BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
niedziela, 23 kwietnia 2017
Halldór frá Laxnesi

 "Og hver veit nema að Halldór frá Laxnesi eigi eftir að verða óskabarn íslensku þjóðarinnar".

                                                                                                    Arngrímur Jónsson  

 Wiosna, wiosna. Niekoniecznie dobrze widoczna i odczuwana. Bo jeszcze ziąb, bo jeszcze tu i ówdzie śnieg... Ale wiosna być musi, bo tak to już postanowione... (Chociaż ja w tym roku chłodno jestem usposobiony, więc mógłbym tak z zimą przez cały rok - nie przeszkadza mi wiatr ani nie przeszkadzają mi niskie temperatury...)

 Z wiosną przychodzi jakieś takie wyfiokowanie, perfumy, śpiewy radosne ptasząt... Pełna gotowość na przyjęcie lata, po którego pobycie człowiek tez chętnie oddycha z ulgą, gdy może jesiennie odpocząć... A potem znów tęsknoty, odnowienia, odrodzenia...

Bardzo kochał wiosnę Laxness. Ten czas odnowy, wzrastania, radości, nadziei... Sam z wiosną przyszedł - dziś 115 rocznica jego urodzin... Przyszedł na świat w Reykjaviku, przy Laugavegur. A wychowywał się na niedalekiej od stolicy farmie Laxnes, od której wziął potem swoje nazwisko... Halldór frá Laxnesi - potem Halldór Laxness...

Ukochane dziecię narodu, ulubieniec? No tak... "Óskabarn þjóðarinnar". Jak Jón Sigurðsson - niepodległościowy działacz z dziewiętnastego wieku - ojciec islandzkiej wolności. Laxness też stał się taką narodową perełką, która to na dobre wyprowadziła literaturę islandzką z prowincjonalnych opłotków. Laxness - całkowicie lokalny, a jednocześnie światowy. Przedziwnie zmienny, z książki na książkę inny. Poważny i prześmiewczy. Pokazujący, co to patriotyzm wolny od głupich zadęć i ksenofobii... Między innymi... Choć wzbudzał czasem sprzeciwy i gorące dyskusje poprzez swoje polityczne, a także i wyznaniowe wybory (biegł od protestantyzmu przez katolicyzm po marksizm), jako noblista stał się prawdziwą dumą narodu zamieszkującego tę daleką atlantycką wyspę, Islandię...

Islandia - groza i śmiech. Zadziwiająca wytrwałość. Zapoczątkowana przez odważnych, ryzykanckich Wikingów. Północnoatlantycki eksperyment trwa. Raz z górki, raz pod górkę... Od jakiegoś czasu z Laxnessem w tle, co o huśtawkach ludzkiego życia zapisał całe tomy...

Tam - nie ma rady - natura jest blisko człowieka... Bardzo kontrastowa... Zimą wszyscy bali się w chacie - jak pisał Halldór Laxness w "Niezależnych" - "Noce dłużyły się okropnie, dnie do nocy były podobne. Człowiek żyje nadzieją wiosny, a jednocześnie nie wierzy w nią, póki wiosna nie nadejdzie. Jeden kwiatek, jeden krzyk siewki - i nagle spełnia się wszystko, na co czekałeś, do czego dążyć będziesz zawsze, do śmierci." Znów zazielenią się moczary, znów pojawią się ptaki na mokradłach, by w nich niestrudzenie brodzić (ach, ta islandzka ptaszarnia, co przybywa znad oceanicznych otchłani - cud istny!)... Może i miłość zakwitnie znów...

Matka Ziemia okręca się w swym dziwnym śnie, ku światłu, by znów się działy cuda, przypływały nowe siły... O życiu bujnym sen. W dalekich niby to niegościnnościach... Im bardziej niegościnne skrawki ziemi, tym bardziej to życie wydaje się fantastyczne - silne, uparte, radosne... Wystarczy mała sieweczka, a serce mocniej zaczyna bić...

Tak urodzinowo dziś. Laxnessowo... Tak sobie pozwoliłem porymować nieudolnie, wiosennie, w budzących się, mimo chłodu, zieleniach...

 

Halldór Laxness

"Wiosenne zwrotki"

Cóż za jasność dziś wielka,

kwiatu szczęście, rosy porannej kropelka.

O, zieleni kraino!

Ogrodzie życia, zielonego wzrastania,

daj mi moc ku dobroci, siłę dla kochania.

 

Jakże wiele w sercach radości,

na gąbce mokradeł moc skrzydlatych gości.

O, żywych stworzeń kraino!

Zwierzyniec, dom i najmniejszej ptaszyny,

ląd brata mego, cudny sen matczyny.

                                        przełożył z islandzkiego Kiljan Halldórsson

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Zakopanoptikon

Jedyny normalny i przyzwoity poniedziałek w roku... Niby normalności powinno być więcej, ale jednak tryumfuje zawsze nienormalność i potworność z nieprzyzwoitością... Bardzo to przyzwoity i normalny poniedziałek - człowiek wstaje rano i nie widzi na drodze korka, nie słyszy hałasu, nie widzi tych wszystkich zmotoryzowanych orłów tuż przed smutną metamorfozą - bo przecież większość z nich, gdy już dojedzie do roboty, przepoczwarzy się w drobiące kuropatwy (jakie szczęście, że ich dzieci tego nie widzą - inaczej trudniej byłoby spuścić im przykładne, wychowawcze manto.)

Za nami tydzień pełen wielkich dni. Wielkie piątki, czwartki... A ułożyło się tak, by całą rzecz zacząć Wielką Wampiriadą, w odróżnieniu od comiesięcznej, małej wampiriady, choć równie gorącej w swych bluźnierczych zapałach... Osobliwość, którą można by było jakoś jeszcze wzbogacić, uczynić jeśli nie dniem wolnym od pracy, to przynajmniej dniem stosownego państwowego poczęstunku - dla każdego talerz krwawej polewki z kluseczkami, względnie łycha kaszany na gorąco, z chlebkiem, dołączonym do igrzysk, do występów nekrocelebrytów. Co było czczone? Co to było? Dzień wariata, święto zinstytucjonalizowanego kretynizmu, święto hieny, dzień krzykliwy łgarstwa i durnoty z bluźnierczym pochodem? Obłęd jakiś... Dziwacznie jest, doprawdy... Ale dość o tym. Trudno się nawet z tego śmieć. Bo mamy do czynienia dziś w życiu publicznym ze zjawiskami, których już nie można skarykaturować, przerysować. Niektórzy silą się wprawdzie na satyry, nawet bardzo profesjonalne, ale jakoś tak wychodzą im z tego po prostu produkcje dokumentalne.

Przypomniałem sobie jednak o innej satyrze, stworzonej w okolicznościach, które jeszcze można było przerysować, satyrze, która mogła spocząć na drugiej szali wagi tworząc pogodną równowagę... Na myśl mi przyszła jeszcze w tym wiosennym porywie krokusowym (o, wiosna, wiosna - a tu raptem znów jakiś śnieżne dekoracje, posypki), kiedy to na szlak turystyczny pognały całe hordy ludzi... Tatrzańskie przeludnienie. To wcale nie takie nowe zjawisko, które przyjemnie obśmiał w swej książce "Zakopanoptikon" Andrzej Strug... U Struga pada deszcz, pada deszcz, do szaleństwa - w gruncie rzeczy jego ulubiona pogoda - tak w każdym razie wspominali go znajomi - "Kochał niepogodę, legendarny deszcz zakopiański, mgły i burze, lubił włóczyć się po dolinach, zazierać na szczyty, spocząć przy potoku, rozpalić watrę, łazikować tygodniami, byle patrzeć i patrzeć na ukochane góry." Ludzie z "Zakopanoptikonu" też chcieli patrzeć na góry, być w górach, tylko nie w tym uporczywym deszczu, który doprowadzał do szaleństwa... I wreszcie przyszedł ten jeden, jedyny dzień pogody, gdy całe towarzystwo turystyczne gruchnęło w góry. Także pan Lubystko, który strasznie chciał posiąść panią Ledę, czego ta mu wzbraniała przez długi czas, bo chciała do tego właśnie pogody, krajobrazu, piękna. A gdy przyszło piękno, pogoda - masz ci los - pan Lubystko pękał z pożądania i chciał do swych celów lubieżnych użyć pierwszego lepszego skrawka łona natury, pani jednak okazała się wybredna - tu nie, tam nie, a tu jeszcze wkoło coraz więcej ludzi - już się wydaje, że masz dobrą kryjówkę, a tu raptem widzisz czyjąś ciekawską głowę, albo góral w całkiem czarnych białych spodniach coś by z tobą pohandlował... Czarna rozpacz - a tu spokoju przecież trzeba, i czasu, by panią porozpinać, poodwiązywać, pouwalniać z tych wszystkich gaci - wszak to przecież jeszcze piękna epoka, kiedy to dobieranie się do pani musiało przypominać przekopywanie się przez jakiś straszliwy barłóg... Wszędzie przeszkody - turyści, górale, wreszcie student Kretyn, co rozpaczliwie zbłądził, który ostatecznie odnalazł się, ledwie dwa kroki od szosy, w postaci pozieleniałej od wilgoci zjawy.

Tłok w górach. I tłok w Zakopanem. W powieści Zakopane to jakaś potężna metropolia, tłumna, rozpolitykowana, o bogatym artystycznym życiu. Natłok... Szczególne to miejsce, szczególne to góry - napchane legendą, widziadłami, idealizującymi tęsknotami za odnową narodu. W młodopolskich czasach zrobiła się z tego zakątka oaza wolności, swobody - bez politycznych zawiłości pewnie to miejsce nigdy by się nie dorobiło legendy, ale że nas pożarli, tośmy sobie musieli tworzyć oazy, z tym wszystkim, co dla nas charakterystyczne... Wszystko jest w "Zakopanoptikonie": kłótnia, bijatyka, sejmikowanie bezustanne, wściekłe podziały, Żarliwcy i Gorliwcy, miernoty i zera moralne gotowe z klechami porządzić sobie, nawet jaja z pogrzebu...

Andrzej Strug - poważny pisarz i wielki autorytet okazał się też znakomitym satyrykiem, do czego specjalnej wagi nie przywiązywał - nie starał się o książkową publikację swej zakopiańskiej satyry i długo ten przezabawny tekst pozostawał pamiątką zawartą w czasopiśmie. Dzieło ważne - przeciwwaga dla "Nietoty" Micińskiego (powieściowego Woziwody). O ile "Nietota" to szczyt Młodej Polski Tatrzańskiej (szczyt też mający w sobie satyrę, tyle że ciężkiego, poważnego gatunku), o tyle wesoła powieść Struga jest zamknięciem tejże. Tamta rzeczywistość domagała się już tylko burleskowego ujęcia. Pyk - i nie ma balonika...

Czy wolno Polakowi się dziś śmiać? - Takim pytaniem zaczyna swą komedię Strug... Zawsze przecież, jak to u nas, jakieś ciężkie czasy, albo nasycone powagą... Śmiech jednak jest potrzebny. Czasem ratuje. Choć niekiedy bywa wyrazem bezradności...

Strug zadziałał jak filmowiec (z filmem zresztą później, już w wolnej Polsce, współpracował) - umiejętnie reżyserując ruchem postaci, tworzy przed oczami dzisiejszego czytelnika starą, przepełnioną gagami amerykańską farsę. Jest doprawdy jak w starym kinie. Fantastyczne sceny zbiorowe, walki, tragikomiczne wypadki, masy rozbujane w nieustannym sporze, uzbrojone w rzeczy najdziwaczniejsze... Wszędzie partie, partyjki, stronnictwa, sprzeczne interesy. Jedni chcą Tatr pierwotnych, inni kolei zębnicowej na Świnicę (był rzeczywiście taki osobliwy projekt), jedna pani pensjonatowa lepsza od drugiej, itd, itd... A dookoła deszcz, gnój, błota lawina pełna prehistorycznych pamiątek, zrozpaczeni letnicy, oczywiście knajpa u Płonki (powieściowego Pchełki), taternicy przez pogodę uwięzieni w mieście, zmagający się na wszelkie sposoby z kościelną wieżą (jedynie Gdysz, czyli Mariusz Zaruski, nic sobie z pogody nie robił i szedł po swoje taternickie zdobycze gdzie trzeba), kłamliwi dziennikarze i cały zestaw osobliwości artystycznych i myślicielskich... I dalej deszcz, tworzący aurę tak przygnębiającą, że aż ludzie powoli zaczęli przemieniać się w... kaczki...

Tak... Przedłużająca się zła atmosfera może dusić, zobojętniać, zmieniać ludzi w kaczki, zmieniać świat w kaczy zakątek... Dopóki nie znajdzie się jakiś budziciel - budzicielka...

Pyszna zabawa - przeuroczo obśmiana Młoda Polska... I ta dusza polska, wtedy zniewolona, ale taka jak zawsze... Zapieniona, cwaniacka, uparta; moja prawda, mojsza prawda... I straszno i śmieszno...

Zakopanoptikon. Tytuł znakomity. Zakopane, panoptikum, fotoplastikon... Szalone obrazki.

Zakopane było malutkie, choć było treściwą pigułką... Dziś już nie musimy się zbierać w pigułkowych rozmiarach, by sobie urządzać wolność... Urządzamy się na całkiem sporym obszarze. I coraz większe mam wrażenie, że urządzamy się w swej wolności na cacy... Taki Polopanoptikon - gdy się przyjrzeć... Co dać na drugą szalę?

^^^

Andrzej Strug

"Zakopanoptikon, czyli kronika 49 dni deszczowych w Zakopanem"

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989.

11:47, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017
O gwarze w krokusowym czasie

I już krokusy. I ludzi tłum. I wiosna... Choć ja się trochę jeszcze za zimą uganiałem...

Zebrało mi się na podróże. Trochę za morze. I trochę za miedzę. Daleko i blisko, w nagłej tęsknocie do udawanej bezdomności. Tu jakiś kąt, tam pokój hotelowy. Czasem chciałbym się nie zatrzymywać. Ale wracam, by się zatrzymywać, naturalnie, ja - typ obowiązkowy, i jeszcze synek troskliwy na dodatek, za nagrodę w postaci garści obelg i parsknięć... Bogowie - jak kiedyś złapię oddech, to będzie trochę późno. Już jest późno... Bym się chętnie na dobre odtargał od życia i frunął przezeń jak papierowy samolocik... Z lekkim tylko opadaniem, gdzie ładnie. No cóż, dobre jednak i opadanie z myślą o powrocie do zabagnionej codzienności z tyłu głowy...

Zatem krokusy. Te góralskie tulipanki, szafranki... Coś by trzeba było przy tej okazji po góralsku. Właśnie minęła 120 rocznica urodzin Gazdy z Kościeliska... Stanisław Nędza - Kubiniec (1897 - 1976). Sabałowy potomek, redaktor i pisarz podhalański, płodny, wybitny i zasłużony dla kultury swego regionu. Sam nie uważał się za pisarza ludowego, pisał literackim językiem, gwarę wprowadzając do twórczości dla celów artystycznej stylizacji. I tak szedł do świata, z Sabałą, Janosikami, z wierszem, prozą, z gwarą... O swej gwarze pięknie napisał:

Stanisław Nędza - Kubiniec

"Do mojej gwary"

Drzewiej... nie wiém kiedy (nie dziéń to juz ani dwa,

cas siąpawicom roków przeseł i nigda sie nie wróci...)

Dawno!

Kie jesce turniom sępie głowy rzeźbiła siwo mgła,

a Bóg łyskawicami jak smyckiem ciągnął po nik

albo hromami plucił,

kie skrzydła orłom rosły i chuć ku słonku ik brała,

a wiater holny ostrzył im pierś do lotu,

kie piérso lić dolinom śmierzciom grała,

 

urodziłaś się ty!...

Tu!...

Moja...

Miéła...

Mowo ojców i braci, i moja

                                       Gwaro podholańsko!

 

I takoś:

ostro - jak stol zbójnickiego noza,

piékno - jak zorza w świtów błysku,

cudno - jako ozwito w turniak róza,

słodko - jak dziéwce przy watrzysku.

 

Hej, moja

miéła

zalubiłek sie w tobie na śmierzć.

 

Wysłaś ku mnie z siklawic tęce,

z słonecnej mgiełki i leluje kwiatu...

Przyniós mi cie sum wiatru i sum orlik skrzydeł,

i śpiew dziéwek z polany...

Wzionek cie na ręce

i idem z tobom pokozać cie światu.

                                                     (1937)

***

Mimo wszystko - miłej wiosny, miłych Tatr, miłych krokusów i wszystkich innych wiosennych kwiatów, miłego słońca, miłej poezji...

 

15:15, kiljan.halldorsson
Link Dodaj komentarz »