BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
czwartek, 31 maja 2007
Wzdłuż południka
 I znów lato za pasem. Dni pną się do punktu, z którego znów będą się staczać ku jesieni, połykane po odrobince przez noc. Czas leci jak szalony. Leci coraz szybciej. I pewnie tak już pozostanie. Może dlatego, że wszystko już było? To, co się zdarza, nie pachnie już nowością. Są już tylko powtórki, coraz marniejsze. Na tej jednej, jedynej drodze, dawno ustalonej, z której nie da się już zejść. Do zwariowania. Jeśli mnie pamięć nie myli, to Aksel Sandemose napisał, że wszyscy na początku stoimy na biegunie, z którego ruszamy w dół. U progu wędrówki mamy pełny wybór, ale szybko musimy się decydować na zmianę południka, bowiem czym niżej się znajdujemy, tym dalej owe południki się znajdują. Jeśli się człowiek nie zreflektuje w porę, pozostaje mu już tylko beznadziejne brnięcie. Czas na zasadnicze decyzje jest ściśle określony.    Ilu ludzi reflektuje się w porę? O ilu zasadniczych decyzjach daje się powiedzieć, że były trafne? Licho wie. Ale cóż, nie ma wyjścia. Trzeba iść. Z podręcznym zestawem pocieszeń i bagażem uroków i klątw zadanych przez naturę...   Wszelkie zjawiska u swego zarania są czarujące - później jest już tylko przesada.
18:38, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 maja 2007
Sundman i Hrafnkatla

 Per Olof Sundman (1922 - 1992) - szwedzki pisarz, a także działacz i polityk (był posłem do riksdagu z ramienia partii Centrum, delegatem w Radzie Nordyckiej i członkiem Akademii Szwedzkiej) należy bez wątpienia do najciekawszych postaci w pejzażu kulturalnym swego kraju (chociaż o życiorysie mającym pewien cień, ponieważ pisarz należał w młodości do nazistowskiej Nordisk Ungdom - organizacji młodzieżowej powiązanej z ugrupowaniem Nationalsocialistiska Arbetarepartiet, o czym szeroka opinia publiczna dowiedziała się już po jego śmierci). Zadebiutował dość późno, bo w wieku 35 lat, tomem opowiadań "Myśliwi" (Jägarna). Początkowo akcję swych utworów osadzał w płn. Szwecji (Norrland), przez co uznawany był za pisarza prowincjonalistę. W kolejnych książkach, powieściach "Dochodzenie" (Undersökningen) i "Strzelec" (Skytten) zaprezentował się jako behawiorysta, który, rezygnując z psychologicznej analizy swoich bohaterów, poprzestawał na prezentacji ich działań. W swej twórczości hołdował przekonaniu, iż nie jest możliwe stwierdzenie prawdy o rzeczywistości, i jedyne, co w takiej sytuacji można uczynić, to tylko zapisywać, odtwarzać przebieg zdarzeń składających się na ową rzeczywistość. Często też swoje historie pozostawiał bez zakończenia, pozwalając w ten sposób czytelnikom snuć w wyobraźni dalszy bieg opisywanych zdarzeń. W latach sześćdziesiątych, w powieściach "Ekspedycja" (Expeditionen) i "Podróż napowietrzna pana inżyniera Andrée" (Ingenjör Andrées luftfärd) pisarz opuścił Norrlandię. Tematem pierwszej stała się afrykańska wyprawa H. M. Stanleya z lat 1887 - 89, drugiej zaś katastrofalna podróż balonem "Örnen" na Biegun Północny Augusta Salomona Andrée'go, a ich głównym problemem stało się współdziałanie ludzi w obliczu biologicznego zagrożenia. Obok wspomnianych dzieł Sundman opublikował m. in. tom opowiadań "Poszukiwacze" (Sökarana), powieść "Dwa dni, dwie noce" (Två dagar, två nätter) - małe, niepokojące arcydziełko o niepowtarzalnym klimacie... Dał się też poznać jako wspaniały reportażysta: wydał cykl reportaży o norweskich Lofotach, a z początkiem lat osiemdziesiątych światło dzienne ujrzała wspaniała relacja z ekspedycji polarnej Ymer'80 do Svalbardu ("Ocean Lodowaty" [Ishav]), w której autor wziął udział w charakterze kronikarza...

 W jego literackim dorobku jest też bardzo szczególna powieść, będąca współczesną stylizacją jednej z najświetniejszych sag o Islandczykach (Íslendinga sögur). Tą powieścią jest "Opowieść o Såmie" (Berättelsen om Såm) - jej pierwowzór zaś to "Saga o Hrafnkelu Ofiarniku Freya" (Hrafnkels saga Freysgoða), która, pisząc pokrótce, opowiada o konflikcie, jaki powstał po tym, jak Hrafnkell Hallfreðarson, człowiek o potężnych wpływach, zabił swego parobka Einara. To absurdalne zabójstwo (Einar nie zastosował się do zakazu i dosiadł raz konia Freyfaxi, na którym nikt poza Hrafnkelem nie miał prawa jeźdźić, i to sprowadziło nań zgubę) wywołało lawinę brutalnych zdarzeń i nieszczęść, bowiem ojciec Einara, nie chcąc zgodzić się na oferowane mu odszkodowanie, zażądał procesu przed sądem. Dumny Hrafnkell odmówił jednak, uznająć, że ojciec Einara nie jest dla niego równym przeciwnikiem. Ów nierówny przeciwnik postanowił jednak działać i znalazł pomoc u swego bratanka, Sáma. Sámur pozwolił wciągnąć się w konflikt i nie bez trudności doprowadził sprawę do sprawiedliwego finału, jakim było wyjęcie Hrafnkela spod prawa. Skazany nie miał wszakże zamiaru stosować się do zapadłego wyroku. W takiej sytuacji wystawiał się na niebezpieczeństwo, gdyż osoba, wobec której orzeczono wyjęcie spod prawa, mogła być bezkarnie zabita. Ale Sámur nie skorzystał z przysługującego mu prawa; używając siły, pozbawił Hrafnkela wspaniałego majątku Aðalból i okaleczonemu pozwolił ujść z życiem. Dał wiarę słowom. Nie przypuszczał, jak przykra i okrutna będzie zemsta... Ta historia zainspirowała Sundmana. Oto co sam napisał o swojej "Opowieści o Såmie":

 "Krótka islandzka saga o Ravnkelu rozgrywa się w pierwszej połowie X wieku. Spisana została w połowie wieku XIII.   Sagę tę określa się zwykle jako opowieść o upadku potężnego i zadufanego wielmoży i o tym, jak odzyskuje on swój dwór, swe posiadłości i pozycję. Takie określenie zbyt mocno wiąże sagę z Ravnkelem. Saga nie ma jednego głównego bohatera, lecz dwóch. Tym drugim jest Såm. Saga opisuje dramatyczną, nieprzejednaną i krwawą próbę sił, walkę o władzę między dwoma ludźmi o zupełnie innych charakterach, innych właściwościach. Jest to opowieść złożona, o wymogach związków krwi, o lojalności i prawie, by siłą dochodzić swych racji.   Przed wielu laty wpadłem na pomysł, by tę sagę przerobić na film telewizyjny. Udałem się w te miejsca północno-wschodniej Islandii, które są w zasadzie wymienione z nazwy. Dwa majątki Ravnkela można odnaleźć nawet na zwykłych mapach samochodowych. Dolina Ravnkelu wciąż nazywa się Hrafnkelsdalur. W jeepie i z namiotem odbywałem długie podróże po bezdrożach Islandii wewnętrznej, by w miarę możliwości najdokładniej trzymać się drogi, którą Såm i jego ludzie jechali na miejsce althingu. ---- Jasno zdałem sobie sprawę, że materiał, zawarty w sadze, w filmie trzeba przełożyć na współczesność, w przeciwnym razie istnieje zagrożenie, że to, co ponadczasowe i wieloznaczne, zginie za kulisami lśniących hełmów, okrągłych tarcz, ostrych mieczy i wspaniałych opończy. --- Zacząłem pisać scenariusz filmowy - zrodziła się z tego powieść. ---- Prastara saga jest bardzo krótka; w swym ściszeniu, lakoniczności i powściągliwości prawdziwe arcydzieło literackie. Jednak kilka razy opowiadający zatrzymuje się nad jakimś szczegółem. Dotyczy to przede wszystkim spotkania Såma z Tjostarsonami i przebiegu procesu przed althingiem. --- W mojej powieści, w mojej interpretacji tej liczącej sobie siedemset lat noweli, ustawicznie zatrzymywałem się, by uczynić opowieść bardziej szczegółową. Uważałem też za konieczne wprowadzenie nowych osób, stworzyłem je i nazwałem. Ważne to było zwłaszcza ze względu na podkreślenie roli kobiet --- W sadze istotny jest konflikt między możnymi a drobnym chłopstwem. Jest to konflikt ponadczasowy, ale jak go "przetłumaczyć" na nasze czasy? Próbowałem możliwie wyraźnie zarysować ludzi, którzy stanęli po stronie Såma.(...) --- Pradawna saga daje wyraźny obraz Ravnkela. Ważniejszy jest niewyraźny obraz jego przeciwnika. Właściwie Såm jest główną postacią opowieści. Såm jest możnym człowiekiem. Stworzył sobie na swym dworze bezpieczną, spokojną egzystencję. Jest pewien siebie a jednocześnie chwiejny. To inni wpływają na jego decyzje, zmuszają do podjęcia walki z Ravnkelem. Jedyny raz sam podejmuje decyzję, nie słucha rad innych - to sprowadza na niego nieszczęście. --- W mojej opowieści usiłowałem trzymać się w głównym zarysie sagi. Moja powieść jest interpretacją sagi. Nie wiem, czy uczyniłem przez to sagę wyraźniejszą, czy bardziej wieloznaczną. --- Powieść rozgrywa się współcześnie. Mój krajobraz jest islandzki, ale to nie jest Islandia. Skomplikowane reguły prawne, jakie grają istotną rolę w konflikcie między Ravnkelem a Såmem, realnie istniały w wolnej Islandii przed tysiącem lat. I dziś wciąż jeszcze istnieją w innych krajach, nędznie ukryte w sformułowaniach o typowym dla Zachodu charakterze. --- Jestem prowincjonalnym pisarzem. Piszę po szwedzku. Chcę swą powieścią pokazać, jak szwedzki pisarz w dzisiejszych czasach może wciąż tworzyć w prastarej nordyckiej tradycji."

 Trzeba przyznać - efekt pracy Sundmana jest zachwycający. "Opowieść o Såmie" Gorąco polecam. 

piątek, 18 maja 2007
Profesor
 Zawołany gawędziarz o śpiewnym, jak na kresowiaka przystało, głosie, erudyta, mistrz rysunku potrafiący kilkoma pociągnięciami węgla i kredy wyczarowywać urokliwe pejzaże czy architektoniczne detale, uwrażliwiający każdego na piękno codziennego krajobrazu, człowiek wielu talentów, opiekun zabytków i wspaniały nauczyciel, zachwycający i zarażający swą pasją studentów i widzów fantastycznych programów telewizyjnych, o trudnych do przecenienia zasługach, jeśli idzie o popularyzację polskich tradycji, piękna polskiego pejzażu, dawnej i nowej architektury czy, mówiąc najogólniej, naszej rodzimej kultury materialnej. Jego gawędy były zawsze najprzedniejszymi lekcjami patriotyzmu, w których nie było miejsca na bzdurny patos. Jak nikt inny umiał przekonywać, jakim wspaniałym, ważnym i bogatym elementem kultury europejskiej jest nasz kraj...  Profesor Wiktor Zin. Niestety, od wczoraj możemy o Nim mówić już tylko w czasie przeszłym. Nieubłagany czas znów zabrał nam kogoś nie do zastąpienia, o kim sądziliśmy, że będzie wśród nas wiecznie. Ogromna szkoda.
12:23, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (1) »
środa, 16 maja 2007
Gulbranssen

 Eryk od dłuższego czasu przekonywał mnie, że podróż do Oslo dobrze mi zrobi. W końcu podzieliłem jego zdanie i zapowiedziałem swój przyjazd w pierwszej połowie czerwca. Już nawet rozbudził się we mnie entuzjazm: spakuję trochę rzeczy-pomyślałem-i, jak dawniej, ruszę na tę swoją Północ, by pooglądać stare śmieci. Niestety wszystko musiałem odwołać, rozczarowując przy tym swojego towarzyskiego kuzyna. "Co się, k... dzieje"? A tam, nic takiego-to tylko pasmo cudzej udręki, mały życiowy figielek. Wydaje mi się, że coś powinienem zrobić, ale tkwię przykuty do miejsca w całkowitej bezpomysłowości. Generalnie jest ciemna sraka. I przeciągnie się ona najprawdopodobniej na całe lato, może nawet jesień. W jakiś sposób jest to interesujące, nieco, ale, biorąc pod uwagę moją już nieuleczalną bezpłodność, nie ma to żadnego znaczenia.

 Wiosna eksplodowała, zletniała nawet, pora więc na jakieś zmiany. Ponieważ nie skarżę się na nadmiar energii, ograniczę się do drobiazgów. Zrobię może jakieś małe zakupy (nowy but?, nowy łach?), obetnę włosy (tak, popadłem w niewielkie, programowe zaniedbanie, ale koniec już z pogodnymi, długowłosymi żałobami - teraz czas na łysą obojętność - przy okazji poczeszę się nieco gąbką i będzie to jakaś odmiana.) i wygrzebię coś w księgarni czy w antykwariacie... Albo nie! Dość tego zadrukowanego, odmóżdżającego papieru. Żeby do reszty zgłupieć, żeby wyprzeć z głowy nawet cień własnych myśli, żeby się otumanić, zamulić, trzeba czytać, jak najwięcej, zwłaszcza powieści i książek o książkach. Nic tak nie pustoszy jak nadmiar. Obżarstwo wiedzie najczęściej do ograniczającej otyłości, zaś nadmierna lektura zamienia głowę w napęczniały, bezwartościowy pęcherz wypchany czym popadnie albo w najlepszym wypadku czyni z człowieka stragan, budę jarmarczną, rupieciarnię z marnymi błyskotkami, bądź w durny automat wyrzucający z siebie cytaty, mogący olśnić jedynie głupców. Ale co poradzić - wszystko może przybrać charakter wielkiego żarcia. Chcąc sobie życie uczynić ciekawszym, można solidnie przesadzić i ugrzęznąć na dobre we mgle wszechstronnego poinformowania. "Czytać - jak pisał Schopenhauer - to tyle, co myśleć cudzą głową, zamiast własną. Dla naszego własnego myślenia, z którego zawsze chce się wykształcić zwarta całość, nic nie jest bardziej niekorzystne, niż zbyt wielki, skutkiem nieustannej lektury, napływ cudzych myśli; wyrastając z innego ducha, przynależąc do innego systemu, nosząc inną barwę, nigdy bowiem nie zleją się one same z siebie w jedną całość myśli, wiedzy, wglądu i przekonania, już raczej doprowadzą w umyśle do babilońskiego pomieszania języków, a ducha, który się nimi napełnił, pozbawią wszelkiej jasności i tym sposobem niemal go zdezorganizują". Najwyraźniej jednak nie wszystkim duchom dane jest życie w porządku, niektóre muszą przypominać chmurę wirującego kurzu... Chociaż,hm, niektóre- dobre sobie- wspaniała większość to takie bliżej nieokreślone zjawy, których myśli to bezładna sieczka, przepędzające życie pośród pospolitych trosk, z siłami starczającymi na to, by było na smaczne papu, wygodne lulu, kaku w atmosferze lawendowej i na hałaśliwe rozrywki potrzebne do zagłuszenia przerażającej pustki... I ja sam żywię przekonanie, że jestem zwykłym,a może nawet nie takim całkiem zwykłym, bo podprzeciętnym, bydlęciem. Miałem zawsze dużo czasu. Szarpaninę mogłem sobie darować (wszystko to wpływ szczęśliwej gwiazdy, opiekunki umiarkowanej beztroski)... Wykorzystując porównanie Tomasza Manna mogę powiedzieć, że jestem kimś na wzór ucznia, który wiedząc, że nie otrzyma promocji do następnej klasy, może się już spokojnie odprężyć, wziąć głęboki oddech i, stojąc z boku, patrzeć z pewną dozą wyniosłości na idiotyczną szarpaninę innych oraz oddawać sie przyjemnościom. Swego czasu owym przyjemnościom zacząłem oddawać się w sposób niepohamowany.

 Życie. Uporczywy dobry nastrój, właściwie zwierzęce zadowolenie powracające zawsze, nawet w chwilę po panicznej ucieczce przed zębatą bestią. Życie-pastwisko kolorowe, ciągnące się aż po horyzont. Pomysł z piekła rodem. Zostałem zaproszony na wycieczkę. Cudownie! Pierwszą klasą! Wszystko wygodne i smaczne, bo łatwe. Brawo! Dzięki składam i kłaniam się nie za głęboko! Za wszystko, za owoce mórz i lądów, za szampana, muzykę i erotyczne ćwiczenia. Dziś tak, jutro siak. Czy ubierzemy sie na żółto? Wspaniale. A może chłopiec? Tylko jeden? Dwóch, pięciu? Już lepiej. A potem sie zobaczy. Kto tak woła? To wariat. Jego opiekunowie gwałtownie sie starzeją. Interesujące, nieprawdaż? Czy tę panią bije mąż? Mógłbym zobaczyć? A tam, w oddali, co tam się tak ładnie świeci? O, to tylko wojna. I tu znów coś. To rak? Hm, ciekawe. UU, mamo, tu jestem, bezwstydnie wysoko, zamierzasz sikać przez plastikową rurkę? Brawo! Aż się w głowie kręci. Jakież drastyczne kontrasty. Nikt nie wie, po co. Pora na postój. Tak tylko na papierosa. Co sądzi pan doktor? Nie wpadać w panikę. Świetnie, nie wpadam. Czary mary. Pieniądze wychodzą ze ściany. Po dniu nadchodzi noc. Nie mam głowy do liczenia (ani do niczego innego, ona służy mi jedynie do patrzenia i słuchania, natomiast żadne procesy w niej nie zachodzą), więc nie wiem, którą była miniona, którą będzie następna. Od jakiegoś czasu, w porze świtu, patrzę, jak młode światło wydobywa z mroku przedmioty, wytężam wzrok - jeśli zobaczę w przeciwległym kącie sypialni samego siebie, będzie to znak, że wycieczka dobiega końca. Czekam na tę chwilę z radosna niecierpliwością. Czekam na koniec, lekkomyślnie bez bezpiecznych środków. Koniec życia, podwójnego, potrójnego, podziesiątnego(czy tak?). Mięso, skóra brzoskwiniowa, całe w skurczach i dreszczach, po których rozpoznaje się życie, zapakowane w papier, wtulone weń, wysysające zeń treści, nigdy, niestety, dobrze nie przetrawione. To po dziadkach jest to opakowanie. Wnuczę, dziedzicznie obciążone, nosiciel najgorszych cech rodu, drzemiących przez całe pokolenia, by się ożywić w ostatnim fajerwerku. O, it's me. Ich cudowne szkodliwe dobro(lepsze to, niż szkodliwe zło {bo szkodliwe jest wszystko - cała ziemia, cały kosmos na nas przecież dybie, żeby nas stuknąć, napromieniować, chuchnąć w twarz rakotwórczo itd}). Zamienili mnie w księcia (dziś, biedny ja, w żabę się zamieniam), rozbestwili, rozpuścili. Ze swej strony, w zamian za pieszczotliwe przemowy i wszelkie dobra, musiałem spełnić tylko dwa, a właściwie trzy warunki: trzeba mi było być nieskazitelnie czystym, musiałem traktować książki jak najświętsze relikwie i nie było mowy o grymasach nad zupą mleczną z kożuchami (ta ostatnia sprawa związana była z dziadkiem, którego wszelkie przejawy niechęci do jedzenia doprowadzały do szewskiej pasji zmieszanej z białą gorączką, tkwiło w nim bowiem bolesne wspomnienie lat wojny i pobytu w hitlerowskim obozie, gdzie wyczarowanie cebuli sprawiało nieporównywalną z niczym radość). Istniała między nami niezwykle silna więź i swoje, częste na szczęście, pobyty w ich cudownym, zawsze pełnym najprzeróżniejszych gości domu, stanowią najczarowniejsze wspomnienie. Właściwie do dziś, mimo że nie żyją już od lat, odczuwam brak ich towarzystwa. I teraz chętnie bym odwiedził tamten dom, ostatni w rodzinie tak bardzo wypełniony sredecznością, ciepłem i prwadziwym, niespiesznym życiem... Ale cóż, nic tamtych lat nie przywróci, nie odczaruje ich z przedmiotów, jakie przywędrowały pod mój dach, którymi jakoś nikt poza mną nie chciał się zainteresować, kiedy przyszło do smutnej likwidacji mieszkania po zmarłych.     Od jakiegoś czasu żyjemy w świecie, gdzie dobre jest to, co nowe, co podyktowane przez kapryśne mody. Niemal wszystko cechuje dziś nietrwałość, rzeczy, w jakie się zaopatrujemy, szybko stają się bezwartościowymi gratami zasługującymi na smietnik. Ja natomiast lubię wszystko, co stare, solidne, co potrafi oprzeć się czasowi, co w chwili wytwarzania było przewidziane na wieki. Tkwię więc pośród starodawnych ciężkich szaf, komód, kredensów, przesiaduję przy biurku, przy którym pracował mój dziadek, a godziny odmierza mi, niezbyt dokładnie, co akurat wcale mnie nie martwi, bo nikt poza mną samym nie dysponuje moim czasem, którego nie liczę skrupulatnie, stary, należący jeszcze do pradziadka, dziwnie żywotny zegar szafkowy (to wzruszające, że nakręcam go tym samym kluczem, którym robił to on, gdzies tam w zamierzchłych i jakże odmiennych czasach - stary, cudowny, wąsaty hulaka o niespożytych siłach, długowieczny ponad wszelką przyzwoitość). Wszystkie te rzeczy przesiąknięte są duchem ludzi, którzy przyczynili się do tego osobliwego, dwuznacznego "daru", jakim jest moje, rozpryśnięte na tysiąc kawałków życie. Stanowią coś trwałego, są czymś, co towarzyszy mi odkąd pamiętam:to samo nieusuwalne skrzypienie drzwiczek szafy, utrwalony w jakiś cudowny sposób zapach zwietrzałej kawy w starym, przepastnym kredensie, czarodziejskie lustro wyposażone w skrzydełka pozwalające powielać odbicie w nieskończoność, w sobie tylko znany sposób potrafiące odmładzać przeglądające się w nim oblicza. No i są książki - skarb mojej babki, jej wielka miłość (tak, obie babki były wspaniałe - jedna rozczytana i marzycielska, druga z wielkim apetytem, święta i występna zarazem, obie z kolekcjonerską żyłką: jedna zbierała makulaturę, druga porcelanę ozdobioną pstrokatymi smokami). Lwią część jej zbioru upakowałem u siebie po kątach i wzbogacam go - do niedawna w sposób nieopanowany- o kolejne pozycje. (Boję się, że któregoś dnia wpadnę z tą całą graciarnią do sąsiadki piętro niżej... A swoja drogą zastanawiam się, co się z tym pamiątkarskim składem stanie, gdy zrobi mi się kuku? Wszystko przewidziałem dla swojego małego chrześniaka - niech się modli o moją rychłą śmierć, bo gdy życie zabierze mi sporo czasu, zjem wszystko i pozostanie tylko to, co może nie wzbudzić w nim głębszego zainteresowania, czyli te właśnie, dziś raczej dodatkowe, pamiątki. Bo czy będzie go obchodziło, kim jest, skąd? Czy zdołam zainteresować go podbarwioną historią rodziny? Widzę z przykrością, że wyrasta na takiego plastikowego chwaścika. Chyba nie będzie chciał słuchać tego całego bajania, o które zawsze się dopraszałem, co dziadkowie przyjmowali z zachwytem, gotowi gawędzić do świtu. Jak długo da się zatrzymać takich w sumie zwyczajnych umarłych? Bo przecież żywi dają nieśmiertelność albo przynajmniej przedłużają, podsycają żywot innych, jeszcze trochę, poza granicami wyznaczonymi przez dwie daty. Czy uda się to w tym wypadku? Trudno powiedzieć).         Z wielką czułością wspominam wieczory, kiedy to babka snuła swoje opowieści i te zmyślone, i te z życia, z czasów przedwojennych, okupacyjnych i późniejszych, albo gdy rozprawialiśmy o przeczytanych baśniach. Jej wielką miłością była Północ - zaraziła mnie nia absolutnie i stała się  ona później niemal jedynym kierunkiem moich podróży, a przez pewien czas (krótki wprawdzie, ale zawsze) miejscem zamieszkania. Nie mogło więc zabraknąć w naszej przygodzie wielkich nazwisk z tamtego obszaru: Andersena, Selmy Lagerlöf, Topeliusa... I tak to poszło. Północ przywarła do mnie. Ta bliższa, ale także ta najdalsza, do szaleństwa zmrożona- przy okazji znalazło się i miejsce dla najdalszego Południa, równie mroźnego, co miało związek z moimi dziecinnymi marzeniami o byciu polarnikiem. Rozczytywałem się w książkach Centkiewiczów o tych wszystkich Anarukach, Odarpich oraz Barentsach, Franklinach, Hudsonach, Nansenach, Pearych, Nordenskjöldach, pożerałem wielki jak pustak tom - dziennik tragicznej wyprawy Scotta, książki Amundsena, Freuchena... Wszystkim tym rzeczom wiele zawdzięczam, mimo że nie stałem się polarnikiem (chociaż Arktykę odwiedziłem - jako rozchichotany turysta)- bowiem stały się one niejako bramą do podróży znacznie głębszych od opisów bohaterskich dokonań zdobywców i usuwaczy białych plam. Dopadła mnie prawdziwa czytelnicza gorączka, takie wielkie żarcie. Grzebałem, gdzie się tylko dało, w poszukiwaniu zwłaszcza tego, co północne, skandynawskie. Niezliczone stronice przemknęły mi przed oczami, za pośrednictwem których odbywałem dalekie wędrówki poprzez wieki. Rozmawiałem z duchami, a właściwie przysłuchiwałem się tem, co chciały mi przekazać. Wykradałem dużo, zbyt dużo czasu nie zawsze zjawiskowej codzienności, by jak najwięcej obcować z czymś doskonalszym, o wiele ciekawszym, bardziej wytwornie skomponowanych od prawdziwego życia, i by poznawać ludzi w o wiele przyjemniejszy sposób, bez niepotrzebnych uciążliwości i wymagań. Ileż nazwisk się przewinęło: Johan Bojer, Johan Borgen, Torborg Nedreaas, Tarjei Vesaas, Sigurd Hoel, Sigrid Undset, Halldór Laxness, Bjørnstjerne Bjørnson, Alexander Kielland, Jonas Lie, Øivind Bolstad, Olav Duun, Knut Hamsun, August Strindberg, Väinö Linna... Można by tak wymieniać ad infinitum. Potworna mieszanka klimatów, losów, wizji. Wiele rzeczy umknęło w tym natłoku. I właściwie jedyne, co pozostało w pamięci to nastroje, na fali których zresztą, w swej naturze istoty ciążącej ku bezmyślności, lubiłem zawsze pływać. Słysząc tytuł jakiejś dawno temu przeczytanej książki, od razu udaje mi sie przywołać jej atmosferę, wyobrażone miejsca, a nawet twarze oraz, co mnie trochę zadziwia, okoliczności, w jakich oddawałem się lekturze - nieco gorzej jest z problematyką. Niektóre z tych wspomnień cechuje ogromna wyrazistość, podobna do tej, jaka towarzyszy jakimś przełomowym, głęboko tkwiącym w pamięci zdarzeniom... Kiedyś, gdy przepoczwarzałem się dopiero w bezsensownego mola książkowego, natknąłem się na dzieło szczególne: wielką i jedyną powieść pewnego norweskiego przedsiębiorcy z branży tytoniowej, parającego się także dziennikarstwem sportowym. Ów człowiek pisząc tę przesyconą romantyzmem książkę, spełnił w ten sposób marzenie o byciu autorem, powieściopisarzem. Rezultat jego wysiłków okazał się zupełnie bajeczny, bowiem przyniósł mu ogromną sławę i popularność. Stworzone przezeń dzieło doczekało się przekładów na kilkadziesiąt języków i trafiło do rąk milionów, milionów czytelników. I po dziś dzień, choć od jego powstania upłynęło już siedem dekad, pozostaje chętnie wznawianym utworem, więcej- jest w czołówce najpoczytniejszych książek wszechczasów.      Pamiętam doskonale urocze lato spędzane z babką w Beskidach. Gościliśmy w domu jej przyjaciółki- sympatycznym miejscu, szczęśliwie wolnym od nużących rówieśników (zastanawiam się czy młodzieńcza skłonność do towarzystwa osób starszych stanowi typowy rys jedynaków, czy jednak jest tylko pojawiającym się tu i ówdzie wybrykiem, odstępstwem od normy?), mogłem więc swobodnie, bez niepotrzenych zakłóceń wędrować po lesistej okolicy, snuć mgławicowe myśli, zagapiać się i popadać w jakieś bezimienne tęsknoty, wieczorami zaś zasiadać na werandzie, by czytać przy zwabiającej ćmy lampie. To właśnie wtedy- po raz pierwszy i jak dotąd ostatni- przeczytałem ową piękną, poruszającą, pełną fascynujących opisów norweskiej przyrody opowieść o rodzie z Bjørndal. Jej tytuł: "A lasy wiecznie śpiewają", autor: Trygve Gulbranssen. Wielkie, obszerne i rozkosznie, od zawsze staromodne dzieło, zabierające czytelnika w sentymentalną podróż na norweską wieś, hen, daleko, do początków XIX wieku. Dzisiaj nie pamiętam już zbyt wiele z opisanych tam zdarzeń, pozostał jednak po owej wyprawie, zupełnie niesłychanej, niezatarty ślad - smak i nastrój oraz wpisane w pamięć wyczarowane wówczas obrazy. No i klimat wakacyjnych wieczornych seansów czytelniczych... Letnie, lipcowe, wonne noce, szepczące drzewa, jakieś odległe szczekanie psa i przybywający z ciemności skrzydlaci goście zwabieni światłem lampy. Niby nic, a jednak coś na wzór najwspanialszego snu, do którego zawsze chętnie się wraca.    Czasem mnie kusi, by wrócić do tej powieści, tym bardziej, że jakis czas temu kupiłem w antykwariacie dobrze utrzymane, czarujące jej przedwojenne wydanie. Ale może wstrzymam się jeszcze...    Warto polecić innym tę książkę, bo chyba każdego potrafi ona zachwycić. To niezapomniane przeżycie. I nic dziwnego, że podbiła serca ludzi na całym świecie. Niektórzy tylko ubolewają, że jest ona głównym "winowajcą" odpowiedzialnym za dość mylne wyobrażenie o lit. norw., jakie tu czy tam jeszcze pokutuje w umysłach, które ktoś streścił w kilku słowach: taushet, snø, kulde og mørke grantrær (milczenie, śnieg, chłód i mroczne świerkowe lasy)...       www.trygvegulbranssen.no

16:19, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »