sobie odkrywam, z większym zapałem niż kiedyś... Zadziwiające, jak bardzo wciągają te jego zwykłostki, ta codzienność, te wszystkie drobne obserwacje... Można by tak całymi tygodniami... Poszedłem więc w te Zawały, Inowrocławie, Konstanciny, AAAmeryki... W tę maksymalnie udaną egzystencję, w tę zdolność adaptacji, w te coraz to nowe zadomowienia... On się wszędzie czuł u siebie - nawet na morzu... Nowy Jork okazał się swojski - z syfiastego i rozpierdzielonego PRL przybył do syfiastej i rozpierdzielonej Ameryki. Naturalnie Nowy Jork był bogatszy, choćby o kinoteatrzyki porno (śmiali się - zamist zwiedzać, oglądać, ten łazi tylko po seansikach porno - ale cóż - erotomania ma swoje żelazne prawa). Wszędzie się czuł u siebie - zawsze wobec siebie uczciwy - żadnych fałszywych bander... Duże utalentowanie dziecko, w ludnej osobności - inny w sklocowanym świecie, w świecie coraz bardziej panoszącej się jednakowizny...

Jak już wspomniałem - sięgnąłem i po "Zawał". Serca. I to jeszcze na ulicy. A ściślej - w tunelu... Coś, co mnie napawa lękiem. Bardzo bym nie chciał znależć się w takiej sytuacji. Brrr... Jak na złość Miron nie był zbyt świeży. Uważał, żeby być świeżym, ale akurat nie było ciepłej wody w domu. I też majtki nie takie do pokazywania. Trochę wstyd. (Tu mi się przypomniał taki chłopiec z ostrzeliwanego przez snajperów Sarajewa - nauczyłem się codziennie zmieniać majtki - nie chcę, żeby mi się coś stało, gdy jestem w brudnej bieliźnie)... Książka "Zawał" jest szpitalno - sanatoryjna, i jest w swej zwykłości absolutnie niezwykła i fascynująca... Czasem mnie bawi - codzienne czynności, łażenia, zakupy, gawrony, koty wypasione, przysanatoryjne, drzewa łyse - ogromnie ciepła zima... O, tak narzekamy, dumamy nad klimatem, a tu w 1975, w styczniu, wiosna, nawet z kwitnieniami... Klimaty PRL, które mi przecież tak w głowie mocno siedzą - swojsko mi się zrobiło... Jak to w człowieku siedzi!! Rozbawiła mnie obserwacja toaletowa. Sanatorium w Inowrocławiu. "Na korytarzu wspólny ustęp dla kobiet i dla mężczyzn. Wchodzi się do przedpokoiku z umywalką i suszarką, jedne drzwi wiodą do sralni, drugie do przechowalni sprzętu. Drzwi do sralni są często nie zamknięte. W przechowalni sprzętu salowe mają stolik i krzesło. Jedzą tam obiad. Sam słyszałem. Węgier nawet widział: - tak, one jedzą tam zupę". - Rozkoszne - od razu dwie rzeczy mi się pojawiły w głowie - raz: scena z "Misia", w której dwa babsztyle siedzą w sralnio - szczalni, w tle zasyfiałe pisuary, obok pozatykane umywalki pełne jakiejś rdzawej wody, cieknące krany, siedzą te baby, gadają, piją herbatę ze szklanek i żreją chyba jakieś kanapki; dwa: moje wspomnienia szkolne - dziewczynki, uczenniczki o przedziwnych obyczajach - na przerwach uwielbiały gromadzić się w kiblu, by tam spożywać drugie śniadanie... Nigdy nie spotkałem chłopców jedzących w sraczu, natomiast skłonnośc dziewczynek do stołowania się w wychodku mnie dziwiła. Dziwiło się też pedagogiczne ciało. Dlaczego dziewczynki jedzą w toalecie?... Skąd to się bierze?... Jeszcze rozumiem papierosy - sam byłem kiedyś sraczopalaczem. Można też iść z kolegą do kibla, żeby coś pobroić erotycznie (sraczoseks budzi zawsze we mnie miłe wspomnienia), ale żeby jeść??

Jaką teorię z jedzenia w kiblu można by było wysnuć? Może to jakaś zakrzepła pradawność? Z czasów dzikich. Mężczyźni byli gdzieś na polowaniu, a kobiety siedziały przy palenisku, jadły, a w strachu przed jakimś strasznym nosorożcem kakać nie szły daleko... Może to taka atawistyczna potrzeba, by wszystko było blisko, w świecie złym, groźnym, ludożernym...

 Może dziś jest inaczej? Może dziewczynki nie umykają już z jedzeniem do ubikacji? Nie wiem, mało mam dziewczynek w otoczeniu.:)

 Mało apetyczne treści to może. Ale, jak widzę, ludzie ich szukają. Właśnie przed chwilą ktoś wszedł tutaj z bloxowych haseł - chciał się czegoś dowiedzieć o... starych cipach. Są na moim blogu takie rzeczy? Aż dreszcz mną wstrząsnął...

14:15, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 kwietnia 2015
Bez inforozrywki

 Coraz bardziej tak właśnie upływa nam czas... Jak nas coś obchodzi, to są to raczej sprawy lokalne. A tak poza tym, to żyjemy w naszym prywatnym świecie - i naturalnie każdy jeszcze w swym świecie odrębnym... Ostatnio tak zauważyliśmy, że prawie wcale nie zerkamy w okienko z inforozrywką, ja coraz mniej czytam gazet... Nie podniecają mnie już żadne Bronki, Prezesy... Całkiem przyjemnie się bez tego żyje, całkiem miło jest, gdy się zapomina, jak bardzo pogubiona intelektualnie jest spora część nadwiślańskiej gromady, co się szczególnie ujawnia już od lat pięciu, z powodów wiadomych... Nie śledzę też w ogóle kampanii. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Pewnie z głupkowatości tejże. Wszyscy uwierzyli, że poczciwa, swojska czereśnia jest bezkonkurencyjna, zatem wysunięci zostali kandydaci groteskowi... Idiotyczność jakiej jeszcze nie było? Znajomi mi przypominają, że zawsze było dość głupio, a najidiotyczniejszym tego typu zdarzeniem było wytworzenie sytuacji, w której pozostał wybór Wałęsa - Tymiński... No tak, tak, ale wtedy to były inne czasy, takie przełomowe ciągle, z oszołomionymi ludźmi... Dziś też są oszołomieni, choć z trochę innych powodów. I jest durnowato. Ja jakoś za duży jestem na takie zabawy... Czasem tylko takie skojarzenia - przypomnienia mi wskakują... W rzeczywistość rozrywki poetyckiej:

Tak niech będzie dzisiaj. Ogórek...

Konstanty Ildefons Gałczyński

"Dlaczego ogórek nie śpiewa"

Pytanie to, w tytule

postawione tak śmiało,

choćby z największym bólem

rozwiązać by należało.

 

Jeśli ogórek nie śpiewa,

i to o żadnej porze,

to widać z woli nieba

prawdopodobnie nie może.

 

Lecz jeśli pragnie? Gorąco!

Jak dotąd nikt. Jak skowronek.

Jeżeli w słoju nocą

łzy przelewa zielone?

 

Mijają lata, zimy,

raz słoneczko, raz chmurka;

a my obojętnie przechodzimy

koło niejednego ogórka.

                               1946

12:54, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2015
Nie mogę dzisiaj

 Kilka zdań mi się ostatnio spodobało. Można by było im nadać tytuł "Szczerość" i potraktować jak wiersz... Ostatnio podczytuję sobie "Smutek aniołów" Jóna Kalmana. Pada tam mnóstwo śniegu. Sypie i wieje jak w "Białych braciach" Choromańskiego... Ale szerzej o tym, jak doczytam do końca. Na razie tylko mały cytat - wiersz wyrwany z powieściowych kartek... Taka szczerość, której nie ma, bo przecież brniemy w wyjaśnienia i usprawiedliwienia marne, suche, nieprawdziwe... Tyle jest w życiu ważnych spraw... Gdyby tak to się mówiło:

Jón Kalman Stefánsson

    ***

Nie przyjdę dzisiaj do pracy z powodu smutku.

Zobaczyłem wczoraj te oczy i dlatego dzisiaj nie będzie mnie w pracy.

Nie mogę dzisiaj przyjść, ponieważ mój mąż jest nagi i taki piękny.

Nie mogę wyjść dzisiaj z domu, bo życie mnie zdradziło.

Nie przybędę na zebranie, gdyż przed moim domem opala się kobieta, a jej skóra błyszczy w słońcu.

  ***              przekład Jacek Godek

:-)

środa, 15 kwietnia 2015
Saga o Njalu

...því að með lögum skal land vort byggja en eigi með ólögum eyða.

Zawsze dobrze, gdy panuje jakiś ład. Bo prawem nasz kraj ma być budowany, nie zaś niszczony bezprawiem, jak powiedział Njal, bohater wielkiej sagi. Sagi z wielkich czasów dla literatury islandzkiej, z lichych czasów dla islandzkiej wolności...

Opowieść o wielkiej waśni niby to jest odległa w czasie dla autora (300 lat do tyłu), a jednak bliska - bo w chwili, gdy zabrał się do pisania, nadziało się już wiele okrucieństwa, zbrodni, zdrady - był już mrok, początek upadku wolnego kraju. Słabość państwa, naiwność idealistów, że bez żadnych porządkowych sił da się utrzymać porządek, sprowadziły nieszczęście... Trzeba było czekać długo na powtórną wolność, całkowitą niezależność. Musiała dopiero wybuchnąć druga wojna światowa...

Akcja sagi toczy się w czasach, gdy u nas był Mieszko, a po nim Chrobry. Autor napisał ją, gdy u nas, konkretnie w Krakowie, albo jeszcze był Bolesław Wstydliwy, albo już Leszek Czarny... Dawności. Dawności, mówię sobie, gdy myślę o naszych Mieszkach, Leszkach i innych Bolesławach. Dawności, dalekości... Inaczej jest, gdy myślę o różnych królowych Gunnhildach, królach Erykach, Olafach, Brianach. Inaczej jest, gdy myślę o Gunnarze z Hlidarendi czy Najlu, gdy myślę o Białym Miśku z Thorsmork czy o kobietach - demonach, którymi się kiedyś - syszałem, słyszałem - była pani prezydent Islandii, Vigdís Finnbogadóttir, przechwalała. Tak - siadały na wzgórzu jak kruki jakieś i patrzyły, jak się mężczyźni z ich powodu tłuką... Jakże oni są wszyscy żywi, jakże osobliwie dzisiejszym językiem są opisani, w stylu często dziś tak lubianym, bez niemożliwych rozwlekłości i zbędnych słownych biegunek.

Skurczybyku pisarski, kimkolwiek byłeś, pozostaniesz na zawsze wielkim pisarzem, mistrzem. Wciągasz w ten swój gąszcz, w tą zastanawiającą wielogatunkowość, nie pozwalasz o sobie zapomnieć... Nic o autorze nie wiemy - ale można chyba coś powiedzieć o tym, co mu w duszy grało. Sądzę, że chłopak z tęsknotą myślał o tych idyllicznych czasach, początkowych czasach, że tęsknił za światem wikingów z ich honorem, wolnością, wojenkami, podbojami, z wielkimi, dalekimi podróżami. Myślę, że bolał nad tym, co sam obserwował we własnym, upadającym powoli kraju.

Niektórzy chcą widzieć w "Sadze o Njalu" taką powieść z kluczem, która w zawoalowany sposów opowiada o Islandii z epoki Sturlungów. Jednak tak daleko chyba nie można iść. Ale bez wątpienia pisarz chciał nam coś pokazać, a mianowicie to, jak beznadziejne potrafią być nasze nieokiełznane emocje, jak niszczycielska jest zawiść, jak zasmucająca jest głucha nienawiść, jak wielką wagę ma mądrość, namysł... Trzeba nam szukać dróg do pojednania... Bohaterowie z sagi w końcu ją znaleźli, ale zanim to nastąpiło...

Czym jest saga o Njalu bezbrodym (bo Njal był takim wybrykiem natury bez zarostu). O Njalu spalonym? Jest dziełem mistrzowskim i schyłkowym, trochę już tak z pogranicza sag legendarnych i rycerskich. Chłopak jakiś nazbierał źródeł, dziś często trudnych do ustalenia, przejął trochę wzorów z innych sag (tu na czoło wysuwają się "Eyrbyggja saga", której autor kochał się w tematyce prawniczej oraz w opowieściach o upiorach, oraz "Víga - Styrs saga og heiðarvíga" bardzo szczegółowa w opisach bitewnych), popatrzył też wokół siebie i podarował nam tłum żywych ludzi w formie trochę takiej powieści - dreszczowca, trochę w stylu taniego horroru, w którym raz za razem odpadają odrąbywane kończyny, odskakują od ciał głowy, wypływają oczy i flaki, ciąte i dźgane są krocza; trochę też w formie powieści awanturniczej o wikingach, bo - tak dla wytchnienia czytelnika i słuchacza, bohaterowie ruszają po sławę i majątek w świat, naturalnie z mieczem i toporkiem; trochę w formie jakiejś powieści prawniczo - sądowej; trochę w formie relacji historyka - jest w tekście kilka ważnych historycznych wydarzeń, jak na przykład wprowadzenie chrześcijaństwa do Islandii, co też jest wytchnieniem od jatki i polowań na ludzi i co ma za zadanie uwiarygodnić całość... Jest tu sporo fantastyki - duchy, zjawy, widzenia, prorocze sny. Czasem główny ciężar spoczywa właśnie na przepowiedniach i widzeniach. Jest nastrój - a to upiór Gunnara pojawia się w księżycowej poświacie, a to kruki latają złowrogie, postaci pędzą na tle łun... Jest nawet piękno, które decyduje... Taka patriotyczna jakby nutka u wczesnego Islandczyka - Gunnara, który ryzykuje i zostaje w kraju, bo jego Hlidarendi takie piękne... Do dziś urocze jest i zielone...

Do dziś pozostał krajobraz. Na zachód od Eyjafjallajökull. Bo tam głównie toczy się akcja. Niewiele się zmieniło. Choć po tamtych ludziach nie pozostało nic. Prawie nic.

Zapewne coś z prawdy kryje się w sadze. Archeologowie w siedzibie Njala, Bergthorsvall, znaleźli ślady jakiegoś wielkiego pożaru... W innym zaś miejscu, opisanym  w sadze, znaleziono zbiorową mogiłę. Była tam kiedyś walka, nad rzeką Rang... Kościotrupy, wśród nich jakieś biżuty, w tym kościana obręcz ozdobiona jeleniami. Brat Gunnara tam zginął - na imię mu było Hjort. A Hjort to jeleń... To odkrycie musiało być wzruszające. Chociaż nie ma pewności, czy ozdoba pochodzi z dziesiątego wieku... Byłby to jednak dziwny i równie wzruszający zbieg okoliczności, gdyby jednak nie pochodziła...

Ludzie. W sadze jest ich przeszło 600, w tym 20 głównych bohaterów... Trudno wszystko steścić. Ale nie ma się co przerażać - saga jest niebywale przejrzysta i skonstruowana z wielką precyzją. I jakie tam są malunki postaci! Wyłaniają się, stopniowo - z replik, z gestów, przemilczeń. W każdym i każdej płynie krew.

W skrócie - można sagę ułożyć w trylogię - w pierwszej częsci jest Gunnar i jego wielka przyjaźń z uczonym Njalem. Jest żona Gunnara - demon jakby stworzony pod wpływem "Laxdaeli" i występującej w niej Gudrun. Ona rozpętuje zło, które przetoczy się w ciągu przeszło pięćdziesięciu lat po wielu życiach. W drugiej części szaleństwo intryg, aż Flosi, daleki powinowaty Hallgerd, popełnia najgorszą zbrodnię - morðbrenna - czyli mordercze podpalenie. Ginie w nim Njal i jego oddana żona Bergthora, giną synowie, wnuczek... Uchodzi zięć Kari, który w trzeciej części ściga morderców aż do Anglii... W końcu wszystko kończy się pielgrzymką do Rzymu i pojednaniem... Fantastyczne dzieło - rodzaj serialu... My myślimy, że seriale to nasze czasy... Saga o spalonym Njalu to rzecz, której zalety ujawniają się najbardziej, gdy się ją czyta na głos. Ona jest bardziej do słuchania niż do cichej lektury. I jest ona dla tych wszystkich, co się dają uwodzić, co chcą więcej i więcej... Co dalej, co dalej??... To nie rzecz na jeden wieczór zimowy... Od razu saga stała się popularna, o czym świadczy mnogość odpisów... W druku ukazuje się od osiemnastego wieku...

Mało jest w sadze kobiet, ale jak już są, to daj boże zdrowie... Mają potężny wpływ na mężczyzn. Potężny i jednocześnie tak niszczycielski, że aż się zastanawino, czy autor nie był jakimś strasznym, nienawistnym mizoginem... To dziewiętnasty wiek, to Strindberg... Żadnych przymilności i uromantycznień... Jak zawsze - kupczenie ciałem - dam, ale jak miły zdobędzie odpowiednie stanowisko (Jasne - któraś kiedyś wpadła na myśl, że to można sprzedać, i znalazła - o zgrozo - kupca - i tak zostało...)... Albo - oszukałeś mnie - zauważyła zakochana w Hrucie lubieżna królowa - nie zaznasz rozkoszy z żoną... Cholery - czrowały, rzucały zaklęcia. Hrut w żaden sposób nie mógł zaspokoić Unn, bo mu się przy niej fujarka robiła za duża... I ona też potem namieszała - rozrzutnica, utracjuszka... A największym potworem podobnym do Gudrun (była już tu bohaterką) jest Hallgerd, która od początku niepokoiła Hruta - w naszym rodzie takie złodziejskie oczy? Posłała śmierci w podarku wielu mężczyzn - zimna, mściwa, harda, samolubna, okrutna, prowokująca, złodziejska... To przez nią musiał zginąć szlachetny Gunnar - kiedyś nie wytrzymał i ją spoliczkował - całkiem słusznie. Zapamiętała to sobie i w decydującej chwili odmówiła mu swego wsparcia - wystarczyło dać Gunnarowi trochę włosów na cięciwę do łuku... Wierzono w moc kobiecych włosów... Bez nich Gunnar stracił swoją szansę, a żona z satysfakcją patrzyła na jego śmierć... Hildigunn też potrafi podjudzać - żądna zemsty, wymagająca od mężczyzn najwyższego okrucieństwa (jakby autor chciał nam powiedzieć, że szczęście kobiet zależy od nieszczęścia innych)... Flosemu aż ciary poszły po plecach, gdy usłyszał podszept niewieści... Bezduszne są ich rady.

Wspaniała literacka awantura. Wszystko przez dwie baby, które od początku wystawiły na siebie pazury: Hallgerd i Bergthorę... Damski walec, który chciał przejachać męską przyjaźń (jakże często mu się w życiu to udaje) i który wywołał eksplozję nienawiści. I stał się dobrym pretekstem do uruchomienia paskudnych zawistników, którzy tylko czekali na okazję, by zaszkodzić tym wspanialszym i szlachetniejszym...

Pozostaje tylko zachęcić do lektury. Cichej albo głośnej... Saga ta to fantastyczny materiał na radiowe słuchowisko, o czym wiedzą doskonale Islandczycy... Na sadze wyrosło trochę gwiazdorskich głosów... Do lektury zatem. U nas ukazała się ta saga w przekładzie Apolonii Załuskiej - Strömberg nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w roku 1968. Książka jest niestety trochę niechlujna, czasem nawet z błędami ortograficznymi. Godny polecenia jest przekład angielski Magnusa Magnussona i Hermanna Palssona z 1960 roku, wydany przez Penguin Books. Rzecz jest starannie opracowana i poza tym tekst, w przeciwieństwie do polskiego wydania, jest podany w całości, a zatem razem z wierszami...

Wczesny skandynawski kryminał. Bojowi mężczyźni i ich kobiety... Ach, te straszliwe kobiety. Strach się bać!:)

Köld eru kvenna ráð.

piątek, 03 kwietnia 2015
Christensen i Baudelaire

 Tak... Dobrze by było, żeby Funder uczył się francuskiego. Tak powiedziała ciocia. Bo francuski to język ojczysty poezji. Baudelaire. Rimbaud...

 Funder. Postać z "Odpływu" Larsa Saabye Christensena. Ważne wydarzenia, wspomnienia... Ach, te ponure heteroseksualne konieczności, przez które zawsze jakiś kolega jest oszukany, wystawiony do wiatru... I Oslofjord... "Błystkę, która nie była już ani błystką, ani błyskotką, tylko kawałkiem metalu, z którego złuszczyła się farba, miałem w kieszeni. Cisnąłem ten złom w kilwater i przez moment zrobiło mi się żal samego siebie. To było przyjemne uczucie. Zrobiło mi się tak smutno, że gotów byłem krzyczeć z radości." Bardzo się uśmiecham do tego zdania znad Oslofjordu... I do siebie, tego w wydaniu znad Oslofjordu... Tak, tak...

 Dobra, ale nie o tym...Bardziej o poezji francuskiej... Ja się wprawdzie ojczystego języka poezji nie uczyłem, ale nic to przecież... Przypomniałem sobie podpowiedź ciotki Fundera i postanowiłem odświeżyć sobie znajomości dawne... Odkryłem, że Baudelaire może być mi pomocny w wybrnięciu z tej nieznośnej Uprzejmości... A poza tym... O, trafiają mnie te pozapominane trochę pisania... Te spleeny... Niech będzie jeden...

Charles Baudelaire

SPLEEN

Więcej mam wspomnień, niż gdybym żył od stuleci...

 

Wielki grat z szufladami pełnymi rupieci,

Gdzie wiersze, bileciki, procesy, romanse,

Włosy ciężkie, na kwity nawinięte pasmem,

Mniej ukrywa sekretów niż mój mózg zgnębiony,

Ta piramida, ten grobowiec niezgłębiony,

Co więcej trupów mieści niż wspólna mogiła.

Jam cmentarz, którym światłość księżyca wzgardziła,

Gdzie długie czerwie niby wyrzuty się wloką

Tocząc najdroższych zmarłych, co leżą głęboko.

Jam jest buduar stary z różami zwiędłemi,

Gdzie mody zeszłoroczne plączą się na ziemi,

Gdzie pastele Bouchera swą skargą wyblakłą

Niby odkorkowany flakon w pustce pachną.

 

Nic nie da się porównać z dni chromych szeregiem,

Gdy pod ciężką zamiecią lat sypiących śniegiem

Nuda, owoc smętnego braku ciekawości,

Obleka się przed nami w kształt nieśmiertelności.

- Odtąd jesteś jedynie, o materio żywa!

Jak granit, który straszna pustynia opływa,

Uśpiony wśród zamglonej od żaru Sahary,

Nie znany beztroskiemu światu Sfinks prastary,

Zapomniany na mapie, on, co śpiewa co dzień

Przez kaprys dziki tylko o słońca zachodzie.

                                                      przełożył Mieczysław Jastrun 

14:09, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »