BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
piątek, 29 kwietnia 2016
Śmierć nędzarzy

 Czy jestem nędzarzem? W pewnym sensie tak... Jako istota przekonana o absurdzie potwornym życia... Dziecię z małżeństwa będącego imitacją piekła... Idąc słowami Bergmanowskiego Evalda... Ale jaka to imitacja?! Samo piekło przecież! Najprawdziwsze. Z kobietą w roli głównej... Baudelaire dla kobiet niczego nie przewidywał, pośmiertnie... Bo po śmierci może być przecież niebo... Albo nic. A lepsze nic, od tego czegoś... Tego czegoś, gdzie tyle zapału berzmyślnego tworzenia, tej makabrycznej, śluzowatej łatwizny... Można się czasem odnieść do rzeczywistości z sympatią, z troskliwym współczuciem... Ale jak to dobrze, że sam jej nie zaludniam dodatkowo. Bo po co ofiary nowe? I cóż to za przekonanie, że nowym będzie lepiej?... Nie, zawsze jest źle... Dobrze, że ta przyjemność podbrzusznościowa nietwórcza... Pewien rodzaj niewoli, ale bez makabrycznych konsekwencji... Płciowa jednorodność w ziemskiej codzienności to już coś... Zawsze jakieś przełamanie w niewolnictwie potrzeb...

 Zastanawiam się, jak długo jeszcze pociągnę... Myśli o aksamitach takie kuszące, sen tak miły, oczekiwany... Często lubiłem uciekać. Zaczynam wątpić, czy będę się umiał starzeć... Mam coraz większą ochotę przyczepić sobie srebrną tabliczkę: - Nie ratować. Odejść... Przywłaszcz sobie srebro, i spadaj, poczciwino zasrana!

 Teoretycznie wszystko może potrwać jeszcze długo. A sakiewka z pomysłami jakaś chuda... 

 Najczarniejsze są poranki. Sen, tak ostatnio ukochany, uporczywie odpływa za wcześnie... Gdyby te błękity... Litościwie...

 Jak to powiada poeta:

 Charles Baudelaire

 "Śmierć nędzarzy"

To właśnie Śmierć, o żalu, ludziom żyć pozwala,

To cel każdego życia, jedyna podpora,

Co jak eliksir dźwiga nas wzwyż i upaja

I daje nam odwagę kroczyć do wieczora

 

Skroś burzę, i boleść, i nędzę

To błysk jasny nadziei w naszej czarnej doli,

To jest słynna gospoda zapisana w księdze,

Gdzie każdy może spocząć, jeść i pić do woli.

 

To Anioł, który trzyma w swych dłoniach magicznych

Nasz sen i dar jedyny marzeń ekstatycznych,

Który mości nędzarzom aksamitne łoża:

 

To jest mistyczny spichlerz, odpust ostateczny,

To jest sakwa biedaka, jego schron odwieczny,

Brama otwarta w niebios błękitne przestworza.

                                                              w przekładzie Marii Leśniewskiej 

 

09:13, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 kwietnia 2016
Inferno, czyli Strindberg w Ikei

Inferno, a właściwie to nawet Infernó, bo idzie o Piekło islandzkie. Islandia od dawna uchodziła za miejsce piekielne, za bramę do Piekła, naturalnie poprzez swój zjawiskowy i straszliwy wulkanizm. Piekła bywają oczywiście rozmaite, bo to nie tylko siarki i ognie, ale też i horrory cywilizacyjne czy zestawy społecznych oczekiwań... Tak więc wszędzie jest jakieś piekiełko...

Zmyślni i utalentowani Szwedzi. Ileż oni mają rozpoznawalnych w świecie marek. Wśród nich jest i Ikea, a w wysokiej kulturze światowej - między innymi August Strindberg... Pisarz, co bywał infernalny. W Lund pisał swoje "Inferno"... Potępieniec? Być może jak każdy... Nie ma wyjścia? Wypada nam dalej i dalej posuwać się w piekielności, by się mogły gdzieś podziać i duchy?... Jakie widoki na przyszłość? I co to jest z tymi kobietami??

Islandzki pisarz Gyrðir Elíasson (ur. 1961) napisał swoje małe "Infernó"... Daje do myślenia to opowiadanko, które mi się bardzo spodobało...

Gyrðir Elíasson

 "Inferno"

 Właśnie przenieśliśmy się do nowego lokum na przedmieściach, naturalnie w całym tym irytującym zamieszaniu z targaniem i dźwiganiem gratów i robieniem tych wszystkich rzeczy, którymi człowiek nie zawracałby sobie głowy, gdyby tylko nie czuł się towarzysko zobligowany do ich robienia. Siódmego dnia po przeprowadzce moja żona stwierdziła, że musimy jechać do Ikei kupić nowy fotel, bardziej pasujący do sofy. Zgodziłem się, chociaż nie miałem nic przeciwko staremu fotelowi.

- Pamiętasz, pokazywałam ci ten fotel - powiedziała.

- Jaki fotel?

- Ten w katalogu.

- Nie - odparłem.

- Ty o niczym nie pamiętasz.

- Być może masz rację - przyznałem.

 Dzień upłynął na wieszaniu obrazków i układaniu książek na półkach i właśnie nadchodził dobry czas na wypicie kawy, kiedy ruszyliśmy na zakupową wyprawę. W powietrzu czuć już było jesień; liście zaczęły spadać z drzew, których pnie w popołudniowym słońcu rzucały słabe cienie na trawniki.

 O tej porze ruch był okropny, jak zawsze w tym miasteczku, które usilnie próbuje udawać wielką metropolię. Włączyłem radio. Śpiewał Bob Dylan, kawałek ze "Street Legal". Słuchałem patrząc prosto przed siebie przez szkła przeciwsłonecznych okularów.

-  Jazda całkowicie cię pochłania - powiedziała ściszając radio.

- Tak?

- Tak. Zawsze.

 Wypasione jeepy śmigały obok nas, jeden za drugim.

 Ukazał się stary szpital w Vífilsstaðir otoczony żółknącymi trawami i kępami drzew. Przypominał opuszczoną wiejską posiadłość, może gdzieś w Szwecji - przynajmniej ja zawsze mijając to miejsce myślałem o Margit Söderholm. Dalej, za szpitalem, widać było porośnięte małymi drzewkami wzgórza, całkiem brązowe w jesiennym słońcu. Wreszcie pojawił się budynek Ikei. Nikt nie mógł pojąć, w jaki sposób uzyskali zgodę na budowę tego czegoś zaraz obok malowniczych ścieżek rezerwatu Heiðmörk. No, w każdym razie owa potworność tam przycupnęła i było już za późno, by coś z tym zrobić.

- Co za syf - powiedziałem.

- Jaki syf? - spytała przyglądając mi się.

- Ikea - odparłem.

- Nie wydaje mi się - powiedziała. - Zaparkuj jak najbliżej sklepu - dodała.

 Zaparkowałem według życzenia, blisko, w niebieskawym cieniu rzucanym przez budynek. Wysiedliśmy. I wkroczyliśmy do środka przez obrotowe drzwi. Obrotowe drzwi to już nic zabawnego. Dziś wszystko takie komputerkowo sterowane. Nawet Chaplin nie umiałby się już śmiać. W środku było niewielu klientów - mała gromadka na ruchomych schodach, wpatrzona w przestrzeń w chwili wznoszenia. Trudno było coś z ich oczu wyczytać: optymizm, myśl o jasnej przyszłości pośród szwedzkiego designu, a może o jeszcze większej pustce i beznadziei...

 Staliśmy na osobnych stopniach i patrzyliśmy w różne strony.

***

 Długo łaziliśmy po dziale z wyposażeniem salonów, rozglądając się za upragnionym przez żonę fotelem. Jak mam być szczery, za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jego wyglądu, ale nie dając niczego poznać po sobie, udawałem ogromne poszukiwawcze zaangażowanie w całym tym przeczesywaniu sklepowego wnętrza. Młody człowiek w żółtej koszulce przechodził obok i moja żona go przywołała.

- Tu był taki fotel - powiedziała.

- Jaki fotel? - spytał sklepowy asystent.

- Ten - oznajmiła wyjmując z torebki katalog i otwierając go na właściwej stronie.

- A, ten. Niestety, wyprzedane.

- Wyprzedane?

- Obawiam się, że tak.

- Wy zawsze wszystko macie wyprzedane!

- Oj, chyba nie zawsze - powiedziałem próbując jakoś załagodzić nerwową sytuację.

- A właśnie że zawsze! - powtórzyła z uporem.

- Ja może jeszcze sprawdzę - odrzekł asystent. Gdy się oddalał, odwrócił się, by jeszcze raz na nas spojrzeć, aż zawadził nogą o sofę, co jednak nie wybiło go z ucieczkowego rytmu.

 Po kwadransie nadal się nie zjawiał. W ogóle nigdzie nie było widać osoby, o której można by pomyśleć, że jest tutaj zatrudniona, i w ogóle nadzwyczaj mało ludzi odnajdywało drogę do działu z sofami, zupełnie jakby to miejsce zostało usytuowane z dala od uczęszczanych szlaków. Przez moment czułem się tak, jakbym zaplątał się do bajki Jensa Sigsgaarda.

 Klapnąłem sobie na brązową skórzaną kanapę, która wydała mi się całkiem wygodna, moja żona zaś w swej niecierpliwości cały czas stała wpatrując się w podłogę jastrzębimi oczkami.

- Zatrudniają tu samych matołów - zauważyła.

- Daj spokój, chyba trochę przesadzasz.

- W żadnym wypadku!

 Wreszcie zrezygnowaliśmy z czekania i ruszyliśmy przed siebie. Poddaliśmy się strzałkom wskazującym drogę. Na nic już nie patrzyliśmy, przy niczym nie chciało nam się zatrzymywać.

***

 W ten sposób dotarliśmy w pobliże restauracji, gdzie powitał nas zapach szwedzkich klopsików. Naraz poczułem się głodny. Zamarudziłem trochę przy wejściu patrząc do wnętrza. Było tam trochę ludzi. Kilka osób siedziało przy stolikach, inni stali przy ladzie czekając na swoje porcje klopsików, kartofli, sosu i borówkowego dżemu.

 Jesienne słońce wlało się do środka, a ja zatrzymałem wzrok na siedzącym samotnie przy stoliku koło okna mężczyźnie. Był trochę przygarbiony, miał kasztanowe włosy i drobny zarost. Miał na sobie czarny płaszcz z wywiniętym w górę kołnierzem i paskiem zwisającym niedbale aż do podłogi. W dłoniach pieścił szklankę piwa. Wpatrywał się w nią intensywnie, jakby nie chciał patrzeć na nic innego albo jakby właśnie tam, w środku, znajdowało się lustro, w którym odbijał się cały świat.

 Miałem wrażenie, że już go gdzieś widziałem, lecz nie potrafiłem go jakoś umiejscowić. Wtem mnie oświeciło.

 To był August Strindberg.

 Strindberg - ten, co ponad wszystko bał się piekła, ten, co ten lęk opisywał - skończył po śmierci tutaj, w Ikei na Islandii. To był człowiek, który utrzymywał, że Lund było piekłem na ziemi, ale niewiele wiedział o Islandii i nic o Ikei - no, w końcu ta druga wtedy jeszcze nie istniała. Widziałem, jak coraz niżej i niżej opuszczał głowę nad szklanką, jak się kurczył, osuwał, na wieki potępiony. Człowiek, który zapisał w swoim dzienniku: "Ten, kto sądzi, że świat jest cudowny, jest albo świnią albo półgłówkiem".

- Popatrz tam - powiedziałem do żony pokazując palcem wnętrze restauracji.

- Gdzie?

- Tam, pod oknem.

- Kto to jest?

- To August Strindberg.

- Czy to kierownik? - spytała bez szczególnego zainteresowania. Zaraz jednak nieco się ożywiła: - A właściwie to powinnam zamienić z nim parę słów o stanie tego sklepu.

- To jest ten pisarz - wyjaśniłem. - A właściwie to był pisarz - poprawiłem się.

- Niby ten stary?

- Tak.

 Obrzuciła mnie surowym spojrzeniem.

- Usiłujesz powiedzieć, że teraz posiadłeś zdolność widzenia duchów?

- No, jakiś czas temu widziałem "Sonatę widm".

- O czym ty mówisz?

- To jest on - powiedziałem.

 Złapała mnie za rękaw kurtki i pociągnęła w stronę obrotowych drzwi.

***

 Cień na parkingu pogłębił się, a powietrze stało się jeszcze chłodniejsze. Wsiedliśmy do samochodu. Ruszyłem niespiesznie. Myślałem, by znów włączyć radio, ale odstąpiłem od tego zamiaru.

- O, nie wrócę tu już nigdy - powiedziała szarpiąc gwałtownie za pas bezpieczeństwa.

- Nigdy nie mów nigdy - śmiało odpowiedziałem.

 W myślach powróciłem do Strindberga: siedzącego tam, przy stoliku, pozbawionego jakiejkolwiek nadziei na zbawienie, czarny pasek jego płaszcza wlokący się po podłodze niczym łańcuch, zaś szerokie klapy tegoż podobne nieco do skrzydeł - płetw morskiego diabła.

 Magicznie prezentowały się wzgórza w łagodnym świetle. Te wszystkie ścieżki, niezliczone, krzyżujące się wśród drzew. Z chęcią pospacerowałbym po nich ze Strindbergiem; wyprowadziłbym go z tego nowoczesnego piekła. Opowiedziałbym mu, że zwiedziłem kiedyś Lund i że całkiem mylił się w swej opinii.

 Ale tego nie uczyniłem.

 Nigdy nie wróciłem.

                                                              przełożył Kiljan Halldórsson

 

poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Z szybkich, małych spostrzeżeń...

 Maleńkie, malusieńkie drobiażdżki. Ale z jakąś wielką treścią...

 Przelotna wizja. Od poety i prozaika islandzkiego... Thor Vilhjálmsson... Niedawno minęła piąta rocznica jego śmierci. Pisarz islandzki urodzony w 1925 roku w Edynburgu. Kim on tam nie był... Spec od nordystyki, ale też marynarz, bibliotekarz, tłumacz, przewodnik, dziennikarz, prezes islandzkiego Związku Literatów... W literaturze nowator wyzwalający się z rezgionalizmów, kosmopolita... Autor powieści, antypowieści, opowiadań, a także wierszy... Znaczący, choć u nas raczej nieznany... 

 Taki drobiazg mi się podłożył pod oko... Dwa ślady na ziemi jakże odmiennych istot... Wiemy, jakie są marzenia tej cięższej... Jakie mogą być tej lżejszej?... Ale ślady, mimo różnic, jednakowe, delikatne i nietrwałe... Z szybkich, przelotnych wizji... ("Snöggfærðar sýnir" 1995)

THOR VILHJÁLMSSON

   Plaża

 

   ślad

   ptasiej stopy

wewnątrz śladu

   ludzkiej stopy

 

   ocean

                                 przełożył Kiljan Halldórsson

 

piątek, 15 kwietnia 2016
Uprzejmość XLI

Zrzucić to trzeba, przecież...

 Uwierzył. Jak wariat. Ale chwilę potem wariatem przestał być. Albo i w co innego owo wariactwo się przemieniło...

 Wyspa - jak miniaturka świata. Bo wszystko w niej było, na wszystko znalazło się miejsce - na pola równe, na wzniesienia, oczka wodne, lasy... I nikogo... Sama obcość. Tak jak i wszędzie indziej - bolesna myśl, od której chciałoby się uciec... Nawet i kościół pozostawał zamknięty. Tego można się było spodziewać... Nabożna biel z pustką w środku... Pewnie to przesada z tą całą wszechmocą... Zbyt dużo domów - przesada... Już Bjørnson zwracał na to uwagę. Ale to może dobre rozwiązanie - więcej modlitw niewysłuchanych...

 Olav Duun. Ukłon przed pomnikiem. Pastuszek, co udowodnił, że nigdy nie jest za późno...

 - No, oby, oby - mruknął Timo...

 Górzystości w które wdzierał się ocean... To zimne morze złe. Timo zamoczył w nim palec. Zimne morze? A wydało się takie ciepłe w dotyku, zaskakująco ciepłe. Jednak może to tylko takie wabiące oszustwo?

 - Timo jest w morzu - powiedział Timo. - I Timo jest nad morzem - uzupełnił. - Taka jednoczesność. Bezlitosna.

 Niebo oblało się krwawym rumieńcem. Blask rozproszył się gęsto w bezchmurności. Straszliwy obraz - czerń ziemi i czerwień nieba... To ta wizja niby Strindberg od Jana Grenlandzkiego. Piekło. Zimne, pełne samotności... Tęsknoty... Żeby tylko człowieka było stać...

Uroki przyrody, a w tle bezustanne myśli o pieniądzach... Jakże trudno jest umrzeć, wbrew pozorom... To się może przedłużać. Tak sobie pomyślał Timo...

 - To już jest - powiedział głośno. - Przeżywam swoją śmierć...

 Byle jak najdalej... Dawne pragnienia urzeczywistnione. To tylko malownicza pustka... Jeszcze raz Olav Duun. Czy to jego Vernick przywoływał mówiąc o miłości? Książkę porzucił w popłochu... Jak i obraz niby Strindberg, infernalny... Niewygodnie byłoby uciekać...

 - Uciekać? Przesada?

 Mosty spalone? Utracona łączność? Co to z tym Duunem? Że po co światu tyle miłości? Przecież to przez nią świat jest taki okropny!! Miłość zmienia ukochaną osobę w lalkę, ubiera ją i rozbiera, tak że w końcu przestaje być człowiekiem... Miłość - zawsze do przedmiotów...

 Byle teraz do Ølhammeren. Z nadzieją? Timo uśmiechnął się w myślach do obrazu Rainera...Czego to się człowiek może chwytać??

 Czerwone stodoły, trolle w kamień przemienione, iglaki. Wielkie uśpienia. Droga niemal pusta... Uprzejma kobieta postanowiła przez to wszystko przewieźć Tima...

 - Ma pan kogoś w Steinkjer? - zapytała, bo postanowiła pytać, ciekawska...

 - Nie.

 Starsza pani? Ciągle tyle starszych... Kiedy człowiek zaczyna dostrzegać, że i jemu czas umyka? Wszystko dzieje się tak niepostrzeżenie... Trudno cokolwiek ustalić, co się kiedy zaczyna...

 Timo nie chciał o nic pytać. Bo i po co? Ale pani zza kółka i owszem:

 - Czym się pan zajmuje?

 Człowiek - miłośnik przekleństw, winien mieć zajęcie. Wydaje się wtedy jakiś bezpieczniejszy. Lecz czy słusznie?

 Timowi nic nie przychodziło do głowy, więc wypalił, że jest poetą...

 - Doprawdy? To interesujące... To chyba musi być trudne?

 To wspaniale, gdy człowiek może się trudzić. Że sobie trud umie znaleźć... Dzięki ci, świecie!!

 Nie - poezja chyba nie jest taka trudna. Timo z powodzeniem mógłby podjąć cały ten trud ojcowski, z tym lunarnym poematem. Tworzyłby dalej, z zapałem, z wywalonym na wierzch jęzorem. Całymi dniami... O, nikt by nie orzekł o dziele: lucernam olet... Wykluczone! Przyrodo - wydajesz się taka miła, ale jak na tobie polegać? Pozbawiłaś mnie takich możliwości...

 Prawdziwy morski zaułek. U ujścia rzeki... Z górującymi nad wszystkim portowymi silosami, czy czym tam... Jakby olbrzym zgubił bagaż w świecie liliputów... Starszej pani było tu ponoć nudno... Wysadziła go za mostem, przy kościele. A sama pojechała dalej, do Levanger... Tam chyba kiedyś pastuszek Duun zmienił się w nauczyciela? Czy  świat kiedyś bardziej sprzyjał cudom?

 Zainstalował się na chwilę w hotelu... Sypialniany odkurzacz darł w siebie pieniądze...

 Koniec lata, więc pora wracać... I po wakacjach... Znalazł ludzi - jedni kończyli rozbierać karuzelę, inni pilnie zbierali śmieci, zgarniali miotłami potłuczone szkło. Mały pijacki szał, który przeszedł... Zabawa. Timo mógłby nawet popatrzeć. Ale sam bawić się nie umiał. Nie potrafił powiedzieć, skąd się to wzięło? Może brakło poważnego podejścia do życia? Nikt go tego nie nauczył? - O, ta włochata Wenera z ojcem... - pomyślał. - Któż by chciał do mnie?... No tak, kiedyś przecież się zdarzyło - zaślinione wyznania i maślane pieszczoty macierzyńskich tłuszczów... Odtrącił to wszystko z przerażeniem... Uprzejme życie - przynajmniej tutaj nie pozwoliło smutkowi się wedrzeć w jego tajemne sprawki... Radość to życiowa powaga, to życie na serio. Zabawa - ten, kto się bawi, już jest wygrany, to wielkie osiągnięcie... Ileż to trzeba poważnych umiejętności, jakimż profesjonalizmem trzeba się wykazać... Ludzie idący się bawić idą w gruncie rzeczy do jeszcze jednej ciężkiej pracy... Zabawa to najpoważniejsza rzecz na świecie...

 Naraz wszystko ucichło. Tylko w przejściu pod torami kolejowymi pozostały potłuczone lampy - widomy znak pijackiego rozbawienia i rozbudzenia... Miasto stało się opustoszałe - jakby gotowe na jakiś nowy kataklizm... Proszę, burzcie sobie - nas tu nie ma... 

 Na Kongens gate kupił książkę. Tę samą... Znów niepotrzebnie wydane pieniądze... Może lepiej trzeba było choćby tego samobójcę Bjørneboe? To przy pomocy jego słów trochę sobie chyba z niego pokpiwali, tam, w zaroślach, przy hamburgerach... Tyle było kretyńskich nadziei. Lekkomyślnych... Jaki to ból, gdy człowiek musi się do lekkomyślności przyznawać...

 Przy portowym nabrzeżu, przy żółtej, odrapanej poręczy - chlup... Wyrzucił opowieść do wody... Jak to tam Vernick pisał o wyrzucaniu książek do morza? To tak jakby zabijać ludzi... Może trochę przedobrzył, ale było, nie było, w wodę poszła myśl... Bohater tak między innymi rozstawał się z przeszłością, ze światem, do którego nie miał zamiaru powracać... Z pokładu statku wyrzucał papierowe elementy swego bagażu, wyrzucał myśli ludzkie i płynął na Islandię.

 - Zatem znów robię to samo. I dopiero po fakcie to sobie uświadamiam... Nie, już nie chcę tego. Więcej nie kupię. Choć i tak wiem dość... Wszystko kończy się zabójstwem...

 Powlókł się jeszcze do Mære i Sparbu, może by spotkać się z duchem Olvego oraz z tym przyszłym świętym, co to mordem szukał dla siebie miejsca w nowo urządzonym niebie??... Niebo... Trzeba przyspieszyć, myślał ze strachem. Choć to wszystko bez celu... - Mam może coś opowiedzieć? Ja? Ktoś jak Seebergowski popapraniec?

 Zwykły ludzki śmietnik. Na kolejowym przystanku Sparbu. Skwar spłynął z nieba. Powietrze zadrgało. Zapachniało przyjemnie torowisko. Woń zapowiadająca przygodę... Na ławce usiadł ktoś. Poszurał stopami o ziemię...

 - Ameryka. Co?

 - Ameryka?

 - Tak mi się kojarzy...

 Komu? Zjawa znikła... Timo miał wrażenie, że ujrzał samego siebie... A zatem już?

** Niby to samo - jak sznury z kolorowym praniem, te fasady pomięte... Własna ulica. Ale już jakby nie własna, obca, bo znikły oparcia...

Świat uprzejmie daje pustkę. Możesz coś w nią wlać... Często jednak z pustką przesadza...

Tylko ten grunt pod nogami. Jakże człowiek go nie chce tracić. Jak głupi... Patrzył w brudną toń. Trzeba było już w Steinkjer, zamiast tych myśli ludzkich... Albo razem z nimi, by uniknąć nieszczęścia... 

 - Kroki postawione za daleko, kroki zbędne, nierozważne... Życie często ma kłopoty z tym, by się cofnąć...

 Jaskrawe, oślepiające słońce nad Dimmuborgir. Tak jakby... Potem przeskok. Żółta szyna na betonowym brzegu... Trudno przy tej barierze zaskoczyć Rainera, a mimo to nie protestuje... Jeszcze trochę... Jakiś śmiech... Jakby ten włochaty, pajęczy Kaligula... Chce, by go objąć... Aksamitne w dotyku jądra... Plusk. Też jakieś myśli? Opowieść? Rainer z wózkiem znika - zamyka się nad nim ciemna woda...Porywa go głębina... Ktoś biegnie. Wypada uciekać... Wysportowane draby pędzą... - Widzieliście? - ktoś krzyczy... - Mamy skurwysyna! Mamy go!... Gwałtowne szarpnięcie. Stół. W pokoju. Opłacony jeszcze na trzy miesiące... Starannie przygotowane przybory... Ład, kupka nabojów z atramentem... Niedobra wróżba, chyba... Pusty papier...

Sigge umarł w porę... Czy zawsze jest tak dobrze??... Timo przetarł zaślinioną twarz i podrapał się po głowie... Narysował granatową stokrotkę...

11:25, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2016
Dusza mówiąca

 Tym razem cudzym słowem... Dobre cudze słowa. Przynajmniej jakoś blog można utrzymać przy życiu. W tych nachodzących mnie często zniechęceniach...

 Poetycznie w porze niepoetycznej, bo tak jeszcze rano... No, ale porę poetyczną zachowuję dla innych zachowań, w których komputer nie ma żadnego udziału, ani w ogóle żadna pisanina...

 Niech tu dalej małe święto Brzozowskiego. Kwietniowe...

 To mi pasuje, to moje życie z grubsza opisuje... Się mi podoba. Prawdy niesie - niestety nie całkiem wesołe...

 Zatem niech jeszcze Wincenty Korab Brzozowski... Sprzed wieku... Ale cóż tam się zmienia??

 

 Wincenty Korab Brzozowski:

 (z cyklu "Epopeja")

 III

Coraz pełniejsza gestów pożegnań jest pamięć!

Kogoś, kto przyjść powinien, każdy z nas tu czeka,

Daremna ku przyszłości jest droga daleka -

Coraz pełniejsza gestów pożegnań jest pamięć.

 

Już wkrótce słońce dojdzie do kręgu ciemności;

Ktoś kochany odchodzi, w zapomnieniu znika;

Jeszcze jedno wspomnienie w duszy się zamyka -

Znowu pochłonął słońce wielki krąg ciemności!

                                            w przekładzie Mariana Stali 

(... i z cyklu "Symbole")


XX

O, niezbadane są boże wyroki,

Czasem światłością są, a czasem nocą:

Szczęśliwi, którzy gwiazdami się złocą,

Nieszczęśni, którzy w sobie żywią mroki!

Pierwsi śpiewają wzniośle, jak Proroki,

Drugim się skrzydła zranione trzepocą 

Do oddalonych swoich gniazd, daremnie!

- Jedni i drudzy, o duszo, są we mnie...

10:33, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 kwietnia 2016
W skrócie. O kotle piekielnym z kapuchą

 W skrócie. Bo na coś innego to chyba szkoda czasu... A to zdemoralizowany krzyżykoweiec, trzęsirączki jakieś ubóstwiające... Ple ple... Krzyże ze zniczy - cudze nieszczęście przeżywane na granicy rozkoszy... Jak tak dalej pójdzie, to podarujemy sobie kiedyś takie chwile zapomnienia, że rocznice zmienią się w bachanalia. Polezą na całość trumnomiłośnicy, wampiry, straszydła, jękliwe ofiary... Ach, to kraj ludzi kochających cudze nieszczęścia. Świetnie sobie z nimi radzą. Ach, cóż za motor, jakie cudowne polityczne paliwko...

 Ludzie, zdaje się, mają taką naczelną sierotkę... Ona niestety jest tylko czarną dziurą - muszę zmartwić - wcale niespektakularną... I przeliczycie się - miłośnicy ludzkiej niedoli, pustactw i nieudacznictw, bo sami nic nie uzyskacie, a i sąsiadom, na złość wam, kury nie wyzdychają... Takim to jestem optymistą. Bo waszemu pieszczoszkowi wszystko w rękach w gówienko się przemienia.

 Czasem sobie myślę - było nie wracać. Bo nie dość że tyle nieszczęść osobistych, to jeszcze teraz ten upadek... Nie, nie, chcę sądzić, że jedynie potknięcie, nic na stałe - żadne kalectwa, tylko może kilka sińców... Tak, tak, ale zawsze z oddali byłoby śmieszniej...

 Zabawne, po latach przemian toczą się dyskusje o fundamentach, o konstytucyjnych porządkach, o trójpodziale władzy, o tym, że kobiety to nie przedmioty... Brawo! Tyle rzeczy do odkrycia...

 Okazuje się, że żyjemy w klimacie sprzyjającym jednak gniciom powolnym... Jaka jest główna nadzieja? Moja jest taka, że po przelaniu się czary goryczy, zacznie się w końcu rozliczać władzę... Mam nadzieję, że tym razem przyjdzie czas na słoną zapłatę...

 Ale póki co - rocznicowo jest. Chrzest - niby to całej Polski, co to tak z wody święconej jak diabeł z pudełka wyskoczyła - bo wcześniej przecież nic - ciemność... Chrześcijaństwo - biedactwo... Dawno już skompromitowane i rozciapkane w ludzkiej krwi i w ludzkim kale... Jeszcze jeden powód do wstydu... Święto wielkie - jak się okazuje -  dusz najciemniejszych, bluźnierców, moralnego rozkładu, obłudy, głupoty...

 Ech - i tylko koni żal...

 A bubu, a uu, a krów dojenia przecie uczyli... Uuuu...

 Piękności, cudowności, zadziwiające fizjonomie - jakby na pomieszanych planach filmowych - "Nocy żywych trupów" i "Walki o ogień"...

 Gdzie to się tak powykrzywiały te pyszczki?? Co się stało?? 

 O jej, o jej... Roboty rozkładowe... Oby to jak najkrócej, żeby jak najmniej zniszczeń... Jak to powiada Pan Bałandaszek z Witkacowskiej sztuki ONI: "Stworzyć coś jest trudną rzeczą - zorganizować upadek - czyż jest coś łatwiejszego?"

O - te łatwizny... Fmmf - pociągam nosem... No, no - ale czuć kapuchą... Przekwaszoną... Takie nasze piekiełko...

10:51, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 kwietnia 2016
Vincent de Korab. W 75 rocznicę śmierci

 Dziś taki słomiany wdowiec jestem. Za oknem melancholijna mżawka. W rzeczywistości politycznej tryumf buractwa... Głupota wpuściła do domu bandytów i oprychów... Smutno mi i pogrążam się w depresji... No cóż... Poeto, poeto, co wzywasz... Co wzywałeś w czasach ponurości okupacyjnej...

WEZWANIE

Precz z nikczemnością, co nam nasze

Ciała i dusze robaczywi!

Hańba wam, niecni, fałszem krzywi!

A wy - skandujcie wiersze wasze,

Poeci - czyści, jak płomień straszliwi!

                                   Wincenty Korab Brzozowski

Trzeciego kwietnia minęło 75 lat od śmierci poety. Zapomniany Brzozowski. Już nawet wtedy. Bo - jak powiada Marian Stala - od skandalizującego wystąpienia w krakowskim "Życiu" w roku 1899, poeta pogrążał się tylko w zbiorowej niepamięci...

 Zapomniany, choć tkwiący w legendzie, w plotce, w związku choćby z Dagny...

 Mały jest jego dorobek. Przekłady i twórczość oryginalna dają się pomieścić w jednej książce. Ale może to dość? Zbyt wielu ludzi, co w rok potrafią więcej, bez żadnej wartości...

 Brat Stanisława, o którym ja tu przed chwilą... Też odszedł w kwietniu. Czterdzieści lat później. Po życiu niezwykłym, włóczęgowskim... Paryże, Lwowy, Krakowy, Grecje, Syrie... Kelnerstwa, nauczycielstwa, nurkowania... W latach trzydziestych ubiegłego wieku przyjechał do Warszawy, by już osiąść. Prawie nikt już o tułaczu nie pamiętał. Jego niegdysiejsi przyjaciele stracili go z oczu. Żył w biedzie aż do śmierci... Choć szalała wojna, okupacja, śmierć jego była zwykła, szpitalna, z choroby... A potem jeszcze popowstaniowe pożary pożarły łatwopalne papiery...

 Ale poeta ocalał. Poeta, co to jeszcze w końcówce życia, jak pisał jego przyjaciel i tłumacz, Stanisław Pieńkowski, na zgliszczach dymiących kwiaty hodował i pośród grobów śpiewał życiu pieśni pochwalne...

 Młodopolski oryginał. W Syrii rodzony w 1877 roku. Syn Karola Brzozowskiego, ostatniego romantyka, jak o nim mówiono... Dwujęzyczny, bo miał i język ojczysty - polski, i matczyny - francuski...

 Ratunkowo nurkuję w przeszłość... Lepiej mi z nią... Zatem co - przypominamy sobie, blogołaziki, poetę z dawnych czasów?... Że wiosna, więc "Wiosna", w spolszczeniu Mariana Stali...

Wincenty Korab Brzozowski

"WIOSNA"

Więc ciągle twoje oczy liczą fiołki leśne

- Jeden, sto, potem tysiąc - daleko od dróg?

I nie pozwolisz nigdy, bym kołysać mógł

Jak na huśtawce, ciebie, pogrążoną we śnie?

 

Jesteś żywym obrazem między paletami

Ułożonymi z kwiatów - bzów i georginii,

Co świeżością park zdobią. Tam głos ludzki ginie,

Aby łkał strumień, co wciąż odbiciem nas mami.

 

Niebo błękitne, niebo kwitnie motylami;

Powiedz, krzykniemy smutkom twoim: "Z jaskółkami

Uciekajmy daleko, daleko w marzenie?"

 

Jak za ten pocałunek, co tak wzruszający,

Bo najprawdziwszy w świecie, nie dziękować słońcu,

Że Rosarium Miłości wznosi wśród pustyni!

 

***

A że legenda, że plotki, że Dagny... Więc niech i ona, co 115 lat temu zgasła, co przemknęła jak spadająca gwiazda, tragicznie, malowniczo. W poezji...

Wiersz z 1900 roku w spolszczeniu Romana Kołonieckiego:

Wincenty Korab Brzozowski

"DO PANI DAGNY PRZYBYSZEWSKIEJ"

Tchnąc lodowatym czarem zórz swojej młodości

Jawisz mi się nareszcie, za kręgiem widzenia,

I boskim swym uśmiechem - jak lochy więzienia -

Rozświetlasz życie pełne ślepej zaciekłości.

 

Patrz: słońce gasi szczątki władczej wspaniałości...

Opuść niebieski balkon pałacu milczenia,

Zejdź tu! Chcę wtopić duszę w zwierciadlane lśnienia

Oczu twych, żądnych witać tłum weselnych gości.

 

Przyjdź! Odwiedzimy wiecznie kwitnące ogrody,

Aleje, co prowadzą w marzenie i ciszę,

Gdzie głos, świadomość, zmysły tęsknią do zatraty.

 

Tam, rozmodlony, spotkam duchów korowody

I szept ich zapomnienia zaklęty posłyszę,

I zasnę błogo w fałdach twej gwiaździstej szaty.

10:49, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »