BRUDNO W PIS Y - ŻYCIE, LITERATURA, MUZYKA, SKANDYNAWIA
Archiwum
counter
RSS
sobota, 31 maja 2008
W oczekiwaniu

 No i tak sobie w tę słoneczną sobotę grzebię... W oczekiwaniu... Były dzisiaj plany, żeby się kopnąć na wieś, do koleżanki, ale kochasia porwały mi z domu sprawy zawodowe... Dzwonił, że będzie dopiero gdzieś koło piątej... A zatem trudno... Nic się jednak nie dzieje - przybędziemy spóźnieni, na drobny odpoczynek i małą wyżerkę...

 Myślałem, żeby, skoro już mam luz, coś popisać kontynuując poprzednią notkę, ale wstrzymam się do przyszłego tygodnia, bo teraz jakoś nie bardzo mi się chce - pewnie dlatego, że za oknem panuje taka sliczna pogoda...

 Jutro Dzień Dziecka. O, to moje święto! Choć jestem już duży i nie mam już mamy, to przecież...

 A czego można życzyć dzisiejszym dzieciom - tym małym i średnim, żyjącym w świecie gadżetów... Może tego, by ich świata nie wypełniała emocjonalna pustka...

 A na okrasę dzisiejszego wpisu piosenka, śliczna, piwniczna... O miłości i tych małych cudach, jakie potrafi wyczarowywać, których święto już jutro... "Zbudzisz się przy mnie". Muzyka Jan Kanty - Pawluśkiewicz, słowa Włodzimierz Dulemba. Śpiew: Beata Rybotycka i Grzegorz Turnau...

15:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 maja 2008
Echa i cienie

"Oslo, Oslo

Du er liten til å være så stor

Oslo, Oslo

Og jeg liker deg bedre enn du tror"*

 Doprawdy nie wiem czy zdołam dokonać jakiegoś sensownego i w miarę uporządkowanego wpisu... Wprawdzie porządek, przynajmniej jeśli idzie o blogowanie, nigdy specjalnie nie zaprzątał mojej głowy, ale teraz rozbudzenie stosownego zmysłu byłoby zaiste wielce pożądane, aby przy jego pomocy ułożyć w strawną całość mającą narodzić się notkę... Tyle wrażeń, tyle nastrojów, tak wiele wypowiedzianych słów i cała ta przeogromna przyjemność wiążąca się z moim intensywnym - tak, tak chyba mogę powiedzieć - choć niezwykle krótkim pobytem w Oslo - i wszystko to układa mi pod czaszką dość chaotyczną mozaikę, zespół barwnych plam przepełniony najprzeróżniejszymi odcieniami... Długo odkładana na bok wycieczka. Długo odkładane spotkanie z miejscem i, z wielu powodów ważnym dla mnie człowiekiem doszło wreszcie do skutku... ----- Czas... Dni... Godziny...---------- Życie zawiera w sobie niekiedy długie okresy monotonii, co sprawia, że czas niewiarygodnie się kurczy, bywa też jednak tak, że dni i miesiące - zawsze przecież jednakowej długości, podzielone na godziny, które z taką samą, bez względu na okoliczności, surowością odmierzają nam skrupulatne zegary, wydłużają się niejako, rozrastają w naszym odczuciu do niesłychanych wręcz rozmiarów, jeśli tylko dany nam czas zajmują sprawy z takich czy innych powodów ważne, doniosłe, dobre czy złe... Ostatnie lata, a szczególnie ostatnie misiące, przepełnione tragizmem, niesłychanie wymagające i stanowiące dla mnie ciężką próbę, dobitnie ukazały mi, jak niejasne są w gruncie rzeczy liczby, jeśli zastosować je do naszego życia. Kilka godzin, kilka miesięcy, ledwie kilka lat... Kilka - a zatem niewiele - gdy jednak weźmie się pod uwagę, jak owo kilka potrafi być pojemne, człowiek z łatwością, bez skrępowania może czas reprezentowany zaledwie przez szczyptę piasku z jego klepsydry określić mianem zarezerwowanym dla okresów nawet grubo przekraczających jeden ludzki żywot. Niewiarygodnie, przez swą potworność, długi był ten bolesny, ciągle tak nieodległy wycinek czasu, mojego czasu... I też długi był ten okruch, jaki poświęciłem na wyjazd, chociaż minął jak z bicza trzasnął... To w istocie niezwykłe - w monotonii miewamy wrażenie, że czas się dłuży, gdy jednak spojrzymy wstecz, dziwimy się, że tak szybko, tak niepostrzeżenie wyrwaliśmy już tak wiele kartek z kalendarza; co innego, gdy dzieje się nazbyt wiele - wtedy czas zdaje się śmigać: dopiero było rano, już jest wieczór, dopiero przyjechaliśmy, a już trzeba zbierać się do powrotu - ale jedno spojrzenie przez ramię, jeden pobieżny przegląd minionych zdarzeń i doznań ukazuje, jak szalenie bogaty potrafi być taki czasowy drobiazg, zupełnie niedostrzegany w jednostajności, i wówczas chętnie, miast: już tyle dni minęło, mówimy: ledwie trzy, cztery dni upłynęły, dopiero tydzień... ----------- Czasem jest tak, że całe epoki możemy pomieścić w jednym rozdziale, napomknąć o tym i owym, streścić coś w paru słowach, wiadomo wszakże, iż niekiedy jeden dzień może stanowić obfity materiał na grubą księgę, tak że przeżycie go może zabrać w rezultacie czas o wiele dłuższy niż ten wypełniający jedną dobę... Jeden dzień zawarty w powieści. Znamy to naturalnie - choćby Ulisses Joyce'a czy przecudne Putkinotko Joela Lehtonena... Ja oczywiście powieści o dniu - czy ściślej -  o kilku, jedynie kilku dniach nie napiszę, bo na to specjalnej ochoty nie mam, ale być może starczy materiału na kilka notek w blogu, chociaż będzie to trudne zadanie (co mam jednak zrobić, skoro pewien misio chce czytać coś więcej niż tylko moje komentarze!!:-)), bowiem głęboko osobisty charakter przeżyć, przeżyć nawiązujących zresztą do zdarzeń i różnorakich doznań z przeszłości, wymagałby szerokiego komentarza, wikłania się w rzeczy zupełnie obce dla osób postronnych, pozostanie więc mi zapewne tylko jedna droga, droga słownych plam, być może mało czytelnych, z odrobiną, bo ja wiem - historii, napomknień o literaturze, bo i ona odgrywa tu pewną rolę, a zatem z tym wszystkim, co wiąże się z moim prywatnym doświadczeniem pt.: "Norwegia"...---------------- A zatem ruszyłem się na moment z pewnej monotonii, przyjętej - dodam od razu - z wielką ulgą, bo mówiąc monotonia, nie stawiam bynajmniej nikomu ani niczemu zarzutu, gdyż ten stan jest dla mnie czymś od dawna upragnionym. Zwyczajność - choć dla wielu pod tym naszym niebem zaludnionym rozlicznymi bóstwami przebranymi za świętych taki termin w odniesieniu do życia, jakie prowadzę, jest z pewnością tęgim nadużyciem - jednak ta zwyczajność, nabierająca solidnej krzepy, zbawienna, można powiedzieć - mieszczańska, stanowi dla mnie dużą wartość...---- Zwykła regularność, powtarzalność, wcale nie męcząca - pobudka, śniadanie, codzienne zajęcia, kolacja, pogaduchy, szczypta kultury - wysokiej i niskiej, i do tego erotyczne ćwiczenia, do których bardzo się przykładamy (No i cóż, tu jest ta niezwyczajnść, ten piach drażniący wiele cudzuch oczu - świństwo straszliwe, zepsucie... {Tak, tak, piszę o zwyczajności, codzienności, ale jest w tym coś, co jednak wzbudza we mnie lekki niepokój - wszak wcielanie się w pierwiastek baśniowy w życiu Franka, który z kolei w moje życie potrafi niekiedy wpleść elementy sensacyjne, nie może być przeze mnie bagatelizowane - muszę się pilnować, trzymać rękę na pulsie, kontrolować się, by nie przesadzić i dlatego codziennie dokładnie oglądam swoje ciało w lustrze celem sprawdzenia czy przypadkiem nie wyrastają mi skrzydła, czy uszy nie robią mi się spiczaste, czy stopy nie przemieniają się z wolna w kopytka albo czy memu ogonkowi z jego rozczulającą hydrauliką nie wyrasta w jakimś innym miejscu konkurencja...}) - wszystko to zostało na chwilkę porzucone, by zwrócić się raz jeszcze ku dziwacznej przeszłości... Skoczyłem na momencik do stolicy przedziwnej krainy, wielkiego krajobrazowego parku, co zwie się "północną drogą". Norwegia - jak pisał Przybyszewski - najtragiczniejszy kraj Europy, kraj, w którym przychodzi taki czas, kiedy wieczory nie miewają końca a świty początku... Norwegia - kraj wiecznych cieni, "co przypomina dawno już zapadłe światy", stworzony według recepty, jaką zdradził nam niegdyś Ksawery Pruszyński: "Weź Atlantyku i Golfsztromu, i wiatru, i gór, i strumieni spływających po granicie; obłóż to świerkami i brzozami, i machami; dmuchnij w to lekko historią, a silnie legendą i sagą, wetrzyj Wikingów i Grymhildy, i czary, i mogiły, i noce białe, i chłód... Zapraw protestantyzmem i spokojem, przetkaj jasnowłosymi chłopcami i smukłymi dziewczynami o wystających kościach policzkowych..." Norwegia... Są tacy, co twierdzą, że jest tworem zazdrosnego Diabła... Jestem skłonny dawać temu wiarę, ale o tym już następnym razem, bo dziś czasu mało...

*z Oslosangen Larsa Lillo Stenberga

14:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 maja 2008
Dłubanie niedzielne

 Cisza i spokój. Po małej balandze. Wreszcie padło na nas. Bo do tej pory to myśmy gdzieś łazili, a teraz z owego gdzieś zleźli się do nas. Wpadło wczoraj kilka osób, by troszkę wypić, pogadać i ogołocić lodówkę. Przyszła też Anka, wreszcie... Wszyscy mają dziś tak mało czasu. Jesteśmy doprawdy bezwzględnie okradani... Najpierw nie chciała przeszkadzać... Dobre sobie, najżyczliwszy duch miałby przeszkadzać... I nie ma przeszkód - zawsze możemy pogadać... Tak że towarzystwo dobrze się bawiło, my zaś urwaliśmy się na dłużej, żeby posiedzieć na kuchennym stole, podyndać nogami i po przyjacielsku się poprzytulać... Nie ma rady, spełniam czasem rolę uważnego słuchacza... To czasem jest uciążliwe, ale cóż, wielu ludzi, znanych mi i nieznanych, z jakichś tam powodów uznaje, że wyśmienicie nadaję się na odbiorcę ich wynurzeń, słucham więc rozmaitych opowiastek i, prawdę mówiąc, ciąży mi gdzies tam z boku głowy solidny materiał na kilka kiepskich powieści... (W zasadzie najcieplej wspominam opowiadacza, jakiego spotkałem przed laty jeszcze na starym lotnisku Fornebu w Oslo. Był upalny dzień, męczący, i żeby już się nie plątać po mieście, pojechałem na lotnisko, skąd miałem poszybować dalej, na Islandię. Było jeszcze sporo czasu, tak że klapnąłem sobie na krzesełku w głównym hallu i oddałem się bezmyślnemu kartkowaniu jakiejś książki. W pewnym momencie przysiadł się do mnie facet, kompletnie niedopasowany do otoczenia. Ostatni, cuchnący menel w dziurawych dżinsach, starych adidasach i grubej koszuli z flaneli. Jego wyziewy były powalające. Przerażający dysonans. I smutna myśl - do mnie nawet w takich miejscach przyklejają się tego rodzaju ludzie. Z jakiego powodu...? Facet chciał wiedzieć skąd przybyłem. Uprzejmie więc go poinformowałem. Zazgrzytało. Powodem tego zgrzytu było lekkie nieporozumienie - zamiast Poland, zrozumiał Holland. Najwyraźniej nie lubił Holendrów. Gdy jednak wyjaśniliśmy tę kwestię, zrobił się bardzo przyjacielski. Początkowo rozmawialiśmy po angielsku i szalenie mnie to wkurwiało, bo angielszczyzna tego obszarpańca była po prostu znakomita, w przeciwieństwie do mojej... Później było już jednak znacznie lepiej, bo gadatliwy rozmówca przeszedł na norweski... I muszę powiedzieć, że warto było znosić jego przykry zapach, bo uraczył mnie ten osobliwy człowiek najfantastyczniejszą opowieścią, jaką kiedykolwiek usłyszałem. W mistrzowski sposób pobudził moją wyobraźnię. Słuchałem go z otwartymi ustami, zafascynowany... Pilnie wsłuchiwałem się w jego głos i od czasu do czasu uśmiechałem się, marszczyłem czoło, przytakiwałem, kręciłem głową z niedowierzaniem i - co ciekawe - nie wzbudzałem żadnych podejrzeń, żadnych wątpliwości co do stanu mojego umysłu. W tajemniczy sposób trafiałem ze swoimi reakcjami... Moja bezbłędność połączona z cierpliwością bez wątpienia sprawiła mu przynoszącą ulgę przyjemność... W tamtym czasie jeszcze w ogóle nie kumałem norweskiego... ) Ech, siostrzyczka Adriana cała w kłopotach... Rozbudziły się sprawy sercowe, nagły atak uczucia, poniewczasie, do kogoś, od kogo wieje dziś chłodem... Zadziwiającymi i niezwykle kętymi drogami chodzi ludzkie serce... Czuje się rozbita, zbolała, coś przetrąciło kark jej dumie... I cóż powiedzieć, cóż poradzić... A ja sam się jej radziłem... Tyle że było łatwiej... Szaleństwo... Niemal prosiłem ją o błogosławieństwo... Miałem idiotyczne poczucie, że postępuję nielojalnie, ale dała mi do zrozumienia, że nie mogę pieprzyć sobie życia, że nie mogę, nie powinienem ranić samego siebie, potęgować bólu... I idąc za wołaniem czułem zbawienną lekkość... Franek. Za pozwoleniem... Też bym chciał, żeby jej się wyklarowało... A tu kłopoty i kłopoty... I córeczka daje w kość... Jak to jest, że ona tylko w moim towarzystwie zamienia się w anioła? Doprawdy, to dziecko wręcz mnie krępuje... Sam nie rozumiem swojego wpływu na dzieciarnię... Nie przepadam za dziećmi, a one mimo wszystko się mnie czepiają... Oszaleć można... A tak swoją drogą, choć niekiedy świadomość, że dzieci mieć nie będę, kłuje mnie nieco, brak potomstwa w pewien sposób mnie jednak uszczęśliwia... Gdybym miał dziecko, chyba umarłbym ze strachu o nie... To taki ciężar, taka odpowiedzialność... Jakże by trzeba było być ostrożnym, aby tego nowego życia nie zepsuć, nie zniszczyć przez lekkomyślność, przez własne, wewnętrzne niedociągnięcia, skrzywienia... I potem posyłać je w świat, prosto w tę kolonię karną... Do szkoły na przykład... Fuj - chyba nigdy, po swoich doświadczeniach, nie nabiorę do niej przesadnego szacunku... Kiedy sam przechodziłem przez edukacyjny magiel miałem nieodparte i narastające z czasem poczucie, że jacyś dziwni ludzie uparli się, by pograć ze mną w gumy i zrobić ze mnie chama... Dziwaczny świat... Ciągle myślę, że zasługujemy na coś lepszego... Cywilizowany człowiek - sika do porcelany i nie wyrzuca śmieci na podwórko, tylko kawałek dalej...

 I co jeszcze w dzisiejszym, niemrawym wpisie... Może drobny kwestionariusz. To chyba się nazywa Kwestionariusz Prousta. Misio się zabawi:

1)GŁÓWNA CECHA MEGO CHARAKTERU - Naiwność. Choć mogę też powiedzieć - rozwaga, bo to w sumie na jedno wychodzi.

2)CECHY, KTÓRYCH SZUKAM U MĘŻCZYZNY - Łeb na karku, wytrwałość, humor.

3)CECHY, KTÓRYCH SZUKAM U KOBIET - Hm... Łatwiej będzie powiedzieć, jakich kobiet nie szukam. Nie życzę sobie w swoim otoczeniu kobiet wulgarnych.

4)CENIĘ U PRZYJACIÓŁ - Urodę. Wszystko jedno czego - ciała, ducha...

5)MOJA GŁÓWNA WADA - Nie wiem, nie wiem. Jestem jedną wielką wadą, ale za to czarującą.

6)MOJE ULUBIONE ZAJĘCIA - Jedzenie, obłapka, patrzenie przed siebie, patrzenie w górę.

7)MOJE MARZENIE O SZCZĘŚCIU - Co? Już jest OK. Jakieś dodatkowe marzenia byłyby bezczelnością.

8)CO WZBUDZA WE MNIE OBSESYJNY LĘK - Że natknę się na kogoś z krwotokiem. Boję się też przeraźliwie ważek.

9)CO BYŁOBY DLA MNIE NAJWIĘKSZYM NIESZCZĘŚCIEM - Gdybym musiał jeszcze raz się narodzić.

10)KIM LUB CZYM CHCIAŁBYM BYĆ, GDYBYM NIE BYŁ TYM, KIM JESTEM - Absolutnie nie chcę być nikim ani niczym innym!

11)KIEDY KŁAMIĘ - Kiedy trzeba.

12)SŁOWA, KTÓRYCH NADUŻYWAM - Czarujący, olśniewający, zachwycający, cudowny, cudny, malowniczy, wyśmienity, rozkoszny...

13)ULUBIENI BOHATEROWIE LITERACCY - Izak z Sellanrå, Glahn (Hamsun); Castorp, Józef (T. Mann); Viktor Käppärä (Tikkanen); Hlynur Björn (Hallgrimur Helgason); Jón Hreggviðsson, Snæfriður, pastor Primus (Laxness); Birck, Glas (Söderberg); Arvid Falk (Strindberg); Łohoyski (Witkacy); Mateusz (Vesaas); Barabasz (Lagerkvist); Gunnar z Hlíðarendi (Njála); lord Wotton (Wilde); Lyhne (J. P. Jacobsen); Barnum (Christensen); Saville (Storey) i mnóstwo innych...

14)ULUBIENI BOHATEROWIE ŻYCIA CODZIENNEGO - Franek.

15)CZEGO NIE CIERPIĘ PONAD WSZYSTKO - Wulgarności i braku wyobraźni.

16)DAR NATURY, KTÓRY CHCIAŁBYM POSIADAĆ - Nie chcę żadnych dodatkowych "darów"! Bardzo dziękuję!

17)JAK CHCIAŁBYM UMRZEĆ - Nagle.

18)OBECNY STAN MOJEGO UMYSŁU - Lekkie zamglenie.

19)BŁĘDY, KTÓRE NAJŁATWIEJ WYBACZAM - Jestem w stanie wszystko wybaczyć. Jeśli oczywiście zostanę poproszony. Sobie wybaczam wszystko. Od pewnego czasu. Bo nie chcę paść od epidemii zdrowego rozsądku :)

15:31, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »
środa, 14 maja 2008
Brudnowpis w BRUDNO W PIS ACH, ty w mordę...

 Tak, tak, wiosna rozgościła się na dobre i miasto zapuściło swój motorek. Praca wokół wre, co słychać, widać i niestety także czuć. Co słychać? Przede wszystkim spalinowe kosy. Aj, aj, jaka to wygoda i nowoczesność - tyle że można od tego wszystkiego najzwyczajniej w świecie oszaleć! (Mam wrażenie, że gdybym był kurą, przestałbym się w takich okolicznościach nieść i dostałbym pypcia - ale że kurą nie jestem, dla odmiany, właśnie zacznę chyba się nieść, i to na kwadratowo, oraz, powiedzmy, załatwiać swe potrzeby w zupełnie przypadkowych miejscach). Doprawdy, jak widzę faceta koszącego trawnik wielkości boiska futbolowego sprzętem nadającym się raczej do przydomowego ogródka, mam ochotę go po prostu obić!---- A co widać? Rozbrajający, majtkowy róż opanowujący z wolna ściany na klatce schodowej. Co zaś czuć? Czuć ten cholerny róż, przeraźliwie czuć! Ekipa paćka właśnie cuchnącą farbą lamperię (też pomysł)... Choć powiedzieć, że robi to ekipa, to pewna przesada, albowiem rzecz cała odbywa się według nieśmiertelnego schematu - jeden maże po ścianie, trzech ćmi papierochy i filozofuje... Tak więc znowu mam smrodliwe inhalacje, tak jak w zeszłym roku, kiedy wpadłem na pomysł, by pomalować drzwi w mieszkaniu, trochę tak za sprawą sąsiada, któremu po remoncie zostało sporo farby. Podarował mi ów sąsiad tę farbę, jak się pochwalił - kradzioną- bo cóż miała się marnować. Farbę kradzioną i nienajlepszego gatunku - śmierdzącą (pewnie jej zapach w jakiś tajemny sposób spotęgował fakt podprowadzenia, tak żeby niecny użytkownik troszkę jednak odpokutował za swój czyn). No, ale niemiła woń w końcu się ulotniła i już miałem nadzieję, ze powtórka z tego rodzaju aromatyzowanej rozrywki się nie zdarzy, przeliczyłem sie jednak. Musze się sąsiada zapytać czy przypadkiem nie tej właśnie ekipie malarskiej podpierniczył był tamtą smrodliwą farbę.

 Dziś pojawił się u mnie z lekka bojowy nastrój... Choć nie, nie, nie przebudziłem się rano podkurwiony, bo też i nie mam ostatnio powodów, by tak zaraz uruchamiać w sobie te stany wojownicze - wszak o świtaniu, gdy otwieram oczy, witają mnie moje zwierzaki, za oknem kwilą ptaszęta, obok zaś, z niezmienną radością, która sprawia, że każdy mój dzień nosi w sobie coś świątecznego, znajduję tę moją lekko kosmatą pociechę (oh, Heaven, I'm in Heaven)... Do licha, czegóż chcieć więcej! Oscar Wilde powiedział raz: kwiaty, książki i księżyc - któż nie byłby szczęśliwy mając to wszystko! Istotnie - wymienione zjawiska tworzą zestaw potrafiący uszczęśliwić... Naturalnie Wilde'a uszczęśliwiło to chwilowo, bo jakże to pozytywnie kontrastowało z więzieniem w Reading, czegoś wszakże brakowało i na dłuższą metę owe cuda okazały się niewystarczające, tak że życie poczęła tłamsić wkrótce ennui... Nam się lepiej poukładało, bowiem obok księżyców, książek i kwiatów mamy także siebie - a do tego jeszcze zaopatrzony barek, ciepłą wodę, żarełko i zadaszenie... Jak to zauważył Jens Bjørneboe: Szczęśliwy ten, kto ma mieszkanie... A gdy jeszcze jest pełne życia, paplaniny, szczekania i zapachów (odmiennych, naturalnie, od tych, z jakimi za sprawą malarzy się zmagam)... Kiedyś tam, gdy tak się ta cała historia powoli zaczynała rozkręcać, Franek powiedział mi, że u mnie jakoś tak fajnie pachnie życiem. Zaciekawiło mnie to spostrzeżenie. Bo czułem się wtedy bardziej jak trup, zupełnie udręczony, trup ziejący jadem, który jednak swego grobowca nie zdołał wypełnić trupim zaduchem. To było pocieszające. I zwyciężyło w końcu życie. Z zapachem żarcia, pasty do podłogi, starych mebli czy nieśmiertelną, celowo przeze mnie podtrzymywaną aromatyczną nutą w postaci woni zwietrzałej kawy dobywającej się z leciwego kredensu pamiętającego chyba jeszcze czasy Franciszka Józefa (być może taki zapach nie należy do najwykwintniejszych, dla mnie jednak jest czymś najdroższym - ale to temat na inną opowieść...). No i tak się złożywło, że w symfonię aromatów wplątała się jeszcze dodatkowa melodyjka: jego rzeczy, kosmetyki, ciało i wszystko to całkiem ładnie i zgrabnie się zgrywa, współbrzmi z całą resztą.... ---- Kto rano wstaje, ten zapierdala po bułki. Ponieważ to ja odgrywam rolę rannego ptaszka, zatem i ja po te bułki zapierdalam. Zdecydowanie nie jestem wyznawcą Morfeusza - tak już jakoś jestem skonstruowany, że nie potrzebuję zbyt wiele snu (śpię średnio 5 godzin na dobę). Inaczej jest z Frankiem - ten jest klasycznym śpiochem, który, gdy już uda się go dobudzić (ach, to budzenie ostatnio nie jest takie proste, bo Niedźwiedź dzielnie pilnuje swego nowego kumpla i gdy tylko się zbliżam, śle mi ostrzegawcze uśmiechy i wydaje bardzo zniechęcające dźwięki), wygląda bardzo pociesznie - ot, człowiek, który spadł na ziemię, niezmiernie tym faktem zaskoczony i chyba też nie do końca pewny swego pochodzenia...---- Ech, kurde, Misio zrobił się taki nadskakujący... Do diabła - lubię mu robić śniadanka, na szczęście nie do łóżka... Krzątam się, a ten urządza sobie somnambuliczne spacery, drapie się po tyłku, potem prycha i gulgocze w łazience i wreszcie pojawia się, całkiem już świadomy tego, co się wokół dzieje... Bardzo to wszystko jest sympatyczne... Pożywiamy się i na dobry początek snujemy kompletnie idiotyczne rozmówki z lekka tylko oplecione sprawami praktycznymi, które czasem nas tak wciągają, że kusi nas, by darować sobie wszystko, całe to włażenie w podziemie życia, jakie tworzą codzienne zajęcia i obowiązki, sięgnąć po butelkę wina, puścić muzykę i trwać tak przy śniadaniu aż do kolacji... Na szczęście jednak zwycięża resztka zdrowego rozsądku, jaka w nas się jeszcze tli... I dziś też było bardzo miło i zabawnie... Nastrój zmienił się dopiero, gdy wróciłem do domu koło południa, by przyjąć gościa sprawdzającego szczelność instalacji gazowej... Ale sobie ulżyłem! Przyszedł facio ze swoją aparaturką, nie powiedział nawet dzień dobry i niemal depcząc po mnie podążył do kuchni... Tam wszystko okazało się szczelne... Potem przyszła kolej na łazienkę... Wtedy gość przemówił... -E! Chodź no pan tu! Poszedłem! O ty, kurwa, w mordę, sturba twoja zborsuczona suka! Wszedłem do łazienki i ujrzałem gnoja stojącego w butach w mojej wannie. - Ma pan jakiś problem? -Kto panu piecyk montował? - A co, nie jest szczelny, coś się z jakiejś rurki ulatnia? Nie, wszystko było w porządku. - To o co chodzi? Jak się tu wprowadziłem, to piecyk już był. Myślałem, że nie zdzierżę - pajac zaczął się coś wymądrzać  o sposobach montowania piecyków i stał nadal, jakby nigdy nic, w wannie... Nie wytrzymałem. - Skończyłeś człowieku? - Co?  - Jajco! Stoisz, kurwa, butami w mojej wannie. - I co się stało? To se pan umyje. - Żebym ciebie tu zaraz nie umył. Zabieraj się! Skurwiel zaczął mi się stawiać, wymyślać, kiedy podpisywałem mu papier. Pierdzielony gnój. Ma szczęście, że go tylko wystawiłem za drzwi, a nie wypuściłem z sypialni Niedźwiedzia...

 I co jeszcze. Moja mama ciągle działa. Ma pośredników. Wczoraj wyjąłem ze skrzynki list. Na kopercie widniała pieczątka poradni opieki paliatywnej. Najpierw pomyślałem sobie o najgorszym, bo listy z pieczątkami z reguły są nieprzyjemne. "Cholera, podliczyli mnie? Mam coś zapłacić?" W środku znalazłem jednak coś innego - list podpisany przez szczerze mi oddanego doktora, który opiekował się w ostatnich tygodniach moją mamą. W delikatnych słowach wyrażono mi głębokie współczucie z powodu straty oraz nadzieję, że list ten w żaden sposób nie zakłóca mojej żałoby... Tak sobie, cholera, pomyślałem... Jak wygląda ta moja żałoba? Naturalnie wracają do mnie tamte przeżycia, czasem pojawiają się łzy, ale żyję jednak zupełnie normalnie, nie stronię od rozrywek, od radości, śmiechu... I nie noszę czarnych rzeczy... Nie wiem do końca, jakiego rodzaju jest moja uczuciowość - jest z pewnością rozbuchana, ale może dość płytka? Tak szybko się regeneruję. A może to wpływ poglądu na życie, który nie pozostawia najmniejszych złudzeń. Biorę wszystko takim, jakie jest... Lekarze i pani psycholog próbowali początkowo rozmawiać ze mną jak z dzieckiem, przed którym niemal wstydliwie ukrywa się potworną prawdę o życiu, szybko jednak zrezygnowali z tego, bo nie potrzebuję nigdy żadnych parawanów... Ale tak na wszelki wypadek skierowali do mnie w liście pytanie czy nie jest mi potrzebna jakaś pomoc, jakieś wsparcie... Przysłali mi nawet zaadresowaną kopertę, bym umieścił w nim swoją odpowiedź... Hm... Jeśli odpowiem, to tylko w formie podziękowania za wszystko, ale pomoc... Nie wiem, jak inni, czy potrzebują powrotów do miejsca dramatu... Nie, gdybym miał znów się tam pojawiać... To dopiero byłoby przykre... Najlepsze psychologiczne wsparcie może dać ktoś, kogo kochamy... I ten ktoś nie musi posiadać książkowej wiedzy... Takie wsparcie, aby było skuteczne, może przyjść w rozbudowującej się relacji, którą jednak lepiej tworzyć nie z kimś w białym fartuszku... (Tak, poprzednim razem nikt mi pomocy nie oferował...)

 Zostało jeszcze trochę czasu do wyjazdu... Hm... Muszę powiedzieć, że mam lekką tremę. Jak ujrzę wszystko już z drugiej strony przepaści? A jednak, jednak czasem tęsknię za dołem, zwłaszcza gdy istnieją widoki na dół raczej pogodny... Początkowo miałem tam jechać bez powiadamiania kogokolwiek, ale ostatecznie pchnąłem maila do kuzyna... Wreszcie się zobaczymy. No i poznam tę jego pogankę! Kuzyn bardzo się ucieszył. I ja też się w sumie cieszę. Nie ukrywam, że także z darmowego noclegu.---- No, a skoro już zahaczam o Norwegię, to może przeniosę się na chwilkę do prowincji Nord - Trøndelag. To moje ukochane strony, trochę powiązane z moim życiem, o pejzażu łagodnym, mniej dramatycznym od oszałamiających fiordów... Szersze perspektywy, lasy, wzgórza, pola, cudowny spokój, łosie i wody Trondheimsfjordu otoczone przyjazną krainą... Bogactwo rozmaitych przeżyć (ech, drogi P., gdybyś wiedział...), o których już może nie będę się teraz rozpisywał, bo dość już naklepałem... Tego roku do Trøndelagu się nie zapuszczę i może to nawet lepiej, bo pewne rzeczy muszą się chyba jeszcze trochę odleżeć... Wracam jednak myślą do tamtych stron z powodu pewnego artysty z Inderøy, z miejsca, z którym czuję się szczególnie związany, które jest mi szczególnie bliskie. Spodobały mi się jego akwarele, także zdjęcia... Te tajemnicze, mroczne horyzonty... Jak ktoś by był ciekaw, to może sobie kliknąć: Morten W. Gjul.

16:35, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (11) »
sobota, 10 maja 2008
Grzeczny Misio

 Misio dziś jest sam. Relaksuje się od rana i nie zamierza się już nigdzie w ten sobotni dzień ruszać. Misio wstał dziś o świcie, poszedł na spacerek z kundlami, potem pożegnał się ładnie z Franiem, bo Franio udał się do swojej mamy... Wprawdzie nie bardzo mu się chciało jechać, ale obiecał, więc... Sam go zresztą przekonywałem, że nie powinien zaniedbywać kontaktów z najbliższymi... Tak więc Franio się oddalił, ja zaś wskoczyłem na rower i zrobiłem sobie malutką wycieczkę poranną... Wspaniały był to moment na taką przejażdżkę - bezchmurne niebo, cudowna widoczność, krystaliczne powietrze (teraz już nie jest tak ładnie, zachmurzyło się i spłynął chłód)... A potem, w drodze powrotnej zahaczyłem o sklepik, gdzie zrobiłem zakupy... Wzięło mnie dziś na botwinkę! Uhhh - ugotowałem caaaały gar. I nażarłem się już jak diabli, tak więc teraz mogę sobie beztrosko poleniuchować... I poklepać na blogu... A potem pewnie sięgnę po książeczkę albo pogapię się wreszcie w telewizor, bo już dawno tego nie robiłem...

 I co jeszcze... Wczoraj Franio, to stworzenie o pytającym spojrzeniu urządziło mi małą scenę... Poszło o drobiazg, wydawać by się mogło, o drobiazg... Wpadliśmy wieczorem do mojego znajomego, do Kamila... (Nooo, nareszcie się udało starego Chuja naciągnąć na spotkanie... -- Ten Chuj to oczywiście ja. - I on do ciebie tak per chuju? - pytała jego żona... No, tak wychodzi... Tak mnie ten Kutas nazywa, co jest oczywiście bardzo miłe, bo być chujem dla Klamila, to tyle samo, co być jego przyjacielem... Bo tak to już Kamil ma. Byle kogo chujem nie nazwie! ---- Z Kamilem to nie przelewki. W jego towarzystwie można się wykończyć ze śmiechu. A jego talent do opowiadania jest wprost powalający. Można go słuchać całymi dniami. ----Ach, jak się ożywił, kiedym mu zakomunikował, że wkrótce skaczę do Norwegii... Tęsknotka mała się obudziła... No, i trzymam go za słowo - kiedyś musi przyjść ten moment, że się znów na dorsza wybierzemy... Ale w tym roku Kamil się nie wyrobi, bo ma ostatnio strasznie dużo spraw na głowie... I jeszcze chce nowy dom zbudować...------Oczywiście znowu wypłynęły nasze wariackie norweskie wspominki i westchnienia typu: to były czasy... O jednym tylko nie mówiliśmy, bo pewnie byśmy nawet nie umieli o tym rozprawiać... Jestem mu wdzięczny za jedną szczególną rzecz, o przeżycie, które nie mieści się w żadnych słowach... Chyba już pisałem kiedyś o pewnej przechadzce wieczornej, tuż przed moim wyjazdem... Niby nic takiego, kompletnie nic... Mała wędrówka w ciszy, zdumiewający moment, zaskakujący spokój, nienazwane odczucia... Chwila nie do zapomnienia, jak ta z drogi E - 6... Czasem mnie ciekawi, czy on to pamięta... Czym było to dla jego wrażliwości? Pewnie nigdy go o to nie zapytam, bo nie wiedziałbym, jak to zrobić... W każdym razie byłem tym drobiazgiem bardzo poruszony... To był wyjątkowy wycinek czasu w tamtej płaczliwej, przepojonej lękami, sytuacji... Tamten obrazek często wraca w mej pamięci... Tak, wychodzi na to, że najgłębsze przeżycia, najwznioślejsze doznania zaskakują nas w zdumiewająco niepozornych momentach... ) Ja byłem dość grzeczny, bo coś mnie ostatnio nie ciągnie do alkoholu, tak więc, żeby jednak dopasować się do towarzystwa, wysączyłem tylko kieliszek koniaku, Franuś zaś z resztą pokrzepiał się piwem... No i tak się Franuś pokrzepił, że kiedyśmy szli już sobie do domu, coś się w nim obudziło, na łzawą nutę... Przetrawił sobie pewien komunikat i... poszło! O w sumie głupią sprawę... Kiedyś podczas jakiejś naszej rozmowy powiedziałem, że na czas mego krótkiego pobytu w Oslo mogę umieścić psy u swego staruszka, gdyby Franek miał jakieś wyjazdowe plany... Ale Franek powiedział, że żadnych planów nie ma - a zatem OK... Jednak... Jednak... Ach, ty, niepewności! A by cię tak! Zaczął krążyć wokół w moim przekonaniu zamkniętej sprawy... Bo może ja mu nie ufam... A przecież... Bo czy one nie są już NASZE?... A ja jestem dlań wszystkim... Zapewniłem go, że wszystko jest nasze, a on sam dla mnie wszystkim... Bo on sobie tak pomyślał... O Jezu! Ten świeczki w oczach, ja zaś niemal powalony na kolana, wyrzucający z siebie zdania już zalatujące landrynką... Uffff... Zimne poty mnie oblewały... Zadziwiające to było.

 I tak. Potarmosiłem Frania za te jego cienkie, rozkoszne włoski i odprawiłem na weekend do matki, a ja się pobawię w domowe rozmemłanie. I jak już sobie poklepię na blogu, to wyprowadzę psiarnię, a potem lekturka... Chyba dziś odstawię Manna i jego "Głowy", zamienione zresztą, daruję sobie też Askildsena, mimo że go bardzo lubię i zacznę czytać coś, co zarzuciłem dokładnie w 1993 roku... -- Jakiś czas temu, po wielu, wielu latach, wróciłem do Witkacego. (Aj, pamiętam te licealne czasy, kiedy odkrywałem jego twórczość, przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ta epoka pierwszych zachłyśnięć wszystkim tym, co wreszcie mogło ukazywać się bez cenzorskich ingerencji... Wtedy też, obok Witkacego, zacząłem czytać Strindberga, którego pisarstwo i legenda zresztą do dziś mi towarzyszą... Pamiętam, jak wiele wspólnego między tymi piszącymi panami odkrywałem {ucieszyłem się potem bardzo, kiedy czytając znakomitą pracę Lecha Sokoła "Witkacy i Strindberg: dalecy i bliscy" odnajdywałem podobne spostrzeżenia...}). I muszę powiedzieć, że ta odświeżona znajomość szalenie mnie zaciekawia. Szczególnie obcowanie z jego dramaturgią. Ale przyszedł teraz czas na rzecz odrzuconą kiedyś. Na powieść "Jedyne wyjście". Zacząłem ją czytać piętnaście lat temu, ale jakoś nie mogłem wtedy przebrnąć przez ten jego urobek, czy, jak chciała Anna Micińska - upisek... Wtedy miałem poczucie, że obcowałem z okropnym gniotem... I być może teraz też będę miał takie poczucie... Witkacy, ten osobliwy geniusz, zły geniusz - w tym sensie zły, że cokolwiek robił, robił po prostu źle, co jednak specjalną wadą nie jest, bo owo "źle" stanowi o wielkim uroku i niepowtarzalności, pisząc "Jedyne wyjście" daleki był od formy. Pisało mu się już bardzo trudno, o czym świadczą jego relacje. To już była końcówka. To już był talent "wyprztykany". Ale chyba się jednak uprę i "zaliczę" tę filozoficzną powieść, taką powieść, jaką chciał czytać Witkacy i jaką, z tego właśnie powodu, postanowił napisać... Zobaczymy, co wyniknie z tej przygody czytelniczej, po tym powrocie po piętnastu latach... ---------- No, a jak sobie Misio poczyta trochę, to sobie potem grzecznie popatrzy w telewizor... Widzę, że dziś wieczorem Dwójka daje "Jackie Brown" Quentina Tarantino. Z chęcią po raz piąty obejrzę ten film, bo to mój ulubiony obrazek tego reżysera... -Tak, dziś Misio będzie domowym i grzecznym Misiem. Bez kochasia.----- A z kolei jutro Misio będzie troszkę biedny, bo się musi nieco udzielić towarzysko. Nie bardzo się chce Misiowi, ale czasem jest tak, że liczą na niego...

15:53, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (2) »
środa, 07 maja 2008
Leo i Aubrey (Duży Książę)

 Straszne lenistwo mnie ogarnęło. Albo inaczej, mam ochotę coś zrobić, ale akurat nie zajmując się tym, co mam do zrobienia, co powinienem zrobić... Byłem już w parku na długiej przechadzce, zjadłem potem szybki, troszkę może zbyt wczesny obiad i znów znalazłem się w domu, włączyłem komputer - no i właśnie, zamiast się skupić na poważnych sprawach, postanowiłem, by jednak w dalszym ciągu pozostać człowiekiem czynu, żeby choć Franek, który ma dziś jeden z tych swoich ciężkich dni (ach, po nich zawsze przychodzą ciężkie wieczory, które domagają się rozładowania, co stanowi zawsze próbę dla naszej pomysłowości) nie pozostawał taki osamotniony w swych trudach... A zatem poudaję nieco, że coś robię, tym bardziej, że to, co odwalone, może troszkę sobie poczekać... I może uda mi się przy okazji pokonać drobną przeszkodę, którą mogę określić w ten sposób: żywcemniemamoczymjużpisaćnatympieprzonymblogu, bo..., bo jest tak milutko, przyjemnie, nic szczególnego się nie dzieje, wszystko jakoś się układa, opada na właściwe miejsce, życie biegnie swym rytmem, a gdy jest wolne, jeździmy na wycieczki - ot, taka sobie przyjemna codzienność z chwilowymi jedynie zachmurzeniami i wyładowaniami, które są nieuniknione... I cóż jeszcze - podatki zapłacone, światło, gaz takoż... Jutro idę po rower, który, jak się okazało, wymagał naprawy... O czym więc pisać? O polityce? Do pieprzenia o polityce nakłania mnie Franek (który się trochę naśmiewa z moich monarchistycznych tęsknot) i parę innych osób, więc można sobie darować te głupstwa... O obejrzanych filmach czy przeczytanych książkach? Filmy są do oglądania, książki do czytania, ale żeby o nich ględzić nadmiernie...  Zresztą ja zazwyczaj szybko, co w sumie mnie ogromnie cieszy, zapominam, co obejrzałem i co przeczytałem... A zatem? Prezentować swoją rzeczywistość wchodząc w nią głębiej? To już byłaby przesada... Pozostaje w takich okolicznościach jedyna deska ratunku - jeśli temu zdychającemu blogowi chcę podarować jeszcze trochę życia, nie pozostaje mi nic innego, tylko zająć się troszkę Dużym Księciem, przyszłość którego jest mi zupełnie nieznana... Może dzisiaj uda się coś popchnąć do przodu, albo podreptać trochę w miejscu...

 Niektórym życie nie pozwala na zbyt wiele... Tak, tak to jest na tym świecie... Ludzie przypominają trochę takie unoszone wiatrem nasiona. Są w gruncie rzeczy takimi zabawkami w rękach beztroskiego żywiołu, który, dogadany z przypadkiem, rozsiewa te zabawki-nasionka gdzie popadnie. I tak szczęściarza skieruje na drogę wiodącą wprost na dobre i żyzne pole, pechowca zaś zasieje w skalnej szczelinie... Leo właśnie dostał się do takiej szczeliny i wszystko, co otrzymał, to jedynie garstka lichej gleby, garstka wystarczająca do tego, by się w niej tak na słowo honoru zakorzenić, wypuścić kilka lichych listków i tkwić przez czas jakiś w przeklętej bylejakości. Gdyby choć był jak ten porost, mech albo pierwsza lepsza trawka, co się gdziekolwiek urodzić może, a i tak zawsze sobie życie jednako chwalić będzie, Leo do innego jednak należał gatunku, bardziej wymagającego, tak więc, z braku odpowiednich warunków, po kilku beznadziejnych próbach, by mimo wszystko uczynić coś, co choćby w najmniejszym stopniu spełniło jego nadzieje i tęsknoty, popadł w rezygnację i zastygł w swym skarleniu, traktując go jako widoczną konieczność, i trzeba dodać, że owa rezygnacja z czasem nabrała swoistej pogody i przekształciła się w kojące poczucie wyższości. Wyobraźnia spisała się znakomicie, bowiem to, czym karmiły się kiedyś jego marzenia, uznane zostało za przeżyte, intensywnie, aż do przesytu, który to spowodował rozbudzenie się palącej potrzeby odwrotu w zacisze, w spokój, potrzeby życia w cichym kącie, ot choćby w rodzinnej Nasturcjowej Dolinie, jak nieoficjalnie nazywano niewielką miejscowość, w której spotkaliśmy też urodziwego Aubreya i Księcia... ------ Trzeba może wyjaśnić tym, którzy nie byli nigdy w tamtych okolicach, skąd wzięła się ta malownicza nazwa... Otóż był sobie kiedyś taki zwariowany król, imienia jego niestety sobie w tej chwili nie przypominam, bo raz mam słabą pamięć do imion, dwa - niezbyt dobrze znam historię kraju, który razem z czytelnikami odwiedzam (chociaż Książę mógłby być odmiennego zdania, ale nie miejsce tu może na rozwodzenie się nad zawikłaniami, od jakich roją się nasze wzajemne, problematyczne relacje), co jednak niezbyt jest istotne, ważne tylko, że pamiętam o jego wielkim, można powiedzieć - ogrodniczym zakochaniu... Razu pewnego król wybrał się z wizytą do jakiegoś tam niesłychanego królestwa, co samo w sobie może aż tak niesłychane nie było, bo rzecz działa się w czasach, gdy królestwa spotykało się na każdym kroku i wszystkie były w sumie niesłychane, łącznie z tym, którym władał nasz król o zapomnianym przeze mnie imieniu. Wizyta na pewnie zaprzyjaźnionym dworze musiała być szalenie miła, skoro król przywiózł ze sobą pamiątkę, od której po pewnym czasie jego poddani zaczęli dostawać mdłości... Czymże była ta pamiątka, którą władca tak hojnie obdarował cały swój naród? Otóż król w ogrodzie swego amfitriona napotkał kwiat, o jakim nigdy nie słyszano w jego kraju. Tak, wydawać się to może trochę niezwykłe, ale istniało kiedyś królestwo, w którym nikt nie słyszał o... nasturcjach, tych przeuroczych roślinkach, jakże wdzięcznych i ozdobnych... Z całą pewnością król w jakichś wyszukanych, godnych majestatu słowach wyraził swój zachwyt (ponoć nie tyle zresztą zachwyciły go same kwiaty, ile niezwykłe liście, na których powierzchni krople wody zachowują się jak kulki rtęci, co zupełnie oczarowało monarchę {Ach, jakie to ucieszne! - miał ponoć zawołać}) i natychmiast zapragnął, by i w jego państwie rozkwitały te zabawne rośliny. I stało się wedle jego życzenia. W rok po wizycie do wszystkich portów królestwa przybiły statki wypełnione nasturcjowymi nasionami. Wkrótce cały kraj, na mocy królewskiego rozkazu, zażółcił się aż do przesady. Wszyscy, wszyscy, którzy dysponowali choćby najlichszym skrawkiem ziemi, byli zobowiązani do prowadzenia żądanych upraw i nie trzeba chyba dodawać, że po kilku latach ludność była już na skraju obłędu. Wszyscy mieli dość żółtego koloru, a on nieustępliwie wdzierał się w ich życie i nawet zima, w której spodziewać się należy wytchnienia, nie przynosiła takiegoż, bowiem ludziom po letnim przeżółceniu zdawało się, że nawet śnieg jest żółty! Ale nie tylko ludzie cierpieli - także zwierzęta były tym wszystkim zmęczone- szczególnie owady coraz chętniej tłoczyły się w miejscach, gdzie mogły odnależć trochę fioletu, bieli, czerwieni... A król chciał więcej i więcej nasturcji, tak że w pewnym momencie zabrakło miejsca na inne uprawy, co zaczęło grozić klęską głodu... Wreszcie jednak rozprawiono się z problemem zdecydowanie, stanowczo i, niestety, krwawo, ale gdy nie ma innego wyjścia... Król zjechał raz do miejscowości, w której spotykamy dziś Leo i Aubreya, a tam czekała na niego straszliwa zasadzka... Nie będę wdawał się w opisy tego okrutnego czynu, powiem tylko, że nieszczęsny król, nim skonał, zapłakał gorzko, bo żal było mu się rozstawać z obsianym nasturcjami światem... I komuś zrobiło się nawet żal... Ech, może to nie był taki zły król, tylko taki trochę zwariowany... Tak, tak, z pewnością przesadził... -W sumie szkoda chłopa... - E, co to za chłop, tylko kwiatki i kwiatki... - Ale jednak trochę szkoda - ktoś się upierał... Po śmierci króla kraj wyraźnie odetchnął - znikły nasturcje, ptaki zaczęły chętniej śpiewać, ludzie przyjaźniejszym okiem popatrzyli na jajecznicę, zimą śnieg już się im nie żółcił... I tylko w jednym miejscu te umiłowane kwiaty władcy nadal utrzymały swą dominującą pozycję... Król został pospiesznie pochowany w miejscu swej śmierci, na przykościelnym cmentarzu, bowiem ci źli i mniej wyrozumiali stwierdzili, że za te wszystkie żółte krzywdy nie należą mu się jakieś przesadne kościelne ceregiele i kosztowne marmury... -Ziemna mogiłka w sam raz dla takiego wariata... A następnego roku zdarzyło się coś niesłychanego, oto bowiem na mogiłce pojawiły się nasturcje, piękne, dorodne... Jedni wołali, że to cud jakiś... Inni byli bardziej sceptyczni i uważali, że jakiś dowcipniś je tam posiał... Jak to jednak bywa, najczęściej opinia o tajemniczym cudzie bierze górę, co w gruncie rzeczy jest takie miłe, czarujące i wzruszające... Wkrótce mieszkańcy coraz chętniej wysiewać zaczęli te kwiaty w swoich ogródkach. Tak na pamiątkę i może w nadziei, że tym gestem zjednają sobie jakieś tajemne siły... I tak zrodziła się Nasturcjowa Dolina, w której wiele, wiele lat później przyszli na świat Leo i Aubrey, którymi, z braku czasu, już dziś się nie zajmę... Tak więc do następnego razu... :)))

15:06, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 maja 2008
Maj

 To co, skoro  już mi się przydarzyło to nieszczęsne blogowanie, warto może (może warto... warto?) zacisnąć zęby i, korzystając z luzu, rzucić kilka pospiesznych zdań... Cóż za obowiązkowy stwór się ze mnie zrobił... Doprawdy, to się staje wręcz interesujące, jak każda zresztą rzecz mająca w sobie coś z choroby... ----------Pierwszego maja uczestniczyłem w czymś na kształt seansu spirytystycznego - w towarzystwie upiorów jeszcze obleczonych ciałem, w alkoholowo - tytoniowych oparach, wywoływałem upiora, którego śmierć już z cielesnej powłoki rozpakowała... Znajomi mojej mamy, którzy nazywają siebie jej przyjaciółmi, zorganizowali coś w rodzaju stypy, takiej troche spóźnionej, ale jak się okazało, ten późniejszy termin był po prostu dostosowaniem się do moich czasowych możliwości... Och, Boże drogi, z jakichś powodów uznali wszyscy, że jestem niezbędny, że moja obecność jest konieczna, by całe święto stało się czymś pełnym i sensownym... Jestem ponoć taki fantastyczny... I jednocześnie taki podobny - słowem najlepsze medium, przez które mogła przemawiać ich zmarła, malownicza ulubienica... Jestem tak samo uroczo złośliwy, ironiczny, a przy tym dystyngowany... Cała mamusia, mamusia, która zdaje się postanowiła nie próżnować i snuć się za mną razem ze swoją konfraternią... Ach, błagań było tyle, że w końcu uległem... Imprezę wypełniły wspominki, pełne śmiechu, pojawiła się też łezka kochasia mamci (cholera, jakoś nie chce uczynić samobójczego gestu, a tak się odgrażał, próbował szantażować los, i co?) i ostro polała się wóda... Nie za bardzo mi się to wszystko podobało, bowiem bohaterka, ta ich wielka nieobecna, co weszła ledwie pod naskórek ich rzeczywistości, jest kimś zupełnie odmiennym od osoby, którą ja znałem, z którą przez lata się męczyłem, chociaż może przygnębiające echa, jakie się podczas imprezy we mnie oddzywały, łagodziło wspomnienie pokrywające się z ich pobieżnymi wyobrażeniami, wspomnienie dobrej kumpelki, żywiołowej, gotowej na wesołe saturnalie, z którą, tak na użytek publiczności, odgrywaliśmy czasami role doskonałych przyjaciół nie mających między sobą żadnych tajemnic, żadnych barier, co w wielu budziło zazdrość... Ach, mieć takiego syna!... Boże drogi, w jakąż dumę wprawiały mamcię te wszystkie rozrywkowe, towarzyskie głupstwa, te "światowe" talenty, ta cała komedia... Aż zgrzytam zębami... No i tak, ta cała przeszłość będzie się mnie jakoś trzymać... Cholera, jeszcze w przypływie jakiejś pieprzonej dobroduszności zobowiązałem się do opieki nad mieszkaniem pewnej parki, która planuje w sierpniu trzytygodniowy wyjazd... Gdyby to nie sprawiło kłopotu, tak podlać kwiatki, nakarmić rybki... Mnie mogą spokojnie powierzyć klucze... Taki syn, takiej przyjaciółki... Ach, jaki jestem łaskawy... Dobra, dobra, nie ma problemu... I do tego dochodzi kochaś i nasza drobna współpraca, w jaką pozwoliłem się wmanewrować (oj, ten mój nieznośny brak asertywności, który mnie czasem tak okropnie gniewa - doprady, muszę nad sobą jeszcze popracować!!) ------I tak, duch mamy, przynajmniej częściowo, został wywołany, duch, który pobudził trochę do śmiechu (choć w tym pobudzaniu gorzałka odegrała rolę, sądzę, niepoślednią, gorzałka, która, to już smutniejsza strona całej zabawy, wyjątkowo mi zaszkodziła)... Wróciłem do domu dość wcześnie i byłem nawet tak miły, że wyszedłem ponoć z psami na spacer... Hm, no właśnie - piszę: ponoć... Straszna rzecz - nie pamiętam jak dotarłem do domu i co robiłem później... Franek się troszkę gniewa i smuci, kiedy wybywam na jakieś papojki... Tak było też ostatnio- rano drobne wyrzuty, głos pełen troski i czegś tam jeszcze nieokreślonego, co potrafi wprawić człowieka w niejakie zawstydzenie... Zrelacjonował mi wcale nieburzliwe wypadki... Przyszedłem... Lekki kiwaczek mówiący jednak całkiem do rzeczy... Psy, uradowane, choć podobno były wcześniej na spacerze, pobiegły za mną na dwór... A po powrocie... Rozebrałem się, żeby znowu się odziać - w świeże ciuchy, po czym runąłem na fotel, na którym obudziłem się o świcie... - Obawiam się... - Tak, rano wyraził obawę, że moje rzucone niedbale na podłogę ubranie pokrywały jakieś... wydzieliny... Zainteresował mnie tą uważną lustracją moich betów... Szukał śladów wydzielin, czy trafił na nie ot tak, przypadkiem?... Uuuu, dużo było tych wydzielin... A zatem trafił na nie bez wysiłku... Jeszcze nigdy nie splułem sobie tak polarka... Boże drogi, jak to wyglądało? Szedłem, plułem i puszczałem pawie!! Coś okropnego! Od szyi do pasa flegma... A niżej, przy kostkach - bryzgi, w dodatku różowe... Buty - też ozdobione na różowo... Zastanawiałem się przez chwilę, skąd ta zdumiewająca barwa... Ach, doznałem w końcu olśnienia - wpierdalałem różowe winogrona, bo takie były pyszne... I cóż mi pozostało... Poprosiłem Frania by mi darował te niewinne w gruncie rzeczy wydzieliny i poszedłem z kundlami na poranne siku... Obszedłem budynek dookoła, obszedłem kierując się znakami, tak jak na szlaku turystycznym... Znaki były namalowane dość niedbale... Szlak był różowy... A zatem stało się wszystko na wieczornym spacerze... Moje psy były świadkami mej pijackiej niedyspozycji... Sporo tych zrzutów znalazłem... Nieładnie, Kiljanie, nieładnie... --------------- Choć dręczył mnie kac, ruszyliśmy w drogę... Przyszedł bowiem czas, by teraz Franuś zaczął poznawać moje rozproszone towarzystwo, moje niezrównane koleżany z górskich okolic... Ach, ile było pisku, bo się wreszcie Kiljan pofatygował... Gdzieś tak zniknąłem, przepadłem, niedobry ja... Ale co poradzić... Zosia moja kochana, jedna z tych cudownych panienek, niegdysiejszych panienek, u których miałem powodzenie... Co za cholerny pech... Z Zosią mamy wspaniałe wspomnienia... Przełaziliśmy kiedyś całe Sudety, snuliśmy się też dużo po jej rodzinnym Beskidzie... Dawne czasy... Ogniska, gitara, zdarte gardła, w mech kamienie odziane, królowe jaśminowe, świty, zmierzchy, szepty, spadające gwiazdy, nietoperze... Rozbawiona gówniarzeria, fajna gówniarzeria, o całe nieba fajniejsza od dzisiejszej... Ja się Zosi tak kiedyś podobałem, a ja ją, niestety, tylko bardzo lubiłem... Oj, oj, oj - a gdyby tak Amor miał zdolność do odmiany mych "występnych" zainteresowań, co, mam prawo podejrzewać, ucieszyłoby koleżankę, mieszkałbym może dzisiaj w cudownej budowli pośród lesistych gór... Tak czy siak, naszych olśniewających wspomnień nikt nam nie odbierze... Pogodzeni z losem, możemy sobie czarująco gadać, w wolnej od uprzedzeń atmosferze, co ogromnie mnie cieszy... ---------- Miasteczka, miasteczka... I ten weekend był miasteczkowy, bo odwiedziliśmy przy okazji Suchą Beskidzką, miejsce, z którym jestem emocjonalnie związany... Sucha to świat pewnych wycinków mojego dzieciństwa... Tych trochę lepszych wycinków z życia dziecka, które żyć nie chciało... Powracały do mnie obrazy z przeszłości: dymiące parowozy, które wtedy jeszcze były, że się tak wyrażę, na służbie - sapiąc i pogwizdując ciągnęły wagony na wówczas jeszcze niezelektryfikowanej trasie Sucha - Żywiec (Pamiętam, jak bardzo lubiłem stawać na kładce przerzuconej ponad torami. Czekałem tam na parowozy, po to, by, kiedy przejeżdżały pod kładką, zatapiać się w wonnym dymie zmieszanym z parą.); stołówka, gdzie czasem jadało się obiady, pyszne, takie domowe - brzydka sala z żółtą lamperią, a przy stolikach nakrytych ceratowymi obrusami mieszanka ludzka: jacyś przyjezdni, pracownicy kolei, w tym umorusani robotnicy pałaszujący coś jednak innego niż wszyscy, coś, co nazywano posiłkami regeneracyjnymi, które wydawano im w blaszanych michach - były to jakieś zawiesiste zupy w wkładką mięsną, a do tego pajda chleba; letnie dni spędzane nad rzeką; zimowe przejażdżki saniami... Z dużą przyjemnością pospacerowałem sobie po starych kątach... Rynek, prześliczny zamek, który całkiem słusznie nazywany jest Małym Wawelem, kamienna kapliczka Konfederatów Barskich na Jasieniu, Błądzonka... -------Są dwie rzeczy, a właściwie trzy, związane z tamtymi stronami, które wryły mi się w pamięć... W zimowe popołudnia lubiłem przesiadywać przy oknie i patrzeć na lecące gdzieś chmary gawronów - wyjątkowo wzruszały mnie takie widoki, zupełnie nie wiem czemu... Widać jednak nawet najzwyczajniejsze rzeczy umieją poruszyć skłonnego do płaczu człowieczka... Bo te ptaki leciały sobie gdzieś tak w dal, za którą tylko tęsknie zapłakać... Drugi obrazek związany jest z mamą... To był zimowy, niezwykle mroźny dzień. Wokół zaspy, droga śliska... Pod butami aż piszczało... Szliśmy sobie z mamą na spacer i nagle pewien drobiazg zakłócił naszą przechadzkę po zmrożonej do przesady drodze... Ujrzeliśmy bowiem przed sobą gromadkę ludzi skupioną wokół tumny leżącej na pokrytej lodem jezdni. Trumna była otwarta i, jak się okazało, dopiero czekała na mające ją wypełnić ciało, które, o zgrozo, jacyś inni ludzie znosili z położonego nieco wyżej domu... Kiedy mama to zobaczyła, natychmiast wezwała do odwrotu!... Nie ukrywam, że bardzo mnie to zmartwiło, chciałem bowiem przyjrzeć się z bliska całej operacji, byłem wszak dzieckiem przejawiającym pewną skłonność do makabry, zafascynowanym śmiercią, pełnym samobójczej tęsknoty... I pewnie ta tęsknota kazała mi zapuszczać się do lasku, w którym ponoć kiedyś powiesił się jakiś mężczyzna... Nikt mi niestety nie umiał powiedzieć, na którym konkretnie drzewie dokonał ów człowiek żywota, a nie muszę dodawać, że gdyby było inaczej, moje wyprawy z wisielczym podtekstem stałyby sie jeszcze bardziej ekscytujące... ------------- No i taki to był przyjemny, znów troche wspominkowy wypad z tym moim zatroskanym i, no,no, ciut podejrzliwym towarzyszem. Za karę musiałem usiąść za kierownicą, kiedy nadszedł czas powrotu, bo Franio łyknął sobie piwko. - Ależ naturalnie, że wybaczam. Skłonność do piwka, chodzenie po domu w gaciach i kilka jeszcze drobnostek... I cóż - maj nam się zaczął... Rankami, w ciszy, rozbrzmiewają przecudne ptasie piosenki... Ileż czaru jest w maju...---- Ach, byle tylko nie rzygać już na różowo. Nie na różowo, na Boga!

18:53, kiljan.halldorsson
Link Komentarze (3) »